piątek, 6 września 2019

Evan Parker, Matthew Wright, Adam Linson, John Coxon & Ashley Wales in Trance Map+! ‎Crepuscule In Nickelsdorf!



Z pewnością jednym z najważniejszych wydarzeń koncertowych bieżącego roku, z punktu widzenia miłośników muzyki improwizowanej, będzie obecność Evana Parkera i jego niezwykłego przedsięwzięcia artystycznego pod nazwą Electro-Acoustic Ensemble na 14. edycji warszawskiego Festiwalu Ad Libitum.

Koncert formacji już za pięć tygodni, a my dziś – znów w ramach celebrowania 75 urodzin artysty (jeszcze wiele odcinków przed nami!) – sięgamy po projekt Trance Map+, poszerzoną edycję duetu Trance Map, który onegdaj zaprezentował się na płycie o takim właśnie tytule (Psi Records, 2011). Duet ów zmyślnie łączył filigranowy strumień swobodnych improwizacji na saksofonie sopranowym z prowadzonym na żywo, elektronicznym procesowaniem dźwięków generowanych przez instrument dęty. Partnerem Parkera, który zasiadł za pulpitem komputera był wówczas Matthew Wright. Na wydanej dwa miesiące temu płycie, Trance Map poszerzony został do pięciu muzyków, którzy wyposażeni dodatkowo w kontrabas i cały arsenał urządzeń elektronicznych, zbudowali niezwykły spektakl elektroakustyczny.

Z muzykami spotykamy się na austriackim festiwalu Konfrontationen 2017 w Nickelsdorf. Na letniej, lipcowej scenie meldują się: Evan Parker – saksofon sopranowy, Matthew Wright – turntables, live sampling, Adam Linson – kontrabas i elektronika, Ashley Wales - elektronika oraz John Coxon – turntables, elektronika. Koncert, który stanowi jeden nieprzerwany ciąg dźwięków, podzielono na siedem części. Trwa w sumie 58 minut i 47 sekund, a wydawcą CD jest Intakt Records.




Oniryczna flora drżącej, szumiącej i syczącej elektroakustyki, gdzie wszystko, co żywe napotyka na koleiny elektroniki i wchodzi z nimi w niebanalne interakcje. Świat dźwięków wymieszanych, gdzie źródeł wielu fonii możemy się jedynie domyślać. Podmuch wiatru, echo skwierczących kabli, szum zwojów nerwowych, drobne usterki na łączach, półśpiew zmutowanych ptasich odgłosów, drobne pojękiwanie strun kontrabasu. Saksofon sopranowy leniwie budzi się do życia po upływie dwóch i pół minuty, kwili wyjątkowo łagodnymi frazami, jakby intonował pieśń inicjacyjną, która po niedługim czasie zaczyna pętlić się i nabierać szorstkości. Tło wokół zdaje się być coraz bardziej mgliste i nieinwazyjne. Gdy sopran wyrusza w pierwszy tego wieczoru taniec, towarzyszą mu cztery żywiołowe strumienie wybrzuszonej syntetyki. Gdy gaśnie, elektronika ciągnie narrację (przy okazji jesteśmy już w drugiej części), a w tle pojawiają się drobne zgrzyty kontrabasu, iskierki wyzwolonej syntetyki. Dźwięki saksofonu wprost po przetworzeniu, może też jego żywej odmiany, nabierają dynamiki na sporym pogłosie. Muzyka brzmi, jakbyśmy znaleźli się w ulu pełnym agresywnych pszczół. Po 5 minucie sopranista wpada w oddech cyrkulacyjny, a pióro recenzenta aż płonie z zachwytu nad akustyką tej właśnie chwili. Po wybrzmieniu, skromne akcenty percussion, drżenie kontrabasu i garść skrzącej się syntetyki, niczym dwadzieścia lat temu na post-technoidalnych płytach Jana Jelinka. Sample z wibrafonu ogłaszają start trzeciej części. Pomruki kontrabasu budują flow narracji, w tle kiście mokrej syntetyki. Sopran powraca po dłuższej chwili, rysuje pętle, podczas gdy okablowany blok wsparcia wpada w repetycje. Gęstości chwili dodaje smyczek na strunach kontrabasu. Sopran zdaje się multiplikować, zaś przestrzeń spektaklu rozciąga się wzdłuż i wszerz. Po 7 minucie mały peak kontrabasu, syntetyczny meta drumming i brzęk elektroniki, który zwiastuje kolejną część koncertu.

Na rozbiegówce dronowa, niemal epicka ekspozycja, pełna tajemniczości, bardzo nerwowa. Industrialny posmak chwili, meta taneczna syntetyka i sopran, który ponownie startuje po krótkim odpoczynku. Znów kreśli pętle, cyrkuluje i łyka elektroakustyczną poświatę. Flow szyty gęstym ściegiem, jakby nagle na scenie pojawiło się kilka nowych, akustycznych instrumentów, unoszonych na barkach syntetyki. Sopran w wersji żywej i samplowanej – piękny moment! Płynny start części piątej przy wtórze post-syntetyki. Saksofon, cichy, swawolny ptaszek, wokół bijące dzwony, syntetyka skwiercząca wyjątkowo analogowo, pasma pulsującego basu, wprost z gorących kabli. Dęciak nabiera zadziorności i stara się wchodzić w interakcje z każdym obiektem na scenie, czemu towarzyszą partie wzajemnych imitacji. Jest przy tym silnie dekonstruowany, zniekształcany absolutnie live. Po 6 minucie narracja zagęszcza się, znów akcenty perkusyjne, wielobarwne sample, tuż potem drżenie strun kontrabasu przepuszczone przez kable i dźwięki syntezatora w stanie spoczynku. Rodzaj sonorystycznych przygód w elektroakustycznych okolicznościach przyrody. Brawo! Na finał tej części prawdziwe królestwo kontrabasu i wielobarwny kalejdoskop sampli. Start części szóstej wyjątkowo wyznacza saksofon i owo niespełna czterominutowe interludium wypełnia dźwiękami niemal samotnie. W tle towarzyszy mu jedynie cichy ambient uśpionej elektroniki i skromne plastry sampli. Finałową część koncertu, bardzo rozbudowaną (ponad kwadrans) rozpoczyna dalekie echo sopranu i drżenie elektroniki. Parker wpada w zmysłowy taniec, potem towarzyszy mu także struga sopranowego live proccesing oraz poświata syntetyki. Wszystko zdaje się skwierczeć i jęczeć, potem zaś gęstnieć. Siarczysta biel metafizyki dźwięku! Duża zmienność akcji, finałowa nadaktywność wszystkich uczestników tego niebywałego spektaklu. Akcenty post-syntetyki, pasma post-ambient i post-techno, struny kontrabasu, meta perkusjonalia, basowe pulsary, sample i perfumy Królowej, wszystko na bogato! W 13 minucie sopran zaczyna zrywać swoje frazy, syntetyka sprzęga się i zieje ogniem na flankach. Loopy i ptasie porykiwania. Triumf niemal żywej syntetyki, która błyskotliwie gaśnie. Burza oklasków i wyzerowany licznik odtwarzacza kompaktowego. 

wtorek, 3 września 2019

New Wave Of Impromptu! 3.Spontaneous Music Festival 2019! Kick Off at October 3rd!



Trzecia edycja Spontaneous Music Festival – z tytułem własnym „New Wave Of Impromptu” - kontynuuje eksplorację najciekawszych zjawisk muzyki swobodnie improwizowanej na Starym Kontynencie. Tegoroczna edycja rozszerza jednak ów programowy krąg zainteresowań o muzykę improwizowaną, budowaną na bazie wcześniej zdefiniowanych notacji graficznych, a także estetykę dark ambient! Festiwal odbędzie się w Poznaniu do 3 do 6 października br. w klubach Dragon i Pawilon.





Wyżej wspomniane, nowe zjawiska festiwalowe dostarczy główny rezydent wydarzenia, belgijski gitarzysta Dirk Serries. Artysta legenda w obszarze muzyki elektronicznej i ambientowej (jako VidmaObmana i Fear Falls Burning), od lat także ważna postać europejskiej muzyki improwizowanej, szef artystyczny wydawnictwa „A New Wave Of Jazz”. Muzyk zagra w trakcie festiwalu aż czterokrotnie – w ramach swobodnie improwizujących Kodian Trio i duetu z altówką, przewodzić będzie dużemu składowi Tonus Ensemble, który improwizować będzie w estetyce minimal music przy użyciu wcześniej przygotowanego scenariusza (notyfikacji graficznej gitarzysty, powstałej specjalnie na potrzeby festiwalu), wreszcie zaprezentuje solowy, gitarowy set muzyki ambient. Ten ostatni, ekskluzywny występ, uświetni urodziny muzyka, które przypadają dokładnie w dniu 4 października.

Doskonałym uzupełnieniem prezentacji dorobku Serriesa na poznańskim Festiwalu będą koncerty uznanych w Polsce i na świecie gwiazd muzyki jazzowej i improwizowanej. Na festiwalowych scenach zagrają m.in. niemiecki trębacz Axel Dörner (pierwsza wizyta w Poznaniu) z kwartetem The Electrics (z udziałem szwedzkich przyjaciół - Sture Ericsona, Joe Williamsona i Raymonda Strida), amerykański saksofonista Ken Vandermark w trio z absolutną ekstraklasą polską - Mikołajem Trzaską i Michałem Górczyńskim (jako Details In The Air), wreszcie kataloński saksofonista Albert Cirera w duecie z Ramonem Pratsem.  W ramach formacji z udziałem Dirka Serriesa, na scenie poznańskich klubów zaprezentują się także młode lwy z Wielkiej Brytanii – znani z poprzedniej edycji Festiwalu, saksofonista Colin Webster i perkusista Andrew Lisle oraz – po raz pierwszy w Polsce – altowiolista Benedict Taylor.  Ostatni z wymienionych muzyków zagra także set solowy.

W gronie uczestników Festiwalu nie zabraknie muzyków improwizujących z Poznania i Wielkopolski – zagra, co jest już tradycją spontanicznych festiwali, Poznańska Orkiestra Improwizowana, a w mniejszych składach oraz w ramach Tonus Ensemble zaprezentują się także - Witold Oleszak, Paweł Doskocz, Ostap Mańko i Anna Szmatoła.

Obok zaprezentowanych wyżej składów, które funkcjonują artystycznie na scenach Europy i świata od dawien dawna, widzowi będą mogli obejrzeć konfiguracje personalne złożone z muzyków, którzy zagrają ze sobą po raz pierwszy. To także cenna i kultywowana od pierwszej edycji zasada Spontaneous Music Festival w Poznaniu.

Szczegółowy program Festiwalu

3.10, czwartek
Dragon Social Club
19.00 – Otwarcie festiwalu, Intro solo (Witold Oleszak fortepian)
20.00 - The Electrics (Sture Ericson saksofon, Axel Dörner trąbka, Joe Williamson kontrabas, Raymond Strid perkusja)
21.00 - Kodian Trio (Colin Webster saksofon, Dirk Serries gitara elektryczna, Andrew Lisle perkusja)

4.10, piątek
Dragon Social Club
19.00 – Ad Hoc Quartet (Colin Webster saksofon, Witold Oleszak organy Hammonda, Paweł Doskocz gitara elektryczna, Andrew Lisle perkusja)
Pawilon
21.00 – Benedict Taylor solo (altówka)
22.00 – Dirk Serries solo ambient (gitara elektryczna)
Dragon Social Club
23.30 – Jam Session, Urodziny Dirka

5.10, sobota
Dragon Social Club
18.00 – Ad Hoc Duo (Colin Webster saksofon, Albert Cirera saksofon)
19.00 – Dirk Serries / Benedict Taylor Duo (gitara akustyczna, altówka)
20.00 – Duot (Albert Cirera saksofon, Ramon Prats perkusja)
21.00 – Tonus Ensemble (Dirk Serries gitara akustyczna, Paweł Doskocz gitara akustyczna, Witold Oleszak fortepian, Colin Webster saksofon, Benedict Taylor altówka, Ostap Mańko skrzypce, Andrew Lisle perkusja, Anna Szmatoła wiolonczela)

6.10, niedziela
Miejsce TBA
18.30 - Poznan Improvisers Orchestra/ Poznańska Orkiestra Improwizowana (m.in. z gościnnym udziałem Benedicta Taylora)
Dragon Social Club
20.00 - Details In The Air (Michał Górczyński, Mikołaj Trzaska, Ken Vandermark – klarnety)

Organizatorzy:
Trybuna Muzyki Spontanicznej / Dragon Social Club
Współorganizator: LAS, Partner: Pawilon
Patronat:
Dwójka - Program 2 Polskiego Radia / PopUpMusic.pl / Jazzarium.pl / Zoharum - new experimental art / Maciej Lewenstein


Oficjalna strona Festiwalu:




piątek, 30 sierpnia 2019

Liquid Quintet! Bouquet! La Rosa de Foc en deu parts!



Końcówka ósmego miesiąca roku w pełni, a zatem ile już macie pewniaków na roczne podsumowanie 2019? Trybuna ma kilku faworytów, a oto i kolejny!

Nazwane za liquid modernity Baumana, improwizujące trio z samego serca Barcelony, znamy na tych łamach świetnie, a każdą z ich dotychczasowych trzech płyt zachwycaliśmy się z należytą starannością. Jak zapewne część z nas wie, trio dwa lata temu zaprezentowało się światu w wersji rozszerzonej do formuły kwintetu, który m.in. na warszawskim festiwalu Ad Libitum uzupełnili polscy muzycy, Artur Majewski i Rafał Mazur (uwaga, to nagranie niebawem będzie dostępne w wersji płytowej!). Póki co, inna wersja kwintetowa Liquid doczekała się pierwszej płyty studyjnej. Dziś skupimy na niej naszą uwagę i – co nie będzie żadnym zaskoczeniem – znów wpadniemy w ramiona trudnej do opanowania ekstazy!

Liquid Quintet na płycie Bouquet, czyli 52 i pół minuty bardzo swobodnych improwizacji, zarejestrowanych pod koniec lipca ubiegłego roku w Rosazul Estudi, w Barcelonie. W ramach rdzenia formacji: Agustí Fernández – fortepian, Albert Cirera – saksofon tenorowy i sopranowy oraz Ramon Prats – perkusja, zaś w ramach doproszonych: Don Malfon – saksofon altowy i barytonowy oraz Barry Guy – kontrabas. Dziesięć części historii pod nazwą Fire Rose (tak nazywa się czasami stolicę Katalonii), zrealizowanych czterokrotnie przez kwintet, a także przez dwa kwartety, jedno trio i trzy duety. Wydawcą płyty jest label pianisty, Sirulita Records. Słuchamy uważnie, utwór po utworze.




Fire Rose No.1: quintet. Kolektywnie preparowanie akustycznych instrumentów od pierwszego dźwięku buduje sieć emocji, która towarzyszyć nam będzie aż po dźwięk finalny. Pozatykane tuby saksofonów, usytuowane na przeciwległych flankach, ołowiane i szeleszczące struny wewnętrznego piana i drżącego kontrabasu, wreszcie iskrzące suchym blaskiem talerze i tomy zestawu perkusyjnego. Cirera i Malfon kroczą wysokim wzgórzem, strój ich instrumentów niechybnie przenosi nasze skojarzenie ku Spontaneous Music Ensemble, w czasach, gdy Evan Parker i Trevor Watts zgrabnie tańczyli wokół wzniosłych idei swobodnej improwizacji Johna Stevensa. Środkowym pasmem płynie sekcja nierytmu, obracająca w niwecz każdy pomysł bardziej oczywistego rozwiązania dramaturgicznego. Skupienie, precyzja drummingu, który szuka swojej wewnętrznej dynamiki. Liquid Quintet - smukła lady, która kusi nieskończoną liczbą powabów. W 5 minucie masywna ekspozycja kontrabasu, także smyczek i pijackie śpiewy saksofonów. Jak pięknie! Fire Rose No.2: quintet. Trochę wymiany dźwięków metodą call & response, realizowanej znów niezwykle kolektywnie. Saksofony niczym kruki kołują nad strefą działań, ale tym razem wydają się być bardziej zadziorne i odrobinę separatywne. Kontrabas i perkusja na krzywej eskalującej, nadaktywny pianista i zaraz potem smyczek z odrobiną zadumy na delikatnym włosiu. Dobry moment na głaskanie strun, polerowanie tomów i przedmuchiwanie dysz. Fire Rose No.3: trio (AF AC BG). Fernandez przypomina sobie, iż fortepian może wydawać dźwięki także z poziomu klawiatury. Saksofon Cirery repetuje, Guy plącze się w ołowianych strunach. Donośne preparacje i zwinne dezyderacje. Garść smutku na gryfie kontrabasu, błysk czarnych klawiszy fortepianu, cięte riposty saksofonu nie pozwalające na wzięcie zbyt głębokiego oddechu pozostałym uczestnikom tego trzyosobowego spektaklu. Fire Rose No.4: duo (DM BG). Potencjometr emocji pikuje ku prawej strony. Malfon i Guy – szeroka paleta kantów i zadziorów, stylowa imitacja – jakże ekscytujący moment! Dwóch ich tylko na scenie, a jakby dziesięciu grało marsza ku chwale swobodnej improwizacji. Fire Rose No.5: quintet. Powrót do kompletnego składu inauguruje wyjątkowo ciche piano. Subtelny rezonans talerzy, spokojny krok ku zagęszczeniu. Free chamber in very slow motion! Liczenie strun w obrębie pierwszej dziesiątki, jaskrawy półmrok, szczoteczki w nerwowych ruchach i delikatna sonorystyka uśpionych saksofonów.

Fire Rose No.6: quartet (AF AC BG RP). Malfon odpoczywa, reszta bierze się do pracy. Małe piano z klawisza, jęczący tenor pod pachę z kontrabasem, opukiwanie tomów i werbla. Zmysłowe piętrzenie narracji w duchu pełnokrwistego minimalizmu. Piękna przechadzka w kierunku free jazzowej poświata poranka. Półgalop, najpierw wyraziście stłumiony smykiem i wysokim saksofonem, potem pozostawiony w stadium małej eksplozji emocji za przyczyną aktywnego pianisty. Ostatni dźwięk wyjątkowo ognisty. Fire Rose No.7: duo (AC DM). Dobry moment na duet saksofonów – krótki, dosadny i piękny. Złoty taniec zamkniętych tub. Fire Rose No.8: quartet (AF DM BG RP). Cirera odpoczywa, a kwartet tańczy bez stylistycznych ograniczeń. Piano z klawisza, pizzicato basu, delikatna perkusja, suche prychy saksofonu. Narracja budowana step by step. Wszystko zdaje się tu być równie znajome, jak odkrywcze i zachwycające. Kolektywna gęstwina akustycznych cudowności! Po połowie krok ku free jazzowej eskalacji, czyniony z gracją baletnicy, z którą wszystkim po drodze. Na wybrzmieniu imitacje piana i kontrabasu. Fire Rose No.9: duo (AF DM) rozpoczyna swój żywot w aurze meta tajemniczości. Garść dźwięków nieznanych, burczenie w brzuchu, oddech świerszcza, tygrysi szczęk kości. Coś szeleści w trzcinie, dęciak dyszy i prycha. Małe, cudowne gierki dwóch mistrzów nastroju grozy. Natrętny dźwięk i bolesna cisza, stosowne naprzemiennie, budują wspaniałą dramaturgię chwili! Płynne przejście do … Fire Rose No.10: quintet, niczym pierwsze zwiastowanie zakończenia tej niezwykłej historii. Znów triumf kolektywnej improwizacji – saksofony dmą na alarm we free jazzowym galopie, stymulowanym ostrym pasażem fortepianu. W biegu garść preparacji i imitacji, mikro solo kontrabasu, błysk perkusji i finalna kipiel saksofonów. Wszystko, co sobie wymarzyłeś, dzieje się w tej właśnie chwili. Dynamiczny stop przerywa ów cudowny sen!



środa, 28 sierpnia 2019

Bill Dixon & Cecil Taylor! Duets 1992! As fresh as old!



Bill Dixon i Cecil Taylor atakują zza grobu i czynią to wyjątkowo pięknie! Dwa czarne krążki, jedenaście duetów nagranych na początku lipca 1992 roku we Francji, w miejscu zwanym La Masterbox, L'École Nationale de Musique, Villeurbanne. Cena wydawcy Triple Point Records, co prawda kosmiczna, ale czego nie robi się dla improwizujących półbogów!

Czas temu jakiś, jeszcze na łamach niezapomnianego Diapazon.pl napisałem, iż Bill Dixon był muzykiem, który grając wyjątkowo mało dźwięków pozostawił po sobie wielkie bogactwo muzyki. Przez swoje bardzo długie życie popełnił ledwie kilkanaście płyt, a o wielu z nich możecie sobie przypomnieć klikając w ten link. Zatem fakt, iż dziś trafia nam się kąsek w postaci ponad 80 minut nieznanej muzyki tego wybitnego trębacza, nie może nie ujść naszej wnikliwej uwadze. Co nie zmienia faktu, iż recenzja płyty Duets 1992 nie została napisana na kolanach.

Dixon i Taylor grali już razem w latach 60. (Conquistador!), a nowe tysiąclecie zainaugurowali doskonałą płytą w trio z Tony Oxleyem, koncertem zarejestrowanym na kanadyjskim Festiwalu w Victoriaville. Dziś wiemy, iż ich wspólne nagrania powstały, już tylko w duecie, także we wspomnianym wyżej lipcu 1992 roku. Zaglądamy do środka!




Side a. Dźwięk trąbki płynie do nas z wyjątkowo dalekiej otchłani, na pogłosie maksymalnej mocy, zdaje się mieć do pokonania miliony kilometrów, piano zaś dudni z klawisza definitywnie tu i teraz. Początek nagrania zdecydowanie slowly & gently, bez iskrzenia, pośpiechu i jakiejkolwiek presji. Każdy dźwięk dobywany jest z rozwagą, nie brakuje w nim zadumy i wieloletnich przemyśleń artystycznych. Dixon płynie wolny jak ptak, dołem zaś sunie minimalistyczny Taylor, śląc zadziorne frazy i szukając zaczepki. Wzajemne interakcje czynione, póki co na meta poziomie, nie wydają się być warunkiem koniecznym dla atrakcyjności widowiska. Warunki gry zdaje się dyktować Dixon, nie pozwala pianiście rozwinąć free jazzowych skrzydeł. Taylor zdecydowanie ma ochotę wypuścić się na szersze wody, ale coś ciągle go powstrzymuje. Dialog pomiędzy muzykami zostaje nawiązany tak naprawdę dopiero po 8 minucie. Po kolejnych dwóch Taylor nabiera dynamiki, ale Dixon wciąż kruszy skałę i nigdzie się nie wybiera. Końcówka 12 minuty wyznacza początek pierwszej tego dnia fazy preparacji – Taylor wsadza palce głęboko w pudło fortepianu, Dixon szuka skrawka nieba. Piano brzmi jak klawesyn, trąbka pulsuje dubowy echem. Gdy zabrzmi niczym budzący się ze snu zimowego niedźwiedź, pierwsza strona winyla łagodnie zakończy swój żywot.

Side b. Tłumiona trąbka śpiewa wyjątkowo cicho, piano tańczy klasycyzująco.  Z upływem sekund, a potem minut, nabierają mocy – Dixon jeszcze więcej echa, Taylor pianistycznej stanowczości, ale całość pracy muzyków zdaje się mniej ekscytować recenzenta niż poprzednia strona. Opowieść toczy się wartko, ale pozbawiona jest zaskoczeń, czy istotnych punktów zwrotnych. Po 12 minucie Taylor wpada nawet we free jazzowy żywioł, zatem czas zrobić sobie dawno odkładaną kawę. Na wybrzmieniu szczęśliwie uspokaja się.

Side c. Pierwszy dźwięk trąbki rodzi się w niemal zupełnej ciszy. Pianista ciekawie preparuje, ale używa także klawiatury. Śle urywane frazy i łypie okiem na partnera. Ten, trochę w ramach zaskoczenia, odpowiada dość agresywnymi, jak na niego, frazami, czym intuicyjnie zagęszcza ścieg pianisty. Po czasie muzycy wracają do narracji, jaka była naszym udziałem na poprzedniej stronie. Szczęśliwie tym razem muzycy stawiają – raz za razem – intrygujące punkty zwrotne. Duża zmienność akcji sprawia, iż muzycy mają też moment dla spokojnych, bardziej melancholijnych fraz. W 14 minucie Dixon niemal krzyczy wentylami, ale piano tonizuje jego napięcie nerwowe. Po pewnym czasie trębacz wypuszcza duże masy suchego powietrza, które zdają się rezonować ze strunami fortepianu. Piękny moment! Pod sztandarami zdrowej psychodelii Dixon wieńczy trzecią stronę winyla.

