piątek, 24 lipca 2026

Edwards, Vicente & Vasco Trilla play Choreography Of Fractures!


Luis Vicente i Vasco Trilla grają razem niemal od kołyski, zarówno w duecie, jak i w większych składach. Połączenie trąbki i perkusji stwarza ciekawe okoliczności brzmieniowe i dramaturgiczne. A gdy dodamy do takiego zestawu kontrabas, sytuacja robi się jeszcze bardziej atrakcyjna.

Gdy wreszcie za sterami tego kontrabasu zasiądzie sam John Edwards, nasza radość może nie mieć końca. Zapraszamy na trzyosobowe spotkanie, jakie odbyło się na portugalskiej prowincji dwie zimy temu.

  


Album składa się z czterech rozbudowanych improwizacji, z których pierwsza i trzecia trwają po kilkanaście minut. Otwarcie każdej z nich jest spokojne, wyważone emocjonalnie, niemal balladowe, ale zawsze owa niezobowiązująca gra wstępna prowadzi do free jazzowego spiętrzenia. W każdym z utworów ów proces ma jednak inną pod względem dramaturgicznym postać.

Leniwe, kontrabasowe pizzicato, rezonujące talerze i smutny śpiew trąbki, to aura inauguracji. Jakby portugalskie saudade kotwiczyło się do brytyjskiego portu. Po zapowiadanym szczycie ekspresji, do gry chodzi kontrabasowy smyczek i efektownie koi zszargane nerwy, ostatnie dźwięki improwizacji pozostawiając wyłącznie dla siebie. W drugiej odsłonie punktem wyjścia jest kameralny suspens osadzony na smyczku i wysoko postawionym dronie trębackim. Po rozbudowanej fazie gry na małe pola artyści nabierają wiatru w żagle i wypływają na otwarty ocean. Puenta znów należy do Edwardsa, który plecie swoje mistrzowskie opowieści arco & pizzicato in one breath.

Trzecia improwizacja jest najdłuższa i poza stałymi fragmentami gry dostarcza także sporo akcji w duetach, a nawet krótkich ekspozycjach solowych. Zaczyna się na samym dnie basu, lamentuje szczelinowym rezonansem, szuka melodii w zamkniętej tubie blaszaka. Zróżnicowane tempo poszczególnych faz improwizacji buduje jakość i sprzyja dramaturgii całości. Tym razem ostatnie słowo należy do trzeszczących akcesoriów Trilli. Początek finałowej opowieści płynie z post-ciszy perkusjonalnego szelestu. Ze strony Edwardsa i Vicente docierają drobne, subtelne frazy zgrabnie moszczące się na ambientowej kołderce. Tu opowieść pęcznieje raczej na szerokość, nabiera masy, ale nie przestaje być leniwym potokiem dźwięków. Z czasem wszyscy zaczynają drżeć, dygotać z zimna, ale też zerkać ku niebu w poszukiwaniu pierwszych obłoków słońca.

 

John Edwards/ Luis Vicente/ Vasco Trilla Choreography of Fractures (FSR Records, CD 2025). John Edwards – kontrabas, Luis Vicente- trąbka oraz Vasco Trilla – instrumenty perkusyjne. Nagrane w Sound Innovation Studios, Póvoa de Além, Portugalia, luty 2024. Cztery improwizacje, 47 minut.


*) niniejsza recenzja powstała na potrzeby portalu Jazzarium i tam została pierwotnie opublikowana





 

wtorek, 21 lipca 2026

Elisabeth Coudoux & Emiszatett: Vestis!


Kolektyw artystów związanych z kolońskim Impaktem nie potrafi dostarczyć nagrania, które nie byłoby warte uwagi. Przed nami kolejny dowód w sprawie.

Na studyjnej scenie septet, a w głowach kolektywna improwizacja podparta bliżej niesprecyzowaną notyfikacją (tu nazwaną kompozycją), która tyczy szlak jej strukturalnego kształtowania. Tak przynajmniej donosi albumowe credits.

Szefem przedsięwziecia jest wiolonczelistka Elisabeth Coudoux, a pośród jej partnerów odnajdujemy szerokie grono dobrze nam znanych muzyków, z których przynajmniej dwóch … dojedzie jesienią do Poznania na pewien spontaniczny event. W wymiarze instrumentalnym, poza wspomnianym cello, także puzon, werbel, piano i harmonium, kontrabas i niezwykle istotna w procesie elektronika. Dwie dwudziestominutowe epistoły o dużym ładunku piękna i dramaturgii. Zapraszamy!

  


Inauguracja pierwszej części osnuta jest wokół szumów, szmerów, wdechów i wydechów – wszystko przypomina pracę wielkiego statku parowego. W tle drżą struny i płyną strugi elektronicznego ambientu. Ów kolektywny dark slow motion z czasem zaczyna nabierać masy właściwej, a sam proces staje się wielowątkowy – raz się zagęszcza, innym razem ucina jak spod skalpela, ma impulsywne wzloty i równie efektowne upadki. Poszczególne frazy instrumentalne nakładają się na siebie lub wzajemnie depczą. Wszystko czynione jest z dużą precyzją, ale wydaje się całkowicie swobodne, naturalne, niczym niepodyktowane. Już po kilku minutach septet brzmi niczym wielka orkiestra symfoniczna, w czym spory udział ma elektronika, która prawdopodobnie multiplikuje akustyczne frazy. Bywa, że wszystko tu śpiewa i melodyjnie rezonuje, wpierane czymś na kształt meta rytmu wprost z klawiatury piana. Bywa, że frazy nabierają mocy godnej prenatalnego post-industrialu. Piłowane struny, wydechy puzonu, szmer elektroniki potrafią łączyć się w ekspozycje dronowe. Chwilami aż trudno uwierzyć, iż za ten tygiel zdarzeń odpowiada tylko siedmioro artystek i artystów. W końcu słyszymy nawet syreny alarmowe. Wieńcząca utwór faza urokliwego falling down przybiera postać demonicznej kołysanki, zdaje się płynąć wyjątkowo szerokim korytem, osadzona nade wszystko na melodyjnej, po części onirycznej wokalizie.

Druga ekspozycja pozbawiona jest gry wstępnej - od pierwszej sekundy daje do wiwatu. Głośne cello, nerwowe okrzyki, połamany post-rytm. Zdaje się, że tym razem wylądowaliśmy w maszynowni statku parowego. Masywny common flow dość szybko rozwarstwia się, ale równie zgrabnie powraca do zadanej intensywności. Potem na front wychodzi elektronika, następnie głos, który dyskutuje z każdym napotkanym dźwiękiem, wreszcie piano z klawisza, które także dorzuca nowy wątek. Opowieść na kilka chwil osiąga stadium niemal free jazzowe. Po dziesiątej minucie następuje wystudzenie – narracja przypomina otulone tumanami kurzu pogorzelisko. Nic, tylko zbierać trupy. W kolejnych minutach opowieść przypomina nerwową huśtawkę. Atak post-industrialny strun, puzonu i elektroniki napotyka na kontrę piana i głosu, które starają się łagodzić emocje. W końcu wszyscy nabiera powietrza w płuca, a potem efektownie je wydychają. Wiolonczela eksploduje, wparta tajemniczymi akcjami percussion, wszyscy krzyczą. Ta kompulsywna eskapada zaczyna obumierać mniej więcej dwie minuty przed końcem. Potem już tylko migotliwe światełka ścielą się na mrocznym, zachmurzonym niebie.

 

Elisabeth Coudoux Emiszatett: Vestis (Impakt, DL 2026). Pegelia Gold – głos, Marcus Schmickler – elektronika, Matthias Muche – puzon, Philip Zoubek – fortepian, harmonium, Robert Landfermann – kontrabas, Etienne Nillesen – werbel oraz Elisabeth Coudoux – wiolonczela, kompozycja. Nagrane w Maarweg Studio, Köln, Niemcy, listopad 2021. Dwa utwory, 40 minut.



piątek, 17 lipca 2026

Clara Lai in Abyssal Plains & Instante!


Lipcowe, piątkowe popołudnie zdecydowanie warto spędzić na Półwyspie Iberyjskim. Na spotkanie z post-jazzową, dość swobodną improwizacją zaprasza katalońska pianistka Clara Lai, która znamy z kilku intrygujących albumów pochodzących z tego pięknego rejonu świata, a którą mieliśmy okazję gościć w naszych skromnych, spontanicznych progach jesienią ubiegłego roku.

Najpierw pochylimy nad kwartetem, który garściami czerpie z estetyki muzyki fussion (przy okazji dobrze kojarzy się z debiutancką płytą … Return to Forever sprzed ponad pięćdziesięciu lat), potem sięgniemy po trio, które akustyczne frazy piana i saksofonu obleka warstwą niebanalnej elektroniki. W roli współtwórców obu albumów prawie wyłącznie nasi dobrzy znajomi. So, welcome to beloved Portugal and Catalunya!

  


Abyssal Plains

Fortepian, także preparowany, elektryczna, delikatnie kwaśna gitara, post-jazzowy wokal i perkusja, niekiedy dość filigranowa, to podstawowe komponenty tego definitywnie smakowitego nagrania.

Inauguracja albumu jest żywa, realizowana od pierwszego dźwięku w pełni kolektywnie. Kilka radosnych, post-jazzowych podskoków, całkiem ekspresyjne inkrustacje i intrygujące brzmienie gitary, które przypomina uszkodzony syntezator. Druga opowieść jest dla odmiany mroczna, wystudzona, osnuta ambientem gitary, z głosem, który bardziej recytuje niż śpiewa. W podobnym klimacie utrzymana jest piąta część. Z kolei w trzecim utworze artyści zaczynają od fraz preparowanych, potem działają w podgrupach i stają się zaskakująco nerwowi, ale ostatecznie lepią w jeden organizm.

Czwarta opowieść trwa tu najdłużej, i to ona sięga po emocje, które przywołują w pamięci debiutancki album Return To Forever. Kwaśna gitara, która brzmi jak Hammond, zalotny, delikatnie latynoski wokal. Tu również doświadczamy soczystych akcji w podgrupach – szczególne brawa dla duetu gitarzysty i wokalistki. Klimat fussion zdaje się być kontynuowany także w szóstej odsłonie. Siódma i ósma historia silnie trzymają się jazzowych korzeni – ta pierwsza introdukowana w trio, rozwinięta w kwartecie, ta druga osadzona na basowym brzmieniu gitary, agresywnym piano z klawisza i motorycznym groove perkusji. Album domyka mroczna kołysanka – perkusjonalne świecidełka, inside piano, szept wokalistki i dudnienie pudła rezonansowego gitary.

  


Instante

Ten album przynosi nagranie w trio, choć zlepiony został z akustycznego duetu piana i saksofonu oraz elektroniki dogranej w innym czasie i miejscu. Z jednej strony stonowany post-jazz, niekiedy bardzo kameralny, z drugiej porcja nieoczywistej elektroniki, która czasami tylko snuje się wokół akustycznych dźwięków nie zmieniając szyku ich zdania, niekiedy jednak sieje ferment i skutecznie stymuluje dramaturgię improwizacji.

Nagranie zdaje się mieć dwubiegunową dramaturgię. Z jednej strony rozbudowane, ciche, dość mroczne post-ballady, z drugiej krótkie, zwarte, nerwowe, nasycone emocjami, niespełna dwuminutowe improwizacje. I to te drugie budują jakość całego albumu. Warto zatem zanurzyć się szczególnie w utworze trzecim, piątym i siódmym. Dobrym przykładem tych pierwszych jest utwór otwarcia, zlepiony z fraz inside piano, delikatnie zarysowanej melodii dęciaka i snującego się w tle, dość mrocznego ambientu, który na etapie puenty płata trochę fonicznych figli.

Najciekawszą wszakże opowieścią na płycie jest ta … najdłuższa, trwająca ponad siedem minut szósta improwizacja. Mroczne echo, oniryczna post-akustyka tła, a na powierzchni nerwowe, perkusyjne inside piano i pozostająca w kontrze spłoszona melodia saksofonu. Dramaturgiczny suspens na etapie rozwinięcia i emocjonalny, zatrwożony finał, przypominający wołanie o pomoc na zagubionej autostradzie, w zupełnej ciemności.

 

Clara Lai, Mariana Dionísio, Norberto Lobo & Vasco Furtado Abyssal Plains (Profound Whatever, DL 2026). Clara Lai - fortepian, Mariana Dionísio – głos, Norberto Lobo – gitara elektryczna oraz Vasco Furtado – perkusja. Nagrane w Estúdios Namouche, Lizbona, marzec 2025. Dziewięć utworów, 38 minut.

Lai/ Lencastre/ Reviriego Instante (Phonogram Unit, CD 2026). Àlex Reviriego - elektronika, Clara Lai - fortepian oraz José Lencastre – saksofon altowy i tenorowy. Nagrane w Louva-a-Deus, Lizbona, maj 2024 (instrumenty akustyczne) oraz Premià de Mar, czerwiec 2024 (elektronika). Osiem utworów, 35 minut. 



wtorek, 14 lipca 2026

Nebbia & Corsano in Six or Seven Ways Towards Becoming Undone!


Spotkanie saksofonu tenorowego i perkusji, to klasyczny model free jazzu, zapoczątkowany przez Coltrane’a i Alego dobre sześćdziesiąt lat temu. To proste połącznie dwóch instrumentów akustycznych, mimo upływu lat, wciąż pozostaje inspirujące dla rzeszy młodych (lub jeszcze nie starych) adeptów sztuki improwizacji.

Nagranie wciąż aspirującej Argentynki Camili Nebbi i zaprawianego w bojach Amerykanina Chrisa Corsano, to kolejny epizod tej nieśmiertelnej sagi. Bardzo udany, dodajmy na wstępie i bez zbędnej zwłoki przejdźmy do poznania szczegółów.

  


Album składa się z siedmiu opowieści, z których pięć trwa ponad dziesięć minut i to właśnie w ich trakcie szczególnie silnie uwypuklają się zdolności Camili i Chrisa do kreowania dramaturgii. Stylowe otwarcie, zgrabna kulminacja, zejście w ciszę preparacji i rezonujących śpiewów, wreszcie soczysta finalizacja, czyniona niekiedy w imponującym tempie.

Z tego schematu narracyjnego wyłamuje się wszakże pierwsza opowieść. Po melodyjnym, niemal roztańczonym, usłanym tysiącami pomysłów otwarciu muzycy wchodzą w fazę wymiany ciosów i wyłącznie udanych interakcji, po czym na długie chwile zanurzają w mrocznej otchłani preparowanych dźwięków. Wieńczą utwór bez ognistej puenty, czyniąc dzięki temu ów wytłumiony passus równie ważnym elementem całej improwizacji. Początek drugiej opowieści jest bardzo leniwy. Akcja rozwija się wieloetapowo, także poprzez fazę melodyjnego rozkołysania. Tu puenta jest pełnokrwista i niepozostawiająca złudzeń, co do intencji twórców.

Po krótkiej free jazzowej petardzie (nie bez rezonującego interludium), w odsłonie czwartej artyści krok po kroku budują nowe emocje. Zaczynają od rozkołysanej ballady, potem klecą post-jazzowe rozwinięcie, a na koniec wzdychają w oparach dogasającej ciszy. W kolejnym utworze początek stanowią dęte preparacje i błyszczące talerze. Camila szuka wymyślnych melodii, Chris komentuje to aktywizującym się drummingiem. W fazie zasadniczej dostajemy soczysty, free jazzowy galop, a na etapie zakończenia kolejny smakowity poemat talerzowych, rezonujących melodii. Część szósta, poza poznanymi już walorami nagrania, przynosi także perkusyjne solo, które ewokuje nie pierwszą tego wieczoru eksplozję fire music. Wreszcie finałowa czterominutówka, lepiona z perkusjonalnych świecidełek, szumu saksofonowej tuby i radosnego pogwizdywania. Tak kończy się album, który nie wnosi niczego nowego do historii gatunku, ale daje niebywałą radość z odsłuchu, szczególnie, gdy weźmie się pod uwagę warsztat obojga artystów, którzy zdają się być stworzeni do tego typu dzieł duetowych.

 

Camila Nebbia & Chris Corsano Six or Seven Ways Towards Becoming Undone (The Relative Pitch, CD 2026). Camila Nebbia – saksofon tenorowy oraz Chris Corsano – perkusja. Nagrane w LowSwing Records, Berlin 2025. Siedem improwizacji, 63 minuty.



piątek, 10 lipca 2026

Gonçalo Almeida in two antic dramas: Independent/ Interdependent & Mistérios Negros!


Gonçalo Almeida, wybitny portugalski kontrabasista, improwizator, kompozytor, człek nieskończonej liczby talentów, nie przestaje zaskakiwać i dostarczać dowodów na tezy postawione w tym zdaniu.

Dziś zaglądamy na dwa jego najnowsze wydawnictwa. Pierwsze, to okazjonalny koncert z grecką wokalistką Saviną Yannatou, doposażony w wyjątkowo zgrabny live processing czyniący z post-akustyki prawdziwe antyczny dramat. Drugie dzieło, to piąte już dokonanie tria The Selva, które w portfolio Portugalczyka stanowi być może jego najprostsze dzieło (sam tak mówi o tej formacji), to jednak nie przestaje dowozić wartościowych wzruszeń artystycznych. Tym razem trio spotykamy w mrocznej dżungli dźwięków, którym niekiedy całkiem blisko do … klasyki brytyjskiego trip-hopu.

 


Independent/ Interdependent

Najpierw jednak Grecja, druga edycja festiwalu Defkaz i duet kontrabasowo-wokalny umieszczony w ogniu jakże żywego live processingu. Improwizowany koncert składa się z czterech części, ale po prawdzie jest niemalże nieprzerwanym ciągiem dźwięków.

Spektakl rodzi się nisko nad ziemią w aurze mrocznego post-baroku – wokalistka recytuje niemal basowym głosem, kontrabasista równie nisko podwiesza smyczek. Swoje czyni także magik od elektroniki sprawiający, iż już po kilku pętlach narracji słyszymy podwójny duet voice & bass. Dodatkowo powstaje syntetyczne tło, które dostarcza mnóstwa filigranowych zdarzeń fonicznych. W drugą fazę koncertu wchodzimy przy wtórze głosu, jaki zdaje się wydobywać z offu i stukania smyczkiem po pudle rezonansowym kontrabasu. W nurcie głównym opowieści pojawia się teraz śpiew, przeplatany nuceniem i wzdychaniem, a także drobne akcje pizzicato. Improwizacja przechodzi ze stanu na poły mobilnej medytacji do serii nerwowych podrygów. Rodzi się coś na kształt rytmu, ale jest on łamany kołem zębatym i dewastowany kreatywnością kontrabasisty. W tle snuje się delikatna dubowa powłoka czegoś definitywnie nieoczywistego. Elektronika dba o emocje, akustyka raczej tłumi je zmyślnymi preparacjami. Na zakończenie tego epizodu śpiewa zarówno wokalistka, jak i rozmarzony smyczek.

Trzecia część koncertu jest najkrótsza i składa się niemal wyłącznie z akcji kontrabasisty, delikatnie wspomaganego chmurą ledwie dostrzegalnej elektroniki. Od szarpania strun po soczyste smagnięcia smyczkiem. Wokalna szadź osadza się na dźwiękach basu dopiero na koniec ekspozycji. Finałowa część koncertu, to spazmy i skomlenia. Nerwowa recytacja, roztańczony smyczek, incydentalne szarpnięcia za struny i uderzania. Początkowo muzycy zdają się stąpać po kruchym lodzie, potem brną jednak przed siebie niczym radzieckie lodołamacze. Groove, wystukiwany puls i śpiew. Elektronika mąci flow, rozmazuje go, ale wydaje się stać na przegranej pozycji. Akustyka tryumfuje do tego stopnia, że strumień live processingu także nabiera melodyki. Wielka multifoniczna orkiestra post-baroku dociera do celu gaszona onirycznymi loopami czegoś, co kiedyś było dźwiękiem akustycznym.

  


Mistérios Negros

Kontrabas, wiolonczela i perkusja/ instrumenty perkusyjne, to podstawowe instrumenty wykorzystywane w formacji The Selva. Ów kameralny punkt wyjścia od samego początku pieczętowany jest porcją elektroniki, która wraz z rozwojem koncepcji artystycznej nabiera coraz większego znaczenia. Dziś podłączona jest pod każdy z instrumentów i zdaje się każdorazowo stawiać trio w nowej rzeczywistości estetycznej, a nawet gatunkowej.

Mroczne Tajemnice składają się z ośmiu opowieści, które trwają od dwóch do prawie dziewięciu minut. Spokojne otwarcie dalekie jest od modus operandi typowego dla string trio. Wszędzie sączy się post-gitarowy ambient, struny rezonują elektroakustyczną poświatą, a na backgroundzie rodzi się swobodny circle drumming. Po kilku minutach pojawia się rytm obleczony smugą kwaśnej psychodelii. Całość przypomina w ostatecznym rozrachunku post-barokową piosenkę otuloną emocjami post-rocka. W drugiej części prosty rytm obecny jest od samego początku, a jego zadaniem jest wyniesienie ku tajemniczym wzgórzom równie prostej melodii, która brzmi bardzo arabsko. Jest w tym jakaś odrobina szaleństwa.

W kolejnych dwóch piosenkach czujemy coraz pokaźniejszy ładunek rockowych emocji. Najpierw nasze skojarzenia płyną w kierunku mniej mrocznych ekspozycji Massive Attack, potem sięgają wręcz noise’owej estetyki, tu niesionej głównie syntetycznie brzmiącą perkusją. Tańczymy w minimalistycznym rytmie, marzymy o dalekich i bezpowrotnych eskapadach. W piątej części moc pozostaje z nami – tłoczymy się w kłębach rockowego misterium, nie bez elementów post-jazzowych, jakie dostarcza kontrabas. Jest dynamika, ekspresja drum’n’bass, wreszcie roztańczone pizzicato.

W szóstym utworze odradza się klimat trip-hopowy. Dubowy beat, zgrzyty i obcierki, ale i liryczna, post-barokowa melodia. W przedostatniej opowieści powraca ambientowe tło, ale na froncie wciąż buzują zdrowe emocje – basowy groove, rzewna melodia cello i zwinny drumming po talerzach. Całość wydaje się ujmująco minimalistyczna i repetytywna. Samo zakończenie płyty jest delikatne – perkusjonalne świecidełka, wiolonczela w post-klasycznej melodyce i kontrabasowe zdobienia, niosące długo oczekiwane ukojenie.


Savina Yannatou, Gonçalo Almeida & Costis Drygianakis Independent/ Interdependent (Defkaz Records, LP/DL 2026). Savina Yannatou – głos, Gonçalo Almeida – kontrabas oraz Costis Drygianakis – sound processing. Nagrane na żywo w trakcie Defkaz Take 2 Festival, Mikri Skini, Thessaloniki, marzec 2025. Pięć utworów, 42 minuty.

The Selva Mistérios Negros (OSSO, LP/DL 2026). Ricardo Jacinto – wiolonczela, elektronika, Gonçalo Almeida – kontrabas, elektronika oraz Pedro Oliveira – instrumenty perkusyjne, elektronika. Nagrane w OSSO studios, luty 2025. Osiem utworów, 41 minut.


 

wtorek, 7 lipca 2026

Lauro, Pruvost & Orins in Dans-sons as we are!


Logo francuskiego labelu Circum-Disc, to gwarancja jakości, a jeśli pośród wykonawców odnajdujemy Petera Orinsa, jakże bystrego perkusistę i przy okazji kustosza wydawnictwa, to możemy mieć pewność, że wchodzimy do wyjątkowej gry.

Nie inaczej jest w przypadku krążka Dans-sons as we are, na którym niepowtarzalny drumming Orinsa splata dęte frazy trąbki i saksofonu altowego. To przygoda tylko pozornie post-jazzowa, dużo w niej bowiem świetnie ulepionych, niemal dronowych ekspozycji, które kąsają w pełni akustycznym, niepowtarzalnym brzmieniem.

  


Album składa się z pięciu opowieści, z których trzecia i piąta trwają po kilkanaście minut i w dużej mierze decydują o kosmicznej jakości całego przedsięwzięcia. Z kolei ta pierwsza trwa niespełna pięć minut i uroczo posadawia nasze receptory słuchu w aurze nagrania. Tętniące życiem small percussion, wokół których wiją się niespokojne, dęte pomruki – na ogół preparowanej trąbki, zazwyczaj post-melodyjnego saksofonu. Całość zdaje się stanowić, przefiltrowany przez doświadczenia eksperymentalnej muzyki współczesnej, wyrafinowany free jazz. W drugiej odsłonie każdy z muzyków śle plejady drobnych, preparowanych dźwięków. Czujemy mrowienie w kręgosłupie, wiemy, że z tej mąki będzie chleb. Coś rezonuje, coś szeleści, drży i ociera się o siebie, podszyte nerwem tajemniczej dynamiki. Z czasem oba dęciaki zaczynają czysto frazować, a delikatnie stymulowana dynamiką opowieść osiąga stadium niemal taneczne.

Trzecia improwizacja sprawia wrażenie mrocznej medytacji. Dużo w niej szemranych fraz i tajemniczych zakamarków.  Z jednej strony dron niskich częstotliwości (zapewne z trąbki), z drugiej szumy i szmery z saksofonu, a wszystko osadzone na matowym, ledwie słyszalnym deep drummingu. Opowieść delikatnie narasta, na jej powierzchni zaczynają mościć się drobne, akustyczne inkrustacje, głównie perkusyjne. Owo wielkie chrobotanie, tudzież rozdygotanie w końcu osiąga stadium melodyjnej, post-jazzowej eksplozji. Czwarta historia najbliższa wydaje się klasyce czegoś, co moglibyśmy określić mianem free jazzu, rozumianego bardzo po colemanowsku. Dwa dęciaki śpiewają, perkusja tańczy wokół nich, a potem wystawia je na działanie silnych wiatrów.

Finałowa opowieść, to kolejny poemat piękna zwartej, dobrze unerwionej ekspozycji. Saksofon i trąbka dmą na wdechu, perkusjonalia szumią w post-rytmie. Owa nieco hydrauliczna, medytująca opowieść brzmi bardzo matowo, jakby spektakl odbywał się za wielką, teatralną kotarą. Całość dość szybko nabiera post-industrialnej szorstkości. Z dronowej ekspozycji raz po raz wydobywają się drobne, preparowane frazy każdego z instrumentów – piski, melodyjne zawodzenia, stękania i omdlenia. Drive tej historii w końcu wchodzi w urokliwe stadium dogorywania, stanowiąc być może najpiękniejszy fragment nagrania.

 

Audrey Lauro Christian Pruvost Peter Orins Dans-sons as we are (Circum-Disc, CD 2026). Audrey Lauro – saksofon altowy, Christian Pruvost – trąbka oraz Peter Orins – perkusja. Nagrane w la malterie, Lille, Francja, luty 2025. Pięć improwizacji, 45 minut.

 

 

piątek, 3 lipca 2026

El Pricto & Trilla as General Ludd proclaime Neo-Luddism!


We are not against tools. We are against the religion of tools. Dokładnie tymi słowami rozpoczyna się manifest Neo-Luddism, zawarty w piętnastu punktach i stanowiący werbalną esencję najnowszego nagrania duetu General Ludd.

Rzeczony duet El Pricto i Vasco Trilli początkowo był mariażem silnie amplifikowanego saksofonu altowego i perkusji, dziś to kooperacja tejże perkusji z syntezatorem modularnym. Świetnie pamiętamy, iż General Ludd był gościem pandemicznej edycji Spontaneous Music Festival, na którym oba wątki instrumentalne duetu zostały dotkliwie zeprezentowane dragonowej publiczności.

  


Nowe, trzecie już ujawnienie GL składa się z dziewięciu opowieści. Sześć z nich to soczyste, kilkuminutowe petardy lepione z mięsistej syntetyki i masywnej perkusji, trzy pozostałe to oniryczne, ambientowe miniatury, tworzone w dużej mierze przez post-perkusyjne akcesorium Trilli. Te ostatnie stanowią tu część trzecią, szóstą i ósmą.

Otwarcie albumu jest dość spokojne. Modular Pricto chrobocze, palce Trilli stukają na matowej glazurze werbla, a resztę strumienia narracji stanowi zastygająca lawa drobnych skwierczeń i post-akustycznych usterek. Wraz z rozwojem akcji scenicznej rośnie bogactwo fraz syntetycznych i tempo roboty stricte drummerskiej. Drugi utwór wchodzi w wyższe stadium hałasu. Syntezator krzyczy i rozdaje ciosy, a circle drums podnosi i tak już wysokie ciśnienie, kreując rodzaj upiornego tańca. Po jakże zasadnym w tej sytuacji interludium muzycy zapraszają w głąb swojej wizji artystycznej. Vasco preparuje perkusyjne akcesoria, Pricto szumi i zawistuje nadchodząca burzę. To podróż od obopólnej medytacji po soczyste plamy elektroniki i radosne podskoki perkusji.

Piąta opowieść do obrazu całości dodaje dubowe, syntetyczne echo i jeszcze większą zadziorność perkusji. Co ciekawe, na etapie puenty narracja robi się podejrzanie filigranowa. Po kolejnym interludium czeka nas dawka pozornej relaksacji – znów trochę dubowych struktur, rodzaj rozkołysania zdobionego drummingiem po talerzach. W połowie najdłuższego utworu muzycy łapią wiatr w żagle i zaczynają aspirować do miana mistrzów elektroakustycznego noise. Modular brzmi jak psychodeliczna gitara, perkusja stepuje aż miło. Po ostatniej, wysoko zawieszonej miniaturze Trilli następuje finałowe rozdanie. Prowadzone w nieco wolniejszym tempie, jakby muzycy broczyli w gęstym mule. Zgrzyty, stemple perkusji, syntetyczne okrzyki. Rodzaj post-industrialnej modlitwy o deszcz na wielkiej pustyni. Tu puenta okazuje się zaskakująca taneczna.

 

General Ludd Neo-Luddism (Discordian Records, DL 2026). El Pricto – syntezator modularny oraz Vasco Trilla – perkusja, instrumenty perkusyjne. Nagrane w The Golden Apple, Barcelona, marzec 2026. Dziewięć utworów, 45 minut.



 

 

 

wtorek, 30 czerwca 2026

Webster, Pándi & Cargill in Chewed Up And Spat Out!


Wnikliwi poszukiwacze medialnych plotek wiedzą być może, iż brytyjski saksofonista Colin Webster będzie główną postacią, zbliżającej się milowymi krokami, dziesiątej edycji pewnego spontanicznego festiwalu w zachodniej części naszego pięknego kraju.

Z kolei jego dobry kolega z Londynu Matt Cargill, najczęściej obsługujący wybuchową elektronikę, będzie wraz ze swoją flagową orkiestrą Sly & The Family Drone gościem letniego cyklu koncertowego w tymże samym dużym mieście, na jednym z głównych jego placów.

Nie tylko z uwagi na te wydarzenia sięgamy dziś po kasetę, na której wspomniani artyści, podparci żelazną ręką węgierskiego perkusisty Balázsa Pándiego, dziergają dla nas wielobarwne płótno soczystego hałasu opartego ma brzmieniu saksofonu barytowego, ciężkiej syntetyki i masywnego drummingu. Będzie głośno, ale to chyba oczywiste.

  


Pierwsze dwa utwory trwają mniej więcej po pięć minut i stanowią rodzaj wprowadzania do gry. Saksofon i elektronika zgrzytają zębami, perkusja szuka rytmu, toczy pętle, ale donikąd się nie spieszy. Całość nasączona jest szorstką, tajemniczą melodyką. Muzycy spoglądają w kierunku ściany dźwięku, ale nie decydują się na kolejny krok. W drugim z utworów solą akcji wydaje się masywny, syntetyczny dron basu, wokół którego panoszy się spazmatyczny baryton i perkusja, która w zasadzie stąpa w miejscu, akcentując kolejne meta septymy uderzeniami po talentach.

Otwarcie trzeciej części, która trwa nieco dłużej niż poprzednie, jest hałaśliwe, kompulsywne, ale przypomina dreptanie w mulistym bagnie. Elektronika brzmi niczym sprzęgająca się gitara, spleciona z barytonowymi podmuchami gorącego powietrza. Z czasem flow robi się istotnie gęsty i tłusty, niczym sfermentowana grochówka. Drobnym wytchnieniem zdaje się być czwarta opowieść. Medytujące drony post-noise pozwalają na chwile oddechu po obu stronach nieistniejącej sceny. Baryton prycha obleczony plastrem przesterowanej syntetyki, perkusja toczy się wartkim strumieniem, ale intrygująco filigranowym. Całość po pewnym czasie zastyga w lawie dogorywającego space-rocka.

Ostatnia część trwa dwanaście minut i pięknie reasumuje potencjał tego nagrania. Początkowo przypomina demoniczną post-balladę, która po perkusyjnym intro i kilku głębokich, dętych wydechach czeka na aktywację elektroniki. Gdy ów fakt w końcu ma miejsce, saksofon wrzuca szósty bieg, perkusja zarysowuje szlak rytmu, a opowieść nabiera definitywnie noise’owej soczystości. W drugiej fazie nieznacznie tłumi się, przechodząc w stan nerwowego rozdygotania. Brzmi post-industrialne, ale w dawno nieczynnej fabryce. Jeszcze tylko kilka akcji w podgrupach i nerwowych spazmów dęciaka, by całość osiągnęła stan śmiertelnego końca.

 

Colin Webster/ Balázs Pándi/ Matt Cargill Chewed Up And Spat Out (Raw Tonk Records, Kaseta 2026). Colin Webster – saksofon tenorowy, barytonowy, Balázs Pándi – perkusja oraz Matt Cargill – elektronika. Nagrane w Hackney Road Studios, Londyn, czerwiec 2019. Pięć utworów, 38 minut.



piątek, 26 czerwca 2026

Okuda, Müller & Hall hidden in ³√!


Międzynarodowe trio Okuda Müller Hall – Rieko Okuda (Japonia), Matthias Müller (Niemcy) i Samuel Hall (Australia) – gra swobodnie improwizowaną muzykę, która dzięki wspólnemu, silnemu poczuciu formy, często brzmi tak, jakby została skomponowana.

Rzadko zaczynamy werbalne ekspresje na tych łamach od cytatu z albumowego credits, ale to, co powyżej, tak trafnie wpisuje się w idee tego trzyosobowego spotkania, że postanowiliśmy pójść na łatwiznę i zacząć recenzję cudzymi słowami. Ale dalej już tylko trybunowe, post-ekspresyjne wynurzenia, którym przyświeca myśl przewodnia – Pierwiastek Trzeciego Stopnia, to jeden z lepszych albumów, jaki dostarczył gatunek w roku opatrzonym liczbą 2026.

 


W trakcie pięciu dobrze skrojonych opowieści muzycy zdają się przebywać swobodną drogę od medytacji do konwulsji free jazzu, wszystko czyniąc z gracją i nakreśloną na wstępie dbałością o formę. Otwarcie, to naturalny splot szumu z dętej tuby, szelestu drobnych przedmiotów na werblu i szorowanych tajemniczymi obiektami strun fortepianu. Puzon zawiesza oddech w nieskończoność, piano i perkusja kreują martwy taniec, który zdaje się mieć rytm, ale o dość metafizycznym charakterze. Z czasem opowieść narasta, rozlewa się szerokim korytem fraz wprost z klawiatury, niesiona naturalną skłonnością puzonu i perkusji do kreowania bardziej linearnej struktury improwizacji.

Opowieści parzyste są tu nad wyraz krótkie, ale dramaturgicznie dosadne. Ta druga bazuje na matowym drummingu, wentylowych preparacjach i tanecznym, granym z klawiatury rozkołysaniem. Z kolei czwarta nasycona jest aurą stonowanego post-jazzu. Akcje z klawiatury, szmery i szelesty dęto-perkusjonalne, ale w konkluzji rytm, śpiew i taniec.

Utwory trzeci i piąty trwają po kilkanaście minut i są poematami dramatycznymi o niepodważalnym uroku osobistym. Ten trzeci w fazie prenatalnej jest zlepkiem onirycznych, rwanych dźwięków, syconych śpiewem puzonu, dygotem strun i drżeniem perkusjonalii. Całość wydaje się z jednej strony tajemniczo ludyczna, z drugiej zaskakująco relaksacyjna. Na etapie rozwinięcia piano atakuje frazami inside, puzon staje się wielkim loopem, a perkusja stawia stemple i wskazuje kierunek dalszej drogi. W ramach dodatkowych atrakcji mamy post-romantyczny pasus z klawiatury zwieńczony piękną, minimalistyczną repetycją. Po tak udanie skonstruowanym interludium artystom nie pozostaje już nic innego, jak oddać się czystej ekspresji free jazzu.

W ostatniej improwizacji mamy pozornie podobny zabieg dramaturgiczny. Wystudzone otwarcie, pełne preparowanych fraz, faza arktycznych podmuchów i wichrów, post-rytmiczny dygot i krótka, gęsta od dźwięków kulminacja. Potem muzycy zanurzają się w otchłani ciszy, szepczą, wznoszą ciche modlitwy, ale nie wracają już na wojowniczą ścieżkę ekspresji. Cedzą minimalistyczne dźwięki, medytują, głęboko oddychają aż po kres tej niezwykłej podróży.

 

Okuda/ Müller/Hall ³√ (Unit Records/Zeta Edition, CD 2026). Rieko Okuda – fortepian, Matthias Müller – puzon oraz Samuel Hall – perkusja, instrumenty perkusyjne. Nagrane w Morphine Raum, Berlin, marzec 2024. Pięć części, 40 minut.



 

wtorek, 23 czerwca 2026

Susana Santos Silva & Vasco Trilla in Mu and Shin!


Susana Santos Silva i Vasco Trilla spotkali się pewnego jesiennego wieczoru w Barcelonie i postanowili pomuzykować. Ona przyniosła trąbkę i być może garść dodatkowych przedmiotów (tu nie mamy pewności), on swój bazowy small drum kit i zapewne słynną, magiczną walizkę z urządzeniami do wydawania dziwnych dźwięków.

Okoliczności studyjne miejsca zwanego La Isla dawały im pełne spektrum brzmieniowych możliwości. Oni wszakże wybrali aurę tajemniczości, szorstkiego, matowego sounds i fundamentalną wolę zaprzeczenia temu, co w warstwie fonicznej może przynieść zetknięcie prostego instrumentu dętego blaszanego oraz armii przedmiotów i obiektów post-perkusjonalnych.

 


 

Susana i Vasco formują swój dramat w dwóch prawie dwudziestominutowych aktach. Oba mają formę dronowych strumieniu multifonii, w strukturze których nie zawsze jesteśmy w stanie odseparować frazy trąbki od tego, co pichci perkusjonalista. Początek pierwszego aktu lepi się z szumów i szmerów, które powstawać mogą zarówno na werblu, jak pod naciskiem wentyli. Struga fonii jest tu jednym, żyworodnym stworem, który kąsa każdą frazą. Całość jest mroczna, ale niekiedy dość oniryczna, budowana z majestatem celebracji każdego oddechu. Z czasem akcje trąbki stają się odrobinę bardziej linearne i płyną nad powłoką multi-percussion. W połowie utworu muzycy sugerują nowe wątki. Jest szczypta dętej melodii, słyszymy też coś, co brzmi jak cytra. Finałowa faza pierwszej improwizacja grana jest na wielkim wydechu, zawiera też drobne, solowe interludium Susany, skomentowane głęboko matowym, dochodzącym wprost z piwnicy small drummingiem. Na ostatniej prostej wieją wielkie wiatry, zarówno z trąbki, jak i zapewne gumowej rurki przytkniętej do glazury werbla.

Aura otwarcia drugiej improwizacji wydaje się cokolwiek nerwowa. Trąbka prycha, werbel drży pod naciskiem łokcia, szumi wiatr, a okolica zdaje się być nieprzychylna romantycznym spacerom po zmroku. Wszystko trzeszczy, bulgocze, terkocze i stuka. Wokół wiją się strumienie śpiewnego rezonansu. W tym zaskakującym, niemal industrialnym tyglu zdarzeń słyszymy nagle dźwięk fletu. Ale to pewnie złudzenie foniczne. W środkowej fazie improwizacja zdaje się kołysać od progu ciszy do przednówka hałasu. Muzycy głęboko oddychają, dobywają dźwięki niczym z głębin afrykańskiego buszu. Tymczasem Vasco realizuje krótki rytuał wyniesienia, a Susana po chwili odpoczynku inauguruje strugę trębackich preparacji. Opowieść nabiera teraz bardziej zwartej formy –  akcji trąbki towarzyszy ekspozycja drummingowa. Emocje rosną, do gry wchodzą robaczki tańczące na werblu, a tembr trąbki unosi się coraz wyżej. Po efektownej, niemal hydraulicznej kulminacji improwizacja przygasa zdobiona piękną, pożegnalną melodią blaszaka i tajemniczym, onirycznym tłem przypominającym brzmienie instrumentu klawiszowego nasyconego odrobiną prądu.

 

Susana Santos Silva & Vasco Trilla Mushin (Defkaz Records, LP 2026). Susana Santos Silva - trąbka oraz Vasco Trilla – instrumenty perkusyjne. Nagrane w La Isla, Barcelona, wrzesień 2024. Dwie improwizacje, 39 minut.



 

piątek, 19 czerwca 2026

Laurent Güdel sustained in State Music!


Szwajcarski Insub Records dostarcza nam nieustannie intrygujących, muzycznych i około muzycznych doznań. Z pespektywy łamów zaprawionych w eksploracji muzyki improwizowanej często wychodzić musimy z tzw. strefy komfortu i nurzać się w odmętach dźwięków uporządkowanych kompozycji, skrojonych niekiedy konstytucyjnym minimalizmem lub nietypowym zestawem instrumentalnym. Ale jesteśmy twardzi, nieustępliwi i coraz chętniej sięgamy pod dokonania artystów związanych z labelem, silnie ukorzenione w komponowanej muzyce współczesnej.

Dziś zapraszamy na rodzaj wycieczki po starych studiach nagraniowych, tych eksperymentalnych, nastawionych na muzykę elektroakustyczną. Nie będziemy w słynnym polskim Studiu Eksperymentalnym Polskiego Radia, ale odwiedzimy podobne miejsca w Szwecji, Holandii, Grecji i Stanach Zjednoczonych. Przed nami sześć rozbudowanych kompozycji, pomieszczonych na trzech winylowych krążkach, wykonanych na instrumentach lub urządzeniach elektronicznych (rzecz można … instrumentach z epoki). Autorem albumu jest Laurent Güdel, który z jednej strony zdaje się wcielać w role kustosza, który oprowadza nas po muzeum, z drugiej strony sprawia wrażenie dziecka, które cieszy się, bo raz za razem napotyka na coraz ciekawsze zabawki. Elektroniczne i elektroakustyczne brzmienia towarzyszą nam przez prawie 90 minut, nie nużą choćby przez moment, są dobrze udramatyzowane, a ilość ciekawych dźwięków rośnie tu w tempie geometrycznym, powodując, iż obcowanie ze State Music wydaje się definitywnie czasem udanie spożytkowanym.

  


Na dobry początek instrument (urządzenie?) zwane Buchla w wersji 100 i 200. Toniemy w filigranowych, mrocznych frazach, gęsto usianych w strudze analogowej elektroniki. Od onirycznych pulsacji, przez szmery i syntezatorowe plamy, po wyjątkowo matowo brzmiące medytacje z odrobiną głęboko skrywanej melodii. W kolejnym utworze w użyciu jest serge modular system, generujący elektroakustyczne, drobne fonie płożące się po gęstej, mrocznej fakturze wypełniającego tło ambientu. Rodzaj pajęczyny dźwięków, niekiedy niepokojącej, innym razem migotliwej i na swój sposób kojącej.

W kolejnej opowieści muzyk określa swoje narzędzie pracy jako analog test & measurement equipment. Znów wątkiem głównym jest mroczny ambient i delikatne, filigranowe zdobienia, pulsujące i dodatkowo chwytające niepostrzeżenie drobiny rytmu. Ten fragment albumu ma też nerwową, bardziej emocjonalną fazę, spuentowaną plejadą urokliwych, elektroakustycznych usterek. W dwóch kolejnych kompozycjach w roli wiodącej występuje syntezator EMS Synthi 100, najpierw posadowiony na ziemi greckiej, potem wschodnio-amerykańskiej. Pierwszy z tych występów brzmi z jednej strony bardzo akustycznie, z drugiej minimalistycznie, ale bardziej syntetycznie, pozostając w intrygującym, zawieszonym w czasie klimacie wczesnych nagrań Eliane Radigue. To rodzaj medytującej repetycji. Drugi występ syntezatora EMS jest dla odmiany zgrzytliwy, napastliwy, wszystko w nim bulgocze i nasycone jest niespotykaną na tym albumie ekspresją. Wystudzony, ambientowy finał zdaje się komentować zbytek tych emocji. Ostatnia kompozycja skonstruowana jest przy użyciu urządzenia, które z jednej strony jest rezonatorem, z drugiej anteną, która ściąga dźwięki otoczenia. I rzeczywiście wydaje się, że spędzamy czas na nowojorskiej ulicy i zasłuchujemy się w jej brzmieniach. Ale to nie hałas, to raczej kontemplacja życia zastygłej cywilizacji.

 

Laurent Güdel State music (Insub.Records, 3LP 2026). Laurent Güdel – różne instrumenty i urządzenia elektryczne. Nagrane w latach 2019-2023 w Sztokholmie, Den Bosch, Atenach i Nowym Jorku. Sześć utworów, 87 minut.




wtorek, 16 czerwca 2026

Mayas & Denley on 19 January 2025!


Artystyczne losy niemieckiej pianistki Magdy Mayas oraz australijskiego saksofonisty i flecisty Jima Denleya śledzimy na tych łamach od zarania dziejów. I to zarówno w działaniach wspólnym, jak i tych osobnych. Jako duet Magda i Jim pracują razem od kilkunastu lat, znamy doskonale ich obie płyty wydane w nowojorskim Relative Pitch. Choć miejsca ich stałych rezydencji dzielą tysiące kilometrów, gdy tylko spotykają się, natychmiast wspólnie muzykują.

Przed nami ich spotkanie ze stycznia ubiegłego roku, które dostarcza - jedynie w wersji digitalnej – wydawnictwo Red Raw z Australii. Koncert trwa niewiele ponad dwa kwadranse, warto zatem skupić się nad każdym dźwiękiem.

  


Początek koncertu tworzą skromne, ledwie uformowane frazy matowo brzmiącego klawinetu i podmuchy z tuby dęciaka, doposażone klekotem dysz. Dźwięki lepią się do siebie jak małe stwory w tańcu godowym. Całość zdaje się mieć delikatny posmak ethno, jakby muzycy odbywali spacer po złowrogim lesie, za każdym drzewem którego czai się niespodzianka.

Ich opowieść od czasu do czasu nabiera pewnej intensywności, bywa wszakże równie często minimalistyczna, post-melodyjna, a nawet medytacyjna. Sporo dźwięków wydaje się bardzo tajemniczych, jakbyśmy nie do końca znali pełne instrumentarium Magdy i Jima. Trochę brakuje nam przekazu wizyjnego z ich koncertu. Niekiedy artyści toczą się niemal tanecznym krokiem, szukają melodii i marzą o dalekich podróżach. Magda w przestrzeni inside piano budzi niepokój, jest w stanie odnaleźć każdy dźwięk, z kolei na klawiaturze snuje martwe melodie, które ewokują egzystencjalne refleksje. Jim zdaje się pracować niekiedy na kilku instrumentach jednocześnie, a frazy saksofonu i fletu zlewają się w jedną tajemniczą strugę fonii.

W połowie koncertu Magda podaje melodię z klawiatury, a Jim tańczy wokół niej, niczym groźny wąż boa i śle pociągłe, nisko osadzone drony. Gdy Magda preparuje struny, Jim staje na palcach i kompulsywnie podryguje. Po dwudziestej minucie następuję antrakt fonii osadzonych wyjątkowo blisko ciszy. Najpiękniejszy moment koncertu skutkuje niespodziewanie dużą dawką emocji – klawinet zaczyna tańczyć, a flet kłębić się w konwulsjach. Chwilę potem Magda przechodzi w stan lewitacji, z kolei Jim pomrukuje niczym groźny zwierz.

Zakończenie koncertu tkane jest z drobiazgów, okazjonalnie dość melodyjnych, bardzo filigranowych. Jakby muzycy odnajdywali ulubioną melodię z dzieciństwa.

 

Magda Mayas & Jim Denley 19 January 2025 (Red Raw, DL 2026). Magda Mayas – fortepian preparowany, klawinet oraz Jim Denley – flet, saksofon. Nagrane na żywo w Australii (?), styczeń 2025. Jedna improwizacja, 32 minut.



 

piątek, 12 czerwca 2026

The June’ Round-up: Amado! Transition Unit! Xatarata! Westgaard & Maneri! Sonic Waves! Bagnasco! Safiullin! Devereaux! Kaučič & Cigana!


Najwyższy czas rozpętać czerwcową zbiorówkę recenzji! W tyglu ognistych recenzji równie groźnych improwizacji odnajdziecie dziewięć nowych albumów, jak zawsze z całego świata!

Zaczynamy bardzo jazzowo, po portugalsku - dwa konkretne ciosy nie bez udziału gości zagranicznych. A w dalszej kolejności - krakowski baryton zanurzony w latynoamerykańskiej elektronice, dwa wątki skandynawskie, pierwszy kameralny, drugi dronowo-ambientowy, spora garść gitarowych eksperymentów z różnych zakątków globu - akustycznych, elektrycznych, a nawet nieco bardziej hałaśliwych, bo z domieszką krwi japońskiej, wreszcie na finał tańce perkusjonalne z bliskiego południa Europy, co by ukoić nasze zszargane nerwy.

Zapraszamy do nieba i piekła muzyki improwizowanej!

  


Rodrigo Amado/ Joe McPhee/ Kent Kessler/ Chris Corsano Wailers (European Echoes Archive Series, CD 2026)

Namouche Studios, Lizbona, październik 2019: Rodrigo Amado – saksofon tenorowy i altowy, bird water whistle (kanał lewy), Joe McPhee – saksofon tenorowy (kanał prawy), Kent Kessler – kontrabas oraz Chris Corsano – perkusja. Sześć utworów, 49 minut.

Kwartet This Is Our Language, który konsumuje wymienione w tytule recenzji nazwiska czterech wybitnych postaci sceny free jazzowej, to jedno z najciekawszych zjawisk gatunku drugiej dekady bieżącego millenium. Z racji wieku jednego z nich nie jest już aktywną formacją, szczęśliwie Amado, główny organizator tego przedsięwzięcia, doszukał się w swoich archiwach niepublikowanej wcześniej sesji kwartetu, jak miała miejsce siedem lat temu w najbardziej znanym lizbońskim studiu nagraniowym.

Na krążku odnajdujemy sześć utworów, które trwają od sześciu do dziesięciu minut. Klamrą nagrania jest dynamiczne, kwartetowe otwarcie z uroczymi dialogami tenorzystów i takież zakończenie z nutą aylerowskiej melodyki. W utworach pomiędzy formacja bardzo często rozbija się na tria w konwencji tenor plus sekcja rytmu, a utwór czwarty grany jest wyłącznie przez Amado, Kesslera i Corsano. Tu Portugalczyk inauguruje improwizację na gwizdku, a soczyste expo prezentuje wyjątkowo na saksofonie altowym. Co by się wszakże nie działo pod sklepieniem studia nagraniowego, jakość narracji i poszczególnych improwizacji budzić winna respekt każdego fana free jazzowych, ognistych przebieżek. Szczególnie dobrze udramatyzowany jest odcinek piąty. Otwiera McPhee, dołączą Corsano, potem szybka kontra Amado z Kesslerem na smyczku. W połowie ekspozycji intrygujące solo perkusisty, a potem wystudzony, prawdziwie kameralny finał osnuty wokół smutnej melodii.

  


Transition Unit Sheets of Sound (Phonogram Unit, DL 2026)

Sunny Side Inc. Studio, Anderlecht, Belgia, grudzień 2024: José Lencastre – saksofon altowy, Rodrigo Pinheiro – fortepian oraz Dirk Serries - archtop guitar. Siedem improwizacji, 39 minut.

Portugalskie trio z nazwą własną powraca albumem, który zdaje się być nakierowany na publiczność kształconą w historii jazzu i swingu, nie koniecznie zaś w paradygmatach swobodnej improwizacji nasyconej adekwatną dawką ekspresji. Mimo wielkiego szacunku dla dokonań tych artystów, nie możemy zataić faktu, iż nowy album Transition Unit zanudził grono redakcyjne niemal do bólu.

Pierwsza improwizacja sadowi się w okolicach wystudzonej kameralistyki, dla odmiany ta druga sięga po atrybuty jazzu i nie boi się delikatnie swingować. Artyści dobrze czują się w estetyce leniwej ballady, a w trzecim utworze wręcz chłoną medytujący charakter całej narracji. Pod koniec tej odsłony albumu, a także w kolejnej muzycy przypominają sobie, że dobre tempo i ekspresja frazowania potrafią służyć każdej opowieści. Niestety dwie kolejne improwizacje tego nie potwierdzają. Album wieńczy najdłuższa, ponad 8-minutowa historia, która stawia na minimalizm, nawet post-klasycyzm, ale przewrotnie niesie w sobie dużo jakości zaszytej w nerwie trwogi, jaka zdaje się drążyć ten wątek płyty.

 


Xatarata Kiss and Drum (Antenna Non Grata, LP 2026)

DTS Studio, Kraków, grudzień 2022: Paulina Owczarek – saksofon barytonowy oraz Federico Reuben - laptop/ live coding. Jedenaście utworów, 40 minut.

Improwizowane spotkania instrumentu dętego i elektroniki, to zjawiska występujące from time to time w ekosystemie gatunku. Ten duet, to jednak sytuacja wyjątkowa – z jednej strony moc saksofonu barytonowego, z drugiej nieograniczony świat elektroniki, tu generowanej z poziomu akademickiego, zarówno z racji naukowych proweniencji artysty, jak i zastosowanych metod badawczych (kodowanie, live processing, systemy interaktywne i algorytmiczne etc.). Zwał, jak zwał Xatarata, to produkt osobny.

Jak już dojdziemy do tego, która strona winyla jest pierwsza, a która druga, zagłębiamy się w jedenastu krótkich formach improwizowanych, trwających od trzech do sześciu minut. Każda z nich ma swoją dynamikę, narracyjną szorstkość, ale też dziką niekiedy taneczność i fikuśnie pokręconą melodykę. To rodzaj intensywnego spaceru po zgliszczach tradycyjnych narracji. Owczarek buduje melodie, czasami krzyczy, preparuje instrument, a gdy trzeba śpiewa niczym pijany słowik na pierwszej randce. Ze strony Reubena mamy stan permanentnej zmiany. Jest drum’n’bassowy rytm, są krótkie strzały spod ramienia, post-perkusjonalne erupcje, wreszcie niekończące się drobne frazy układające się w jakże logiczny ciąg przyczynowo-skutkowy. Muzyk nie wkracza do jaskini hałasu, ale jest obecny na każdym etapie tej muzycznej łamigłówki. Paulina i Federico grają razem od lat i wbrew teoriom klasyków ich kolektywne improwizacje ciągle zyskują na jakości, a poziom interakcji osiąga kosmiczny poziom.

  


Hein Westgaard & Mat Maneri Chamber (Gotta Let It Out, LP 2025)

Kopenhaga, lipiec 2024: Hein Westgaard – gitara elektryczna (1-4), akustyczna (5-7) oraz Mat Maneri – altówka. Siedem improwizacji, 58 min.

W naszej dzisiejszej opowieści czas na kameralne wystudzenie. Znamienity nowojorski altowiolinista Mat Maneri lubi improwizować w Europie, a zwłaszcza w Danii pod sztandarami Gotta Let It Out, labelu prowadzonego przez Tomo Jacobsona. Tu dobieramy go do pary z duńskim gitarzystą Heinem Westgaardem, którego inne nagranie opisywaliśmy nie dalej, jak w majowej zbiorówce.

Album zwie się po prostu Chamber i zdaje się, że trudno o bardziej adekwatną nazwę. Jego początek obiecuje bardzo wiele – frazy szarpane ze strun i wyskubywane z samego dna pudeł rezonansowych lepią się w post-melodyjne, niekiedy rzewne opowieści z drobną kulminacją pod koniec utworu. W kolejnych odsłonach albumu króluje tytułowa kameralistyka, emocje trzymane są na uwięzi i nie brakuje fraz niemal klasycznych, które świetnie sprawdziłyby się na urodzinowym przyjęciu znanej persony lokalnej socjety. Szczęśliwie w dwóch ostatnich utworach muzycy odnajdują w sobie więcej energii, woli życia, wchodzą w ciekawsze interakcje, nawet w trakcie finałowej, dogorywającej pieśni niesionej szumem otaczającego świata.

  


Nils Wohlrabe/ Karin Johansson/ Hasse Westling Sonic Waves (Outer Disk, CD 2026)

Elementstudion, Gothenburg, czas nieznany: Nils Wohlrabe – gitara, elektronika, Karin Johansson – fortepian, także preparowany, toy piano oraz Hasse Westling – kontrabas. Pięć utworów, 46 minut.

Pozostajemy w Skandynawii, kierujemy się na północ i dość radykalnie zmieniamy estetykę. Przed nami mroczna przygoda dziergana dark ambientową gitarą podrasowaną elektroniką, preparowanym na ogół fortepianem i kontrabasem traktowanym w skończonej liczbie przypadków smyczkiem. Opowieść jest więcej niż smakowita, ujmująco trzyma klimat pozornie rozmarzonej, ale bardzo groźnej eskapady. Miewa drobne chwile słabości, gdy piano i kontrabas szukają jazzu. Szczęśliwie dość szybko porzucają ten mętny trop.

Szum szorstkiego ambientu, dron basu i hałaśliwe niekiedy akcje inside piano tworzą gęstą, mulistą narrację, która udanie inicjuje album. W kolejnej części pojawiają się rezonujące frazy, które lepią się do świergoczącej, filigranowej elektroniki. Na strunach piana odbywają się rytualne tańce, które zostają spuentowane dźwiękami wprost z klawiatury, ale umoczonymi w gęstym pogłosie. W części trzeciej anonsowane próby jazzowego frazowania, które mroczne, ambientowe tło dusi w zarodku. Część kolejna jest bardzo intensywna, przypomina kołowanie śmigłowca nad wojenną pożogą. Trzy instrumenty budują tu wyjątkowo jednorodną strugę złych mocy. Sam finał płyty jest odrobinę delikatniejszy. Frazy gitary są wyjątkowo lekkie, słyszymy także akustyczne dźwięki, dla których nie jesteśmy w stanie wskazać źródła pochodzenia. Pianistka zaczyna wewnątrz, kończy na zewnątrz, kontrabasista snuje mięsiste preparacje, a gitarzysta tonie w błękitnym ambiencie.

  


Luciano Bagnasco Momentos en el absurdo (dForma_discos, DL 2026)

Argentyna, luty 2026: Luciano Bagnasco – gitara akustyczna. Trzy improwizacje, 30 minut.

Dokonania tego argentyńskiego gitarzysty śledzimy na bieżąco, wiemy zatem, iż onegdaj preferował on raczej gitarowe szaleństwa skąpane w dużej dawce prądu, a od pewnego czasu bliżej mu do suchych, preparowanych brzmień akustycznych. I taka jest też jego najnowsza solowa płyta. Jedna długa i dwie krótkie improwizacje, a w nich moc kreacji i improwizowanego piękna.  

Pierwsza odsłona albumu trwa prawie siedemnaście minut i mamy w niej wszystko – od niemal post-klasycznego otwarcia, przez fazę abstrakcyjnego impro, po wielowątkowe preparacje, gdy obcierki na pudle rezonansowym aż śpiewają. Muzyk brnie tu od szczegółu do ogółu, a galopada na finał dowodzi nie tylko wspaniałej kreatywności, ale także niemal wirtuozerskich umiejętności technicznych. W drugiej części, ledwie czterominutowej, muzyk zgłębia tajniki gitarowej ballady, której enigmatyczność i matowe brzmienie przypominają chill-outowe akcje Dereka Baileya. Ostatnia historia pachnie tumanami kurzu z westernowych historii kowbojskich. Od delikatnych flażoletów, przez taniec upstrzony drobnymi ornamentami, realizowanymi także na sporej dynamice, po puentę, która wraca do metod artykulacji zapoczątkowanych na starcie improwizacji.

  


Salavat Safiullin Step By Step (Extra Notes, DL 2026)

Miejsce nieznane, 2023: Salavat Safiullin – gitary elektryczne, elektronika, samplery, syntezatory. Jeden utwór, 33 minuty.

Tym razem na dźwiękowej wokandzie stawiamy dwie gitary elektryczne, dwa samplery i sporą garść kabli. Za ich sterami ledwie jeden artysta. Jego mroczna, dronowa, definitywnie niebanalna opowieść trwa niewiele ponad dwa kwadranse, choć śmiało mogłaby sycić naszą potrzebę fonicznego niepokoju dalece dłużej i nic nie straciłaby na atrakcyjności.

Na starcie nagrania wita nas elektroakustyczny dron, który migocze na skraju długiego tunelu. Narrację stanowią tu dwa, nawet trzy wątki, które wzajemnie się uzupełniają. Pulsacje, drobne zgrzyty i usterki, wreszcie mroczne plamy czegoś zdecydowanie nieprzyjaznego z odrobiną zdewastowanej melodyki. Opowieść nie ma płycizn, nie eskaluje też do poziomu hałasu. Sączy się, jak krew z głębokiej rany. W połowie na dłuższą chwilę przepoczwarza się w stojący, migotliwy dron. Ważnym wydarzeniem dramaturgicznym drugiej części albumu jest pojawienie się elektrycznego smyczka, który drażni glazurę gitarowego gryfu. Po fazie elektronicznych pulsacji narracja sięga po mroczny ambient, a w swej schyłkowej fazie zdobiona jest akustycznym dźwiękiem szorowanych strun.

  


Max Devereaux, hayashipooo & nameBYnames Live at Environmentog, Osaka – 04.10.2024 (New Wave of Jazz, DL 2026)

Environmentog, Osaka, październik 2024: Max Devereaux – gitara elektryczna, przetworniki, efekty, radio, hayashipooo – elektronika, głos oraz nameBYnames – elektronika, wizualizacje. Dwa utwory, 38 minut.

Dalece nietypowe nagranie, jak na estetykę oraz gatunkowe i personalne konotacje labelu Dirka Serriesa. Pewien amerykański gitarzysta oprzyrządowany w dodatkowe, elektryczne i elektroakustyczne akcesoria w towarzystwie dwóch japońskich elektroników pod pseudonimami koncertuje w tamtejszej Osace. Nie jest to album, które zostanie z nami na dłużej, ale jak ktoś lubi gitarę uwikłaną w duże porcje prądu i kabli, tudzież elektronikę, która podsyła akcenty rytmiczne i post-rytmiczne, ten jest w domu i czeka go należna porcja przyjemności z odsłuchu.

Nagranie składa się z dwóch kilkunastominutowych improwizacji, ale zdaje się, że w formule na żywo stanowiły one jedną ścieżkę. Pierwsza z nich wydaje się ciekawsza w fazie początkowej, szytej okruchami ledwie co inicjowanych akcji, szmerami, odgłosami otoczenia i mikro slajsami delikatnie pijanej gitary. Potem improwizacja wchodzi w stadium rytmiczne, a do obrazu całości dokładają się wszyscy uczestnicy spektaklu. W trakcie drugiej części koncertu muzycy nade wszystko szukają potencjalnych źródeł hałasu. W opowieści mniej jest rytmu, więcej metalicznych zgrzytów, elektronicznych usterek i gitarowych zapętleń. Klimat dubowy miesza się tu z post-rockowymi implozjami gitarzysty. Finałem jest pełna zgoda osiągnięta w chmurze urokliwego zgiełku.

  


Zlatko Kaučič & Francesco Cigana Kako Klicati Zmaja (Dissipatio, CD 2026)

Circolo Nadir, Padwa, styczeń 2023: Zlatko Kaučič i Francesco Cigana – perkusja, instrumenty perkusyjne, obiekty. Dziesięć improwizacji, 48 minut.

Na finał naszej zbiorówki perkusjonalne łaskotki! Słoweńsko-włoski szczyt perkusyjno-perkusjonalny, w trakcie którego muzycy korzystają z podobnego arsenału artystycznych środków wyrazu. Dbają o perfekcyjne brzmienie, budują spójną, duetową opowieść z rozwagą i zachowaniem narracyjnego umiaru. Przez pół albumu sycą nasze uszy drobiazgami i dramaturgicznymi detalami, czyniąc swoisty rytuał pojednania. W drugiej części przepoczwarzają się w bystrych drummerów, którzy znów wspólnymi siłami sięgają po afrykańską polirytmię, a nawet rockową ekspresję. Stuprocentowy chill-out dla wymagających.

Perkusjonalny rytuał rozpoczyna się od pojedynczych uderzeń w metalicznie brzmiące akcesoria perkusjonalne. Toczy się gra na małe pola, w pełnej symbiozie dramaturgicznej. Czasami tyka zegar, czasami zaśpiewa ptak. Delikatnie rezonujące talerze, subtelnie drżące werble, filigranowe tańce po krawędziach. W piątej odsłonie artyści zaczynają stawiać na drumming i w kolejnych epizodach będą ów trend kontynuować i rozwijać. Ostatnie trzy opowieści, to już swobodny taniec, z rytmem i melodią, którą sami nucimy pod groove dostarczany przez obu. Szukamy afrykańskich korzeni, nie zapominamy o spuściźnie rockowego bębnienia. Kres osiągamy przy pełnej akceptacji i ponadgatunkowej refleksji.




 

wtorek, 9 czerwca 2026

Wilkinson, Doskocz & Lisle and Fire in POZnań!


Poznańskie, jakże spontaniczne akcje improwizowane przyczyniły się w ostatnich latach do powstania niejednego międzynarodowego składu, który uroczo pożenił krajową moc twórczą z jej zagranicznym odpowiednikiem.

Oto kolejny przykład. Na kasecie wydanej w dalekiej Irlandii odnajdujemy dwóch pełnokrwistych londyńczyków - saksofonistę i klarnecistę Alana Wilkinsona i perkusistę Andrew Lisle’a oraz polskiego gitarzystę Pawła Doskocza. Tych dwóch ostatnich śmiało mogłoby być synami tego pierwszego, ale czy wiek w soczystej, free jazzowej improwizacji ma jakiekolwiek znaczenie?

Ich drogi zbiegły się zimą dwa lata temu, zaowocowały intrygującą trasą koncertową po Polsce, a fonograficznie dokumentują się nagraniem powstałym w trakcie ich pierwszego wspólnego koncertu - oczywiście w Poznaniu, oczywiście w Dragon Social Club, pod jak zawsze ognistymi sztandarami cyklu koncertowego Spontaneous Live Series.

  


Koncert składa się z dwóch długich, zdecydowanie ponad dwudziestominutowych improwizacji i jednej krótszej, niespełna dziesięciominutowej, umieszczonej na wydawnictwie pomiędzy tymi dłuższymi.

Muzycy rozpoczynają spektakl bez inicjacyjnych ceregieli. Ostro, kolektywnie z bystrym free jazzowym przesłaniem. W tej fazie nagrania podobać się może szczególnie koherentność brzmienia gitary i altu, która unaocznia się w strefie fraz wysokich. Z kolei perkusja trzyma kontakt z podłożem, buduje groove i sprawia, że całość gna do przodu z odpowiednią asekuracją. Już po pięciu minutach opowieść studzi się i przez kilka chwil dryfuje niesiona gitarowymi flażoletami, tworząc rodzaj psycho-ballady z dźwiękami preparowanymi, a także odgłosami z gardła saksofonisty. W stadium kolejnej galopady trio wchodzi po mniej więcej dwunastu minutach – kocie ruchy perkusji, free jazz dęciaka i rockowy temperament gitary lepią się w bardzo ekspresyjną strugę fonii. Po drobnym przesileniu narracja przepoczwarza się w duet sax & drums, a potem na krótką chwilę w plamę gitarowego ambientu. Na ostatnie kilka minut pierwszej odsłony na scenie pojawia się klarnet basowy, który daje dodatkowy impakt muzycznym pomysłom całej trojki. Najpierw groźnie mruczy, a potem zabiera wszystkich na zionącą ogniem i siarką przebieżkę. Nim utwór ostatecznie przygaśnie dostajemy jeszcze smakowity duet klarnetu i gitary.

W drugiej części starszy z Anglików pozostaje przy nisko brzmiącym dęciaku. Medytuje, zachęca kolegów do interakcji. Opowieść najpierw przypomina kolejną inkarnację psycho-ballady, potem niesiona klarnetowym ogniem pokonuje istotne wzniesienie. Wieńczy swój los w oparach gitarowych preparacji.

Trzecia opowieść przez wiele minut toczy się w mrocznych odmętach klarnetowej tuby, dark ambientowej gitary i rezonujących talerzy perkusyjnych. W stadium bardziej intensywne wprowadza trio akcja perkusisty, dodatkowo podkreślona ekspresją gitarzysty. Przez moment narracja jest duetem, co starszy z Anglików wykorzystuje do zmiany instrumentu na saksofon altowy. Po kilku definitywnie radosnych podskokach Wilkinson dorzuca frazy gardłowe, które nie pozostawia bez echa zarówno Doskocz, jak i Lisle. Niedługo potem muzycy przechodzą do fazy wystudzonej finalizacji z kolejną tego wieczoru szczyptą gitarowej psychodelii, a także repetycji.

 

Wilkinson / Doskocz / Lisle Trio in POZ (Fort Evil Fruit, Kaseta 2026). Alan Wilkinson – saksofon altowy, klarnet basowy, Paweł Doskocz – gitara elektryczna oraz Andrew Lisle – perkusja. Nagrane w Dragon Social Club, Poznań w ramach cyklu Spontaneous Live Series, luty 2024. Trzy improwizacje, 60 minut.

 

 

piątek, 5 czerwca 2026

L'apport: Insub.7tet calls Sound the alarm!


Pod koniec kwietnia br. zaprezentowaliśmy na tych łamach cztery albumy szwajcarskiego wydawnictwa Insub Records, które celebrowały dwudziestolecie współpracy dwóch najważniejszych postaci tamtejszej sceny, czyli Cyrila Bondiego i d’incise’a. Z tej zacnej okazji artyści przypomnieli dawną nazwę własną swojego duetu, czyli Diatribes.

Muzycy każdą z płyt nazwali L'apport, a ich zawartość stanowiły skomponowane improwizacje kolejnych składów trzyosobowych. Dziś dostajemy coś w rodzaju dogrywki, co podkreśla także zbliżona grafika okładki płyty. Rzeczona kompozycja powraca, tym razem wykonują ją jednak zjednoczone moce kolektywu Insub, artyści, którzy zazwyczaj stanowią część wielkiej Insub Meta Orchestry. Dodajmy, iż przedsięwzięcie ma charakter charytatywny, a sam album zawiera skupioną, dobrze udramatyzowaną kompozycję wykonywaną przez septet złożony z dwóch instrumentów dętych, dwóch głosów, skrzypiec, harmonium i elektroniki. To tylko 35 minut, ale całe mnóstwo radości z odsłuchu. Bardzo zapraszamy!

  


W trakcie rzeczonych dwóch kwadransów i kilku minut septet zdaje się wykonywać zbliżoną sekwencję akcji dźwiękowych. Dęty, wysoko zawieszony śpiew, niżej osadzone głosy, martwe skrzypce i zastygła fraza harmonium, zapewne wspieranego elektroniką, tworzą rodzaj szkieletu narracyjnego, na którym zasadza się akcja, początkowo minimalistyczna, leniwa, wręcz medytacyjna, w dalszej fazie bardziej zwarta, żwawa, niekiedy nasycona znaczącymi porcjami emocji. Co 7-8 minut muzycy zatrzymują się na kilka chwil, pogrążają się w ciszy, wyznaczając tym samym cztery akty wyrazistego, niekiedy mrocznego dramatu.

W pierwszym cyklu życia kompozycji intrygują frazy grane jakby niechcąco unisono, zazwyczaj z udziałem skrzypiec, saksofonu sopranowego i jednego z głosów. Wszystko zdaje się być pod pełną kontrolą muzyków, ich frazy są w skończonej licznie przypadków zwarte, ścisłe ze sobą skorelowane, bywa wszakże, że rozpływają się szerszym korytem. Najpiękniejsze chwile, to prawdopodobnie te, gdy septet zwiera szyk i wydaje z siebie głębokie, dronowe westchnienia. Aż do końca pierwszej ćwiartki stałym elementem gry zdaje się być jedynie plama harmonium.

Po kilku chwilach szemranej ciszy w okolicach ósmej minuty, muzycy wracają do plecenia pajęczyny interakcji. Pozostają w stadium konceptualnej modlitwy, ale raz za razem któryś z ośrodków dźwiękowych sieje narracyjny ferment, najczęściej czyni to elektronika. Pod koniec drugiego aktu całość wydaje się już silnie rozśpiewana, rozedrgana, na swój sposób ludyczna i post-melodyjna.

W trzecim akcie septet kroczy jakby bardziej zdecydowanie. Harmonium frazuje teraz w trybie zmiennym, przypomina brzmieniem akordeon. Akcje zazębiają, ale wciąż wydaje się, że oglądamy tę samą, opowiadaną od lat historię, choć sam film pozbawiony jest obrazu.

Po trzeciej pauzie, która anonsuje akt czwarty dramatu, zjednoczone siły septetu widzą już jasno kierunek swojej podróży. Głośno śpiewają, ich flow syci się coraz większą dawką emocji. Z czasem wydechy stają się coraz dłuższe – harmonium i skrzypce drżą z emocji, głosy i dęciaki tonują je skrzętnie. Śmierć dramatu jest nagła, jakby ktoś odciął tę niewielką strugę prądu zmiennego, która trzymała przy życiu siedmioro zatrwożonych piechurów.

 

Insub.7tet L'apport: Sound the alarm (Insub Records, CD 2026). Antoine Läng – głos, Anouck Genthon – skrzypce, Christophe Berthet – saksofon sopranowy, Cyril Bondi – harmonium, kompozycja, d’incise – elektronika, kompozycja, Esther Vaucher – saksofon tenorowy, Natalie Peters – głos. Nagrane w Insub.studio, Genewa, Szwajcaria, grudzień 2025. Jeden utwór, 35 minut.

 

 

wtorek, 2 czerwca 2026

Albert Cirera & Wade Matthews know How The Rabbit Got Away!


Świetnie pamiętamy, iż kataloński saksofonista Albert Cirera szczególnie dobrze realizuje się w improwizowanych duetach. Jego seria „Chronicles” z poprzedniej dekady do dziś stanowi jedno z najbardziej wartościowych ujawnień free impro, jakie poznaliśmy w epoce post-millenialnej.

Z tym większą radością sięgamy po duet Alberta z elektroakustycznym mistykiem Wade’em Matthewsem. Sześć równie krwistych, jak ulotnych opowieści o metafizycznej kooperacji preparowanych saksofonowych tub i wielogatunkowych plam syntetyki przyprawionej porcją realnej akustyki.

  


Odcięty od dopływu powietrza saksofon sopranowy, osnuty post-ambientową kotarą, wije się po mulistym podłożu niczym wygłodniałe boa. Artyści trzymają nerwy na wodzy, nie eskalują poziomu dźwięku, mają szacunek dla ciszy i swoistego rodzaju kontemplacji. Frazy jednocześnie dygoczą i lewitują, nie przestają wszakże wchodzić w wyłącznie udane interakcje. Dęciak ciężko oddycha, elektroakustyka wydaje się bardziej żwawa, ma tysiące twarzy, ale nie przestaje być filigranowa. Pierwszą, trwającą prawie kwadrans opowieść wieńczy szum oceanu.

Kolejne historie trwają po siedem, osiem minut. Każda ma wyrafinowaną introdukcję, wielowątkowe rozwinięcie i zwinną finalizację, niepozbawioną figur retorycznych. Drugą improwizację otwierają mroczne, syntetyczne plamy, trzecią hydraulika saksofonowej tuby, kolejne zaś połączone siły intrygującej elektroniki i mechaniki maltretowanego instrumentu dętego. W części drugiej szczególnie urokliwa wydaje się faza imitowanego post-percussion, z kolei trzecia przypomina spacer po pogorzelisku. Czwarta opowieść, to zainscenizowana wizyta na oddziale intensywnej terapii, w trakcie migotania przedsionków. W piątej pojawia się dużo akcentów otaczającej przyrody - coś grzmi, woda leje się strumieniami, a taniec sopranu splata się tu z dźwiękami środowiskowej tajemniczości. Finałowa opowieść to rodzaj kołysanki z trupimi czaszkami w roli głównej. Wszystko zgrzyta zębami, w tubie saksofonu bulgoczą nieznane przedmioty, a niektóre frazy przypominają brzmienie wibrafonu. Na niespodziankę możemy tu liczyć do ostatniego dźwięku.

 

Albert Cirera & Wade Matthews How The Rabbit Got Away (Scatter Archive, DL 2026). Albert Cirera – saksofon sopranowy, tenorowy, preparacje oraz Wade Matthews - digital synthesis, field recordings. Nagrane w UnderPool Studio, Barcelona, listopad 2025. Sześć improwizacji, 50 minut.



 

piątek, 29 maja 2026

Jérémie Ternoy & Ça commence par la marche!


Czas na absolutną nowość francuskiego Circum-Disc, albowiem płyta, nad która się pochylamy ma światową premierę dokładnie dziś. Na wyimaginowanej scenie jedenastoosobowy ansambl pod zacnym kierunkiem kompozytora i pianisty Jérémie Ternoya wykonuje szalony marsz pod jakże intrygującym tytułem Wszystko zaczyna się od chodzenia.

W składzie formacji kwiat circumowej socjety, w tym wszyscy członkowie zacnego TOC, który kochamy od lat z powodu każdej płyty, czy koncertu. W ujęciu instrumentalnym - trzy dęciaki, kontrabas, gitara, dwie perkusje, trzy głosy wraz z perkusjonaliami i podwójna klawiatura, zarówno akustyczna, jak i być może elektryczna. Labelowe tagi podsuwają nam tropy gatunkowe - repetitive, minimal & trance. I trudno się z nimi nie zgodzić. To szalony marsz w równie szalonym rytmie, budowany niczym piramida, unerwiony jak kolejna inkarnacja Different Trains Steve’a Reicha, a nawet bardziej! Murowany kandydat do corocznej trybunowej listy powodów, dla których warto zapamiętać rok.

 


Album stanowi nieprzerwany ciąg dźwięków, separowany na kompaktowym dysku momentami zmian sposobu artykulacji, czy dochodzenia nowych instrumentów do strumienia narracji. Trzyminutowe otwarcie, to filigranowe, minimalistyczne i powtarzające się uderzenia w perkusyjne talerze i obręcze, pudło rezonansowe fortepianu, być może także struny kontrabasu. Wszyscy są tu w kompulsywnym rytmie od pierwszej frazy i pozostaną w nim do końca tej opowieści.

Elementem oznajmiającym start drugiej, prawie półgodzinnej części, są pojedyncze, rytmiczne uderzenia na klawiaturę fortepianu. Z czasem akcje piano i perkusjonalii zaczynają ulegać multiplikacji, a w tle ewokować matowy ambient, zapewne z gitary. Od dziesiątej minuty swoją cząstkę pulsującego rytmu generują też kontrabas i gitara, a po trzech kolejnych minutach instrumenty dęte. Jednocześnie aura całości robi się spektakularnie dubowa. Ansambl pełnię szczęścia osiąga jeszcze przed upływem dwudziestej minuty, gdy do gry wchodzą wysoko zawieszone wokale. Wszyscy wpadają w trans dzikiego tańca. Na czoło forsuje się dialog kontrabasu i euphonium, w tle swoje małe, afrykańskie melodyjki wygrywa saksofon. Wokół zaczyna tworzyć się delikatny, zaskakująco jazzowy anturaż.

Na początku trzeciej odsłony warstwa rytmiczna zostaje nieco przeformatowana. Tworzą ją teraz dwie masywnie pracujące perkusje, kwaśno brzmiące klawisze i sfuzzowana gitara. Z każdą upływającą minutą wataha dętych zdaje się płynąć coraz szerszym korytem. Całość nabiera defektywnie posmaku fussion. Odłamem najsilniej repetującym są teraz rozśpiewane wokale. W czwartej partii elementem dominującym wydają się basowe stemple. W piątej ansambl staje się już wielką, psychodeliczną orkiestrą, która powtarza frazy jak mantrę, tańczy i nic nie wskazuje na to, by kiedykolwiek przestała. Reich płonie w ogniu post-african fussion!

Ostatni odcinek tej sagi trwa niespełna cztery minuty i jest już samotną ekspozycją piana, które pozostaje na scenie w momencie, gdy reszta instrumentów i głosów milknie. Fortepianowy rytm rozlewa się coraz szerszym korytem, aż znajduje ujście – najpierw stygnie, potem umiera.

 

Jérémie Ternoy Ça commence par la marche (Circum-Disc, CD 2026). Jérémie Ternoy – fortepian, instrument klawiszowy, kompozycja, Nicolas Mahieux – kontrabas, Charles Duytschaever – perkusja, Ivann Cruz – gitara, Peter Orins – perkusja, Maryline Pruvost - głos, instrumenty perkusyjne, Kristof Hiriart - głos, instrumenty perkusyjne, Sarah Butruille - głos, instrumenty perkusyjne, Vianney Desplantes – euphonium, Christian Pruvost - trąbka, flugelhorn oraz Sakina Abdou – saksofon. Nagrane w Studio Gil Evans (Amiens) oraz Studio Ronchin, Francja. Opowieść w sześciu odcinkach, 50 minut.