piątek, 10 lipca 2020

Hugo Antunes, Agustí Fernandez and Roger Turner with their Perspectrum!


Podczas pożegnalnego spotkania muzyków, wieńczącego drugą edycję Spontanoeus Music Festival – Drumming Now! w poznańskim Dragonie, zapytałem Rogera Turnera o wrażenia z pobytu w Poznaniu, a także samego koncertu, jakim kończył imprezę do pary z Witoldem Oleszakiem. Jowialny, starszy Brytyjczyk odpowiedział nieco kurtuazyjnie, że wszystko mu się niezwykle podobało, samo granie także, choć … w ostatnich latach nigdzie nie grało mu się tak dobrze, jak na pewnym koncercie w Portugalii, kilkanaście miesięcy temu (z ówczesnej perspektywy czasowej).

Dziś zapraszamy właśnie na ów koncert! Jesteśmy mniej więcej w połowie drogi między Lizboną a Porto, w trakcie Jazz ao Centro Festival, w październiku 2016 roku. Miejsce zwie się Convento São Francisco (Antiga Igreja). Na festiwalowej scenie – Hugo Antunes na kontrabasie, Agustí Fernandez na fortepianie oraz Roger Turner na perkusji i instrumentach perkusyjnych. Koncert składa się z setu głównego i drobnego encore, trwa łącznie 49 minut i 16 sekund, a na płycie CD zatytułowanej Perspectrum dostarcza go portugalski label JACC Records (2020). Z radością zaglądamy do środka, by już po kilku chwilach przekonać się, że jakość wspomnień Rogera Turnera była w pełni uzasadniona.




Aura otwarcia mówi nam wiele o tym, co może czekać nas w tak zwanej dalszej rozciągłości – kanciaste preparacje w pudle fortepianu, delikatne szarpanie za struny kontrabasu, wreszcie bystry drumming po krawędziach werbla i tomów. Narracja, budowana z niuansów i dramaturgicznych drobiazgów, płynie do nas trzema rożnymi, a jednak niezwykle bliźniaczymi strumieniami dźwięków. Posadowieni na flankach mistrzowie gatunku (Fernandez na lewej, Turner na prawej) stawiają na preparacje, często wzajemnie się imitując (wszak preparowane piano, to niemal percussion!), środkiem płynie zaś Antunes, portugalski młodziak (choć nad wyraz już artystycznie doświadczony, o czym wiemy na tych łamach bardzo dobrze!), który stawia cele i zwinnie je egzekwuje, nadto bystrze czuwa nad szaleństwami starszych kolegów. Od pierwszej sekundy wszystko odbywa się tu w niemal perfekcyjnej kooperacji, jakby ta trójka grała razem przynajmniej od pół wieku.

W połowie siódmej minuty natrafiamy na krótkie expo małych fraz ze strony każdego z muzyków, a wątek zgaszony zostaje błyskotliwie, niemal na raz. Oto moment, w którym każdy z artystów może zagrać frazę partnera, a trzy akustyczne instrumenty brzmią, jakby były jednym ciałem. Nigdzie się nie śpieszą, na wszystko mają czas, a swobodna improwizacja rodzi się pomiędzy nimi jakby samoczynnie. W połowie dziewiątej minuty Agusti po raz pierwszy używa klawiatury fortepianu, Roger sięga po dzwonki i małe talerze, a Hugo odnajduje smyczek. Wszyscy pięknie nabierają tempa i mocy. Po drodze jeszcze tylko krótka ekspozycja kontrabasu i już w połowie piętnastej minuty trio brzmi niczym post-akustyczna maszyna do cięcia metalu! Repetycja wątku prowadzi ich do fazy wyciszenia i wzajemnego rezonansu. Kilka pięknych chwil obcowania niemal z pełną ciszą, co doskonale rekapituluje smyczek, które zaczyna pośpiewywać na stronie. W tych okolicznościach spektaklu muzycy nie potrzebują jednak więcej niż dwie, trzy minuty, by ów na poły refleksyjny flow wprawić w ruch przypominający pracę maszyny parowej. Już na początku trzeciej dziesiątki minut proponują nam najgłośniejszy, jak dotąd, fragment koncertu, który w ułamku sekundy są w stanie wytłumić niemal do pojedynczego dźwięku. Brawo!

Faza rezonujących preparacji, to krok kolejny, mocno uzasadniony dramaturgicznie. Gdy już wszystkie przedmioty na scenie zaczną na siebie reagować w czysto fizycznym wymiarze, muzycy bez trudu budują nowy wątek. Kontrabasowe pizzicato i garść łagodniejszych preparacji na obu flankach wprowadzają nas do świata open jazzu. Agustí bystrymi klawiszami buduje tu posuwisty rytm i nadaje mu adekwatną dynamikę. Wraz z wybiciem trzydziestej piątej minuty koncertu narracja zdecydowanie jednak stopuje. Talerze rezonują, struny kontrabasu drżą i szeleszczą, a młoteczki piana stawiają mikro stemple jakości. Gra w urywane frazy, taniec tajemniczych przedmiotów na werblu - całość opowieści zdaje się nabierać wymiaru w pełni perkusjonalnego. Faza wieńczenia seta głównego zostaje rozpoczęta! Białe i czarne klawisze piana, subtelne struny basu (jakby każda z nich była osobnym instrumentem), zgrzyty i skrobanki na werblu. Flow gaśnie oddechem z samego dna fortepianu, szumem talerzy, rezonującym pudłem kontrabasu.

Encore! Skromny drumming po samych talerzach, deep piano ekstremalnie minimalistyczne i szarpane struny basu, który ma tu za zadanie – nie po raz pierwszy dziś – stanowić reguły dramaturgiczne. Stylowy chamber post-jazz, garść abstrakcyjnych dźwięków, trochę zadumy i finałowego suspensu. Pojedyncze struny kontrabasu, suche powietrze na flankach, wszystko drży w oczekiwaniu na finałowy grad oklasków.


wtorek, 7 lipca 2020

Kern & Kosack! Poles And Pulse!


Dyskusje na temat zakresu i metod planowania… swobodnej improwizacji w muzyce trwają już od momentu, gdy ten pierwszy wpadł na pomysł, że… przecież można grać wyłącznie z głowy. Na łamach Trybuny szczegółowo analizujemy każdy wątek owych sporów poznawczych i choć, co do zasady, głosimy prymat całkowicie swobodnej improwizacji ponad wszelkimi metodami predefinicji i kompozycji, lubimy – from time to time – podkreślać walory muzyki improwizowanej… wspieranej wcześniej przygotowanymi scenariuszami wydarzeń.

Dziś przykład muzyki improwizowanej, która dobrze korzysta z przygotowanego materiału kompozytorskiego (poniekąd w wielu momentach, raczej zadanej struktury improwizacji), który zwinnie przekształca się w nieskończone strumienie bardzo swobodnej improwizacji.

Kern, to trio saksofonistki i klarnecistki Edith Steyer, puzonisty Matthiasa Müllera i perkusisty (umiejętnie korzystającego z elektroniki) Yorgosa Dimitriadisa. Ich debiutancka płyta Mittendrin (Creative Sources, CD 2017) była przedmiotem analiz zespołu redakcyjnego jakiś czas temu. Zawierała kompozycje, które w trakcie wykonania przekształcały się w bujne improwizacje. Obecnie trio powraca, po części już w formie kwartetu, albowiem w utworach parzystych czwartym Kernem zostaje keybordzistka Liz Kosack. W trio muzycy grają kompozycje (w dwóch przypadkach są to nad wyraz zgrabne melodie do śpiewania, w pozostałych struktura nagrania wydaje się być bardzo luźna), w kwartecie – niezależnie od stopnia predefinicji procesu – zgrabnie uciekają w naszą ulubioną freely improvised music. Nowa płyta zwie się Poles And Pulse, a wydawcą CD jest Trouble In The East. Nagrania powstały między sierpniem, a grudniem ubiegłego roku. Całość składa się z jedenastu utworów, trwa 52 minuty i 14 sekund.




Utwór pierwszy, zatem nieparzysty, czyli skomponowany – talerze podłączone pod prąd zmienny rezonują, puzon burczy, saksofon kwili na boku. Po chwili zastanowienia oba dęciaki pięknie grają temat, a nerwowa perkusja bije żywym pulsem. Dwie garście improwizacji, powrót do tematu i krótkie otwarcie płyty mamy już za sobą. Drugi, czyli parzysty – do gry wchodzi delikatnie naelektryzowany keyboard. Narracja nabiera posmaku elektroakustycznego, dęciaki stawiają na krótkie frazy. Po niedługim czasie kwartetowa, swobodna improwizacja trwa już w najlepsze. W trzeciej części powraca kompozycja zwartych nutek, znów bardzo zgrabna, wręcz do śpiewania i tańca! Schemat jest niezwykle prosty - temat, agresywne improwizacje, temat, agresywne improwizacje i … temat – całość nie trwa nawet trzy minuty, ale mocno zapada w pamięć.

