poniedziałek, 14 października 2019

Elektro Ad Libitum! The Report From The Place Of The Incident!


Czternasta edycja Festiwalu Muzyki Improwizowanej Ad Libitum przebiegła pod znakiem Elektro! Program zbudowany został wokół dwóch niebywałych, w ujęciu historycznym i artystycznym, formacji muzyki elektroakustycznej – Musica Elettronica Viva oraz Electro-Acoustic Ensemble Evana Parkera, zawierał w sobie także ważki wątek rezydencji mistrza elektroniki analogowej, Thomasa Lehna. Scena Centrum Sztuki Współczesnej Zamku Ujazdowskiego w Warszawie przez trzy dni festiwalowe tonęła w kablach, laptopach i urządzeniach do elektronicznego przetwarzania dźwięków generowanych przez instrumenty akustyczne. Wrażeń było mnóstwo, doznań artystycznych także, rzućmy zatem okiem na krótkie podsumowanie sześciu koncertów czynionych z pewnością ad libitum.




Festiwal rozpoczął się dźwiękami jak najbardziej akustycznymi, wprost z klawiatury fortepianu, za którym zasiadła Joanna Duda. Snuła intrygujące, minimalistyczne i zwinnie repetujące dźwięki, które grubymi kablami trafiały do oprzyrządowania elektronicznego Krzysztofa Knittela i Marka Chołoniewskiego (zgodnie z opisem – uprawiających live electronics). Połączenie młodości i doświadczenia, żywej fonii i elektronicznych dekonstrukcji było bez wątpienia zjawiskiem ciekawym, ale pod dwóch kwadransach, dość mało rozwojowym. W mojej ocenie zabrakło czegoś na kształt punktu zwrotnego, choćby nowego pomysłu pianistki w kontekście dramaturgii koncertu, który zdawał się ginąć w przestrzeni bardzo swobodnej elektroniki.

Drugi spektakl dnia pierwszego, to efekt dwudniowych warsztatów Thomasa Lehna i grupy polskich muzyków, swoistej próby połączenia wody z ogniem – doświadczonych muzyków związanych z estetyką free jazz/ free impro z muzykami młodymi, reprezentującymi współczesną, akademicką elektroakustykę. Co ciekawe, w samym koncercie nie wziął udziału Thomas Lehn, który efektom wspólnej, warsztatowej pracy przyglądał się z pozycji widza. Na scenie zaś pojawili się: Teoniki Rożynek - elektronika, skrzypce, Żaneta Rydzewska - klarnet, elektronika, Aleksandra Kaca - fortepian, elektronika, Wojciech Jachna – trąbka, Tomasz Gadecki - saksofon tenorowy i barytonowy, elektronika, Marcin Bożek - gitara basowa oraz Michał Gos – perkusja. Koncert w wielu momentach był naprawdę intrygujący. Siedmioosobowy ansambl bez dyrygenta radził się pod względem dramaturgicznym całkiem dobrze, pilnie trzymał się kontrolowanej ekspresji, bardzo ważnej dla dźwiękowych przebiegów elektroakustycznych. Na scenie czuło się chwilami, iż grają dwa podzespoły, ale fakt ten nie czynił wiele złego obrazowi całości. Z mojego puntu widzenia wszakże, najciekawszy fragment koncertu miał miejsce w momencie, gdy za wszystkie dźwięki generowane na scenie odpowiadała męska część zespołu festiwalowego.





Po dniu otwarcia, w trakcie którego, na scenie CSW, dominowały konstelacje personalne bazujące na intuicji i uroku pierwszego muzycznego spotkania, przed nami już wyłącznie stali współpracownicy, improwizujące working bands, jakkolwiek pokracznie by to nie zabrzmiało w przypadku muzyki, o której dziś mówimy. Na początek piątkowego wieczoru Tiziana Bertoncini na skrzypcach i Thomas Lehn na syntezatorze analogowym.  Świetna komunikacja, grad udanych dźwięków, zwłaszcza wtedy, gdy syntezator analogowy rozmawiał ze skrzypcami, a nie bombardował je ciosami spod gardy. Po prawdzie jeden z dwóch najbardziej dynamicznych koncertów wszechwładnej na scenie festiwalowej elektroakustyki.

Musica Electtronica Viva, to nazwa, która intryguje, ekscytuje, czasami też obyczajowo prowokuje światową scenę muzyczną już od wielu dekad. Frederic Rzewski na fortepianie i Alvin Curran na różnorakich instrumentach akustycznych (także fortepianie) i elektronicznych - obecni na sali ciałem i duchem oraz Richard Teitelbaum (moog, syntezatory analogowe) obecny tylko duchem, w drugiej zaś części koncertu, także zwizualizowany i połączony dźwiękiem live linią przesyłową Warszawa – USA (muzyk ze względu na zły stan zdrowia nie mógł wsiąść do samolotu). Mimo tych drobnych (?) niedogodności usłyszeliśmy bodaj najbardziej ekscytujący koncert tej edycji Ad Libitum. Precyzja każdego dźwięku, humor, rodzaj artystycznej groteski… Minimalistyczny, filozofujący Rzewski, nadaktywny, tryskający pomysłami Curran, wreszcie dobiegający zza światów, oniryczny Teitelbaum. W pierwszym komentarzu społecznościowym napisałem: „Wielu muzyków pretenduje do miana artystów uprawiających elektroakustykę, MEV po prostu ją grają!”.




Dzień trzeci, dzień ostatni. Na początek duet Lucas Niggli (perkusja) oraz Andreas Schaerer (głos, elektronika). To właśnie ów drugi bardziej dynamiczny koncert festiwalu – niezwykle kompetentny drummer i wokalista, który od pierwszego dźwięku, prezentował ogromne możliwości głosowe. Być może trochę szkoda, iż równie dla niego ważnym instrumentem była rozbudowana, analogowa elektronika, która w wielu momentach dominowała na koncercie. Dynamika rosła, dość często muzycy wchodzi w klimaty wręcz rockowej ekspresji i beat boxingowej estetyki. Znacznie ciekawiej było, gdy tonowali emocje i szukali spokojniejszych rozwiązań dramaturgicznych, zapuszczając się nawet w etniczne, niemal dalekowschodnie zaśpiewy, wzbogacane rozbudowanymi perkusjonaliami. Publiczność wszakże kupili w pięć minut właśnie ową dynamiką i scenicznym temperamentem. Bisy zdawały się nie mieć końca.

Evan Parker Electro-Acoustic Ensemble! Ta nazwa powoduje szybsze bicie mojego serca od kilkunastu już lat. Oto koncert, niczym spełnienie marzeń! Zacznijmy od danych personalnych: Evan Parker, saksofon sopranowy, Matt Wright, laptop, turntables, Paul Lytton, perkusjonalia, Richard Barrett, live proccesing, Paul Obermayer, live proccesing, Percy Pursglove, trąbka, Peter van Bergen, klarnety, Mark Nauseef, perkusjonalia, Sten Sandell, fortepian oraz Adam Linson, kontrabas, elektronika. Ta niebywała, elektroakustyczna podróż trwała ponad godzinę. Po niemal 50-minutowym secie zasadniczym, muzycy zagrali jeszcze spokojny, wyważony bis. Otóż i właśnie, jeśli miałbym do potoku zachwytu nad całym koncertem, absolutnie szczerego i niebudzącego wątpliwości, dodać łyżkę dziegciu…. Muzyka elektroakustyczna w swej najpiękniejszej formie, która zresztą jest udziałem tego ansamblu na każdej z jego licznych płyt, bazuje na wstrzemięźliwości i pewnego rodzaju minimalizmie. Ideą tego zespołu jest żywe procesowanie dźwięków akustycznych rozbudowanym instrumentarium elektronicznym. Tu, w trakcie tego i tak wspaniałego koncertu, było kilka momentów, w trakcie których część muzyków wydawała z siebie… po prostu za dużo dźwięków w jednostce czasu, czasami także dźwięków zbyt głośnych. Moja uwaga dotyczy przede wszystkim Nauseefa i Pursglove’a. Intuicyjna, niezauważalna quasi dyrygentura Parkera nie była w stanie tych momentów dramaturgicznie okiełznać. Ale i tak, wieczór ten przejdzie do historii Ad Libitum, jako jeden z tych najważniejszych.



Zdjęcia telefonem własnym, bez praw autorskich.

niedziela, 13 października 2019

Agusti Fernandez! William Parker! Susie Ibarra! One Night At The Joan Miró Foundation!


Recenzja powstała na potrzeby portalu jazzarium.pl i tamże została pierwotnie opublikowana, kilka tygodni temu.


W natłoku nowych nagrań muzyki improwizowanej, powstających jak grzyby po deszczu w każdym zakamarku naszego globu, czasami trudno znaleźć moment, by … przypomnieć sobie starsze nagranie lub wznowić takie, które wydane zostało onegdaj i osiągnęło np. status out of print.

Fundacji Słuchaj taka sztuka się udała. Dwie dekady od pierwszego wydania ponownie możemy dziś posłuchać wyjątkowego koncertu, jaki odbył się w Barcelonie, w 1998 roku, w sali koncertowej fundacji Joan Miró, w trakcie którego pianiście Agusti Fernandezowi towarzyszyli niebywali goście zza Wielkiej Wody – William Parker na kontrabasie i Susie Ibarra na perkusji. Po prawdzie nie wiem, czy nakład pierwszego wydania został wyczerpany (w każdym razie, ja mam na półce), czy też nie, ale w kontekście zawartości samego koncertu, nie ma to aż takiego znaczenia. Trio wykonało wówczas cztery improwizacje, które trwały łącznie 63 minuty i 53 sekundy. Z radością zaglądamy do środka.




Pierwsze dźwięki koncertu, to krótkie, urywane frazy wprost z klawiatury fortepianu. Tuż obok garść zmagań ze strunami i mały balet talerzy. Stylowe, drobiazgowe wejście w temat, ale od samego początku z odpowiednią porcją dynamiki. Agusti stawia na intensywność godną Cecila Taylora, Susie smakuje odmłodzonym Sunny Murrayem. A William? No tak, on może przypominać wyłącznie siebie! Trio nabiera typowej dla tego ostatniego muzyka motoryki już po 180 sekundach. Free jazzowa narracja toczy się niezwykle kolektywne, z delikatnym wyeksponowaniem piana i przemożnego bogactwa perkusjonalii, pełnych męskiej mocy w kobiecych rękach. Parker plecie swoje rytmiczne pętlę niczym mantrę, pełne dynamiki i melodyjności. Agusti zdaje się być zwinny jak kot, przebiegły jak lis, no i te jego tygrysie pazury na zakrętach! W połowie 11 minuty pianista milknie, zostawiając przestrzeń dla intrygującej ekspozycji duetowej. Gdy powraca, wchodzi w duet z kontrabasistą – wyrazisty i mięsisty, po chwili chytrze skomentowany talerzami. Już po kilkudziesięciu sekundach trio osiąga stan kipieli, a pianista wręcz demoluje klawiaturę. 20 minuta wyznacza czas pierwszego, wyraźnego stoppingu – kontrabas jakby wbrew tej intencji, jedzie po swoje, ale pozostali uczestnicy spektaklu gaszą swoje ogniste płomienie, repetują i szukają nowego otwarcia. Gdy owo nastąpi, Fernández decyduje się na wyżej zestrojowe pasmo, Ibarra zaś adekwatnie przesuwa akcenty w kierunku perkusjonalii. W 25 minucie Parker włącza do gry smyczek i czyni naprawdę błyskotliwą ekspozycję, w czym w ogóle nie przeszkadza mu dynamiczny flow jego partnerów. Ale to właśnie oni gaszą ostatni płomyk pierwszej, ponad półgodzinnej części koncertu.

W drugi odcinek wprowadza nas Agusti i jego firmowe preparacje. Kontrabas podchwyca wątek, Susie opukuje werbel i tomy. Smyczek – na dokładkę - dodaje całości blasku i urody. Narracja robi się gęsta, choć zupełnie pozbawiona jest dynamiki pierwszej części. Krok za krokiem muzycy jednak nabierają wiatru w żagle, nakręcają się wzajemnie niczym sprężyny zegarka. Nim jednak postawią na większą dynamikę, jeszcze krótki moment na solowy popis perkusistki, a także garść zadumy znad klawiatury. Drive pojawia się na finał części, nie jest nadmiernie ekstremalny, raczej smakuje dobrym bluesem. Finał z udziałem szczoteczek – bardzo stylowy.

Trzecia opowieść – na wejściu niemal klasyczne piano z ciepłej klawiatury, lekki i zwinny kontrabas, także bardzo spokojny drumming. Trio pięknie nabiera dynamiki, piano zdobi proces skromną repetycją. Precyzyjny flow, dbający o niuanse, ale konstruowany już w niezłym tempie. Już bez skojarzeń w głowie recenzenta – tu każdy przypomina wyłącznie siebie! W 8 minucie Agusti gotuje się w 100 stopniach, a amerykańska sekcja płynie niczym okręt podwodny o napędzie atomowym. What a game! Zmysłowy smyczek na gryfie kontrabasu dostaje zadanie tłumienia emocji. Piano skacze ku górze, a drżą talerze. Finałowa prosta tryska urodą godną największych (bo tylko tacy są na scenie!). Gently silence after!

Czas na kodę tego niezwykłego koncertu - czule, zmysłowo, precyzyjnie, klawisz po klawiszu. Dudnią tomy, kontrabas naprzemiennie pizzicato i arco. Cool jazzowa narracja ze smakowitym smyczkiem w roli głównej. Siła meta melodyki. Po pewnym czasie pianista przejmuje dowodzenie i snuje wyjątkowo błyskotliwy pasaż, tuż obok drżą talerze, a smyk rysuje ostatnią pętlę. Gromy oklasków z jasnego nieba – nie może być inaczej!


środa, 9 października 2019

Dead Neanderthals and their holy Ghosts!


Żywy, jednostajny beat stopy masywnego zestawu perkusyjnego, od pierwszego dźwięku konstytuuje bieg tej historii. Towarzyszy mu pasmo fonii, której brzmienie sugeruje użycie syntezatora. Ale to złudne wrażenie – ten potok intensywnych dźwięków jest po części udziałem saksofonu, fortepianu i gitary elektrycznej, które skąpane w gęstej krwi, syczą wytrwale i niosą narrację imponującym pasmem przesyłowym. Mocny, strzelisty dron poddawany drobnym modulacjom, całość do użytku wewnętrznego przy zachowaniu reguły definitely play loud! Oto, jak zdaje się rodzić kolejne, konceptualne zwycięstwo niebywałej formuły muzycznej nazwanej Dead Neanderthals!




Muzyka, która nie potrzebuje słów, a jedynie czysto fizycznego z nią kontaktu. Dron, który wyje z rozpaczy, stopa perkusji, która kopie wielki grób. Zmysłowy, cielesny, śmiertelnie niebezpieczny black ambient in post-metal enviroment! Mantra straceńców, która płynie bez szwanku, raz narasta, raz faluje niczym pochodnia na wietrze, innym razem zdaje się jedynie trwać mosiężnym hałasem. Na finał pierwszej epopei stopa perkusji milknie, nieistniejące syntezatory odpływają w nieznanym kierunku, a światło gasi repetujący dźwięk czegoś wybitnie post-gitarowego.

Po garści czerstwej ciszy rusza druga strona medalu. Beat perkusji wydaje się być nieco bardziej rozbudowany, post-rockowy, odrobinę lżejszy, ale równie konsekwentny w działaniu. Łagodna gitara plecie swoją opowieść, która pętli się i melodyjnie skowycze. Dronowe tło, budowane z całej reszty użytych tu instrumentów i przedmiotów, płynie też nieco łagodniejszym strumieniem. Być może ten właśnie moment możemy zapisać jako najspokojniejszy w całej bardzo burzliwej i hałaśliwej historii Dead Neanderthals. Piękna, pół rockowa przestrzeń, metaforyczne post-riffy uśpionej chwilowo gitary, które wiodą nas do punktu wyznaczonego na zegarze jako 13:20. Wtedy to następuje prawdziwy heart attack fonii. Ściana dźwięku zostaje zbudowana w ułamku sekundy. Saksofon ryczy niczym uszkodzony syntezator, gitara płonie noise’ rockowym płomieniem, nawet z delikatnym posmakiem grunge’u, pędzi kilkoma pasmami jednocześnie. Owa niebywała furia dźwięków wybrzmiewa podobnie, jak w przypadku pierwszej strony medalu – tuż po ustaniu nawałnicy, na ostatniej prostej, jedynie pojedyncze dźwięki gitary, a może to spalony wysokim prądem, instrument klawiszowy.


Dead Neanderthals Ghost (Utech Records, LP 2019). Scott Hedrick – gitara i fortepian, Otto Kokke – saksofon, René Aquarius – perkusja. Dwa utwory napisane przez Dead Neanderthals, czas trwania 39:25. Saksofon i perkusja nagrane w studio White Noise w Holandii. Gitara i fortepian nagrane w Los Angeles.

Wszystko, co chcielibyście wiedzieć o Dead Neanderthals, ale boicie się zapytać, dostępne jest dokładnie….  w tym miejscu!


wtorek, 8 października 2019

New Wave Of Impromptu - 3.Spontaneous Music Festival! The Report From The Place Of The Incident!



Trzecia edycja Spontaneous Music Festival, w tym roku po nazwą własną „New Wave Of Impromptu”, właśnie przeszła do historii. Czas na drobne podsumowanie, garść refleksji i wrażeń ogólnych.

Cztery dni, siedemnastu muzyków i … jedna Orkiestra, dwanaście koncertów, zdecydowana większość w festiwalowej bazie, czyli Dragon Social Club, dwa także w miejscu zwanym Pawilon, a jeden w Studiu Aktorskim STA. Poznań od czwartku do niedzieli zdawał się tętnić improwizowanym, jakże spontanicznym życiem.

Rola mistrza ceremonii otwarcia Spontaneous Music Festival przypadła w udziale pianiście Witoldowi Oleszakowi. Muzyk, nim jednak rozpoczął swój koncert, pociął przyniesioną na tę okazję partyturę na wąskie paski i przykleił je w miejscu, w którym na ogół kładzie się nutowe podpowiedzi, przez co konceptualnie nawiązał do formuły plakatu festiwalowego. Po czym zagrał niebywały koncert, po raz kolejny udowadniając, iż miano najbardziej niedocenionego pianisty improwizującego tej części świata jest jego udziałem już stanowczo zbyt długo. Czas na zmianę optyki! Oleszak przekornie zaczął swój spektakl niemal klasycyzująco, barwnie tańcząc na klawiaturze, po czym coraz silniej oddalał się od tego idiomu. Proces coraz swobodniejszej improwizacji osiągnął w końcu stadium preparacji. Witold zanurzył się w pudle rezonansowym fortepianu, by po kolejnym interwale, podłączyć pod swój instrument delay gitarowy. Efekt – ambientowe, niemal dubowe brzmienia. Król Midas w całej okazałości!

Kolejnym punktem programu był występ kwartetu The Electrics, w ramach którego … po raz pierwszy w Poznaniu zagrał doskonały berliński trębacz Axel Dörner. Towarzyszyli mu Sture Ericson na saksofonie tenorowym, Joe Williamson na kontrabasie i  Raymond Strid na perkusji. Kwartet na wydanych dotychczas płytach prezentuje się na ogół w bardzo otwartej formule free jazzu, tu na festiwalowym parkiecie, przesunął akcenty w kierunku bardziej swobodnej improwizacji i dźwiękowych preparacji, czym jeszcze lepiej wpisał się w spontaniczną formułę imprezy. Najlepsze fragmenty koncertu miały miejsce, gdy muzycy grali cicho i w niebywałym skupieniu. Klasa trębacza eksplodowała wówczas w dwójnasób.



Finał pierwszego dnia był jednocześnie otwarciem trzydniowej, festiwalowej rezydencji belgijskiego gitarzysty Dirka Serriesa. Kodian Trio (także Colin Webster na saksofonie altowym i Andrew Lisle na perkusji) stworzyło niebywale energetyczny, free jazzowy spektakl. Świetna komunikacja, kompulsywne improwizacje, a także kilka chwil na stonowane frazy, zanurzonej w post-ambiencie, gitary elektrycznej. Festiwalowy czwartek nie mógł zakończyć się lepiej!

Piątek był dość nietypowym dniem imprezy. Najpierw Ad Hoc Quartet, czyli personalna konfiguracja muzyków, którzy grali ze sobą w takim układzie po raz pierwszy, potem przenosiny do nieco większej przestrzeni Pawilonu na dwa spektakularne występy solowe i wreszcie powrót do Dragona na urodzinowe Jam Session Dirka Serriesa.




Zacznijmy zatem od pierwszego koncertu drugiego dnia. Do młodych, gniewnych Brytyjczyków, których świetnie znamy z poprzedniej edycji Festiwalu – Colina Webstera i Andrew Lisle’a – dołączyła dwójka stałych festiwalowych rezydentów, czyli Paweł Doskocz na gitarze elektrycznej i Witold Oleszak na … organach Hammonda. Tak stworzony Ad Hoc Quartet zagrał kipiącą emocjami, gęstą i błyskotliwie energetyczną improwizację, w której pobrzmiewały echa avant jazz-rocka w najlepszym wydaniu. Muzycy szybko znaleźli wspólny język, czego dowodem świetny, kolektywny finał pierwszego seta, poczyniony „na raz”.

W Pawilonie zaś, w pięknej, onirycznej poświacie wysłuchaliśmy dwóch intrygujących występów solowych. Najpierw altowiolista Benedict Taylor z Londynu zagrał iście wirtuozerską improwizację, pełną dramaturgii, ale także konceptualnej ciszy i konstruktywnego zaniechania. Ambientowy, solowy występ gitarzysty Dirka Serriesa, to z kolei było wydarzenie, na które czekało wielu jego wielbicieli. Muzyk w ostatnich latach w zasadzie nie grywa tego rodzaju setów (koncentruje się bardziej na improwizacji na obu typach gitary). Jego występ był zatem wyjątkowo ekskluzywny, ale także bezceremonialnie piękny – płynne, drobne fonie przepuszczone przez gitarowe przetworniki, potem przetworzone przez mikser, dały niebywały, ambientowy płaszcz dźwięków.





W wieczornej części Jam Session do muzyków, jacy grali tego dnia koncerty festiwalowe, dołączyli Ostap Mańko na skrzypach i Michał Giżycki na saksofonie. Trzy sety i mnóstwo ciekawych, niebanalnych improwizacji.

Festiwalowa sobota, to najbardziej rozbudowany program artystyczny i od razu słowo komentarza - bez wątpienia najbardziej epicki i artystycznie bodaj najciekawszy dzień wszystkich dotychczasowych edycji Spontaneous Music Festival. Najpierw Ad Hoc Duo i muzycy zapowiadani, jako najlepsi europejscy saksofoniści w kategorii wiekowej „Under 40” – Colin Webster na saksofonie altowym oraz Albert Cirera na saksofonie tenorowym i sopranowym. Ich ponad półgodzinny set każdym swoim dźwiękiem uzasadniał tezę postawioną przed występem. Świetna komunikacja, wspaniałe improwizacje, garść zmysłowej sonorystyki. Muzycy poznali się osobiście kwadrans przed występem, a zagrali tak, jakby wszystko robili razem przynajmniej od początku istnienia gatunku.

Po chwili przerwy kolejny duet – Dirk Serries na gitarze akustycznej i Benedict Taylor na altówce. W trakcie ich występu, po raz pierwszy, ale nie ostatni tego dnia, zeszliśmy z muzykami do poziomu ciszy. Subtelna, chwilami niezwykle molekularna improwizacja, w której ważny był każdy, nawet pojedynczy dźwięk. I znów, tak jak w trakcie solowych występów obu muzyków poprzedniego dnia, podstawowym atrybutem ich muzyki było czyste piękno dźwięków, jakie generowali na swoich instrumentach.

Trzeci już tego dnia duet nazywał się … DUOT! Najstarszy kataloński, improwizujący „working band”, czyli Ramon Prats na perkusji i ponownie tego dnia na scenie, Albert Cirera na saksofonach. Muzycy zagrali wielobarwny, intrygująco skonstruowany set, pełen free jazzowej energii, ale i sonorystycznych wycieczek w nieznane. Ci akurat muzycy grają ze sobą już kilkanaście lat, co w tym przypadku stanowi dodatkowy atut ich duetowych występów. Gdy tak dobrze znasz partnera, możesz pozwolić sobie w improwizacji na stuprocentowe ryzyko, dzięki czemu całość nabiera dodatkowych wartości. Muzycy bisowali, a oklasków nie było końca.




Wreszcie finał tego niezwykłego dnia i improwizacja realizowana w oparciu o - przygotowaną specjalnie na potrzeby tego koncertu - notację graficzną Dirka Serriesa. Tonus Ensemble w składzie: Dirk Serries - gitara akustyczna, Paweł Doskocz - gitara akustyczna, Witold Oleszak - fortepian, Colin Webster - saksofon, Benedict Taylor - altówka, Ostap Mańko - skrzypce, Anna Szmatoła - wiolonczela oraz Andrew Lisle - perkusja. Minimalistyczna formuła, pojedyncze akordy gitary i budowane wokół nich improwizacje pozostałych muzyków oraz niezwykle ważny element dramaturgiczny spektaklu – wielosekundowe porcje ciszy. Niebywałe skupienie na scenie, równie wielkie po stronie publiczności. Było słychać niemal każde przełknięcie śliny i westchnienie. Koncert, który stanowił pewnego rodzaju wyzwanie dla każdego jego uczestnika, po obu zresztą stronach sceny, ale nagroda była niezwykle sowita. Duże przeżycie!

W niedzielne późne popołudnie publiczność festiwalowa ponownie przemieściła się do innego miejsca – tym razem było to Studio Aktorskie STA, a w nim koncert Poznańskiej Orkiestry Improwizowanej. Osiemnastu stałych muzyków Orkiestry, a w roli gościa, a także dyrygenta pierwszej fazy występu – Benedict Taylor. Muzycy zagrali godzinną, wielobarwną improwizację, pełną chwilami niemal dzikiej energii, poddawaną nieustannym zmianom, także w zakresie osób odpowiedzialnych na proces dyrygentury. Ten wrzący tygiel emocji nie zawsze skutkował ciekawymi rozwiązaniami dramaturgicznymi, a obecność brytyjskiego skrzypka nie była w wielu momentach należycie wykorzystywana. Z drugiej strony docenić jednak należy niemal konceptualną wizję całości spektaklu, która mimo kilku trudniejszych momentów, broniła się nieźle.

Na finał Spontaneous Music Festival ponownie zawitaliśmy doi Dragona, by posłuchać dętego tria Details In The Air. Mikołaj Trzaska na klarnetach i saksofonach, Michał Górczyński na klarnetach i Ken Vandermark na saksofonie i klarnecie zagrali ponad 50 minutowy set bardzo różnorodnych „kompozycji w formie improwizacji”, a emocjonalne reakcje publiczności wskazywały, iż po obu stronach sceny panuje konsensus, co do jakości artystycznej przedsięwzięcia. W okolicach godziny 21.30 Festiwal dobiegł końca.


Wszystkie zdjęcia Tomasz Kasiarz. Dziękuję za możliwość udostępnienia. Wielkie pozdrowienia!

środa, 2 października 2019

A New Wave Of Jazz! A Very Long October’ Wave!



A New Wave Of Jazz, label prowadzony przez belgijskiego gitarzystę Dirka Serriesa, funkcjonuje już kilka lat i jest świetnie rozpoznawalny w świecie szeroko rozumianej muzyki improwizowanej, zaś samo określenie jazz w jego nazwie – to Czytelnicy Trybuny wiedzą doskonale – ma delikatnie przewrotny charakter.

Październik, to ważny moment dla NWOJ. Dwudniowy, specjalny Festiwal w trakcie trzeciego weekendu miesiąca (w belgijskim Rijkevorsel, w klubie de Singer), premiera kolejnych siedmiu tytułów w katalogu (dobijamy do numeru 27!), a już teraz, w Poznaniu, w ramach A New Wave Of Impromptu – 3.Spontaneous Music Festival, największa polska prezentacja muzyki wydawnictwa. W trakcie czterech dni imprezy, na scenach Dragona, Pawilonu i Studia Aktorskiego STA, pojawi się bowiem aż czterech stałych obywateli państwa Nowej Fali Jazzu – Dirk Serries, Colin Webster, Andrew Lisle i Benedict Taylor!

Dodatkowo Pan Redaktor był łaskaw uzyskać dostęp do wszystkich nowych płyt wydawnictwa, a zatem poczynić mógł stosowny odsłuch. Poniżej przeczytać możecie jego wynurzenia na ich temat. Wedle deklaracji Serriesa, wszystkie nowe tytuły będą dostępne przedpremierowo (!), w wymiarze handlowym, na poznańskiej imprezie. Zapraszamy zatem na nią podwójnie!




Boskage by Daniel Thomson & Colin Webster

Przegląd nowości wydawniczych NWOJ zaczynamy od soczystego duetu gitary akustycznej i saksofonu altowego, instrumentów pozostających w dłoniach naszych absolutnych brytyjskich faworytów – Thompsona i Webstera. Dźwięki zarejestrowane latem ubiegłego roku w londyńskim studiu Soundsavers, całość podzielona na trzy części, łącznie prawie 54 minuty.

Spotkanie zaprawionych w bojach lisów, do tego świetnie znających się z niejednego polowania, nie wymaga jakiejkolwiek gry wstępnej. Małe, introdukcyjne frazy dość szybko przechodzą w tzw. narrację właściwą, choć nie nosi ona znamion szczególnie dynamicznej. Raczej tłumienie emocji niż ich erupcja. Webster wydaje pierwsze, nieco bardziej dźwięczne fonie dopiero w 4 minucie. Rysuje uroczo pozakrzywiane do wewnątrz linie melodyczne, a gryf gitary Thompsona też zdaje się być usiany opiłkami czegoś śpiewnego. Opowieść toczy się bez pośpiechu, w skupieniu i należytym szacunku dla partnera. W drugiej części improwizacji otwarcia saksofon nie stroni od preparacji i śladowej sonorystyki, a wszystko czyni na bazie dość gęstego flow gitary. Ostatni kwadrans zaczyna się solową ekspozycją Daniela, który w typowy dla siebie sposób, zmysłowo piłuje struny nierozpoznanym przedmiotem. Szum z tuby wplata się w ten mistyczny kaganiec i muzycy w wyjątkowo pięknym stylu finiszują.

Druga improwizacja zaczyna się nieco bardziej dynamicznie. Struny zdają się niknąć w czerwonej poświacie pełnego rozgrzania, a saksofon otulony dronowymi pasmami czuwa tuż z obok. Oto całkowicie wyzwolone free improv, dalekie od free jazzu, nieco mniej oddalone od wolnej kameralistyki, jakby czyste samo w sobie. Najpiękniej dzieje się w tej części nagrania, gdy struny gitary wpadają w delikatny trans, a tuba saksofonu szumi niczym las wierzbowy. Na finał części drugiej muzycy przypominają nam, że potrafią nieźle hałasować. W trzecią improwizację wchodzą rwanymi frazami, nutka goni tu nutkę, po czym nabierają gęstości niczym Derek Bailey i Evan Parker w najlepszych swych duetach, być może ci tutaj, nawet lepiej się słuchają! Nim po 10 minucie wejdą w stan poszukiwania ciszy, zdążą jeszcze zaprezentować nam uroczy fragment, w którym dźwięki obu instrumentów zlewają się w jeden potok fonii. W nowy wątek Daniel i Colin wchodzą niemal półtanecznym krokiem, nabierają dynamiki, aż iskry lecą. Last minute koi wszystkie dotychczasowe emocje – gitara repetuje flażoletami, a saksofon śpiewa zalotną pieśń pożegnania.




Close/ Quarters by Benedict Taylor & Anton Mobin

Kolejna perła w najnowszym strumieniu Nowej Fali Jazzu, to spotkanie altówki (Benedict Taylor) i … prepared chamber (Anton Mobin). Opis płyty nie uszczegóławia, co kryje się za tym ostatnim określeniem, ale tzw. zawartość dość szybko pokazuje, iż … nie jest to aż takie ważne. Siedem swobodnych improwizacji, nagranych we wrześniu 2017 roku we Francji, łącznie prawie 42 minuty.

Altówka w środowisku elektroakustycznym – struny drżące w potoku dźwięków wydawanych przez post-perkusyjne obiekty nieznanej proweniencji. Skupienie, dbałość o detale typowa dla wysokogatunkowego free improv – preparacje i dewastacje, koniunkcje i alternatywy. Dekonstruowana kameralistyka i ognisty, choć chwilami także suchy strunowiec. Przebogate królestwo tajemniczych fonii. Czyż mogło nas spotkać coś bardziej urokliwego? Druga improwizacja wydaje się być jeszcze bardziej filigranowa, wręcz molekularna. Muzycy zwinnie brną w pytania i odpowiedzi, a preparacje sięgają stanu pre-industrialnego. Trzecia część jeszcze intensywniej zagłębia się w proces preparacji. Benedict zdaje się już sięgać nieba, Amon zaś mistrzowsko czyni swoją powinność - post-akustyczna finezja cienkich pasm basowych strumieni dźwiękowych. Po chwili, w czwórce, pojawia się garść dłuższych, bardziej siarczystych fonii. Na ich tle altówka, gotowa już na wszystko, tańczy i swawoli w najlepsze. Pod strunami ma opiłki metalicznego prądu.

Piąta improwizacja, to hydraulika i blacharstwo użytkowe – misy, kotły, naprzemiennie wilgotne i suche struny, której w szóstej części, rwane i poniewierane, w towarzystwie małych dzwonów rurowych, budują akustykę sytuacji zupełnie nierzeczywistych. Świat fake sounds staje się udziałem wszystkich, po obu stronach abstrakcyjnej sceny. Rośnie udział dźwięków, które winniśmy zaliczyć do elektroakustycznych, także garść basowych, harshowych pasaży. A na finał tej niezwykłej podróży… zmutowane pasma post-electro! Struny drżą i mechanistycznie zawodzą, preparowana post-kameralistyka bije na alarm. Moc dźwięków zaciska się na gardłach muzyków, a beat blue electro niewinnie repetuje. Ostatnia prosta, dla przywrócenia równowagi w przyrodzie, lśni już czystą, jakże ulotną akustyką.




Segment Tones by Tonus

Opuszczamy świat zupełnie swobodnej improwizacji, by na moment zanurzyć się muzyce kreowanej w oparciu o notacje graficzne Dirka Serriesa pod szyldem Tonus, gdzie pełnoprawnym aktorem spektaklu jest … cisza pomiędzy dźwiękami. Znamy już wiele inkarnacji tej idei, teraz czas na trio z udziałem Martiny Verhoeven na wiolonczeli i concertino oraz Colina Webstera na klarnecie i saksofonie altowym. Sam mistrz ceremonii nie sięga tym razem po gitarę, a zagra na akordeonie i soprano melodica. Trzy utwory, 46 i pół minuty. Nagranie studyjne ze świetnie nam znanego Sunny Side Inc. Studio w Brukseli, z listopada 2018 roku.

Pierwszą narrację tworzą wysoko zawieszone drony, generowane przez concertino, klarnet i soprano melodica (?). Dźwiękom żywych instrumentów towarzyszą oddechy muzyków, przełykanie śliny, szelest powietrza i wielowymiarowa cisza pod różnymi postaciami - prawdziwa konstytucja muzycznej idei Tonus. W trakcie ponad 17 minutowej, predefiniowanej improwizacji dźwięki są okazjonalnie modulowane, a struktura opowieści ulega mikroskopijnym zmianom. Po 10 minucie narracja sprawia wrażenie nieco bardziej intensywnej, a rola cisza zostaje zmarginalizowana.

Dalece bardziej intrygujące pod względem dramaturgicznym zdają się być dwa pozostałe utwory. Drugi budowany na podobnej zasadzie jak pierwszy, ale przy użyciu innych zasobów – wiolonczela traktowana smyczkiem, akordeon i saksofon altowy. Znów drony nakładają się na drony, ale intensywność opowieści jest dalece satysfakcjonująca. Po 7 minucie Webster może sobie nawet pozwolić na całkowicie swobodne przebieżki po dyszach. Zgodnie z tytułem - amplitudy, do środka i na zewnątrz. Trzeci odcinek także budowany jest przez gęstą wiolonczelę Martiny, która płynie jednak nieco wyżej. Dirk sięga po melodikę, Colin nadal dzierży w dłoniach alt. Opowieść buduje się bardzo małymi krokami. Niepokojąca cisza, dźwięk przypominający … maszynę do pisania, przyczajone instrumenty w żmudnym procesie zaniechania. Dźwięki szeleszczą i boleśnie zawodzą. Cello gra pełnymi frazami, melodica stawia stemple fonii i plastry ciszy, a saksofon śle drony, także zdobione momentami bezdźwiękowymi. Muzycy nieustannie szukają strategii minimalistycznej i na ogół są w tym skuteczni. Na ostatniej prostej Martina preparuje wiolonczelę, a Panowie dramaturgicznie milczą.




Air by Asmus Tietchens & Dirk Serries

Pozostajemy w obszarze improwizacji konceptualnej, realizowanej wg zadanych wcześniej scenariuszy. Poniższy duet, to jakby wariacja na temat idei Tonus. Żywe instrumenty, na których gra Dirk Serries (kolejno – klarnet, melodica, concertina, akordeon, harmonika i ponownie klarnet), poddawane są tzw. zabiegom (treatments), za które odpowiada Asmus Tietchens. Sześć części, ponad 55 minut.

Uruchamiamy wyobraźnię, bezwzględnie nam się przyda. Na wejściu słyszymy małą orkiestrę fletów, która w głębokiej jaskini snuję balladę powitalną, być może to jednak chór aniołów wiecznie potępionych, który płynie z grubą warstwą ciszy pomiędzy zębami. Oto świat dźwięków niemal post-akustycznych, generowanych przed nie do końca zdiagnozowane źródła. Wielkie organy natury, które w duchu głębokiego minimalizmu, bystrze repetują.

Nagranie zdaje się być kolejnym wyjściem Serriesa poza artystyczną strefę komfortu. Dźwięki żywych instrumentów zostają wpreparowane w ciepłe podmuchy powietrza (Air!), przemodelowane ideą post-ambientu, nasączone metafizyką. Całość wydaje się delikatnie nierówna, zdecydowanie atrakcyjniejsze są momenty ulotnych dźwięków, przefiltrowanych przez ciszę. Inne, te bardziej dosadne (np. z concertiną) wydają się zbyt cielesne, dosłowne, zbyt dopowiedziane. Najciekawsze są bez wątpienia dwa ostatnie fragmenty płyty. Najpierw dźwięki harmoniki – mroczny kosmos wyjątkowo zmysłowego ambientu, potem zaś klarnet, który śpiewnymi strumieniami przywołuje klimat elektronicznych czasów Serriesa spod znaku vidnaObmana. Finał płyty rekompensuje naprawdę wiele.




Impetus by Serries/ Vanderstraeten/ Verhoeven

Niezwykle ochoczo powracamy do muzyki swobodnie improwizowanej! Wieczny duch minimalizmu nie będzie jednak opuszczał muzyków, zwłaszcza w kilku kluczowych momentach Impetus, niewątpliwie ekscytującego spektaklu o takiej właśnie nazwie. Dirk Serries na gitarze akustycznej, Kris Vanderstraeten na instrumentach perkusyjnych oraz Martina Verhoeven na fortepianie. Ponownie Sunny Side Inc. Studio, grudzień 2018 roku. Pięć fragmentów, łącznie prawie 44 minuty.

Opowieść tria rozpoczynamy od powolnego głaskania instrumentów, pierwszych zwodniczych interakcji, zwinnych preparacji, małego drummingu, posuwistego piana i skromnej gitary, która choć akustyczna wedle opisu płyty, na początku pobrzmiewa drobinkami prądu. Oto przed nami full free improv, realizowane od startu niezwykle pieczołowicie. Początkowo szyte gęstym ściegiem, potem from time to time, nabierające znamion czystego minimalizmu. Niuanse, detale, szczegóły i drobiazgi, to elementy składowe tej historii. W pierwszej odsłonie dominują akcje i adekwatne reakcje, specyficzne i błyskotliwie call & responce. A na finał części nawet coś na kształt estetyki click piece, idei znów wprost z głowy Johna Stevensa. Druga opowieść zaczyna się kojącym spokojem narracyjnym. Dźwięk za dźwięk, ale wszystko bliskie detailed minimal - konsekwentne wzmagania z naturą dźwięku ultra akustycznego, surowego, pełnego czerstwej urody. Całość ładnie się zazębia, czemu pomagają perkusjonalne, dość aktywne błyskotki.

Część trzecia, najdłuższa, przywołuje w pamięci klimat akustycznych przygód Dereka Baileya, nie tylko na poziomie gitary, ale także perkusjonalii. Muzycy świetnie na siebie reagują, a nic co boskie, nie jest im w tym momencie obce. Narracja w fazie początkowej i środkowej szybko nabiera intensywności i gubi schowany za kołnierzem minimal. Z czasem akordy piana i powstrzymująca się od nadmiernych emocji gitara, starają się konstytuować minimalistyczny pragmatyzm tej improwizacji. Narracja osiąga stan wielowymiarowego szumu post-akustycznego, by w finale utonąć w półdronowej repetycji gitary. Czwarta improwizacja wyprowadza ideę minimalizmu zdecydowanie przed szereg. Jeden akord piana, coś zaskrzypi na małym werblu, przypadkowy owad usiądzie na gryfie gitary. Wszyscy dość skutecznie poszukują wiecznej ciszy. Po połowie utworu wykazują się jednak większą aktywnością, baa, w fazie finałowej zagęszczają opowieść do poziomu zbliżonego do początku spektaklu. Ostatnia improwizacja podtrzymuje intensywność końcówki poprzedniej. Preparacje perkusjonalne, szorowanie strun gitary, stukot fortepianowych młoteczków. Narracja żwawa, pod koniec osiąga nawet stan półgalopu, z okruchami acoustic noise. Piękny finał równie wyrazistej płyty.

*****

Imponującą listę październikowych premier A New Wave Of Jazz uzupełniają dwa krążki z muzyką skomponowaną, autorstwa Antoine’a Beugera. Pierwsza zwie się Traces Of Eternity, a podmiotem wykonawczym jest pianista Dante Boon (nagranie studyjne, maj 2019 roku). Druga, to Now Is The Moment To Learn Hope, a podmiot wykonawczy jest bardziej rozbudowany - The Extradition Ensemble w składzie: Loren Chasse na dzwonku, Brandon Conway na gitarze klasycznej, Sage Fisher na harfie, Matt Hannafin na bowed crotale, Branic Howard na gitarze traktowanej smyczkiem, wreszcie Evan Spacht na puzonie altowym.

Muzyka zawarta na obu albumach wpisuje się w model minimalistyczny, jaki zwykł proponować Tonus w każdym swoim wcieleniu. Oczywiście atencja muzyków przesunięta jest z procesu improwizacji ku modelowi performatywnej realizacji założeń artystycznych kompozytora. Polecam w kategorii bardzo udanego odsłuchu meta relaksacyjnego.