piątek, 13 lutego 2026

Biliana Voutchkova in A Far Within & Little Sae!


Bułgarska skrzypaczka Biliana Voutchkova, jedna z naszych zdecydowanych faworytek sceny free impro, popełniła na przełomie roku dwa wyśmienite albumy. Jeden z nich zdążył jeszcze trafić na listę 50 powodów, dla których warto zapamiętać rok 2025, ten drugi nie dał rady, ponieważ jest styczniową nowością, ale w kontekście podsumowania roku 2026 zdaje się mieć kolosalne szanse.

Zapraszamy do odczytu i odsłuchu obu wydawnictw - najpierw medytujące, dronowe string trio, potem duet z live processorem. Same smakołyki!

  


Isidora Edwards, Biliana Voutchkova & Zosha Warpeha A Far Within (Relative Pitch, CD 2026). Isidora Edwards – wiolonczela, Biliana Voutchkova – skrzypce oraz Zosha Warpeha - hardanger d'amore. Nagrane w Bard College Studio, wrzesień 2025. Cztery improwizacje, 52 minuty.

Cztery rozbudowane improwizacje na wiolonczelę, skrzypce i ich wariację z tzw. epoki tworzą tu spójną dramaturgicznie opowieść, choć każda z nich wydaje się być szyta innymi metodami. Od medytujących, preparowanych fraz głębokiego umierania, po swawolne tańce, pełne lekkości i intrygującej precyzji, a wszystko nasycone brzmieniowym i narracyjnym pięknem.

Szczególną jakością kąsa pierwsza improwizacja. Pleciona ze strzępów rozedrganych post-melodii dobywających się z głębokiej krypty, dryfujących bez możliwości cumowania do jakiegokolwiek brzegu. Przypomina przeciągający się w czasie wschód słońca, barwiony posmakiem muzyki dawnej. Na koniec artystki wycofują się z obranej drogi, strwożone i pełne boleści. Druga opowieść zostaje zawieszona nieco wyżej, jest bardziej melodyjna, bogacona raz po raz czystymi frazami. Rodzaj rezonującej huśtawki. Tu artystki stają na palcach i sięgają nieboskłonu. Przypominają ptaki, które próbują wznieść się do lotu, ale coś sprawia, iż ciągle uwiązane są do podłoża. Z czasem pojawiają się większe emocje, a każda fraza łapie separatywne tempo. Puentą jest medytacja, próba samouspokojenia, przypomina zastygający post-barok.

W trzeciej, najkrótszej opowieści, artystki kreślą coś na kształt rytmu, głęboko ukrytego pod warstwami strunowych dźwięków. Jest melodia, posmak ancient music, plastry post-klasycyzmu. Każda z artystek zdaje się tu śpiewać swoją pieśń, ale każda zwraca głowę ku słońcu. Tu puentą jest struga umierających dźwięków, do ostatniego wydechu. Z kolei ostatnia improwizacja trwa ponad osiemnaście minut. Jej faza początkowa jest nerwowa, niemal perkusyjna, szarpana, osadzona na niskim pasmie jednego z instrumentów. Potem następuje hamowanie na kruszącym się lodzie i żmudne odbudowanie narracji. Wystudzony post-barok nabiera masy i tajemniczości. Podejście pod finał jest masywne, bardzo emocjonalne, ale samo zakończenie lekkie, wręcz filigranowe, łagodne, precyzyjne do ostatniej frazy.

  


Biliana Voutchkova & Giorgos Varoutas Little Sae (Underflow Records, CD 2025). Biliana Voutchkova – skrzypce, głos oraz Giorgos Varoutas - live sound processing. Nagrane w Underflow, Ateny, grudzień 2024. Siedem utworów, 48 minut.

Tylko skrzypce i glos Biliany uwikłane w chmurę elektroniki tworzonej na żywo przez Giorgosa, w ramach świetnie nam znanego zjawiska live proccesingu. Improwizacje mają tu zwartą strukturę, trwają od sześciu do dziewięciu minut. Pierwsza odsłona doskonale wprowadza w klimat nagrania – filigranowe smugi strunowych dźwięków, szept i podmuchy elektroniki niepozbawione akcentów rytmicznych. Tkanka improwizacja jest nerwowa, przypomina wystudzony drum’n’bass, trochę taniec na oblodzonej linie. W drugiej fazie czyste fazy skrzypiec toną w chmurze mrocznego ambientu.

W kolejnych improwizacjach artyści dokładają nowe elementy, każdorazowo tworząc dodatkowe porcje jakości. W drugiej części śpiewają grecką kołysankę, radośnie podskakując, w trzeciej sieją popłoch, potem studzą emocje wokalną mantrą. W czwartej, bodaj najpiękniejszej odsłonie, dźwięki, które rodzą się w ciszy eskalują, przypominając samobiczowanie. W piątej duża porcja melodii dostaje się w szprychy elektroniki i kona w męczarniach, przypomina rozmazane, dziecięce bohomazy. Przedostatnia część, to łabędzi śpiew, ulepiony w medytację w aurze Eliane Radigue. Wreszcie finał, perkusjonalny, z folkowym posmakiem, niczym spacer w Tybecie, w trakcie którego napotykamy na prawdziwą burzę z piorunami. Zakończenie koi emocje, daje dużo nadziei.

 

 

wtorek, 10 lutego 2026

Derek Bailey & Tony Bevan are the River Monsters!


Dwudziestego piątego grudnia 2025 roku minęła dwudziesta rocznica śmierci Dereka Baileya. Pisaliśmy o tym na Trybunie, a nawet uczestniczyliśmy w muzycznych odchodach tej rocznicy w londyńskim Cafe Oto, dokładnie w połowie grudnia.

Dziś sięgamy po archiwalne nagrania gitarzysty, które przez lata chomikowane były na różnych nośnikach fizycznych przez saksofonistę Tony’ego Bevana. Przekonwertowane na pliki elektroniczne zostały nam upublicznione – co oczywiste - 25 grudnia ubiegłego roku.

Jeden z utworów na albumie, ten najkrótszy, to list Baileya zapisany na kasecie i przesłany do Bevana. Muzyk improwizuje na gitarze akustycznej i opowiada o swoich spostrzeżeniach dotyczących okoliczności współpracy z saksofonistą. Jak zwykle nie bez jego siarczystego humoru. Wspomina między innymi, iż saksofon nie jest jego ulubionym instrumentem w kontekście improwizacji duetowej (co na to Evan Parker?!), ale tym bardziej docenia wkład Bevana w poszerzenie jego doświadczeń na tym polu. Odsłuchując cały album nie sposób nie zauważyć, iż rzadko który muzyk był w stanie zmusić Baileya do równie ognistych, soczystych, niekiedy wręcz free jazzowych improwizacji. Bevan dał radę, co czyni ów archiwalny zbiór jeszcze ciekawszym. Zapraszamy do środka!

  


Pierwsze dwie improwizacje trwają dwadzieścia minut i są najmłodszymi nagraniami w zestawie - pochodzą z jesieni 1999 roku. Gitara akustyczna i saksofon basowy prowadzą tu intrygujący dialog, chętnie wchodząc w coraz żywsze interakcje. Brzmienie jest szorstkie, ale na tle całego albumu definitywnie najbardziej czyste i selektywne. Improwizacje mają swoje istotne zagęszczenia, bywają też psychodelicznie rozbujane i zaskakująco filigranowe, zwłaszcza w drugim z utworów. Z kolei trzecia opowieść, to najstarszy fragment płyty (z 1988 roku), zrealizowany przez gitarę akustyczną i saksofon tenorowy. To rozmarzona impro ballada, która rośnie w oczach i na etapie finalizacji zionie ogniem. Po tym utworze natrafiamy na niespełna czterominutowy, kasetowy list Baileya, o który wspominaliśmy chwilę temu.

Pozostałe sześć improwizacji pochodzi w dwóch spotkań artystów, jakie miały miejsce w roku 1998. W obu przypadkach Bailey używa gitary elektrycznej, a Bevan saksofonu basowego. Improwizacje toczą się od szemranych, stonowanych introdukcji, przez rozbudowane, niekiedy intensywne wymiany zdań, aż po kompulsywne, definitywnie freejazzowe puenty. Brzmienie jest bardziej surowe, incydentalnie wpada w noise, często kroczy w bardzo żwawym tempie, balansując na graniczy przesteru. Szczególnie brudno brzmią ostatnie trzy fragmenty. Improwizacje saksofonu basowego zdają się tu mieć tysiące twarzy, a nowe wątki dramaturgiczne pojawiają się raz na kilkadziesiąt sekund. Gitara nie stroni od gęsto usianych dźwiękami reakcji za saksofonowe zaczepki, często wpada w histeryczne uniesienia. Tym, który lansuje tu permanentny wzrost ekspresji jest Bevan, ale Bailey nie pozostaje mu dłużny. Szczególnie udanie wypada ostatnia improwizacja, która obok chmury zdrowego hałasu przynosi też chwile wytchnienia, gdy pomiędzy dynamicznymi, pikantnymi frazami pojawia się dużo powietrza, niemało melodii i artystycznego dystansu.  

 

Derek Bailey & Tony Bevan River Monsters (Scatter Archive, DL 2025). Derek Bailey – gitara elektryczna, akustyczna, głos oraz Tony Bevan – saksofon tenorowy i basowy. Kolekcja nagrań archiwalnych przekonwertowanych z kaset, mini dysków i płyt cd-r – zarejestrowanych w Londynie,  1988/1998/1999. Dziesięć improwizacji, 68 minut.



 

piątek, 6 lutego 2026

Éliane Radigue! Asymptote Versatile and other acoustic stories!


Ta muzyka, to medytacja nad stanem niestabilności, to metafizyka chaosu i niepewności.

Tymi słowami, zawartymi w albumowym credits, Gascia Ouzounian zachęca nas do sięgnięcia po podwójne wydawnictwo Naldjorlak, które konsumuje dwa wykonania kompozycji Éliane Radigue na wiolonczelę solo. Podmiotem wykonawczym jest tu Charles Curtis, a oba koncerty (paryski i kalifornijski) dzieli czternaście lat.

Kompozycje, wykonania i krążące wokół tych tajemniczych słów podobne im określenia rzadko pojawiają się na blogu poświęconym muzyce improwizowanej. Sama francuska kompozytorka gości wszakże na Trybunie nie po raz pierwszy. Nie dalej jak kilka tygodni temu album Asymptote Versatile (1963-64) został autorytarnie uznany za jeden z 50 powodów, dla których warto zapamiętać rok 2025. Radigue jest tu rzecz jasna kompozytorką, a wykonawcą dwunastoosobowy ansambl dęto-strunowy pod artystyczną opieką świetne nam znanego walijskiego harfisty Rhodri Daviesa. Temu albumowi poświecimy kilka zdań w dalszej części naszej dzisiejszej contemporary story.

 


Éliane Radigue kilkanaście dni temu ukończyła … 94 lata (Happy Birthday!), od mniej więcej ćwierćwiecza jest niekwestionowaną królową awangardowej kompozycji współczesnej (jakkolwiek idiotycznie nie brzmi ów epitet), a jej dzieła zdają się wypełniać portfolia artystów i orkiestr całego świata, oczywiście tych, które w muzyce szukają odpowiedniego poziomu kreacji i czegoś więcej niż prostych melodii i równie zbytecznych tonacji. Nie będziemy dziś pisać biografii tej niezwykłej artystki – odsyłamy do sieci globalnej, coraz bardziej nowoczesnych generatorów AI, a także do krajowego czasopiśmiennictwa, które na okoliczność twórczości Francuzki zdołało popełnić kilka intrygujących tekstów.

Sama Radigue komponowanie dla innych artystów, szczególnie na instrumenty akustyczne, rozpoczęła dopiero w nowym milenium, po latach samowykonawstwa przy użyciu instrumentarium elektroakustycznego, głównie eksperymentowania z taśmami magnetycznymi i feedbackiem. Obszar twórczości akustycznej Éliane interesuje nas szczególnie i bez cienia wątpliwości godny jest uwagi także miłośników swobodnej improwizacji. Jej kompozycje nie są notyfikowane graficznie, to na ogół zbiór instrukcji, które kompozytorka przekazuje wykonawcom na etapie prób i długich rozmów na temat potencjału danego instrumentu i kreatywności samego muzyka. Efektem tego wszystkiego są niekończące się dronowe ekspozycje o walorach zdecydowanie medytacyjnych, śmiało wpisujące się w pojęcie deep listening, czyli tzw. głębokiego słuchania. To z całą pewnością strumienie fonii dedykowane do skupionego odsłuchu słuchawkowego. Tym wspanialej realizują się one w cichych, stonowanych, niekiedy mrocznych ekspozycjach na instrumenty akustyczne.

  


Takim właśnie nagraniem jest anonsowany wyżej album Asymptote Versatile (1963-64). Sześć instrumentów strunowych i tyleż dętych w rękach i ustach artystów, których znamy zarówno ze współczesnej sceny free impro, jak i wielokrotnego wykonawstwa kompozycji Radigue. Prezentowany na albumie utwór nie był zapewne pisany w kontekście instrumentarium akustycznego, zdaje się być przeto jeszcze bardziej intrygujący.

Koncert zarejestrowano na festiwalu muzyki współczesnej w brytyjskim Huddersfield ponad dwa lata temu. Wypełnia go jeden, ponad czterdziestominutowy minutowy strumień dźwiękowy, który niczym epistoła typowa dla legendarnego AMM nie ma początku, ani końca. Muzyka faluje jak wystudzony ocean, płynie dętymi wdechami i długimi strunowymi wydechami. Jest na swój sposób powtarzalna, stroni wszakże od minimalizmu, ma posmak medytacji, ale czynionej mocą wielkiej orkiestry. Narracja miewa chwile postoju i tonie wtedy w ciszy, ale to ledwie krótkie inteludia, które wynoszą opowieść na kolejne szczeble dramaturgicznego wtajemniczenia. W toku wielominutowej opowieści strumienie dęte i strunowe nakładają się na siebie, przenikają wzajemnie, interferują, niekiedy groźnie pomrukują. Szczególnie ciekawie robi się w sytuacjach, gdy dzieło kreacji biorą na swoje barki niskie dęciaki – klarnet basowy i basowy puzon. Dla tych ostatnich przeciwwagą są skrzypcowe uniesienia - wszystko wszakże pozostaje w stanie brzmieniowej i dramaturgicznej równowagi. Stabilny, dobrze kontrolowany finał poprzedza passus melodii, któremu mogliśmy śmiało nadać miano post-barokowej. Ostatnia prosta przypomina wielki wydech, choć czyniony w trwodze zaniechania. Ta piękna podróż, jak niemal każda z muzyką Radigue, mogłaby się nigdy nie kończyć.

Éliane Radigue Asymptote Versatile (1963-64) (Amgen, CD 2025). Xavier Charles – klarnet, Angharad Davies – skrzypce, Rhodri Davies – harfa, Julia Eckhardt – altówka, Bertrand Gauguet – saksofon altowy, Susan Geaney – flet basowy, Dominic Lash – kontrabas, Thierry Madiot – puzon basowy, Aonghus McEvoy – gitara, Hannah Miller – rożek francuski, Ailbhe Nic Oireachtaigh – altówka, Carol Robinson – klarnet basowy. Kompozycja Éliane Radigue, nagrane w trakcie Huddersfield Contemporary Music Festival, listopad 2023. Jeden utwór, 44 minuty.

 

*****

 

Jeśli pragniemy zanurzyć się w strumieniu jak najbardziej współczesnych kompozycji Radigue, tych po części medytacyjnych, minimalistycznych, budowanych z mozołem i wyjątkowo cierpliwie przez wąskie, zaufane grono wykonawców, winniśmy sięgnąć po cztery albumy zatytułowane Occam Ocean, a wydane w latach 2017-2021 przez francuski label Shiiin (niestety nieposiadający strony bandcampowej).

 


Album Occam Ocean 1 (pomieszczony na dwóch dyskach kompaktowych) zawiera pięć kompozycji w wykonaniu trojga artystów, którzy m.in. współtworzyli album omówiony kilka chwil wcześniej – Carol Robinson na instrumentach dętych, Julie Eckhardt na altówce i Rhodri Daviesa na harfie. Wydawnictwo zawiera trzy solowe wykonania, kobiecy duet i finałową ekspozycję współtworzoną przez całą trójkę. Szczególnie pięknie brzmi ostatni utwór zatytułowany Occam Delta II, bazujący na pulsujących, preparowanych frazach harfy, altówki i klarnetu basowego – dwadzieścia pięć minut nerwowej medytacji, której nie powstydziłby się żaden festiwal muzyki … swobodnie improwizowanej.

Kolejne dwie pozycje cyklu Occam Ocean śmiało rywalizować mogą o miano tych najpiękniejszych, najdobitniej obrazujących akustyczny wymiar muzyki Radigue. Wydawnictwo Occam Ocean 2 zawiera jedną, prawie godzinną kompozycję w wykonaniu francuskiej orkiestry ONCEIM, którą znamy także z dokonań na polu muzyki improwizowanej. Na czele 30-osobowej formacji stoi pianista Frederic Blondy, który tu wciela się jedynie w rolę dyrygenta. Kilka wykonań rzeczonej kompozycji na orkiestrę można obejrzeć na najpopularniejszym portalu z obrazkami. Okazuje się, iż zadanie Blondy’ego sprowadza się jedynie do obserwowania muzyków i dawania incydentalnie drobnych sugestii, co do poziomu natężenia dźwięku. Muzyka znów jest tu wielkim oceanem, delikatnie szarpanych przez strumienie instrumentów strunowych, dętych i perkusyjnych. Szczególnie efektownie brzmi, gdy prym wiodą te ostatnie.

Occam Ocean 3, to trzy kompozycje oddane we władanie wyłącznie instrumentom strunowym i trójce artystek – Deborze Walker (violincello), Julii Eckhardt (altówka) i Silvii Tarozzi (skrzypce). Album otwiera duet violincello i skrzypiec, potem słuchamy solowej ekspozycji violincello, a nagranie wieńczy kompozycja na wszystkie trzy instrumenty. Utwór inaugurujący ten wyjątkowy album w pierwszej fazie opiera się na zlęknionym, na poły melodyjnym śpiewie obu strunowców, czynionym na prawdziwie egzystencjalnym wdechu. W dalszej fazie nagrania opowieść gęstnieje, by ostatecznie osiągnąć stan oleistej zawiesiny. Jeszcze efektowniej brzmi violincello w utworze drugim, który płynie z samego dna ciszy, pełen boleści i trwogi, nabierając z czasem intrygującej, niemal post-barokowej postaci. Finał grany w trio wystawia nas na doznania, z których trudno otrząsnąć się przez kilka kolejnych godzin.

Nieco innych wrażeń dostarcza nam Occam Ocean 4, gdyż bazuje na brzmieniach instrumentów dętych i głosu, a udział jedynego instrumentu strunowego ma charakter bardziej okazjonalny. Ponownie to rejestracja trzech kompozycji Radigue w wykonaniu trójki artystów – saksofonisty altowego Bertranda Gaugueta, wokalisty i altowiolinisty Yannicka Guedona (tu viola da gamba) oraz Carol Robinson, która frazuje na dętym instrumentarium. Ta opowieść wydaje się mniej płynna, bardziej obudowana frazami zatrzymanymi w kadrze i pulsująca niczym dawne, elektroakustyczne instrumentacje Radigue. Środkowy fragment albumu to ekspozycja wokalna (barytonowa), która sieje niepokój i wydaje się bardzo daleka od medytacyjnego charakteru większości akustycznych kompozycji Éliane. Sama w sobie intrygująco dopełnia paletę estetyczną Occam Ocean, ale z perspektywy trybunowego podsłuchiwacza wydaje się mniej interesująca.

 


Parę akapitów temu ustaliliśmy, iż celem dzisiejszej epistoły nie jest kreślenie biografii kompozytorki, zatem zatrzymajmy naszą uwagę jeszcze na trzech albumach z bogatego portfolio kompozycji na instrumenty akustyczne (lub prawie akustyczne).

Szczególną atencją warto otoczyć kompozycję Occam Delta XV, przygotowaną dla kanadyjskiego kwartetu smyczkowego Quatuor Bozzini (Clemens Merkel, Alissa Cheung, Stéphanie Bozzini, Isabelle Bozzini). Klasycznie zestawiony skład instrumentalny (podwójne skrzypce, altówka i wiolonczela) prezentuje na płycie dwa wykonania tej samej kompozycji. To niebywale emocjonalna, żarliwie smutna, urokliwie piękna strunowa opowieść/ medytacja, która w pierwszej wersji zdaje się być pełna życia, w drugiej niepodziewanie gaśnie i ewidentnie obumiera, choć zapewne oba wykonania powstały w oparciu o ten sam scenariusz zdarzeń wypracowany przez kompozytorkę i czwórkę muzyków, która także … gościła na naszej liście 50 powodów, dla których warto zapamiętać rok 2025 (w tym przypadku z kompozycjami Jürga Freya).

 


Do grona najznamienitszych kompozycji akustycznych Radigue z pewnością zaliczyć możemy album bez tytułu zawierający dwa utwory: Occam - Hepta I w wykonaniu Ensemble Dedalus i Occam XX w wykonaniu Ryoko Akamy. Szczególnie ten pierwszy wyzwala w niżej podpisanym prawdziwe eksplozje endorfin. Septet w składzie Deborah Walker (violincello), Didier Aschour (gitara), Pierre-Stephane Meuge (saksofon), Thierry Madiot (puzon), Christian Pruvost (trąbka), Cyprien Busolini (altówka) oraz Silvia Tarozzi (skrzypce) zaczyna swój występ w głębokiej ciszy i tam też go kończy, a w tak zwanym międzyczasie faluje/ pulsuje/ medytuje na delikatnie wzburzonym oceanie paletą równie soczystych, jak i niepokojących dźwięków dętych i strunowych, niejako konsumując wszelką jakość jaką dostarczają akustyczne kompozycje naszej dzisiejszej bohaterki. Album uzupełnia druga kompozycja, która wykonywana jest przez Ryoko Akamę na syntezatorze i może doskonale przenieść słuchacza do świata syntetycznych kompozycji Francuzki.

  


Na definitywne zakończenie dzisiejszej opowieści jeszcze jedna rekomendacja. Kompozycja Elemental II na gitarę basową i kłębowisko kabli w wykonaniu Kaspera T. Toeplitza. Nagranie rodzi się w gęstej chmurze elektronicznych szumów i drobnych zgrzytów, w dalszej fazie intrygująco ucieka w mroczny, post-gitarowy ambient. Znów skupienie, niepowtarzalne brzmienie i niekończąca się medytacja - balansowanie na linie, głębokie oddychanie i takież słuchanie. Najlepiej w dobrych słuchawkach.

 

Po szczegóły dyskograficzne albumów prezentowanych w drugiej części tego tekstu zapraszam na podstronę discogs.com dedykowaną Eliane Radigue.

 

 

 

wtorek, 3 lutego 2026

AMM with Sachiko M are Testing!


AMM, jedna z dwóch najważniejszych formacji muzyki swobodnie improwizowanej (wszyscy znamy nazwę tej drugiej!), od ponad trzech lat definitywnie jest już grupą w stanie spoczynku. Szczęśliwie jednak wciąż trafiają do nas nowe albumy z niepublikowaną dokumentacją fonograficzną wielkiej historii, jaką stworzyli Eddie Prévost, John Tilbury i Keith Rowe (wymieniając tylko te najważniejsze postaci).

Tym razem do naszych odtwarzaczy trafia nagranie sprzed ponad 20 lat, dokonane w formule formacja+, które dokumentuje dość nietypowe dla AMM spotkanie z dźwiękami syntetycznymi. W roli gościa japońska artystka Sachiko M pracująca na poręcznym zestawie kabli, które określone tu zostały mianem sinewaves, co w wolnym tłumaczeniu oznacza fale sinusoidalne.

W ujęciu historycznym moment, w którym odbył się pewien londyński koncert, to sytuacja dla AMM dość trudna. Po latach muzykowania w składzie trzyosobowym z zespołu odchodzi Keith Rowe i nie jest to pożegnanie na warunkach ugodowych, ale raczej efekt sporu artystycznego. Nie jesteśmy pewni, czy w grudniu 2004 roku AMM był jeszcze ansamblem trzyosobowym, czy już tylko duetem. Innymi słowy, nie wiemy i nie rozstrzyga tego rozbudowane albumowe credits, czy koncert Prevosta, Tilbury’ego i Sachiko M rzeczywiście odbył się z użyciem wiekopomnej nazwy AMM, czy jedynie pod szyldem ich nazwisk. Ów drobny dylemat z perspektywy ponad dwóch dekad, jakie minęły od powstania nagrania, nie ma oczywiście większego znaczenia. Taka sobie kronikarska ciekawostka. Dość zatem tych dywagacji, zajrzyjmy do środka albumu, który trwa godzinę zegarową i całe siedem minut.

  


Szmer miasta i syczenie sinewaves, to aura inicjacji. Wielkie oczekiwanie na pierwsze akustyczne dźwięki instrumentalne trwa kilka długich chwil. I oto są - błysk talerza i szum z klawiatury, jeszcze przed wydaniem pierwszej frazy przez pianistę. Przez moment można odnieść wrażenie, że wszystko, co słyszymy, to jedynie odgłosy miasta. Wychodzenie z mroku ciszy i zaniechania zajmuje muzykom jeszcze kilkadziesiąt sekund, by nie rzec kilka minut. Całość migocze na bezgwiezdnym niebie, niczym elektrownia atomowa pozbawiona mocy.

Po upływie dziesięciu minut scenę zaczynają opanowywać frazy, które można nieśmiało uznać za zaczyn pewnej narracyjnej linearności. Rezonujące talerze śpiewają, z klawiatury sączy się sekwencja leniwych fraz, a na dalekim backgroundzie pojawiają się drobne, elektroniczne zgrzyty, niczym syntetyczny komentarz do sytuacji akustycznej. W tle nieustannie żyje miasto, słyszymy karetkę na sygnale. Tymczasem na scenie zaczynają panoszyć się nowe, tajemnicze dźwięki, przypominające szarpanie na struny, które prawdopodobnie są elementem bębna Prevosta. Po dwudziestej minucie akcje artystów zdają się niespodziewanie przybierać na intensywności. Głuche uderzenia, trzaski, szmery, piski i otarcia – minimalistyczny post-industrial w dobie ograniczenia dostaw energii. Japonka wciąż szumi, incydentalnie podsyłając elektroakustyczne komentarze. Z czasem opowieść staje się mroczną kołysanką, która szuka schronienia w ciszy. Jej linearność zdaje się zaskakiwać.

Po upływie trzeciej dziesiątki minut w rolę wodzireja wciela się Tilbury. Staje się bardziej aktywny, ale jego post-klasyczna melodyka ujmuje łagodnością i delikatnością. Prevost komentuje feerią talerzy i nagle trio osiąga lokalny szczyt intensywności. Akustyka goreje, grzmi, złorzeczy, a towarzyszy jej post-akustyczny szmer, który incydentalnie przypomina efekty działania live proccesingu. Słyszymy też dźwięki, które przypominają sample generowane przez nieobecnego Keitha Rowe. Upływ trzech kwadransów koncertu stawia muzyków na delikatnym rozdrożu. Z jednej strony szukają ciszy, z drugiej wyrywają się z zaskakującymi frazami, w czym szczególnie aktywny jest pianista. Pewna dramaturgiczna powtarzalność w opozycji do nadciągającej, mrocznej ciszy.

Ostatnie kilka minut, to powrót fraz strunowych, bicie dzwonów i subtelny hałas z talerzy. I kilka fraz zaskakująco basowych, być generowanych przez Prevosta, a może jednak przez Sachiko. Końcowe kilkadziesiąt sekund, to już definitywnie krok ku śmierci improwizacji. Pojedyncze frazy z klawiatury, szum sinewaves i rezonujące talerze w locie opadającym.

 

AMM with Sachiko M Testing (Matchless Recordings, CD 2025). Sachiko M – sinewaves, Eddie Prévost - tam tam, bęben strunowy i inne instrumenty perkusyjne oraz John Tilbury – fortepian. Nagrane w Londynie, grudzień 2004. Jedna improwizacja, 67 minut

 

 

piątek, 30 stycznia 2026

When John Butcher was away!


Jak wszyscy świetnie pamiętamy, brytyjski saksofonista John Butcher był rezydentem ósmej edycji poznańskiego Spontaneous Music Festival w październiku 2024 roku. Na deskach Dragona zagrał czterokrotnie – solo, w duecie, trio oraz prowadząc formację Dragon 10. Dwa ostatnie spektakle zostały w roku ubiegłym upublicznione na poręcznych dyskach kompaktowych - jedno w Zjednoczonym Królestwie, drugie w naszym cudownym kraju.

W pierwszych dniach stycznia nowego roku tenorowa część występu solowego z Poznania stała się fragmentem nowej solowej płyty Butchera. Tym razem wydawca jest amerykański, a my z nieskrywanym entuzjazmem zasiadamy do odsłuchu i odczytu jego zawartości.

 


Tenorowa ekspozycja z Dragona trwa kwadrans i otwiera album. Jego drugą zasadniczą część stanowi improwizacja sopranowa (także kilkunastominutowa) zarejestrowana w Oslo na festiwalu Blow Out kilka miesięcy później. Pozostałe dwadzieścia kilka minut płyty wypełnia sześć krótszych rejestracji, powstałych w różnym czasie i w różnych miejscach na świecie. Pośród nich odnajdujemy słynne eksperymenty saksofonisty z feedbackiem, amplifikacją czy nakładaniem na siebie ścieżek. Mamy impro transkrypcję nagrania Dereka Baileya, a także fragment koncertu zarejestrowany przez publiczność, a potem udostępniony artyście. Niektóre utwory mają dedykacje. Innym słowy, emocji i jakości nie brakuje w jakimkolwiek momencie albumu.

Dragonowy tenor brzmi na płycie jeszcze dosadniej niż w wersji na żywo. Wspaniały kwadrans szorstkich melodii, zawadiackich pętli czynionych na sporej dynamice i intrygujących, onirycznych wdechów na etapie tłumienia emocji. W drugiej części improwizacji muzyk na krótko wpada w oddech cyrkulacyjny, a potem definitywnie uspakaja się. Jego flow staje się filigranowy, rozedrgany, pełny typowych dla artysty ptasich tremoli. Sopranowa opowieść z Oslo płynie lekko zabrudzonym, półpreparowanym strumieniem. To migotliwa, rezonującą porcja dźwiękowych niespodzianek. Dużo w niej melodii, pewnej ulotnej taneczności, realizowanej długodystansowym oddechem cyrkulacyjnym. Sam finał jest minimalistyczny, pięknie ginie we wszechobecnej ciszy.

Pozostałe utwory, uzupełniające danie główne, doskonale poszerzają ofertę saksofonisty. Tonące w feedbacku, oniryczne strumienie akustyki, przypominające strwożony taniec na rozgrzanym dachu, stanowią opowieść drugą. W części czwartej Butcher spokojnym tembrem przypomina nam jedną z flagowych improwizacji Baileya, z kolei w odsłonie piątej żeni akustyczne i amplifikowane brzmienia sopranu, a całość przypomina strumienie fonie płynące z głębokiego, betonowego tunelu. Jeszcze ciekawsza wydaje się szósta opowieść – dedykowana zarówno Eliane Radigue (w formie posuwistych, filigranowych dronów), jak i Lesterowi Youngowi (po zwinnym, zaskakującym przejściu w cool jazzowe frazowanie). Po osiemdziesięciosekundowej feerii saksofonowej multifonii, w ostatnim numerze dedykowanym Joe McPhee, muzyk powraca do czystego, płynnego frazowania na tenorze. Ów kilkuminutowy passus sprzed lat zdaje się być idealną klamrą spinającą album. Doskonale sprawdziłby się jako bis do dragonowej eksplozji z roku 2024.

 

John Butcher Away, I was (Relative Pitch, CD 2026). John Butcher – saksofon tenorowy, sopranowy, także amplifikowany, z użyciem feedbacku lub multiplikacji. Nagrane w różnych miejscach i czasie, od roku 2008 do roku 2025. Osiem utworów, 50 minut.




wtorek, 27 stycznia 2026

The Shrike Records’ two fresh: Transgressive Coastlines! Drawn!


Londyński Shrike Records dba o dobry humor miłośników freely improvised music i systematycznie dostarcza nowych wydawnictw. Koniec roku przyniósł dwa tytuły – solowy projekt gitarowy i post-jazzowy kwartet. Ten drugi z drobnym dysonansem poznawczym, albowiem okładka sugeruje wydanie płyty w roku 2025, z kolei oficjalna premiera na bandcampie miała miejsce w pierwszych dniach stycznia 2026 roku.

W niczym to nie przeszkodziło Trybunie, by album owego kwartetu zaliczyć do grona 50 powodów, dla których warto zapamiętać rok 2025!

 


Caroline Kraabel/ Pat Thomas/ John Edwards/ Steve Noble Transgressive Coastlines (CD 2025/26)

The Vortex Jazz Club, Dalston, Londyn, kwiecień 2025: Caroline Kraabel – saksofon, głos, Pat Thomas – fortepian, John Edwards – kontrabas oraz Steve Noble – perkusja. Trzy improwizacje, 59 minut.

Cztery znamienite postaci londyńskiej sceny free jazz/ free impro, koncertowa sytuacja w słynnym Vortexie, prawie godzina improwizacji w definitywnie post-jazzowym klimacie. To oczywiście nie mogło się nie udać, ale wcale nie musiało szczególnie nas zaskoczyć, jeśli znamy dokonania tych artystów na przestrzeni kilku ostatnich dekad. A jednak album Transgressive Coastlines, to istotne wydarzenie roku ubiegłego, nie tylko na scenie brytyjskiej.

Każda z wielominutowych części tego koncertu ma specyficzną dramaturgię. Szczególnie udana wydaje się odsłona otwarcia, budowana z mozołem, niestroniąca od minimalizmu, skupiona na szczególe, pojedynczym dźwięku, daleka od free jazzowych wybuchów nie do końca kontrolowanej ekspresji. Pierwsze dźwięki, to ledwie strzępy, drobne preparacje, szelest saksofonu i talerzy, odgłosy z dna fortepianu. Kameralny suspens od razu buduje jakość, a chwile, gdy pod pręgieżem kontrabasowego pizzicato, opowieść wynurza się z mroku zdają się być ledwie incydentami. Mistrzynią ceremonii tej części spektaklu jest Kraabel, która umiejętnie dawkuje dęte frazy i ubarwia je akcentami głosowymi. Opowieść ma zmienne tempo, dostarcza kilka intrygujących zagęszczeń, smakołyków spod kontrabasowego smyczka, tudzież dialogów saksofonu najpierw z rzeczonym smyczkiem, potem z fortepianem. Finał stawia na dynamikę, ale nie brakuje w nim intrygujących didaskalii.

Druga improwizacja z miejsca stawia nas w innych okolicznościach – jest nerwowo, każda fraza pulsuje, a opowieść syci się mnóstwem drobnych zwarć. Po niedługiej fazie dark & slowly narracja osiąga istotny, niemal free jazzowy szczyt, potem tapla się w rezonansie wszystkiego, co zdolne jest wydawać metaliczny dźwięk. Powraca głos, swoje dokłada wszędobylski smyczek, akcje piana i perkusji są wyważone, zawsze adekwatne dramaturgicznie. Zakończenie znów jest bardzo żwawe, po części nawet taneczne. Ostatnią część koncertu inicjuje sekcja rytmu, która formuje zalążek rytmu, który będzie towarzyszył muzykom z różną intensywnością do końca nagrania. Ta opowieść ma fazę definitywnie kameralną, ma też moment zastoju w pozie smutnej melodii. W końcowej części głos, rytm i skłonność do repetycji budują dramaturgię godną zwieńczenia tego wyśmienitego albumu. A ostatnie frazy należą do smyczka i saksofonu.

 


Alex Ward Drawn (CD 2025)

Stowaway Studios, London, grudzień 2023: Alex Ward – gitara elektryczna. Sześć utworów, 43 minuty.

Dyskografia tego klarnecisty i gitarzysty jest bardzo bogata, także w wymiarze solowym. Album jaki tu omawiamy, to wedle słów samego artysty kontynuacja dwóch poprzednich solowych performansów na gitarę elektryczną, które udostępnił światu w czasach pandemicznych i post-pandemicznych. Nagranie jest nieprzerwanym ciągiem fonicznym, podzielonym/ potytułowanym na części dla wygody odbiorcy i może być prezentowane/ słuchane w … dowolnej kolejności.

Pierwszy utwór obiecuje naprawdę wiele. Minimalistyczne otwarcie z akcentami zarówno jazzowymi, jak i rockowymi stwarza bazę dla dynamicznego i ekspresyjnego rozwinięcia. Flow jest bogaty w wydarzenia, a zmiana goni tu zmianę. Po krótkim interludium, które zdaje się być onirycznym post-bluesem, spuentowanym garścią gitarowej elektroniki, w kolejnym utworze Ward powraca do tempa i emocji, jakie poznaliśmy w gemie otwarcia. W strukturze narracji pojawia się coraz więcej melodii. W drugiej fazie tego utworu muzyk schodzi na pozycję balladową, ubarwia opowieść drobną porcja zmysłowej psychodelii. I wiele wskazuje na to, iż dokładnie w tym momencie narracja traci moc kreacji i długoterminowo przekształca się w smutne, melodyjne, niekiedy dość leniwe akcje pozbawione pazura, jaki charakteryzował początek płyty. Ward zdaje się szukać dalszej drogi w zakamarkach gitarowej post-klasyki, okazjonalnie brudzi brzmienie, często zmienia wątki i skutecznie usypia słuchacza.

 

 

 

czwartek, 22 stycznia 2026

Barcelona still smells like teen spirit: Behenii! Grails! Música Fúnebre! Bilbao MMXXIII!


Kreatywna scena Barcelony ma w sercu Trybuny Muzyki Spontanicznej szczególne miejsce. Z tym większą radością donosimy o kolejnych nowościach muzyki improwizowanej i zjawisk jej bliskich powstałych w stolicy Katalonii.

Dziś czas na cztery świeże albumy - trzy pochodzące ze starego roku, jeden datowany już na roku bieżący. W roli podmiotów wykonawczych sami dobrzy znajomi - dwa tria z udziałem El Pricto pod sztandarami jedynego w swoim rodzaju Discordian Records, kolejne dwa z udziałem najbardziej niesamowitej sekcji rytmu świata współczesnego, czyli Alexa Reviriego i Vasco Trilli. Dodajmy, iż ten ostatni współtworzy także pierwsze z anonsowanym składów z El Pricto. Reasumując w ujęciu matematycznym – cztery tria, to jednak tylko dziewięcioro artystów. Takie cuda tylko w Barcelonie! Welcome!

 


El Pricto/ Don Malfon/ Vasco Trilla Behenii - Part II (Discordian Records, DL 2025)

The Golden Apple Studios, Barcelona, marzec oraz listopad 2025: El Pricto – syntezator modularny, Don Malfon – saksofon barytonowy, altowy oraz Vasco Trilla – perkusja, instrumenty perkusyjne. Siedem improwizacji, 37 minut.

Zaczynamy od Behenii, krwistego połączenia brzmień syntezatora modularnego Pricto, preparowanych saksofonów Malfona i zwinnych akcji perkusyjnych i perkusjonalnych Trilli. Artyści debiutowali w tym układzie personalnym dwa lata temu, a ich nagranie śmiało uznaliśmy wówczas za dzieło doskonałe. Teraz wracają z nowym materiałem, znów osadzając go na dysonansie spazmów elektroakustycznego free jazzu i post-industrialnych medytacji. Album nie wnosi wiele nowego do wizerunku tria, zatem tym razem nie padamy na kolana, ale i tak nagranie zasługuje na naszą wieczną uwagę.

Klasycznym dla tego tria przykładem masywnego free jazzu jest druga opowieść, która lepi się ze skrzeku saksofonu altowego, punktowego drummingu i tłustych, basowych pasm syntezatora. W całkowitej opozycji do wspomnianej estetyki sytuuje się pierwsza i trzecia opowieść. Szczególnie podobać się może ta ostatnia, osadzona w gęstej mgle, ambientowa flauta doposażona groźnym echem. Z kolei improwizacje czwarta i piąta udanie żenią antypody estetycznych upodobań Barcelończyków. W pierwszej z nich początek jest dynamiczny, ale zaskakująco filigranowy. Na etapie finalizacji, granej na wdechu, muzycy zapraszają do dryfowania po szorstkich falach oceanu. Jeszcze bardziej zaskakująca wydaje się ostatnia historia. Z jednej strony eksplozje mocy osadzone na mięsistym brzmieniu modulara, z drugiej rozhuśtane, niemal balladowe interludia. Ów iście rockowy przekładaniec ma dalece udaną kulminację, z kolei końcowa prosta grzęźnie w gęstym, błotnistym ambiencie.

  


Nocturnal Crusaders Grails! (Discordian Records, DL 2026)

Soda Acoustic, Barcelona, grudzień 2025: El Pricto – syntezator modularny, Luis Erades – saksofon altowy, tenorowy (excalibur), barytonowy oraz Soren Alcaraz – perkusja, instrumenty perkusyjne. Sześć improwizacji, 39 minut.

Narzędzia pracy kolejnego tria są niemal identyczne, jak w przypadku Behenii. Foniczny efekt ich użycia jest jednak dość odmienny. Jeśli to pierwsze trio istotną część swoich ekspozycji osadza na grząskich połaciach post-dźwięków, o tyle Nocturnal Crusaders zdają się być pozbawieni tego typu brzmieniowych, tudzież dramaturgicznych subtelności i stawiają w ostatecznym rozrachunku na czerstwy hałas.

Już w pierwszej odsłonie muzycy jasno pokazują swoje definitywnie złe intencje.  Syntezator i saksofon krzyczą od progu, obrazu całości dopełnia koherentny atak perkusji. Podobać się tu może wszakże drobne interludium z szumem dobywającym się z tuby saksofonu barytonowego. W kolejnych trzech improwizacjach otwarcie za każdym razem osnute jest wokół mrocznych szumów, preparowanych fraz i zawieszonego w intrygującej próżni dramatyzmu narracji. W dalszej fazie każdej z tych części muzycy przystępują do ataku i nie zamierzają brać jeńców. Najciekawiej prezentuje się ostatnia z przywołanych historii. Długie, szemrane otwarcie, nie bez plam ambientu, głośna, gęsta faza zasadnicza i dalece mroczna puenta. Odsłona piąta zdaje się być repliką jedynki i stawia na konkret, z kolei końcowa improwizacja nieco zaskakuje - ma zrównoważone tempo, nie eskaluje hałasu, dobrze dawkuje emocje. Puenta albumu to jednak kompulsywny krzyk saksofonu i modularnego oparty na gęstym groove perkusji.

 


Markus Reuter/ Vasco Trilla/ Àlex Reviriego Música Fúnebre (Bandcamp’ self-release, DL 2025)

Czas i miejsce akcji nieznane: Markus Reuter – organy elektryczne (Philips Phillicordia), Àlex Reviriego – kontrabas oraz Vasco Trilla - flat bells. Jedna improwizacja, 31 minut.

Czas na ekspozycję dronową, inspirowaną dokonaniami Witolda Lutosławskiego, a zbudowaną (zdefiniowaną/ skomponowaną) przy użyciu elektrycznych organów pochodzących z czasów raczkującego fussion, kontrabasowego smyczka i posiadających niebywałe brzmienie flat bells, specyficznie nastrojonych dzwonów. Jedna improwizacja drąży nam tu zwoje mózgowe przez dwa kwadranse, mieni się wszelkimi kolorami mrocznych tęczy i mimo swego niekiedy medytacyjnego charakteru budzi niepokój i permanentnie intryguje.

Rezonujący ambient dzwonów, smuga swobodnie posadowionego, kontrabasowego smyczka i migotliwych organów od pierwszej sekundy zlewają się w dość jednorodny, nieco wystudzony dron. To opowieść, która zdaje się nie mieć zarówno początku, jak i końca. Smyczek potrafi zejść nisko na kolanach, dzwony unieść się ku niebu, a całą resztę zdolna jest wypełnić organowa plama, która z czasem delikatnie pęcznieje. Na ogół miewa więcej niż jedno pasmo przesyłowe, niekiedy przypomina wychłodzony kosmodrom. Ta specyficzna celebracja przybiera mroczne barwy, czasami przypomina kodę wielominutowej ekspozycji post-fussion. Niekiedy rozwarstwia się na trzy osobne strumienie fonii, by po niedługiej chwili znów stać się jednym ciałem. Dzwony nie przestają spoglądać ku wyżynom, kontrabas przez kilka chwil frazuje w trybie pizzicato, leniwie, minimalistycznie. Na zakończenie powraca smyczek i eksponuje modlitewny, jakże bolesny śpiew. Wszystko wokół systematycznie zastyga w mule szorstkiego ambientu.

  


Helena Bilbao MMXXIII (Blu-Rei Records, Kaseta 2025)

Ocuspinatti Fest, Bilbao, grudzień 2023: Clara Lai – instrumenty klawiszowe, Àlex Reviriego – kontrabas, kompozycje oraz Vasco Trilla – instrumenty perkusyjne. Pięć utworów, 27 minut.

Pozostajemy w towarzystwie Reviriego i Trilli, a sceniczny line-up uzupełniamy katalońską pianistką Clarą Lai, którą także znamy z wielu dokonań w obszarze muzyki improwizowanej tamtych ziem. W takim trio, ale po raz pierwszy pod nazwą własną Helena, muzycy prezentują się w wymiarze wydawniczym bodajże po raz drugi. Tym razem koncertują w Bilbao, w trakcie pewnej imprezy festiwalowej. Ewidentnie grają w barze, którego dźwięki (a także gwar rozmów) niczym wysublimowane field recordings stają się pełnoprawnym uczestnikiem zabawy. W repertuarze, utrzymane w klimatach post-jazzowych, kompozycje kontrabasisty, co nie możemy uznać za typowe dla tych artystów i ich dotychczasowych losów scenicznych.

Początek koncertu sugeruje, jakoby muzycy chcieli stać się częścią szumu i gwaru, jaki dochodzi z baru. Delikatne, ledwie słyszalne frazy budują powolną narrację. W drugiej części bas zarysowuje dramat swobodnym, jazzowym pizzicato, a całość lepi się w balladę podaną w intrygująco prostym metrum. Kolejnym zaskoczeniem są frazy smyczka o definitywnie post-klasycznym posmaku. W kolejnych trzech utworach, krótkich, nieprzegadanych, muzycy kontynuują ów post-jazzowy, łagodny, niekiedy dość melodyjny flow. W części czwartej zdają się być najbardziej intensywni, w części finałowej z kolei nieco nostalgiczni i nastawieni na minimalistyczną repetycję. Album nie trwa nawet dwóch kwadransów, ale po jego odsłuchu pozostajemy ze sporą dawką pytań, na które nie znajdujemy odpowiedzi.




 

wtorek, 20 stycznia 2026

Le GGRIL & DDK in Diffraction!


Czy stali Czytelnicy tych łamów potrzebują rozszyfrowania skrótów, jakie padły w tytule dzisiejszej opowieści? Ten pierwszy, to oczywiście wielka kanadyjska orkiestra improwizatorów z Quebecu, której losy śledzimy od dnia jej narodzin. A nasza do niej miłość eksplodowała szczególnie, gdy załoganci z Rimouski zagrali kilka lat temu wspaniały koncert na scenie poznańskiego Dragona. DDK, z kolei, to trio bardziej osadzone w estetyce kameralnej, ale z udziałem improwizatorów (szczególnie trębacza), których nazwiska zwykliśmy wymawiać dużymi literami.

Spotkanie osiemnastoosobowej orkiestry i tria, to ich pierwsze wspólne działanie w wymiarze scenicznym. Jako rzecze albumowe credits, ta zgraja wspaniałych muzykantów improwizowała wedle wskazań kompozytorskich, jakie na spotkanie w siedzicie Le GGRIL dotargali panowie DDK. Efekt ich prac, to ledwie dwa kwadranse, ale dzieje się w nich tak wiele, że można by tym obdzielić kilka wielopaków edytorskich.

Z kronikarskiego obowiązku dodajmy/ przypomnijmy, iż Diffraction, to jeden z 50 powodów dla których warto zapamiętać rok 2025. So, welcome!

  


Tajemnicze, skupione, dęte i strunowe wydechy pełne mocy i towarzyszące im wdechy zaskakującej trwogi, a wszystko poprzedzielane ułamkami dudniącej ciszy. Otwarcie koncertu od razu stawia nasze uszy na baczność i nie pozwala przegapić najdrobniejszego szczegółu dramaturgicznego. Orkiestra i trio tworzą tu jedno ciało wyposażone w bardzo bogaty arsenał sił i środków. Niewiele im trzeba, by zbudować ścianę hałasu, jeszcze mniej, by zmilknąć w bezdennej ciszy. Zagajenia gitar, westchnienia smyczków, dęte okrzyki tworzą tu imponujący wir zdarzeń, wszystko wszakże pozostaje pod pełną kontrolą zarówno kompozytorów, jak i aparatu wykonawczego.

Po kilku minutach zdaje się, że to pianista delikatnie wychodzi przed szereg i serią stempli z klawiatury nadaje nowy kierunek marszu. Muzyczny potwór w pozie kameralnego zadęcia szybko nabiera tu wiatru w żagle. W tle pracują strunowce, pozornie wystudzone, ale gotowe na każde szaleństwo. W okolicach dziesiątej minuty flow na moment zapada się w onirycznej ciszy. Sygnał do powrotu na powierzchnię emocji dają strunowce i wysoko podwieszone dęte, blaszane frazy. Piano wciąż zdaje się stawiać granice, ale reszta załogi intensywnie kontrapunktuje. Opowieść ma teraz fazę hałasu, a zaraz potem moment dętych wydechów, wspieranych pieśnią z klawiatury. Zmiana goni zmianę, a słuchacz nawet nie zauważa, że spektaklowi wybija dwudziesta minuta.

To wtedy orkiestra bierze głęboki oddech i zaczyna szyć nowy wątek. Monumentalne rozbłyski dętych i pasaże z klawiatury zdają się szyć teraz więcej dłuższych fraz, przeplatanych plejadami tajemniczych short-cuts. Znów pojawiają się nanosekundy ciszy i momenty dramaturgicznego zawahania. Muzycy zaciskają zęby, wpadają w okazjonalne eksplozje, ciągle mając pod kontrolą każdy dźwięk. W trakcie ostatnich trzech minut czuć już nerwowe wyczekiwanie na napisy końcowe. Strunowce grają krótkimi, dęte długimi podaniami. Wszędzie panoszą się okrzyki trwogi.

 

Le GGRIL & DDK Diffraction (Circum-Disc/ Tour de Bras, CD 2025)

DDK: Jacques Demierre – fortepian, kompozycja, Axel Dörner – trąbka, kompozycja oraz Jonas Kocher – akordeon, kompozycja. GGRIL: Robert Bastien – gitara elektryczna, Rémy Bélanger de Beauport – wiolonczela, Clarisse Bériault – obój, obiekty, Isabelle Clermont – harfa elektryczna, Sébastien Côrriveau – klarnet basowy, Olivier D'Amours – gitara elektryczna, Alexis Gagnier-Michel – wiolonczela, Mathieu Gosselin – saksofon barytonowy, Jonathan Huard – wibrafon, instrumenty perkusyjne, Pascal Landry – gitara klasyczna, Antoine Létourneau-Berger - ondes martenot, instrumenty perkusyjne, Éric Normand – bas elektryczny, Alexandre Robichaud – trąbka, Gabriel Rochette-Bériau – puzon oraz Catherine Savard-Massicotte – skrzypce. Nagrane w Desjardins-Telus, Rimouski, Quebec, październik 2023. Jeden utwór, 30 minut.




piątek, 16 stycznia 2026

The Confront Recordings’ fresh outfit: Dark Kitchen, Towers of Silence, Tapsalteerie, Be S-Mart and the other stories!


Brytyjski label Confront Recordings, dowodzony już trzecią dekadę lat przez wiolonczelistę i perkusjonalistę Marka Wastella, dostarczył w trakcie ostatnich trzech miesięcy ubiegłego roku aż siedem nowości. Zaglądamy dziś do nich wszystkich, niektórym poświęcając dużo uwagi, inne anonsując kilkoma rozbudowanymi zdaniami.

Dodajmy, iż pierwsza z omawianych płyt, podobnie jak trzy inne, wydane wcześniej, trafiła na trybunową listę 50 powodów, dla których warto zapamiętać rok 2025. Innymi słowy, ów rok był dla wydawnictwa i artystów z nim związanych wyjątkowo udany.

 


Tom Jackson & Daniel Thompson Dark Kitchen

Dark Kitchen Studios, Londyn, kwiecień 2023: Tom Jackson – klarnet oraz Daniel Thompson – gitara akustyczna. Cztery improwizacje, 41 minut.

Zaczynamy od perły w koronie confrontowych nowości i dwóch brytyjskich muzyków (już) średniego pokolenia, których albumy wielbiliśmy na tych łamach nie jeden, nie dwa razy. Ich Ciemna Kuchnia, to akustyczna, skupiona, chwilami niezwykle minimalistyczna improwizacja, pełna brzmieniowych zdobień, świetnie unerwiona, dobrze ważąca każdą frazę, czy zwrot dramaturgiczny.

Pierwsza odsłona albumu trwa dwadzieścia minut, a jej spokojny, minimalistyczny początek inwokują delikatnie rezonująca tuba klarnetu i gitara, która stawia stemple obecności. Ważnym elementem tej fazy utworu jest także cisza. Jeszcze przed upływem dziesiątej minuty artyści zaczynają frazować nieco intensywniej, plotąc drobne, klarnetowe melodie i kreśląc wymyślne, gitarowe zygzaki. Nie unikają mrocznych zakamarków, ale potrafią też nieźle hałasować. Drugą część otwiera samotnie klarnecista, intrygująco brudząc brzmienie. Gitarzysta, choć wciąż minimalistyczny, zdaje się być teraz bardziej aktywny, a cała opowieść wpada w rozhuśtany rytm i nabiera interesującej dynamiki. W trzeciej improwizacji muzycy stoją na palcach i starają się nie mącić nadmiernie ciszy panującej wokół. Tuba oddycha, gitara śle filigranowe flażolety. Ale i w tej odsłonie albumu w końcu odnajdują dynamikę. Finałowa opowieść zaczyna się na samym dnie ciszy. Mikro melodie i delikatnie głaskane struny lepią się w pożegnalną narrację, niekiedy bolesną, a w dalszej fazie także specyficznie agresywną i zaskakująco taneczną.

 


Don Malfon & Vasco Trilla Towers of Silence

Thriller Underground Facilities, Barcelona, luty 2024: Don Malfon – saksofon altowy, barytonowy oraz Vasco Trilla – instrumenty perkusyjne. Sześć Improwizacji, 44 minuty.

Czas na spotkanie z naszymi bardzo dobrymi znajomymi z Barcelony. Malfon i Trilla grywali już razem tysiące razy (choćby na pewnej krajowej, czarno-czerwonej płycie), ale w duecie debiutują. Ich nagranie to wyjątkowa symfonia rezonansu. Nie znajdziecie tu fraz typowych dla saksofonu i perkusji, raczej zapadniecie się w mroczną pieczarę rytualnego lewitowania.

Pierwsza, dziesięciominutowa improwizacja idealnie wprowadza nas w klimat nagrania. Rezonują perkusyjne talerze i inne metalowe przedmioty - brzmienia dość typowe dla solowych ekspozycji Trilli w jego mistrzowskiej formule no drumming percussion. Z tuby saksofonu dochodzi mieszanka szumu i pisku, wszystko w niej drży i pulsuje mroczną, złowieszczą akustyką. Ów rytuał piekielnego wyniesienia bywa nawet śpiewny, ale to melodia umierania. Na koniec biją niebiańskie dzwony, a saksofon cicho lamentuje. W kolejnych pięciu improwizacjach muzycy pozostają w tym tajemniczym, niekiedy onirycznym klimacie. W drugiej części słyszymy wyjątkowo nisko osadzony drumming, ale to ledwie dalekie tło. Bardzo często narracja obu muzyków pnie się ku górze i krzyczy mocą coraz wyżej posadowionego, metalicznego rezonansu. W czwartej odsłonie ów krzyk wyłania z najgłębszych pokładów ciszy, z kolei w piątej zdaje się być pieśnią dogorywającego kojota. W tej części można odnieść wrażenie, że brzmienie instrumentów jest bardziej selektywne i bez trudu można wskazać, który z artystów odpowiedzialny jest za dany dźwięk. W finałowej improwizacji Trilla dodaje nowe, filigranowe, jakby strunowe akcenty, powracają monumentalne dzwony, a tuba saksofonu Malfona szumi niczym odrzutowiec przygotowujący się do ostatniego lotu.

 


Khabat Abas & Ivor Kallin Tapsalteerie, Depicted in Echo

Goldsmiths Electronic Music Studios, Londyn, czerwiec 2024: Khabat Abas – wiolonczela, obiekty oraz Ivor Kallin - altówka, głos. Jedna improwizacja, 40 minut.

Dwa instrumenty strunowe, obiekty, preparacje i tajemniczy, nieco zawadiacki głos – definitywnie lubimy takie sytuacje, zwłaszcza, gdy pośród podmiotów wykonawczych odnajdujemy artystów, z których sztuką improwizacji nie mieliśmy jeszcze do czynienia (przynajmniej w wymiarze fonograficznym).

Nagranie, to nieprzerwany ciąg zdarzeń dźwiękowych, na ogół z ciekawie zarysowaną dramaturgią, ale także momentami narracyjnej flauty. Początek syci się wyjątkowo suchymi dźwiękami z gryfów obu instrumentów. W toku opowieści bywa jednak, że frazy typowo strunowe stają się niejako dodatkiem do akcji z obiektami, preparacji i innych, dość tajemniczych zjawisk fonicznych, w tym anonsowanego głosu męskiego. Artyści okazjonalnie podnoszą tempo ekspozycji, ale lubią także zapadać się w medytującej, nieco poszarpanej, nielinearnej narracji, która kojarzy się z nagraniami brytyjskiej klasyki wolnej improwizacji, takiej jak choćby formacja People Band z końca lat 60. ubiegłego stulecia. Generalnie muzycy dobrze czują się w sytuacji ciągłej zmiany. Z ważniejszych wydarzeń spektaklu odnotujmy jeszcze udaną fazę smyczkowej melodyki po upływie pierwszego kwadransa, a także ewidentny wzrost aktywności po upływie kolejnego kwadransa. Ostatnie kilka minut improwizacji, to garść pożegnalnych pojękiwań, które lepią się w zaskakująco spójną końcową prostą.

 


Steve Beresford, Pierpaolo Martino & Mark Sanders Be S-Mart

Bari in Jazz Festival, Minareto di Fasano, sierpień 2024: Steve Beresford – piano, także preparowane, elektronika, obiekty, Pierpaolo Martino – kontrabas, elektronika oraz Mark Sanders – perkusja. Dwie improwizacje, 44 minuty.

Dwaj legendarni improwizatorzy ze Zjednoczonego Królestwa wylądowali poprzedniego lata na jazzowym festiwalu we włoskim Bari. We trio z tamtejszym kontrabasistą zagrali ciekawy set, który biorąc pod uwagę współczesne portfolio Londyńczyków wydać się może aż nazbyt jazzowy. Duża w tym zasługa Włocha, który z uporem godnym lepszej sprawy buduje tu linearną, melodyjną i permanentnie rytmiczną sytuację sceniczną. Jakkolwiek całości słucha się naprawdę dobrze!

Open jazzowa inauguracja koncertu szyta jest melodią z fortepianowej klawiatury z post-klasycznym zacięciem i energicznym groove sekcji rytmu w niebanalnym, nieco progresywnym metrum. Muzycy sprawiają wrażenie, jakby chcieli ten cały jazz rozszarpać na kawałki. Opamiętanie przychodzi już po kilku minutach, gdy pojawiają się pierwsze frazy inside piano, plamy elektroniki i drobne preparacje na werblu. Artyści raz za razem popadają tu w mrok post-jazzowej melancholii, ale każdorazowo, już po upływie kilku chwil, rytmicznie i melodyjnie usposobiony kontrabasista wywleka ich na powierzchnie jazzowej opowieści. Bywa, że basista prezentuje tu prawdziwie rockową ekspresję. W okolicach dwudziestej minuty mamy dłuższy, wystudzony interwał, po którym trio wpada w definitywnie dynamiczny tryb i sprawnie osiąga finał seta zasadniczego. Blisko dziesięciominutowy bis jeszcze mocniej osiada na jazzowej kanwie, a mistrzem ceremonii staje się tylko i wyłącznie gospodarz. Prezentuje ciekawą ekspozycję solową, ale nie przystaje budować rytmicznej i niekiedy bardzo ekspresyjnej narracji.

 

*****

 

Cztery wyżej omówione nowości ostatniego kwartału uzupełniają jeszcze trzy albumy - jeden dość nietypowy, dwa kolejne niemal bliźniacze, ale w sumie … bardzo od siebie różne.

  


Confront Recordings jest labelem skoncentrowanym na muzyce improwizowanej, ale od czasu do czasu w jego katalogu pojawiają się nagrania komponowanej muzyki współczesnej. Takim albumem jest podwójne wydawnictwo Within (2) / Appearance (2) zawierające dwie kompozycje Michaela Pisaro-Liu w wykonaniu kontrabasisty Michaela Francisa Ducha i samego kompozytora (na gitarze elektrycznej, na drugiej z nich). Dwie godzinne ekspozycje stanowić mogą spore wyzwanie dla słuchaczy nieczęsto obcujących z minimalistycznymi, redukcjonistycznymi, jakże konceptualnymi propozycjami dźwiękowymi, których ważnym i rozbudowanym w wymiarze czasowym elementem gry jest cisza. Dużo w tej muzyce matematyki i brzmieniowych, tudzież artykulacyjnych niuansów, zatem to trochę muzyka dla muzyków, ale warto się w nią zagłębić, choćby po to, by na dwie godziny skutecznie odpłynąć i nie myśleć o codziennych problemach improwizowanego świata realnego. Pomocna dla percepcji albumu jest rozmowa, jaką prowadzą kompozytor i kontrabasista, a która zamieszczona jest wewnątrz okładki kompaktowego wydania.

 


Kolejne dwie premiery, to albumy muzyków brytyjskich z tzw. dalszego planu niekończącej się gromady wyśmienitych improwizatorów tamtych ziem. Oba nagrania firmują duety, w obu mamy de facto spotkanie instrumentów perkusyjnych i klawiszowych.

Na albumie Metalurgia improwizują Francis Comyn na perkusji i instrumentach perkusyjnych oraz Adam Fairhall na instrumentach klawiszowych (elektrycznym, akustycznym, a także toy piano, w każdym przypadku z dopiskiem preparowane). Dziewięć improwizacji jest tu efektem kilku spotkań artystów na przestrzeni roku. Część nagrań jest niezwykle filigranowa, bazuje niemal wyłącznie na frazach akustycznych, głównie perkusjonalnych, niekiedy nabierając rytualnego, a nawet sakralnego charakteru. Ciekawiej wszakże prezentują się nagrania z udziałem preparowanego electric piano, które wnoszą do improwizacji więcej emocji, brzmieniowego brudu i pewnej narracyjnej dezynwoltury. Pod tym względem na szczególną uwagę zasługują utwory trzeci, siódmy i dziewiąty.

 


W przypadku albumu Apophony firmowanego przez Stuarta Wildinga i Mike’a Adcocka sytuacja instrumentalna jest zdecydowanie bardziej skomplikowana, albowiem wylistowanie wszystkich narzędzi, których użyto do stworzenia ośmiu improwizacji zajęło by zapewne pół tego tekstu – w sumie, to 22 różne instrumenty i obiekty mogące nosić takie miano (po szczegóły odsyłamy na stronę bandcampową CR). Co nie zmienia faktu, iż Wilding pełni tu nade wszystko rolę perkusjonalisty, a Adcock głównie pianisty i akordeonisty. Stylistyka albumu jest bardzo różnicowana, miewa posmak folkowy, bywa rytualna, czy wręcz medytacyjna. W utworach trzecim i piątym intrygująco matowo brzmi akustyczne piano, w dwóch ostatnich przestrzeń nagrania zawłaszczają szerokie pasma akordeonowych dronów. Spotkanie Stuarta i Mike’a bywa też dla obu dobrą zabawą, choć czasami brakuje w niej dramaturgii. Warto podkreślić, iż ów niemal godzinny album, to rejestracja jednego koncertu.

 

 

 

wtorek, 13 stycznia 2026

eux sæm’ fresh outfit: Mehin! Live in Nickelsdorf!


Z radością sięgamy dziś po dwa albumy, które zaliczyliśmy całkiem niedawno do 50 powodów, dla których warto było zapamiętać rok 2025!

Nasza radość jest tym większa, iż oba sygnuje wydawnictwo eux sæm, za którym stoi organizacyjnie i artystycznie belgijski drummer Tom Malmendier. Na obu nasz bohater jest obecny, oba są duetami i w równym stopniu zasługują na bardzo wiele ciepłych słów. Zatem, otwórz szafę, mów do rzeczy!

 


Quentin Stokart & Tom Malmendier Mehin (CD 2025)

Studio Grez, Bruksela, styczeń 2025: Quentin Stokart – gitara oraz Tom Malmendier – perkusja. Jedna improwizacja, 35 minut.

Zaczynamy od duetu Malmendiera z belgijskim gitarzystą Stokartem, którego losy śledzimy bacznie, ale który, póki co, wielu nagrań nam nie upublicznia. Panowie improwizują na żywo, ale w warunkach studyjnych.

Szmer z rozgrzewającego się amplifikatora, drżenie strun, nieznane przedmioty przesuwane po glazurze werbla, to elementy czegoś, co już na tym etapie nagrania moglibyśmy nazwać przednówkiem post-industrialu. Muzycy dość szybko budują gęstą pajęczynę splotów nerwowych, wchodzą w tłuste zwarcia i ociekają potem już po kilku pętlach narracji. Struny gitary i perkusyjne pałeczki łamane są kołem zębatym, a tło drży i złorzeczy, ale też śpiewa, chyba po arabsku. Opowieść jest głośna, niekiedy dynamiczna, innym razem tonie w gęstym mule. Gitara plami psychodelią, perkusja tańczy na krawędziach. A to ledwie szósta minuta koncertu.

Po krótkim, niemal tanecznym interwale, artyści grzęzną w preparacjach. Trudno w tej chwili wskazać ośrodek odpowiedzialny za dany dźwięk, czy strzęp hałasu. Dynamika nagrania zostaje jednak szybko odszukana i równie sprawnie zatopiona w mrocznej, ambientowej chmurze. Wszystko drży, łomoce, zgrzyta, szumi i skwierczy, wpada w iście diabelskie ukołysanie. W okolicach dwudziestej minuty muzycy znów popadają w taneczny nastrój. Przypominają pokraczne postacie, które podskakują na rozgrzanej patelni, żywcem wyjęci z ostatniej sceny Stroszka Herzoga. Gitara śpiewa martwe melodie, perkusja krzyczy mocą koślawego werbla i kanciastych tomów. Jakiś dziwny, progresywny rytm zdaje się kierować muzyków w nieznane. Szukają hałasu, ale odnajdują mroczne wystudzenie. Znów pojawia się melodia, ale to zdarta płyta, uszkodzona pozytywka. Pięć minut przed końcem wstrzymują oddech, po czym rozpościerają skrzydła i skaczą w ogień krwistego noise. Mają jednak wszystko pod kontrolą i wieńczą ów crazy trip gasząc płomień narracji do pojedynczego dźwięku.

 


Les Marquises (Emilie Škrijelj & Tom Malmendier) Live in Nickelsdorf (CD 2025)

Konfrontationen Festival, Nickelsdorf, Austria, lipiec 2022: Emilie Škrijelj - turntable, akordeon, elektronika oraz Tom Malmendier – perkusja. Jedna improwizacja, 41 minut.

Duet Les Marquises, to bazowa formacja dla Toma i całego labelu. Koncert z Austrii, to bodaj ich czwarta płyta. Od post-elektronicznej flauty do elektroakustycznego galopu. Tradycyjny dla duetu poziom intensywności, którym obdzielić możnaby całe dyskografie wydawnictw poświęconych minimalistycznej muzyce współczesnej.

Artyści od pierwszej sekundy dyktują sobie intrygujące tempo. Nie tylko perkusja, ale także cały arsenał akordeonistki czyni tu dalece rytmiczne przebieżki. Wiele dźwięków ma definitywnie syntetyczny posmak, ale brzmienie całości jest bardzo selektywne. Sporo z nich stanowi tu zagadkę, choćby fletowo brzmiąca ekspozycja oplatająca perkusyjny drive w okolicach piątej minuty. Muzyka duetu zwyczajowo pachnie umiarkowanym industrialem, ale nie przekracza granicy hałasu. Lubi incydentalnie popadać w narracyjny letarg, ale tylko po to, by zaczerpnąć mocy do dalszych swawoli.

Improwizacja ma swą pierwszą kulminację w okolicach dwunastej minuty, ale po kolejnych dwóch przypomina już ambient usiany tajemniczym electro beatem. Po dalszych sześciu minutach nabiera zaskakującej melodyki i spokojniejszego rytmu, a zaraz potem wpada w medytacje pulsujące delikatną elektroniką. Dopiero tuż przed upływem dwóch kwadransów ze sceny słyszymy po raz pierwszy frazy typowe dla brzmienia akordeonu. Po niezbyt długiej fazie leżakujących preparacji w muzyków wstępuje nowy duch walki i przystępują do intensywnej finalizacji koncertu. Ta zdaje się być w stu procentach akustyczna, nasączona tanecznym krokiem akordeonu. Stylowy falling down poprzedza rzęsiste oklaski.



 

piątek, 9 stycznia 2026

The Relative Pitch’ last of 2025: A Reflection Distorts Over Water! A Window, Basically! HobbyHouse!


Nowy Rok rozkwita coraz większymi porcjami zimy, a my, jak to w styczniu, finalizujemy recenzje albumów, które ukazały się jeszcze w starym roku.

Dziś zaglądamy na nowojorski Brooklyn, by sprawdzić, cóż takiego wydarzyło się w trakcie listopada i grudnia w zacnym i jakże płodnym The Relative Pitch Records. Ostatnie sześćdziesiąt jeden dni kalendarza przyniosło tu osiem premier, z których do pogłębionej analizy wybieramy trzy smakowicie zapowiadające się kąski.

 


Camila Nebbia, Marilyn Crispell & Lesley Mok A Reflection Distorts Over Water

Nevessa Studio, Woodstock, Nowy Jork, lipiec 2024: Camila Nebbia – saksofon tenorowy, Marilyn Crispell – fortepian oraz Lesley Mok – perkusja. Osiem utworów, 42 minuty.

Brooklyński przegląd nowości zaczynamy z wysokiego C! Przed nami międzypokoleniowe, argentyńsko-amerykańskie trio, które zdaje się kontrolować każdy dźwięk, każdą frazę, nie eskaluje nadmiernie poziomu ekspresji, a jednak trzyma nas w napięciu od pierwszej do ostatniej sekundy, jak najlepszy thriller! Warto dodać, iż muzycy grają w takim układzie personalnym po raz pierwszy. W niektórych utworach czerpią inspiracje z otwartych notacji saksofonistki, zaś w piątej części posiłkują się kompozycją perkusisty.

Pierwsza improwizacja trwa ponad dziesięć minut i dość leniwie wprowadza nas w definitywnie post-jazzowy klimat albumu. Wystudzone, posadowione niekiedy blisko ciszy, kameralne frazy nabierają z czasem intrygującej, ale dalece kontrolowanej intensywności. Podobna sytuacja ma miejsce w drugiej odsłonie, choć sama improwizacja jest znacznie krótsza. W kolejnych, równie zwartych i nieprzegadanych ekspozycjach artyści od startu pracują na odpowiedniej dynamice (jak w utworach trzecim, szóstym i siódmym, którym blisko niekiedy do estetyki free jazzowej) lub raczą nas niebanalną introdukcją, a bardziej zdecydowane kroki, jeśli w ogóle, czynią na etapie rozwinięcia (w utworze czwartym otwarciem są post-klasyczne frazy fortepianu, w części piątej złowrogo rezonujące talerze). Ostatnia improwizacja ma nieco inny przebieg. Otwiera ją rozbudowana ekspozycja solowa saksofonu, lepiona z szumów rezonującej tuby i strzępów melodii. W kontrze wchodzi tu perkusja, która przez moment frazuje samodzielnie, a potem wraz z minimalistycznym pianem i dobrze już rozgrzanym tenorem tworzy piękną, medytującą puentę albumu.  

  


Peter Evans & Mike Pride A Window, Basically

aFarming Studio, Goshen, Nowy Jork, 2022-25: Peter Evans - trąbka (1-6) & trąbka Piccolo (7) oraz Mike Pride – perkusja, instrumenty perkusyjne, autoharp. Siedem utworów, 51 minut.

Duet ważnych postaci nowojorskiej sceny muzyki kreatywnej dwóch ostatnich dekad, to spore wydarzenie w katalogu RP. Jako donosi albumowe credits album powstawał aż trzy lata, a składa się z siedmiu dobrze udramatyzowanych improwizacji (być może podpartych procesem predefinicji), które trwają na ogół po kilka minut. Jedynie druga i trzecia opowieść, to nieco bardziej rozbudowane formy. Jakość jest tu z nami od pierwszej do końcowej minuty, szczególnie w tych krótszych, lepiej unerwionych narracjach.

Czysto brzmiąca trąbka na kontrolowanym pogłosie i aktywny, wszędobylski drumming od początku tworzą tu dynamiczny, dobrze ukonstytuowany posmakiem post-jazzu flow. Techniczna biegłość, dramaturgiczna precyzja i swoista, gatunkowa bezpruderyjność dobrze robią każdej frazie trębacza, czy akcji zaczepnej perkusisty. Muzycy nie szczędzą nam melodii, szczególnie w drugiej i szóstej odsłonie. Gdy zdejmują nogę z gazu, ich opowieści nabierają nostalgii, oddechu refleksji, co ma miejsce zwłaszcza w anonsowanych dłuższych improwizacjach. Dużo jakości dostarczają szczególnie w piątej i siódmej, ostatniej opowieści. W tej pierwszej podobać się mogą drobne, ale bardzo soczyste preparacje perkusisty, w tej drugiej rezonujące talerze, tumany kurzu wydobywające się z trębackich wentyli, wreszcie piękne, mroczne, na poły oniryczne pożegnanie.

 


Mia Dyberg & Axel Filip HobbyHouse

Czas i miejsce akcji nieznane: Mia Dyberg – saksofon altowy oraz Axel Filip – perkusja. Osiem utworów, 32 minuty.

Tę duńską saksofonistkę znamy z kilku dość kameralnych ujawień impro, mniej pamiętamy z bardziej free jazzowych uniesień. Po prawdzie trudno orzec, czy improwizacja z bystrym, argentyńskim perkusistą winna wpisać się w pierwszy z wątków, czy raczej drugi. Dodajmy, iż połowa utworów tej szczęśliwie krótkiej płyty, to sytuacje opisane jako kompozycje Dunki.

Leniwy, nisko osadzony drumming i drobne dźwięki z rezonującej tuby saksofonu tworzą dobrze zapowiadającą się pieśń otwarcia. Na etapie rozwinięcia okazuje się jednak, że muzykom brakuje pomysłu na ciąg dalszy. Także w kolejnych odsłonach albumu zdają się oni stać rozkrokiem pomiędzy post-balladą, a porcją czegoś bardziej dynamicznego. Jeśli perkusista skory jest do inicjowania bardziej energicznych akcji (a dzieje się tak nie jeden raz), odpowiedzią saksofonistki są wystudzone, kameralne frazy, która niosą w sobie zalążki swobodnego jazzu, ale nie bardzo wiadomo, jak je spożytkować. Od czasu do czasu natrafiamy na mniej oczywiste, bardziej kreatywne akcje, jak choćby w szóstym utworze, ale giną one na dalszym etapie budowania narracji. Muzycy dobrze czują się w okolicach ciszy, ale nie mają pomysłu, jak wyjść z niej na powierzchnię dźwięku. Bodaj jedynie w czwartej odsłonie czuje się, że duet ma potencjał, by stworzyć coś bardziej intrygującego.