Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ziv Taubenfeld. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ziv Taubenfeld. Pokaż wszystkie posty

piątek, 26 września 2025

Ziv Taubenfeld Full Sun & Nomads!


Formacja Full Sun, dowodzona przez klarnecistę basowego Ziva Taubenfelda, debiutowała fonograficznie kilka lat temu za sprawą … pewnej polskiej, ale jakże iberyjskiej serii wydawniczej. Dziś powraca z kolejnym już albumem, pierwszym wydanym pod szyldem Full Sun Records, labelu, którego założycielem jest, co nie dziwi, sam Taubenfeld.

Jeśli lubimy swobodny jazz, dobrze osadzony w tradycji gatunku, delikatnie zadumany, bazujący na dobrze udramatyzowanych kompozycjach lidera, dających muzykom dużą przestrzeń do improwizacji (na ogół kolektywnych), nie mogliśmy trafić pod lepszy adres.

Welcome to Nomads!

 


Trzy instrumenty dęte, wibrafon i pełnowymiarowa sekcja rytmiczna, to narzędzia pracy septetu. Początek płyty jest dalece kameralny, by nie rzecz trzecionurtowy. Spokojna praca perkusji, stabilny flow basu, garść dętych inkrustacji i intrygująca wymiana fraz pomiędzy wibrafonem, a fortepianem. Pierwsza kompozycja trwa ponad siedemnaście minut i dedykowana jest Jimmy’emu Lyonsowi. Na etapie rozwinięcia pachnie niebanalnym cool-jazzem, w fazie finalizacji nie szczędzi nam niemal free jazzowych emocji. Wszystko jest tu świetnie zbilansowane, ekspresja zdaje się być pod pełną kontrolą, a na etapie kolektywnych improwizacji nie brakuje jakości. Melodyka jest stonowana, czasami miewa semicki posmak, wydaje się smutna, acz na przekór wszystkiemu niespodziewanie relaksacyjna.

Druga odsłona albumu trwa niewiele ponad cztery minuty. Otwiera ją kontrabasowy smyczek, wokół fraz którego zaczyna rozciągać się ocean brzmieniowych subtelności, krótkich oddechów, dźwięków wypowiadanych z filozoficzną zadumą, wchodzących w nieustanne interakcje. Trzecia kompozycja definitywnie bazuje na rytmie, na poły polifonicznym. Tu zdaje się, że każdy z artystów ma w ręku coś, czym można wybijać rytm. Melodyjny temat podany przez instrumenty dęte pięknie koegzystuje z ciekawym, tanecznym tempem kreowanym przez resztę formacji. Po kilku minutach gęsta, soczysta narracja zaczyna się rozmywać, ginąć w feerii talerzowych błyskotek. Septet zwalnia, nabiera powietrza i zdaje się pogrążać w chmurze dźwięków o tajemniczym, wręcz psychodelicznym posmaku. Tu powrót do tematu i wcześniej ukształtowanego tempa smakuje jeszcze bardziej.

Finałowa część albumu bazuje na aktywności pianisty. On inwokuje album niemal klasycznie brzmiącym flow, a potem, już na etapie rozwinięcia, prezentuje intrygującą ekspozycję solową. Temat utworu wydaje się być schowany za strumieniem interakcji, w jakie wchodzą wszyscy muzycy. Dobrze ukształtowana rytmicznie narracja ma zdecydowanie bluesową fakturę. Muzycy nie eskalują emocji, wiele fraz zdają się grać na wdechu. Obok ekspozycji pianisty odnotowujemy także wielowymiarowe solo kontrabasu, świetnie spuentowane akcją dęciaków. Z albumem żegnamy się paradą melodii podaną dalece kolektywnym strumieniem dętego śpiewu.

 

Ziv Taubenfeld Full Sun Nomads (Full Sun Records, CD 2025). Ziv Taubenfeld - klarnet basowy, gongi, Michael Moore - saksofon altowy, klarnet, Joost Buis - puzon, instrumenty perkusyjne, Yung-Tuan Ku - wibrafon, instrumenty perkusyjne, Nico Chientaroli - fortepian, obiekty, Rozemarie Heggen - kontrabas oraz Onno Govaert - perkusja, instrumenty perkusyjne. Nagrane w Bimhuis, Amsterdam, czas nieznany. Cztery utwory, 48 minut.



piątek, 24 listopada 2023

The November’ Round-up: The Beholder's Share! The Bridge! Flora! Almost Invariably! Zyft! Zabelka! Gucik & Kravos! Builder & Choboter!


Listopadowa zbiorówka świeżych recenzji jeszcze świeższych płyt gotowa do czytania! To edycja o dużym ciężarze gatunkowym, pełna zacnych i jakże rozpoznawalnych w świecie muzyki improwizowanej nazwisk. Obok nich znajdziemy także pokaźne grono naszych dobrych znajomych z południowo-zachodniego krańca Europy, i jak zwykle przy tej okazji, kilka nowych person do zapamiętania!

Będzie dużo jazzu w jak najbardziej swobodnym wydaniu, zarówno akustycznych zabaw, jak i psychodelicznych tripów godnych klasyki fussion, będzie kilka oceanów improwizacji wyzwolonej ze wszelkich ram gatunkowych, a także odrobina post-jazzowej kameralistyki.

Nasza marszruta zaczyna się w Londynie. Potem zagramy pod dyktando naszych ulubionych improwizatorów z Półwyspu Iberyjskiego, nie bez przestrzennych akcentów polskich, a zaraz po nich pojawi się wątek amsterdamski i austriacki, ten drugi także w akcentami zamorskimi. Na koniec dwa międzynarodowe duety – pierwszy zakotwiczony w Łodzi, drugi w Kopenhadze.

So, welcome to heaven & hell of improvised music!




Alex Bonney/ Paul Dunmall/ Mark Sanders The Beholder's Share (Bead Records, CD 2023)

Sansome Studios, Londyn, listopad 2022: Alex Bonney – trąbka, syntezator modularny, laptop, Paul Dunmall – saksofony oraz Mark Sanders – perkusja. Trzy improwizacje, 40 minut.

Brytyjskie spotkanie trzech muzycznych pokoleń, ubrane w szaty swobodnie improwizowanego jazzu, intryguje nie tylko z uwagi na klasę muzyków i dramaturgię, ale także wyjątkowo udane łączenie brzmień syntetycznych z akustyką dwóch dęciaków i perkusji. Każda z trzech opowieści budowana jest na starcie przez syntezator modularny i elektronikę, które aranżują przestrzeń ambientowym tłem i sekwencją drobnych, syntezatorowych plam. Dodajmy, iż ów background pozostaje z muzykami na ogół do końca danej ekspozycji. Dopiero na tak przygotowany grunt wchodzi trąbka i czyni interesujące dialogi z saksofonem, wsparte na niebywale kompetentnym drummingu.

Początek nagrania jest prowadzony w wolnym tempie. Elektronika buduje mroczne tło, saksofon snuje melodie, a perkusja formuje stelaż narracji. Smak post-fussion pojawia się dość szybko, choć sama trąbka wydaje pierwsze dźwięki dopiero po upływie kilku minut. Z czasem muzycy osiągają stan stabilnego, nieprzeładowanego emocjami free jazzu. Drugą opowieść otwiera drummer, który inicjuje delikatny rytm. Wokół niego snują się plamy syntetyki i saksofonowe preparacje. Wraz z upływem minut narracja nabiera tempa. W połowie wielominutowej improwizacji muzycy zdają się opadać na samo dno. Przez moment słyszymy jedynie czysto brzmiące dęciaki. W dalszej części nagrania dużo do powiedzenia ma kreatywny perkusista, ale trzeba zauważyć, iż warstwa syntetyczna nie ogranicza się jedynie do budowania tła. Podobnie rzecz się ma w trzeciej odsłonie, gdy kreatywność Bonneya koncertuje się na brzmieniach nieakustycznych. Narracja ma tu wiele twarzy, bywa pokrętna, oniryczna, tajemnicza, bywa też ekspresyjna, stymulowana świetną robotą Sandersa. Finał należy do Dunmalla, który sięga po saksofon sopranowy i nadaje całości jakże dla niego charakterystyczny, post-folkowy sznyt.



The Bridge (Rodrigo Amado, Alexander von Schlippenbach, Ingebrigt Haker Flaten, Gerry Hemingway) Beyond the Margins (Trost Records, CD 2023)

Pardon To Tu, Warszawa, październik 2022: Rodrigo Amado – saksofon tenorowy, Alexander von Schlippenbach – fortepian, Ingebrigt Haker Flaten – kontrabas oraz Gerry Hemingway – perkusja, głos. Trzy improwizacje, 56 minut.

Kolejne – po kwartecie This Is Our Language - międzynarodowe spotkanie mistrzów gatunku zaaranżowane i poprowadzone przez portugalskiego tenorzystę. Choć wiemy z wielu historii, że nazwiska same nie grają, a zaawansowani wiekowo artyści potrafią muzykować na pół gwizdka, przywary te nie dotyczą kwartetu The Bridge! Prawie godzinny zapis koncertu z Warszawy sprzed roku, to kosmiczna jakość free silnie osadzonego w jazzowym idiomie. Całość składa się z czterdziestominutowego seta głównego i dwóch, ponad siedmiominutowych encores.

Faza otwarcia trwa ledwie kilka chwil. Kwartet bez zbędnej zwłoki wpada w strumień kolektywnych improwizacji, które przebierają różne formy, ale stronią od czysto solowych ekspozycji. Świetna komunikacja i bystre interakcje tworzą tu niebywały koloryt. Nie brakuje udanie porcjowanego swingu i melodii, ale nade wszystko free jazzowej ekspresji, którą dostarczają tu wszyscy. W połowie seta ma miejsce kameralne interludium (ze smyczkiem na kontrabasie), a kolejna wspinaczka na free jazzowy szczyt wiedzie bardziej krętą, wyboistą drogą i wydaje się być jeszcze bardziej urokliwa. Improwizacja incydentalnie prowadzona jest w trio, ale tym, który milknie nie jest bynajmniej niemiecki pianista, ale prawie trzy dekady od niego młodszy portugalski saksofonista. Oczywiście wyborną robotę czyni tu sekcja rytmu, która rzadko wychodzi z roli akompaniatora, znajduje jednak kilka znaczących chwil tylko dla siebie. Dwie dodatkowe improwizacje także skrzą się melanżem udanych akcji. Pierwszy epizod nabiera dynamiki z woli saksofonisty, a gaśnie kreatywnością pianisty. Druga dogrywka startuje z pozycji post-swingowej ballady, ale eksploduje prawdziwie aylerowskimi emocjami, jest bowiem rodzajem repryzy nieśmiertelnego Ghosts. Szczególnie zjawiskowy jest dronowy finał, zdobiony wokalizami perkusisty.



 

Marcelo dos Reis Flora (JACC Records, CD 2023)

Blue House Studio, Portugalia, maj 2023: Marcelo Dos Reis – gitara i kompozycje, Miguel Falcão – kontrabas oraz Luis Felipe Silva – perkusja. Sześć utworów, 41 minut.

Marcelo Dos Reis sprawia wrażenie artysty, który w ostatnich latach przesunął ciężar zainteresowań z muzyki swobodnie improwizowanej na ekspozycje ubrane w kształtne i powabne kompozycje własne. Najpierw był precyzyjnie skonstruowany album solowy, potem dobrze zaaranżowany duet z Luisem Vicente, teraz muzyk z Coimbry proponuje nam autorskie trio, wykonujące kompozycje, które śmiało możemy określić mianem jazz-rocka! Ów trend nie budzi może nadmiernego entuzjazmu pośród zwolenników free impro, ale przyznać trzeba, że wszystko, czego tknie się Marcelo jest najwyższej jakości.

Pierwsza piosenka ma tu rockowy sznyt, niemal taneczny, acz nasączony jazzem rytm i niewyczerpane zasoby melodii. Zdobią ją efektowna solówka gitarzysty, realizowana na dużej dynamice. Druga i trzecia kompozycja są połączone. Opowieść zaczyna się dwustrumieniową gitarą, zaczerpniętą z duetowej płyty z Vicente. Ambient w tle i swobodna, na początku łagodnie frazująca gitara, której towarzyszy równie precyzyjny motyw basu. Na tym tle swoje małe przełomy realizuje perkusja, a całość pretenduje do miana post-ballady w stanie nieważkości. Po rozwinięciu w rockowy, tudzież jazz-rockowy motyw całość przypomina nagrania Mahavishnu Orchestra i piękne lata 70. ubiegłego stulecia. Czwarta część sprawia wrażenie komentarza do drugiej kompozycji, ma podobną strukturę, wieńczy ją jednak dość ekspresyjne zakończenie. W przedostatnim utworze sekcja rytmu pracuje niemal funkowo. Dynamiczna, na poły taneczna ekspozycja mieni się tu wieloma kolorami, pośród których znów doszukać się można klimatów fussion sprzed niemal pół wieku. Ostatnia opowieść startuje w estetyce bluesowej. Zgrabnie uformowany, wytłumiony motyw idealnie wpisuje się w konwencję farewell song. W drugiej fazie nagrania emocje biorą jednak górę, a melanż jazzu i rocka spina album niebanalną klamrą stylistyczną.



 

Almost Invariably (Luciano Bagnasco, José Lencastre, João Valinho) Almost Invariably (Bandcamp’ self-released, DL 2023)

Estúdio Namouche, Lizbona, styczeń 2023: José Lencastre – saksofon altowy i tenorowy, Luciano Bagnasco – gitara oraz João Valinho – perkusja. Pięć improwizacji, 32 minuty.

Hiszpański Argentyńczyk i para Portugalczyków w post-jazzowym tańcu, który syci się mnóstwem ponadgatunkowych inspiracji. Lubimy takie sytuacje, a nagrania całej trójki śledzimy na tych łamach na bieżąco. Synkopowana estetyka jest tu jedynie punktem wyjścia, bowiem kreatywność muzyków, umiejętność budowania dramaturgii i zdolność kooperacji sprawiają, iż całe nagranie mieni się wyjątkowo efektowną paletą barw.

Słowo się rzekło, otwarcie albumu płynie spokojną strugą lekkiej, jazzowej gitary, masą śpiewnego saksofonu i dobrze konstruowanej narracji drummingowej. Artyści nie idą jednak w tango, szukają ciekawszych dźwięków, preparują i interferują. Już na początku drugiej odsłony gitarzysta włącza mroczny, ambientowy tryb, a narracja nabiera dalece nieoczywistego wymiaru. Swobodna, dość leniwa opowieść szyta jest jednak nerwowym pulsem perkusji, a z czasem nabiera mocy niemalże free jazzowej. Emocje rosną tu wraz z każdym pokonanym kilometrem. W trzeciej części energia wewnętrzna tria zdaje się systematycznie przybierać na wartości. Dynamiczna gitara łapie post-rockowe fluidy, dubowe echa i psychodeliczne naleciałości. Saksofon dba o linearność narracji i odpowiednia dawkę melodyki, nie szczędząc nam oryginalnych przedechów, a perkusja klei wszystko w zwartą całość. Czwarta opowieść delikatnie tonuje emocje, płynie od gęstej post-ballady do open-jazzowej, melodyjnej ekspozycji. Końcowa improwizacja świetnie reasumuje cały album. Na starcie mieni się bystrymi preparacjami, potem formuje w efektowny dron i łapie zarówno dubowe, jak i post-bluesowe zdobienia. Akcja goni tu akcję, a ostatnia prosta kipi od niebywałych emocji.



 

Zyft (Henk Zwerver, Ziv Taubenfeld, Maya Felixbrodt) Triangle Moments (Creative Sources, CD 2023)

Splendor, Amsterdam, czerwiec 2023: Henk Zwerver – gitara akustyczna, Ziv Taubenfeld – klarnet basowy oraz Maya Felixbrodt – altówka. Sześć improwizacji, 37 minut.

Swobodna improwizacja, które czerpie inspiracje z wielu źródeł, która zaskakuje zarówno dramaturgią, jak i brzmieniowymi subtelnościami, zdaje się być każdorazowo zbiorem wyjątkowo atrakcyjnych dźwięków. Drugi album międzynarodowego (i jakże wielopokoleniowego) tria Zyft idealnie wpisuje się w ów model.

Artyści zaczynają swą podróż z dużym ładunkiem energii, sycąc improwizację pewną drapieżnością, czy wręcz hałaśliwością – oto prawdziwe free chamber na sterydach! Narracja zdaje się być efektownie rozkołysana, frywolna, pełna emocji i niemal wirtuozerskich popisów instrumentalnych. W tym tyglu zdarzeń gitarzysta przemyca nam kilka bystrych, post-klasycznych fraz. Druga opowieść budowana jest drobnymi, rwanymi dźwiękami, ma swoją taktyczną dynamikę, ale bywa też mroczna i zamyślona. Muzycy panują nad ekspresją, ale definitywnie lubią puszczać wodze fantazji i wpadać w niemal chocholi taniec. W trakcie długiej narracji jest tu miejsce na urokliwe preparacje violi, strunowe pląsy gitary i klarnetowe pojękiwania. W następnej części pojawiają się kolejne nowe elementy – drony, smyczkowe akcje na gryfie gitary i bolesne śpiewy altówki. Na koniec tego fragmentu narrację tworzą wyłącznie strunowce, a całość smakuje neoklasycznie. Podobnie brzmi część czwarta, w całości pozbawiona brzmienia klarnetu, doposażona jednak akcentami perkusjonalnymi. Dla opisu piątej odsłony śmiało możemy ukryć określenia post-barok, a nawet post-renesans - wszystko wszakże skapane jest tu w nieskończonej kreatywności muzyków. Końcowa improwizacja bazuje na minimalistycznej gitarze, delikatnie roztańczonym klarnecie i kolejnych akcentach percussion, tym razem prawdopodobnie realizowanych rękoma altowiolinistki. Ostatnia prosta, to plemienny rytuał dźwięku – drobne frazy z wielu źródeł połączone swobodnym tańcem, wieńczącym jakże piękną podróż.



 

Mia Zabelka feat. Alain Joule & Tracy Lisk Duos (Setola Di Maiale, CD 2023)

Klanghaus Untergreith/ Sankt Johann, Espace/ Montreal, Dauphin Street Studio/ Philadelphia, maj 2023: Mia Zabelka – skrzypce, głos, kompozycje oraz Alain Joule - violoncello z perkusjonalnym rozwinięciem, kompozycje (utwór pierwszy) i Tracy Lisk – perkusja, instrumenty perkusyjne, kompozycje (utwór drugi). Dwa utwory, 53 minuty.

Austriacka skrzypaczka, kompozytorka i improwizatorka, chętnie korzystająca z własnego głosu, jest ważną postacią europejskiej sceny muzyki eksperymentalnej od dawna. Swoje wydawnictwa upublicznia jednak niezbyt często, zatem nad każdą propozycją pochylamy się z należytą uwagą. Nowa płyta jest zbiorem dwóch duetów w sytuacjach koncertowych (podwójne miejsca ich rejestracji nie do końca są tu zrozumiałe) i przynosi wyjątkowo pokaźną porcję ekspresyjnych, dość jednak hałaśliwych improwizacji. Brzmienie obu koncertów jest definitywnie punkowe, ale nie wiemy, czy to efekt jakości nagrania, czy też … masteringu Lasse Marhauga, który lubi brud i noise.

Pierwszy duet, to taniec dwóch instrumentów strunowych, przy czym zestaw Alaina Joule jest doposażony perkusjonalnie. Brudne brzmienie, pokaźny ładunek ekspresji, gęsta, interaktywna narracja i kilka definitywnie noise’owych incydentów. Oba strunowce sprawiają wrażenie, jakby były amplifikowane, przez co opowieść nie jest pozbawiona quasi rockowych naleciałości, choć jednocześnie nie stroni od post-barokowych uniesień. Gdy Zabelka sięga po wokal, wydaje się, że przepuszcza go przez jakieś urządzenie elektroniczne. W dalszej fazie tej części albumu muzycy zdają się wkładać w swoje wypowiedzi odrobinę więcej melodyjności i subtelności. Druga improwizacja prowadzona jest w towarzystwie pełnowymiarowego zestawu perkusyjnego. Mimo, iż obraz całości nie przestaje nosić znamion hałasu, opowieść wydaje się bardziej przyswajalna fonicznie. Także głos skrzypaczki jest tu bardziej czysty, choć równie ekspresyjny – czasami przypomina scat, innym razem zdeformowany beat box. Perkusja czasami płynie rockowym szlakiem, bywa też bliska emocji free jazzu. Narracja w wielu momentach sprawia wrażenie bokserskiej wymiany ciosów. Emocji mamy tu doprawdy mnóstwo.



 

Jakub Gucik & Tilen Kravos Infuzja (Antenna Non Grata, CD 2023)

Ignorantka, Łódź, Lipiec 2022: Jakub Gucik – wiolonczela oraz Tilen Kravos – gitara elektryczna. Cztery improwizacje, 48 minut.

Łódzka Ignorantka i jej piwniczna scena, to miejsce spotkania polskiego wiolonczelisty i słoweńskiego gitarzysty, dodajmy, w trakcie jednego z bardziej upalnych dni ubiegłorocznego lata. Spotkania z założenia improwizowanego, nastawionego na wymianę dźwięków nasyconych dużymi porcjami ekspresji. Choć to gitara jest tu amplifikowana, bywa, że z natury akustyczna wiolonczela jest instrumentem głośniejszym i bardziej temperamentnym. W każdym razie blisko pięćdziesięciominutowy koncert wypełnia sporo dobrych emocji i ciekawych zwarć w półdystansie.

Już na starcie muzycy sycą narrację dużym ładunkiem mocy. Rockowe wiosło wiolonczeli płynie po gęstej strudze czerstwego ambientu gitary. Improwizacja ma wyjątkowe szerokie spektrum dźwiękowe, od basowej podłogi po dubowy sufit. Muzycy bardzo chętnie wchodzą w dialog, który często bywa tu serią efektownych kuksańców. Na zakończenie pierwszego epizodu dostajemy garść fraz preparowanych. W podobnym klimacie budowany jest początek drugiej odsłony koncertu. Narracja przybiera tu szaty na poły taneczne - gitara dostarcza strzępy jazzu i bluesa, cello nie stroni od post-barokowych zdobień. Po fazie tłumienia i rozkołysania, opowieść wraca do ekspresji rocka i delikatnie zanurza się w psychodelii. Część trzecia jest bardziej mroczna, odrobinę minimalistyczna. Gucik sięga tu po tryb pizzicato, potem płynie rozśpiewanym arco, co Kravos konkluduje siłą dobrego rocka. Całość dogorywa w mroku ambientu. Czwarta historia, podobnie jak druga, bazuje na pewnej ulotnej rytmice. Trochę fraz imitacyjnych, garść preparacji, szczypta zdrowej psychodelii. Natrafiamy też na całkiem hałaśliwe interludium. Bo tego wieczoru w Ignorantce post-barok zbliżył się do noise-rocka na wyciagnięcie ręki.



 

Calum Builder & Matt Choboter Locusts and Honey (ILK Records, CD 2023)

St. Augustines Church, Kopenhaga, jesień 2020 (?): Calum Builder – saksofon oraz Matt Choboter – fortepian. Dziewięć utworów, 37 minut.

Dzisiejszą marszrutę kończymy w obiekcie sakralnym w Kopenhadze. Delikatnie brzmiący saksofon sopranowy Buildera płynąć tu będzie szeroką strugą pogłosu, a w rolę bystrego interlokutora wcieli się Choboter i jego niebanalny fortepian, traktowany naprzemiennie metodą inside i outside. Dwaj artyści z różnych części świata, zakotwiczeni w stolicy Danii, wtedy otoczeni drutem lockdownu, budują dramaturgię spektaklu z niebywałą precyzją. I bywa, że największe emocje wzbudzają w sytuacji, gdy decydują się pozostawić niektóre dźwięki w sferze ciszy.

Album otwiera fortepianowa introdukcja, budowana zarówno na klawiaturze, jak i gołych strunach. Oniryczna, odrobinę rytmiczna narracja napotyka na romantyczny śpiew saksofonu. Zaraz potem dęciak zdaje się wpadać w stan trwogi, którą implikuje preparowane piano. W kolejnej części saksofonista otwiera szeroko oczy i płynie głębokim, sakralnym oddechem. Post-barokowe początki są tu zaczynem bardzo ekspresyjnego rozwinięcia. Piano pozostaje w roli komentatora. Czwarta część stoi dysonansem – piano dobywa frazy jakby z głębi ziemi, saksofon tańczy w chmurach. Mroczny minimalizm versus post-folkowa melodyka. Piąta historia zdaje się być repryzą drugiej, z kolei szósta nasycona jest melancholijnymi frazami z klawiatury. Saksofon pojawia się tu jedynie na czas puenty. Siódma opowieść należy z kolei niemal wyłącznie do dęciaka. Taniec wokół własnej osi, tajemnicza wokaliza (pianisty?) i nad wyraz dużo kreatywności. W odsłonie przedostatniej mroczne, minimalistyczne piano najpierw budzi trwogę, potem sprawia, iż barwa saksofonowego strumienia robi się wyjątkowo matowa. Na zakończenie podróży muzycy jakby zyskiwali drugie życie. Ich improwizacja zdaje się być bardziej żwawa, intrygująco zagęszczona rozśpiewanymi frazami obu instrumentalistów.



 

wtorek, 12 lipca 2022

Ziv Taubenfeld's Full Sun! Out of the Beast Came Honey!


Zabawna koincydencja! W dniu, którego data zdaje się być magicznym zestawem liczb - 10.10.2020, w trakcie pewnego spontanicznego zgromadzenia improwizatorów w poznańskim Dragonie, miała miejsce światowa premiera albumu formacji Full Sun, dowodzonej przez klarnecistę Ziva Taubenfelda. Wydawcą był pewien krajowy label o nazwie doskonale znanej Czytelnikom tych łamów*). Dokładnie tego samego dnia tenże Full Sun rejestrował w dalekiej Holandii nagranie swojej drugiej płyty, która trafia właśnie do naszych odtwarzaczy w jakże poręcznym formacie CD, a którego wydawcą jest pewien renomowany label portugalski.

Full Sun, to towarzystwo dalece multikulturowe, po części amerykańskie, włoskie, holenderskie, tudzież belgijskie, zebrane i kierowane przez muzyka izraelskiego (obecnie rezydującego w Lizbonie!). Owa zgraja utalentowanych i kreatywnych muzyków świetnie radzi sobie w formule skomponowanych, niekiedy bardzo precyzyjnie, improwizacji, które kłują w oczy i uszy czerstwą urodą, pewną transcedentalną śpiewnością, semickim posmakiem i całą masą wytrwanego, jakże swobodnego jazzu. Pierwsza ich płyta nagrana została w septecie (był wtedy z nimi Luis Vicente!), ta nowa zaś w sekstecie. Z radością zaglądamy do środka, pochylając się nad wieloma szczegółami narracyjnymi.

 


Dramaturgia albumu Out of the Beast Came Honey zdaje się być perfekcyjna! Najpierw dostajemy dwa marsze żałobne, grane rozhuśtanym, kolektywnym unisono, potem wpadamy w rytm post-swingu i jazzowych ekspozycji, po części solowych, a na koniec czekają na nas dwie rozbudowane w czasie i przestrzeni kompozycje, w trakcie których objawiają się nam już same cuda dobrze ustrukturyzowanego, improwizowanego jazzu. Pierwszy temat podany jest rzewnym, semicko brzmiącym tembrem. Smutny slow step z pewną aylerowską melodyką, czającą się pomiędzy frazami. Strumień narracji z czasem systematycznie się tu rozlewa, ale i po części gęstnieje. Druga opowieść rodzi się u progu ciszy, pierwszym dźwiękami piana i drobnych perkusjonalii. W jej wnętrzu usłyszeć można mikro granulki jazzu, swingu, a nawet nowoorleańskiej estetyki. Warstwa zewnętrzna jest jednak dalece mroczna, nieodgadniona, jakby chowała w sobie wielkie tajemnice dalekiego wschodu. Muzycy powtarzają temat, dokładając do kolejnych fraz drobiny fermentującej kreacji. Powolnym krokiem, ku nieznanej przyszłości, z trwogą wobec tego, co przynieść może kolejny dźwięk.

Trzecia kompozycja wisi na poły rytmicznym kontrabasie. Narracja podbiega pod drobne wzniesienie i stacza się w dół, a sekwencja czynności jest kilkukrotnie powtarzana. Klarnet basowy śpiewa, wtóruje mu saksofon, a narracja łapie swing w szprychy i gna smukłym ćwierć galopem do przodu. Tu czeka na nas bystra ekspozycja puzonu, a potem szybki duet klarnetu basowego i fortepianu, budowany na nerwowej sekcji rytmu, która nie intensyfikuje jednak tempa. Na koniec basowy klarnet łka, jak dziecko, którego ktoś pozbawił ulubionej zabawki.

W czwartej opowieści powracamy do eksponowania tematu, podawanego rzewnym, molowym tembrem, płynącego całą szerokością ulicy. Bogaty flow zdaje się mieścić w sobie także pewną durową ingrediencję. Saksofon śpiewa, klarnet basowy kłębi się w sobie, a puzon wzdycha. Sekcja rytmu stoi w miejscu, a piano szuka zagubionych dźwięków w pudle rezonansowym. Kolektywny suspens pełny jest zmysłowych small talks aż do momentu, gdy opowieść staje się nieco bardziej żwawa. Całość nabiera wtedy pewnej metafizycznej taneczności. Rytm płynie wprost z klawiatury fortepianu, ale także aktywnych działań kontrabasu i perkusji. Taki oto niebanalny walczyk z trójką dęciaków, które opowiadają historie o nędznym losie człowieka. Na koniec muzycy powracają do tematu głównego, rozdygotani emocjami, ale i swawolni, jakby pogodzeni z losem.

Finałowa ekspozycja znów stawia na działania kolektywne. Upalony, post-swingowy drive, pełen perkusyjnych interwałów, dzielących nerwowe partie instrumentów dętych, ale i ukradkowe uśmiechy, biorące w nawias dramaturgiczną powagę sytuacji. Także bogata aranżacja i ciągłe zmiany, zarówno w zakresie dynamiki, jak i instrumentacji. Narracja szarpana, ale zwinna jak kot. Klarnet basowy śpiewa żałobne nutki, ale zdaje się być przy tym nieco rozbawiony. Pojawia się smyczek szukający odpowiedzi na pytania, których nikt nie zadał. Stosunkowo rozbudowane expo proponują teraz piano i saksofon, oba przypominające o swoich jazzowych korzeniach. A tempo wciąż rośnie! Jeszcze tylko kilka obrotów ziemi wokół słońca i dostajemy dęte trio ślące nam gesty pozdrowienia. Powrót sekcji rytmu oznacza krok w kierunku finalizacji, ale i tu czeka na nas niespodzianka! Perkusista serwuje nam rwane, nerwowe solo, pięknie kontrapunktowane przez zjednoczone siły klarnetu, saksofonu i puzonu.

 

Ziv Taubenfeld's Full Sun Out of the Beast Came Honey (Clean Feed Records, CD 2022). Ziv Taubenfeld – klarnet basowy, instrumenty perkusyjne i kompozycje, Michael Moore – saksofon altowy i klarnet, Joost Buis – puzon, Nico Chientaroli – fortepian i obiekty, Omer Govreen – kontrabas oraz Onno Govaert – perkusja i instrumenty perkusyjne. Nagrane w Amsterdamie, 10 października 2020 roku, w miejscu zwanym Splendor. Pięć impro-kompozycji, 42 minuty i kilkanaście sekund.

 

*) https://multikultiproject.bandcamp.com/album/ziv-taubenfelds-full-sun

  

 

poniedziałek, 9 listopada 2020

Ziv Taubenfeld's Full Sun! Natufian Dream and the other tall stories!


Septet Full Sun Ziva Tanbenfelda zaprasza na spektakl złożony z pięciu utworów, pięciu scenariuszy na przebieg improwizacji, tyleż udanych prób rozpisania dramatu kompozytorskiego na role. Pierwszy scenariusz zaczyna się efektownym zjazdem kolektywnego składu, bystrą ślizgawką, która prowadzi muzyków w obszar ciekawych dyskusji w podgrupach. Krótkie, zaplanowane frazy muzycy kreują jednak z dużą swobodą i artystyczną dowolnością. Przypominają spontanicznie malowane bohomazy Jacksona Pollocka, które to działania jego wielkie płótna znosiły bardzo dzielnie. Sygnał do marszu daje perkusista, a dobrze skonstruowana improwizacja, nie bez jazzowych konotacji, może dziać się w najlepsze. Realizowana bardzo kolektywnie, na tym etapie dramatu zdecydowanie jeszcze pozbawiona głównych ról, kreowana w dużym skupieniu, umiarkowanym tempie, pełna intrygujących szczegółów brzmieniowych. Tuż przed końcem piątej minuty strumień narracji zostaje przekazany na wyłączność sekcji rytmu i fortepianu, które łapią kilka garści soczystego bluesa w szprychy. Po dwóch minutach do zabawy na powrót podłączają się pozostali instrumentaliści, którzy plamią obraz całości złotymi dźwiękami. Szeleszczą perkusyjne szczoteczki, pojawia się smyczek na gryfie kontrabasu – opowieść zdaje się być tkana z coraz mniejszych elementów. Dęciaki gadają ze sobą wytłumione emocjonalnie, pod nimi płynie zaś nieco nerwowa sekcja rytmu. Budujący się w tle posmak kameralny podkreśla smyczkowe solo kontrabasu, które wieńczy pieśń otwarcia nazwaną Orange Shoes.



Druga opowieść, nazwana Tchicai, budowana jest mniejszy składem (przynajmniej w wymiarze dźwiękowym). Zaczyna ją krótkie intro trąbki i klarnetu basowego, które zostaje ostemplowane półfrazami sekcji rytmu. Sygnał do wymarszu, nie po raz pierwszy tego dnia, daje drummer. Post-jazzowe trio trąbki z kontrabasem i perkusją buduje zasadniczą część utworu. Jego zwieńczeniem jest solowa ekspozycja ostatniego z wymienionych przed momentem instrumentów, po czym następuje finał, którą zdobią dodatkowo dźwięki dostarczane przez kolejnych artystów.

Część trzecia rodzi się w oparach ciszy. Szczoteczki, suche oddechy trąbki, klarnet i głęboko preparujące piano kreują świat tyleż powolny, co intrygująco tajemniczy. Znów mnóstwo szczegółów i nerwy ukrywane pod powierzchnią narracji, ale niemal namacalne fizycznie. Ktoś lub coś pogwizduje, plamy matowych fonii proponuje puzon, trąbka preparuje dźwięk. Bardzo kolektywny marsz, bez zbędnego pośpiechu, z ekspresją realizowaną na delikatnie zaciągniętym hamulcu ręcznym, ale bardzo stylowy i wyrazisty brzmieniowo. W ramach podkreślenia jakości wydarzenia, kilka incydentów w podgrupach: dialog trąbki i klarnetu basowego, zaraz potem preparowanego piana i perkusji, a w dalszej części szeleszczące perkusjonalia, które zdają się rezonować z pudłem fortepianu. Pierwsza część opowieści nazwanej Forest Weather kończy się dość nagle, po czym oddaje pole części drugiej. Dęte oddechy, melodyjne półśpiewy, które wydają się być odrobinę nierzeczywiste, pianistyczne preparacje, smukły smyczek – znów rosnąca ilość szczegółów, które budują jakość całości. Jeszcze dwa, trzy zdania kontrabasu do pary z klarnetem basowym, na poły ekspresyjne wtręty puzonu, wreszcie wysoki lot klarnetu, a opowieść zdaje się oddychać już pełną piersią, a pomiędzy dźwiękami powietrze aż hula z zadowolenia.

Natufian Dream, marzenie, które przywołuje prehistoryczne dzieje ziemi, która dziś zdaje się być przeklętą, a wtedy zdawała się być oazą ludzkiego współistnienia. Rola otwarcia przydzielona zostaje sekcji rytmu z fortepianem, która znów odnajduje w zakamarkach swojej narracji bluesowy posmak. W tym tle rozbudowana wataha instrumentów dętych rozpoczyna ptasie dyskusje. Bystry klarnet basowy bierze na swoje barki konieczność delikatnego podkręcenia tempa. Pomaga mu trąbka, która niesiona rosnącym tłem, kreowanym przez pozostałe instrumenty, rozpoczyna swój niezwykle ekspresyjny pasus pełen wspaniałości. Muzycy otwierają bramy open jazzu i zdają się piąć wspólnym strumieniem dźwiękowym ku wysokiej górze. Tuż po osiągnięciu szczytu, rozpoczyna się równie kolektywny proces wygaszania narracji. Wszyscy uczestnicy spektaklu patrzą sobie głęboko w oczy i zdają się rysować na płótnie malarskim mglisty zarys ostatniej dyrektywy scenariuszowej.

 

Ziv Taubenfeld's Full Sun (Multikulti Project/ Spontaneous Music Tribune Series, CD 2020). Michael Moore – klarnet, saksofon altowy, Joost Buis – puzon, Luis Vicente – trąbka, Ziv Taubenfeld – klarnet basowy, instrumenty perkusyjne, kompozycje, Shay Hazan – kontrabas, Nicolas Chientaroli – fortepian, obiekty oraz Onno Govaert – perkusja, instrumenty perkusyjne. Nagrane 9 stycznia 2019 roku, Bimhuis, Amsterdam. Pięć utworów, 38 minut i 18 sekund.

 

Uwaga! Autor recenzji jest współwydawcą płyty!



wtorek, 18 września 2018

Zwerv! Music From Any Moment! Wandering Souls of Improve!


W dość swobodnym tłumaczeniu z niderlandzkiego określenie Zwerv, to rodzaj wędrówki, podczas której nietrudno zabłądzić, oznaczać może także błąkanie się bez celu. To także skrót od nazwiska Henka Zwervera, holenderskiego gitarzysty, który wspólnie z kolegami z kilku krajów, prowadzi improwizowany ansambl o nazwie… Zwerv.

W dorobku formacji odnajdujemy dwie pozycje. O pierwszej z nich już tu pisaliśmy (Live, 2017), nie szczędząc ciepłych słów recenzenckiej egzaltacji. Najnowsza zaś zwie się Music From Any Moment i za moment rozłożymy ją na czynniki pierwsze. 

Odsłuch/ odczyt nowej płyty jawi się tym ciekawiej, iż Zwerv rozrósł się, w stosunku do debiutanckiej płyty, z kwintetu do septetu. Zestaw instrumentalny uzupełniły bowiem puzon i fortepian.




Szybko zatem zaglądamy do środka! Doskonale nam znany amsterdamski klub Zaal 100, połowa grudnia ubiegłego roku, wiele wskazuje na to, iż incydent miał miejsce bez udziału publiczności. Na scenie: Ziv Taubenfeld – klarnet basowy, Luis Vicente - trąbka, Salvoandrea Lucifera – puzon, Henk Zwerver - gitara, Nico Chientaroli - fortepian, Raoul van der Weide – kontrabas i obiekty, George Hadow – perkusja.  Płytę od ubiegłego miesiąca udostępnia portugalski Creative Sources - 8 swobodnie improwizowanych opowieści, ponad 56 minut muzyki.

Pieśń otwarcia zdobi niebanalna introdukcja wprost ze strun gitary i klawiszy delikatnego piano. Tuż obok, jak zwykle niepowtarzalny van der Weide ze swym ogromnym kontrabasem i okablowanymi obiektami różnej proweniencji. Po około 2 minutach do gry wchodzi klarnet basowy, trąbka, puzon i perkusja. Swawolny septet pozwala sobie na skromny galop, ale w pełnym rynsztunku. Już gęsto, tudzież narowiście! Free jazz as well! Na finał ostro atakuje Vicente, a zaraz potem błyskotliwe hamowanie.

Kolejną opowieść rozpoczyna inny duet. Tym razem perkusja i trąbka droczą się ze sobą w estetyce small & slowly improve in sonore, silnie akcentując urodę minimalizmu. Po 3 minutach rozbłysk strun – jakże piękny kontrapunkt! Nie pierwszy przykład doskonałej komunikacji wewnętrznej. Narracja toczy się wedle zasady – jeden lub dwa instrumenty grają bardziej wyeksponowane quasi solowe pasaże, pozostali muzycy energicznie konweniują w tak zwanym tle. Bystry recenzent dostrzega znamiona swojej ulubionej metody call & response. W 8 minucie stemple jakości przystawia klarnet basowy! Reszta też już zagotowana – emocje ekspozycji w zenicie! Pod koniec piękny komentarz Zwervera, niczym Bailey w stadium multiplikacji.

Trzecia – słowo wstępne należy do trąbki i klarnetu basowego. Potem bardziej niż dotychczas wyrazisty puzon i bystre piano. W backgroundzie istotnie wartościowe skwierczenie obiektów, opartych o rozgrzane struny kontrabasu. Kolejna gęsta, choć tym razem mniej dynamiczna opowieść. Bezwarunkowy kolektywizm i zwinne reagowanie – to zdają się być najważniejsze atrybuty tego septetu. Recenzent zastanawia się, czy muzycy cokolwiek predefiniowali przed wejściem na scenę. 3 minuta i ostry pasaż piana w estetyce Schlippenbacha, także świetna kooperacja z gitarą. Ponownie mocna ekspozycja na finał i błyskotliwa kipiel w trąbce.

Czwarta piosenka jeszcze bardziej tłumi dynamizm płyty. Wstęp ze strony perkusjonalii i dronów z obiektów. Dzwonki, talerze, drżący kontrabas! Piękne! Reszta podłącza się nieśpiesznie, raz jeden, raz drugi. Doskonałe small deep sonore ze strony Vicente. Także ciekawe pląsy na gitarze. Jakże kwiecista, przykuwająca ucho narracja. Małe frazy, igraszki w podgrupach, słuchaj i reaguj. Tuż potem mocny, niski pasaż z kontrabasu, trwający moment klarnetu basowego i minimalistyczna gitara. Na finał dysząca trąbka i zwinne palce na gryfie kontrabasu.

Piąta improwizacja zaczyna się dość nietypowo – cały septet startuje na raz! Rytm, dynamika, szczypta jazzu dla złaknionych konwencji (czyżby z kartki?). Doskonałe mikro eskalacje każdego z muzyków. W 3 minucie tempo rośnie niebywale – rapid free! 4 minuta i klarnet basowy wrze w podstawach. Obok piano, kontrabas i perkusja, niczym jurna, hard-bopowa sekcja.  Szybkie zejście do finału, już w piątej minucie.

Szóstka, to struny i trąbka na wejściu, nie byle jaka sonorystyka! Udana sekwencja fortepianu, która porywa do marszu cały septet. Kanty, narożniki, zawijasy. Powolny w ruchach klarnet basowy. Kind of slide guitar, małe piano, bystry drumming, trąbka zaplątana w rytm. Gęsta, zwinna, jakże swawolna narracja. Klarnet ciągnie piękną ekspozycję, silnie wspiera go puzon. Także gitara i kontrabas. Doskonała kooperacja w każdym momencie!

Intro wprost z wnętrza fortepianu i szumy ze strony dęciaków – tak zaczyna się przedostatnia opowieść. Kolejny moment bardzo głębokiej sonorystyki. Piękna robota – klarnet basowy po lewej, trąbka po prawej! Smoliste struny kontrabasu. Dużo spokoju i metafizyki. W 8 minucie napięcie jednak rośnie. Interakcje w mgnieniu oka - puzon, gitara, chytre piano! Treściwa praca kontrabasu i perkusji. Na finał znów free jazz pełną gębą. Z przytupem!

Na ostatniej prostej sto dwadzieścia sekund zadziornej ekspozycji – dyszące tuby, głos ludzki, gitara, piano. Gęsto od dźwięków – siedem ognisk zapalnych. Prawdziwe trzęsienie ziemi.



wtorek, 5 września 2017

Zwerv! Dos Reis! Lencastre! Sousa! Rybicki-Kozera! Rasmussen! Shepherds Of Cats! Aging! Hanslip! Sloth Racket! Sobanski! – Kolejna porcja świeżych owoców dla wciąż gnijących warzyw!


Lato ma się definitywnie ku końcowi. Wrzesień trzeźwiąco oblewa nas deszczem od pierwszych swych godzin, przynajmniej na wschód od świata ciepłego. Definitywny zatem czas na kolejną zbiorówkę recenzji z nowych płyt. Do podsumowania kolejne cztery miesiące i ćwierć setki płyt z muzyką improwizowaną.

Dziś wszakże według nieco innej formuły – do omówienia wybrałem bowiem jedynie jedenaście z nich. Bo są świeże, niosą ciekawe dźwięki, a ich autorami są muzycy na dorobku, którym się chce, i którym udaje się być nowatorskimi lub choć trochę oryginalnymi.

Po omówieniu tych pachnących świeżaków, dwie dość długie listy pozycji, których tym razem nie omówimy. Pierwszą, bo czasu zabrakło, choć same one warte są tego, by do nich kiedyś powrócić. Drugą – bo to po prostu dość słabe (wtórne) płyty są...

Trybuna Muzyki Spontanicznej nieodwracalnie stawia na młodych, tych mniej znanych, ale za to krwiście intrygujących!




Raoul van der Weide/ George Hadow/ Henk Zwerver/ Ziv Taubenfeld/ Luis Vicente  Zwerv - Live (Creative Sources, 2017)

Krnąbrne deklaracje, to ponoć sól dziennikarstwa, a wyjątki od reguły -  proza życia. Pierwsza dziś płyta, to artystyczne zderzenie trzyosobowej młodości, jak najbardziej licującej ze stawianiem na nowe nazwiska w muzyce improwizowanej, z parą doskonałych weteranów. Kwintet zwie się Zwerv, a jego nazwa na wprost wynika z personaliów mało znanego, choć wiekowo zaawansowanego gitarzysty i chyba siły sprawczej tej inicjatywy – Henka Zwervera. Wspomaga go inny niemłodziak, kontrabasista Raoul van der Weide (także perkusjonalia). Horda młodzieży w składzie, to Ziv Taubenfeld na klarnecie basowym, George Hadow na perkusji i jeden z naszych ulubieńców, Luis Vicente na trąbce. Koncert z amsterdamskiego Zaal 100 dostajemy w sześciu trakach, a trwa on niewiele ponad trzy kwadranse.

Muzyka od samego startu jest gęsta, ma zwartą, kolektywną fakturę. Jeśli klarnet dmie bardziej melodycznie, to trąbka woli sytuacje sonorystyczne (dęciaki atakują separatywnie, na przeciwległych flankach). Rozbudowana sekcja rytmiczna pędzi samym środkiem przestrzeni akustycznej i zdolna jest do wielkich czynów improwizatorskich (dużo dźwięków w jednostce czasu). Świetnie odnajduje się w tym wrzącym tyglu pomysłów gitarzysta, który lubi wyjść na czoło i stawiać wymagania młodszym od siebie. Kontrabasista także ma tu kilka wartościowych, indywidualnych incydentów (doskonale kooperuje z gitarą, choćby w pierwszym fragmencie). W trzeciej części narracja silnie usadawia się w jazzie i czuć nawet kropelki swingu na czołach muzyków (tu i w wielu momentach kapitalnie pracuje klarnecista), a gitara plecie błyskotliwe historie w klimatach niemal reinhardowskich. W czwartej części, na zasadzie kontrastu, muzycy ponownie uciekają w gęste free improv, a w piątej Zwerver wręcz przypomina kolejną reinkarnację Dereka Baileya! Zadziorny, kolektywny zryw, znów odrobinę swingujący (ach, ta sekcja!). Finałowa rozbiegówka pachnie swobodą i deklaratywnym podejmowaniem jedynie słusznych decyzji artystycznych. Świetna robota dęciaków (konwulsyjny duet Vicente z gitarą!). Burza oklasków po wybrzmieniu. Wielopokoleniowy, międzynarodowy kwintet w swobodnej zabawie w improwizację, umoczoną po kolana w dobrym jazzie. Brawo!




Marcelo dos Reis  Cascas (Cipsela Records, 2017)

Być może jeden z najciekawszych europejskich muzyków improwizujących młodego pokolenia, portugalski gitarzysta Marcelo dos Reis, gości na tych łamach z każdą swoją nową płytą. Nie inaczej jest z jego pierwszą płytą solową!

Cascas (tak nazywał go Ojciec w czasach, gdy był dzieciakiem) przynosi siedem odrębnych stylistycznie opowieści na preparowaną i niepreparowaną gitarę akustyczną z nylonowymi strunami. Swoisty koncert własnych życzeń! Piękne historie, zmysłowo zagrane i perfekcyjnie zrealizowane pod względem akustycznym.

Początek dynamiczny, wręcz rockowy, aż chciałoby się zanucić buntowniczą pieśń o utracie wolności. Melodia, harmonia, akustyczny zadzior. Druga opowieść w barokowej, bogatej stylistyce, pełnej flażoletów i konstruktywnych repetycji. Kunszt, technika gry, wyobraźnia zdają się być tu znacznie ważniejsze od samego procesu improwizacji, który na Cascas jest raczej ornamentem, zdobieniem, a nie celem samym w sobie. Trzecia – smyczek na strunach, klimat muzyki dawnej. Rezonans, znów repetycja. Mięsista, urocza historia. Cudownie pętli się i eskaluje. Czwarta – pustynne, arabskie skale, coś na kształt dalekowschodniego dubu. Pętle na strunach i samogrające pudło rezonansowe gitary. Jakby grały trzy instrumenty! Orkiestra solowa! Piąta – niczym harfa, zmyślna mandolina. Strunowa epopeja o niepoliczalnych płaszczyznach piękna. Znów odrobinę barokowa, niemal mantryczna w sposobie narracji, aż chciałoby się wejść pomiędzy struny. Chyba najwspanialszy fragment płyty! Szósta i siódma – jeśli którekolwiek części Cascas są do siebie podobne, to właśnie dwie ostatnie na płycie. Nieco folkowe w aurze, pełne bogactwa brzmieniowego, utkane cekinami i złotymi literami. No i odrobina smutku na pożegnanie. Saudades lśniące zachodzącym słońcem. Doskonała płyta!




José Lencastre Nau Quartet  Fragments Of Always (FMR Records, 2017)

Twardo trzymamy się mojej ulubionej Portugalii. Czas na pure jazzowy kwartet! Pianistę Rodrigo Pinheiro i kontrabasistę Hernaniego Faustino znają chyba wszyscy, którzy choć trochę siedzą w gatunku. Zapewne inaczej jest w przypadku braci Lencastre. Joao jest perkusistą, zaś Jose saksofonistą, a przy okazji także liderem Nau Quartet, którego pierwszą płytę mam przyjemność w tej właśnie chwili recenzować. Dwanaście ścieżek, blisko godzina zegarowa studyjnej rejestracji z grudnia ubiegłego roku. Wydaje zacne FMR Records!

Pierwsze sześć utworów (all music by the musicians, ale improwizacje uprawiane wedle przygotowanych scenariuszy), to suita z krótkimi, muzycznymi Aforyzmami. Płynna narracja czterech równorzędnych partnerów, z silnymi inklinacjami do free (czy Nau w nazwie należy rozumieć, jako Now, czyli współczesny? – zapytuje dociekliwy recenzent). Kompetencji nie brakuje, bystrości i przytomności w procesie improwizacji także. Zwinne, filigranowe pasaże wprost z klawiatury fortepianu, potężny tembr kontrabasu na granicy przesteru (kanon u Faustino), uroczy sound altu, enigmatyczny i konkretny dramaturgicznie, wreszcie aktywna perkusja, dość bystra i gadatliwa. Kolejne pół tuzina kompozycji na płycie, to już odrębne, często rozbudowane opowieści, zwłaszcza 17 minutowy fragment tytułowy. Gęsta, kolektywna i bardzo sprawna improwizacja. W jedności siła, choć najwięcej do powiedzenia ma tu pianista (nawet ma wystawne solo). Ciekawie gra Jose, jakby się ślizgał po dyszach (slide sax?). Fragment kolejny, to intrygująca, molekularna ekspozycja, trochę w klimatach upalonej chamber music (z pewnością, to najlepszy fragment płyty). Tańczący wąż, tytuł kolejnej pieśni, to chyba epitet przynależny świetnie improwizującemu alciście. Saksofonista z każdą minutą płyty zwinnie się eskaluje, ma coraz więcej do powiedzenia i udaje mu się nawet zagadywać pianistę! Rozgrzany, szaleje na scenie, zdecydowanie jest już tu królem polowania. Dwa ostatnie fragmenty, to udane próby tłumienia emocji i dedynamizacji narracji. Prawdziwie jazzowa kameralistyka. Świetna robota!




Gigantiq feat. Pedro Sousa  Rooms Over Views (Grain Of Sound, 2017)

W ramach ostatniego już dziś akcentu portugalskiego, niezwykle pasjonujące spotkanie progresywnej i niebanalnej elektroniki formacji Gigantiq (personalnie - Nuno Moita i André Gonçalves) z  improwizującym saksofonem tenorowym, w rękach młodego, ale już niebywale sprawnego i kreatywnego muzyka, jakim jest Pedro Sousa (szukaj stosownego feature na tych łamach, opisującego jego dorobek artystyczny).

Płyta zawiera siedem rozbudowanych improwizacji. Elektronika i żywy instrument świetnie się uzupełniają (zwłaszcza, gdy ten drugi w skowycie sonorystycznym doskonale wkleja się w dźwięki generowane na kablach lub tak zwinnie je imituje, iż nie potrafimy wskazać, które z nich pochodzą od żywego instrumentu), nie stronią również od wchodzenia w improwizacyjne zwarcia. Zdarzają się fragmenty bardziej ilustracyjne, ale nie burzą one bardzo pozytywnego stosunku recenzenta do całości materiału muzycznego.

Rooms Over Views, to przy okazji kolejne świadectwo jakości muzycznych poczynań Pedro Sousy. Muzyk ten nie ma jeszcze w dorobku wielu nagrań, ale każde następne wnosi coś nowego do naszej wiedzy o jego umiejętnościach, wyobraźni muzycznej i pomyśle na uprawianie improwizacji, zarówno tej o jazzowej proweniencji, jak i tej, dla której inspiracją jest muzyka elektroniczna, czy noise-rockowa. Jeśli ktoś nie kojarzy jeszcze tego nazwiska, koniecznie proszę je zapamiętać. 




Rybicki/ Kozera  Xu (Multikulti Project, 2017)

Czas na krajowego świeżaka, baa, z udziałem muzyków, których personalia zapewne większości z nas są całkiem nieznane. Mateusz Rybicki na klarnecie i klarnecie basowym oraz Zbigniew Kozera na kontrabasie. Incydentalnie muzycy będą też korzystać z perkusjonalii (kalimba). Dziesięć swobodnych improwizacji, 33 minuty rejestracji z Wrocławia, sprzed dwóch lat.

Przyczajony klarnet, silny kontrabas i zestaw mikropowieści, punktów zapalnych, enigmatycznych zaczynów do rozbudowanych porcji improwizacji (być może na koncertach). Sporo udanych wycieczek w kierunku free, bez skrępowania i artystycznych wątpliwości. Skupienie, dokładność i adekwatność. W mojej ocenie muzycy lepiej realizują się w szybszych narracjach. Te spokojniejsze nie ustrzegają się nieuzasadnionych chwil zadumy i dramaturgicznego zawieszenia. Klarnecista lubi poszaleć, choć nie zawsze starcza mu odwagi. Kontrabas zwinnie płynie przez płytę, szkoda jedynie, ze muzyk nie zabrał ze sobą na nagranie smyczka. Ciekawy kontrapunkt estetyczny wprowadza w bodaj dwóch fragmentach kalimba. Jest lekka w brzmieniu, delikatnie tajemnicza i niedookreślona.

Ta niezwykle kameralna muzyka dużo zyskuje przy bliższym, niejednokrotnym odsłuchu. Odcinek szósty ma zaszyty w sobie trans, pachnie miętową mantrą, co jest zasługą głównie kontrabasisty. Świetny numer! Na finał dwie kalimby. Czekamy na ciąg dalszy!.




Mette Rasmussen/ Tashi Dorji/ Tyler Damon  To The Animal Kingdom (Trost Records, 2017)

Nim na rozbudowany finał dzisiejszej zbiorówki przeniesiemy się do Zjednoczonego Królestwa, na krótki moment zabawimy w Kanadzie.

Tam bowiem zarejestrowano nowe nagranie Mette Rasmussen. Saksofonistka ta zalicza się do sporego już grona skandynawskich kobiet, który zgłębiają świat free jazzu, dmąc w mocne dęciaki. Dziewczyny mają niezłą promocję ze strony starszych kolegów, na ogół się je chwali, a samej Mette nawet przypina etykietę odkrywcza. Pan Redaktor jest dalece wstrzemięźliwy w ferowaniu tego typu wyroków, ale płyty tej Pani śledzi dość skrupulatnie.

W rzeczonej Kanadzie Mette zagrała niezwykle ekspresyjny koncert free w bardzo ciekawym towarzystwie. Na perkusji amerykański młodziak Tyler Damon, a na gitarze elektrycznej…. prawdziwe odkrycie!!!! Facet nazywa się Tashi Dorji i pochodzi z Bhutanu (czy ktoś wie, gdzie leży ten kraj? Tak, tak, w sercu Himalai!). Książkę możnaby z miejsca napisać, cóż muzyk ten wyprawia na gitarze podłączonej do prądu. Jest siłą, mocą i napędem tej eksplozywnej improwizacji. Gra wszystko, co mu ślina na język przyniesie i dodatkowo, raz po raz, wpada w konwulsyjny, rytmiczny trans, który uroczo dewastuje nasze oczekiwania, co do przebiegu narracji. Dotrzymać mu kroku, tak w aspekcie muzycznym, jak i emocjonalnym, nie jest łatwo, ale Mette daje radę, co być może stanowi dla niej wyjątkowy komplement.

Muzyka iskrzy, eksploduje i ryje nam beret, jakże konstruktywnym hałasem. Wydał Trost Records, zatem nie powinniście mieć problemu z zakupem tej płyty. Zróbcie to koniecznie! A ja tymczasem zagłębię się w dyskografię Tashiego. A nie jest ona mała.




Shepherds Of Cats & David Andrew McLean ‎ Shepherds of Cats & David McLean (Tombed Visions, 2017)

Kasetowy label z Manchesteru Tombed Visions wciąż dostarcza nowej i intrygującej muzyki. Tu powracamy do angielsko-polskiej trupy artystycznej Shepherds Of Cats. Ich poprzednią płytę, z gościnnym udziałem puzonisty Guntera Heinza, omawialiśmy na jednej z poprzednich zbiorówek. Dziś dostajemy długi zestaw dźwięków (2 CD-r), nagrany zresztą koncertowo we Wrocławiu, gdzie gościem grupy był angielski saksofonista David McLean, przy okazji szef wydawnictwa.

Muzyka Shepherds jest wielowymiarowa, multigatunkowa i dalece eklektyczna, równie bogata w wydarzenia, jak rozbudowane jest używane przez muzyków instrumentarium (Adam Webster – wiolonczela, głos, Jan Fanfare – gitara elektryczna, głos, loops, Aleksander Olszewski - perkusjonalia, głos, dęciaki, Dariusz Błaszczak – syntezator, loops, David McLean – saksofon tenorowy, syntezator, inne dęciaki oraz Maciek Piątek - videoprocessing). Tu każdy dźwięk ma rację bytu, każdy pomysł artystyczny jest akceptowalny. W porównaniu do poprzedniczki, SOC + McLean zdaje się być bardziej dynamiczna, istotnie w wielu momentach post-rockowa (częste używanie bardzo rytmicznych perkusjonalii), z dużą porcją nieco zwariowanej (pozytywnie) improwizacji na dowolny temat, a także, co stanowi tu już zasadę, znaczącym udziałem melodeklamacji. Dużo wnosi do tej zabawy McLean, który potrafi dynamizować poczynania zespołu ostrymi i bystrymi pasażami swojego ognistego saksofonu.

Jeśli to nagranie ma jakąś wadę, to jest nim jego długość. Skrócenie płyty choćby o połowę (trwa prawie 140 minut) znacznie podniosłoby jej wartość.




Aging ‎ Suitable For Night (Tombed Visions, 2017)

Kolejna nowość z Tombed Visions, także z udziałem Davida McLeana na saksofonie tenorowym. Formacja nazywa się Aging, a skład jej uzupełniają: Andy Patterson – kontrabas, Jon Perry – perkusja oraz Sebastien Perrin – saksofon tenorowy, fortepian. Tym razem muzyka wydana została na kasecie i dla przeciwwagi (patrz: wyżej) trwa niewiele ponad 30 minut. To bodaj trzecia pozycja w dyskografii Aging.

Płyta zawiera trzy skomponowane i wykonane na rockowo, w zasadzie bez improwizacji, nowe standardy (tak przynajmniej brzmią) i jeden szalony fragment w zdrowej konwencji silnie rozwichrzonego free (dodatkowo z damskim głosem). Cała płyta to jakby opowieść o jednej rozrywkowej nocy grupy zagubionej we wszechświecie młodzieży, gdzie jest czas na dojście (pierwszy), czas eksplozywnej zabawy w podejrzanym damskim towarzystwie (drugi, tytułowy, ów rozwichrzony) i wreszcie czas na wybudzenie (trzeci, Pocałunek Mokrego Asfaltu), a potem trudną drogę do domu (czwarty).

Gdyby cała płyta powstała w estetyce tytułowego fragmentu, recenzent byłby niezwykle zadowolony. Niestety stanowi on wyjątek. Mało zadziorny, nieco sztampowy wodewil w typie The Lounge Lizards, wersja dla mniej wtajemniczonych.




Mark Hanslip ‎ Church (Tombed Visions, 2017)

Czas na ostatnią dziś premierę TV. Ponownie kaseta, znów niewiele ponad 30 minut muzyki, którą firmuje młody i ciekawy saksofonista Mark Hanslip. Do pomocy wziął sobie trójkę muzyków: pianistę Stephena Grew (znamy go choćby ze wspólnych nagrań z Trevorem Wattsem), gitarzystę Eda Williamsa (gra tylko na pierwszej stronie) i człowieka obsługującego laptopa – Alexandra Cutterige’a. Tytuł płyty nie ma ukrytych treści. Nagranie powstało bowiem w obiekcie sakralnym.

Muzyka jest stuprocentowo improwizowana, zawiera dźwięki silnie osadzone w estetyce free, zakorzenione zarówno w jazzie, jak i muzyce współczesnej. Bogata w świetne duetowe ekspozycje saksofonisty i pianisty, dodatkowo wspierane niebanalnym szarpaniem strun przez gitarzystę. Dużo w tej muzyce przestrzeni, dystansu do granych dźwięków i po prostu jakości.

Trochę dramaturgicznego fermentu, nie do końca przypadającego mi do gustu, dostarcza tu facet z komputerem (zwłaszcza na drugiej stronie, gdy brak gitarzysty sprawia, że ma dużo przestrzeni do zagospodarowania). Wydaje mi się, że jego ewentualny brak dodałby tej muzyce wartości.




Sloth Racket  Shapeshifters (Luminous Label, 2017)

Pozostajemy w Manchesterze! Siostrzany label Luminous proponuje nam nagranie kwintetu, który funkcjonuje pod nazwą własną Sloth Racket. A w jego składzie saksofonista tenorowy Sam Andreae (poznaliśmy się przy okazji poprzedniej prezentacji nowości z Tombed Visions – ABC Trio), saksofonistka barytonowa Cath Roberts, gitarzysta Anton Hunter, kontrabasista Seth Bennett i perkusista Johnny Hunter (brat?).

Cztery bardzo zwinne, kompetentne i dalece kolektywne free improvisations (choć za każdym z traków autorsko ukrywa się barytonistka), grane także w podgrupach (choćby świetny dialog tenoru i kontrabasu w pierwszym fragmencie). Muzyka bywa zarówno zadziorna, jak i wyciszona i melancholijnie niemal melodyczna (sporo interesujących dialogów obu saksofonów, np. w drugim numerze). W części finalnej muzycy chętnie brną w prawdziwie freejazzową eskalację. Całe nagranie mieści się w trzech kwadransach, jest zatem nieprzegadane i nie zawiera w sobie zbędnych przystanków scenariuszowych.

Muzyka, która póki co, nie stawia recenzenta do pionu, ale która ma swój niezaprzeczalny, dalece bezpretensjonalny urok. Nazwiska zapisane w kajecie, podobnie jak nazwa formacji, ku świetlanej przyszłości tej muzyki i tych muzyków.




Sobanski/ Orrell/ Anstey/ McMurchie  Texturologie (European Improvisation Scene, 2017)

Na finał dzisiejszej zbiorówki świeżych owoców, kolejna płyta z Anglii, także realizowana po części przez … polskiego muzyka (tamże zresztą od lat osiadłego). Myślę o gitarzyście Mariuszu Sobańskim, który doświadczony na polu awangardy rocka, coraz chętniej zapuszcza się w meandry swobodnej improwizacji.

Przed nami koncertowe nagranie z maja br. (Festiwal Gateway to Another Dimension), poczynione przez Mariusza przy wsparciu saksofonisty Jake’a McMurchie, kontrabasisty Paula Ansteya i perkusisty Tony’ego Orrella.

Cztery dość dynamiczne, chwilami hałaśliwe improwizacje, naznaczone rockowym sznytem i niebanalną psychodelią (głównie z inspiracji gitarzysty). Muzyka płynie zwartym strumieniem, improwizacje muzyków przeplatają się wzajemnie i zwinie uzupełniają. Rytm i pokrętna melodyka są tu stałymi elementami składowymi, co pozwala muzykom unikać płycizn i zawieszania narracji. Kolejna płyta, kolejne nazwiska do zapamiętania!


****

Lista płyt, które mniej lub bardziej mi się podobały w ostatnich miesiącach, ale jak dotąd ich nie zrecenzowałem:

Daniel Levin/ Ingebrigt Hĺker Flaten/ Chris Corsano  Spinning Jenny (Trost Records, 2017)

Daniel Levin Quartet  Live At Firehouse 12 (Clean Feed, 2017)

Mat Maneri/ Evan Parker/ Lucian Ban  Sounding Tears (Clean Feed, 2017)

CP Unit  Before The Heat Death (Clean Feed, 2017)

Fred Frith, Hans Koch  You Are Here (Intakt Records, 2017)


Lista płyt, których nie zrecenzowałem, bo słuchając ich, nie usłyszałem dźwięku, który byłby dla mnie czymś nowym i intrygującym:

Ballister  Low Level Stink (Dropa Disc, 2017)

Zack Clarke  Random Acts Of Order (Clean Feed, 2017)

Johannes Bauer/ Peter Brötzmann  Blue City (Trost Records, 2017)

Peter Brötzmann/ Heather Leigh  Sex Tape (Trost Records 2017)

Peter Brötzmann/ Steve Swell/ Paal Nilssen-Love  Live In Tel Aviv (Not Two Records, 2017)

Lean Left (Ken Vandermark, Terrie Ex, Andy Moor, Paal Nilssen-Love)  I Forgot To Breathe (Trost Records, 2017)

Tim Daisy/ Michael Thieke/ Ken Vandermark  Triptych (Relay Recordings, 2017)

Ken Vandermark/ Klaus Kugel/ Mark Tokar  Escalator (Not Two Records, 2017)

Eric Revis Quartet  Sing Me Some Cry (Clean Feed Records, 2017)



niedziela, 1 maja 2016

Brötzmann, Gjerstad, Gustafsson, Evans, Postaremczak, Sakata, Butcher i Cappozzo – zbiorówka kwietniowa, czyli kolejny odcinek cyklu „… Rok 2016 jednak trwa”


Każdy dzień obcowania z muzyką improwizowaną, w jakimkolwiek zresztą wymiarze gatunkowym, utwierdza mnie w przekonaniu, iż podtytuł tego bloga – Improwizowany Przewodnik w Czasach Nadprodukcji Dźwięków – ma pełne uzasadnienie merytoryczne.  Każdy tydzień przynosi bowiem nowe tytuły wydawnicze, a Wasz autor w pocie czoła słucha, słucha i słucha, a potem kreśli mniej lub bardziej niezgrabne opowieści na ich temat.

Być może bardziej wnikliwi Czytelnicy Trybuny Muzyki Spontanicznej dostrzegli w prawym jej rogu nową rubrykę „Odsłuchy Premierowe – wstępne rekomendacje” (uwaga! wersja telefonowa bloga nie daje do niej dostępu). To właśnie tam dzielę się z siecią globalną swoimi pierwszymi wrażeniami po przesłuchaniu nagrania, arbitralnie orbitując pomiędzy poszczególnymi odczuciami, sprowadzonymi do prostego podziału  low-middle-high (których ekspresyjność podkreślam odpowiednio kolorem czerwonym, żółtym i zielonym).

Dziś zatem czas na drobne resume ostatnich kilku tygodni w zakresie wydawnictw, jakie w różnym formacie, wylądowały w moich urządzeniach służących do odbioru muzyki. Na ogół są to rzeczywiście prawdziwe świeżynki (a zatem wyedytowane w roku bieżącym lub bezpośrednio go poprzedzającym), ale w ramach wartościowych (jakkolwiek) dodatków, pojawią się poniżej także płyty z datą o 3-4 starszą od wyżej przywołanych.



BodaBoda Duo & Peter Brötzmann  Modern Persuasion (Tyrfing Music, LP 2015)

Starszyzna na dobry początek. Peter Brötzman (rożki), nasz tegoroczny jubilat (75 wiosen dzwon już wybił), w ciekawym i niezwykle dynamicznym spotkaniu z duńskim BodaBoda Duo, którego personalnymi elementami składowymi są Jakob Thorkild (gitara elektryczna) i Bjřrn Heebřll (perkusja). Krótkie i zwarte spotkanie koncertowe z kopenhaskiego The Village. Całość, wydana na winylu przez zupełnie mi nie znany podmiot wydawniczy, trwa mniej więcej 35 minut, zatem nie jesteśmy narażeni na jakiekolwiek dłużyzny. Gitara z prądem nie męczy, Peter dmie jak zwykle konkretnie i na temat, perkusista nie przeszkadza. Zatem płyta udana po każdym względem. Brak tu rzecz jasna szczególnej maści nowatorstwa, ale zdecydowanie podsumowujemy Nowoczesną Perswazję skromnym high!



Peter Brötzmann/ Steve Swell/ Paal Nilssen-Love  Krakow Nights (Not Two Records, 2015)

Luty roku ubiegłego, krakowska Alchemia, a na scenie obok niestrudzonego Brötzmanna i jego dużo młodszego kompana niejednej muzycznej przygody Nilssena-Love, starszy Pan zza Wielkiej Wody z kompetentnym puzonem, czyli równie doskonale nam znany Steve Swell. Być może to właśnie jego delikatnie wyciszenie, szczypta melancholii w tonie instrumentu, czy dalece tu programowa nieśpieszność, sprawiają, że opowieści snute przez trio w wymiarze blisko 75 minut długimi fragmentami nie tryskają free erupcją, do której – mimo zaawansowanego wieku – ciągle zwykł nas zapraszać Brötzmann. Oczywiście mamy tu kolektywne zwarcia w półdystansie, a odpowiednia dawka hałasu jest nam dana, jednakże w Krakowskich Nocach śmiało możemy doszukać się luźnej wymiany myśli i kilku udanych solowych popisów (brawo Swell!). Paal w tym całym ambarasie toczy zmyślne pętle, a ja mogę się jeszcze pozastanowiać nad krótką notką, bo ciągle nie wiem, czy to middle, czy już jednak high.



Borah Bergman/ Peter Brötzmann/ Frode Gjerstad  Left (Not Two Records, 2016)

Ostatnie już w tej opowieści spotkanie z rurami Petera Brötzmanna. Tym razem – choć płyta datowana jest na rok bieżący – mamy jednak do czynienia ze starszym nagraniem, bo sprzed 20 lat (rejestracja z Festiwalu Jazzowego w norweskim Molde, z lipca 1996r.). Peterowi towarzyszy jego dobry znajomy, poniekąd gospodarz przedsięwzięcia, Frode Gjerstad i w tym gronie prawdziwy weteran (rówieśnik Milesa Davida i Johna Coltrane’a, przy tej okazji koncertowej już 70-latek), amerykański pianista Borah Bergman. Ten ostatni to prawdziwy freejazzowy zakapior i pianista naznaczony dużym arsenałem natręctw, typowych dla tego sortu muzyków (innym słowy, gra na ogół dużo i nie zawsze dopuszcza go głosu współpartnerów). Jego koncertowe zderzenie z takimi saksofonowymi petardami, jak Frode i Peter, mogło skutkować eksplozją hałasu o skutkach trudnych do oszacowania. Na szczęście w ogóle tego nie doświadczamy. Co prawda sama okładka sugeruje (wielkością czcionki, jaką podane są nazwiska muzyków), iż postacią główną koncertu jest jednak Borah (a w konsekwencji – jego natręctwa), to i w tym aspekcie spotyka nas miłe zaskoczenie. Hałas w edycji free jak najbardziej, ale w dawkach absolutnie przyswajalnych. Do tego sporo udanej kolektywnej pogadanki na temat, a także wiele momentów, gdy Bergman niespodziewanie milczy, a dwa czupurne saksofony pięknie interferują w ciekawych rejestrach, co podnosi jakość całości koncertu w stopniu znaczącym. Reasumując – zdecydowanie pozostajemy przy rekomendacji high.


Frode Gjerstad/ Luis Conte  Mirror Edges (FMR Records, 2013)

Monkey Plot & Frode Gjerstad  Monkey Plot & Frode Gjerstad (FMR Records, 2015)

Pozostańmy przez chwilę przy norweskim saksofoniście i przywołajmy dwie jego płyty, poczynione z muzykami, których z pewnością nie znacie, są to bowiem osoby, których koleje muzycznego życia są jeszcze zdecydowanie niezbadane (co więcej, także w wielkiej sieci próżno szukać rozbudowanych informacji).
Najpierw niespodziewane spotkanie Frode’ego z argentyńskim klarnecistą Luisem Conte. Niespodziewane, bo poczynione w dopołudniowej porze pewnego dnia w roku 2013, w Buenos Aires, w trakcie gdy Norweg miał przerwę w podróży i czekał na…. samolot (rzecz miała miejsce dokładnie od 9.30 do 12.00 !). Czytając liner notes Latynosa, mamy wrażenie, że było to dla niego niezwykłe przeżycie, tak w aspekcie czysto artystycznym, jak i w wymiarze jego całkowitej przypadkowości. Trzy kwadranse ciekawych studyjnych opowieści, nie rzadko w głośnych rejestrach, choć zdecydowanie w umiarkowanych tempach. Określenie sonorystyka winno tu paść i zdecydowanie pada, wieńcząc zabawę na poziomie high, jednakże z delikatną podpórką middle.

Drugie spotkanie to rejestracja studyjna z Oslo, gdzie Gjerstadowi towarzyszy trio Monkey Plot (Christian Winther, gitara, Magnus S. Nergaard, bas i Jan M. Gismervik, perkusja). W toku dociekań odautorskich udało się ustalić, iż muzycy ci wywodzą się prawdopodobnie z młodej, norweskiej sceny rockowej, a ich spotkanie z Frode’em w roku 2014 było być może pierwszym spotkaniem z muzyką improwizowaną. No i to – niestety – słychać. Wszyscy – wbrew proweniencjom młodych Norwegów, o których wspomniałem w poprzednim zdaniu – grają tu akustycznie i zdecydowanie w konwencji free improvisation. Mam jednak wrażenie, że na tym etapie ich muzycznego rozwoju, progi okazały odrobinę za wysokie. Frode stara się nieść muzyków w świat swobodnych improwizacji naprawdę nieśpiesznie i bez przedawkowania skali trudności, ale i tak efekt końcowy nie jest szczególnie frapujący. Mam tylko nadzieję, że ta lekcja free improv nie poszła w las. Będziemy śledzić uważnie dalsze losy Monkey Plot. A rekomendacja? Zdecydowanie i tylko middle.



Goat's Notes Cosmic Circus (Leo Records, 2016)

Naprawdę miło jest czasami odpalić dysk stworzony przez muzyków, których nazwiska nic ci nie mówią, a potem odebrać, dzięki nieskomplikowanemu procesowi odsłuchu, zdecydowanie dużą porcję przyjemności. Taka rzecz spotkała mnie w przypadku dziewięcioosobowej formacji Notatki Kozła i jej krążka Kosmiczny Cyrk. Ansambl jest personalnie ciekawą kooperatywą rosyjsko-francuską (nagrania z francuskiego Tore la Rochelle i Moskwy, nomen omen). W zestawie instrumentów - trzy dęciaki, pełna sekcja rytmiczna, zatem z fortepianem, no i aż trzy instrumenty smyczkowe, niczym wisienka na torcie. Muzycy improwizują w oparciu o gotowe kompozycje zdecydowanie jazzowej proweniencji, a smaczku tej naprawdę udanej zabawie dodają rzeczone skrzypce, wiola i wiolonczela. To w zasadzie dzięki nim, ich pazerności na przejmowanie inicjatywy w trakcie aż piętnastu niedługich opowieści, ta płyta bezwzględnie mi się podoba i po więcej niż premierowym odsłuchu spokojnie stawiam przy Cosmic Circus  grupy Goat’s Notes jakże adekwatne high.


Mats Gustafsson  This Is From The Mouth (Utech Records, LP 2016)

Czas najwyższy zapodać konsekwentnie czerwone low. Ofiarą niech będzie kolejna próba zaistnienia na niwie rockowo-noise’owej znakomitego szwedzkiego saksofonisty Matsa Gustafssona i krótka – dzięki Bogu!!! – winylowa płyta To idzie prosto z paszczy.  Dwóch perkusistów, podających nieskomplikowany rytm (sam pewnie dałbym radę) i generator szumów i zgiełków, z którego w drugiej części 17-minutowej, jedynej „kompozycji” na tym jednostronicowym winylu, wyłania się ostro zmutowany pisk saksofonu (a jednak!). Jedyną zaletą tej płyty jest długość jej trwania.
Przy okazji przywołania w tej opowieści postaci Matsa Gustafssona, winien Wam jestem kilka zdań o krążku Melt Tria Gustafsson/ Pupillo/Chippendale (Trost Records, 2016). Ale szkoda mi czasu.
Oczywiście żyjemy w wolnym świecie (jakkolwiek trudne jest to określenie w dzisiejszej rzeczywistości geopolitycznej), zatem każdy muzyk niech gra, co mu na myśl tylko przyjdzie, ale mnie po prawdzie po prostu szkoda energii doskonałego improwizatora na te jego szaleństwa rockowe (Fire!, spora dawka płyt z Thurstonem Moorem, czy pozycje przywołane w tym bloku recenzji, etc.). Co więcej, słuchając co raz rzadszych free improv produkcji Matsa (choćby ubiegłoroczne spotkania z Agusti Fernandezem), mam wrażenie, że cierpi na tym jakość jego improwizacji. I to tyle w tym temacie.



Premature Burial (Peter Evans/ Matt Nelson/ Dan Peck) The Conjuring (New Atlantis Records, LP 2015)

Kolejny winyl w naszym dzisiejszym przeglądzie – Przedwczesny Pogrzeb (Premature Burial), to bardzo interesujące trio, sformowane przez doskonale nam znanego nowojorskiego trębacza Petera Evansa i mniej mi osobiście znanych – Mattsa Nelsona (sax) i Dana Pecka (tuba). W żmudnym procesie stosunkowo swobodnych improwizacji dwaj ostatni panowie korzystają niezobowiązująco z elektroniki i efektów specjalnych, osiąganych na kilometrach kabli. Conjuring (Sztuczki Magiczne), to ich pierwsze dziecię i to wcale nie przedwczesne. Ledwie 35 minut muzyki (winyl ma swoje prawa!), podzielonej na cztery tytuły. Zdecydowanie zyskuje przy częstym poznaniu (jak pięknie brzmi ta zmutowana tuba!) – zatem z przyjemnością zmieniam pierwotne middle na docelowe high. I liczę, że tytułowy Pogrzeb nie dotyczy dalszych perspektyw współpracy tej trójki muzyków.



Purusha (Postaremczak/ Traczyk/ Szpura)  Cosmic Friction (ForTune Records, 2015)

Czas na wątek krajowy w naszej opowieści. Pawła Postaremczaka większość kojarzy zapewne z formacją Hera, Wacława Zimpela. Rodzimy saksofonista tenorowy, o bardzo konkretnym i zdecydowanym soundzie, czerpiący pełnym garściami, dodajmy umiejętnie, ze spuścizny po Johnie Coltrane’ie, realizuje się artystycznie także bez udziału przywołanego wyżej klarnecisty. Pamiętam onegdaj bardzo udany jego koncert w duecie z perkusistą Pawłem Szpurą w poznańskim Dragonie (tak przy okazji – podjąłem całkowicie daremny trud spisania wszystkich koncertów, na jakich byłem w  swym dość długim już życiu. Zapraszam do działu Pokrewne Namiętności i inne archiwalia, podstrona: Moje koncerty – Tu Byłem!!!).
A tu formacja Purusha, w składzie której, obok imiennika perkusisty z w/w koncertu, odnajdujemy także kontrabasistę Wojtka Traczyka. Cała trójka ma rodowód zdecydowanie poznański, ale nagranie Kosmicznego Nieporozumienia powstało w Warszawie i jest rejestracją studyjną. Dysk trwa ponad pięćdziesiąt minut, a Postaremczak, na ułamek sekundy nie wyjmujący instrumentu z ust, potrafi perfekcyjnie utrzymać zainteresowanie słuchacza. Sekcja nie chce być tu gorsza, brzmienie jest perfekcyjne (lekki brud na saksie – miód, malina!), a opowieści skomponowane (tu szczególnie aktywny jest Traczyk), ale dające dużo przestrzeni dla wyjątkowo kompetentnych improwizacji. Doskonała płyta i nie chce być inaczej. Totalne high!


Ziv Taubenfeld/ Shay Hazan/ Nir Sabag  Bones (Leo Records, 2016)

Brzmienie nazwisk muzyków  odpowiedzialnych za powstanie Kości nie budzi wątpliwości, co do ich semickich korzeni. Młodzi Izraelczycy śmiało wkraczają w mroczny świat muzyki improwizowanej i czynią to nad wyraz zgrabnie. Klarnet basowy, bas, perkusja, kilka kompozycji Ziva, który robi tu w pewnym stopniu za lidera, sprawnie wyimprowizowanych i czego chcieć więcej. Rekomendacja na razie middle, ale z wyraźną tendecją w kierunku high. Będziemy się bacznie przyglądać tej trójce.



Akira Sakata/ Giovanni Di Domenico/ Roger Turner/ John Edwards 15.01.14 (OTOroku, 2016)

Jeśli OTOroku, to londyńskie Café Oto. Jeśli ten fajny klub, to i kolejna (po Roscoe Mitchellu i Charlesie Gaylu) konfrontacja weterana spoza Europy z wyjątkową kompetencją sekcją brytyjską – John Edwards/ Roger Turner. W roli zaproszonego japoński saksofonista Akira Sakata (tuż po 70 urodzinach), którego wspiera także włoski pianista Giovanni Di Domenico (tuż przed 40 urodzinami, dla odmiany). Co ciekawe, to już druga kwartetowa przygoda Sakaty w Cafe Oto (wcześniej za bębnami zasiadł Steve Noble). Rejestracja z klubowego koncertu, krótsza niż trzy kwadranse, dostępna jest na razie tylko w plikach elektronicznych, a zawiera bardzo jazzową muzykę, choć po prawdzie improwizowaną bez specjalnych wskazówek przednagraniowych. Sakata – jak wiemy z historii free jazzu – potrafi pohałasować, ale tu nie czyni tego zbyt często. Sekcja gra jak Bóg przykazał, równo wedle miedzy, a na tym tle ciekawie odnajduję pianistykę Włocha, którego przy okazji koncertu z Oto mam okazję słyszeć po raz pierwszy. Mimo zadowolenia z odsłuchu, jedynie kategoria middle, głównie z uwagi na dużą wtórność tej muzyki. Choć wcale nie narzekam.


Common Objects (John Butcher/ Rhodri Davies/ Lee Patterson)  Live In Morden Tower (Mikroton Recordings, 2013)

Ładnie wydane, limitowane wydawnictwo Mikroton Recordings z muzyką trójki, tak improwizatorów, jak i wytrawnych preparatorów dźwięku. Na początek cztery minuty rozgrzewki dla Rhodri Daviesa i jego elektrycznej harfy, potem niecałe pięć dla Johna Butchera, kilku saksofonów i drobnych urządzeń wzmacniających dźwięk, a następnie ponad siedem dla Lee Pattersona oraz zestawu kabli i skrzynek wzmacniających procesy (cokolwiek byśmy tym mianem określili).  Po tak udanych przedbiegach, cała trójka melduje się na scenie Morden Tower w Newcastle, by przez blisko 32 minuty realizować improwizację grupową. Jak grupowo, to poniekąd wzniośle i konkretnie, i śmiało, i zdecydowanie wspólnie. W dorobku wybitnego saksofonisty Butchera nie jest to z pewnością opus magnum, ale śmiało rekomendujemy na high!




2° étage (Christine Wodrascka/ Jean-Luc Cappozzo/ Gerry Hemingway)  Grey Matter (NoBusiness Records, 2013)

Carlos Alves Zingaro/ Jean-Luc Cappozzo/ Jérôme Bourdellon/ Nicolas Leličvre  Live At Total Meeting (NoBusiness Records, 2012)

Na sam już koniec dzisiejszej dość obszernej opowieści, chciałabym definitywnie zarekomendować dwa nieco starsze krążki. Oba wydane przez litewski NoBusiness Records, oba z udziałem francuskiego trębacza Jean-Luca Cappozzo (z którym zresztą, nie dalej jak jesienią ubiegłego roku, spotkałem się koncertowo przy okazji występu Globe Unity Orchestra na warszawskim Ad Libitum).
Pierwszy krążek to bardzo swobodne improwizacje w wersji studyjnej na trąbkę, piano i perkusjonalia. A te ostatnie w rękach znamienitego Gerry'ego Hemingwaya (lata spędzone w kwartecie Braxtona nie będą mu zapomniane!). Przyznam, że w tak rozwichrzonym improwizacyjnie zestawie jeszcze go nie słyszałem. A wypada, tak jak cała trójka, znakomicie. Bezwzględnie high.
Drugi incydent litewski z udziałem Cappozzo, to kwartet z Carlosem Zingaro (skrzypce) i dwójką mniej mi znanych francuskich improwizatorów (flecista-klarnecista i perkusjonalista). Tym razem opowieść koncertowa ze znanego niemieckiego festiwalu free improv. Też bardzo na temat i z dużą dawką bardzo zmyślnych kooperacji na cztery głowy i ośmioro rąk. Tu także, po pewnych wątpliwościach przy okazji odsłuchu premierowego, stawiam wyraźne high.