Cyril Bondi i d'incise, filary kreatywnej sceny szwajcarskiej, kompozytorzy, improwizatorzy, element sprawczy wyjątkowej Insub Meta Orchestra, animatorzy labelu Insub Records, pracują razem od 20 lat. Zaczynali jako duet Diatribes i przy okazji owej zacnej rocznicy do tej nazwy powracają.
Artyści rozpoczynali swoją przygodę ponoć od noise
electronic improvisation, dziś są głównie kompozytorami i wykonawcami
minimalistycznej muzyki współczesnej. Poniżej zaprezentują nam się w czterech
jubileuszowych, trzyosobowych ekspozycjach, które z jednej strony noszą miano kompozycji,
z drugiej śmiało nawiązują dramaturgicznie do improwizowanych początków ich współpracy.
W roli gości jubileuszowych wydawnictw (dwóch na CD, dwóch
na kasetach) odnajdujemy skrzypaczkę Clarę Levy, wiolonczelistę Stefana Thuta, saksofonistę
Jean-Luc Guionneta i operatorkę hurdy-gurdy Lise Barkas, przy okazji
grającą także na bagpipes. Cztery bardzo różne opowieści - meta
neo-folk, post-jazz, elektroakustyka, instrumentalne nagrania terenowe – to
tropy, które winny przykuć naszą uwagę. To także nic nieznaczące drogowskazy, albowiem
wysokiej jakości muzyka kreatywna w ogóle takich nie potrzebuje. Zapraszamy do
odczytu i odsłuchu!
L'apport: Ke ya me transí
Zaczynamy diatrybowy przegląd od studyjnego nagrania tria
złożonego ze skrzypiec, wibrafonu i elektroniki. Na bazie zapomnianej pieśni sefardyjskiej
muzycy toczą tu post-improwizowane dysputy. Topią się w żalu, umierają, rodzą
na nowo, skomlą i opłakują nieistniających zmarłych. Od czasu do czasu sieją rytmiczny
zamęt, który trzykrotnie stanowi dramaturgiczne interludium tej niebywałej opowieści.
Delikatny skowyt skrzypiec, oniryczne plamy wibrafonu i szemrząca,
wijąca się po podłodze elektronika tworzą tu aurę otwarcia. Ów łabędzi śpiew konającego
przyjmuje najczęściej formę luźnego, rozwarstwiającego się drona. Niekiedy panoszą
się w nim ochłapy melodii, których autorem nie jest jedynie skrzypaczka. Anonsowane
rytmiczne interludia budzą niepokój, ale też nadzieję, która gaśnie równie
szybko, jak się wznieciła. Ścieżki dźwiękowe trzech instrumentów od czasu do czasu
multiplikują się. Nie wiemy, czy to efekt post-produkcji, czy może instrumentalnej
zręczności wykonawców. Ten gęstniejący potok smutku i żalu zostaje ciekawie podsumowany
po ostatnim rytmicznym kontrapunkcie. Muzycy serwują nam wtedy porcję drobnych,
zwinnych dźwięków, które wchodzą w intrygujące interakcje. Ich po części minimalistyczny
tryb dobrze koreluje z panującą wokół ciszą. Na końcowej prostej opowieść tonie
w umierającej melodii, w powtórzeniach, które zdają się nie mieć końca.
L'apport: Lâ dèchigeâ
Tym razem nasi bohaterowie (wyposażeni w shruti box i
laptopa) spotykają na wysokości 1.700 metrów wiolonczelistę i w raz nim budują
cichą, minimalistyczną opowieść, której zadaniem wydaje się nade wszystko niezakłócanie
akustyki otoczenia, kreowanego przez szemrzące owady, przelatujące ptaki, szum wiatru,
plusk wody i inne odgłosy szwajcarskiego pogórza.
W warstwie instrumentalnej docierają do nas stłamszone,
ukradkowe melodie wiolonczeli i shruti box oraz cienka, syntetyczna
warstwa drobnych zdarzeń fonicznych płynąca zapewne z laptopa. Całość wydaje
się ceremoniałem wyczekiwania, a może bardziej egzystowania w obliczu nienachalnej
przyrody. Drobne ekspozycje, dźwięk za dźwiękiem, bez specjalnych interakcji. Posmak
folkowy jest tu oczywisty, podobnie jak medytacyjny wymiar nagrania. Czasami narracja
lepi się w bardziej zwarty dron, ale na tyle cichy, byśmy słyszeli dźwięk przelatującego
owada. Ostatni kwadrans tej opowieści wydaje się bardziej mroczny, jakby odrobinę
intensywniejszy. Ale to może tylko złudzenie foniczne.
L'apport: An awkward position
Trzecie spotkanie, to dobrze zaplanowana improwizacja z udziałem
doskonale nam znanego francuskiego saksofonisty. Diatrybowe narzędzia pracy,
to w tym wypadku perkusja i elektronika. Sześć niedługich epizodów, które śmiało
sytuują się w obrębie szeroko rozumianego post-jazzu.
Artyści rozpoczynają swoją przygodę w definitywnie minimalistycznym
kontekście. Szyją narrację drobnymi, elektroakustycznymi frazami, z których część
nie daje się precyzyjnie przypisać konkretnemu instrumentowi. Bazują na strzępach
linearności, dbają o każdy szczegół dramaturgiczny. W kolejnych ekspozycjach dodają
nowe elementy. Bywa, że frazują bardziej intensywnie, zwłaszcza, gdy saksofon wchodzi
w post-jazzowe zwarcia z perkusją. Elektronika, brzmiąca na ogół analogowo,
staje najczęściej w roli kontrapunktującej i szukającej niebanalnej zagrywki. W
trzeciej odsłonie pojawia się wyraźny ślad rytmu, w kolejnej dominuje
filigranowy rezonans. Piąty epizod, to trzy różne wymiary akcji
perkusjonalnych, z kolei finał szyty jest cokolwiek pożegnalną melodyką, zwieńczony
zaś zostaje efektownym dronem na pełnym wydechu.
L'Apport:
Apprendre la manière
Na koniec zostawiamy sobie prawdziwy smakołyk. Znów strzęp
folkowej melodii, tym razem francuskiej, staje się tu przedmiotem tortur czynionych
perkusją, metalofonem, elektroniką, ale nade wszystko lirą korbową i dudami.
To szalony, niemal rytualny taniec, które osiąga różne poziomy intensywności, czy
stadia dramaturgii, ale nie przestaje być czymś, w czym można całkowicie się zatracić.
Wspaniałe nagranie!
Album składa się z dwóch prawie półgodzinnych części i kilkudziesięciosekundowej
kody. Początkowa faza pierwszej opowieści zdaje się być wielkim loopem
gęsto frazującej liry korbowej (brzmiącej niczym bluesowa gitara), wybijanego
na werblu, folkowego rytmu i plam elektroniki, która także dekonstruuje zadaną
melodię. Pomiędzy pętlami narracji pojawiają się plastry ciszy, które wraz z rozwojem
sytuacji scenicznej ustępują jednak pola poszarpanej, dzikiej, transowej taneczności.
Muzycy pastwią się nad melodią, tłuką ją jak mięso na kotlety, a nogę z gazu zdejmują
dopiero pod koniec pierwszej odsłony albumu. Druga jego część kontynuuje rytuał
niszczenia. Najpierw postawa artystów wydaje się bardziej agresywna, potem
nieco łagodniejsza, ale jeszcze bardziej rytmiczna. Melodia nie poddaje się
jednak, choć chwilami skrzeczy niczym zarzynana świnia, bo po krótkim,
ambientowym interludium, już w końcowej fazie utworu zwycięża – wszyscy zaczynają
wtedy śpiewać używając swoich instrumentów w jakże pokrętny sposób, doładowani
nową porcją energii. Album domyka koda, która przypomina drżącą od ruchów
tektonicznych magmę, nasyconą dodatkową porcją elektroniki, znanym już
wcześniej rytmem i melodią, która płynie szerokim korytem aż po ostatni dźwięk.
L'apport:
Ke ya me transí
(Kaseta 2026). Cyril Bondi - wibrafon, d'incise - elektronika oraz Clara Levy -
skrzypce. Nagrane w Insub. studio, Genewa, Szwajcaria. Jeden
utwór, 40 minut.
L'apport: Lâ dèchigeâ (CD 2026). Cyril Bondi - shruti
box, d'incise - niepodłączony laptop, obiekty oraz Stefan Thut – wiolonczela. Nagranie
terenowe u podnóża Sé Blanc (~1700m), okolice Barmaz, Góry Wallis, Szwajcaria. Jeden
utwór, 50 minut.
L'apport: An awkward position (CD 2026). Cyril Bondi –
perkusja, d'incise – elektronika oraz Jean-Luc Guionnet – saksofon. Nagrane w Bodeek,
Molenbeek, Belgia. Sześć utworów, 36 minut.
L'Apport: Apprendre la manière
(Kaseta, 2026). Cyril Bondi - perkusja, metallophone, d'incise –
elektronika oraz Lise Barkas - hurdy-gurdy, bagpipe. Nagrane w Insub. studio, Genewa,
Szwajcaria. Trzy utwory, 54 minuty.
Wszystkie wydawnictwa: Insub Records.




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz