AMM, jedna z dwóch najważniejszych formacji europejskiej muzyki improwizowanej, zakończyła swój dumny żywot dokładnie cztery lata temu. Dziś trafia do nas jej kolejne wydawnictwo pośmiertne, które dokumentuje koncert, jaki odbył się na najważniejszym dla Brytanii festiwalu muzyki współczesnej w Huddersfield, lat temu jedenaście.
To był szczególny czas dla AMM, albowiem w ramach
zakrojonych na szeroką skalę obchodów 50. rocznicy powstania grupy, po dziesięciu
latach banicji do jej szeregów powrócił Keith Rowe. Grupa zagrała kilka
koncertów w trio, a aż trzy z nich zostały upublicznione na specjalnym urodzinowym
boxie. Czytelnicy tych łamów znają te fakty doskonale, także prawie całą
historię grupy i wiele ich wiekopomnych albumów.
W albumowym credits Eddie Prevost snuje niekończące
się dywagacje, dlaczego to akurat nagranie AMM nie zostało wydane wcześniej. Powodów
w jego epistole wylistowano wiele, dwa wydają się najważniejsze. Po pierwsze w
nagraniu słychać kaszel jednego z widzów, który towarzyszy niemal całemu koncertowi,
a którego w procesie produkcji nie dało się usunąć ze ścieżki dźwiękowej (tytuł
album Flegma, to chyba naturalna konserwacja tego faktu). Drugi istotny
powód wyczytać należy raczej między wierszami, a jego celność zdaje się
podzielać także redakcja. To po prostu nie był najlepszy koncert w dziejach tej
niebywałej grupy. Być może niektóre wyimki tej tezy znajdziecie w poniższym
zapisie przebiegu zdarzenia koncertowego.
Początek koncertu idealnie mieści się w idiomie improwizacji,
jaką AMM tworzy od zarania dziejów. Szmery na bębnie, szeleszczące talerzy, pojedyncze
uderzenia w klawiaturę, tu wyjątkowo delikatne i elektroakustyczny szum, jaki
dociera ze strony elektroniki. Ów dead slow motion od niemal samego początku
naznaczony jest tytułowym kaszlem. Muzycy pozornie nie reagują, z czasem jednak
sycą opowieść drobnymi, ale dość głośnymi zdarzeniami fonicznymi, które niczym opiłki
metalu krążą wokół maszyny szlifierskiej. Zdaje się, że pierwsza zdecydowana reakcja
na zachowanie widza, to spora porcja hałasu, jaka dociera ze strony Rowe w okolicach
7 minuty. Chwilę potem scenę opanowuje konsensualna cisza.
Po tym incydencie narracja wchodzi w fazę delikatnej, niemal
onirycznej kołysanki, której naczelnym dźwiękiem wydaje się rezonujący talerz Prévosta.
Z boku szemrze elektronika, piano stawia regularne stemple obecności. Nim upływa
kwadrans w potoku mikro rezonansów i nano sprzężeń pojawia się pierwsza porcja
melodyjnych sampli, której przez lata stanowiły znak rozpoznawczy AMM-owskich medytacji
w trio. Po ich wygaśnięciu koncert wchodzi w fazę dość intensywną, istotnie oddaloną
od narracyjnej post-ciszy, jaka królował dotychczas. Piano koi emocje, talerze
je podgrzewają, a radiowe fonie barwią flow czymś bardziej
zaskakującym.
Po dwudziestej minucie opowieść na dłuższy czas przepoczwarza
się w mroczną i bardzo cichą medytację. Bez dwóch zdań możemy te chwile uznać
za najlepszy fragment koncertu. Senne, rozmarzone sample i równie abstrakcyjne plamy
akustycznych dźwięków – classical AMM’ beauty!
Ów kosmos fonicznej doskonałości zostaje brutalnie przerwany
bardzo głośnym wtrętem talerza, który budzi nas z głębokiego snu mniej więcej w
trzydziestej piątej minucie. Potem artyści zaczynają dywagować nad kierunkiem dalszej
drogi i zdaje się, że nie do końca mają pomysł
what next. Z jednej strony dość głośne, post-industrialne grzmoty, z
drugiej mrok fortepianowej klawiatury i … kaszel, który powraca do gry z nowymi
zasobami energii. W okolicach pięćdziesiątej minuty opowieść nieznacznie
zmienia oblicze. Pojawiają się perkusjonalne zdobienia, nasila się szum elektroniki,
wokół płyną filigranowe, post-melodyjne frazy piana. Po kilku minutach w tyglu
dość spokojnych zdarzeń aktywuje się kilkuminutowa, nieprzerwana porcja sampli.
Słyszymy melodie, wokal, rytm, a po kilku rozbudowanych sekwencjach narracyjnych
mamy wrażenie, że Rowe zapomniał w odpowiednim momencie wyłączyć samplerski
dozownik. Nawet przypomina mu o tym kaszlący widz. Szczęśliwie ostatnie pięć
minut koncertu jest już w pełni opanowane przez muzyków. Odgłosy wyczekiwania, mikro
akcje z każdej strony, wspólne oczekiwanie na finałową ciszę. Zgadniecie, do
kogo należy ostatni strzęp fonii? Tak, flegma wygrywa.
AMM Phlegm
(Matchless Recordings, CD 2026). Eddie Prévost – instrumenty perkusyjne,
Keith Rowe – elektronika oraz John Tilbury – fortepian. Nagrane w trakcie Huddersfield Contemporary
Music Festival, 2015. Jedna improwizacja, 63 i pół minuty.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz