Oktet berlińskiej pianistki Magdy Mayas powraca! To trzecie ujawnienie formacji złożonej z sześciu instrumentów strunowych (w tym inside piano) i dwóch dętych.
Artyści tworzący Filamental muzykują/ improwizują mając przed
obliczem swej nieograniczonej kreatywności każdorazowo pewną ideę, zasianą
przez Mayas. Czasami nosi ona miano kompozycji, czasami jest pojęciem bardziej
abstrakcyjnym, nienotyfikowanym w jakikolwiek sposób. W przypadku pierwszego
albumu inspiracją było dwanaście fotografii rzeki, w kontekście nowego albumu,
to wizja ptaków w kolektywnym locie (szmerze), pozornie chaotycznym, a jednak uporządkowanym.
Dodajmy, iż drugi album oktetu był nietypowy (pandemiczny), albowiem każdy z artystów
nagrał swoją ścieżkę dźwiękową osobno, a potem ulepiono z nich zwartą, ośmiopodmiotową
narrację.
Z radością sięgamy zatem po dokumentację foniczną owego ptasiego
lotu, jak zwykle w przypadku Filamental pięknego, soczyście akustycznego, udramatyzowanego
metodami, których do końca nie znamy. Zwinnie zadekretowana improwizacja – zapewne
mocą zjawisk metafizycznych - zdaje się być konsekwentnie prowadzona ku krainie
wiecznej szczęśliwości.
Opowieść od samego początku realizowana jest metodami kolektywnymi.
Klarnet i saksofon swobodnie oddychają, wataha strunowców wydaje szereg nieartykułowanych
dźwięków, tworząc szeleszczącą i pulsującą magmę tajemniczej, bezkresnej akustyki.
Narracja obtoczona jest mrokiem, ma charakter dość filigranowy, a frazy
bardziej masywne stanowią wyjątek. Kameralny charakter formacji szczególnie
uwidacznia się w locie wnoszącym. Bywa z kolei bardziej korpulentny w momentach
kontrolowanego opadania. Pierwszy taki przykład mamy już w 5 minucie. Ptaki w swobodnym
locie, zmyślnie kierowane instynktem stadnym.
W okolicach 10 minuty narracja intrygująco rozwarstwia się, słyszymy
niemal pojedyncze frazy, a cisza wokół głęboko oddycha. Potem flow nabiera
pewnej masy właściwej, lepiony z szorowanych i stukanych odgłosów. Wewnątrz strumienia
fonii pojawia się coś na kształt rytmu, ale dość szybko zanika. Na dnie szemrają
dęciaki, górą płyną filigranowe strunowce. Całość przypomina przez moment
mroczną lewitację.
Tuż przed upływem drugiej dziesiątki minut muzycy zaczynają
formować dron podszczypywany stemplami z klawiatury. Proces jednak dość szybko rozwarstwia
się, stawiając drobne znaki zapytania o kierunek dalszej drogi. Na czoło forsują
się teraz preparowane, dość gęste frazy smyczkowe. Nim narracja zastygnie w ciszy
(w okolicach 25 minuty), muzycy ślą ku nam jeszcze delikatne fonie zarejestrowane
w trakcie spaceru po łące zroszonej poranną mgłą.
Po chwili rzeczonej ciszy rozpoczyna się konstruowanie
nowego, bardziej uporządkowanego wątku. Strunowce znów sięgają nieba, dęciaki
szorują glazurę podłoża. Muzycy bawią się w didaskalia, nie dbając nadmiernie o
linearność opowiadania. Drżą, rezonują i szeleszczą, aż w końcu jednoczą siły i
budują niezbyt strome podejdzie pod finał spektaklu. Smyczki skaczą po strunach,
dęte szeleszczą i prychają. Ostatnią prostą rysują matowo brzmiące frazy z klawiatury
piana, sprawiając, iż powolnej narracji udaje się doczołgać do końcowego
dźwięku.
Magda
Mayas' Filamental Murmur (Relative Pitch, CD 2026). Zeena Parkins – harfa,
Rhodri Davies – harfa, Magda Mayas – fortepian, Aimée Theriot – wiolonczela, Anthea
Caddy – wiolonczela, Angharad Davies – skrzypce, Christine Abdelnour – saksofon
altowy oraz Michael Thieke – klarnet. Nagrane w Exploratorium, Berlin,
wrzesień 2024. Jeden utwór, 38 minut.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz