wtorek, 16 lipca 2019

Àlex Reviriego & Discordian String Ensemble! Subirana, Padrós & Pich! Like Contemporary Discordian Loves Improvisation!



Wenezuelski saksofonista El Pricto, szef barcelońskiego Discordian Records, to prawdziwy człowiek renesansu. Komponuje, improwizuje, kreuje niezliczone, jakże interesujące wydarzenia muzyczne. Jednym z najbardziej charakterystycznych wątków w jego przebogatej działalności wydaje się być wyjątkowa umiejętność wtłaczania muzyki współczesnej, czy awangardowej w ramy czasami bardzo swobodnej improwizacji. Jeśli chcielibyście sobie przypomnieć przykłady takich działań, warto sięgnąć choćby po wszystkie nagrania firmowane szyldem Discordian Community Ensemble (w tym także ostatnie Live at Tepekalesound, którym zachwycaliśmy się na tych łamach kilka tygodni temu).

Dziś przed nami dwa kolejne przykłady na to, jak Pricto, niczym Król Midas, wszystko czego się tknie zamienia w złoto. Najpierw jego pomysł na ansambl strunowy, gdzie Wenezuelczyk wciela się także w rolę dyrygenta, potem zaś swobodnie improwizowane trio, które siedzi jednak po kostki w muzyce współczesnej, a udział Pricto sprowadza się w tym wypadku do wyprodukowania i opublikowania nagrania.

A zatem – dwie najnowsze pozycje w katalogu Discordian Records i moc jak zawsze wyjątkowej muzyki! Przypominamy, iż płyty tego labelu dostępne są, poza skończoną liczbą przypadków, jedynie w formie plików elektronicznych.




Àlex Reviriego & Discordian String Ensemble Incerto For Doublebass And Strings

Klub Magia Roja w Barcelonie, połowa grudnia ubiegłego roku, a na scenie prawie sami nasi dobrzy znajomi: Àlex Reviriego na kontrabasie, Diego Caicedo na gitarze elektrycznej oraz piątka skrzypków - Jaime Del Blanco, Dani Pucha, Eva Monroy, Xesc Llompart oraz Pablo Albarrán. Trzy utwory autorstwa wszystkich muzyków, które ustrukturyzował i których wykonanie poprowadził El Pricto. Całość trwa 52 minuty i 17 sekund.

Incerto to klasyczna, włoska forma uprawiania muzyki, którą moglibyśmy określić jako niepewną (w dosłownym tłumaczeniu). Rolą dyrygenta jest utrzymywanie dramaturgii utworu w pewnych wcześniej nakreślonych ramach, podczas gdy każdy z muzyków dostaje dużą swobodę, co do sposobu jego wykonania, przy czym solista ma tu pełną dowolność (w naszym przypadku kontrabasista), pozostali zaś muzycy są delikatnie prowadzeni przez dyrygenta. Wszystko toczy się bardzo spontaniczne, a efekt końcowy jest miksturą improwizowanej, grupowej kompozycji, dyrygentury i całkiem wolnego grania. Oczywiście fundamentem sukcesu jest tu kreatywna komunikacja pomiędzy solistą, dyrygentem, a całą grupą.

Ruch Pierwszy. Banda rozjuszonych smyczków weryfikuje porowatość powierzchni strun – małe frazy, śmiertelnie pozbawione znamion melodii, sieją niepokój i budują grozę nieznanego. Na sygnał Maestro Pricto czereda strunowców rozpoczyna symfonię skowytu. W tle pętli się gitara z prądem, burczy kontrabas, na przedzie zaś śpiewają skrzypce, a ich pozorny klasycyzm zdaje się być brutalnie przypalony. Gęsty, wielowymiarowy flow, rodzaj zabrudzonej polirytmii, Święto Wiosny tuż po ataku nuklearnym, w połowie czwartej minuty całkiem już intensywny i nasycony emocjami. Sporo preparacji na strunach, które wchodzą we wzajemne interakcje. Po 6 minucie ciekawe pizzicato skrzypiec, które udanie konweniuje z gitarą – uśpionym, rockowym potworem. W toku rozwoju narracji kontrabas sunie bardzo niskim strumieniem, a skrzypce tańczą wokół niego z zaostrzonymi pazurami. Tuż przed końcem 8 minuty kolejne spiętrzenie – gitarowe przetworniki szumią i zgrzytają, skrzypce skaczą od podłogi po sam sufit, niczym stado lekkich bawołów, u boku kontrabasu, Króla Lwa. Gdy gitara przypomina zepsuty odbiornik radiowy, skrzypce stawiają na estetykę percussion. Gdy te drugie płyną upaloną melodyką, ta pierwsza milczy z wrażenia. Chocholi taniec śmierci! Filharmonia na sterydach! Muzycy cudownie łapią wiatr w szprychy. Gitara powraca w repetycji, zdziera skórę z małych strunowców, a całość w kipieli osiąga ostatni dźwięk.

Ruch Drugi. Grzmoty kontrabasu i akcenty percussion - wszyscy na scenie zdają się szukać wewnętrznego rytmu techniką pizzicato. Gitara okazuje się w tym dziele niezwykle pomocna. Akustyczna post-elektroakustyka żarzy się i skwierczy. W 5 minucie ansambl schodzi w oniryczną meta ciszę. Jedynie słuszne wysokie dźwięki budują piękną opowieść, która kwieciście narasta. Chór ptaków pozbawionych dziobów, skowyt egzystencjalnej pustki, strach przed lotem pozbawionym punktu docelowego. Brawo! Wejście w nową opowieść odbywa się na mosiężnych barkach kontrabasu. Preparacje zalewają całą podłogę, tuż nad nią stado strunowców epicko komentuje rzeczywistość zastaną. W 11 minucie krótka kipiel, która nie zmienia nic w zachowaniu kontrabasu – masywne drony ciężkiego powietrza wchodzą w rezonans z każdym napotkanym przedmiotem. Po kolejnej chwili niektóre skrzypce budują rytm, inne zwinnie preparują dźwięk, imitując kontrabas. Kontrapunkty, które zdają się nabierać energii kinetycznej. Finał Drugiego osiągany jest metodą brutalnego, ale jakże efektownego stoppingu.

Ruch Trzeci. Skrzypce in extenso, repetytywny taniec na zaciągniętym ręcznym. Symfonia kreatywnego minimalizmu. Kołyszący taniec dla złych chłopców. Po 120 sekundach do gry, u samego dołu fonii, wchodzi kontrabas, a całość narracji zaczyna przypominać zdeformowane Different Trains Steve’a Reicha. Flow ciągnie się masywnie ku górze. W 7 minucie jazzowa gitara staje mu w poprzek i pyta o zdanie. Kontrabas płynie pizzicato, skrzypce stroszą pióra, wystawiają na wiatr żylaste pazury. Po kilkudziesięciu sekundach gitara wchodzi w fazę preparacji, a na pozostałych strunach pojawia się garść akcentów perkusjonalnych. Opowieść gęstnieje, pomysłów przybywa w tempie geometrycznym. Nie brakuje hałaśliwych fonii, preparacji, a wszystkie one wydają się być posadowione na masywnym dronie smyczka kontrabasu. Skrzypce bez chwili zawahania osiągają artystyczny orgazm. Po 14 minucie piękne kontrapunkty gitary, sterowane zmysłem dramaturgicznym Pricto. Moc ładunków elektromagnetycznych osiada na głowach wszystkich uczestników koncertu. A potem już czas na zmysłowe tłumienie narracji – gitara i kontrabas biorą ten wątek na swój warsztat i doprowadzają ansambl tuż pod ścianę burzy oklasków!




Anna Subirana/ Pol Padrós/ Joan Antoni Pich  Brull's Bet

Pozostajemy w Barcelonie, ale przenosimy się do miejsca zwanego Sinestesia. Połowa stycznia ubiegłego roku i trójka muzyków: Anna Subirana – głos, Pol Padrós – trąbka i Joan Antoni Pich – wiolonczela. Cztery improwizowane utwory (być może z elementami predefinicji), 33 minuty i 11 sekund.

Hypnoidal. Opowieść rozpoczyna gadający, kobiecy głos - dźwięki dobywane techniką, którą moglibyśmy nazwać jako avant-scat. Wiolonczela podaje zadziorny, jazzowy półrytm szarpaniem strun, ale zaraz potem także smyczkiem. Trąbka brzmi na wejściu dość czysto, jakby stanowiła ostatni na scenie bastion chamber music, ale pierwszy zadzior dopada ją w mgnieniu oka. Muzycy zdają się zagęszczać narrację, ale trąbka zwinnymi interludiami burzy dramaturgię wydarzeń. Głos dławi się u nasady gardła, po czym zwinnie wdaje się w dialogi z kolegami – jeśli użylibyśmy określenia call & responce, nie bylibyśmy dalecy od prawdy. Wrzący ponadgatunkowy tygiel pomysłów! Zaraz potem krok w ciszę i odrobina sonorystyki. W 5 minucie pierwsza imitacja głosu i trąbki. Gdyby muzycy nie byli posadowieni na przeciwległych flankach, mielibyśmy duży problem z rozpoznaniem źródła dźwięku! Para idzie wysoko, cello dołem kreśli bardziej tonalną ekspozycję. 

Cataleptic. Z dna ciszy docierają do nas smutne pojękiwania trąbki, gwizd smyczka i rechot z gardła. Po 90 sekundach wiolonczelinowe kontrapunkty stylizują narrację porcją nowej ekspresji. Ale sama opowieść jakby nie chciała opuścić strefy ciszy. Kolejna ekspozycja call & responce, tym razem staje się udziałem głosu i cello. Śpiewająca trąbka snuje komentarz. W 5 minucie smyczek szuka baroku blisko podłogi, obie zaś flanki wchodzą w fazę ożywionej dyskusji. Po chwili śpiew pojawia się na ustach wszystkich, rzewny, molowy wedle wskazań strunowca. Akcja zdaje się gonić akcję, a kres tego szaleństwa wyznacza cisza po ostatnim dźwięku.  

Somnambulistic. Zmutowana trąbka znów u podnóża ciszy. Suche fonie z gryfu i głos, który znów na moment staje się … trąbką. Smyk ślizga się po strunach i buduje nową historię. Znów smakuje zagubionym w szumie chamber, a każdy ruch sceniczny poprzedza chwila refleksji. Cichy taniec na palcach, by nie spłoszyć zwierzyny. Trąbka i głos – znów jednym ciałem. Doskonałe reakcje, kolektywna zabawa. Po 7 minucie rytmiczne szlifowanie strun wiolonczeli buduje nowy wątek. Trąbka wchodzi w dialog, głos milknie na dłuższą chwilę. Na finał tej części ten ostatni powraca i czyni już wyłącznie same cuda – krzyczy, recytuje, jęczy i śpiewa!

Return To Wakefulness. Trębackie solo na otwarcie finałowej części koncertu – palce wiolonczelisty krążą wokół gryfu, avant-scat powraca. Narracja nabiera tempa, niczym pierwsza improwizacja. Zadziorne frazy, energia, pulsacja, tańce i swawole, także w konwencji call & responce. Imitacje na flankach, kilka szarpnięć strunami – muzycy szukają zakończenia rozrzedzając flow narracji. Czynią to po mistrzowsku, zatem moc oklasków tuż po wybrzmieniu dalece uzasadniona.

czwartek, 11 lipca 2019

Ricardo Arias! Santiago Botero! Kim Myhr! Contrived!



Nowa, intrygująca muzyka improwizowana powstaje dokładnie w każdym zakątku świata. Trybuna stara się udowadniać tę tezę niemal każdego dnia, w każdym artykule tu zamieszczanym. Czasami bywa też tak, że trzeba na nią bardzo długo czekać. To kolejny aspekt świata muzyki improwizowanej, niszowej, niedotowanej, biednej i … wspaniałej. Ale jedno jest pewne - trud słuchacza, tym bardziej recenzenta, wyszukiwania owych dźwięków i długiego nań oczekiwania będzie zawsze sowicie opłacony.

Londyńskie Raw Tonk Records geograficznie zatacza coraz szersze kręgi. Wraz z tym fascynującym labelem byliśmy ostatnio w Andaluzji, teraz zaś płyniemy za wielką wodę, wprost do gorącej Kolumbii. W stolicy tego pięknego kraju Bogocie, dokładnie sześć i pół roku temu, podsłuchujemy takie oto trio muzyków: Ricardo Arias - elektronika, bass balloon kit, obiekty, Santiago Botero – kontrabas, także preparowany oraz Kim Myhr – gitara, obiekty. Koncert składa się z sześciu części i trwa 31 minut i 13 sekund. Nagranie zwie się Contrived (CD, 2019)




Uderzenia w pudło rezonansowe, struny i talerze – dźwięk sprawia wrażenie delikatnie preparowanego w elektroakustyczny sposób. Drobne frazy, zwinne akordy i repetycja. Rodzaj małej symfonii perkusjonalnej, czynionej w pewnej intrygującej meta tonacji. W tle narastają syntetyczne dźwięki, które sprawiają wrażenie, jakby wcześniej dostały się w szprychy bliżej niezdefiniowanego live proccesing. Mantryczna polifonia bez wskazanego punktu docelowego, narracja z dużą dawką echa, budowana warstwą na warstwie. Akordy gitary, które dość szybko zlewają się w wielobarwny strumień tajemniczych fonii. Owa post-syntetyczna magma po paru chwilach wypluwa z siebie nowe dźwięki gitary, potem zapewne kontrabasu. Drugi odcinek trwa ledwie 60 sekund, ale pełen jest wydarzeń: półdęty dźwięk i polerka metalowych powierzchni płaskich. Mikro narracja budowana z rytmem zaszytym w samym jej wnętrzu, okraszana incydentalnie preparacjami. Trzecia bajka, to oniryczna opowieść post-folkowa. Misy, bębny, struny, cisza, którą można zbierać garściami, metafizyka półakustyki, pętle gitary. Bukiet dźwięków tak nieoczywistych, aż trudno uwierzyć i skutecznie zwizualizować ich źródło. Narracja krocząca, delikatnie narastająca, jakaś okrutnie nieeuropejska, przez to, jakby jeszcze bardziej fascynująca. Elektroakustyka bez prądu, pełna repetycji i rytualnego transu.

Gitara zatopiona po kolana w szmerze syntetyki otwiera część czwartą. Wspierana mikro perkusjonaliami, swobodnie narasta. Kilka separatywnych wątków zdaje się łączyć w jeden strumień chaotycznej, ale i rytmicznej improwizacji. Po 5 minucie na lewej flance grzmi jeden ze strunowców (kontrabas?), po prawej zaś aurę spowija morze elektroniki, szumu i skwierczenia. Piąta historia – kontrabas bałamuci wysoko podwieszonym smyczkiem i gitara, która znów pętli się na lekkich strunach. W tle meta syntetyka, ugniatana gołymi dłońmi. Gęsty flow, który gaśnie jak płomień pozbawiony dopływu tlenu. Wreszcie finalna partia – potężny masyw syntetyki, w tle kontrabas dobywający dźwięki z otchłani post-baroku, pulsujące dźwięki i złowrogi śpiew strun. Oryginalne zwieńczenie niebywale … oryginalnej improwizacji. Czas zostać w Bogocie na dłużej niż pół godziny.


poniedziałek, 8 lipca 2019

Evan Parker & Kinetics! Chiasm, so not only for great anniversary!



W kwietniu bieżącego roku Evan Parker obchodził 75 urodzony. Być może moment ten nie wybrzmiał jakoś szczególnie dobitnie na tych łamach, ale warto wiedzieć, iż Pan Redaktor wspomniał o nim w bezpośrednim przekazie radiowym dokładnie 5 kwietnia, w dacie tej niewątpliwe ważnej dla muzyki improwizowanej rocznicy.

Fakt zacnych urodzin tej wybitnej postaci muzyki swobodnie improwizowanej nie umyka wszakże uwadze wydawcom. Płyt z udziałem Parkera przybywa niemal każdego miesiąca, na ogół są one budowane artystycznie w konwencji With Evan Parker. Redakcja, póki co, ma problemy z wylistowaniem wszystkich tytułów, ale obiecuje uporać się z nimi niezwłocznie, a w perspektywie najbliższych kilku miesięcy, skwapliwie wszystkie je zrecenzować.

Ad rem – przed nami spotkanie brytyjskiego saksofonisty z duńskim triem Kinetics, muzykami wciąż głodnymi wrażeń i emocji, ale całkiem już zauważalnymi na scenie muzyki jazzowej i improwizowanej. Zatem - na fortepianie Jacob Anderskov, na kontrabasie Adam Pultz Melbye oraz na perkusji Anders Vestergaard. Płytę Chiasm dostarcza Clean Feed Records (CD, 2019), a składa się ona z czterech fragmentów dwóch koncertów, jakie miały miejsce w lutym ubiegłego roku. Improwizacja pierwsza i czwarta zarejestrowane zostały w Londynie, druga i trzecia zaś w Kopenhadze. Na etapie produkcji nożyce edytorskie były zapewne bardzo ostre, albowiem ostatecznie trafia do nas ledwie 38 minut i 15 sekund muzyki.




Witamy w klubie Vortex! Pierwsza i zasadnicza porcja Chiasm potrwa dla nas ponad 18 minut! Rola barwnego wprowadzenia w temat spoczywa na barkach duńskiego tria. Bezmiar powierzchni i przedmiotów rezonujących: smyczek na gryfie kontrabasu, głębokie piano z trzeszczącą klapą, werbel miarowo obmacywany suchymi dłońmi. Gęsta rozbiegówka z klawiszami w pozycji dominującej. Saksofon tenorowy Parkera wchodzi do gry po upływie 130 sekund. Sprawia wrażenie ciepłej, ale wyjątkowo gęsto tkanej kołderki. Flow jedyny w swoim rodzaju wprowadza ład, porządek, przez krótką chwilę także hierarchię ważności. Parker dostaje momentalnie doskonałe wsparcie – masywny bas, jędrną perkusję i delikatne frazy piana, usytuowane tuż pod chmurą dętych fonii. W połowie 8 minuty pierwszy stopping – mistrzowski duet tenoru i smyka na kontrabasie. Po kilku chwilach piano rozlewa się szerokim strumieniem dźwięków i mimochodem gasi żar opowieści zmysłem powonienia. Drummer nie czeka i zaczyna kreować rytmem nowy wątek. Pozornie spokojniejszy, ale ponownie czerpiący moc sprawczą z doskonałych interakcji pomiędzy muzykami. Zmiana goni tu zmianę, ale w tej fazie koncertu, to tenor ciągnie flow kwartetu. Duńska frakcja pięknie się w to wplata, snując drobne, osobliwe historie własne. W 17 minucie mocne, czarne akordy piana demolują scenę i ustalają nowy porządek. Tenor milknie, pozostałe zaś instrumenty mikro frazami błyskotliwie gaszą płomień opowieści.

Dwa fragmenty kopenhaskiego koncertu są stosunkowo krótkie i łącznie trwają około kwadransa. Pierwszy z nich budzi do życia szelest dysz, skromne piano z klawisza i takaż perkusja, wreszcie grzmoty kontrabasu, które zdają się kroić ciszę na nierówne połowy. Narracja rusza stanowczym krokiem – gęsty, demokratyczny kwartet, złożony z muzyków, którzy świetnie na siebie reagują. Tenor kocha takie piano, te wydaje się mieć bliźniacze odczucia, wreszcie kontrabas i perkusja, niczym potwór ze zrośniętymi głowami. Odcinek trzeci i piano, które ciągnie narrację ku górze, tuż nad strome urwisko. W zwinnym duecie z perkusją, czynią świetną introdukcję. Saksofon nadchodzi z kontrabasem pod ręką, a proces wejścia w temat zajmuje im niemal 90 sekund. Muzyka, który pozornie niczym nas nie zaskakuje, ale mistrzowską klasą pachnie aż po Władywostok! Gdy piano milknie, a tenor gaworzy na boku, kontrabas plecie strzeliste expo jednocześnie techniką pizzicato i arco! Interakcja z saksofonem – tuż potem - niczym rozmowa starych kumpli przy do połowy opróżnionej flaszce. Piano powraca mroczną stroną mocy, tenor gęstnieje i cały kwartet gna ku najpiękniejszej eskalacji na płycie! Cała opowieść cudownie leje się teraz muzykom przez ręce – dużo w niej powietrza i zadumy nad losem improwizacji. Smyczek zmysłowo prowadzi wszystkich do ostatniego dźwięku.

Na finał jakże urokliwego Chiasm powracamy do Vortexu! Wprowadzenie czyni niezwykle skupiony saksofon. Dyszy, prycha, nabiera powietrza. Ma swoje kilka minut i po mistrzowsku nie marnuje choćby sekundy. Stały już niemal element parkerowskich koncertów – solo czynione oddechem cyrkulacyjnym. Po chwili piękny background buduje u samego dołu zasmyczony kontrabas, pomaga mu bardzo głęboko posadowione piano. Muzycy kreują pasma małych dronów, które zdają się przenosić całą narrację w kosmiczną otchłań. W połowie czwartej minuty do gry wpada drummer i silnym drive'em dynamizuje improwizację. Wszystko staje się tu gęste, lepkie i masywne. Mistrzowskie tłumienie narracji spoczywa zaś na barkach talerzy. Last minute, ciche, swawolne przebiegi piana i kontrabasu, wciąż pod parasolem talerzowej ekspozycji. Tenor już zamilkł, gotowy na przyjęcie jakże zasłużonych oklasków.


czwartek, 4 lipca 2019

The Forestry Commission! Frost Burning!



Na doskonałą muzykę nigdy nie jest za późno! Za nami już połowa roku 2019, a w odtwarzaczu redakcji ląduje krążek wydany pod sam koniec ubiegłego. Nie byłoby w tym nic szczególnie nietypowego, gdyby nie fakt, iż Frost Burning, to płyta, która śmiało winna znaleźć się na … ubiegłorocznym best of. Czym prędzej zatem odrabiamy zaległość! *)

The Forestry Commission w składzie: Biliana Voutchkova – skrzypce, Alexander Frangenheim – kontrabas oraz Antonis Anissegos – fortepian. Nagranie z berlińskiego studioboerne34, z lutego 2016 roku, posłuchać możemy dzięki FMR Records (CD, 2019). Całość trwa 44 minuty i 33 sekundy, a składa się z siedmiu improwizacji, być może w ograniczonym zakresie predefiniowanych (nie znamy szczegołów, jednakże w obliczu dźwięków, które za moment poznamy, zdają się być one dalece nieistotne).




Trio FC wprowadza nas w klimat nagrania krótkimi, delikatnymi frazami. Pianista spokojnie liczy klawisze, nie stroni wszakże od głębokich dźwięków, oba zaś strunowce po fazie smarowania strun, rozpoczynają sekwencje dłuższych fonii. Cisza, skupienie, kameralna zaduma nad istotą dźwięku, także preparowanego. Po kilku chwilach Biliana i Alex, posadowieni na przeciwległych flankach, wchodzą w zadziorne wymiany poglądów. Antonis, płynący samym środkiem, na tym etapie improwizacji ma chyba za zadanie klasycyzująco studzić emocje, także czuwać nad dramaturgią wydarzeń. I zdaje się mieć posłuch u partnerów. Pod koniec wszyscy troje brną w preparacje, a pióro recenzenta aż drży z zachwytu. Druga opowieść znów budzi się do życia z krótkich, urywanych fraz. Jest i repetycja, i zmyślne reakcje w typie call & responce. Narracja toczy się nad wyraz intensywnie, a rzeczywistością sceniczną zdaje się rządzić stan permanentnej zmiany w zakresie wszystkich paramentów improwizacji. Cudny taniec-połamaniec, zwarcia i dialogi w podgrupach. Brawo!

Na wejściu trzeciej części Biliana zmysłowo liczy struny na gryfie. Antonis stoi tuż obok i czyni podobnie. Alex burczy twardym smyczkiem i czeka na przebieg wydarzeń. Te znów płoną bystrymi preparacjami – kontrabas zdziera struny, skrzypce tańczą i śpiewają, piano syczy z zachwytu. Nowy wymiar piękna staje się naszym udziałem. Kolejna opowieść płynie wprost spod czarnych klawiszy fortepianu - repetycja i minimalizm. Małe, wilgotne struny. Echo, cisza, chamber in slow motion. Dźwięki, które głęboko oddychają, gęstnieją i zlewają się w bukiet zmysłowych preparacji. Prawdziwy popis jest tu udziałem szczególnie pianisty. Skrzypaczka niczym mu nie ustępuje, kontrabasista zaś wszystko to komentuje swoim wciąż naprężonym z emocji smykiem. Cisza klei się do muzyków i wspólnie z nimi zasypia.

Znów moc delikatnych, niemal niedostrzegalnych plam fonii - startuje odcinek piąty. Saperska precyzja w zakresie kreowania dźwięku, barokowa uroda jako efekt działań. Narracja zdaje się płynąć szerokim strumieniem - szczypta melorecytacji i podśpiewywania pod nosem. Szóstą historię inicjuje pianista. Na gryfach małe zapasy ze strunami. Po chwili wejście w bardziej typową narrację, nawet z jazzowymi akcentami, z posmakiem swingu pomiędzy klawiszami. Strunowce płyną równolegle, choć nieco separatywnie. Na finał znów sięgają po akcesoria chamber i pięknie gaszą płomień.

Pieśń finałowa wita nas świszczącymi strunami. Piano preparuje z pozycji klawiszy. Cisza, skupienie, ale moc jest już udziałem muzyków! Każda struna wszystkich trzech instrumentów zostaje tu delikatnie dotknięta i wprawiona w mikro rezonans. Alex jest w tym dziele najmniej czuły. Kontrabas drży jak automat perkusyjny. Step by step, muzyka osiąga stan spełnienia. Last minute – struny skrzypiec pojękują, liczba białych klawiszy nie ulega zmianie, a kontrabas ma smyczek w ustach. Zmysłowy, piękny, boleśnie radosny smutek zakończenia. Cisza stoi tuż obok i bierze wszystkich w ramiona.

*) Nic tak nie cieszy recenzenta, jak reakcja muzyka na słowo, jakie napisał. Biliana Voutchkova była łaskawa zauważyć, iż recenzowana płyta jednak ukazuje się oficjalnie dopiero w tym miesiącu! Tym lepiej - śmiało zatem będziemy mogli o niej pamiętać w podsumowaniu najlepszych płyt roku 2019!

poniedziałek, 1 lipca 2019

Mathieu Bec! Michel Doneda! A Peripheral Time!



Zapraszamy na blisko 70 minutowy set naszej ukochanej swobodnej improwizacji, czynionej na akustycznych instrumentach z niewielką, ale bardzo stylową, porcją dźwięków z drugiej strony elektroakustycznych mocy - tu w postaci radiowych, bliżej nieokreślonych fonii elektronicznych.

W roli muzyka obsługującego skromny snare drum i tzw. obiekty - Mathieu Bec. Towarzyszy mu saksofonista sopranowy Michel Doneda, którego na tych łamach cenimy niezmiernie, choć po prawdzie niezbyt często sięgamy po jego nagrania. To właśnie francuski saksofonista będzie odpowiedzialny za dźwięki z radia. Płyta A Peripheral Time (FMR Records, CD 2019), nagrana w roku ubiegłym w obiekcie sakralnym, składa się z czterech części, a trwa 68 minut i 41 sekund.




W trakcie procesu otwarcia improwizacji towarzyszy nam szum perkusjonalii, zgiełk radiowej ciszy, która w dużym obiekcie sakralnym nabiera mocy z samego już faktu intensywnego oczekiwania na pierwszy dźwięk. Fonia z radia brzmi jak garść sampli, dzięki czemu delikatnie narusza równowagę elektroakustyczną przestrzeń kościoła. Saksofon sopranowy szybuje niczym ptak, bardzo wysoko, jakby muzyk grał na samym ustniku. Fauna i flora bardzo swobodnego tańca, wyzwolonej ze złych myśli improwizacji. Bogactwo fonii, częściowo generowanej przez źródła nieznanego pochodzenia. Szum z tuby, bukiet sonicznych nieoczywistości, także dźwięki, które śmiało moglibyśmy zaliczyć do kategorii plądrofonicznych (Doneda jest w tym mistrzem!), gdyż określenie preparacja dźwięku mówi stanowczo zbyt mało o procesie realizowanym przez saksofonistę. Narracja jest bardzo płynna, choć nie brakuje w niej pauz i drobin ciszy, które zdają się dodatkowo podkreślać doniosłość dźwięków, granych przez obu muzyków. Między 6 a 11 minutą są oni w stanie wygenerować fonię w bardzo intensywnym, hałaśliwym wymiarze, by tuż potem niezwykle zmysłowo wytłumić narrację, a następnie mozolne budować nową z mikroskopijnych porcji dźwięków. A na zakończenie pierwszej historii, znów wyważona porcja elektroakustyki i garść rezonujących turbulencji.

Otwarcie drugiej części ma miejsce niemal w samym środku odbiornika radiowego. Fonia skwierczy, obok odrobina perkusjonalnych polerek i obcierek. Po odpowiedniej rozgrzewce tuba saksofonu zmysłowo wchodzi w dialog, wciąż dostarczając mnóstwo tajemniczych i zaskakujących dźwięków. Symfonia małej sonorystyki nad gorejącym werblem, pieszczonym lubieżnymi szczoteczkami. Narracja znów kipi z emocji, dostarcza mnóstwo wzajemnych interakcji, szyta zdaje się być free jazzowym wręcz ściegiem. Całkowita dominacja akustyki dobrze robi tej części nagrania. Dopiero w 9 minucie radio subtelnie przypomina o swoim istnieniu, jakby inicjując proces delikatnego tłumienia formy, choć muzycy pozostają w fazie dramaturgicznego zwarcia. Całość kończy zdrowa kipiel, brawo!

Trzecia, najdłuższa opowieść (niemal pół godzinna) rodzi się w chmurze preparacji na werblu, z saksofonem szczekającym i wyczekującym na nowe rozdanie. Tuż potem muzycy idealnie wchodzą w stan ciszy i generują wyjątkowo filigranowe porcje dźwięków. Wszystko wydaje się tu być zwinne, czynione na temat, bez chwili dramaturgicznych wątpliwości. Bec zdaje się być dla permanentnie eksperymentującego Donedy partnerem idealnym – zarówno inspiruje saksofonistę, jak i czuwa nad przebiegiem całej improwizacji. Zachęca, stymuluje, ale i delikatnie kontroluje. Choć muzyka skrzy się emocjami, nie brakuje w niej chwil łapania oddechu i wciągania dużej porcji powietrza przez wilgotne nozdrza (choćby po 7 minucie). Po 11 minucie sytuacja sceniczna nabiera posmaku oniryzmu, a Bec tworzy małą plątaninę wyłącznie udanych dźwięków, używając do tego bliżej nieokreślonych obiektów. Z kolei 15-16 minuta, to faza, którą można określić stylową angielszczyzną, mianem drones & resonance on cymbals. Zuchwałość improwizatorów sięga szczytu, gdy w połowie 20 minuty decydują się na sporą porcję ciszy. Skrzypią krzesła, pot ścieka z czoła, ciepłe powietrze drga w tubie saksofonu, ptaki ćwierkają, werbel tańczy wokół własnej osi. Przed końcem tej epopei, muzycy znajdą jeszcze czas na drobną kipiel saksofonu i wybrzmiewanie w estetyce contemporary minimal.

Obiekty dygoczące na werblu wieszczą rozpoczęcie finalnej improwizacji. Sopran biegnie nostalgicznie wysokim wzgórzem, nie stroniąc od preparacji, tuż pod nim wije się niespokojne percussion. Zgoda na wspólne działania zapada dość szybko, choć sama narracja jest dość rwana, a emocjom towarzyszą także suche, tłumiące oddech ekspozycje. W 6 minucie Doneda znów rozkwita bukietem niezwykłych dźwięków. Bec, niczym mały dobosz, pięknie akcentuje szczególnie urokliwe momenty. W 8 minucie perły sonorystyki, tkane na tle zmysłowego ambientu perkusjonalii. Na ostatniej prostej garść ciepłego szumu z tuby. Brawo!