Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Piotr Damasiewicz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Piotr Damasiewicz. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 18 lutego 2025

The February’ Round-up: Saarbrücken! Hémisphère! Confidence of One! Corps et Biens! Binus! Fix it! Just Friends! Krew! Świtanie! Other Worlds!


Minęła połowa lutego, a my wciąż nie zdołaliśmy wygrzebać się z albumów, jakie ujrzały światło dzienne w dawno minionym roku 2024. Na potrzeby kolejnej, comiesięcznej zbiorówki recenzji nazbieraliśmy dziesięć świeżynek z muzyką improwizowaną - od free jazzu poczynając na kompulsywnym synth&drums kończąc.

W tak zwany międzyczasie czeka ogrom swobodnej improwizacji, która lubi brudne i tłuste dźwięki, trochę eksperymentów i ekspozycji na poły konceptualnych, wreszcie garść jazzu i nuta folku. Wystartujemy w niemieckim Saarbrücken, ale po portugalsku i amerykańsku, potem przeniesiemy się do Szwecji, pobędziemy czas jakiś na ziemi niczyjej, kolejne tropy odnajdziemy w Zjednoczonym Królestwie oraz Serbii, wreszcie kilka istotnych chwil spędzimy w okopach matki-polki, by dokonać żywota w całkiem nam bliskiej Holandii.

So, welcome to heaven and hell of improvised music!



 

Luís Lopes Humanization 4tet Saarbrücken (Clean Feed, CD 2024)

Saar Free Jazz Fest, Saarbrucken, październik 2021: Luís Lopes – gitara elektryczna, Rodrigo Amado – saksofon tenorowy, Aaron Gonzalez – kontrabas oraz Stefan Gonzalez – perkusja. Trzy utwory, 44 minuty.

Piąta płyta Humanization 4tet niczym nie zaskakuje, ale to być może największa jej siła. Zawiera trzy kilkunastominutowe ekspozycje, z których każda jest sumą kilku wątków, zarówno tematów podpisanych przez Lopesa, jak i barwnych, świetnie wkomponowanych w to melodii Arthura Blythe’a. Wszystko polepione w dynamiczne, pełne ekspresji, free jazzowe songi, których naczelną wartością są doskonałe improwizacje, zarówno solowe, jak i kolektywne (te drugie w przewadze). Mieliśmy okazję gościć ten kwartet w Dragonie, w trakcie tej samej trasy. Zdaje się, że niemiecki koncert jest jeszcze lepszy.

Otwarcie albumu jest dynamiczne, usiane szorstkimi, ekspresyjnymi akcjami gitary i saksofonu, pięknie osadzonymi na gęstej, tłustej sekcji rytmu, która nie notuje pustych przebiegów. Coś na kształt tematu pojawia się tu dopiero po pięciu minutach. Improwizacje są krótkie, świetnie posadowione w dramaturgii całości. Gitarzysta nie szczędzi nam rocka, saksofonista ekspresji fire music. Drugi utwór w fazie początkowej bazuje na dysonansie dynamiki – leniwy marsz saksofonu i gitary, nieco bardziej żwawa akcja basu i perkusji. Ekspresja faluje – od delikatnych, balladowych fraz, po wybuchy soczystego free. Jeszcze przed upływem dziesiątej minuty muzycy wchodzą w dynamiczny tryb posiłkując się tematem Blythe’a, a improwizację do poziomu nieba wynosi saksofonista. Trzecią odsłonę koncertu inicjuje urocza, free jazzowa melodia klasyka. Swoje kilka chwil ma basista, który soczyste solo okrasza głosem i ponownie ekspresyjny saksofonista. Finał albumu należy do gitarzysty, który spowalnia opowieść, łapie mnóstwo psychodelii i wprowadza kwartet w dubowe, rozhuśtane klimaty.




Paul Jarret, Karin Johansson & Donovan Von Martens Hémisphère (Havtorn Records, CD 2024)

Skogen Studio, Österbymo, Szwecja, czas nieznany: Paul Jarret – gitara, także preparowana, Karin Johansson – fortepian, także preparowany oraz Donovan Von Martens — kontrabas. Trzynaście utworów, 52 minut.

Na ten francusko-szwedzki album warto zwrócić szczególną uwagę. Sytuacja jest tu z trybunowego punktu widzenia ulubiona – bliżej nam nieznani artyści (poza pianistką) serwują prawdziwy improwizowany smakołyk. Trzynaście swobodnych akcji, ogrom barwionych mrokiem dźwięków preparowanych, a wszystko szyte intrygującą dramaturgią, każdorazowo nasączoną wewnętrzną, nerwową rytmiką. Nie sposób przy tej muzyce zmrużyć oko.

Rozdygotane akcenty percussion (zapewne ze strun), zapracowany smyczek, frazy z klawiatury i wnętrza pudła rezonansowego, wreszcie wybudzająca się z głębokiego snu gitara, to elementy składowe, które łapią wspólny, rytmiczny mianownik i w pocie czoła budują zgrabną opowieść. W jej kolejnych epizodach pojawiają się filigranowe, gitarowe sprzężenia, rezonujące, metaliczne zgrzyty, akustyczne trzaski, tudzież minimalistyczne plamy piana. Szmer dramaturgicznego niedopowiedzenia zdaje się wszystko spajać w naturalny ciąg przyczynowo-skutkowy. Okazjonalnie artyści frazują czystym tembrem (w czwartej, siódmej i ósmej odsłonie), niekiedy łapią w szprychy drobiny amplifikacji (gitara w dziewiątej części?). Zdaje się, że szczególnym pięknem emanują w dwunastej opowieści – struny rezonują, z dna piano dochodzą mroczne westchnienia, a smyczek lepi wszystko w nisko osadzony dron. Album wieńczy szemrana ballada, szyta dźwiękami dobywanymi z przestrachem, drżącymi powtórzeniami i klarownie wypowiedzianymi słowami pożegnania.



 

Mia Zabelka, Tungu & Stefan Strasser The Confidence of One Swimming Against the Current (FMR Records, CD 2024)

Czas i miejsca akcji nieznane: Mia Zabelka – skrzypce, głos, elektronika, Stefan Strasser – syntezator, piano, gitara elektronika oraz Tungu/ Sergiy Senchuk - field recordings, bas akustyczny, głos, sample. Siedemnaście utworów, 58 minut.

Wszystko wskazuje na to, iż nagranie to powstało w trzech różnych miejscach i momentach naszej ciężkiej rzeczywistości. Każdy z artystów wyprodukował spore porcje dźwięków, a całość polepiono i zmasterowano w Ukrainie. Efekt końcowy wydaje się przedziwny. Pierwsza połowa albumu definitywnie przeładowana jest treścią, a ponadgatunkowy tygiel zdarzeń przyprawiać może o zawrót głowy. Jednakże po dziesiątym utworze muzycy zdejmują nogę z gazu, tłumią emocje, ograniczają artystyczne środki wyrazu i nagle nagranie łapie klimat, intrygującą dramaturgię i zdaje się zadowalać nawet najbardziej wybredne gusta.

Pośród pierwszych kilku utworów po brzegi nasyconych elektroniką, pulsem syntetycznej perkusji i niemal post-industrialnym zgrzytaniem zębami uwagę przekuć może nade wszystko szósta opowieść. W jej centralnym punkcie posadowiona zostaje skrzypaczka i jej niepowtarzalne, silnie preparowane frazy. Dobrze konstruowane, oniryczne tło tylko wzmaga efekt końcowy. Rzeczone, wytłumione, post-ambientowe tło powraca w utworze dziesiątym, zdominowanym jeszcze przez rozbrykaną elektronikę i elektrykę. W kolejnych częściach znów pojawiają się preparowane skrzypce, słyszymy coraz więcej intrygujących wątków elektroakustycznych. Jeśli nawet pasma syntetyczne wracają na front, podawane są z umiarem i dbałością o relacje z pozostałymi dźwiękami. Szczególnie podobać się może odcinek piętnasty, szyty ze strzępów fonii i doposażony minimalistycznym pianem. W kolejnej odsłonie akcje kreują pijackie śpiewy, które zdają się przedrzeźniać syntetyczną rzeczywistość. Finał albumu jest delikatny, w dużej mierze akustyczny, urokliwie repetytywny.



 

MouthWind Corps et Biens - Hommage à Robert Desnos (Creative Sources, CD 2024)

Lawrence’s studio, Oxford, listopad 2023: Jean-Michel Van Schouwburg – głos oraz Lawrence Casserley - signal processing instrument. Piętnaście utworów w siedmiu rozdziałach, 55 minut.

Corps et Biens, to album szczególny. Brytyjczyk Lawrence Casserley w swoim długim i jakże legendarnym życiu artystycznym performował dźwięki live processing wielu instrumentów i formacji, ale niezwykle rzadko czynił to mając na pulpicie wyłącznie ludzki głos. Ten ostatni dostarcza tu belgijski wokalista, artysta głosowy Jean-Michel Van Schouwburg, który także pretendować może do miana legendy gatunku, przynajmniej w wymiarze kontynentalnym. Album podzielono na piętnaście epizodów, uformowanych w siedem rozdziałów, a literacką inspiracją uczyniono poezje Roberta Desnosa. Definitywnie warto wczytać się w to nagranie!

Spektrum możliwości głosowych Belga zdaje się być równie rozlegle, jak jego kreatywność. I co może najistotniejsze, co sytuuje artystę poza standardem głosowych improwizatorów, to jego niebywałe poczucie humoru, dystans do siebie, artystyczna frywolność. Muzyk wydaje dźwięki całym ciałem, którego gardło i struny głosowe są ledwie efektownym zwieńczeniem. Mówi do nas, śmieje się, parodiuje, gdacze niczym Kaczor Donald, rzęzi, rży, zdolny jest naśladować każde zwierze. Sepleni, mruczy, podśpiewuje przy goleniu, buduje ambientowe wokalizy, intensywnie wącha zapachy przyrody i bzyczy niczym pszczoła. W tym szaleństwie świetnie odnajduje się Casserley, który wydaje się muzykiem wprost stworzonym do elektronicznej dekonstrukcji głosu. Świetnie wiemy, że Brytyjczyk snuje także swoje, separatywne opowieści - delikatne, ulotne, równie oniryczne, jak tajemnicze. Pozostaje jeszcze warstwa literacka tego smakowitego albumu, której eksplorację pozostawiam bardziej zaawansowanym, tudzież dysponującym czasem słuchaczom.




Ilia Belorukov & Sara Zlanabitnig Binus (kuda-org, DL 2024)

Novi Sad/ Sremski Karlovci, Serbia, czerwiec 2024: Ilia Belorukov – syntezator modularny, fluteophone oraz Sara Zlanabitnig – flety (inside & feedback), field recordings. Pięć utworów, 31 minut.

Instrumenty dęte, na ogół preparowane, garść nagrań terenowych i umiejętnie wykorzystywana elektronika analogowa, to elementy składowe tego albumu. Krótkiego, świetnie skonstruowanego, pokazującego, iż łączenie brzmień akustycznych i syntetycznych może być niebywale przyjemne dla ucha. Owe pięć improwizacji nagrano w trakcie aż trzech spotkań, w różnych okolicznościach przestrzennych. Nie zmienia to faktu, iż wszystko tu do siebie pasuje.

Pierwsza opowieść formuje się w dron inicjowany przez syntezator, ale lepiony także z odgłosów miasta, bijącego dzwona i flecich kołysanek. Czy tak mógłby brzmieć post-nowoczesny, wielkomiejski folk? W kolejnej części panuje oniryczna flauta, którą buduje zarówno subtelny modular i preparacje na flecim korpusie. Z czasem ta upiorna kołysanka zdaje się szukać warstwy rytmicznej. W opowieści trzeciej flet wpada w mantrę, z kolei syntetyka z drobnego pyłku na żakiecie staje się zgrzebnym inicjatorem rosnącej intensywności. Czwarta część, to nerwowa rytmika, zadziorne frazowanie i kojąca puenta poprzedzona flecią akupunkturą. Na starcie finałowej improwizacji można odnieść wrażenie, iż znajdujemy w kaczym stawie. Głosy natury są tak swojskie, a śpiew fletu kojący, iż akcja modularnego na etapie rozwinięcia wydaje się zupełnie zbyteczna.




Ilia Belorukov & Lauri Hyvärinen Fix it if it ain't Broken (NUNC.,DL 2024)

Novi Sad, Serbia, październik 2023: llia Belorukov – syntezator modularny, Lauri Hyvärinen – gitara elektryczna, przetworniki. Pięć utworów, 37 minut.

Kolejne spotkanie z improwizacjami Belorukova pozbawione jest brzmień akustycznych. Z jednej strony syntezator modularny, z drugiej gitara elektryczna, a raczej jej elektryczne i elektroniczne przetworzenia. Gęsty, muskularny i głośno dostrojony album.

Jeśli pierwszą improwizację moglibyśmy określić mianem swobodnej wymiany myśli, to drugą z pewnością bokserską wymianą ciosów. Gitarowe pick-upy vs. gęsto okablowany modular - ów pojedynek znamionuje moc niszczenia narracyjnych subtelności. Bywa, jak w części trzeciej, iż w tej walce syntezator może znaleźć się na pozycjach silnie defensywnych. Szczęśliwie dla mniej przygotowanego odbiorcy, jeszcze w tej odsłonie albumu jesteśmy w stanie dosłyszeć frazy definitywnie gitarowe, które stanowią udane wprowadzenie do czwartej improwizacji. Ta pulsuje głębią mroku, a drobne zgrzyty i ukąszenia łączą się w jednolity strumień narracji, który z czasem intrygująco stygnie, nabierając niemal akustycznego brzmienia. Końcowy epizod sprawia wrażenie albumowe résumé. Muzycy pokazują tu zarówno swojego subtelne oblicze, jak i pazury prawdziwych noise’ killerów.



 

Anna Gadt, Michał Giżycki & Cyprian Pakuła Just Friends (TORF Records, DL 2024)

SPATiF, Warszawa, lipiec 2024: Anna Gadt – głos, efekty, Michał Giżycki – klarnet basowy, saksofon sopranowy oraz Cyprian Pakuła – perkusja. Trzy improwizacje, 46 minut.

To pierwsze spotkanie artystów w tym składzie i już wiemy, że nie ostatnie! Swobodnie improwizowana opowieść, dramaturgicznie skoncentrowana na dialogu wokalistki i klarnecisty basowego (w ostatniej opowieści – saksofonisty sopranowego), a zgrabnie osadzona na pulsie jazzowej perkusji. Album, to trzy historie, z których ta środkowa konsumuje dokładnie połowę koncertu. 

Po chwilach typowej dla formacji skleconych ad hoc gry inicjacyjnej, trio bierze się do pracy i formuje linearną opowieść, która szczególnego blasku nabiera w sytuacjach bardziej dynamicznych. Dodajmy, iż w fazach leniwego spowolnienia także nie przestaje przykuwać uwagi. Szerokie spektrum wokalistyki odnajduje tu doskonałego partnera w równie horyzontalnej kreatywności klarnecisty. O dobry nastrój obojga dba drummer, który trzyma rytm i udanie zdobi momenty artystycznego zawahania. W chwilach, w których wokalistka sięga po tzw. efekty, narracja nabiera posmaku fussion. Druga, najbardziej rozbudowana improwizacja zaczyna się od ekspozycji solowej Anny, którą na jazzowe ścieżki naprowadza Cyprian, a dętego błysku dodaje Michał. Po efektownym spiętrzeniu, mniej więcej w połowie utworu muzycy wchodzą do strefy leniwych eksperymentów, by ten fragment koncertu spuentować porcją zmyślnych, na poły melodyjnych interakcji. W końcowej odsłonie pojawia się anonsowany saksofon sopranowy. Tu opowieść najpierw kołysze się na falach wystudzonego oceanu, potem niesiona mocą wokalnych efektów osiąga stadium free, by zwieńczyć koncert perkusyjną solówką.



 

Piotr Damasiewicz & Kuba Wójcik Krew (L.A.S., CD 2023)

OFFCZART, maj 2023: Piotr Damasiewicz – trąbka, głos oraz Kuba Wójcik – gitara, elektronika. Trzy utwory, 34 minuty.

Potraficie wyobrazić sobie dźwięk, jaki wydaje krew krążąca w naszych żyłach? Czy to struga szeleszczącej wilgoci, czy raczej demoniczny, masywny dron jakże żywej syntetyczności? Damasiewicz i Wójcik postarali się wyjść naprzeciw naszym niezdefiniowanym wyobrażeniom.

Barwiony elektroniką, drżący strumień fonii nadpływa z mrocznej strony. W jego wnętrzu kłębi się mnóstwo mikrozdarzeń – czasami przypominają one frazy gitary, zdeformowanej trąbki, czy głosu, być może ludzkiego. Warstwy syntetyczne także wiodą tu aktywne życie. Opowieść systematycznie narasta, a pod koniec pierwszej części zostaje przyozdobiona elektroakustycznymi wtrętami, które prawdopodobnie są dźwiękami szpitalnej aparatury do przetaczania krwi. Po krótkim interludium z ciszą, dźwiękami rzeczonej aparatury i smyczka (?) narracja śmiało wchodzi w drugą, decydującą fazę. Oniryczne tło wypycha na front silnie syntetyczną strugę fonii. Zza mgły elektroniki po czasie wyłania się nerwowa gitara, głos i trąbka. Ta ostatnia najpierw charczy jak kołujący śmigłowiec, potem ucieka w echo i śpiewa. Zakończenie śmiało zasługuje na miano demonicznego. Oto nasze największe dobro, które pachnie mrokiem i strachem.



 

Piotr Damasiewicz Into the Roots Świtanie (L.A.S., CD 2024)

Polskie Radio Studio S4, Warszawa, marzec 2023: Piotr Damasiewicz – trąbka, organy, głos, instrumenty perkusyjne, Zbigniew Kozera – kontrabas, guimbri, Paweł Szpura – perkusja, Michał Żak – shawm, drewniany flet poprzeczny, hammered dulcimer, Katarzyna Karpowicz – koto, Alicja Krzeszowiak i Kamila Krzeszowiak – głosy, Paulina Kaźmierczak – głos, skrzypce, Krzysztof Ryt – pięciostrunowa altówka, Marek Ryt – bagpipes, fife, rożek francuski. Siedem utworów, 40 minut.

Damasiewicz zostaje z nami, ale jak to bywa w przypadku tego muzyka, gatunkowy klimat zmieniamy o sto osiemdziesiąt stopni. Uciekamy w estetyką folkową, które jest tu raczej metodą twórczą, a nie celem samym w sobie, raczej inspiracją do odbywania improwizowanych podróży niż budowaniem kolejnych jazzowych edycji folkowych evergreenów.  

Pierwsze trzy utwory stanowią dramaturgiczną całość. Od folkowej, melodyjnej introdukcji z psychodeliczną puentą, po świat transowej narracji bazującej na intensywnym brzmieniu organów. Do tego swobodne wokalizy i soczyste, dęte inkrustacje. Jeśli flet rozrywa tu początkową ludyczność, to trąbka koi emocje i szuka integracji. W warstwie etnicznej nie trudno dosłyszeć, iż dziarskie Tarty spoglądają tu w stronę dalekiej Japonii i równie odleglej Afryki. Kolejne dwa utwory kojarzą folkowy blask porannej zorzy i post-jazzową, improwizowaną opowieść. Ostatnie dwie części przenoszą nas w klimat transowej, ponadgatunkowej ekspozycji. Szóstą odsłonę świetnie unerwia perkusista, siódmą z kolei buduje niskie brzmienie organów i kontrabasowy groove. Finał pełen jest taneczności i melodyki, bystrze kontrapunktowanej psychodelicznym spleenem organów.




Dead Neanderthals Other Worlds (Bandcamp’ self-released, LP/DL 2024)

White Noise Studio, Holandia, czas nieznany: Otto Kokke – syntezator, saksofon oraz Rene Aquarius – perkusja. Siedem utworów, 32 minuty.

Dokonania tej pary Holendrów śledzimy od zawsze, szczególnie ich tradycyjne, sylwestrowe ep-ki. Ostatnia z nich, nad wyraz rozbudowana jak na krótki metraż, doczekała się nawet edycji winylowej. Nagranie to z pewnością zaliczyć możemy do … najłagodniejszych przejawów brutalnego, brzmieniowego konceptualizmu, jaki uprawiają Kokke i Aquarius już od półtorej dekady. Cieszy jak zawsze, tym razem zaprasza także do tańca i gry w skojarzenia z muzyką … dyskotekową lat 70. i 80. ubiegłego stulecia.

Album jest tu nieprzerwanym strumieniem dźwiękowym, podzielonym na odcinki dyktowane tempem frazowania perkusji. Syntezatorowe otwarcie jest ciepłe, melodyjne, choć mroczne. Potem do akcji wkracza 2stepowa perkusja, który szyje ścieg godny zarówno ekspresji rocka, jak i dynamicznego electro. Oto new death disco, które smakuje estetyką muzyki tanecznej sprzed pół wieku. Kolejne, mroczne interludium poprzedza perkusyjny step, który jest spokojniejszy, jeszcze bardziej uwypuklający melodykę syntezatora, niespodziewanie wtłaczającą nas do kolejnej, tu już definitywnie noworomantycznej dekady. W czwartej części muzycy podkręcają tempo, a brzmienie syntezatora czynią bardziej szorstkim. W kolejnej puentę dyskusji narracyjnej stanowi melodyjna ekspozycja saksofonu, delikatnie schowanego w pogłosie. Ostatni epizod tego szaleństwa przynosi pasmo basowe, które nadaje całości silnie rockowy posmak, mimo braku gitarowego instrumentarium.

 

 

piątek, 8 września 2023

Lesiak & Damasiewicz On the Way to Skawa!


Współpraca gitarzysty Grzegorza Lesiaka i trębacza Piotra Damasiewicza zacieśnia się! Intrygująco łączy, z jednej strony wieloletnie doświadczenie improwizującego gitarzysty rockowego w ramach wyjątkowo oryginalnej formacji Tatvamasi, z drugiej jazzowe portfolio trębacza, którego zwykliśmy kojarzyć z wieloma odmianami zacnego gatunku z synkopą w herbie rodowym.

Lesiak i Damasiewicz zaprezentowali w ostatnich miesiącach dwa wspólne nagrania, które scalają nie tylko ich drogi artystyczne, ale także … naszych ulubionych muzyków z Barcelony! Postawili na improwizację, którą być może delikatnie predefiniowali, ale na ogół rzucali się w wir swobodnych zabaw dźwiękowych. Obie zatem plyty świetnie się uzupełniają, choć są od siebie nieco różne. Ich dość wnikliwą analizę uzupełnimy ostatnim nagraniem rzeczonej formacji Tatvamasi, która także postawiła na improwizację. A kto w roli jednego z gości kwartetu? Oczywiście Piotr Damasiewicz! Zapraszamy na trzy krwiste podróże, każda z dużą dawką zdrowych, improwizowanych emocji.



On the Way

Na dobry początek spotkanie z czerwca ubiegłego roku, z Lublina. Wówczas do pary naszych dzisiejszych bohaterów dołączyła najlepsza sekcja rytmiczna wschodniej części Półwyspu Iberyjskiego, czyli kontrabasista Alex Reviriego i perkusista Vasco Trilla. Koncert nagrany został na jednym oddechu, ale na potrzeby płyty podzielonym na cztery części. Ta ostatnia trwa niemal 25 minut i wykonana została w zasadzie w trio, albowiem nie słyszymy trąbki, ani harmonium Piotra. Być może używa on w tej części koncertu, opisanych w albumowym credits, instrumentów perkusyjnych.

Muzycy na starcie koncertu wykonują dość powolne ruchy, ale nie przeszkadza im to budować masywnego, kwartetowego strumienia dźwiękowego. Bazą jest tu groźnie brzmiący kontrabas, który choć preparuje, nie przestaje kreować linearnej narracji. Trębacz także szuka ciekawych dźwięków (dodatkowo recytuje), a gitara płynie szmerem, który dobrze komponuje się z talerzowymi ekspozycjami drummera. Narracja nabiera rumieńców dynamiką perkusji i ostrym, czystym frazowaniem trąbki, kreując urokliwy spiritual free jazz w tendencji wzrostowej. W drugą część koncertu wchodzimy przy dźwiękach harmonium i ambiencie gitary. Potem pojawia się kontrabasowy smyczek i gamelanowe brzmienia perkusjonalii. Ów intrygujący folk free chamber nabiera niespodziewanie mrocznej poświaty. Jest wokaliza trębacza i fermentacja gitary. Wszystko z czasem lepi się w hałaśliwy dron, pięknie uzupełniany armią przedmiotów drżących na werblu.

Dramaturgiczne spowolnienie jest tu okazją do zmiany numeru traku na dysku i zmysłowej inwokacji kontrabasu w trybie pizzicato. Z jednej strony ambient gitary, z drugiej preparowane frazy trąbki niosą nas niespodziewanie do małej świątyni post-jazzu. Kwartet rośnie tu w siłę w pełni kolektywnie, a dodatkowe emocje gwarantuje rozhisteryzowany smyczek. Trąbka stawia na free jazz, gitara na psychodelicznego rocka! Ognisty strumień zamienia się tu ostatecznie w masywny dron. Po tym wydarzeniu spotyka nas chwila ciszy i dość niemrawa ekspozycja otwarcia części czwartej. Szmery i gitarowy ambient, trzeszczenie na werblu, post-jazzowe plamy. Opowieść nabiera mocy z każdą chwilą, aż uformuje się w szyk bojowy godny miana power trio (z milcząca trąbką, dodajmy). Nim jednak do tego dojdzie artyści serwują nam wielki bukiet preparowanych wspaniałości. Ów zapowiadany peak ekspresji następuje w okolicach 15 minuty, po nim zaś chwila w konwencji drum’n’bass i powrót gitary zagubionej w post-bluesowych pląsach. Na wytłumieniu znów dostajemy garść pięknych, preparowanych fraz kontrabasowego smyczka i gitarowych westchnień. Finał koncertu dostarcza nam mnóstwo tajemniczych, wyjątkowo urokliwych dźwięków. Smyczek, gitarowe przetworniki i słynne, drżące robaczki perkusjonalisty.



Skawa

Następne spotkanie Grzegorza i Piotra (a także Alexa i Vasco!) ma miejsce w Suchej Beskidzkiej, w październiku ubiegłego roku. Na scenie zatem czwórka muzyków, którzy kilka miesięcy wcześniej improwizowali w Lublinie i … kolejny gość z Barcelony, saksofonista Liba Villavecchia, muzyk osadzony w jazzowej, a szczególnie free jazzowej tradycji. Improwizacja nabiera tu silnie post-aylerowskiego klimatu, melodyjności i pewnej dramaturgicznej prostoty. Jest też bardziej zwarta w formie, choć czujemy, iż to, co dostajemy na krążku jest jedynie częścią nagrania, jakie zarejestrowano w Beskidach.

Kwintet startuje w pełni kolektywnie. Trąbka i saksofon snują melodię, pod nimi pracuje gęsty, masywny kontrabas, w tle zaś dygoczą z zimna rezonujące talerze i drobne, gitarowe półdźwięki. Narracja powoli wspina się na szczyt, w rytuale dostojnie free jazzowym. Sygnał do eskalacji daje tu solowa ekspozycja alcisty, wtóruje mu rozśpiewana trąbka. Po wybiciu dziewiątej minuty opowieść wchodzi w bardziej kameralna fazę. Kolejne kilka chwil koncertu należy do kontrabasu, który w trybie pizzicato serwuje nam dość energetyczne solo. Po nim artyści jakby wracali do początku swojej opowieści, dyktując dobre tempo, wyposażeni w odpowiednią porcję melodyjności. Post-barokowy smyczek, perkusjonalne świecidełka i jątrzące na boku dęciaki w dobrej komitywie z gitarą, to kolejne elementy składowe tej układanki. Końcowa część dwudziestominutowej improwizacji kipi od emocji. Najpierw dęte smażą nam smakołyki na samym podkładzie perkusji, potem rockowe oblicze pokazuje gitara. Efektowna kulminacja zgrabnie przygasa w melodyjnym trybie.

W drugiej części płyty pojawiamy się delikatnie spóźnieni. Opowieść trwa w najlepsze i właśnie przechodzi w stan perkusyjnego sola. Po niedługiej ekspozycji Vasco do gry podłączają się pozostali muzycy. Trochę dętych śpiewów i porcja gitarowego post-hałasu. Wspólnym wysiłkiem muzycy budują teraz bystrą, post-jazzową narrację. Dynamika i intensywność rosną - gitara dba o ponadgatunkowe zdobienia, reszta załogi idzie w jazzowe tango. Finalizacja tego dość krótkiego epizodu spoczywa tym razem na barkach kontrabasu. Trzecią odsłonę nagrania otwiera gitarzysta. Dęte znów śpiewają, a gęsty bas trzyma emocje na nisko ugiętych kolanach. Narracja nie szuka tempa, ale pęcznieję od dramaturgicznych spiętrzeń i smukłych melodii. W końcowych partiach improwizacji najwięcej do powiedzenia ma gitara, która nie szczędzi nam jazzowych fraz.



Etad Vai Tad

Jesienią 2019 roku Tatvamasi improwizowali w Lublinie w towarzystwie dwójki gości – wokalistki Marty Grzywacz i rzeczonego Piotra Damasiewicza. Kwartet, który na większości swoich dotychczasowych płyt bazował na materiale kompozytorskim Grzegorza Lesiaka, tym razem wypłynął na szerokie wody oceanu improwizacji bez jakichkolwiek podpórek scenariuszowych. Dodajmy, uprzedzając wypadki, iż bynajmniej nie zatonął.

Opowieść o tajemniczym tytule uformowana została w sześć odcinków dramaturgicznych. Pierwszy z nich bazuje na dysonansie – z jednej strony masywność basu i jego brzmieniowa usterkowość, z drugiej kraina łagodności głosu, gitary, trąbki i perkusyjnych szczoteczek. Narracja ma zgrabną strukturę, wiele akcji dzieje się w swobodnie tworzonych podgrupach. Trąbka udanie gada tu zarówno z saksofonem, jak i wokalem. Druga część bazuje na post-rockowej gitarze i perkusji, która kreuje rytmiczny szyk improwizacji. Całość klei się balladową dynamiką, pojawiają się też akcenty pianistyczne (tu zarówno Marta, jak i Piotr mogą być sprawcami zajścia). I to właśnie piano odpowiada tu za drugą, bardziej dynamiczną odsłonę tej części spektaklu. W trzeciej, która przypomina rozhuśtaną kołysankę, pojawiają się akcenty jazzowe (gitara) oraz dźwięki preparowane (trąbka). I tu opowieść po wstępnych dywagacjach łapie rytm i emocje opowiadania, które bez trudu wyswobodziło się z jarzma notyfikacji.

Czwarty fragment jest dość krótki, nie brakuje w nim rytmicznego piana i dialogów na linii gitara-trąbka. Jak zwykle swoje emocje dokłada tu kłębiący się w pomysłach basista. Piąta improwizacja skupia się na szczegółach i brzmieniowych subtelnościach. Tekst w recytacji, burza pomysłów dramaturgicznych, trochę gry na małe pola i końcowa eksplozja mocy. Finałowa opowieść toczy się pod dyktando basisty, który nie tylko rządzi i dzieli w kwestiach rytmicznych, ale także dodaje emocji swoimi recytacjami, a nawet okrzykami. Wybuchowe zakończenie dobrze konsumuje jakość całego nagrania. Ekspresja, ponadstylistyczna bezczelność i gigantyczna swoboda działania. Ot, cała uroda improwizacji!

 

Grzegorz Lesiak Essence connecting to Piotr Damasiewicz On the Way (L.A.S., CD 2022). Piotr Damasiewicz - trąbka, harmonium, głos, instrumenty perkusyjne, Grzegorz Lesiak – gitara, Alex Reviriego – kontrabas oraz Vasco Trilla – perkusja, instrumenty perkusyjne. Nagranie koncertowe, The Third Ear Music vol.7, Lublin, czerwiec 2022. Cztery utwory, 60 minut.

Piotr Damasiewicz/ Liba Villavecchia/ Grzegorz Lesiak/ Alex Reviriego & Vasco Trilla Skawa (L.A.S., CD 2023). Piotr Damasiewicz – trąbka, Liba Villavecchia – saksofon altowy, Grzegorz Lesiak – gitara, Alex Reviriego – kontrabas oraz Vasco Trilla – perkusja, instrumenty perkusyjne. Nagrane w domu Vinchu, Śpiwle, Sucha Beskidzka, październik 2022. Trzy utwory, 33 minuty.

Tatvamasi Etad Vai Tad (Requiem Records, CD 2022). Marta Grzywacz – głos, piano, Piotr Damasiewicz - trąbka, piano, Tomasz Piątek – saksofon tenorowy, Grzegorz Lesiak – gitara, daxophone, Łukasz Downar – gitara basowa oraz Krzysztof Redas – perkusja. Nagrane w Szeligowski Music School, Lublin, listopad 2019. Sześć utworów, 44 i pół minuty.



czwartek, 22 grudnia 2016

Fred Lonberg-Holm! Adam Gołębiewski! Red Trio! Gerard Lebik! Piotr Damasiewicz! New Monuments! Blip! – późnojesienna BOCIANia inwazja


Słowo się rzekło (kilka tygodni temu), kobyłka u płotu! Tym razem ptasia przesyłka docierała do mnie chyba jedynie krajowymi okowami, zatem już u progu finalnego miesiąca roku, nowa muzyka tryumfalnie zagościła w domowych odtwarzaczach, przy okazji także, rozdziewiczając gramofon produkcji niekrajowej.

Cechy, którymi obdarzyłem płyty z poprzedniej paczki z Bocian Records, w przypadku tej nowej, zdecydowanie nie tracą racji bytu. Każda płyta trzyma wysoki poziom artystyczny, dodatkową będąc bardzo oryginalnym i osobnym głosem w nurcie współczesnej muzyki improwizowanej.

Skupmy zatem naszą przedświąteczną uwagę na kolejnych pięciu płytach z katalogu wytwórni, zaczynając ów przegląd absolutną i dalece smakowitą świeżynką.


Fred Lonberg-Holm/ Adam Golebiewski  Relephant (Bocian Records, CD 2016)

Na płytę tego duetu ostrzyłem moje recenzenckie siekacze od momentu, gdy stałem się dobrowolnym świadkiem doskonałego koncertu tych muzyków w poznańskim Dragonie, dokładnie dwa lata temu (ślad po nim odnajdziecie na Trybunie). Głód oczekiwania od tamtej chwili, podsycał także odsłuch płyty, którą Ci dwaj muzycy popełnili … w kwartecie (z Piotrem Mełechem i Witoldem Oleszakiem Divided by 4).




Teraz przede mną nagranie powstałe jeszcze wcześniej niż ów koncert – w maju 2013r., także w Dragonie – które z bocianią zwinnością, raczy nas 35 minutową ekspozycją dalece frapujących i istotnie swobodnych improwizacji, w wykonaniu wiolonczelisty (wspomagającego się tradycyjnie elektroniką) i perkusisty, perkusjonalisty, cymbalisty, a także operatora przedmiotów różnych. Ta muzyczna opowieść podzielona została na cztery części (każda wyposażona w osobliwy tytuł).

Od pierwszego dźwięku dostajemy się w wir sonorystycznego zwarcia dwóch muzyków i ich naelektryzowanych instrumentów. Macanki, tarcia, zgrzyty i zdzieranki w gęstym, jak świeży miód, tyglu pomysłów i wzajemnych inspiracji. Jeśli tylko wiolonczela unika tradycyjnego frazowania (czyli prawie zawsze), trudno nam wskazać prawidłowo na źródło dźwięku. Ta iście szatańska zabawa ma swój rytm, swoją dramaturgię, jest ekspresyjna, wulgarna i krwista. Odnosimy wrażenie, że na scenie jest duża orkiestra, nie zaś dwóch, w sumie dość niepozornych mężczyzn, wyposażonych jedynie w kilka strun i parę bębnów. Dzieje się tak wiele, że przydałaby się dodatkowa para uszu (słuchając tej muzyki na koncercie, mając do dyspozycji sprawne oczy, percepcja była odrobinę ułatwiona). Mnóstwo dźwięków i incydentów akustycznych, szmery na kablach i surrealistyczne przepięcia energetyczne. Gołębiewski ma sto pomysłów na sekundę, jak zainspirować starszego kolegę. Łyżeczkowanie, talerzykowanie, polerowanie - wszystkie przedmioty w rękach Adama stają się agresywne. Prawdziwa dzikość serca! Fred swobodnie nadąża, gra swoje i jeszcze pręży muskuły! Fragment drugi stanowi delikatne, elektroakustyczne interludium. Adam nie daje się zwieść próbie zasygnalizowania rytmu i ochoczo narusza trzeci fragment opowieści. Muzycy zacieśniają skalę akustycznego zwarcia, szorują się wzajemnie, zakładają dramatyczny suples. Próba oswobodzenia ma klimat świątecznej wigilii w domu dla obłąkanie chorych. Niespodziewanie robi się jednak z tego bombastyczne Halloween. Depresyjny finał fragmentu wieńczy prawdziwa wojna światów. Na sam już koniec płyty dopada nas turpistyczna wersja trwania dźwięku w estetyce późnego AMM, która zwinnie przeradza się w udaną próbę odszukania konstruktywnej – na przekór całemu światu – nieoczywistej puenty. Doskonałe!


Red Trio + Gerard Lebik + Piotr Damasiewicz  Mineral (Bocian Records, LP 2015)

Oto przed nami migawki z trasy koncertowej portugalskiego Red Trio, poczynionej w roku 2014, z gościnnym udziałem Gerarda Lebika (saksofon) i Piotra Damasiewicza (trąbka). Piszę migawki, bo fragmenty dwóch koncertów (Kraków, Wrocław), zgrabnie usadowione na dwóch stronach czerwonego winyla, trwają łącznie… 22 minuty. Szczęśliwie, to jedyna ambiwalencja dotycząca tego wydawnictwa.




Epizod krakowski zaczyna nienatarczywa narracja kwintetu, akustycznie dewastowana jednak przepięciami energetycznymi Hernaniego Faustino na kontrabasie. Krajowy zaciąg instrumentalny sunie zgrabnym, sonorystycznym dwugłosem. Standardowa enigmatyczność edytorska Bociana sprawia, iż nie jesteśmy raczeni opisem wykorzystywanych środków wyrazu, wszakże wprawne uchu i szczypta doświadczenia recenzenta, pozwalają wskazać, iż pierwszy z polskich muzyków dmie w saksofon tenorowy i nie używa – jakże częstej w jego przypadku – elektroniki. Damasiewicz ciekawie rwie akustykę koncertu, wgryzając się w narrację kolegów interesującym pasażem wielodźwięków, zaś Lebik trzyma odpowiedni poziom emocji, mając oparcie w agresywnej sekcji rytmicznej. Może jedynie Rodrigo Pinheiro na fortepianie wciąż szuka argumentu, by w tym tyglu improwizacyjnym skutecznie zatrybić. Pod koniec pierwszej strony, Ferrandini (perkusja) i Faustino biorą sprawy w swoje ręce, rżną scenę na nierówne połowy i dynamizując poczynania całego kwintetu, gonią ku udanej eskalacji, która spełnia się wytłumioną ciszą.

Epizod wrocławski wita nas bardziej przestrzennym dźwiękiem sali koncertowej (czyżby Impart?). Saksofonista ładnie łamie estetykę improwizacji, szukając zagubionych dźwięków na samym dnie instrumentu. Trąbka Damasiewicza intonuje w delikatnie … bluesowym klimacie, lekko oparta na backgroundzie kontrabasu. Wyciszenie łapiemy w onirycznych pasażach, które generują wszyscy muzycy, trochę w oczekiwaniu na nadejście … nieoczekiwanego. Efektem drobna batalia na mikrodźwięki, molekularna wymiana poglądów, która wieńczy ów ułamek większej, koncertowej całości. Uczucie niedosytu karze odpalić ten krążek ponownie, w ułamek sekundy po jego zakończeniu!



Gerard Lebik/ Piotr Damasiewicz/ Gabriel Ferrandini veNN circles (Bocian Records, CD 2014)

Skoro po odsłuchu Red Trio w wersji po części krajowej, ciągle nam mało, szybko sięgnijmy po wydawnictwo, które zdecydowanie łączy się z wyżej omówionym w ujęciu personalnym, a stopień powinowactwa sięga 60%!

Na scenie (choć tu, raczej okoliczności studyjne) pozostaje Gerard Lebik, który tym razem wbił się w kable i będzie nas raczył dźwiękami elektronicznymi. Piotr Damasiewicz i Gabriel Ferrandini stoją, jak stali, zwarci i gotowi przy swych akustycznym instrumentach. Dostajemy jeden nieprzerwany ciąg dźwiękowy, trwający 41 minut i podzielony na cztery traki bez tytułów.




Wgryzamy się w tę płytę, ostro nadstawiając uszu. Docierają do nas szmery, zgrzyty, jęki (trąbka?), subtelne polerowania (perkusja?). Wszystkie te incydenty dźwiękowe są ledwie sugerowane, w maksymalnym stopniu… minimalistyczne. Nad całością dominuje – nie do końca przyjazna – elektronika. Mniej więcej w 10 minucie tego spektaklu, instrumenty akustyczne odzywają się nieco śmielej, aczkolwiek Damasiewicz wciąż przebywa w poczekalni i ma problem z oddaniem garderoby do szatni. Ferrandini zaczyna dość dynamiczne (jak na te okoliczności) werblowanie, mając spore oparcie w upalonym generatorze niskich częstotliwości. Modulowane zawodzenia budzą do życia także trębacza, który wchodzi w dyskurs poznawczy. Mruczy, jak niedźwiedź po śnie zimowym, jeszcze przed pierwszym śniadaniem, a potem śmiało sięga po krzyk, skutecznie zapętlając się w wehikule czasu. Gdyby zmienić tu elektroakustyczne proporcje w dostępie do przestrzeni dźwiękowej (na korzyść żywych!), gdyby warstwa martwa była bardziej poszatkowana dramaturgicznie … Cierpliwi będą jednak wysłuchani! Początek ostatniego traku to ewidentna próba przejęcia władzy przez instrumenty akustyczne. Prowodyrem zajścia jest Ferrandini, ale i Damasiewicz nie chce być uznany za dezertera. Drobna próba eskalacji, będąca konsekwencją tego salonowego przewrotu, wieńczy nagranie, jednak sukces akustyków na pyrrusowy charakter.


New Monuments  Long Pig (Bocian Records, CD 2015)

W dzisiejszej opowieści, z płyty na płytę, oddalamy się od prawdziwie akustycznych dźwięków. Czas teraz na torpedę dużego kalibru i istotnie gwałtowną eskalację hałasu. Przed nami Nowe Pomniki/ New Monuments!

C. Spencer Yeh (skrzypce i elektronika), Don Dietrich (saksofon i elektronika) oraz Ben Hall (mały zestaw perkusyjny) biorą nas w jasyr na prawie godzinę i w trakcie sześciu fragmentów, groteskowo zatytułowanych, zdewastują nas emocjonalnie, a potem puszczą wolno, kierowani nie do końca uzasadnioną potrzebą litości. Okoliczności bitwy mają charakter studyjny, a rzecz dzieje się w roku 2012, w Nowym Jorku.




Atakuje nas od samego progu iście pomnikowa ściana dźwięku! Aura jest silnie psychodeliczna. Skrzypce przefiltrowane na kablach sterydową elektroniką, niczym gilotyna, tną wszystko, co napotkają na swojej drodze. Perkusista bije w werbel z siłą, od której zależy los żołnierzy w okopach kilku wojen światowych, głosząc powszechną zagładę. Saksofonista zaś ekspresyjnie rywalizuje ze skrzypkiem o miano lidera potencjometrów. Spektakl można skwitować tylko jednym wulgaryzmem – to deathmetal! Owa ściana dźwięku ma czysto fizyczny wymiar. Trzeba się z nią ordynarnie poprzepychać. Epitet noise brzmi w tych okolicznościach stanowczo zbyt zachowawczo. Kupując ten dryl, godząc się na konsekwencje, nakładamy na głowę czarci kaptur i całkowicie dobrowolnie szczytujemy. Okazuje się, że agresja, perwersja, czy turpizm potrafią być synonimami piękna w muzyce. A ostatecznym celem tej opowieści, na którą składają się nawarstwiające się eskalacje emocji, jest makabrycznie dosłowny, perfekcyjny dron, wobec którego tylko śmierć może być prawdziwym wybawieniem. Ekscytujące!

Wrzask, krzyk i permanentna desperacja w trakcie tej dźwiękowej orgii, wyznaczają podstawowe charakterystyki naszego współuczestniczenia w procesie. Elementami zaś decydującymi o improwizowanym charakterze całości, zdają się być przede wszystkim, poziom emocji (po obu stronach wyimaginowanej sceny!) i intensywność hałasu. Finał muzycy osiągają skrajnie upoceni, emocjonalnie transseksualni, acz moralnie uwzniośleni. Wybrzmienie całości ma smak koktajlu Mołotowa, podawanego doustnie.

Zdecydowanie warto odbyć tę podróż. Jeśli przetrwacie, kolejny raz może być jeszcze silniej oczyszczający i już prawdziwie zniewalający. Sam odbyłem już trzy takie tripy!


Blip  Dead Space (Bocian Records, CD 2012)

Na koniec należy nam się chwila konstruktywnego wygaszenia emocji. O dobry klimat dla kojenia nerwów zadbają dwaj Australijczycy -  Jim Denley, dalece doświadczony free improwizator (choćby ćwierć stulecia temu, nagrywał smakowite rzeczy z Johnem Butcherem i Chrisem Burnem), flecista i saksofonista (zagra także na … balonach) i Mike Majkowski, kontrabasista (także piszczałki i obiekty), który był już uczestnikiem poprzedniej, bocianiej opowieści (przy okazji płyty solowej). Studyjne spotkanie w Sydney miało miejsce latem 2011 roku.




Muzycy zapraszają nas do świata niemal akustycznego, choć nie zabraknie masowania naszych skroni poświatą udanej elektroniki. Denley będzie nas skutecznie zaskakiwać frapującymi incydentami, na swych dętych narzędziach, nie ustając w próbach zwrócenia na siebie uwagi. Majkowski, przyczajony bardziej z prawej strony, będzie trenował swój kontrabasowy, minimalistyczny dron, którego zdążyliśmy już poznać na płycie solowej. Te dwie opowieści będą się toczyć trochę, jakby obok siebie, a punkty styczne nie będą częste, ani oczywiste. Między muzykami słyszeć będziemy martwą przestrzeń, która zaboli, bo i muzyka wokół niej powstaje w bólach, minimalizm mając wpisany w swoje DNA. Bywa, że dźwięki są tu jedynie sugerowane, jakby słuchacz miało sobie resztę dopowiedzieć (dośpiewać?). Ten improwizowany świat w wymiarze mikro będzie nam skubał skronie przez 41 minut z sekundami. 

Sonorystyczne próby zaistnienia Denleya, chwilami zderzają się z dronami kontrabasu, który bywa traktowany suchym na wiór smyczkiem. Narracja ma charakter kropelkowy. W czwartym fragmencie, poniewierany moralnie Denley dokonuje cudów akustycznych na flecie (jego depnięcia budzą respekt), by zrobić jakiekolwiek wrażenie na kontrabasiście. Ten zaś, stosując najprostsze sposoby dobywania dźwięki, nie daje się zbić z tropu. Królestwo mikromuzyki panuje tu niepodzielnie (scenariusz tej opowieści jest jednak dość precyzyjny i nie przewiduje zmian repertuarowych). Jedynie fragment szósty upływa w klimacie dramaturgicznego rozgardiaszu, a do naszych uszu docierają pojękiwania, łaskotania i czułe, wzajemne drapanki muzyków. 

Choć każdy fragment Martwej Przestrzeni ma w tytule zakończenie, to na prawdziwy finał przejdzie nam czekać aż do części siódmej, gdzie znów koncepcja sonorystyka vs. dron będzie święcić tryumf. Denley popisowo żegna to nagranie drobną, dętą eskalacją, a Majkowski – zupełnie przy okazji – robi dodatkowy fakultet na perkusję. Na słowo końcowe saksofonista sięga do dna instrumentu (deep music?), są i balony, i … kontrabasowy dron. What ever you want!