wtorek, 18 marca 2025

Adam Gołębiewski & Dave Brown in Dogs Light!


Adam Gołębiewski lubi podróżować. Po świecie realnym, po świecie zdekonstruowanych, tajemniczych dźwięków, do produkcji których perkusja jest tylko jednym z wielu narzędzi. W trakcie tych niekończących się podróży często spotyka gitarzystów.

Muzykował z Thurstonem Moore’em, czy z Pierrem Jodlowskim, w obu przypadkach bodaj jednokrotnie, improwizował z Sharifem Sehnaoui, tu wielokrotnie, teraz proponuje nam meeting z legendą australijskiej gitary Dave’em Brownem, muzykiem współodpowiedzialnym za obraz jazzowych i rockowych Antypodów, nadto artystą, który świetnie czuje się w niebanalnej improwizacji, dowodów czego moglibyśmy szukać choćby w katalogu … krajowego Bociana.

Dogs Light, to album szczególny w dyskografii polskiego artysty. Decyduje o tym zarówno oryginalne i niebanalne frazowanie Australijczyka, jak i zaskakujący, wręcz medytacyjny spokój, jaki Gołębiewski wnosi do ośmioczęściowej improwizacji. Zajrzyjmy do środka.



 

Otwarcie albumu jest delikatne, wystudzone, leniwe i, jak się później okaże, dość typowe dla całego nagrania. Gitarowe, półmelodyjne frazy, nasączone post-bluesową barwą w kooperacji z rezonującymi talerzami i porcją rozkołysanych, pieczołowicie konstruowanych, perkusjonalnych preparacji. W drugiej opowieści Dave sprawia wrażenie, jakby jego gitara łapała trochę brudu z amplifikatora, zaczynała pulsować i okazjonalnie sprzęgać, generując przy okazji filigranowe porcje rockowego hałasu. Czujny Adam buduje w tym czasie skromną akcję drummingową na talerzach.

W kolejnych trzech improwizacjach dzieje się naprawdę dużo dobrego. Najpierw dostajemy strzępy melodii, które ścielą się na dronie rezonującego werbla. Gitara dostarcza odrobinę jazzowego fussion, ale stoi w miejscu i definitywnie nie jest zainteresowana jakimkolwiek dynamicznym rozwiązaniem. Całość nabiera masy mocą eskalującego się pogłosu. W kolejnej odsłonie pojawia się chyba gitara barytonowa, bo całość, z rockowym posmakiem, brzmi bardzo basowo. Z każdą sekundą narracja nabiera tu jednak cech pokrętnej ballady, jakby zagłębiała się w pozie ukojenia, dramaturgicznego niedopowiedzenia. Piąta improwizacja osadzona jest na istotnym dysonansie. Gitarzysta frazuje zaskakująco czystym tembrem, natomiast z perkusjonalnego akcesorium dociera mnóstwo preparowanych, dronowych akcji, niekiedy w pozie rozśpiewanego post-hałasu. Całość nie przestaje być rodzajem szemranej kontemplacji, która systematycznie zanurza się w mroku. W końcowej fazie opowieść zaskakuje – lepi się w intrygujący, masywny dron, stanowiąc być może najbardziej efektowny moment całego albumu.

Utwory szósty i siódmy, to definitywnie drobne formy. Od mrocznej nostalgii, która nabiera noise’owej poświaty dzięki gitarowym zaczepkom, po perkusjonalne preparacje rozdygotanego werbla. Od medytującej ciszy po przednóża kompulsywnego hałasu. Ostatnia improwizacja trwa ponad cztery minuty i być może stanowi najgorętszą, najbardziej intensywną ekspozycję wieczoru. Zgrzytająca gitara przebiera nogami i potyka się o post-industrialnie brzmiące perkusjonalia. Akcja zdaje się być wyjątkowo wartka. Adam jest w nastroju do hałasowania, Dave raczej skłonny koić emocje i zbierać manatki. Ten pierwszy śle porcje zgrzytów i bolesnych otarć, ten drugi wpada w repetycję i prosi o niski wymiar kary. 

 

Adam Gołębiewski & Dave Brown Dogs Light (Instant Classic, LP 2025). Adam Gołębiewski – perkusja, obiekty oraz Dave Brown – gitara tenorowa i barytonowa, stomp boxes. Nagrane w Melbourne, Australia, lipiec 2022. Osiem utworów, 39 minut.



piątek, 14 marca 2025

The Relative Pitch’ 2025: Temple of Muses! Nada Sagrada! Old Adam on Turtle Island! The Life and Behavior! Morpeth Contemporary! FATHM!


Nowojorski The Relative Pitch Records w permanentnym natarciu! Pierwsze dwa miesiące roku przynoszą dziewięć albumów, z których sześć za moment poddanych zostanie naszej recenzenckiej wiwisekcji. Dla tych, którym wciąż mało ważna wiadomość - cztery nowości marcowe weszły już w stadium pre-orderu.

Bez zbędnej zwłoki sięgamy po dwa europejskie kwartety, transatlantycki duet, amerykański septet i duet, wreszcie nagranie solowe, podpisane przez obywatelkę tamtej strony Atlantyku. So, welcome!



 

Stian Larsen, Colin Webster, Ruth Goller & Andrew Lisle Temple of Muses

Snorkel Studios, Londyn, kwiecień 2022: Stian Larsen – gitara elektryczna, Colin Webster – saksofon altowy, Ruth Goller – bas elektryczny oraz Andrew Lisle – perkusja. Sześć utworów, 48 minut.

Webster i Lisle tworzą wyśmienity duet od lat, w trio z Larsenem mają w dorobku przynajmniej dwa albumy, wszakże ekspozycja w kwartecie z bliżej nam nieznanym basistą, to bezapelacyjna nowość. Jeśli pierwsza trójka wnosi tu rockowy i freejazzowy temperament, który znamy z wielu ich poprzednich produkcji, to rzeczony basista targa raczej subtelności post-jazzowego fussion, definitywny posmak świeżości i intrygującej niepowtarzalności.

Niespełna trzyminutowa, free jazzowa rozbiegówka doskonale wprowadza nas w temat. W kolejnej opowieści, już bardziej rozbudowanej, kwartet sięga nie tylko po atrybuty jazzowe, ale także rockowe i psychodeliczne, za co odpowiedzialni są nade wszystko gitarzysta i basista. Kluczowy dla dramaturgii całego albumu jest trzeci, ponad 20-minutowy utwór, który pokazuje kwartet we wszystkich kolorach tęczy. Balladowe otwarcie, dynamiczne rozwinięcie z kolejną porcją rockowych eksplozji, faza zagęszczonej, jazz-rockowej magmy i błyskotliwa, transowa finalizacja. Czwarta i piąta odsłona, to pokaz swobodnej, ponadgatunkowej, świetnie skomunikowanej zabawy. Najpierw trochę ćwiczeń rozluźniających, potem zwinna, na poły dynamiczna galopada pod jurysdykcją drummera. Album zamyka prawie dziesięciominutowa improwizacja, który sieje ferment mnóstwem dźwięków preparowanych, rezonujących fraz i dronowych ekspozycji. Pod koniec efektownie pęcznieje i zostaje spuentowana mięsistym free jazzem.




Brandon Lopez Nada Sagrada

Roulette Intermedium, Vision Festival 2023: Brandon Lopez – kontrabas, Zeena Parkins – harfa elektryczna, Mat Maneri – altówka, Cecilia Lopez – elektronika, DoYeon Kim – gayageum, Gerald Cleaver – perkusja oraz Tom Rainey – perkusja. Jeden utwór, 39 minut.

Septet Brandona Lopeza to definitywnie rzecz godna naszej uwagi. Dobrze zaplanowana improwizacja uformowana w jedną strugę dźwięków, budowanych intrygującym zestawem instrumentalnym, bystrze udramatyzowanych, soczyście brzmiących. Być może w środkowej fazie opowieść jest nieco przeładowana pomysłami, nazbyt bogata w wydarzenia, ale przynajmniej w jej trakcie nie grozi nam choćby sekunda nudy.

Początek albumu, to drżąca, strunowa, efektownie rozhuśtana porcja kameralistyki. Muzycy szukają pretekstu do wybuchu, ale spowijający ich mrok skutecznie studzi buzujący temperament. Opowieść faluje – zdaje się przez moment, że nabiera rumieńców akcjami podwójnego zestawu perkusyjnego, ale po niedługiej chwili grzęźnie w strumieniu strunowych lamentów. Raz jesteśmy pod ścianą hałasu, innym razem … płaczu. W fazach pośrednich opowieść nabiera post-jazzowych barw fussion. W drugiej części utworu muzycy łapią wiatr w żagle mocą elektrycznej harfy i post-elektronicznego backgroundu, po czym gasną w onirycznej aurze wystudiowanych subtelności. Serwują nam jeszcze kilka dynamicznych akcji niesionych niskimi frazami kontrabasu i harfy, a następnie przechodzą do fazy schyłkowej spektaklu, która przypomina chorobę dwubiegunową. Retoryka chwili sprowadza się do dylematu, czy jeszcze pohałasować, czy jednak zamilknąć.



 

John Dikeman, Sun-Mi Hong, Aaron Lumley & Marta Warelis Old Adam on Turtle Island

Splendor, Amsterdam, listopad 2022: John Dikeman – saksofon tenorowy, Marta Warelis – fortepian, Aaron Lumley – kontrabas oraz Sun-Mi Hong – perkusja. Dwa utwory, 51 minut.

Po kwartecie kierowanym przez Johna Dikemana zwykliśmy oczekiwać temperamentnego free jazzu, pełnego ognistych improwizacji i emocji płynących z wielostronnej wymiany argumentów. Tu sytuacja jest nieco odmienna. Mamy warstwę ideologiczną sugerującą refleksję nad losem współczesności i całe mnóstwo jazzowej, wręcz swingującej melodyki. Jeśli nie słyszeliście jeszcze Dikemana w wersji lirycznej, macie ku temu niepowtarzalną okazję. Dodatkowo John dobrał sobie wspaniałych partnerów, którzy świetnie wczuwają się w jego niebanalny nastrój chwili.

Kameralne otwarcie zagrane jest kolektywnie, a wyposażone w ciepły tembr saksofonu tenorowego, kontrabasowy smyczek, stonowane piano wprost z klawiatury i stylową, pozostającą nieco w tle perkusję. Opowieść pachnie rasowym free jazzem, ale momenty, gdy emocje sięgają stanu wrzenia należą do rzadkości i stanowią raczej interludium, nie zaś treść główną nagrania. Dominuje melodia, niekiedy swingujący drive i stonowane ekspozycje solowe, realizowane w oparciu o żwawy akompaniament. Pierwsze nagranie szczególnie podobać może się w fazie środkowej, gdy po efektownym szczycie artyści zanurzają się w mrocznych preparacjach, a potem wychodzą na prostą w estetyce post-bluesowej ballady. Druga odsłona albumu jest zbudowana jeszcze skrupulatniej. Kilkuminutowe otwarcie basu i szeleszczących talerzy, wyważona ekspozycja piana i saksofon, który intonuje pierwszą melodię dopiero po ósmej minucie. Narracja swinguje, pachnie czarnym jazzem lat 30. ubiegłego stulecia i nie przestaje zaskakiwać. Ferment kreacji płynie tu nade wszystko od pianistki, która pracuje także w formule inside piano. W dalszej części nagrania tonizujący emocje tenorzysta wchodzi w bystre interakcje z kontrabasowym smyczkiem, a po chwili ciszy przechodzi do melodyjnej, smutnej, niemal elegijnej finalizacji, niepozbawionej post-barokowych zdobień.




Fred Frith & Shelley Burgon The Life and Behavior

Guerrilla Recording, Oakland, maj 2002 oraz marzec 2005: Shelley Burgon – harfa oraz Fred Frith – gitara akustyczna. Dwanaście utworów, 45 minut.

Jedno z dwóch spotkań akustycznej gitary i harfy w dzisiejszym zestawie relatywnych nowości. Tu legenda muzyki kreatywnej, Fred Frith i Shelley Burgon, amerykańska artystka, której dorobku nie wygooglaliśmy przed rozpoczęciem pisania tej recenzji. Album konsumuje dwie sesji nagraniowe sprzed dwóch dekad – całość nie ekscytuje w każdej sekundzie swego trwania, ale przynajmniej kilka z dwunastu improwizacji (szczególnie tych bardziej rozbudowanych i pochodzących z młodszej sesji) wartych jest naszej wzmożonej atencji.

Otwarcie albumu śmiało zasługuje na miano wystudzonej world music. Potem robi się znacznie ciekawiej, muzycy wchodzą bowiem w stadium bardziej zawansowanych improwizacji i wzajemnych interakcji. Ich opowieści bywają wyczulone na niuanse i efektownie minimalistyczne, nie stronią wszakże od rytmu i bogacenia narracji dźwiękami, które niekoniecznie są efektem pracy na strunach. To, co najlepsze na płycie dzieje się w utworach najdłuższych, szczególnie piątym, bardziej medytacyjnym oraz dziewiątym i jedenastym. W tych dwóch ostatnich akcje z obu stron zdają się być intrygująco nerwowe, dramaturgicznie poszarpane, do tego świetnie skomunikowane i nasączone mnóstwem brudnych, preparowanych fraz. W jedenastym epizodzie, bezwzględnie zasługującym na miano najciekawszego, gitara zaczyna bardzo nisko i pięknie kontrapunktuje wysoko osadzoną harfę. Opowieść skrzy się od zwarć i pyskówek, nabiera dynamiki, buzuje niemal rockowymi emocjami.



 

Jacqueline Kerrod & Joe Morris Morpeth Contemporary 2024

Morpeth Contemporary, Hopewell, Nowy Jork, maj 2024: Jacqueline Kerrod – harfa oraz Joe Morris – gitara akustyczna. Trzy utwory, 51 minut.

Kolejne strunowe spotkanie i znów podobna sytuacja – świetnie rozpoznawalny gitarzysta i amerykańska harfistka, z którą stykamy się po raz pierwszy. Tu opowieść składa się z trzech rozbudowanych improwizacji (z których pierwsza stanowi połowę albumu) i miewa momenty definitywnie przegadane, tudzież przesłodzone post-klasyczną ornamentyką. Te ciekawsze fragmenty, to sytuacje, w których Morris przejmuje inicjatywę, wyciąga Kerrod ze strefy melodyjnego komfortu i zaciąga w mroczne, niebezpieczne rewiry swobodnej improwizacji.

Od post-klasycznych subtelności, poprzez leniwe medytacje, po intrygujące zwarcia i dramaturgiczne spięcia, to schemat dramaturgiczny gemu otwarcia. Prawie trzydziestominutowa improwizacja szyje nam tu kilka scenariuszy i niektóre z ich śmiało uznać możemy za więcej niż udane, szczególne te, które dzieją się po upływie kwadransa. Co ciekawe, to harfistka wnosi tu odrobinę kreatywnego fermentu. Druga opowieść rozpoczyna się aurze szmerów i rezonujących fonii, także przechodzi przez fazę medytacji, w ramach zaś reasumpcji wzbogacona zostaje o warstwę rytmiczną i garść intrygujących interakcji. Ostatnia improwizacja świetnie ilustruje sytuację, o której pisaliśmy w poprzednim akapicie. Po kilkuminutowym stadium relaksacji gitarzysta przejmuje dowodzenie i sprawia, iż zakończenie albumu nie szczędzi nam ekspresji, brudnych, kanciastych fraz i adekwatnych wypieków na twarzy.


 

Laura Cocks FATHM

Czas i miejsce akcji nieznane: Laura Cocks – flet. Dziewięć utworów, 38 minut.

Na zakończenie relatywnych nowości specjalność zakładu, czyli album solowy. Kolejna bliżej nam nieznana amerykańska artystka i dziewięć bystrze sformatowanych improwizacji na flet solo. Od ciszy po hałas, od delikatności po agresję, od czystej frazy po wielokrotnie zdeformowane strzępy dźwięków.

Najpierw Laura oddycha całą masą fletowego korpusu, potem przyspiesza, ale jednocześnie ociepla tembr swojej wypowiedzi. Gdy jest taka potrzeba, fletowy strumień bogaci własnym głosem. Mruczy jak Beduin, by po chwili generować zniekształcone frazy, które w niczym nie przypominają brzmienia drobnego instrumentu dętego. Znęca się nad nim, topi w mulistej mazi, rozrywa i depcze. Nagle zaczyna medytować i pełnymi garściami łapie melodie. Śpiewa mroczne kołysanki dla niegrzecznych dzieci. Prycha i rzęzi jak gruźlik, by po niedługiej chwili zbudować multiopowieść, jakby miała w rękach i ustach co najmniej kilka instrumentów. W ósmym epizodzie skrupulatnie buduje flow z pisków i zgrzytów, a potem całą tę strugę brudu rozkłada na czynniki pierwsze. Przez ostatnie dziewięćdziesiąt sekund albumu snuje prostą, dynamiczną opowieść, świetnie kontrolując emocje.

 

 

 

wtorek, 11 marca 2025

Matthias Müller & Andreas Willers in duo!


Berliński puzonista Matthias Müller nie wymaga w tym miejscu jakiejkolwiek introdukcji. Wystarczy powiedzieć, iż trzykrotnie był gościem Spontanicznego Festiwalu w Poznaniu i dokładnie każdy jego set uwieczniony został na trwałych nośnikach dźwięku – pięciu kompaktowych albumach cyklu Spontaneous Live Series i … kasecie wydanej w dalekiej Kanadzie.

Z kolei niemiecki gitarzysta Andreas Willers gościł na łamach Trybuny bodaj raz, przy okazji jego bardzo udanego albumu solowego, upublicznionego kilka lat temu przez holenderski Evil Rabbit.  

Teraz obaj Panowie proponują nam album w duecie, o którym nie sposób nie pisać wyłącznie ciepłymi literami. Pięć improwizacji (uznanych w albumowym credits za kompozycje) trwa tu niespełna trzy kwadranse, zatem winniśmy nie uronić z nich choćby sekundy. Welcome!



 

Album otwiera swobodna, niezobowiązująca wymiana mikrofaz. Jakby muzycy wzajemnie prowokowali się do bardziej rozbudowanej komunikacji. Puzonowe wydechy i pierwsze skrawki melodii na gitarowym gryfie, pierwsze obtarcia, kanty i bluzgi. Puzon generuje kłęby dymu, gitara śle splątane półakordy aż do momentu osiągniecia efektownej gęstości. Druga opowieść trwa prawie kwadrans, zatem muzycy znajdują tu chwile zarówno na ekspresyjne akcje, jak i poszukiwania intrygujących dźwięków na pograniczu ciszy. Gdy puzon rzęzi, gitara frazuje melodyjnie, gdy ten pierwszy popiskuje, ta druga wpada w drobne sprzężenia. Reakcją na szumiące niczym wierzby puzonowe wydechy są gitarowe zaczepki, komentarzem do puzonowej sonorystyki post-jazzowe zdobienia. Muzycy na tym etapie podróży często powtarzają frazy, chętnie lepią drony lub kipią od niemal rockowych emocji. Wieńczą dzieło popadając w refleksyjne mruczenie.

Trzecia historia w fazie początkowej zdaje się być wystudzoną balladą. Puzon głęboko oddycha, gitara brzmi niczym bałałajka. Nie brakuje melodii, całkiem naturalnej refleksyjności, nuty nostalgii. Opowieść płynie wszakże całkiem radosnym strumieniem, a docierające zewsząd promienie słońca tworzą przyjazny klimat do kolejnych dyskusji o świecie. Ten fragment albumu zwieńczony zostaje porcją filigranowych zaczepek z każdej strony. Czwarty epizod budują preparacje puzonu i post-psychodeliczne slajsy gitary, która łapie post-bluesowy posmak. Dźwięki szumią i powiewają na delikatnym wietrze, po czym pięknie gasną w ramionach ciszy. Finałowa część wydaje się nieco nerwowa. Drobne odpryski z tuby, filigranowe akordy gitary. Puzon wydaje się szorstki, śle nam plejady zaskakujących, preparowanych fraz - bulgocze, prycha, stęka w postępie geometrycznym. Gitara z kolei szuka jazz-rocka i stara się upraszczać swój przekaz. Na ostatniej prostej muzycy przekomarzają się wzajemnie - z jednej strony chcą nas jeszcze czymś zaskoczyć, z drugiej pozostawić w stanie delikatnego niedosytu.

 

Matthias Müller & Andreas Willers Matthias Müller Andreas Willers  (Trouble In The East Records, CD 2025). Matthias Müller – puzon oraz Andreas Willers – gitara elektryczna. Nagrane w Willers Loft, Kleinmachnow, Niemcy, wrzesień 2023. Pięć utworów, 42 minuty.

 

 

piątek, 7 marca 2025

John Butcher in Unlockings Quartet & Lower Marsh Duos!


Najwyższy czas zakończyć na tych łamach obchody 70. urodzin Johna Butchera! Przez cały ubiegły rok nieustannie pisaliśmy o tym artyście omawiając jego płyty, zapraszając na koncerty, tudzież relacjonując przebieg licznych festiwali, które świętowały zacny jubileusz saksofonisty.

Z ubiegłorocznych edytorskich żniw zostały nam do omówienia dwa ostatnie albumy Butchera, oba winylowe, oba dostarczone przez luxemburskie Ni Vu Ni Connu i zawierające prawie wyłącznie nagrania poczynione jednego dnia w londyńskim Iklectik niemal dokładnie trzy lata temu. Najpierw kwartet, potem duety Johna z kolejnymi artystami tworzącymi ów kwartet, tu uzupełnionymi o dwa duety z pewnym kontrabasistą, który muzykował z Johnem w tym samym miejscu, ale dwa miesiące wcześniej. Zapraszamy na prawie osiemdziesiąt minut obcowania z niezwykłymi dźwiękami swobodnej improwizacji w wykonaniu najlepszym z możliwych.



 

Unlockings

Anonsowany kwartet stworzyli z Butcherem skrzypaczka Angharad Davies, perkusista Mark Sanders i obsługujący elektronikę Pat Thomas. Muzycy uformowali swoją barwną opowieść w cztery epizody, trwające po mniej więcej dziesięć minut każdy. Otwarcie jest usłane subtelnościami, drobnymi frazami, przypomina grę inicjacyjną artystów, którzy spotykają się ze sobą po raz pierwszy (co w tym wypadku nie miało oczywiście miejsca). Coś drży, coś ociera się o siebie, nie brakuje metalicznego rezonansu, drobnych pisków, subtelnych okaleczeń - akustyka szumi, elektronika delikatnie skwierczy, a wszystko dość sprawnie zaczyna wchodzić w interakcje. Narracja chętnie łapie ulotną dynamikę, ale równie chętnie ją traci. Raz za razem skrzy się drobnymi, preparowanymi incydentami fonicznymi, które dodają urody każdej fazie nagrania. Tą najbardziej hałaśliwą wydaje się tu być skrzypaczka, tym najbardziej mrocznym elektronik. Drummer dba o dynamikę, wystudzony sopran koi emocje. Pierwsza improwizacja dokonuje żywota w efektownym, dronowym rozlewisku.

Druga część budzi się w onirycznej flaucie, plejadą drobnych, niemal niesłyszalnych fraz. Ciszę skupienia intrygująco mąci ciepły tembr saksofonu tenorowego, który tapla się w smudze nieinwazyjnej elektroniki i syczących skrzypiec. Pojawia się melodia, która udanie niesie się na strudze analogowo brzmiącej syntetyki. Ta ostatnia przez chwilę zdaje się być nazbyt natarczywa, ale nie trwa to zbyt długo. Dość specyficznie brzmi też tenor. Opowieść zyskuje z czasem ciekawą dynamikę, a wieńczy ją niebanalne wzniesienie.

Trzecia improwizacja zdaje się tu być tą najbardziej ekscytującą. Kolektywne otwarcie, to garść bolesnych fraz skrzypiec i saksofonu, szum z werbla i plamiąca elektronika. Nerwowy, dżdżysty poranek w oczekiwaniu na pierwsze promienie słoneczne. Opowieść nabiera intensywności, radości tworzenia, melodyjności i pięknie eksponuje skrzypce. Potem studzi się i przechodzi do akcji w podgrupach. Z jednej strony moc melodii, z drugiej mrok niedopowiedzenia. Narracja nabiera szczególnej urody w fazie finalizacji, która przybiera formę duetu skrzypiec i saksofonu. What a duo!

Końcowa improwizacja jest najkrótsza, ale być może najbardziej intensywna. Otwiera ją elektroniczna nawałnica, która inspiruje resztę do wzmożonej aktywności. Skrzypce sytuują się w pozycji zaczepnej, tenor gotowy jest do kontrataku, a skłębiona perkusja skłonna nadać całości adekwatny rytm. Po osiągnięciu szczytu opowieść studzi się wprost w objęcia duetu sax & drums, który oplata oniryczna porcja elektroniki. Samo zakończenie pełne jest emocji, tajemniczych, postrzępionych fraz. Ktoś gwiżdże, ktoś podśpiewuje pod nosem.



 

Lower Marsh

Sekwencję duetowych ekspozycji saksofonisty otwiera spotkanie z Patem Thomasem i jego wyjątkowo lekką w tym momencie elektroniką. Muzycy rozpoczynają od wymiany prostych, niemal melodyjnych komunikatów. Z jednej strony rozanielony sopran, z drugiej … soczysta maszyna parowa. Dysonans estetyczny jest jednak pozorny, a dźwięki z obu stron po chwil brzmią niemalże bliźniaczo. Z czasem gra nabiera rumieńców, a samo zakończenie jest intensywne, niestroniące od brudnych, tłustych dźwięków.

Dwa kolejne epizody, to spotkania z Johnem Edwardsem. Kontrabasista pracuje tu w swoim ulubionym trybie arco & pizzicato in one moment. Czasami sięga po jazz, czasami śpiewa post-barokiem, w każdej chwili gotowy jest na zaskakujące zagranie, a zamysł dramaturgiczny tradycyjnie ma w jednym palcu. Butcher w pierwszej opowieści korzysta z saksofonu tenorowego, w drugiej z sopranowego. W pierwszej roli bywa kompulsywny, w tej drugiej unosi się ku górze, niczym stado przepiórek. Od łagodnej boleści po melodyjne westchnienia. Tu każdy wariant jest możliwy.

Czwarte spotkanie, to intrygujący dialog z Angharad Davies i jej skrzypcami. Muzycy zaczynają od szorowania glazury swoich instrumentów, ale czynią to w bardzo zróżnicowanym tempie. Chętnie płyną dronowymi strugami, równie chętnie zmysłowo preparują. John wspina się na palce i przez moment nie wiemy, czy to jeszcze sopran, czy już tenor. Finalizacja jest rozkołysanym, wyjątkowo pięknym dronem.

Ostatni duet, to Mark Sanders i jego rozbudowane akcesoria perkusyjne. Początek, to szczoteczkowa aktywność, która łapie świetny kontakt z tenorowymi post-melodiami. Saksofon ma intrygującą chrypkę, atuty perkusjonalne co najmniej tysiąc twarzy. Artyści są tu równie urokliwi, gdy biorą głęboki oddech, jak i wtedy, gdy na ekstremalnym wydechu gaszą wszystkie płomienie tego świata. Obaj szukają rytmu, obaj prześcigają się w propozycjach nowych rozwiązań. Na sam koniec idą na szczyt, po czym perfekcyjnie z niego schodzą.

 

John Butcher in a quartet with Angharad Davies, Mark Sanders and Pat Thomas Unlockings (Ni Vu Ni Connu, LP 2024). John Butcher – saksofon tenorowy i sopranowy, Angharad Davies – skrzypce, Mark Sanders – instrumenty perkusyjne oraz Pat Thomas – elektronika. Nagrane w Iklectik, Londyn, kwiecień 2022. Cztery improwizacje, 41 minut

John Butcher in duos with Angharad Davies, John Edwards, Mark Sanders and Pat Thomas Lower Marsh (Ni Vu Ni Connu, LP 2024). John Butcher – saksofon tenorowy i sopranowy, John Edwards – kontrabas, Angharad Davies – skrzypce, Mark Sanders – instrumenty perkusyjne oraz Pat Thomas – elektronika. Nagrane w Iklectik, Londyn, kwiecień 2022 (utwory 1, 4 i 5) oraz luty 2022 (utwory 2 i 3). Pięć improwizacji, 37 minut.




 

wtorek, 4 marca 2025

Duot in Haiku!


Haiku to miniatura poetycka, której początki sięgają daleko w przeszłość i raczej umykają naszej klasyfikującej dociekliwości. Nie będzie też żadną przesadą stwierdzenie, iż haiku są jedną z najdrobniejszych form poetyckich w całej literaturze światowej. *)

Kataloński Duot ubarwia świat muzyki improwizowanej od prawie dwóch dekad. Każde jego dotychczasowe ujawienie artystyczne zostało na łamach Trybuny Muzyki Spontanicznej podsumowane, mimo, iż ta ostatnia jest o dekadę młodsza. Niedalekie od prawdy jest także stwierdzenie, że wszystkie inne nagrania perkusisty Ramona Pratsa i saksofonisty Alberta Cirery znalazły tu swoje werbalne odzwierciedlenie. Aby się o tym przekonać wystarczy sięgnąć po posty otagowane imieniem i nazwiskiem perkusisty (23 przypadki) lub saksofonisty (51 przypadków). Zatem w gronie definitywnie najbliższych przyjaciół zapraszamy na odsłuch/ odczyt najnowszego dziecięcia Duot, które zwie się Haiku, a które w zgrabnych 35 minutach jednej opowieści mieści kilka innych, mniejszych form.



 

Licznik odtwarzacza ustawiony na 0:00 inicjuje dron saksofonu, którego pierwsze, postrzępione frazy dochodzą z zakleszczonej tuby. Perkusja zaczyna swoje życie na talerzach, gdy licznik wskazuje 1:10. Nerwowa rozbiegówka pełna jest bolesnych dźwięków, przypomina rozszarpywanie ledwie zabliźnionych ran. W momencie 3:15 pojawiają się pierwsze, skrupulatnie powtarzane melodie, które nabierają intensywności, niesione free jazzowym drummingiem. Jazzowy step jest kontynuowany dynamiką Pratsa, szczególnie po chwili oznaczonej jako 5:15. Pierwsze wystudzenie syci się powietrzem uwalnianym z tuby i szmerem perkusjonalii, a jego start przypada na moment 8:30. Stan dobrze zaprogramowanej medytacji trwa tu aż do 11:15, po czym przechodzi w stadium rezonujących melodii. Wszystko nabiera pogłosu, niemalże śpiewa, osiągając szczyt lokalnego piękna w okolicach 15:15, a szemrzące zakończenie w chwili 16:45.

Tymczasem saksofon i cały perkusjonalny arsenał drżą i szeleszczą, a po wybiciu 17:30 przechodzą w stadium bardziej intensywne. Strzępy fonii wchodzą teraz w zwarcia, kompulsywne zgrzytają, a całość nabiera zaskakująco imitacyjnego charakteru. Narracyjnym komentarzem okazuje się swingujący post-jazz, gdy wyłania się z toku narracji w momencie 20:55. Muzycy łapią wiatr w żagle i z radością oddają się intensywnym podskokom. Kocie ruchy Ramona i taneczny ścieg Alberta szyją urokliwą opowieść, która po 25:30 wpada w rezonująca melodykę znaną już z wielu momentów tego filigranowego Haiku. Albert dzierży teraz w dłoniach sopran, a jego oddech wpada w tryb cyrkulacyjny. Ramon delikatnie ociąga się z interakcją, ale gdy już uderza w dzwon, akcja nabiera krótkotrwałej intensywności. W chwili oznaczonej jako 28:45 całość, budowana posuwistymi pociągnięciami pędzlem, ucieka w gęstniejący mrok. Muzycy celebrują teraz niemal każdą frazę, a w chwili 31:55 zdają się inicjować nowy, być może końcowy wątek. Small drumming wynosi ku górze drobne odgłosy z tuby i nadaje im delikatną, rozhuśtaną rytmikę. Ostatnie kilka chwil życia Haiku nabiera niemal post-industrialnej mocy. Tuba rży jak klacz, z kolei perkusja zwalnia aż do osiągnięcia stanu nieważkości. Licznik zeruje się tuż po momencie oznaczonym jako 34:56.

 

Duot: Ramon Prats & Albert Cirera Haiku (Self-released, CD 2025). Ramon Prats – perkusja oraz Albert Cirera – saksofony. Nagrane w Teatre de Ca l’Eril, Guissona, Katalonia, marzec 2024. Jeden utwór, 35 minut.

*) za: https://gazeta.us.edu.pl/node/242241