Czwarty epizod rozpoczyna puzon z samego dna ciszy. Jęczy jak niewydojona krowa, w tle błyszczy ambient talerzy, a wszystko zdaje się ze sobą rezonować. Edith sięga po klarnet, pełen smutnych, ale także melodyjnych fraz. Dzwonki, akcenty dobrej elektroniki i elektryki – jakże piękny moment! Piąta część, choć w trio, zdaje się nie sięgać specjalnie po założenia scenariuszowe. Wolność serca dyktuje muzykom bystre frazy – deep cymbals, puzonowe preparacje, ciche prychy klarnetu na delikatnie spoconych dyszach. Z egzystencji bólu rodzi się śpiew i puzonowe salwy śmiechu. Szósta piosenka wydaje się kontynuować owo niemal ambientowe skupienie artystów. Klawisze tworzą oniryczną aurę tajemnicy, a narrację budują dźwiękowe drobiazgi. Kwartet zgrabnie przechodzi po pewnym czasie do fazy rezonansu, głównie z inspiracji puzonu. Kolejna część jest nieparzysta, zatem czekamy na temat, ale ten jakby ginął w poświacie dobrej improwizacji. Tym razem w roli śpiewającego puzon, saksofon raczej złośliwie komentuje. Rozjemcą okazuje się drummer, który narzuca zwinną dynamikę.

Epizod ósmy dostaje życie dzięki dronom obu dęciaków. Małe perkusjonalia i ambientowy keyboard budują piękną bazę dla swobodnej improwizacji. Każdy dokłada tu złotą cegiełkę, dzięki czemu obraz całości lśni bizantyjską urodą. Jeszcze piękniej muzycy gubią wątek, zatopieni w elektronicznej poświacie. Dziewiąta kompozycja zupełnie rozmija się z pięciolinią! Cudowne preparacje, suche oddechy, szelest powietrza, rezonans talerzy, pogłos elektroniki. Znów historia tkana z mikrozdarzeń, pełna żałobnej nostalgii chamber (klarnet!) i emocji open jazzu. Na finał niespodziewanie pojawia się temat, który bystrze porządkuje kreatywny chaos improwizacji, a samo wybrzmiewanie zdaje się być wyjątkowo głośne! W dziesiątej części ostatni fragment kwartetowy – kolektywna elektroakustyka miodem płynąca! Emocje do startu do mety z ornamentami basowego electro! Wreszcie finałowy utwór, już tylko w trio – zwinny drumming, garść dętych salw, trochę jakby zaplanowanych, ale dalece swobodnych, wszystko czynione na dużym luzie. Jakże udane zwieńczenie świetnej płyty, kipiącej od doskonałych pomysłów, dobrze zrealizowanych w skończonej liczbie przypadków. Na ostatniej prostej dęciaki śpiewają temat niemal unisono, a całość narracji nabiera humoru i tanecznej rytmiki, by na kończący dźwięk uderzyć niemal z free jazzową mocą!



sobota, 4 lipca 2020

Wojtek Traczyk! Runo!


Recenzja powstała na potrzeby polish-jazz.blogspot i tamże została pierwotnie opublikowana


Jakże miło jest rozpocząć recenzję od zdania, które konsumuje wszystko, co chcielibyśmy powiedzieć o omawianym wydawnictwie. Solowa płyta kontrabasisty Wojtka Traczyka jest po prostu doskonała!

Z jednej strony swobodnie improwizowana, a jednak utrzymywana w pełnym dramaturgicznym rynsztunku, z drugiej - silnie eksplorująca tzw. techniki rozszerzone, gdzie listowanie sposobów wydobywania akustycznych dźwięków z prostego instrumentu strunowego zdaje się nie mieć końca, a jednak brzmiąca chwilami niezwykle przystępnie i niepozbawiona specyficznej melodyki. Rzućmy okiem, co kryje się w pięciu improwizacjach, trwających łącznie niewiele ponad pół godziny. Wydawcą kasety jest Pawlacz Perski (2020).




Traczyk zaczyna od trzęsienia ziemi, a potem jest jeszcze lepiej! Masakruje smyczkiem (pałeczkami perkusyjnymi?) struny kontrabasu. Każde uderzenie ma swój czas, by wybrzmieć szerokim strumieniem zniekształconych fonii. Harsh double bass i smyk, który wyje niczym pozbawiony dysz saksofon. Muzyk zdaje się mieć więcej niż jedną parę rąk. W kolejnej części smyk ryje bruzdę w podłodze, a narracja stawia repetycję na piedestale najważniejszych metod tej improwizacji. Struny krwawią, włosie smyczka płonie suchym ogniem. Trzecia część przenosi instrument do małego zakładu mechanicznego. Struny burczą, pomiędzy nimi zdają się tańczyć tajemnicze przedmioty. Szarpanie strun ma moc młota pneumatycznego. Wszystko drży i nabiera post-perkusjonalnej poświaty. Surowe, brzęczące matowością frazy powtarzane z dojmującą systematycznością.

Czwarta historia sięga po post-barokowe atrybuty. Gdy wszystkie działania artysty doprowadzą do zbudowania narracji (mamy wrażenie, że w działaniu są już dwa smyczki!), kontrabas zacznie śpiewać, krzyczeć i skomleć. To będzie ryk rozpaczy, nie rozsierdzenia! Trzecia symfonia Góreckiego grana tuż po nieudanym przeszczepie mózgu. Tren żałobny wbija się w uszy i sprawia, iż to być może najbardziej przerażający zestaw dźwiękowy, jaki wydał świat od momentu proklamacji pandemii. Piąta improwizacja wydaje się kontynuować ów post-barokowy przepych, pełen dźwięków dekonstruowanych milionem technik. Smyczek (smyczki?) piłują struny, które przyjmują ciężar gatunkowy ciekłego ołowiu – heavy metal strings! Na sam finał muzyk proponuje post-drummerską nawałnicę, po czym odnajduje ciszę, która pachnie niczym napalm o poranku, i to wcale nie w Wietnamie.




wtorek, 30 czerwca 2020

Joëlle Léandre/ Myra Melford/ Lauren Newton! Stormy Whispers!


Recenzja powstała na potrzeby portalu jazzarium.pl i tamże została pierwotnie opublikowana.


Trzynasty Festiwal Ad Libitum w roku 2018 odbywał się pod buńczucznym hasłem Women Alarm! Na scenie Centrum Sztuki Współczesnej warszawskiego Zamku Ujazdowskiego wystąpiły wyłącznie kobiety, a osią dramaturgiczną trzydniowej imprezy były improwizowane sety trzyosobowych składów z udziałem francuskiej kontrabasistki Joëlle Léandre. Pierwszym z nich był wieloletni working band Les Diaboliques (z udziałem Irene Schweizer i Maggie Nicols), drugim zmutowana wersja Tiger Trio. Z oryginalnego line’upu zabrakło amerykańskiej flecistki Nicole Mitchell, którą zastąpiła wokalistka Lauren Newton. Składu dopełniła kolejna wybitna artystka zza Wielkiej Wody, pianistka Myra Melford. Na koncert, który nazwano Stormy Whispers, złożyło się osiem improwizacji, w tym trzy popełnione w duetach. Całość trwała (łącznie z burzliwymi oklaskami) 45 minut i 13 sekund. Sprawdźmy szczegóły tego wydarzenia.




Koncert otwiera post-barokowy taniec smyczka, smukła recytacja strzelistymi literami, ciepłe, choć dość mroczne klawisze fortepianu. Struny kontrabasu zwołują wyznawców na ceremonię otwarcia, budują dramaturgię, wyznaczają tok opowieści. Emocje falują po kobiecemu, błyszcząca akustyka stawia stemple piękności – płynny, śpiewny, delikatnie rozkołysany free chamber. Lauren i Joëlle raz za razem sieją ferment, Myra raczej w roli komentatorki. Na finał odcinka szept w samym środku strumienia narracji i ciekawe imitacje na flankach, a także kilka salw ekspresji. Druga część zaczyna się bardziej agresywnymi dźwiękami, Dziewczyny stawiają na preparacje i czynią to nad wyraz zmysłowo – słyszymy skrzypienie, pojękiwanie, sapanie i charczenie. Życie bez mężczyzn potrafi być przecież wyjątkowo ekscytujące! Pizzicato kontrabasu podkreśla dramaturgię, struny fortepianu aż iskrzą się z emocji.