Side d. Echo, szum, głaskanie strun, półmrok preparacji. Tuż potem bardzo zwinny krok w dynamiczną i intensywną narrację. Dixon krwawi niczym postrzelony niedźwiedź, Taylor - zawadiacki, taneczny, zwinny jak kot. Po chwili czas na zadumę i garść very deep piano sounds, po kolejnej - moment na czułą wymianę pozdrowień. Czwarta strona, jak każda w zestawie, ma swoje momenty zdarzeń prawdziwie przewidywalnych, ale z drugiej strony trudno byłoby sobie wyobrazić cięcie tego nagrania na mniejsze odcinki. Jest tu pewna stanowczość i konsekwencja artystów w budowaniu opowieści w dłuższej perspektywie czasowej. W drugiej części tej strony odnajdujemy Dixona śpiewającego na pogłosie, Taylora, który snuje pulsujące pasaże outside & inside. Na sam zaś koniec nagrania, jakże udany pomysł na powrót do stylowych preparacji – dużo powietrza, niepewność chwili, artystyczny nieład. Taylor zdaje się odnajdywać wewnętrzny rytm, a Dixon udowadnia to, czego wcale nie musi udowadniać – estetyka kreatywnego minimalizmu, to jego świat, jest w nim niedościgniony.



czwartek, 22 sierpnia 2019

Rempis, Wooley, Niggenkemper & Corsano! From Wolves to Whales! Strandwal!



Improwizująca fauna na start! Od wilków do wielorybów! Tych pierwszych jest czterech, tych drugich być może nieskończona ilość!

Z perspektywy Trybuny Muzyki Spontanicznej, po drugiej stronie Atlantyku nie dzieje się zbyt wiele, jeśli chodzi o kreatywną muzykę improwizowaną. Być może konstatacja ta obraża skończoną liczbę muzyków amerykańskich (bo o nich tu przecież mówimy), ale z własnymi gustami raczej się nie dyskutuje. W ostatnich latach łamy te zadrżały pod jarzmem wyśmienitej muzyki z tamtej strony świata ledwie kilkukrotnie i to na ogół za sprawą trębacza Nate’a Wooleya. Dwa kwintety Larry Ochsa z jego ważkim udziałem zryły nam berety dość głęboko (The Fictive Five). Podobnie rzecz się miała z kwartetem, który na swej pierwszej płycie (studyjna rejestracja z roku 2014) przyjął nazwę … From Wolves to Whales!

Dziś owa wilcza czwórka powraca - Dave Rempis na saksofonie altowym, Nate Wooley na trąbce, Pascal Niggenkemper na kontrabasie i Chris Corsano na perkusji. Tym razem koncert, jaki miał miejsce w klubie De Pletterij, w holenderskim Haarlemie, dokładnie w urodziny Pana Redaktora, lat temu dwa! Dwa sety, każdy podzielony na część główną i dodatkową, ale stanowiący nieprzerwany ciąg dźwięków - łącznie 80 minut i 45 sekund muzyki, którą dostarcza label Rempisa Aerophonic Records (2CD, 2019). Swobodna improwizacja, osadzona w idiomie wolnego jazzu, zapewne z powodów merkantylnych określona jako all composition by the musicians. Z niecierpliwością zaglądamy do środka, bo już dziś wiemy, że krążek ten niechybnie wyląduje na corocznym podsumowaniu najlepszych płyt kolejnych dwunastu miesięcy naszego muzycznego życia!




Hook and Cod.  Wejście w koncert bez zbędnych ceregieli, czynione jest kolektywnie i skrupulatnie. Relaksacyjne dialogi dęciaków, nam nigdzie się nie śpieszy, dokładna, precyzyjna sekcja rytmu, w punkt, już na starcie dość dynamiczna. Oto wolny jazz bez specjalnych predefinicji, puszczony na żywioł wyważonej i rozsądnej improwizacji, komponowanej w czasie rzeczywistym. Pełna demokracja w grupie, każdy ma tu swoje pole do działania, swobodę ruchów i wyborów dramaturgicznych. Przed szereg jako pierwszy wychodzi Rempis dosadnym expo, które po chwili zostaje świetnie skomentowane przez Wooleya. I to trębacz przejmuje dowodzenie. Tuż pod nim sekcja rytmu pracuje niemal perfekcyjnie – classic free jazz combo in master class! Niggenkemper sięga po smyczek już w 5 minucie. Oba dęciaki wchodzą z nim w błyskotliwe zwarcia. Brawo! W 9 minucie prym wiedzie Rempis - saksofonista zdaje się pokazywać swoje najlepsze wydanie - i znów może liczyć na bystry komentarz trębacza. Opowieść toczy się wartko, ma perfekcyjną dramaturgię, bez zawodów, niepotrzebnych galopów, wszystko wydaje się być tu trzymane w ryzach swobodnej konstrukcji narracyjnej. 13 minuta przynosi garść szaleństw trębacza, który ślizga się po powierzchni wyjątkowo dynamicznej sekcji rytmu. W 17 minucie nieustannie pracujący smyczek na kontrabasie zarządza pierwsze spowolnienie, surową nostalgię chwili. Po kilkudziesięciu sekundach prawdziwy stop! Piłowanie strun, mikro dźwięki, które rozsypują się po podłodze niczym kawałki rozbitego lustra. Kilka łyków preparacji ze strony każdego z muzyków. Po chwili, kolektywne budowanie nowej narracji, z bardzo aktywnym drummingiem. W 25 minucie wysokie expo Rempisa, prawdziwy popis, który eskaluje wchodząca na drugiego trąbka. Tymczasem bez jakiegokolwiek wybrzmiewania, startuje drugi track koncertu … IJ. Garść stosunkowo spokojnych pląsów w grupie, rodzaj zalotnych, ptasich śpiewów o dżdżystym poranku. Złamany barok na strunach kontrabasu, bukiet wzajemnych imitacji, wszystko po to, by po chwili spiralnie nakręcać nową opowieść, której nie zabraknie dynamiki. Równie szybko zawiśnie ona jednak na repetującym smyczku. Po chwili oba dęciaki, niczym kołujące myśliwce, długimi frazami zaczynają proces poszukiwania ostatniego dźwięku pierwszego seta. Od hałasu po dno ciszy i z powrotem! Chwila z samotnym smyczkiem, chwila z samotną perkusją. Finalizacja bez udziału dętych.

Spaarne. Otwarcie drugiego seta odbywa się w dużym skupieniu. Preparacje saksofonu, drżenie talerzy, cisza wyczekiwania na nadejście czegoś ważnego. Kontrabas włącza się do zabawy pięknym drummingiem po suchych strunach. Trąbka także drży, a nawet delikatnie podśpiewuje. Tuż potem świetna ekspozycja Corsano, aż wióry lecą! Po 7 minucie ster przejmuje Rempis i proponuje całkiem swingującą narrację. Nie napotyka na opór partnerów. Of course, free swing! Trębacz wyje jak koń, śmieje się i parska. Jego expo także pachnie zdrowym jazzem na dwa kilometry! A wszystko, to jednak dzieło kontrabasisty, którego śpiewne pizzicato aż skacze z radości! W 14 minucie dęciaki milkną na moment – solo ze smyczkiem! Zaraz potem Rempis zabiera cały kwartet na swobodny spacer, bez galopu, który delikatnie wygasza płomień narracji. Idzie w duet z Corsano! Drugi set zdaje się być bardziej poszarpany, pełen incydentów w podgrupach, choć energii nie brakuje tu komukolwiek. Trębacz, jakby słysząc słowa recenzenta, włącza szósty bieg i intensywnie dorzuca do ognia. Tłumienie narracji staje się udziałem smyczka, ale dzieje się dopiero w 20 minucie. Mikro solo, potem perkusja i trąbka zanurzone w preparacjach. Ta ostatnia ma swoje solo w 23 minucie, ale popis! Komentarz Rempisa odrobinę taneczny! Talerze w tle, smyczek, powrót oświeconego kolektywizmu jest już udziałem muzyków. Free jazz quartet rusza na łowy! Rempis na czele orszaku! Na finał muzycy zmysłowo gaszą płomień I płynnie wchodzą w drugą część drugiego seta… For Kenau. Oto i nasze ulubione call & response! Saksofon, trąbka i smyczek. Pizzicato i perkusja, i znów powrót do pytań i odpowiedzi. Zwinne, cudne gierki na małej przestrzeni. Płyną razem w kierunku ciszy. Piękny moment. Solo na smyku dla podkreślenia doniosłości chwili. Melodia, szczoteczki, trąbka solo – kind of chamber flow. Zakończenie koncertu wyjątkowo łagodne, delikatne, chilloutowe. Rempis śpiewa na ostatniej prostej, reszta bawi się w cool jazz!


Płyta ma swoją premierę 27 sierpnia br.