wtorek, 11 października 2022

Fast Forward 6. Spontaneous Music Festival 2022 – the report from the accident!


Szósta edycja Spontaneous Music Festiwal w poznańskim Dragonie – zgodnie ze swym tytułem „Fast Forward” – minęła niebywale szybko, a z punktu widzenia emocji po obu stronach sceny, z pewnością zbyt szybko.

Wspomniane wyżej „obie strony” sceny, to oczywiście jedynie dziennikarska metafora. Tak się bowiem fantastycznie złożyło, iż w trakcie ostatniego aktu festiwalu muzycy usiedli wśród publiczności, a ponieważ pełnoprawnym uczestnikiem minimalistycznej podróży była także wszechobecna cisza, każdy na widowni czuł się twórcą koncertu, wydając moc nieartykułowanych, filigranowych dźwięków, które stawały się elementem spektaklu, podobnie jak syrena przejeżdżającego samochodu i inne odgłosy z klubu i miasta.




Nim jednak dotarliśmy do owego na poły socjotechnicznego wydarzenia muzycznego, szesnastu muzyków z Barcelony, Berlina, francuskiego Dijon i kilku polskich miast zafundowało nam jedenaście setów krnąbrnej, wyjątkowo rozsianej stylistycznie, niekiedy szczerej do bólu improwizacji, budząc niemal w każdym przypadku spontaniczny entuzjazm odbiorców.

Koncert otwarcia, co staje się już powoli tradycją poznańskiej imprezy, przypadł w udziale jednemu artyście. Tym razem był nim stały uczestnik spontanicznych festów, perkusjonalista Vasco Trilla. Półgodzinny set magicznych fonii zawierał w sobie wiele elementów, które znamy z repertuaru dźwiękowych tricków muzyka, zatem szczególnie do gustu przypadła nam finałowa sekwencja na tabli, rzadziej przez niego wykorzystywanej, pięknie wkomponowana w ciąg dramaturgiczny spektaklu.

Kolejnym stałym punktem programu Spontanicznego Festiwalu są składy ad hoc, których ideą jest łączenie na scenie muzyków, którzy wcześniej nie grali ze sobą w danej konfiguracji personalnej. Na dobry początek zatem kameralna wycieczka z udziałem flecistki Zofii Ilnickiej, kontrabasisty Àlexa Reviriego i trębacza Timothée Quosta. Pełen niuansów brzmieniowych spektakl szyty był niezwykle emocjonalnym ściegiem i zdobiony intrygującymi interakcjami.

Po niedługiej chwili na scenie ponownie pojawił się Quost (już wcześniej doposażony w analogową elektronikę), tym razem wraz z Benem Whitehillem (gitara i cała armia przetworników, tudzież innych urządzeń dekonstruujących dźwięk) oraz Laure Boer, której elektroakustyczne akcesoria zajmowały wielki stół (obok dużego instrumentu strunowego własnej produkcji, artystka używała choćby analogowego telefonu, który sprzęgał z gitarowym wzmacniaczem). Ten spektakl trwał ledwie dwa kwadranse i kilka minut, ale pozostawił po sobie taką moc wrażeń, iż ich opis mógłby stanowić osobisty tekst. 

 


Piątkowy dzień był najbogatszym dniem festiwalowym – zarówno w ujęciu ilościowym (aż pięć setów), jak i przede wszystkim jakościowym. Na jego początek ad hoc trio w składzie: Patryk Daszkiewicz (taśmy, elektronika analogowa), Pere Xirau (preparowany small drum kit) i Àlex Reviriego (kontrabas). Kolejny na festiwalu elektroakustyczny spektakl błyskotliwie balansował między dronowym pasażami, a niemal post-industrialną rytmiką, która także była ważnym elementem koncertu.

Kolejne kilkadziesiąt minut na dragonowej scenie oddane zostało we władanie Bilianie Voutchkovej. Bułgarska skrzypaczka z Berlina najpierw zaprosiła nas na performatywne … słuchowisko! Preparowane skrzypce, głos, szumiące „speakers” i Lena Czerniawska, która recytowała swoje poezje zarówno w formule live, jak i odtwarzała wcześniej przygotowane materiały dźwiękowe, lepione potem w intrygujące pętle. W drugiej części Lena zajęła się grafiką realizowaną na żywo, Biliana zaś zaprosiła na scenę Vasco Trillę. Zagrali kilkunastominutowy set świetnie skomunikowanych improwizacji, który należałoby skomentować pytaniem retorycznym - kto brzmiał na scenie bardziej spektakularnie.

Trzeci, a tak naprawdę czwarty set wieczoru przypadł w udziale kolejnej formacji ad hoc, tym razem całkowicie dętej. Flety Zofii Ilnickiej, saksofony Toma Chanta i Michała Biela, kreatywność każdego z artystów, wreszcie świetna komunikacja wewnętrzna sprawiły, iż doświadczyliśmy jednej z najbardziej udanych chwil festiwalowych. Posadowiona na środku sceny flecista zdawała się rozdawać karty, raz za razem wypuszczając saksofonistów ku stromym podjazdom i karkołomnym zjazdom. Ci radzili sobie perfekcyjnie, zwłaszcza w momencie, gdy jednocześnie sięgnęli po saksofony sopranowe.

Final piątkowego wieczoru i kataloński Phicus – festiwalowy headliner Ferran Fages na gitarze, Àlex Reviriego na kontrabasie i Vasco Trilla na perkusji. Muzycy grają ze sobą w tym składzie prawie 6 lat, nagrali cztery plyty, ale te dźwięki, które zaserwowali nam w Dragonie być może były najlepszymi momentami w dotychczasowej historii tria. Tę śmiałą tezę potwierdzili także same artyści. Wybuchowa gitara, która z czasem nabrała niebywale psychodelicznego posmaku, kreatywny na każdym etapie seta kontrabas i perkusja, która eksplodowała jakością szczególnie w najbardziej dynamicznych momentach koncertu. Od mrocznego post-ambientu, po ścianę post-rockowego hałasu, i z powrotem! Phicus był wszędzie!

 


Sobotni koncert otwarcia, to ad hoc kwartet: Pere Xirau (preparowany small drum kit), Michał Biel (saksofon barytonowy i sopranowy), Eric Bauer (elektronika) oraz Mateusz Rybicki (klarnet i saksofon tenorowy). Muzycy po kilku rozpoznawczo-badawczych frazach ochoczo wzięli się do pracy i dość szybko, niesieni temperamentem saksofonistów, osiągnęli niemal free jazzowy szczyt. Potem improwizacja stała się bardzo skupiona, płynęła długimi pasażami, które świetnie łączyły akustyczne preparacje i niebanalną, kreatywną elektronikę.

Drugi sobotni set zapowiadany był jako najgłośniejszy punkt festiwalowego programu i tak też się stało w istocie. Kolejne trio z Barcelony – Isysxae - nie może pochwalić się jeszcze dorobkiem godnym Phicusa, ale w dragonowej formie śmiało może dożyć starości. Ferran Fages na gitarze, tu jeszcze głośniejszej niż dzień wcześniej, mocno pracującej na sprzężeniach i atonalności, dziki, free jazzowy saksofon tenorowy, a potem sopranowy w rękach Toma Chanta i masywna, gęsta, ale niepozbawiona niuansów brzmieniowych perkusja Pere Xirau. Choć muzycy stawiali w trakcie 35-minutowego seta na intensywność, w jego trakcie nie brakowało momentów kompulsywnego tonowania emocji.  

Po dźwiękowym horrorze Isysxae nasze uszy pragnęły czegoś bardziej subtelnego i tak też się stało w secie przedostatnim dnia ostatniego. Carina Khorkhordina – trąbka oraz Eric Bauer – akcesoria elektroakustyczne zaprezentowali nam coś na kształt niemal teatralnego performance’u, w którym dźwięk nie był wcale elementem najważniejszym. Czasami zdawał się być jedynie tłem dla artystowskich akcji, ruchów na scenie i zabawy przedmiotami. Część publiczności kupiła ten gig masywnymi oklaskami, część zachowała pewną wstrzemięźliwość w projekcji zachwytu.

Finałowy koncert festiwalu, to sygnalizowany na wstępie Desarbres Ensemble w składzie: Ferran Fages (kompozytor i nieruchomy dyrygent), Tom Chant – saksofon sopranowy, Carina Khorkhordina – trąbka, Michał Biel – saksofon barytonowy, Mateusz Rybicki – klarnet i Àlex Reviriego – kontrabas. Minimalistyczna epopea dźwięku i ciszy była doskonałym podsumowaniem szóstej edycji festiwalu – koiła nerwy po pokaźnych porcjach wspaniałego hałasu, była definitywnie performatywna i wspaniale wciągnęła do gry – czasami mimochodem – także publiczność. Ta ostatnia w tym roku dopisała, choć dziwnym zrządzeniem losu najmniej liczna była w trakcie ostatniego dnia, który miał przecież miejsce w samym środku jesiennego weekendu.

 

Zdjęcia produkcji własnej, pozbawione praw autorskich:

1) Zosia, Alex & Timothee

2) Tom, Zosia & Michał

3) Isysxae: Ferran, Tom & Pere


*) raport ukazuje się jednocześnie na łamach jazzarium.pl



piątek, 7 października 2022

Alex Ward and three fresh kicks! In one duo and two trios!


Brytyjski klarnecista i gitarzysta Alex Ward dostarcza nam właśnie trzy nowe płyty, idealnie pokazujące jego pasje, stylistyczne konotacje i niebywałą różnorodność w procesie komponowania i improwizowania.

Wszystkie prezentowane dziś twory edytorskie mają definitywnie demokratyczny charakter. W albumowych credits pojawiają się niekiedy kompozycje, ale kwintesencją każdej z płyt jest namiętna, prawdziwie dzika improwizacja. Oto przed nami kameralny duet, który potrafi kąsać niemal free jazzową energią i dwa tria śmiało sytuujące się na przecięciu free rocka, swobodnej improwizacji i mięsistego free jazzu. Na dwóch pierwszych albumach Alex sięga zarówno po klarnet, jak i gitarę, a na trzecim, mając u boku giganta brytyjskiego saksofonu barytonowego, koncentruje się wyłącznie na gitarze.

Z radością zaglądamy do wnętrza każdego z nich!

 


Dominic Lash & Alex Ward  Antonyms (Copepod, CD 2022)

Początek marca 2020 roku, Stowaway Studios, Londyn; Alex Ward – klarnet i gitara elektryczna oraz Dominic Lash – kontrabas. Pięć kompozycji (dwie pierwsze autorstwa Lasha, środkowa wspólna, dwie ostatnie Warda), 45 minut.

Początek albumu jest bardziej niż intrygujący. Zawieszone w czasie i przestrzeni preparacje smyczka i dziwne, piskliwe odgłosy, które dopiero po kilku chwilach uznajemy za dźwięki klarnetu. Najpierw frazy godne slow motion chamber, pchane do przodu leniwym pizzicato, potem nagły zwrot dramaturgiczny, aż do stanu niemal pre-freejazzowego. Nagranie uspokaja się w momencie powrotu smyczka i osiągnięcia marszowego tempa. Drugi utwór stawia recenzenta w pewnym rozkroku. Początkowe, zmysłowe, niemal post-barokowe frazy płyną do nas długimi, pięknie nasyconymi tłumionymi emocjami pasażami. Nagle w tym tyglu nieoczywistości pojawia się gitara, która w początkowej fazie brnie sprzęgającym się dronem, ale po chwili zaczyna rozsiewać jazzowy ferment i nakłania kontrabas do grania skocznego tematu zaczerpniętego z pięciolinii. W swej fazie schyłkowej narracja wpada w dość kolokwialną repetycję, ale udanie skrzy się rockowym spiętrzeniem i sięga po ciekawą dynamikę.

Kolejne dwa utwory zdecydowanie zapisujemy po stronie atutów albumu. Początek trzeciego, to smutny dialog smyczka i klarnetu. Muzycy wspinają się na wysokie wzgórze i nie stronią od dźwięków preparowanych. Narracja dość szybko nabiera zadziorności i targa naszymi emocjami od dołu do samej góry. Akcje imitacyjne, ale zaczepne, skoki w bok i dźwiękowe kuksańce. Kontrabas przechodzi w tryb pizzicato, dynamika rośnie, a narracja szczęśliwie unika jazzowych mielizn. Powrót smyczka wbrew pozorom dodaje jeszcze emocji - uderza po gryfie i ewidentnie zaczepia studzącą emocje gitarę. Początek czwartej opowieści kipi od niemal rockowych erupcji. Psychodeliczny background gitarzysty i doskonała robota kontrabasisty, który płynie zmysłowym pizzicato & arco. Muzycy zdają zmieniać podgatunki niczym przepocone rękawiczki. Jest sznyt jazzu, jest swąd rocka, ale finał tonie w kameralnym półmroku. Ostatni utwór zaczyna się bardzo nerwowo. Klarnecista pyskuje, kontrabasista szarpie za struny i drży z emocji. Gęsta opowieść ma swoje bystre tempo. Muzycy zdają się płynąć dość precyzyjnie zaplanowanym strumieniem dźwięków, ale ekspresji przybywa im z każdym krokiem. Tuż za rogiem niechybnie czai się free jazz! Samo zakończenie jest nawet zaskakująco taneczne, a cisza zostaje osiągnięta ostrym cięciem skalpela.



 

Deadly Orgone Radiation  Desecration Of Form (Copepod, CD 2022)

Koniec lipca 2018 roku, radiowy Nick Name Show, WFMU, Nowy Jork; Alex Ward – gitara elektryczna i klarnet, James Sedwards – gitara elektryczna oraz Weasel Walter – perkusja. Cztery improwizacje, prawie 39 minut.

Z triem DOR zdecydowanie przenosimy się do pieczary free rocka. Dwie nieźle harcujące gitary na przeciwległych flankach i masywny, dynamiczny, chwilami rockowy, niemal punkowy drumming. W początkowej fazie nagrania gitarzyści mają dużo swobodny, ale frazują dość podobnie i wydają się być mocno skoncentrowani na tym, by sprostać kompulsywnym akcjom perkusisty, który trzyma flow wyjątkowo silną ręką. Gdyby w tym gronie pojawił się jeszcze basista, mielibyśmy niechybnie ultra rockowy walec. Druga opowieść dodatkowo podkreśla dynamiczne walory pierwszej odsłony. Rytm wybijany perkusyjnymi pałeczkami, dwie hałasujące gitary, z których jedna pachnie post-bluesem, druga przypomina noise rockową brzytwę Steve’a Albiniego. Gitarzyści najpierw skoczą tu na niezłą wysokość, a potem, po stłumieniu dynamiki przez drummera, uciekają w intrygujące preparacje, zdobione talerzowymi ornamentami. Sam finał płonie w ogniu gitarowych sprzężeń i perkusyjnych eksplozji.

W kolejnych dwóch improwizacjach Alex sięga po klarnet, dzięki czemu jakość improwizacji wspina się na jeszcze wyższy poziom. Trzecia odsłona na tle pozostałych, to niemal balladowe tempo, pozwalające artystom na pokazanie swojego wysokiego kunsztu. Początek zdaje się być zarówno post-psychodeliczny, jak i zmysłowy, oniryczny. Narracja często redukuje się tu do duetu gitary i klarnetu, a dyscyplina dramaturgiczna temperamentnego perkusisty budzić musi spory podziw. Intensywność nagrania faluje, jest miejsce na szybkie incydenty solowe, a całość śmiało zaliczyć możemy do albumowego opus magnum. W czwartej części jakości też nie brakuje, a artyści powracają do niemal free jazzowej furii. Agresywna gitara, roztańczony klarnet i perkusja, która nie bierze jeńców z jednej strony, ale i pewna lekkość, gibkość całości z drugiej. Emocje skaczą tu do samego nieba, obserwujemy dużo imitacji na linii gitara-klarnet, a dynamiczne tempo trzyma w ryzach improwizację niemal do ostatniego dźwięku.

 


Alan Wilkinson, Alex Ward & Jem Doulton  Wilkinson Ward Doulton (Shrike Records, CD 2022)

Koniec stycznia 2020 roku, Sam and Rachel's, zapewne w Londynie; Alan Wilkinson – saksofon altowy, barytonowy i klarnet basowy, Alex Ward – gitara elektryczna oraz Jem Doulton – perkusja. Cztery improwizacje, 54 minuty.

Alex Ward i Jem Doulton od dawna muzykują w duecie, które ongiś zwinnie zatytułowali Dead Days Beyond Help. W swych improwizowanych podróżach, pełnych rockowej ekspresji napotkali jakiś czas temu na mięsiste, free jazzowe saksofony Alana Wilkinsona, dzięki czemu popełnili koncert, który winien zadowolić niejednego fana ognistej muzyki, niezależnie od konotacji gatunkowych. Przy okazji zasłużyli też na miano pełnokrwistego power trio! Start pierwszej improwizacji potwierdza zasadność epitetu, jakim obdarzyliśmy muzyków w poprzednim zdaniu – na raz, z okrzykiem na ustach! Histeryczny alt, siarczysta gitara i stawiająca ołowiane stemple perkusja, to elementy składowe tego szaleństwa. Rockowy swąd, free jazzowe podmuchy i drumming, korty nie musi stawić na moc, by budować dobre emocje. W tym zestawie do ściany dźwięku wiedzie wyjątkowo krótka droga, a soczyste riffy, skąpane w saksofonowym sosie, smakują tu wyjątkowo dobrze. W drugiej opowieści muzycy dość długo ukrywają swoje zamiary. Początek skrzy się jazzem i psychodelicznym sznytem gitary. Wejście w fazę kipieli dzieje się głównie za przyczyną perkusji. Znów na skok w ogień potrzeba tu ledwie kilku chwil. Gitara staje w płomieniach i daje radę zagłuszyć gotujący się saksofon barytonowy! Narracja bucha fajerwerkami, ale to saksofon sprawia, iż wychodzi na prostą i szuka mniej intensywnych rozwiązań. Druga część najdłuższej na płycie improwizacji zdaje się być najlepszą częścią albumu. Świetną zmianę daje tu baryton, który nie musi już uciekać przed ścianą dźwięku gitary. Ta ostania też stawia na brzmieniowe subtelności.

W trzeciej improwizacji pojawia klarnet basowy, które w duecie z perkusją introdukuje narrację. Początek iście balladowy, podkreślany onirycznie brzmiącą gitarą, ale już po kilku pętkach emocje rosną, a wraz z nimi dynamika nagrania. Jazzowa narracja szybko zapełnia się rockowymi riffami, ku górze skacze też poziom natężenia dźwięku. Klarnet basowy nie daje się tak łatwo zepchnąć ze sceny. Zakończenie świetnej ekspozycji zdobią jego pomrukiwania i gitarowa repetycje. Finałowa improwizacja w swej fazie początkowej zaskakuje brzmieniowymi niespodziankami. Znów wiele dobrego płynie z tuby barytonu. I to ten instrument staje na czele bardziej intensywnej fazy utworu. Połamany rytm i rockowe riffy sprawiają, iż ekspresyjna kipiel staje u bram! Koncert gaśnie w mroku gitarowych sprzężeń.

 


wtorek, 4 października 2022

Last call for Fast Forward 6. Spontaneous Music Festival, 6-8 października 2022!


Szósta edycja poznańskiego Spontaneous Music Festival knocks to the heaven doors! Już za 48 godzin z drobnym okładem na scenie Dragon Social Club pojawi się pierwszy artysta, by dać bezwzględnie wspaniały początek trzydniowego święta muzyki improwizowanej i … awangardowej (jak organizatorzy, w ostatniej chwili, zdążyli dopowiedzieć w jednym z radiowych spotów anonsujących imprezę).

O wydarzeniu tym na łamach Trybuny powiedzieliśmy już chyba wszystko. Zatem dziś tylko drobne przypomnienie programu, danych festiwalowej stopki, a także – dla tych nielicznych, którzy lubią jeszcze czytać – wybór linków do tekstów opisujących czerstwymi metaforami Pana Redaktora wyczyny muzyków, jacy wystąpią w tym roku na festiwalowych deskach, a także linki do poprzednio upublicznionych informacji prasowych o wydarzeniu.

Reasumując: muzycy z drodze (nikt nie zgłasza covidowych objawów!), budżet imprezy trzeszczy w szwach (cenny zdaje się być każdy zakupiony przez Was bilet i karnet - wszystkie dostępne w linku podanym w dalszej części tego tekstu), organizatorzy pełni werwy i niecierpliwości.

Zapraszamy najserdeczniej !!!!

 


Fast Forward 6. Spontaneous Music Festival

6-8 października 2022

Dragon Social Club, Zamkowa 3, Poznań, Polska, Europa, Świat

 

Czwartek 06.10. Start 19:00

Set. 1 Vasco Trilla solo

Set. 2 Ad Hoc: Àlex Reviriego / Zofia Ilnicka / Timothée Quost

Set. 3 Timothée Quost / Benjamin Whitehill / Laure Boer

Piątek 07.10. Start 18:00

Set. 1 Ad Hoc: Patryk Daszkiewicz / Pere Xirau / Àlex Reviriego

Set. 2 Biliana Voutchkova / Lena Czerniawska

Set. 3 Ad Hoc: Biliana Voutchkova / Lena Czerniawska / Vasco Trilla

Set. 4 Ad Hoc: Zofia Ilnicka / Tom Chant / Michał Biel

Set. 5 Phicus: Àlex Reviriego / Vasco Trilla / Ferran Fages

Sobota 08.10. Start 18:00

Set. 1 Ad Hoc: Pere Xirau / Michał Biel / Eric Bauer / Mateusz Rybicki

Set. 2 Isysxae: Tom Chant / Ferran Fages / Pere Xirau

Set. 3 Carina Khorkhordina / Eric Bauer

Set. 4 Desarbres Ensemble: Ferran Fages (dyrygentura), Tom Chant, Carina Khorkhordina, Michał Biel, Mateusz Rybicki, Àlex Reviriego

 

Linki DO CZYTANIA:

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2022/09/the-barcelona-new-outfit-slight-deform.html

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2022/04/known-detractors-isysxae-two-noisey.html

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2021/03/the-liquid-phicus-reviriego-and-trilla.html

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2020/12/phicus-radium-trio-and-duo-from-grey-to.html

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2019/05/phicus-martin-kuchen-sumpflegende.html

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2017/12/phicus-short-view-after-tour-events.html

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2017/03/biliana-voutchkova-w-szponach.html

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2016/11/biliana-voutchkova-modus-of-raw-violin.html

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2022/07/fast-forward-6-spontaneous-music.html

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2022/09/fast-forward-6spontaneous-music.html

 

Bilety: I dzień - 60 zł, II dzień - 70 zł, III dzień - 70 zł. Karnety – 160 zł

Do kupienia tutaj >>> https://tiny.pl/wh2tq

Organizatorzy: Trybuna Muzyki Spontanicznej / Dragon Social Club / Fundacja Mały Dom Kultury

Partner: kupbilecik.pl

Patroni medialni: Radio Afera, Radio Kapitał, Glissando, Jazzarium.pl

Festiwal dofinansowano ze środków budżetowych Miasta Poznań. #poznanwspiera



piątek, 30 września 2022

TOC means Ternoy, Orins and Cruz and they Did It Again!


Mniej więcej rok temu zastanawialiśmy się w gronie redakcyjnym, co by się stało, gdyby muzycy grupy The Doors po śmierci Jima Morrisona postanowili kontynuować karierę rockowego bandu, który stawia wyłącznie na improwizację. Działo się to przy okazji formułowania materiałów promocyjnych, związanych z piątą edycją Spontaneous Music Festival, w kontekście zaś tego, co ma do zaoferowania, zaproszone na tamten fest francuskie trio Toc. W jego bowiem składzie odnajdujemy Fender Rhodes z klawiaturą basową, gitarę elektryczną i perkusję, czyli zestaw wyjęty na wprost z historii legendarnej grupy rockowej.

Koncert, jaki zagrali w ubiegłym roku w Dragonie po pierwsze potwierdził nasze stylistyczne skojarzenia, budowane na bazie znajomości dyskografii Francuzów, po drugie zaś – swą kosmiczną wręcz jakością improwizacji, ekspresji i dawki zdrowej, jakże kwaśnej psychodelii rzucił nas po prostu na kolana i kazał ogłosić ów spektakl jednym z najważniejszych wydarzeń festiwalowych w ujęciu jak najbardziej historycznym.

Dziś ów fantastyczny koncert sprzed roku powraca do nas na płycie kompaktowej! Naszą radość multiplikuje fakt, iż dzieje się to w towarzystwie trzech innych koncertów tria – dwóch poczynionych kilka dni później po Dragonowym evencie i tego trzeciego, stanowiącego reedycję pierwszej płyty Toc, zawierającej koncert z roku 2008. Zupełnie przy okazji dodajmy, iż czteropłytowy album ma charakter rocznicowy, albowiem Jérémie Ternoy, Peter Orins i Ivann Cruz po szyldem Toc kończą właśnie piętnasty rok życia. Z migotaniem przedsionków zaglądamy zatem do boxu, szczegółowo omawiając każdy z wieczorów – poznański, budapeszteński i dwa z francuskiego Lille, terytorialnej bazy grupy, jak i wydawnictwa Circum-disc, któremu kibicujemy od stuleci.

 


Dragon

Szmery ze sceny zwiastują początek spektaklu, łechtają narządu słuchu, ale od samego początku budzą niepokój. Perkusjonalne świecidełka, mrok zawieszonego klawisza fendera i mikro preparacje na gryfie gitary kreują oniryczny kosmodrom potencjalnych rozwiązań dramaturgicznych. Narracja właściwa rodzi się nad wyraz leniwie. Drobne, ciepłe frazy piana, dub z gitarowych przetworników i perkusja, która stopą stara się nadać kierunek tym narracyjnym przedbiegom. Wewnętrzny rytm budują wszyscy artyści, każdy dokłada cegiełkę, by baza nadchodzącego szaleństwa miała solidne podstawy. Wiele zależy tu od zmysłu organizacyjnego Orinsa, z kolei Cruz i Ternoy zdają się mieć carte blanche na improwizowane wycieczki w nieznane. Mrok zaczyna łapać drive, a emocje przyczajone na podłodze zdają się unosić w powietrzu, jak dym na rockowym koncercie. W okolicach 8 minuty improwizacja wydaje się być uformowana w strumień dźwięków, które znają kierunek dalszej marszruty. Dużo w tej kwestii do powiedzenia ma basowe piano, które pokręconą strugą mocy wije się pomiędzy dźwiękami pozostałych instrumentów. Oleista masa rock & impro, psychodancing & crying! Połamany rytm, smolista struga fendera i gitara, która czerpie inspiracje do improwizacyjnych szaleństw z każdego źdźbła intrygi, napotykanego na scenie. Altered states of improvisation mają tu tysiące twarzy, ale kontakt z podłożem zdaje się posiadać jedynie rozdygotany połamanym rytmem drummer.

Tuż po 20 minucie koncertu muzycy włączają inny tryb narracji. Najpierw huragan dźwięków zdaje się rozlewać nieco szerszym korytem, pojawiają się ambientowe plamy i swąd delikatnie przepalonych kabli, potem – po mniej więcej trzech minutach – narracja rzeczywiście hamuje. Wszystko zaczyna pulsować w trybie stand by, a każdy z muzyków dokładać garść preparowanych fraz. Post-rockowa śmierć syci opowieść mnóstwem brzmieniowych subtelności. Prym wiedzie w tym szczególnie pianista. Po kilku kolejnych minutach sonicznych dywagacji następuje nowe rozdanie. Narracja przybiera intrygującą powłokę doom rocka. Gitara na wydechu, piano w repecie, perkusja bijącą rytm, jakby zwoływano stado bawołów na rykowisko. Kwas leje się tu każdym możliwym strumieniem, opowieść dygocze nerwowo, pęcznieje, syczy niczym zraniony tygrys. Ostatnie trzy minuty, to efekt zdjęcia nogi z gazu przez każdego z muzyków. Improwizacja umiera w mroku zapomnienia, ale emocje wciąż buzują.

 

Lumen

Start budapeszteńskiego koncertu wydaje się być dość podobny w klimacie do tego sprzed czterech dni. Strumień filigranowych, mrocznych plam z brzmieniem gitary, które przypomina zdewastowaną bałałajkę. Artyści ślą ku nam dużo dźwięków, nie stronią od ambientowego tła. W czwartej minucie z woli perkusyjnej stopy, fenderowych i basowych klawiszy pojawiają się pierwsze próby formowania narracji. Znów proces ten przebiega dość leniwie. Gitara szuka onirycznych plam, piano snuje delikatne wątki syntetyczne. Muzycy szukają fussion jazzu bazując na niskiej stopie i wysokim frazowaniu pozostałych instrumentów. Rodzący się, jak zwykle kanciasty rytm perkusji sprzyja poszukiwaniom i skokom w bok. W trakcie tych akurat zabaw z dźwiękiem słyszymy coś na kształt zniekształconego wokodera. Tempo wszakże rośnie, a rockowe wtręty gitary dodatkowo stymulują dynamikę i poziom emocji. Podobnie jak w Poznaniu, tuż po 20 minucie koncertu muzycy fundują nam efektowne spiętrzenie, tu jeszcze silnie zdobione post-rockowym mięsem. Sam jednak proces studzenia narracji wygląda inaczej. Perkusja nie traci swej pierwotnej aktywności, gitara i fender uciekają na kilka chwil w dubowe przestrzenie, ale improwizacja dość szybko nabiera chwilowo utraconej mocy.

Nowy wątek formuje się bardzo sprawnie, jest rozhuśtany, soczyście kwaśny i w mgnieniu oka nabiera dynamiki. Kilka doskonałych momentów ma tutaj pianista, który wprost kipi pomysłami. Skuteczne hamowanie przydarza się muzykom dopiero po 33 minucie. Piano wisi w powietrzu z dubowym echem, gitara stylowo sprzęga się, a puls perkusji (znów nie bez posmaku doom rocka) definitywnie zwalnia. Basowe pasmo wciąż pulsuje, ale gitara zaczyna charczeć, jakby jej wzmacniacz tracił brzmienie. Narracja przypomina tu stojący w miejscu walec drogowy, który drży i czeka na dodatkowe zasilanie. Dramaturgiczny koniec rozpoczyna się tuż przed początkiem 40 minuty. Beat przygasa, a wokół niego rozpływa się plama cuchnącego dark ambientu.

 

Base

Po kolejnych czterech dniach muzycy zjeżdżają do bazy, czyli rodzinnego Lille. Grają koncert, w trakcie którego pozwalają sobie na jeszcze więcej szaleństwa. Ale po kolei! Początek typowy dla tej serii koncertów – mroczne oddechy gitary i fendera, szum amplifikatorów i dźwięczne perkusjonalia, w tle dość delikatna powłoka ambientu. Intro wydaje się tu być nieco dłuższe niż w Poznaniu i Budapeszcie. Perkusja zaczyna pracować stopą dopiero po pięciu minutach, a flow tak naprawdę rusza z miejsca po kolejnych pięciu minutach. W tak zwanym międzyczasie napotykamy na mnóstwo urokliwych drobiazgów, głównie ze strony gitarzysty. Ten ostatni sprawia wrażenie człowieka, który wyszedł na scenę z wyjątkowo wysokim poziomem adrenaliny. Skacze na boki, wraca do głównego nurtu, wciąż dając partnerom dodatkowe impulsy do działania. W Lille muzycy idą w tango mając w rękach naprawdę ostre przedmioty! Emocje skaczą jak słupek rtęci w upalne popołudnie. Masywny rytm i dwie strugi gęstego post-ambientu szyją tu zmysłowy potok dźwiękowych stygmatów. Gitara kołysze się między jazzem, a rockiem, fender nie pozostaje jej dłużny, a progresywny drumming dopełnia obrazu masowej histerii.

Tymczasem narracja pętli się i nabiera intensywnej kwasowości. W okolicach 25 minuty muzycy stają w miejscu, ale huk ich armat wciąż daje się we znaki. Gitara sprzęga się, fender chlusta post-rockiem, a perkusja buduje przełomy. Najgłośniejszy odcinek całego boxu zdaje się być właśnie naszym udziałem! Bez zbędnej zwłoki perkusja przechodzi teraz w tryb doomowy, a pozostałe dwa instrumenty zaczynają zionąć ogniem soczystego, głośnego rocka. Hałas płynie tu z każdego zakątka sceny. Solo gitary ucieka od kwasu w kierunku czystszego frazowania. Fender czyni to samo, a perkusja kłębi się w sobie i kipi od emocji. Tłumienie improwizacji następuje już w okolicach 35 minuty. Gitara szuka jazzu, a fender powietrza do życia. Definitywnie ginie też kwasowy posmak. Zakończenie koncertu odbywa się pod dyktando gitary, która nawet na ostatniej prostej funduje nam mikro spiętrzenie.

 

Le Gorille

Na osi czasy cofamy się do roku 2008, ale pozostajemy na scenie w Lille. Toc, wtedy jeszcze w fazie prenatalnej, zaprasza nas na koncert, który nieco różni się od współczesnych, choćby tych ubiegłorocznych eksplozji. Niesie ze sobą mnóstwo smaczków, ale też pokazuje, że droga do doskonałości bywa niekiedy najeżona wieloma zakrętami. Oczywiście improwizacja zaczyna się w mrocznej ciszy oddychającego wzmacniacza, ale od niemal samego początku wydaje się być budowana jazzowymi atrybutami z intensywnym posmakiem fussion, doposażana na każdym etapie rozwoju sporą dawką melodyjnych fraz gitary i piana. Już w trybie rozwiniętym flow skrzy się dubowym echem, elektroakustycznymi pulsacjami i występującymi raz za razem, post-rockowymi ogniskami zapalnymi. Tempo dyktowane obsesyjnym wręcz rytmem, budowanym nie tylko przez perkusję, wynosi opowieść na dość efektowny szczyt, a samo hamowanie następuje jeszcze przed 20 minutą koncertu, udanie przyozdobione plejadą preparowanych dźwięków.

Kolejna faza koncertu tonie w spokojnych pląsach piana, drobnych eksperymentach gitary i zawieszonym drummingu. Po pewnym czasie opowieść zaczyna pęcznieć silnie stymulowana jazzowymi akcjami. Emocje rosną, całość smakuje stylowym jazz-rockiem, w którym trudno jednak doszukać się odczynu bardziej kwasowego. Flow nadyma się, udanie szuka przestrzeni, ale niespodziewanie gaśnie, przenosząc muzyków i publiczność w dość krępującą strefę ciszy. Małe rozdroże dramaturgiczne nie trwa jednak zbyt długo. Ciekawie frazuje gitara, która szyje długie frazy i syci je niemal harshowym brzmieniem. Z kolei piano, wyposażone w sporą dawkę melodyjności, z uporem maniaka powtarza frazy. Finał koncertu jest bardzo efektowny, zdaje się być jego najlepszym momentem. Faza końcowego tłumienia narracji praktycznie tu nie występuje. Muzycy cisną na gaz niemal do ostatniej sekundy swojego występu. 

 

Toc Did It Again (Circum-disc, 4 CD 2022). Jérémie Ternoy - Fender Rhodes, piano basowe, Ivann Cruz – gitara elektryczna oraz Peter Orins – perkusja. Nagrania koncertowe: (CD1) 2 października 2021, Spontaneous Music Festival, Dragon Social Club, Poznań; (CD2) 6 października 2021, Lumen, Budapeszt; (CD3) 10 października 2021, Festival la malterie, Lille; (CD4) 28 luty 2008, la malterie, Lille (reedycja). Każdy koncert podany w jednym strumieniu dźwiękowym (ale ostatni w trzech trakach), czas trwania odpowiednio - 41:11, 41:42, 43:42, 40:36.



wtorek, 27 września 2022

Biliana Voutchkova’ DUOS2022: Susana Santos Silva and Joanna Mattrey!


Artystyczny pomysł Biliany Voutchkovej na rok bieżący nazywa się DUOS2022 i jak nie trudno wydedukować, jest zbiorem duetów artystki, które skrzętnie publikuje korzystając z gościnności amerykańskiego labelu Relative Pitch Records. Nagrania bułgarskiej skrzypaczki ukazują się w formie plików elektronicznych w miarę systematycznie. Dziś czeka nas prezentacja dwóch kolejnych duetów – z portugalską trębaczką Susaną Santos Silva i amerykańską altowiolinistką Joanną Mattrey. Przypomnijmy, iż pierwsze dwa duety ukazały się na wiosnę, a partnerami skrzypaczki byli perkusista Michael Zerang i wiolonczelistka Leila Bordreuil.

Dodajmy przed odczytem i odsłuchem, iż Biliana będzie gościem szóstej edycji Spontaneous Music Festival, który rozpocznie się w czwartek, 6 października w poznańskim Dragonie.



 

Bagra with Susana

Jak to zgrabnie określiła skrzypaczka w albumowym liner notes, artystki z dużą energię weszły do studia nagraniowego i na jednym oddechu zagrały dwie długie, bogate w wydarzenia improwizacje. Klasa obu Pań jest powszechnie znana, ale trzeba dodać, iż w trakcie ich pierwszego muzycznego spotkania poziom synergii i wzajemnej komunikacji przyjął wartości doprawdy ekstremalne. Efekt po prawdzie kładzie nas na kolana i wyznacza najlepszy, jak dotychczas, epizod cyklu DUOS2022!

Od samego początku pierwsza, ponad 30-minutowa improwizacja charakteryzuje się całkiem dynamicznymi parametrami. Smyczek ślizga się po strunach, trąbka rytmicznie oddycha, a narracja zdaje się być równie śpiewna i melodyjna, jak i zadziorna, odrobinę bezczelna. Artystki doskonale panują nad dramaturgię. Ślą nam kameralne drony, sycą improwizację preparacjami, ale prowadzą opowieść niemal tanecznym krokiem. Gdy trzeba, wdychają opary pogłosu i płyną wysokim wzgórzem. Chętnie tkają pajęczynę dźwięków z drobnych fraz, ale nie boją się też dłuższych pociągnięć pędzlem. Gdy Susana przez moment zostaje sama i szuka trudniejszych fraz, riposta Biliany, to efektownie rezonujące struny i zmysłowe westchnienia. Gdy ta druga szyje kilka samotnych, rzeżących sekwencji, ta pierwsza ucieka w błękitny ambient. Narracja ma tu także swoją urokliwą fazę szumów i szelestów, niemal imitacyjnych w brzmieniu. W środkowej fazie seta artystki fundują nam kilka zaskakujących fonii – głosy, pogwizdywania, granie na samym ustniku i … brzmienie inside piano! Odnajdują także ciszę płynąc imitacyjnymi dronami. Samo zakończenie pierwszej improwizacji zdaje się być delikatnie slapstickowe – słyszymy dźwięki czegoś, co przypomina pozytywkę, posuwiste szorowanie strun matowym smyczkiem, a także głosy, których pochodzenia nie jesteśmy w stanie zdiagnozować.

Druga improwizacja trwa prawie 25 minut, a budowana jest z ogromnym pietyzmem, dbałością o niuanse brzmieniowe i co do zasady, w trybie zdecydowanie mniej dynamicznym. Garść short-cuts, mgliste pulsacje, dźwięki stojące w miejscu, jak wojsko w trakcie hymnu. Narracja właściwa rodzi się tu niemal samoczynnie, nabiera pewnych cech rytmicznych, ale wciąż prowadzona jest w bezpośrednim towarzystwie ciszy. Artystki szukają ekspresji, ale toną w powodzi efektownych drobiazgów. Znów pojawiają się dźwięki piana, najpierw w formule inside, potem także wprost z czarnej klawiatury, także tygrysie westchnienia, świszczące wentyle i obiekty na strunach. W połowie seta na moment stajemy w gęstej ciszy. Potem natrafiamy na coraz bardziej niespodziewane zdarzenia. Jakbyśmy słyszeli okarynę, kilka tajemnic dokłada też budujące tło piano. Zupełnym jednak zaskoczeniem jest moment, w którym Susana i Biliana, mając do dyspozycji czysto brzmiącą trąbkę i całą klawiaturę fortepianu zaczynają frazować cool-jazzowo! Ballada o piątej nad ranem po czasie intrygująco gubi wątki i podprowadza nas pod piękną, finałową ekspozycję. Tu obie Panie śpiewają smutną melodię, którą barwią odrobiną zabrudzonych fraz. Na ostatniej prostej słyszymy już tylko oddechy trębaczki i stukanie smyczka o gryf martwych skrzypiec.



Like Thoughts Coming with Joanna

Drugi z duetów powstał, przynajmniej na poziomie konceptualnym, wedle zupełnie innej recepty niż into one breath. Skrzypaczka i altowiolinistka zagrały na potrzeby tego albumu sporo wyciszonych fraz, generowanych jakby na wdechu, skupionych i bardzo często wykorzystujących brudne, matowe dźwięki. Dodatkowo okraszone one zostały dość rozbudowanym wątkiem field recordings, jakie Biliana zarejestrowała w ogrodzie znajomych, usytuowanym w mieście, gwarantującym zatem mnogość doznań fonicznych, które mogły intrygująco skorelować się z duszącymi improwizacjami dwóch instrumentów strunowych. Oto konceptualna improwizacja, której odsłuch wymaga skupienia i z pewnością wytłumienia emocji chwili.

Pierwsza odsłona albumu trwa ponad siedemnaście minut i zdaje się być wyznacznikiem jakości całej ekspozycji, złożonej z akustycznych dźwięków instrumentalnych i odgłosów otoczenia. Początkowo artystki serwują nam drobne fragmenty dźwiękowe, każde odmiennie instrumentalizowane, które przedzielane są odgłosami ogrodu, miasta, ptactwa i innych materii ożywionych i nieożywionych. W dalszej części nagrania najpierw proponują nam kilka urokliwych pasaży granych w estetyce post-baroku, a może nawet post-renesansu. Potem przechodzą do fazy dźwięków preparowanych, cały czas sprawiając wrażenie, iż szukają kontraktu fonicznego z odgłosami natury, jakby były częścią tego środowiska akustycznego. Jęki, piski i lamenty czasami przypominają tu zgraję dachowców, która czeka na ludzkie zainteresowanie. Na starcie drugiej części dźwięki altówki i skrzypiec przypominają zabawę w uderzanie sztućcami o kuchenny stół, na którym drżą metalowe naczynia. Artystki fundują nam teraz plejady zniekształconych dźwięków, czasami wręcz nieprzyjaznych, ale podają je w trybie niemal medytacyjnym, sprawiając, iż szorstkość dźwięków zostaje tu wzięta w dramaturgiczny nawias. Przypominają śpiew przez łzy, słowa cedzone przez zaciśnięte zęby.

Trzecia narracja znów trwa kilkanaście minut. Otwierają ją odgłosy otoczenia – ptaki i nadlatujący helikopter. Strings wstają tu z grobu i otrzepują się z brudnej ziemi. Matowe, tłumione frazy zdają się kołysać na wietrze i czekać na swój nieuchronny kres. Pod koniec opowieści czeka nas jednak niespodzianka. Frazy instrumentalne nagle zostają całkowicie oczyszczone z dźwięków field recordings i zaczynają płynąć do nas wyjątkowo szerokim korytem. W czwartej części artystkom znów udaje się nas zaskoczyć. Wszystko ponownie pachnie naturą, a z gryfów strunowców docierają do nas niemal kuchenne dźwięki, metalowe, skrzypiące, całkowicie niemelodyjne. Narracja stawia na suspens i budzi niemal egzystencjalną trwogę. Nagle frazy skrzypiec i altówki dostają silnego pogłosu, jakby zerwał się wieczorny wicher i całość opowieści ulega dynamicznego przyspieszeniu. Ów szczyt albumowej ekspresji nie trwa długo, ale stawia intrygujący znak zapytania w kontekście całego albumu. Na koniec tej części pojawiają odgłosy rozmowy kobiety i mężczyzny. Podobne fonie są elementem składowym ostatniej opowieści. Tu dźwięki instrumentów wydają się być szczególnie wymęczone, jakby wytargane z pudeł rezonansowych wbrew woli artystek. Samo zakończenie przypomina balansowanie na linie. Jakby tylko ludzkie głosy stanowiły tu realny wymiar narracji.

 

Biliana Voutchkova & Susana Santos Silva Bagra (Relative Pitch Records, DL 2022). Susana Santos Silva – trąbka, obiekty, Biliana Voutchkova – skrzypce, głos, fortepian, instrumenty perkusyjne, obiekty. Zarejestrowane w Kanitz Studio, Berlin, Maj 2021. Dwie improwizacje, 56 minut.

Biliana Voutchkova & Joanna Mattrey Like Thoughts Coming (Relative Pitch Records, DL 2022). Joanna Mattrey – altówka, Biliana Voutchkova – skrzypce, field recordings. Zarejestrowane w Kanitz Studio, Berlin, Maj 2022. Pięć improwizacji, 45 minut.