wtorek, 28 lipca 2026

AMM in Phlegm!


AMM, jedna z dwóch najważniejszych formacji europejskiej muzyki improwizowanej, zakończyła swój dumny żywot dokładnie cztery lata temu. Dziś trafia do nas jej kolejne wydawnictwo pośmiertne, które dokumentuje koncert, jaki odbył się na najważniejszym dla Brytanii festiwalu muzyki współczesnej w Huddersfield, lat temu jedenaście.

To był szczególny czas dla AMM, albowiem w ramach zakrojonych na szeroką skalę obchodów 50. rocznicy powstania grupy, po dziesięciu latach banicji do jej szeregów powrócił Keith Rowe. Grupa zagrała kilka koncertów w trio, a aż trzy z nich zostały upublicznione na specjalnym urodzinowym boxie. Czytelnicy tych łamów znają te fakty doskonale, także prawie całą historię grupy i wiele ich wiekopomnych albumów.

W albumowym credits Eddie Prevost snuje niekończące się dywagacje, dlaczego to akurat nagranie AMM nie zostało wydane wcześniej. Powodów w jego epistole wylistowano wiele, dwa wydają się najważniejsze. Po pierwsze w nagraniu słychać kaszel jednego z widzów, który towarzyszy niemal całemu koncertowi, a którego w procesie produkcji nie dało się usunąć ze ścieżki dźwiękowej (tytuł album Flegma, to chyba naturalna konserwacja tego faktu). Drugi istotny powód wyczytać należy raczej między wierszami, a jego celność zdaje się podzielać także redakcja. To po prostu nie był najlepszy koncert w dziejach tej niebywałej grupy. Być może niektóre wyimki tej tezy znajdziecie w poniższym zapisie przebiegu zdarzenia koncertowego.

  


Początek koncertu idealnie mieści się w idiomie improwizacji, jaką AMM tworzy od zarania dziejów. Szmery na bębnie, szeleszczące talerzy, pojedyncze uderzenia w klawiaturę, tu wyjątkowo delikatne i elektroakustyczny szum, jaki dociera ze strony elektroniki. Ów dead slow motion od niemal samego początku naznaczony jest tytułowym kaszlem. Muzycy pozornie nie reagują, z czasem jednak sycą opowieść drobnymi, ale dość głośnymi zdarzeniami fonicznymi, które niczym opiłki metalu krążą wokół maszyny szlifierskiej. Zdaje się, że pierwsza zdecydowana reakcja na zachowanie widza, to spora porcja hałasu, jaka dociera ze strony Rowe w okolicach 7 minuty. Chwilę potem scenę opanowuje konsensualna cisza.

Po tym incydencie narracja wchodzi w fazę delikatnej, niemal onirycznej kołysanki, której naczelnym dźwiękiem wydaje się rezonujący talerz Prévosta. Z boku szemrze elektronika, piano stawia regularne stemple obecności. Nim upływa kwadrans w potoku mikro rezonansów i nano sprzężeń pojawia się pierwsza porcja melodyjnych sampli, której przez lata stanowiły znak rozpoznawczy AMM-owskich medytacji w trio. Po ich wygaśnięciu koncert wchodzi w fazę dość intensywną, istotnie oddaloną od narracyjnej post-ciszy, jaka królował dotychczas. Piano koi emocje, talerze je podgrzewają, a radiowe fonie barwią flow czymś bardziej zaskakującym.

Po dwudziestej minucie opowieść na dłuższy czas przepoczwarza się w mroczną i bardzo cichą medytację. Bez dwóch zdań możemy te chwile uznać za najlepszy fragment koncertu. Senne, rozmarzone sample i równie abstrakcyjne plamy akustycznych dźwięków – classical AMM’ beauty!

Ów kosmos fonicznej doskonałości zostaje brutalnie przerwany bardzo głośnym wtrętem talerza, który budzi nas z głębokiego snu mniej więcej w trzydziestej piątej minucie. Potem artyści zaczynają dywagować nad kierunkiem dalszej drogi i zdaje się, że  nie do końca mają pomysł what next. Z jednej strony dość głośne, post-industrialne grzmoty, z drugiej mrok fortepianowej klawiatury i … kaszel, który powraca do gry z nowymi zasobami energii. W okolicach pięćdziesiątej minuty opowieść nieznacznie zmienia oblicze. Pojawiają się perkusjonalne zdobienia, nasila się szum elektroniki, wokół płyną filigranowe, post-melodyjne frazy piana. Po kilku minutach w tyglu dość spokojnych zdarzeń aktywuje się kilkuminutowa, nieprzerwana porcja sampli. Słyszymy melodie, wokal, rytm, a po kilku rozbudowanych sekwencjach narracyjnych mamy wrażenie, że Rowe zapomniał w odpowiednim momencie wyłączyć samplerski dozownik. Nawet przypomina mu o tym kaszlący widz. Szczęśliwie ostatnie pięć minut koncertu jest już w pełni opanowane przez muzyków. Odgłosy wyczekiwania, mikro akcje z każdej strony, wspólne oczekiwanie na finałową ciszę. Zgadniecie, do kogo należy ostatni strzęp fonii? Tak, flegma wygrywa.

 

AMM Phlegm (Matchless Recordings, CD 2026). Eddie Prévost – instrumenty perkusyjne, Keith Rowe – elektronika oraz John Tilbury – fortepian. Nagrane w trakcie Huddersfield Contemporary Music Festival, 2015. Jedna improwizacja, 63 i pół minuty.



 

 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz