wtorek, 14 listopada 2023

Florian Stoffner, John Butcher & Chris Corsano in Braids!


Zamiast podnosić głos, raczej pogłębiaj swoją argumentację! Taka oto myśl płynie z pierwszych słów zawartych w liner notes albumu Braids. Choć odnosi się do retoryki werbalnych akcji niewiązanych z muzyką, zdaje się idealnie pasować do wszelkich dywagacji o muzyce swobodnie improwizowanej.

Owa myśl doskonale komentuje nagranie tria, nad którym dziś się pochylamy. Oto legenda brytyjskiego free impro John Butcher, wyśmienity amerykański perkusista średniego pokolenia Chris Corsano, wreszcie wyjątkowy szwajcarski gitarzysta Florian Stoffner zwarli wspólnie szeregi bodaj po raz pierwszy i zaprezentowali nam album pod wieloma względami niezwykły, m.in. dlatego, że zawarli w nim dużo dźwięków poczynionych w okolicach ciszy, pełnych mrocznego spokoju i … siły muzycznych argumentów.



 

Muzycy zaczynają swój spektakl kolektywnie. Na lewej flance minimalistyczna, metalicznie brzmiąca gitara, po prawej matowy, szorstki drumming, po środku saksofon tenorowy z post-jazzowymi upiększeniami. Narracja rozwija się dość linearnie i charakteryzuje pewną wyszukaną dynamiką. Po paru zakrętach muzycy wpadają jednak w stan delikatnej lewitacji, nasączeni odrobiną gitarowej psychodelii, uwikłani w długie frazy dęte i akcje perkusyjne czynione na wyjątkowo dalekim planie. Improwizacja klei się tu z drobnych, smukłych ekspozycji. W trakcie drugiej opowieści dźwięki zdają się być wyżej zawieszone. Gitara serwuje nam bogatą paletę flażoletów, saksofon wznosi tubę ku górze, a perkusja pracuje na talerzach i silnie napiętych naciągach werbla i tomów. Ta ostatnia buduje przy okazji dość pokrętną rytmikę. W toku rozwoju narracji poziom głośności, wbrew anonsom z preambuły tego tekstu, przebiera dosyć pokaźne rozmiary. Emocje na kilka chwil eksplodują.

Trzecią historię tworzą na wstępie wyłącznie frazy preparowane. Inicjuje ją drummer, potem wybudza się drżący saksofonista, wreszcie w grze jest i gitarzysta, który szeleści na modłę minimalistyczną. Całość formuje się w pogrzebową balladę, która raz za razem dotyka ciszy. Wydaje się, że przez moment każdy z artystów stąpa tu na palcach, wstrzymuje oddech, by nie zakłócać posępności chwili. W czwartej części zakotwiczony już wcześniej mrok jest punktem wyjścia do budowania kolejnej wystudzonej opowieści. Szumi gitarowy amplifikator, z dna tuby saksofonu sopranowego płyną martwe fonie, coś szmerze na glazurze werbla. To niebywałe, iż w takich okolicznościach fonicznych artyści są w stanie w mgnieniu oka i ucha zbudować epicką, żywą i gęstą od interakcji opowieść. Kolejną improwizację otwiera Butcher i płynie typowym dla siebie strumieniem dźwiękowych nieoczywistości. Partnerzy, początkowo zatopieni w szumiącej ciszy, z rzadka inicjują akcje zaczepne. Preparowane frazy, dronowe oddechy i duża cierpliwość, to atrybuty tego fragmentu nagrania. Z czasem nabiera ono jednak pewnej dynamiki, zdaje się być bardziej otwarte, lepiej napowietrzone i doświetlone.

Szósta improwizacja trwa tu najdłuższej, nie przez przypadek jest zatem najbogatsza w spektakularne wydarzenia. Otwiera ją talerzowy ambient, któremu towarzyszą długie, saksofonowe wydechy i basowe frazy gitary. Całość doposażona jest niemałymi porcjami ciszy. Mroczna aura z czasem nabiera nieco życia, pojawia się metaliczny rezonans, dęte gwizdy i gitarowe szumy. Narracja zdaje się narastać niczym letnia burza. Całość nie jest jednak pozbawiona brzmieniowych detali, szczególnie ze strony gitarzysty. Akcenty psychodeliczne i matowa polirytmia budują tu dramaturgię, podobnie jak kolejne plastry ciszy. Na zakończenie improwizacja formuje się w dość linearną opowieść, z elementami post-jazzowej melodyki. Końcowa opowieść to rodzaj wystudzonej kody. Lepi się ze szmerów, drobnych szarpnięć za struny, uderzeń saksofonowych dysz i blasku drżących tomów.


Florian Stoffner, John Butcher & Chris Corsano Braids (Now-Ezz-Thetics/ Hat Hut Records, CD 2023). Florian Stoffner – gitara, John Butcher – saksofon tenorowy i sopranowy oraz Chris Corsano – perkusja i pół-klarnet. Zarejestrowane w Le Singe, Biel/Bienne, Szwajcaria. Siedem improwizacji, 49 minut.



 

niedziela, 12 listopada 2023

Spontaneous Live Series Vol. 52 & Vol. 53 - zaproszenie na koncerty listopadowe


(informacje prasowe)


Dave Rempis na jedynym koncercie solowym w Europie! A to nie jedyne atrakcje Spontaneous Live Series w listopadzie

 

W pierwszym listopadowym terminie cyklu koncertowego Spontaneous Live Series organizatorzy kontynuują spotkania ze swobodną improwizacją, realizowane według formuły solo – solo - duo.

Tym razem na scenie Dragon Social Club spotkają się dwaj niezwykle doświadczeni i uznani improwizatorzy. Z jednej strony legenda chicagowskiej sceny free jazzowej, saksofonista Dave Rempis, z drugiej poznański weteran swobodnie improwizowanych bojów, pianista Witold Oleszak, muzyk, bez którego trudno sobie wyobrazić kreatywną scenę poznańską ostatnich kilkunastu lat.

