Niemal dokładnie dwa lata temu Vasco Trilla, nasz redakcyjny, jakże spontaniczny ulubieniec, spędził dwa pracowite w dni w Szwecji. Zagrał koncert solowy, a kolejnego dnia wraz z grupą lokalnych przyjaciół dokonał pewnych rejestracji studyjnych. Powstała z tego płyta niezwykła, nie tylko w wymiarze czysto dźwiękowym, ale także wydawniczym. Pomieszczono bowiem na niej nagranie duetu, dwóch różnych składów trzyosobowych, wreszcie solowe nagranie mistrza no drumming percussion z Barcelony. A całość, także niespodziewanie dla samego Vasco, opatrzono na okładce jedynie jego danymi personalnymi.
Nagranie jest także szczególne w wymiarze stylistyczno-estetycznym.
Cztery utwory zostały tu określone mianem kompozycji, co nie jest bynajmniej
pomysłem chybionym. Każdy z nich ma pewien koncept i dobrze zaplanowaną dramaturgię,
a jeśli mielibyśmy szukać zgrabnego wytrychu gatunkowego, moglibyśmy przy
ryzyku popełnienia błędu nazwać całość kreatywną muzyką współczesną. Zwał, jak
zwał, Up North to jedna z najlepszych płyt w bogatym już dorobku Trilli.
Pierwsze dwie ekspozycje trwają tu po około 10 minut, dwie
kolejne po prawie dwadzieścia. Ceremonia otwarcia spoczywa na barkach masywnie brzmiącego,
bardzo nisko osadzonego kontrabasowego smyczka. Flow przypomina drżenie wielkiego
stwora, a wkład samego perkusjonalisty na tym etapie podróży jest trudny do zdefiniowania.
Być może preparowane akcje na werblu (drżące i szeleszczące) są tu elementem składowym
kontrabasowego zdzierania podłogi. Narracja wydaje się względnie stabilna, ale
systematycznie narasta, dość szybko osiągając post-industrialną gęstość. W tym
tyglu tajemniczych zdarzeń być może słyszymy coś na kształt melodii, ale nie możemy
być tego do końca pewni.
Drugą odsłonę, obok percussion, buduje też lekki saksofon
i klawesyn. Ta opowieść jest delikatna, wysoko zawieszona, brzmi niczym
post-folk przefiltrowany przez neogotycką wrażliwość. To celebracja zimowego
poranka, której pozorna niespieszność zdaje się być z czasem stymulowana
pierwszym przejawem rytmu, tu generowanego przy użyciu metronomu. Na etapie
finalizacji opowieść wpada w tryb wyjątkowo minimalistyczny.
W trzeciej części zostaje z nami saksofonista, a na scenę powraca
kontrabasista. To trio buduje opowieść wyjątkowo mozolnie - na starcie przypomina
szorstki ambient, który z czasem nabiera coraz mroczniejszych barw. Dźwięki
bardziej typowe dla saksofonu pojawiają się dopiero w drugiej połowie utworu.
Jeśli wcześniej dęciak jest akcji, to jedynie trzeszczy, szeleści i rzęzi. A
może po prostu milczy. Perkusjonalia i kontrabas budują gęstwinę fonii, której
skład nie jest do końca rozpoznawalny. Wszystko drży, pulsuje, rezonuje, ciężko
oddycha. Klimat post-industrialny ciągnie opowieść do przodu, aż do anonsowanego
już momentu, gdy do gry wchodzi melodyjnie frazujący dęciak. To oniryczne migotanie,
które z czasem nabiera aury, jaką zdążyliśmy poznać w trakcie drugiego utworu. Zaklikanie
węży melodiami z głębokiej puszczy.
Ostatni utwór albumu, to solowa ekspozycja percussion.
Vasco otwiera ją i kończy uderzeniami dzwona. Buduje typową dla siebie opowieść,
której kulminację tworzy szalona armia silniczków elektrycznych, panoszących
się na werblu. Efektem jest ściana dźwięku wsparta rytmem metronomu. Ta narracja
wiedzie od sacrum do profanum i nie pozostawia estetycznych wątpliwości, co do preferowanego
kierunku. Po upływie kwadransa zgrabnie przechodzi w stadium falling down,
aż do ostatniego dźwięku dzwona.
Vasco
Trilla Up North (Creative Sources, CD 2026). Vasco Trilla – instrumenty
perkusyjne, Martin Küchen – saksofony (utwory 2, 3), Vilhelm Bromander –
kontrabas (1,3) oraz Alex Zethson – klawesyn (2). Nagrane w Studio
Spegeln (utwory 1-3) oraz na żywo w Mötesplats Mariatorget (4), Szwecja,
maj 2024. Łącznie 58 minut.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz