piątek, 13 maja 2022

Cecil Taylor! Music From Two Continents! *)


Pośmiertna epopeja Cecil Taylor – życie i twórczość trwa w najlepsze, zarówno w wydaniu międzynarodowym, jak i krajowym. W tym drugim, jak doskonale wiemy, prym wiedzie Fundacja Słuchaj, która dostarcza niepublikowane nagrania ikony freejazzowego fortepianu nad wyraz regularnie. Po duecie, kwintecie i małej orkiestrze, czas na kolejny rozbudowany ansambl, tym razem w edycji dalece ekscytującej.

Po pierwsze – nowa płyta, to koncert z krajowego Jazz Jamboree z pierwszej połowy lat 80. ubiegłego stulecia, po drugie – sam skład personalny orkiestry winien wprawiać w intensywny ruch nasze serca! Smakowity zaciąg europejski, polsko-włosko-niemiecki oraz pokaźna wataha muzyków amerykańskich, a pośród nich the one and only William Parker, wtedy jeszcze muzyk na dorobku, ale już wówczas istotnie kształtujący improwizowaną narrację w Sali Kongresowej. Pełne dane formacji Taylora na dole tej recenzji, teraz skupmy się na dźwiękach, jakie muzycy dostarczali nam prawie 38 lat temu przez godzinę zegarową z małym okładem.

 


Początek koncertu wydaje się typowy dla rozbudowanych, improwizujących składów pod zacnym przewodnictwem Taylora. Perkusjonalia, okrzyki, prześmiewcze wrzaski, odgłosy z freejazzowej puszczy, niczym rytuał wyzbycia się wszelkich złych emocji, czy też rodzaj mentalnej detoksyzacji! Pierwsze dźwięki fortepianu są nam dane po upływie trzech minut, a po kolejnych kilkudziesięciu sekundach zaczyna się formować właściwy free jazz flow, od niemal samego początku zgrabnie spinany kontrabasowym groove Parkera. Bystra dynamika, aktywny drumming, słowotok fortepianu i wielka, naprawdę wielka przestrzeń dla ośmiu instrumentów dętych, które mogą szaleć do woli. Dęte pokrzykiwania, tudzież bardziej skonstruowane frazy czasami wchodzą w dialog z pianem, czasami wznoszą się ku górze i efektownie opadają. Strumień fonii jest doprawdy imponujący, a na jego tle, from time to time pojawiają się niezbyt rozbudowane ekspozycje solowe. Pierwszy do boju idzie tu saksofon altowy. Po 12 minucie narracja delikatnie traci na intensywności, ale basowy flow nie pozwala wiele. Do ognia dorzuca Taylor, a jego klawiszowe tornado wspierają dęte kontrapunkty. Niedługo potem pojawia się ekspozycja trąbki (zapewne Stańko!), a także prawdopodobnie bassoona i już na pewno - saksofonu tenorowego. Ekspresja rośnie z każdą sekundą, sprawiając, iż po 20 minucie całość narracji możemy określić mianem efektownej, jakże zbiorowej histerii!

W okolicach 28 minuty opowieść zdecydowanie stopuje, w każdym swoim wymiarze. Dęciaki wzdychają i śpiewają pod nosem, pojawiają się głosy, które dość szybko formują się w efektowny wielogłos, także wrzaski, tudzież bardziej skoordynowane okrzyki. Kilka mocnych uderzeń dodaje perkusja. Mamy wrażenie, że oto znaleźliśmy się naprawdę w samym sercu dzikiej Afryki, z jej polirytmią i gęstymi, nie do końca sformatowanymi dźwiękami. Mniej więcej w 38 minucie z tego cudownego chaosu chwili wyłania się ciepło brzmiące piano i dęte zaśpiewy, które płyną do nas rozległym korytem. W końcu nowy groove ustanawia Parker, ale nie dyktuje przesadnego tempa. Narracja zaczyna się rozrastać i dopiero wtedy Taylor wraz z Parkerem ewidentnie podkręcają tempo. Drive perkusji zdaje się nosić znamiona post-swingowe, a cała orkiestra kolektywnym krzykiem szybko osiąga stadium pełnowymiarowej fire music! Saksofony pędzą tu na froncie, tuż obok skrzeczą trąbki, a tumult całości sprawia, iż dający z siebie wszystko pianista jest ledwie słyszalny! Po 50 minucie na ów ognisty tygiel fonii nakłada się jeszcze rozkrzyczany głos (zapewne Taylora), który tylko wzmaga emocje. Tym razem na przedzie karawany jedna z trąbek i saksofon altowy. Masywną całość pcha niezłomnie do przodu niezmordowany kontrabasista. Furia ansamblu wydaje się z czasem przygasać, jakby część muzyków syciła opowieść większą dawką nieco spowolnionych, bardziej refleksyjnych fraz. Pojawia się też nowy dźwięk, który przypomina flet. Jego piękną ekspozycję podkreśla full drive rozbudowanej sekcji rytmu. Każdy z dęciaków dokłada tu po ostatnim słowie i wraz z wybiciem 60 minuty narracja zaczyna przygasać. W połowie 62 minuty podnosi się kompulsywny wrzask publiczności.

 

Cecil Taylor Music From Two Continents, Live at Jazz Jamboree’84 (Fundacja Słuchaj!, CD 2021). Cecil Taylor – fortepian, Tomasz Stańko i Enrico Rava – trąbki, Conrad Bauer – puzon, Jimmy Lyons – saksofon altowy, Frank Wright Jr. i John Tchicai – saksofony tenorowe, Karen Lyons – bassoon, Günter Hampel – klarnet basowy i wibrafon, William Parker – kontrabas oraz Henry Martinez – perkusja. Zarejestrowane 26 października 1984, w trakcie Festiwalu Jazz Jamboree, Sala Kongresowa, Warszawa. Jeden utwór, czas trwania - 62:15.

 

*) recenzja powstała na potrzeby portalu jazzarium.pl i tamże, tysiące lat temu, została pierwotnie opublikowana

 


czwartek, 12 maja 2022

Wielka Regionalna Grupa Wolnej Improwizacji rusza w europejską trasę koncertową


(informacja prasowa)

 

GGRIL (Le Grand groupe régional d’improvisation libérée), to niezwykły, wieloosobowy zespół improwizatorów, pochodzący z Rimouski, miasteczka we wschodnim rejonie kanadyjskiego Quebecu. To niepowtarzalna kombinacja instrumentów strunowych, zarówno elektrycznych, jak i akustycznych, wspartych niewielką, jak na gabaryty orkiestry, liczbą instrumentów dętych i perkusyjnych. Ów nietypowy konglomerat brzmieniowy tworzy unikalną paletę dźwiękową, na ogół niespotykaną pośród dużych improwizujących składów, zarówno w Europie, jak i na świecie.

Kolejnym unikatowym zjawiskiem w przypadku tej orkiestry jest fakt, iż … wybiera się ona w bieżącym miesiącu na dziesięcioodcinkową trasę po Europie! Muzycy dolecą do Francji, wynajmą instrumenty, zapakują się do dwóch busów i ruszą we wspaniałą podróż. W aspekcie koncertowym zawitają do francuskiego Metz, słoweńskiej Ljubljany, austriackiego Grazu, chorwackiej Puli, Belgradu, Budapesztu, czeskiej Ostrawy, Poznania, belgijskiego Gentu, a trasę zakończą tam, gdzie ją zaczynali, czyli we Francji, tym razem w Lille. Pierwszy koncert odbędzie się 14 maja, ostatni zaś 29 maja.

Jak już wcześniej wspominaliśmy, a wyżej potwierdzamy, jedyny polski koncert GGRIL odbędzie w poznańskim Dragonie, dokładnie 26 maja (tu drobna zmiana w stosunku po pierwotnej informacji), w ramach 28. edycji cyklu koncertowego „Spontaneous Live Series”, organizowanego przez Trybunę Muzyki Spontanicznej i wspomniany klub, mieszczący się w stolicy Wielkopolski przy ul. Zamkowej 3.

Podczas trasy koncertowej GGRIL wystąpi w składzie 14 osobowym. Orkiestra zaprezentuje kompilację utworów oraz koncepcji improwizatorskich, które uważa za najciekawsze ze swojego wieloletniego dorobku. Oczywiście nie zabraknie najnowszych pomysłów z jubileuszowego wydawnictwa „Sommes”. Uwaga! Zespół zastrzega, iż każdy z koncertów będzie miał całkowicie odmienny przebieg i składał się z innego zestawu utworów! Warto zatem nie przegapić żadnego z nich!

GGRIL na europejskiej trasie wystąpi w składzie: Catherine S. Massicotte – skrzypce, Clarisse Bériault – obój, Emie Lachapelle - saksofon altowy, Éric Normand - bas elektryczny, Isabelle Clermont – harfa elektryczna, Luke Dawson – kontrabas, Marc-Antoine Mackin-Guay - gitara barytonowa, Olivier D'Amours - gitara elektryczna, Pascal Landry - gitara klasyczna, Patricia Ho-Yi Wang – skrzypce, Robin Servant – akordeon, Sébastien Côrriveau - klarnet basowy, Thomas Gaudet-Asselin - bas elektryczny oraz Tom Jacques – perkusja.

 


Świętująca 15-lecie istnienia kanadyjska orkiestra swoją fonograficzną przygodę rozpoczęła w roku 2007 albumem bez tytułu, wydanym przez … szwajcarski net-label „Insubordinations”. Gośćmi wymienionymi na okładce płyty byli dobrze rozpoznawalni muzycy jazzowi z kanadyjskiego Quebecu – Jean Derome i trio Les Poules. Kolejna płyta, to album „Vivaces” (2012), dzięki której o GGRIL usłyszał już cały improwizowany świat. Poza świetną muzyką zawartą na albumie decydował o tym także fakt, iż w nagraniu uczestniczył sam Evan Parker. To także pierwszy album wydany już pod własnym szyldem wydawniczym „Tour De Bras”, który towarzyszy orkiestrze do dnia dzisiejszego. Kolejne dwa albumy, to nagrania zrealizowane bez udziału gości („Combines”, 2013 oraz „Gestes”, 2016).

Pod koniec drugiej dekady bieżącego wieku Kanadyjczycy nawiązali współpracę z francuskim wydawnictwem Circum-Disc, a ich działania artystyczne i promocyjne przybrały na sile. W latach 2019-2020 ukazały się aż trzy nowe albumy – podwójny „Façons” (z udziałem m.in. Johna Butchera i Xaviera Charlesa), „Plays Laubrock” (krótki zestaw kompozycji amerykańskiej saksofonistki, które stanowiły bazę dla improwizacji orkiestry) oraz „Tatouages Miroir” (tu gościem specjalnym był francuski saksofonista Jean-Luc Guionnet, który pracował nad muzyką głównie na etapie post-produkcji).

Wreszcie rok ubiegły, który przyniósł płytę „Sommes”. To ambitne, jubileuszowe przedsięwzięcie w postaci albumu, który składa się z 3 płyt, 12 zamówionych utworów skomponowanych przez 12 różnych artystów, zagranych przez 21 muzyków i trwających 211 minut!

https://tourdebras.bandcamp.com/album/sommes


Wszystkie (poza pierwszym) albumy GGRIL dostępne są na wyżej wskazanym bandcampie. Z kolei recenzje ostatnich czterech albumów grupy można poczytać dokładnie w tych miejscach:

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2021/12/le-ggril-sommes-birthday-postcard.html

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2020/12/muller-normand-vrba-comme-triche-jean.html

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2020/02/ggril-abdou-dang-orins-new-music-in.html

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2019/03/ggril-un-ensemble-glasgow-improvisers.html

 


wtorek, 10 maja 2022

Benjamin Duboc’ Ensemble Icosikaihenagone! The Musical and Choreographic Fiction!


Dwudziestoosobowy zespół o nazwie własnej nieprzetłumaczalnej na jakikolwiek język świata, dyrygent i kompozytor w jednej osobie, troje aktorów i duża scena teatralna. A na niej tom drugi opowieści pod tytułem Fikcja muzyczna i choreograficzna - Kreacja na Wielką Orkiestrę i Korpus Aktorski.

Francuski kontrabasista Benjamin Duboc, to muzyk wyjątkowy, o czym świadczą jego rozliczne dokonania na niwie swobodnej improwizacji, free jazzu, a także, jak się właśnie okazuje, na polu kreatywnej, po części improwizowanej muzyki współczesnej. Muzyk, który w ostatnich latach niezbyt często ujawniał światu swoje nowe dokonania, powraca z płytą niezwykłą i wartą tysiąckrotnego eksplorowania. A dla tych, którzy nie znają lub nie pamiętają muzycznych aktywności 51-letniego artysty, szczególnie sprzed mniej więcej dekady (wtedy był bodaj najaktywniejszy na scenie free impro), na zakończenie dzisiejszej opowieści krótki zestaw linków do tekstów opisujących czerstwymi metaforami Pana Redaktora muzyczne dokonania Duboca.

A teraz, bez zbędnej zwłoki, przenosimy się na deski Teatru Miejskiego we francuskim Montreuil!

 


Bez trudu odnajdujemy się na widowni. Słyszymy szmer rozmów, odgłosy otoczenia, nerwową ciszę oczekiwania. Zaczynają głosy kobiece – najpierw jeden, potem drugi recytują tekst, a w tle pierwsze oddechy wydają instrumenty dęte. Po upływie trzeciej minuty rusza muzyka – orkiestra wypuszcza z siebie ledwie jeden duży strzęp dźwięku i słucha, jak długofalowo potrafi on wybrzmiewać, rozpływać się w przestrzeni obiektu teatralnego. Pojawia się kontrabasowy dron, któremu towarzyszą dęte ornamenty. Orkiestra buduje suspens na wdechu, pełna niepokoju, wręcz trwogi. Jeszcze tylko kilka bardziej intensywnych uderzeń w klawiaturę fortepianu i pierwszy akt spektaklu tonie w gęstej ciszy. Tym razem słyszymy odgłosy przyrody, zatopione w instrumentalnym bezruchu, dającym odpowiednią przestrzeń dla budowania nowego wątku. Ósma minuta, to moment, w którym rozbudowane instrumentarium zaczyna prowadzić ze sobą leniwe small talks. Po kolejnych dwóch minutach uderzenie w wielki kocioł zdaje się oznajmiać otwarcie kolejnego rytuału dźwiękowego. Szmery, nieme gesty, oddechy, minimalistyczne piano, akordeon, szeleszczące struny, błyszczące talerze – wszystko to buduje akustyczny przednówek niemal dark ambientowej ekspozycji. Tymczasem krótką, bardzo oszczędną w słowa opowieść proponuje nam piano. Kilka silniejszych uderzeń w czarne klawisze zdaje się tu wybudzać z snu całą orkiestrę, która zaczyna lepić kolektywnie dźwiękowe crescendo. W okolicach 14 minuty owa żmudna droga na szczyt przybiera dalece uroczą i jakże intensywną postać. Obfity strumień dźwięków rozlewa się tu bardzo szerokim korytem i jeszcze nabiera mocy, w połowie 18 minuty przypominając niemalże krzyk dzikiego zwierzęcia!

Opowieść opada teraz na samo dno i przeobraża się w suche, męsko-damskie dialogi. To postrzępione fragmenty rozmów z muzykami, tu lepione w strumień niemal surrealistycznej narracji. Po kilkudziesięciu sekundach spektakl płynnie wchodzi w nowe stadium. Muzycy serwują nam kilka wątków jednocześnie. Małe frazy strunowe, wokal, jazzująca trąbka, pomruki klarnetu basowego, garść dźwięków preparowanych z kilku źródeł – wszystko to tworzy plejadę zmysłowych incydentów fonicznych, które choć separatystycznie generowane, tworzą zwartą, nerwową strukturę. Narracja stabilizuje się serią powtórzeń i przechodzi do kolejnego etapu. W 25 minucie tym, który proponuje nowy kierunek jest kontrabasowy smyczek, ryjący głęboką bruzdę w ziemi. Na jego lepkiej powierzchni osiadają dęte, krótkie frazy i wokalne inkrustacje. Emocje znów rosną, a swoje trzy grosze dokładają tu, rozstawione na przeciwległych flankach, perkusjonalia, które niespodziewanie wygaszają basowy dron. Duetowa ekspozycja nie szczędzi nam dźwięków preparowanych. Tuż po niej dostajemy strzępi fonii ze strony elektroniki, być może także gitarowych przetworników, które przypominają fale radiowe, raz za razem wyłapujące tajemnicze dźwięki z kosmosu. I to właśnie ten moment otwiera zaskakujący melanż krótkich, ciętych fraz, które wydają się być dźwiękami granymi przez orkiestrę, ale także matowymi samplami wyszukanymi w przestrzeni radiowej - wątek jazzowego, kontrabasowego drive’u, śpiewanej piosenki, kameralnego smyczka do pary z fortepianem, jazzowej orkiestry dętej, wreszcie ciekawie wyeksponowanej trąbki i głosów recytujących półsłowa. Tanecznym krokiem skaczemy po radiowej skali, mieszamy wątki i systematycznie tracimy kontakt z rzeczywistością.

Na początku 34 minuty wrzask ludzkiego głosu (brzmiący jak tuba!) przenosi nas w inny wymiar spektaklu. Jakbyśmy umęczeni daleką podrożą wrócili na teatralną scenę. A tu orkiestra żyje i gra nam dynamiczny jazz na wiele głosów! W tle moszczą się post-elektroniczne zgrzyty, które tłamszą opowieść i odbierają jej życie tuż nad podłogą. Nowa plejada dźwięków tym razem płynie wprost z wielkiej tuby i watahy nerwowych strunowców. Wszystko lepi się tu w mgławy, leniwy dron, głównie basowy. Orkiestra znów zaczyna budować crescendo! Do gry wchodzi rozhuśtany saksofon i perkusjonalia, a potem inne narzędzia drewniane, blaszane i strunowe. Narracja wydaje się być w tym momencie wyjątkowa swobodna, wypuszczona z ryzów dyrygenckiej dyscypliny. Przez moment flow prowadzą samotne perkusjonalia. Tuż przed upływem 40 minuty opowieść znów startuje z samego dna ciszy. Bas mruczy, dęte oddychają, głosy szepczą i szemrają, klawisze piana złowrogo stukają po wystudzonych młoteczkach. Nagle na scenie pojawia się rozochocona gitara, która buduje meta psychodeliczną narrację, sieje spustoszenie prądem zmiennym i wzbudza odgłosy całej orkiestry. Tak, to definitywnie ostatnia już prosta tej niebywałej historii. Tutti Grande! Finał, falujący niczym wzburzony ocean, grany jest na dużym wydechu! Urywa się nagle, za pociągnięciem producenckiego skalpela, wprost w ciszę … oczekiwania, dokładnie taką samą, jaką znamy z pierwszych sekund tego nagrania. Piękny nawias dramaturgiczny po kilkudziesięciu sekundach ostatecznie topi nas w bezwzględnej ciszy.

 

Ensemble Icosikaihenagone Volumes II - Fiction Musicale et Chorégraphique - Création pour Grand Orchestre et Corps Actants (Dark Tree Records, CD 2022). Benjamin Duboc (kompozytor i dyrygent), Émilie Aridon-Kociołek (fortepian i głos), Sébastien Beliah (kontrabas i głos), Claire Bergerault (wokal i akordeon), Christiane Bopp (puzon i głos), Patricia Bosshard (skrzypce), Cyprien Busolini (altówka), Jean-Luc Cappozzo (trąbka i głos), Guylaine Cosseron (wokal), Jean Daufresne (tuba), Amélie Grould (instrumenty perkusyjne), Franz Hautzinger (trąbka), Sylvain Kassap (klarnet i klawisze), Dorian Marcel (kontrabas), Jean-Sébastien Mariage (gitara elektryczna), Gaël Mevel (wiolonczela i głos), Mathias Naon (skrzypce), Alexis Persigan (puzon i głos), Jean-Luc Petit (klarnet kontrabasowy i sopranino), Diemo Schwarz (elektronika i głos), Thierry Waziniak (perkusja) oraz aktorzy na scenie: Valérie Blanchon, Valérie Fontaine i Giuseppe Molino. Ponadto w nagraniu wykorzystano teksty autorstwa Benoîta Spinga i Benjamina Duboca oraz fragmenty wywiadów z muzykami. Nagrano w Théâtre Municipal Berthelot - Jean Guerrin, Montreuil, Francja, w dniach 25-30 października 2021 roku. Jeden trak: 44 minuty i 52 sekundy.

 

Linki przydatne w eksploracji innych dokonań Benjamina Duboca:

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2017/06/benjamin-duboc-powiesc-wielowatkowa-z.html

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2017/05/risser-duboc-perraud-all-about-eve-and.html

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2017/03/desprez-duboc-loutelier-sonecznik-z.html

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2016/07/daunik-lazro-francuski-acznik.html

 


piątek, 6 maja 2022

The Phonogram Unit’ fresh outfit: Common Ground and Hyper.Object!


Portugalski label Phonogram Unit, założony przez lokalnych muzyków z Lizbony ledwie dwa lata temu, doczekał się już dziesiątego wydawnictwa! Gratulacje zatem za przedsiębiorczość, operatywność, no i nade wszystko za świetną muzykę. Profil wydawnictwa, to swobodnie improwizowany jazz (jeśli tak karkołomnej formuły moglibyśmy użyć!), który incydentalnie wspiera się psychodelicznymi emocjami, kameralną zadumą, tudzież garścią elektronicznego oprzyrządowania. Te dwa ostatnie tropy odnajdujemy na dwóch wiosennych premierach tego wydawcy.

Najpierw sięgniemy po Common Ground, combo dowodzone, przynajmniej w aspekcie tytularnym, przez José Lencastre’a, które bardzo zgrabnie balansuje na granicy free chamber i free jazzu. Potem pochylimy ucho nad swobodnie improwizującym, akustycznym kwartetem post-jazzowym, który delikatnie nadgryzany jest zębem bardzo inteligentnej i minimalistycznej elektroniki, kierowanej przez piątego członka formacji Hyper.Object. Zapraszamy zatem na dwa improwizowane spotkania w pięknej Lizbonie. Dodajmy, iż obie płyty dostępne są w formacie CD.

 


José Lencastre  Common Ground

Namouche Studios, listopad 2021 roku i kwintet z składzie: José Lencastre – saksofon altowy, Carlos Zíngaro – skrzypce, Clara Lai – fortepian, Gonçalo Almeida - kontrabas oraz João Sousa – perkusja. Muzycy przygotowali dla nas pięć improwizacji (all music by the musicians), które trwają 43 minuty.

Artyści budują improwizację otwarcia długimi frazami. Kontrabasowy smyczek, skrzypce i saksofon pną się po smukłym płaskowyżu, kreując dalece zatrwożone chamber, które szuka pierwszych emocji. Pojawiają się perkusyjne szczoteczki, a piano zdaje się pozostawać w obłoku ciszy (po prawdzie będzie tak do samego końca utworu). Opowieść gęstnieje po portugalsku, jakże powolnym strumieniem. Po kilku minutach kontrabas przechodzi w tryb pizzicato i zaczyna budować zręby bardziej dynamicznej narracji, dodajmy, z drobnym wsparciem perkusji. Skrzypce podłączają się bystrym zaśpiewem, saksofon zdaje się czynić dokładnie to samo. Improwizacja nabiera mocy i jazzowych atrybutów. Sekcja rytmu pręży muskuły, a wystudzony saksofon szuka okazji do zwady. Opowieść efektownie gaśnie tuż przed upływem jedenastej minuty. Na starcie drugiej części pojawia się piano, zdecydowanie już rozbudzone, niepozostawiające wątpliwości, iż jest z nami na studyjnej scenie. Bystry kontrabas i perkusja wraz z nim budują energiczny, jazzowy flow. Skrzypce i saksofon wchodzą do gry po kilku długich pętlach i zdają się dodatkowo podnosić temperaturę narracji, która i tak jest już dość rozgrzana. Kwintet bez trudu osiąga tu intensywność free jazzu, smukłą, wręcz elegancką, niczym stado koni w galopie. Każdy z muzyków improwizuje teraz nad wyraz swobodnie na własny użytek (szczególne brawa dla saksofonu), ale flow nie traci nic z atrybutów kolektywności. Zakończenie improwizacji, podobnie jak początek, spoczywa na barkach sekcji rytmu. Trzecia opowieść budzi się do życia w mrocznej aurze, przesyconej nerwowymi podrygami skrzypiec. Piano w formule inside, głęboko zakopany w ziemi kontrabas, pośpiewujący pod nosem saksofon – wszyscy zdają się tu szukać inspiracji do bardziej energicznych zachowań. Jakże typowy dla tego nagrania przykład post-chamber, które szuka ekspresji free jazzu, napotykając po drodze na masę efektownych przeszkód.

Kolejna opowieść także powstaje z mroku, a na starcie tworzą ją głównie piano i mięsiste, nisko zawieszone pizzicato kontrabasu. Pod kameralny motyw podłączają się rozhuśtane skrzypce i saksofon, któremu jak zwykle donikąd się nie śpieszy, wreszcie kreśląca duże pętle perkusja. Improwizację kreuje tu pewien dysonans emocjonalny – nerwowe jak zwykle skrzypce i kojący emocje saksofon. Kilka ciekawych, post-klasycznych fraz dodaje także pozostające w tle piano. Narracja zyskuje na dynamice i sięga po bardziej jazzowe rozwiązania, cały czas wszakże unosi się nad nią ponadgatunkowy powiew świeżości. Finałowa improwizacja odbywa się pod jurysdykcją skrzypka i kontrabasisty, którzy snują rzewne, smyczkowe opowieści, niepozbawione post-barokowego posmaku. Piano sięga do środka, pracują perkusyjne talerze, a smutny, wytłumiony saksofon wskazuje dalszą drogę dla tej pięknej, dość minimalistycznej ballady. Narracja po kilku chwilach pęcznieje, głównie za sprawą fermetującego smyczka kontrabasowego, zdobiona zaś jest frazami inside piano i saksofonowymi podmuchami. Przygasa równie efektownie!

 


Hyper.Object  Inter.Independence

Timbuktu Studio, wrzesień 2020 roku i kwintet w składzie: Rodrigo Pinheiro – fortepian, João Almeida – trąbka, Carlos Santos – elektronika, Hernâni Faustino – kontrabas oraz João Valinho – perkusja. Tym razem sześć improwizacji (all music by the musicians), a łączny ich czas, to 49 minut.

Improwizacja otwarcia trwa niewiele ponad trzy minuty i zgrabnie łączy elektroniczne frazy z open jazzowymi, dynamicznymi i jakże akustycznymi improwizacjami. Utwór zwie się Glitch, co świetnie oddaje elektroakustyczną aurę nagrania. Kolejne części mają już zdecydowanie bardziej rozbudowaną formę. Druga zaczyna się kontrabasowym syczkiem. W tle kapie woda (z laptopa?), coś oddycha (trąbka!), ktoś dotyka krawędzi werbla. Spokojna, swobodna improwizacja z basem na czele, której zdecydowanie bliżej do kameralnej ciszy niż jazzowego zgiełku - łkająca trąbka, piano z klawisza, odrobina perkusyjnych preparacji. Całość z czasem lekko się nadyma, nie bez udziału elektronicznej chmury, zawieszonej w tle. Trzecia opowieść w fazie startu tkana jest z drobiazgów – dźwięków arco & pizzicato, trębackich preparacji (brawo!), niebanalnych uderzeń w czarne i białe klawisze, tudzież perkusyjnych ozdobników. Całkiem abstrakcyjna improwizacja, znów nieco oddalona od jazzowego idiomu początku. Kolektywna opowieść, ledwie muskana syntetycznymi zdobieniami.

W kolejnej części słyszymy elektronikę już od samego początku, gdy buduje efektowną, ale bardzo delikatną ścianę ambientu. Akustyczne frazy open jazzu świetnie konweniują z taką strukturą - post-klasyczne frazy piano, lśniące talerze, ciepła, ale niepokojąca trąbka, równie delikatny bas. Muzycy snują leniwą opowieść, zadają sobie pytania i otrzymują zgrabne odpowiedzi. Ponadgatunkowa ballada pachnie kameralistyką z racji świetnej roboty smyczka, ale wraz ze wzrostem dynamiki osiąga parametry swobodnego jazzu. Duże brawa za te chwile dla pianisty! Piątej opowieści stawiamy najwyższą ocenę w zestawie, nie tylko dlatego, że jest najdłuższa (prawie trzynaście minut). Zaczyna się bardzo minimalistycznie – prychanie trąbki, pojedyncze klawisze piana i szelest elektroniki na backgroundzie. Na flankach szeleszczą perkusjonalne akcesoria, być może także pudło rezonansowe kontrabasu ma w tym swój udział. Narrację właściwą prowadzi trąbka, wspierana pomrukiem smyczka. Całość efektownie narasta także dzięki coraz aktywniejszemu drummingowi. Na moment piano milknie, a akustyczne trio sięga po emocje free jazzu. Potem dostajemy trio bez trąbki i obserwujemy efektowny skok w bezmiar stylowego open jazzu, aż po drobne spiętrzenie dramaturgiczne. Trąbka powraca na final i reasumuje dokonania całego kwintetu. Finałowa improwizacja, to szyta wewnętrzną harmonią post-jazzowa ballada, zdobiona zarówno mrocznymi, jak i dużo jaśniejszymi barwami. Miękka akustyka i zmysłowa poświata elektroniki, głęboko osadzony smyczek i rzewne frazy trąbki. Zakończenie niesie całe pokłady spokoju i wyciszenia.



wtorek, 3 maja 2022

Lazro, Minor, Madiot, Chiésa and Marion in impro-drama Sonoris Causa!


Świat muzyki improwizowanej bywa niezwykle przewrotny i skomplikowany. Niektóre nagrania giną w zardzewiałych szufladach, inne kasują się na twardych dyskach przeciążonych komputerów, jeszcze inne idą w niepamięć w natłoku zdarzeń globalnej nadprodukcji gatunku. Istnieje też pokaźna szafa dźwięków, które czekają latami na dobry moment, by wreszcie zaprezentować światu swoje niewątpliwe uroki.

Dziś zapraszamy na koncert pewnego francuskiego kwintetu (z udziałem uwielbianego na tych łamach Daunika Lazro!), który odbył się niemal dokładnie … 19 lat temu. Na scenie lokalnego festiwalu Muzycznych Akcji znajdujemy trzy niebywale niskie instrumenty dęte – saksofon barytonowy, kontrabasowy sarrusophone (cóż to takiego?) oraz puzon basowy z dodatkowymi urządzaniami zwanymi tubami teleskopowymi. Obrazu mrocznej całości dopełniają dwa pięciostrunowe kontrabasy. Oj, będzie się działo, szczególnie w niskich częstotliwościach! Zatem kładziemy się na podłodze i zamykamy oczy! Czas start!

 


Pierwsze dwie improwizacje trwają tu grubo ponad dwadzieścia minut każda. Koncert zaczyna się w chmurze szumów i szmerów, jakby ściany dość chyba obszernej sali koncertowej oddychały razem z muzykami i publicznością. Na gryfach obu kontrabasów pracują leniwie smyczki, a trzy dęte potwory na razie burczą i pomrukują, cedząc drobne obłoki powietrza przez silnie zaciśnięte zęby. Spokojna, ale nerwowa, bardzo mroczna narracja dość szybko przyjmuje tu formę masywnego strumienia gęstej cieczy. Budowana jest wszakże w dużym skupieniu i sporej dyscyplinie. Potrafi w ułamku sekundy wytłumić się nawet do pojedynczych dźwięków. Brudne, zmysłowe post-chamber, które incydentalnie łapie ogniste frazy, szyje ściegiem przy samej podłodze i czasami brzmi, jak efektowna introdukcja do doom metalowej eksplozji. Ów strumień akustycznej lawy mimo niskich parametrów kąsa urodą i efektownym brzmieniem. Płynie całą szerokością ulicy i nie pozostawia złudzeń, co do swych niecnych celów. Jego intensywność faluje, co dodatkowo buduje dramaturgiczny suspens. W połowie utworu pięć instrumentów nagle zaczyna piąć się ku górze, a struktura improwizacji zdaje się incydentalnie rozwarstwiać. Tempo jednak rośnie, a całość przez moment przypomina upalony kwintet smyczkowy. Pojawiają się samorodne szarpnięcia i uderzenia w struny, które incydentalnie tworzą tu nawet coś na kształt perkusyjnego beatu. Kilka salw pełnych ekspresji funduje nam saksofon barytonowy, obok kropelkuje nieco skonfundowany puzon. Pod koniec opowieści muzycy powracają do struktur dronowych i przez moment zdają się prowadzić w tym obszarze małe zawody.

Druga opowieść ponownie startuje z poziomu szmerów otoczenia, początkowo budowana zarówno przez krótkie, jak i dłuższe frazy, ale już po kilku chwilach formująca się w bystre drony. Na czele orszaku złoczyńców maszeruje saksofon barytonowy. Z kolei wysoko brzmiące smyczki konstruują ciekawą intrygę, do której podłączają się pozostałe dęte frazy. Całość chwilami brzmi tu niczym kameralny chór, który łapie kilka spektakularnych preparacji i przeistacza się w festiwal fake sounds, w trakcie którego niemożliwym jest pełne zdiagnozowanie źródeł poszczególnych dźwięków. W końcowej fazie improwizacji następuje małe wyciszenie. Wytłumiona narracja sprzyja drobnym ekspozycjom zadziornego saksofonu i pół melodyjnego puzonu. Tymczasem kontrabasy najpierw tworzą tu dark ambientową chmurę, a potem snują post-perkusjonalne didaskalia. Narracja zyskuje dzięki temu na dynamice i razi prądem post-free jazzu. Jeszcze tylko kilka dętych zaśpiewów, tłumionych dronów kontrabasowych i czas na finał, który zdobi post-barokowa ekspozycja jednego ze smyczków. Koniec drugiej improwizacji ściele się w bardzo mrocznej aurze.

Ostatni epizod koncertu, to improwizacja ponad 11-minutowa. Jej początek kreują dęte westchnienia, zdobione smyczkowymi post-melodiami, pełnymi brudnego brzmienia. Instrumenty parskają i syczą na siebie, niczym wygłodniale kocury, ale czasami przypominają też ptasią czeredę na porannej przechadzce, opowiadającą wrażenia z poprzedniego dnia. Narracja przybiera formę zrównoważonego emocjonalnie free chamber. Dużo w niej mrocznej, jakże kolektywnej akustyki. Nim ostatecznie skona, zdąży jeszcze delikatnie zagęścić szyki i spiętrzyć się nieznacznie. Słowa pożegnania śle nam saksofon barytonowy, a sama opowieść urywa się bardzo niespodziewanie. Potem już tylko kilka chwil ciszy i gromkie oklaski.

 

Daunik Lazro/ Jouk Minor/ Thierry Madiot/ David Chiésa/ Louis-Michel Marion Sonoris Causa (NoBusiness Records, CD 2022). Daunik Lazro – saksofon barytonowy, Jouk Minor - kontrabasowy sarrusophone, Thierry Madiot – puzon basowy i tuby teleskopowe, David Chiésa – kontrabas pięciostrunowy (kanał lewy) oraz Louis-Michel Marion - kontrabas pięciostrunowy (kanał prawy). Nagranie koncertowe z 31 maja 2003 roku, Festival Musique Action, Vandoeuvre, Francja. Trzy swobodne improwizacje, łącznie prawie 67 minut.