Koncert, który odbędzie się we wtorek 14 listopada rozpocznie od dwóch setów solowych, potem artyści zagrają wspólną improwizację. Ponieważ będzie to ich pierwsze spotkanie sceniczne, śmiało możemy je nazwać terminem „ad hoc”.



Dave Rempis zdaje się być w ostatnich latach najważniejszym animatorem sceny muzycznej w Chicago. Jest stałym kuratorem klubu Elastic, także współtwórcą festiwalu Umbrella Music. Jest założycielem i właścicielem wytwórni płytowej Aerophonic Records, której bogactwo freejazzowej oferty może oszołomić nawet najbardziej obytych fanów gatunku. Muzyk nie często sięga po solowe ekspozycje na saksofonie, w jego przebogatej dyskografii znajdziemy ledwie kilka tego typu incydentów. Tym bardziej zatem złaknieni jesteśmy jego improwizacji w tej formule. Zwłaszcza, iż koncert poznański będzie jedynym solowym występem Rempisa w całej Europie.


Spontaneous Live Series, Vol. 52

14 listopada 2023, Dragon Social Club, Poznań, Zamkowa 3, Godzina 20.00

20.15 Witold Oleszak – fortepian solo

21.00 Dave Rempis - saksofon solo

21.45 Ad hoc duo


Bilety dostępne online:

https://www.kupbilecik.pl/imprezy/111027/Pozna%C5%84/Spontaneous+Live+Series/?fbclid=IwAR13ybps9wL9lOD0Da12Pv_HBtsUWO_vD8XV294XjRoAt9c5u0au8FMUrZU

 

Dave Rempis (USA) - saksofonista (altowy, tenorowy i barytonowy), kompozytor i improwizator; absolwent antropologii i etnomuzykologii Northwestern University oraz University of Ghana w Legon. Karierę muzyczną rozpoczął w 1997 roku i bardzo szybko otrzymał ofertę zastąpienia Marsa Williamsa w formacji Vandermark 5, której stałym członkiem jest po dziś dzień. Krótko po tym działalność rozpoczęły autorskie formacje Dave'a Rempisa - Triage (z Jasonem Ajemianem na basie i Timem Daisym na perkusji), Dave Rempis Quartet, The Rempis Percussion Quartet, Ballister. Koncertował i nagrywał z rozmaitymi składami - w triach z Aleciem Ramsdellem i Jerry'm Bryertonem, Jasonem Roebke i Jimem Bakerem, od początku został zaproszony do formacji Kena Vandermarka Territory Band, a także the Brian Dibblee Quartet oraz the Chicago Improvisers. Współpracuje z wszystkimi najważniejszymi muzykami chicagowskiego sceny, zarówno z jej weteranami, jak i młodym pokoleniem (Hamidem Drake'iem, Joe Morrisem, Fredem Lonberg-Holmem, Michaelem Zerangiem, Kevinem Drummem, Jaimie Branch, czy też Joshuą Abramsem), a także artystami europejskiej sceny awangardowej (Axelem Doernerem, Paulem Lyttonem, Frederikiem Ljungkvistem, Per-Ake Holmlanderem, Mikołajem Trzaską, Elizabeth Harnik i wielu innymi).

http://www.daverempis.com/

https://aerophonicrecords.bandcamp.com/album/coast-to-coast

https://daverempiscatalyticsound.bandcamp.com/album/lattice

 

Witold Oleszak (PL) - naukę muzyki rozpoczął w wieku 5 lat. Po latach formalnej edukacji (fortepian klasyczny) porzucił szkołę, występując jako członek para-teatralnych i avant-rockowych grup. Te doświadczenia, najbardziej wpłynęły na jego rozwój artystyczny. Od 1989 studiował architekturę (jest dyplomowanym architektem), jednocześnie samodzielnie kontynuował naukę gry na instrumencie. W tamtym czasie tworzył utwory-ilustracje dla teatru alternatywnego i koncepcje partytur graficznych. Zazwyczaj gra na fortepianie, fortepianie preparowanym, instrumentach własnej konstrukcji oraz zdewastowanych i uszkodzonych. Zarówno w muzyce, jak i w życiu, fascynuje go wszystko, co jest niejednoznaczne i niedookreślone. Przez ostatnią dekadę był całkowicie oddany swobodnej improwizacji. W 2021 roku powrócił do pisania muzyki graficznej i wykonawstwa muzyki komponowanej.

Jako wykonawca, najbardziej ceni sobie współpracę z improwizującymi perkusistami, z których poprzez przyjaźń i wieloletnią współpracę, największy wpływ wywarł na niego Roger Turner. Na scenie, najlepiej czuje się w duecie, którą to formę współpracy uważa za najbardziej wymagającą.

Maciej Lewenstein, w swojej książce "Polish Jazz Recordings and Beyond" napisał: „On jest absolutnym objawieniem: jego gra jest rodzajem mieszanki stylów Johna Cage’a i Cecila Taylora, wyniesionej na całkowicie nowe horyzonty”.

Dużą część dorobku artystycznego Oleszaka ostatnich lat na polu muzyki swobodnie improwizowanej można odnaleźć tutaj:

http://spontaneousliveseries.bandcamp.com

https://antennanongrata.bandcamp.com/album/adam-go-biewski-witold-oleszak-unisex


*****


Idzie młodość i świeżość - free jazzowe trio z Lipska i duet z Poznania w ramach 53.edycji Spontaneous Live Series


Spontaneous Live Series, cykl koncertowy Trybuny Muzyki Spontanicznej i Dragon Social Club, nie zwalnia tempa. Po improwizowanym wtorku 14 listopada z udziałem legend gatunku free jazz/ free impro – Dave’a Rempisa i Witolda Oleszaka, czas na sobotę 18 listopada i prezentację rozbudowanego grona równie fascynujących pretendentów.

Tegoż to dnia w roli rozprowadzających wystąpi poznańska formacja MikrobioM, czyli duet Michał Joniec & Michał Giżycki. To „wszechświat metalowych śmieci” w zetknięciu z czujnym, definitywnie dętym oprzyrządowaniem. Na scenie lokalnej, w bezmiarze swobodnej improwizacji, która czerpie zarówno z najlepszych wzorców gatunku, jak i wszelkich innych dźwiękowych emanacji, Michałowie nie mają sobie równych. Ich ubiegłoroczny album „S#O” skutecznie wbił nas w fotele na wiele miesięcy.




W roli rozwijających tygiel sobotnich, free jazzowych emocji zaprezentuje się trio z Lipska o jakże tajemniczej nazwie MOTUSNEU – Bruno Angeloni na saksofonie altowym, Stephan Deller na basie oraz Steffen Roth na perkusji. Prawdziwa mieszanka doświadczenia (saksofonisty) i młodości (dwa razy od niego młodszych kolegów) gwarantuje tu nie tylko międzypokoleniowe iskrzenia, ale nade wszystko jakość. Swobodna, osadzona na post-jazzowym idiomie improwizacja, czujna, bezczelnie niejednoznaczna i zagadkowa. Istnieje prawdopodobieństwo graniczące z pewnością, iż dawno nie słyszeliśmy na europejskiej scenie tak odkrywczych i bystrych dźwięków w obrębie gatunku, który wydawałby się być odczytany na wszystkie możliwe sposoby.

Zgodnie z dragonową tradycją podsumowanie wieczoru należeć będzie do połączonych sił obu formacji. Czy tak stanie się w istocie (wszak to spontaniczny koncert), przekonają się ci, którzy zdecydują się na wizytę w Dragon Social Club.

 

Spontaneous Live Series Vol. 53

18 listopada 2023, Dragon Social Club, Pozna, Zamkowa 3, godzina 20.00

20.15 MikrobioM

Michał Joniec – instrumenty perkusyjne, czyli „metal rubbish universe”

Michał Giżycki – klarnet basowy, saksofon tenorowy i sopranowy 

21.00 MOTUSNEU

Bruno Angeloni – saksofon altowy

Stephan Deller – bas

Steffen Roth – perkusja

 

Bilety on-line: https://tiny.pl/c44px

 

W uzupełnieniu podstawowych informacji dodajmy jeszcze kilka szczegółów. Notka od artystów z Lipska wydaje się być w tym kontekście wyjątkowo trafiona:

„MOTUSNEU (w wolnym tłumaczeniu „Nowy Motyw”) z Lipska przekazuje energię tria poprzez radykalnie swobodne sekwencje atonalne, elementy perkusyjne i przejrzyste rejestry. Jednak o wiele lepszym opisem ich muzyki niż ten, jaki dają terminy muzyczne, jest postrzeganie jej jako aktywnej obserwacji, jako nagiego wyrazu świata w stanie wstrząsu. Jako świadomą konfrontację z tym światem i jako prostą próbę dialogu pomiędzy artystami i publicznością, instrumentem i ciałem, od osoby do osoby, bez ulegania presji rozrywki. Trio łączy trzy różne, indywidualne style, uwalniając w ten sposób energetyczną muzykę, która jest surowa i niezmienna, która przedstawia chaos, ale sama w sobie nie jest chaotyczna.”

Jeszcze podeprzyjmy się opinią znamienitego portalu free jazzowego:

„(…) dominującym podejściem tej trójki jest telepatyczne odwzajemnienie, złamanie linii atonalnych i dynamiczne podżeganie. W trakcie całego albumu „Ospedale” muzyczne koleżeństwo jest instynktowne, a napięcie muzyczne wysokie, co sprawia, że nagranie jest żywe, wymagające, ale bogate w muzyczne nagrody” - Paul Acquaro (freejazzblog)

https://boomslangrecords.bandcamp.com/album/ospedale

 

Michał Giżycki i Michał Joniec u progu roku 2022 zagrali wspólną improwizację, której nadali tytuł „S#O”.

Trybuna Muzyki Spontanicznej umieściła album na liście „50 powodów, dla których warto zapamiętać rok 2022”, a o samym nagraniu pisała m.in. tymi słowami:

„Rytuał improwizacji, która wyrasta z gęstej ciszy, zaczyna się pojedynczymi westchnieniami saksofonu tenorowego i delikatnymi uderzeniami w metaliczny stelaż. Narracja na starcie budowana jest z drobiazgów, czasami ochłapów dźwięków, wydzieranych z samych trzewi zastanego instrumentarium. Bywa, że ten typ plecenia strumienia dźwiękowego przypomina duetowe nagrania Paula Lyttona i Evana Parkera z początków lat 70. ubiegłego stulecia, ale tu, w okolicznościach poznańskiej piwnicy, pozbawione elektroakustycznych wtrętów. Saksofon klei z urywanych, ale zrównoważonych emocjonalnie fraz spójną opowieść, a „wszechświat metali nieszlachetnych” kreuje nad wyraz egzotyczny ceremoniał dźwiękowy.”

https://torfrecords.bandcamp.com/album/s-o

 

 

piątek, 10 listopada 2023

Torf Records’ fresh outfit: RRTGC & EN!


Torf Records, poznański label radykalnej muzyki improwizowanej (cytujemy za wydawcą), permanentnie dostarcza nowych, swobodnie wykreowanych sytuacji dźwiękowych.

Letni i wczesnojesienny pakiet premier zawiera dwie intrygujące rejestracje. Pierwsza z nich została zaimprowizowana na … ogródkach działkowych, pośród gwaru rozmów, a uzupełniona parastudyjną rejestracją dnia kolejnego. Ta druga swe artystyczne życie rozpoczęła w naszym ukochanym Dragonie, w ramach jednej z najciekawszych, w ujęciu historycznym, najbardziej wartościowych edycji koncertowego cyklu Spontaneous Live Series. A naszą opowieść zaczniemy od drugiego z omawianych przypadków.