Wchodzimy w fazę duetów – najpierw piano i kontrabas! Klasycyzujący sznyt klawiatury i barokowy smyczek nie czynią sobie jakiejkolwiek szkody. Piano buduje post jazzowy flow, kontrabas tańczy, a emocje rosną. Potem to piano radośnie skacze, a smyczek ryje bruzdy w ziemi. Na finał repetycja w służbie improwizacji. Brawo! Duet kolejny, to głos i kontrabas, a rytuał introdukcji przypada w udziale rozgrzanemu smyczkowi. Piękne, niskie, głębokie preparacje dźwięków na strunach. Lauren wchodzi po minucie i gaworzy na stronie. Buduje imitacyjną wokalizę na wysokości. Potem obie Panie płyną cudownym, wspólnym strumieniem fonii – smyczek błyskotliwie skomle, głos ucieka do świata jazzy sketches. Wreszcie duet piano i głos – estetyka minimalistyczna, półśpiew, dźwięki z samego piekła do rozjaśnionego nieba. Moc subtelności, dużo echa i przestrzeni. Piano brzmi niczym struny kontrabasu, literki wypadają z gardła niczym króliczki z cylindra czarnoksiężnika. Tygrysie pląsy, małe preparacje i poszukiwanie wewnętrznego rytmu. Beauty moment!

Na trzy ostatnie akordy koncertu wracamy do formuły tria. Szósta opowieść rodzi się na językach! Gadanie, przeklinanie, piano i pizzicato. Chaos kobiecej dyskusji o ważkich sprawach! Leandre odmienia shit przez wszystkie przypadki, Newton wokalizuje po jazzowemu, Melford stawia na umiarkowanie. Cała trójka na finał buduje skromną piosenkę do podśpiewywania. Kolejna część kontrapunktuje poprzedniczkę – najpierw agresywne frazy klawiszy, które czynią honory gospodarza. Po paru chwilach podłącza się szum kobiecego głosu, kilka głębokich oddechów. Po kolejnych – budzi się smyczek, sieje ferment, sprawia wrażenie, że jest zazdrosny o owe zmysłowe intro koleżanek. Flow rośnie rytmem piana i zawodzeniem smyczka, gaśnie charkotem rozgrzanego gardła. W ostatni antrakt tego niezwykłego koncertu Panie wkraczają bardzo dynamicznie. Kontrabas pędzi smyczkowymi riffami, piano trzyma tempo, a głos burczy wyjątkowo nisko. Swoboda, obyczajowe swawole, szeroki strumień wyłącznie pięknych dźwięków, mimo wciąż rosnącej dynamiki narracji. Newton miałczy po kociemu, potem wznosi okrzyki, Leandre produkuje efektowne fajerwerki, Melford stawia stemple dramaturgicznej perfekcji. Po kilku minutach Panie delikatnie zwalniają, ale piękno opowieści wciąż narasta. Na ostatniej prostej czeka nas już tylko szczypta kameralnej zadumy przy wtórze smyczkowych perełek i … wrzask wielominutowych oklasków.



czwartek, 25 czerwca 2020

The Runcible Quintet! Three!


Pięć, cztery, trzy…. – to nie finałowe odliczanie, a jedynie tytuły kolejnych płyt Runcible Quintet, formacji brytyjskiej, złożonej z muzyków kilku pokoleń, po prawdzie dowodzonej organizacyjnie przez Włocha, wreszcie mającej pomysł na muzykę swobodnie improwizowaną, któremu współcześnie być może najbliżej do gatunkowego ideału, czyli Spontaneous Music Ensemble.

Na łamach Trybuny piszemy o Runcible konsekwentnie, płyta po płycie, nie omijając w jakikolwiek sposób także innych dokonań muzyków, który tworzą kwintet. Dziś pochylamy się nad płytą Three, nagraną w marcu ubiegłego w londyńskim klubie Iklectik. Trzy (jakżeby inaczej!) odcinki definitywnie freely improvised music trwają 40 minut z sekundami (półgodzinny set zasadniczy i dwie drobne dogrywki). Wydawcą CD jest FMR Records.

Panie i Panowie! Marcello Magliocchi na perkusji, Adrian Northover na saksofonie sopranowym i altowym, John Edwards na kontrabasie, Neil Metcalfe na flecie oraz Daniel Thompson na gitarze akustycznej!




One! Coś skrzypi, coś szeleści! Zapewne wychłodzony smyczek rozpoczyna pierwszą interakcję ze strunami kontrabasu, a najmniejsze perkusjonalia świata zdają się umilać mu ów żmudny proces. Po minucie z okładem zaczyna oddychać tuba saksofonu, z boku tli się woń budzącego się do życia fletu, a gitarzysta rozpoczyna spektakl od diagnozy stanu posiadania, innymi słowy – liczy struny. Drobiazgowa narracja buduje się krok po kroku. Percussion pętli się, saksofon tańczy, a flet bierze na siebie rolę przyzwoitki. Duch Johna Stevensa staje przed obliczem muzyków i daje moralne przyzwolenie na ciąg dalszy tych igraszek. Kontrabasista szarpie za struny i wskazuje na wszelkie możliwe kierunki rozwoju improwizacji, oczywiście sieje sporo zamętu, wszak za to najbardziej go kochamy. Pięciu muzyków w niemal mistrzowskiej komitywie udaje się na spacer, w trakcie którego wiele może się wydarzyć. Każda akcja rodzi tu reakcję, a ta druga - bez zbędnej zwłoki - generuje inną akcję. Metcalfe zdaje się wnosić do opowieści odrobinę kameralistycznej zadumy, ale to pełna wolność wypowiedzi jest tu jedyną konstytucją. Edwards zmienia technikę gry, jak rękawiczki. Zabawki Magliocchiego błyszczą i rezonują. W siódmej minucie krótkie expo Thompsona, jakby na przekór ustanowionej na wejściu pełnej kolektywizacji działań. To tylko przygrywka pod pierwszą kwintetową eksplozją mocy. Tempo, emocje i wrzątek w tubie saksofonu uzyskany w ułamku sekundy. Na wydechu Northover szumi rytmicznie i wzbudza repetę gitary. A gdy na moment kontrabas milknie, narracja zdaje się skakać po nieboskłonie. W połowie minuty trzynastej cała załoga postanawia nieco pośpiewać! Post-chamber kwitnie w najlepsze! Kolejnym etapem podróży jest dialog strun, tych grubych i tych cieniutkich. Szybki komentarz percussion i zaraz skok na kolejny szczyt kwintetowy, tym razem niemal free jazzowy! Whaw! Równie efektownie wzbudzony, jak i precyzyjnie wytłumiony. Flet snuje meta melodię, gitara brzmi łagodnie niczym harfa. Nic nie trwa jednak wiecznie, bo kolejną intrygę snuje kontrabasowe pizzicato. Wszystko bystrze i na temat, by tuż przed dwudziestą minutą zatrzymać się naprawdę. Repetująca gitara panuje nad resztą łobuzerii w mistrzowski sposób. Flet, smyczek, rezonujące talerze, mały antrakt saksofonu altowego, to kolejne elementy tej układanki. Piękny moment! Jest i nowy wątek, oczywiście Edwardsa – daje do wiwatu i wszyscy idą w krótkie tango (tu dany wątek nie trwa dużej niż dwie minuty). Czas zatem na fazę dominacji perkusjonalii – skrobanki, szorowanki, polerki, w tle flecie pląsy, a zaraz potem zdzieranie strun na obu gryfach, które ma chyba za zadanie zmienić po raz kolejny klimat nagrania na bardziej radykalny fonicznie. Dęte stemple, jak znalazł! Dramaturgiczny rollercaster zdaje się nie mieć końca. Emocje tłumi Magliocchi i  – tuż po upływie trzydziestej minuty – doprowadza set główny do finału, po drodze pozwalając jeszcze obu strunowcom na bystrą wymianę poglądów.

Two! Rezonans metali szlachetnych, smyczek na strunach, orientalne błyskotki percussion, szum z tuby. Akustyczny dark ambient trwa w najlepsze – łagodna gitara zaczyna się pętlić, swoje dokłada saksofon. Free chamber na krzywej wznoszącej, a zaraz potem opadającej, głównie strunami. Three! Kolektywne zakończenie koncertu budowane jest szybkimi, rwanymi frazami. Kontrabas nie może nie przejąć władzy w takim momencie. Reszta muzyków akceptuje ów stan i wchodzi w rolę pięknych komentatorów. Duch Spontaneous błyszczy na firmamencie, grande finale! Sopran wpada w opętańczy taniec, pizzicato stawia stemple mocy, gitara puszcza ulotne riffy, percussion płonie ogniem spokoju. Wybrzmiewanie w estetyce post-chamber, to jakby wybór oczywisty. Brawo!