Duo, trio & quintet

W pewną listopadową niedzielę roku ubiegłego do Poznania zawitała trójka portugalskich improwizatorów – altowiolinista Ernesto Rodrigues, wiolonczelista Guilherme Rodrigues oraz saksofonista Nuno Torres. Do towarzystwa dodano im dwójkę lokalnych muzyków – klarnecistę i saksofonistę Michała Giżyckiego oraz pianistę Witolda Oleszaka. Dzięki temu stworzono program wieczoru składający się z dwóch mieszanych setów duetowych, setu portugalskiego tria i wieńczącego improwizowany capstrzyk setu kwintetowego. Na nowym albumie Torf trafia do nas wszystko poza pierwszym setem duetowym, wtedy wykonanym przez pianistę i altowiolinistę.

Na początek zatem albumu duet wiolonczeli i klarnetu basowego! W ramach działań rozpoznawczych, typowych dla setu ad hoc klarnet wypuszcza mroczne westchnienia, a na gryfie wiolonczeli powstają drobne, filigranowe riffy. Muzycy reagują na siebie na tyle bystrze, że już po kilku pętlach narracyjnych lepią wspólny, na poły imitowany strumień niemal post-barokowo brzmiącej melodii. Kilkunastominutowa improwizacja charakteryzuje się tu świetną dramaturgią, doskonałym zarządzaniem przez artystów zarówno ciszą, jak i incydentalnymi eksplozjami emocji. Owo wyzwolone, kameralne combo śle nam także mnóstwo urokliwie preparowanych fraz. Po kwadransie i mobilizującej porcji oklasków otrzymujemy jeszcze trzyminutowe encore, które kreują inteligentna gra na małe pola i kilka radosnych podskoków.

Po chwili przerwy na scenie montuje się portugalskie trio. Spokojne, wycyzelowane otwarcie to efekt delikatnie pocieranych strun i suchych podmuchów z tuby saksofonu. Po kilka głębszych oddechach flow tria staje się wspólnym strumieniem rozhuśtanego free chamber. Narracja charakteryzuje się stanem ciągłej zmiany – nastroju, instrumentacji, czy dynamiki. Bywa urokliwie dronowa, bywa ulotna i melodyjna niczym barok z epoki. Bywa wreszcie agresywna, pełna emocji, niemal o pół kroku od free jazzu. Świetna komunikacja, będąca efektem wielu wspólnych koncertów i nagrań, procentuje tu w dwójnasób. W połowie koncertu podobać się może szczególnie faza minimalistyczna – skrzypiące struny i saksofonowy bezdech. Z kolei pod sam koniec seta artyści serwują nam piękne, post-barokowe śpiewy. Po 23 minucie giną w chmurze oklasków, po czym pichcą nam niemal siedmiominutowy bis, który zdaje się skrzyć jeszcze większymi emocjami. A zaczyna go zmysłowo brzmiąca wiolonczela w imponującej introdukcji.

Po kolejnej przerwie na scenie pojawia się piątka artystów, w tym Witold Oleszak, którego publiczność w Dragonie słyszała już tego dnia, w przeciwieństwie do odbiorców rejestracji pomieszczonych na omawianym albumie. Kwintet zaczyna, oczywistą w tej sytuacji dramaturgicznej, grą na małe pola, ale rozpoznanie dźwiękiem nie trwa zbyt długo. Plejady short cuts & small talks szybko lepią się w wspólny strumień, wypełniony masą drobnych, preparowanych fonii, także ze strun fortepianu, który brzmi tu niczym trzeci strunowiec. Z kolei para dętych dość szybko nawiązuje relacje na atrakcyjnym wydechu. Gdy tylko piano wchodzi na klawiaturę, narracja od razu wybiera freejazzowy kierunek, gdy zawisa na nisko posadowionej strudze wiolonczelinowego dźwięku, chyli się efektownie ku kameralnej zadumie, tudzież tapla w oceanie post-barokowego smutku. Nie sposób nie zauważyć, iż w wielu momentach improwizacja pozostaje pod jurysdykcją polskich muzyków. Zarówno piano, jak i szczególnie saksofon sopranowy są bowiem w stanie narzucić kwintetowi intrygujący, jakże ekspresyjny kierunek rozwoju. Za akcje bardziej kameralne odpowiadają zaś Portugalczycy, szczególnie operatorzy instrumentów strunowych. Tymczasem improwizacja idzie na szczyt, osiąga go po 12 minucie, po czym zalega w przepięknej dolinie na kolejne cztery minuty. Potem już tylko burza oklasków oraz tradycyjny tego dnia bis, znów wielominutowy. Otwiera go nostalgiczne piano, wtóruje mu molowo usposobiony klarnet. Strunowce budują teraz bazę, a tym, który rwie do przodu jest portugalski saksofonista. Finał dogrywki, seta, albumu, wreszcie całego szalonego dnia w Dragonie, w połowie listopada ubiegłego roku, tonie w niebywałych emocjach.



Quartet

Nagranie kwartetu EN (trąbka Adama Jełowickiego, saksofon tenorowy i klarnet basowy Michała Giżyckiego, kontrabas Mikołaja Nowickiego i perkusja Piotra Dąbrowskiego) ma nieco performatywny charakter. Oto na starcie albumu znajdujemy się w gwarze swobodnych rozmów na tematy różne. W tym tyglu spokojnych głosów damskich i męskich nieśmiało rodzi się muzyka. W trakcie kilkunastominutowej ekspozycji narracja przechodzi wiele faz, bywa niekiedy ekspresyjna na prawdziwe free jazzowy sposób, ale rozmowy w tle nie ustają. Muzycy bez werbalnego akompaniamentu improwizują dopiero podczas drugiej, prawie półgodzinnej części.

Okoliczności początku nagrania zostały już zarysowane, zatem dodajmy, iż muzycy stan efektownie rozhuśtanych, free jazzowych emocji osiągają po kilku minutach rozgrzewki. Trąbka i klarnet zanoszą się śpiewem, a sekcja rytmu płynie do przodu niesiona tłustym, basowym groove. Muzycy dbają wszakże o komfort gadającego tła i mimo sporego ładunku ekspresji, który rośnie z każdym przebytym kilometrem, starają się być delikatni, nienachalni, wyczuleni na niuanse środowiska akustycznego. Brzmienie kwartetu jest dość surowe, wynika po części z outdoorowej rejestracji, dodaje wszakże całemu przekazowi fonicznemu znamion autentyczności. Gdy narracja szuka wytchnienia i snuje się nieco spokojniejszym strumieniem, słyszymy nie tylko głosy, ale nawet beat bliżej nieokreślonych, obcych dźwięków. Tymczasem opowieść zawiesza się na smyczku i nabiera bardziej kameralnego smaku. Sam finał trwającej ponad kwadrans improwizacji ma charakter bardziej transowy, medytacyjny.

Drugi, prawie dwa razy dłuższy set nosi w wymiarze akustycznym znamiona opowieści budowanej w cichej, zamkniętej przestrzeni. Brzmienie jest pełniejsze, bardziej soczyste. Początek budują wspólnie klarnet i kontrabasowy smyczek. Wokół panoszą się perkusjonalne świecidełka, moc rezonujących fraz, zapewne talerzowych i garść trębackich post-melodii. Opowieść nabiera rumieńców, gdy kontrabas zmienia tryb pracy na pizzicato i daje sygnał do zwarcia szeregów w kierunku definitywnie free jazzowym. Ekspresja rośnie jeszcze bardziej, gdy klarnet na kilka chwil ustępuje miejsca saksofonowi tenorowemu. Ognisty kwartet mknie przed siebie, a nieznaczne wyhamowanie następuje w momencie powrotu na scenę klarnetu basowego, który na nisko ugiętych kolanach pcha improwizację w bardziej kameralne rejony. Sekcja rytmu nie odpuszcza i opowieść mieni się teraz wieloma wymiarami dynamiki. Bas repetuje, trąbka zanosi się melodią, a perkusja wpada w furię. Po 23 minucie improwizacja definitywnie hamuje i mogłaby się w zasadzie kończyć. Muzycy nie chcą jednak iść spać i snują kolejne, niekiedy dość separatywne opowieści. Emocje tymczasem rosną - dynamika zdaje się być martwa, ale intensywność improwizacji przybiera na sile. Swoje dokłada tu smyczek. Ostatnia prosta bazuje na dość prostym, nieskomplikowanym rytmie.

 

Guilherme Rodrigues, Ernesto Rodrigues, Nuno Torres, Michał Giżycki & Witold Oleszak Live at SLS (DL 2023). Guilherme Rodrigues – wiolonczela (utwory 1-3), Ernesto Rodrigues – altówka (2, 3), Nuno Torres – saksofon altowy (2, 3), Michał Giżycki – klarnet basowy i saksofon sopranowy (1, 3) oraz Witold Oleszak – piano (3). Nagranie koncertowe, Spontaneous Live Series, Dragon Social Club, Poznań, listopad 2022. Trzy improwizacje, 77 minut.

EN Morrow (DL 2023). Adam Jełowicki – trąbka, Michał Giżycki – klarnet basowy, saksofon tenorowy, Mikołaj Nowicki – kontrabas oraz Piotr Dąbrowski – perkusja. Nagrane w Poznaniu, Działkowy Ogród Międzykulturowy (utwór pierwszy) oraz Kołorking (drugi). Dwie improwizacje, 43 minuty.


 

wtorek, 7 listopada 2023

Sirulita Records’ new bodies: Fernández & Malfon! Fernández, Clotet & Mazur! Shocron & Ledesma!


Barceloński label Sirulita Records, prowadzony przez pianistę Agustí Fernándeza, nie ustaje w promowaniu muzyki improwizowanej z Półwyspu Iberyjskiego i okolic (zupełnie tak samo, jak pewna krajowa, jakże spontaniczna inicjatywa). W katalogu wydawnictwa pojawiają się zarówno uznane nazwiska (choćby w osobie szefa), jak i spore grono młodych artystów, niekiedy jeszcze na dorobku.

Cztery tegoroczne nowości Sirulity zdają się koncentrować na pierwszej z grup, choć elementów świeżych w nim oczywiście nie brakuje. Jedną z nowości roku 2023 mamy już omówioną (solową płytę Ramona Pratsa), dziś czas na trzy pozostałe. Każda z nich jak zwykle wyjątkowo smakowita – dwie zakotwiczone w Barcelonie, w tym jedna z akcentem polskim, z kolei ta trzecia dopłynęła z dalekiego Buenos Aires. Zapraszamy na odczyt i odsłuch.



 

Breath

Sirulitowy przegląd zaczynamy od nagrania koncertowego, na upublicznienie którego musieliśmy czekać długie cztery lata. Oto bowiem jesienią roku 2019 MMI Festival, odbywający się wówczas w Barcelonie, gościł Agustí Fernándeza i Dona Malfona. Tego drugiego, saksofonistę ukrywającego się pod macho pseudonimem znamy doskonale, był choćby gościem tegorocznej edycji poznańskiego Spontaneous Music Festival. Muzyk ma też w dorobku kilka płyt wydanych w naszej pięknej ojczyźnie. Rzeczony koncert z Barcelony trwa niespełna dwa kwadranse, ale jest tak intensywny i bogaty w wydarzenia, iż emocjami mógłby obdzielić kompletną dyskografię niejednej formacji rocka progresywnego.

Panowie zaczynają z przytupem, budując jeszcze przed upływem piątej minuty prawdziwie free jazzowy szczyt. Najpierw gwiżdżą, ciężko oddychają, uderzają w struny, potem niemal z miejsca formują gęsty strumień dźwiękowej lawy. Słychać, że świetnie czują się w swoim towarzystwie, doskonale na siebie reagują, a każdy zdaje się tu znać kolejny ruch partnera, nim ten zdoła o nim pomyśleć. Malfon do strugi ognia dość szybko dorzuca porcję swoich modelowych preparacji, nie tracąc przy tym dynamiki saksofonowego zaśpiewu. Narracja pachnie post-industrialnie, ale pomiędzy dźwiękami jest jeszcze sporo powietrza. Po kilku minutach ataku następuje rezonujące uspokojenie. Przez moment pianista prowadzi narrację samotnie. Jego partner wraca z armią rezonujących i szumiących przedmiotów, frazując niczym zaklinacz węży. Opowieść zdaje się być teraz delikatna, niemal oniryczna.

Artyści zaczynają szukać brzmieniowych kantów i bardziej zadziornych konstrukcji dramaturgicznych mniej więcej po trzynastej minucie. Emocje rosną do tego stopnia, że zaczynają krzyczeć na siebie. Dodatkowo każdy syci swoją opowieść gigantycznymi porcjami preparowanych dźwięków. Wytłumienie przychodzi jednak dość szybko. Na kilka chwil saksofonista zostaje sam na scenie i łapie podmuchy zimnego rezonansu. Pianista powraca minimalistycznymi frazami wprost z klawiatury. Ocean wzajemnych subtelności zdaje się panować na scenie przez kilka kolejnych minut. Improwizacja kołysze się na wietrze, muzycy cedzą dźwięki i kreują coraz bardziej efektowny suspens, przy okazji skutecznie docierając do dwudziestej minuty koncertu. Nim to nastąpi, otrzymujemy jeszcze krótki passus samotnego tańca na gołych, fortepianowych strunach.

Muzycy przystępują teraz do finałowego aktu koncertu. Znów znajdują w sobie nieskończone zasoby mocy i kreatywności. Free jazz czai się za rogiem, tym razem doposażony w sporą dawkę melodyki i niemałe połacie rytmu. Klawiatura fortepianu kipi teraz post-jazzowymi emocjami, saksofon z kolei łapie ognisty oddech. Narracja wpada w niemal taneczny rytm, budowany frazami pełnymi brudu i krzyku. Gdy ekspresja sięga szczytu, muzycy kończą dzieło. Czynią to na raz, wprost w chmurę rzęsistych oklasków.



Strings Entanglement

Kolejne barcelońskie spotkanie improwizatorów, opublikowane na nowych albumach Sirulity, miało miejsce w maju ubiegłego roku. Tym razem trzy instrumenty strunowe – ponownie fortepian Fernándeza, ponadto gitara elektryczna Amidei Clotet i akustyczna gitara basowa Rafała Mazura. Muzycy improwizują tu zarówno w trio (pięciokrotnie), jak i w duetach (trzykrotnie). Mają jeden cel – doszczętnie zdewastować struny swoich instrumentów. Efekt foniczny jest tu zatem wyjątkowo smakowity.

Już na starcie albumu dostajemy się w bezkres zakładu mechanicznego – zgrzytania, tarcia, szarpnięcia, paleta strun na stole prosektorium. Część fraz wydaje się masywna, mięsista, inne definitywnie lekkie, niekiedy wręcz filigranowe. Spektrum dźwięku od czerstwego hałasu po mroczną ciszę akustycznego ambientu. W drugiej opowieści gitarzyści budują drony, pianista skacze po strunach. Niektóre fonie przypominają pracę suwnic przemysłowych, inne zdają się być efektem zdzierania glazury z powierzchni płaskich i obłych. Znów dużo prostej mechaniki i urokliwego minimalizmu na etapie finalizacji improwizacji. Trzecia opowieść, to pierwszy duet – piano i gitara elektryczna. Narracja jest tu nad wyraz subtelna, w drugiej fazie eksploduje wszakże mocą perkusjonalnych ekspozycji. Czwarta improwizacja, na powrót w trio, kontynuuje wątek nieco bardziej spokojnej narracji. Bas wibruje, struny gitary kreślą drobne pętle, piano trzeszczy w szwach, ale płynie w wyższych partiach chmur. Opowieść ma tu kilka faz, bywa obłokiem renesansu, bywa leniwą przebieżką po czarnej stronie klawiatury fortepianu, ale też gęstym strumieniem szumów.

Piąta część, to znów duet, tym razem gitarowy. Opowieść jest wyjątkowo mroczna, budowana rezonującymi dronami. Z czasem nabiera jednak pewnej linearności i zdeformowanej melodyki. Kolejna improwizacja, to niemal post-barokowy poemat strun traktowanych delikatnymi smyczkami. Pianista frazuje tu zarówno w trybie inside, jak i outside. To kolejny dowód na to, iż ta trójka improwizatorów szczególnie dobrze czuje się w … spokojnych, subtelnych akcjach. W rekontrze do tezy z poprzedniego zdania – siódma improwizacja, duet piana i basu, powraca do mechanicznej, post-industrialnej estetyki. Z chmury hałasu wyłania się tu opowieść szyta zarówno czystym frazami pianisty, jak i brudem basisty. Nabiera ona z czasem dużego rozmachu dramaturgicznego, doposażona w pewną strukturą rytmiczną. Ostatnia improwizacja, grana w trio, to trzy pasma delikatnych, strunowych post-dźwięków. Koda sponiewieranych strun brzmi tu wyjątkowo pięknie, także nieco metaforycznie.



 

Hiking

Trzecia dzisiejsza opowieść powstała w doskonale nam znanym studiu nagraniowym w stolicy Argentyny. Muzycy ją tworzący, to także nazwiska nam nieobce. Pianistka Paula Shocron ma w dorobku nawet album wydany w Polsce. Z kolei saksofonista Pablo Ledesma znany jest nam z wielu katalońskich publikacji. Ich dalece post-jazzowa podróż, podzielona na dziesięć odcinków, mieni się barwami niemal wszystkich kameralnych odmian muzyki improwizowanej. Bywa agresywna, niemal free jazzowa, bywa także nostalgiczna, a w kilku momentach być może zbyt powściągliwa w okazywaniu emocji.

Artyści startują z pool position. Od pierwszej chwili z dużą mocą krwistego free jazzu – dynamiczne, twarde klawisze i wydęty saksofon altowy. Zaraz potem intryguje nas oddech inside piano i delikatnie rezonujący dęciak w nieco nerwowej post-balladzie. W kolejnych improwizacjach emocje nieco stygną. Pianistka serwuje nam niekiedy frazy post-klasyczne, tempo bywa leniwe, a niektóre ekspozycje, szczególnie saksofonu sopranowego, nieco przesłodzone. Z drugiej wszakże strony należy oddać artystom, iż są konsekwentni w swych wyborach estetycznych, dobrze panują nad dramaturgią całości, a każdą z opowieści są w stanie doprowadzić do intrygująco zagęszczonego stadium. Nie szczędzą nam także preparowanych dźwięków saksofonu, ani minimalistycznych kontrapunktów piana.

Począwszy od siódmej improwizacji Argentyńczycy na powrót przykuwają naszą uwagę niemal wyłącznie udanymi akcjami. W siódmej części pianistka pracuje wewnątrz pudła rezonansowego, z kolei saksofonista prycha i rozsyła fluidy czystej kreacji. Na strunach fortepianu rodzi się teraz filigranowa, jakże urokliwa melodia. Część ósma nosi znamiona nieco burzowej, pełnej nerwowych podrygów z każdej strony. Emocje zdają się tu być bliskie pieśni otwarcia. Część dziewiątą śmiało możemy zaliczyć do albumowych perełek. Preparowane, filigranowe frazy skapane są tu w niespokojnej ciszy. Także pieśń zamknięcia zapisujemy po stronie atutów albumu. Najpierw garść mrocznych preparacji piana i frywolne, acz zawieszone w czasie zadęcia saksofonu. Potem improwizacja rozwija się w urokliwie minimalistycznym trybie, sycona post-jazzowymi westchnieniami dęciaka.

 

Don Malfon & Agustí Fernández Breath (DL, 2023). Don Malfon – saksofon altowy i barytonowy oraz Agustí Fernández – fortepian preparowany. Nagranie koncertowe, zarejestrowane w miejscu zwanym NOTA 79, MMI Festival, Barcelona, październik 2019. Jedna improwizacja, 29 i pół minuty.

Agustí Fernández, Amidea Clotet & Rafał Mazur Strings Entanglement (DL, 2023). Agustí Fernández – fortepian preparowany, Amidea Clotet – gitara elektryczna oraz Rafał Mazur – akustyczna gitara basowa. Nagrane w Estudi Rosazul, Barcelona, maj 2022. Osiem improwizacji, 52 minuty.

Paula Shocron & Pablo Ledesma Hiking (DL, 2023). Paula Shocron – fortepian, instrumenty perkusyjne oraz Pablo Ledesma – saksofon altowy i sopranowy. Nagrane w Estudio Libres, Buenos Aires, listopad 2021. Dziesięć improwizacji, 45 minut.

 

 

piątek, 3 listopada 2023

A New Wave of Jazz’ fresh outfit: Hunt At The Brook! Zwosch, Zwosch, Zwosch!


Wczesnojesienne premiery belgijskiego A New Wave Of Jazz przynoszą dwa albumy pomieszczone na trzech kompaktowych dyskach. Z jednej strony kwiat brytyjskiego free improv w wydaniu dalece międzypokoleniowym, z drugiej - pierwsze w pełni portugalskie nagranie w dziejach labelu.

Album londyński zawiera dwa nagrania z roku 2019 – kwietniowe, poczynione w trio uformowane przez często goszczących na tych łamach muzyków młodego-średniego pokolenia, czyli Toma Jacksona, Benedicta Taylora i Daniela Thompsona oraz majowe, zrealizowane w kwartecie, który skonsolidował się dzięki poszerzeniu rzeczonego tria o legendę gatunku, flecistę Neila Metcalfe’a. Nagranie portugalskie także łączy pokolenia – stworzyła je ikona improwizacji tamtej części świata, czyli Carlos Zingaro oraz młodsza i nieco starsza młodzież w osobach Guilherme Rodriguesa & José Oliveiry.

Swobodna improwizacja na najwyższym poziome, to norma labelu prowadzonego przez Dirka Serriesa. Zaglądamy zatem do środka!



Hunt At The Brook Again

Nagranie kwietniowe, to trio złożone z klarnetu, gitary akustycznej i altówki, posadowionych w takiej kolejności, od lewej do prawej strony naszego spektrum odsłuchowego. Na zagranie sześciu improwizacji muzycy potrzebują ponad 50 minut.

Początek, to swoiste small talks zalotnego klarnetu, na poły śpiewnej altówki i minimalistycznej gitary, która cedzi strzępy akordów. Muzycy dość szybko lepią z tego dalece emocjonalną narrację, świetnie na siebie reagują. Druga opowieść zdaje się być odrobinę mroczna, z jednej strony tworzą ją minimalistyczne szumy i szelesty, z drugiej post-melodyjne westchnienia. Improwizacja z każdym krokiem nabiera jednak mocy, a prawdziwie urokliwą ognistość osiąga po 10 minucie. Ekspresja nabiera tu niemal rockowych barw, szczególnie na strunach altówki. Trzecią opowieść zagaja gitara, altówka trzeszczy w szwach, a klarnet snuje kameralne melodie. Artyści przypominają teraz trzy gołębie usadowione na kolczastym drucie. Najpierw skaczą, potem gasną w obłoku post-melodii i strzępów dźwięku. W czwartej części muzycy serwują nam emocje od pierwszej sekundy. Altówka i klarnet niemal krzyczą, gitara z kolei stawia stemple. Improwizacja faluje niczym wzburzony ocean, bywa, że nabiera post-romantycznego powietrza w płuca, bywa, że śle nam grad drobnych, preparowanych fonii. Początek piątej części jest definitywnie minimalistyczny. Bardziej żwawa narracja rozpoczyna się w momencie, gdy na gryfie altówki pojawia się plama brudu. Emocje rosną tu w postępie geometrycznym, ale gdy zajdzie taka potrzeba, droga od fire music do post-classic chamber trwać może ledwie kilka sekund. Ostatnia improwizacja wydaje się być niezwykle delikatna. Małe melodie i filigranowe szarpnięcia za struny budują tu jednak całkiem dynamiczną ekspozycję, niepozbawioną przybrudzonych, zadziornych fraz.

Hunt At The Brook with Neil Metcalfe

W maju muzycy spotykają się już we czwórkę, a instrumentarium zostaje uzupełnione o flet. Tym razem improwizacja składa się z czterech części i trwa niewiele ponad trzy kwadranse.

Pierwsza improwizacja rodzi się z ciszy, wstaje z kolan wyjątkowo powoli. Altówka skrzypi, reszta załogi podśpiewuje pod nosem. Niektóre wątki zdają się tu brzmieć niemal klasycznie. Szczęśliwie opowieść nabiera jednak rumieńców i zaczyna toczyć się w estetyce, którą tak sobie cenimy. Dobre akcje, świetne interakcje, zadziorne frazy, wyłupiaste spojrzenia i uszy otwarte na każdy dźwięk. Narracja po kilku wzniesieniach tonie w mroku minimalizmu, ale to zdaje się jeszcze bardziej podkreślać urodę chwili. Po restarcie emocje zaczynają buzować, a improwizacja mienić się wszystkimi kolorami tęczy. Finał kilkunastominutowej opowieści, to morze wyjątkowo udanych interakcji. Kolejną część zaczynają samotne dęciaki, płynące bardzo kameralnym strumieniem. Strunowce w rekontrze ślą cięte riposty polepione w brudne frazy. Niewiele tu trzeba, by cały kwartet zatonął w ekspresyjnej, jakże kolektywnej akcji, nasyconej wszakże silnie molową melodyką. Opowieść ma jeszcze jedno efektowne spiętrzenie, zainicjowane przez nad wyraz aktywnego w tym akurat momencie gitarzystę. Trzecia improwizacja, równie leniwa na starcie, jak ta pierwsza, zdaje się wstawać z grobu. Brzmi mrocznie niczym surowa muzyka dawna. Dęciaki w żałobnych modlitwach, strunowce w roli pająków tkających coraz większą pajęczynę. Zdaje się, że każdy, nawet najdrobniejszy dźwięk znajduje tu swoje miejsce. Po fazie dramaturgicznego rozwinięcia następuje piękna finalizacja, która płynie korytem melodii i smutku. Nagranie wieńczy czterominutowa koda, która zdaje się konsumować urodę wszystkich poprzednich epizodów. Wstęp gitary i fletu, rozwinięcie w pełni kolektywne. Zróżnicowana dynamika i dużo emocji na ostatniej prostej.




Zwosch, Zwosch, Zwosch

Portugalskie spotkanie miało miejsce w sercu lizbońskiego lata roku 2021. Kameralne, strunowe (skrzypce i wiolonczela), ale pełne zaskakujących emocji, szczególnie dzięki bardzo aktywnej pracy perkusjonalisty, który nie stronił od rytmicznych, niekiedy całkiem dynamicznych akcji. Dodajmy, iż koncert jest nieprzerwanym strumieniem dźwiękowym.

Już od startu perkusjonalista silnie akcentuje swoją obecność - zdaje się mieć w ręku mnóstwo przedmiotów, które jednocześnie wydają dźwięki, choćby miseczki wypełnione metalowymi kulkami. Wiolonczela budzi się do życia ze śpiewem na ustach, z kolei skrzypce naciągają wyjątkowo suche struny. Trochę akcji mechanicznych, garść rezonujących fraz i incydentalnie preparowane frazy ze strony każdego z muzyków. Perkusjonalista w tę różnorodną i wielogatunkową improwizację wkłada mnóstwo kreatywności, którą usytuować można w nieskończonych doświadczeniach free improv, z kolei skrzypek i wiolonczelista uzupełniają ów gatunkowy tygiel mnóstwem fraz post-barokowych, ale niekiedy wręcz bogactwem godnym renesansu. Narracja ma tu wiele faz, urokliwe skrzy się gęstymi porcjami ekspresji, innym razem chowa w ciszy i zdaje się wtedy produkować jeszcze piękniejsze frazy. Dużo mamy melodii, ale także zaskakujących sytuacji, gdy nagle wszystkie instrumenty brzmią niczym wataha dzikich perkusjonalii. Po 20 minucie napotykamy na szczególnie fascynujące wydarzenia – najpierw skrzypek i wiolonczelista siłują się ze strunowymi naciągami, a towarzyszy im nerwowy, szeleszczący perkusjonalista. Potem następuje skok w estetykę muzyki dawnej, bogaconej sekwencja gongów. Gdy cello niespodziewanie przechodzi w tryb pizzicato, improwizacja zaczyna nowe życie, przez moment stając się teatrem jednego aktora. Tuż potem, już w niedalekiej bliskości zakończenia, dostajemy porcję wyjątkowo pięknych, strunowych śpiewów, które doposaża w emocje niecierpliwy i znów niezwykle kreatywny perkusjonalista. Ta niebywała, choć jakże krótka podróż zwieńczona zostaje wspólnym, szczęśliwym dronowaniem.

 

Tom Jackson, Neil Metcalfe, Benedict Taylor & Daniel Thompson Hunt At The Brook with Neil Metcalfe (2CD 2023). Tom Jackson – klarnet, Neil Metcalfe – flet (tylko dysk drugi), Benedict Taylor – altówka oraz Daniel Thompson – gitara akustyczna. Nagrane w Stamford Brook, Londyn, kwiecień 2019 (dysk pierwszy) i maj 2019 (dysk drugi). Łącznie dziesięć improwizacji, 97 minut.

Carlos Zingaro, Guilherme Rodrigues & José Oliveira Zwosch, Zwosch, Zwosch (CD 2023). Carlos Zíngaro – skrzypce, Guilherme Rodrigues – wiolonczela oraz José Oliveira – instrumenty perkusyjne. Nagranie koncertowe, Festival DME - Lisboa Incomum, Lizbona, lipiec 2021. Jedna improwizacja, 32 minuty.