Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marcin Olak. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marcin Olak. Pokaż wszystkie posty

piątek, 31 lipca 2026

The July’ Round-up: Spinors! Made of Bones! Nuno! Torrecillas! Serries & Tietchens! Poems 11 & 12! Kakofonie #15!


Czas na lipcową zbiorówkę recenzji. Dziś osiem albumów i tradycyjnie multigatunkowy tygiel improwizacji. Tym razem sporo prądu i elektroniki, ale także szerokie spektrum fraz akustycznych, czasami wprost z wielkomiejskiej ulicy!

Zaczniemy w Berlinie, potem czekają nas dwa spotkania portugalskie, krótka wycieczka do Buenos Aires, mroczna otchłań Belgii i aż trzy wątki krajowe – jeden ulepiony z surowej akustyki, drugi z małego prądu, a trzeci z meandrycznej elektroakustyki. Od koloru do wyboru! Very Welcome!

 


Spinors Masual (Evil Rabbit, CD 2026)

Morphine Raum, Berlin, czerwiec 2023: Alex Nowitz - głos, elektronika, Sukandar Kartadinata – gitara elektryczna, elektronika oraz Matthias Bauer – kontrabas. Cztery improwizacje, 45 minut.

Głos wspomagany ręczną elektroniką, niebanalnie frazująca, obleczona kablami gitara z prądem i kontrabas najchętniej traktowany smyczkiem tworzą tu opowieść pełną niespodzianek, zarówno brzmieniowych, jak i narracyjnych. To dramat w trzech długich aktach i jednym bardzo krótkim, który przykuwa uwagę od pierwszej do ostatniej sekundy.

Po równie szemranym, jak gadanym otwarciu muzycy budują linearną opowieść, która startuje z pozycji post-jazzowej, ale szybko ucieka w oniryczną, post-psychodeliczną balladę. Po kilku minutach narracja staje się jednak zaskakująco dynamiczna, uformowana w dron, który pulsuje mrokiem, usiany usterkową niekiedy elektroniką. Druga opowieść balansuje od mrocznej ciszy inicjacji po wybuchy ekspresji, tu godne doprawdy muzyków z dalekiego wschodu. Smyczek tańczy jak oszalały, gitara plecie psychodeliczne melodie, a głos deliberuje w estetyce niemalże operowej. Samo zakończenie śmiało zasługuje na miano bardzo głośnego. Pulsująca preparacjami trzecia, miniaturowa odsłona udanie podprowadza pod finałową ekspozycję. Tu także artyści potrzebują chwilę, by od elektroakustycznych dywagacji przejść do narracyjnych konkretów. Na etapie rozwinięcia króluje basowy groove, który niesie dwa strumienie elektroniki, tej post-gitarowej i tej post-wokalnej.

  


Made of Bones & Luís Vicente Jardim Vertical (Profound Whatever, DL 2026)

No Estúdio Profound Whatever, Pesinho, styczeń 2026: Duarte Fonseca – perkusja, João Clemente – gitara, Nuno Santos Dias - Waldorf zarenbourg oraz Luís Vicente – trąbka. Dziesięć utworów, 57 minut.

Dobrze opakowana przetwornikami gitara elektryczna, kwaśny instrument klawiszowy i punktowa perkusja, to narzędzia pracy tria Made Of Bones, które zdaje się być idealne do tworzenia psychodelicznego, nieco onirycznego fussion, czerpiącego zarówno z jazzu, jak i rocka. Trio lubi muzykować z gośćmi - po incydencie z saksofonistą Jose Lencastre, czas na improwizacje z trębaczem Luisem Vicente.

Album składa się z dziesięciu odcinków, ale po prawdzie większość z nich łączy się w bardziej rozbudowane sekwencje zdarzeń. Powolna, leniwa narracja, niczym pochód umarlaków na granicy przemieniana, jest tu punktem otwarcia każdej opowieści. Muzycy dokładają step by step kolejne elementy, dzięki czemu większość utworów na etapie rozwinięcia osiąga poziom wzmożonej intensywności. Bazowe trio trzyma się swoich reguł gry, buduje delikatnie upalony strumień dźwięków, w którym poczucie upływającego czasu bywa sprawą bardzo indywidualną. Z kolei kreatywność trębacza, zwłaszcza w fazie preparacji sprawia, iż raz po raz improwizacje osiągają stan istotnie intrygujący. Klawisz z gitarą idą tu na ogół pod rękę, rola perkusji często sprowadza się do wytyczania szlaku podroży, ale bywa, że w efemerycznej flaucie improwizacji potrafi wzbudzić nowe życie. Album po wystudzonym, onirycznym otwarciu swoją kulminację zdaje się przeżywać w trakcie ósmego, najdłuższego utworu, który balansuje od psychodelicznej ballady do żwawej post-jazzowej przebieżki. Wieńczące płytę dwie ostatnie odsłony, to błysk melodii i kojący ambient.

  


Jorge Nuno A Ilha Revisitada (Thödol Records, CD 2026)

Lizbona oraz Terceira (utwory 3-5), czas nieznany: Jorge Nuno – gitara. Trzynaście utworów, 39 minut.

Z tym portugalskim muzykiem znamy się świetnie. Kiedyś lubował się w gitarowej psychodelii, teraz częściej siada samotnie ze swoim instrumentem i opowiada nieme historie o życiu. Jego druga płyta solowa przynosi aż trzynaście takich opowieści – ciągle pachnie w nich rockiem i post-bluesem, choć szyte są delikatnymi frazami gitary akustycznej.

Album otwierają wystudzone gitarowe flażolety, które pachną dawno zapomnianą prerią dzikiego zachodu. Estetyka bluesa i rocka dają szczególnie znać o sobie w kolejnych, niekiedy dość dynamicznych przebieżkach po gitarowym gryfie. Nuno szoruje struny, szarpie je i ślizga się po nich, a potem puentuje wszystko porcją wystudzonych, ale na ogół dość melodyjnych fraz. W piątej opowieści artysta wpada w repetytywny taniec czyniąc ów fragment bodaj najciekawszym momentem albumu. Potem na długo zapada w otchłań gitarowego minimalizmu. Owe narracyjne slow motion ma swój niezaprzeczalny urok, ale zdaje się, że po kilku utworach zaczynami już tęsknić do ekspresji, jaką muzyk serwował w pierwszej części albumu. Ta dobra energia szczęśliwie powraca, a sam proces zaczyna się w połowie dziewiątego utworu. Album wieńczy minimalistyczny taniec, który nie nosi jednak znamion pożegnania. Nuno wróci do nas z pewnością całkiem niedługo.

  


Torrecillas/ Vázquez/ von Schultz Physis (Plus Timbre, DL 2026).

Estudio Libres, Buenos Aires, Argentyna, Luty 2025: Jorge Torrecillas – saksofon tenorowy i altowy, Pablo Vázquez – kontrabas, głos oraz Marcelo von Schultz – perkusja. Dziewięć utworów, 32 minuty.

Czas na argentyński free jazz. W roli improwizatorów nasi dobrzy znajomi z Buenos Aires, z których dwóch mieliśmy nawet okazję gościć w spontanicznych progach Poznania w czasach przedpandemicznych. Trio, które gra dla nas Physis nie eksperymentuje, nie szuka nadmiernie rozszerzonych technik, ani nie kąsa szczególnie wymyślną dramaturgią. Gra swoje, co byśmy przez to nie rozumieli. I gra bardzo kompetentnie.

Krótkie, dobrze sformatowane improwizacje introdukowane są najczęściej przez perkusję i kontrabas. Saksofon wchodzi zazwyczaj na gotowe, syci flow jazzową melodią, a gdy trzeba ostro dmie intrygująco brudnym brzmieniem. Raz po raz artyści dorzucają coś nowego do typowego jazzowego tygla. W drugim utworze czujemy posmak ethno, a dużo dobrego wnosi kontrabasowy smyczek. Początek czwartej części grany jest przez basistę, ale efekt jest istotnie perkusjonalny. W niektórych momentach trio wpada w galop, ale nie jest on masywny, czasami wydaje się wręcz filigranowy. Szczególnie udane są improwizacje siódma i ósma. Pierwszą z nich prowadzi duet sax & drums osadzony w melodyce aylerowskiej, który jest nieustannie kontrapunktowany agresywnie usposobionym smyczkiem. Taka wymiana zdań stanowi oś dramaturgiczną utworu. Z kolei ósemka, to narracja tkana z drobnych, minimalistycznych fraz każdego z instrumentów, także bez użycia siły, czy forsowania nadmiernej ekspresji. Album domyka niespełna minutowa ekspozycja pełna rytmu, radosnej energii, daleka od oczekiwanej w takich momentach farewell song.

  


Dirk Serries & Asmus Tietchens Die Regeninsel (Attenuation Circuit, CD 2026).

Czas i miejsce nieznane: Dirk Serries – gitara elektryczna, efekty oraz Asmus Tietchens – processings. Sześć utworów, 46 minut.

Dark ambientowe płyty Serriesa znamy doskonale, nieomal się na nich wychowaliśmy. Najnowsza propozycja belgijskiego gitarzysty rozwija ten zamysł dramaturgiczny (nie po raz pierwszy) o elektroniczne procesowanie tego, co dostarcza samotna gitara elektryczna. Efekt zjawiska, to mroczne, gitarowe drony zanurzone w poświacie grozy, otchłaniach iście lovecraftowego niepokoju. Ta podróż jest bardzo niebezpieczna, szczęśliwe jednak każdy z odcinków zdaje się mieć nieco łagodniejszą, jakby odseparowaną od zasadniczej sytuacji dramatu puentę.

Od pierwszej sekundy nagrania gitarowy dark ambient zostaje osadzony w przestrzeni, która rezonuje jeszcze bardziej mrocznym, wielowarstwowym pogłosem. Puls jest jednostajny, tembr z czasem zniekształca się, co potęguje zjawisko niepokoju. Druga i piąta opowieść zdają się pochodzić od jednej matki. To gitarowa melodia systematycznie dewastowana syntetyczną powłoką brudu, obleczona łagodnym, matowym pulsem, który dociera z głębokiego offu. Ów proces osiąga incydentalnie stadium noise’owe. Trzecia opowieść wydaje się bardziej oniryczna. Szyty na kilka sposobów ambient brzmi tu wyjątkowo syntetycznie, syczy niczym wygłodniały wąż boa. Z kolei w czwartej odsłonie punktem wyjście są zniekształcone frazy, brzmiące jakby pochodziły z uszkodzonego odbiornika radiowego. Na etapie rozwinięcia flow wydaje się tu bardzo gęsty, przypomina marsz w błocie po kolana. Dla odmiany finałowa narracja zostaje posadowiona dość wysoko. Gitarowy ambient wydaje się śpiewny i zlany z porcją syntetyki. Aura grozy schodzi na background, ale cały czas kąsa niepokojem. I tu końcowy konsensus nosi znamiona mrocznej łagodności.

  


Kamil Szuszkiewicz, Mateusz Rybicki, Dawid Kosiarkiewicz, Paweł Sokołowski Poem 11, series 1 (Monaural Poetry, LP 2026)

Różny czas, różne miejsca: Kamil Szuszkiewicz – trąbka, Mateusz Rybicki - klarnet, Dawid Kosiarkiewicz – saksofon barytonowy, Paweł Sokołowski, saksofon altowy. Cztery solowe improwizacje, 25 minut.

Patryk Zakrocki and Marcin Olak Poem 12 Openphonic Hat (Monaural Poetry, LP 2026).

Galeria Projekt Café, Warszawa, czas nieznany: Marcin Olak - gitara elektryczna, akustyczna, efekty oraz Patryk Zakrocki – gitara elektryczna, obiekty. Sześć utworów, 23 minuty.

Analogowo rejestrowana, wycinana seria płyt winylowych Patryka Zakrockiego nabiera rozpędu. Dziś zaglądamy na edycje jedenastą i dwunastą.

Pierwsza nich przynosi cztery solowe ekspozycje dęte, zrealizowane w okolicznościach przyrody – w tunelu pod wiaduktem kolejowym, na akademickim dziedzińcu, w bibliotece i otwartej przestrzeni okołoklubowej. Surowe brzmienie dęciaków, ciekawy efekt pracy z echem, odgłosy codziennego życia przybytku publicznego. Baryton Kosiarkiewicza zaczyna od delikatnego pomrukiwania, kończy niczym wielki zwierz w klatce, który próbuje się wyswobodzić. Echo tuneli robi tu wrażenie. Z kolei sopran Sokołowskiego snuje wytłumione melodie, które zdają łapać kontakt z powietrzem otwartej przestrzeni. To samo czyni trąbka Szuszkiewicza, która dodatkowo niesie się matowym pogłosem. Najbardziej intryguje w tym zestawie klarnet Rybickiego – lekki, frywolny, trochę roztańczony, z każdą sekundą nagrania jakby bardziej wsłuchany w odgłosy życia bibliotecznego.

  


Gitarowy duet Zakrockiego i Olaka, to z kolei melodyjna, wręcz piosenkowa odsłona improwizacji. Bez wokalu, natomiast z dużą dawką post-bluesa i rocka z zakurzonych klasyków westernowych. Krótki, sześcioodcinkowy serial udanie buduje dramaturgię - zaczyna od tęsknych melodii z dalekich prerii, potem sięga po porcje minimalistycznych fraz otumanionych drobnymi sprzężeniami, a kończy dynamiczną ekspozycją obu gitar, które budują podwójny, basowy groove.

  


Chołoniewski, Figle, Pyzik & Przetacznik Kakofonie#15 (Bandcamp’ self-released, DL 2026)

Betel, Kraków, marzec 2026: Marek Chołoniewski - live electronics, Mariusze Figle – syntezatory, Tomek Przetacznik - gitara oraz Kazimierz Pyzik – wiolonczela. Trzy improwizacje, 41 minut.

Kakofonie, cykl krakowskich koncertów, które na scenie klubu Betel łączą w intrygujące składy ad hoc krajowych muzyków improwizujących, mają już ugruntowaną medialnie pozycję i pokaźną dźwiękową historię. Szczęśliwie piętnasty incydent cyklu trafia do nas w formie dokumentacji fonicznej. Zaglądamy do środka z dużym zainteresowaniem.

Dwa instrumenty strunowe, syntezator i instytucja live electronics tworzą tu gęsty tygiel zdarzeń uformowanych w trzy kilkunastominutowe odcinki czasowe. Początek koncertu pokazuje, iż artyści, spotykający się ze sobą po raz pierwszy, potrzebują trochę czasu, by kierunki ich kreatywności zaczęły ze sobą istotnie korelować. Pierwsza improwizacja sprawia wrażenie małego koncertu życzeń. Każdy z muzyków prezentuje walory swojego instrumentarium, ale interakcje pomiędzy nimi nie są jeszcze solą tej opowieści. Puentą zaś okazuje się melodyjnie frazujące cello, które bez problemów radzi sobie z drobnymi incydentami noise realizowanymi przez syntetyczną frakcję kwartetu. W drugiej części muzycy zwierają szyki, a efektem jest linearna opowieść, którą przy pewnej dozie poczucia humoru moglibyśmy określić mianem … avant popu. Melodyjna wiolonczela, basowy rytm gitary i równie rozśpiewany tembr syntezatora! Zdaje się, że dramaturgiczny konsensus muzycy osiągają ostatecznie w trzeciej odsłonie. Na powierzchnię bogatego strumienia dźwiękowego forują się wiolonczela i gitara, a elektroakustyczna otulina wzmaga efekt całości i sprawia, że improwizacja nabiera artystycznych rumieńców aż do nagłego, jak za pociągnięciem skalpela, zakończenia koncertu.



piątek, 18 grudnia 2020

Duerinckx & Northover! Sloth Racket! Byrne, Scott & Roberts! J.Almeida! Javaid & Bogacz! SCM! IZE! Black Frost! The December Round-up!


Czas nawet w pandemii mknie z prędkością ponaddźwiękową! Rok dobiega końca, mnożą się podsumowania i listy best of (niektórzy zaczęli już 1 grudnia!), a na redakcyjnym stole wciąż zalega sterta płyt, które czekają na ciepłe słowa recenzenta jeszcze w fatalnym roku 2020!

Redakcja swoje best of zaprezentuje tradycyjnie ostatniego dnia roku. Uwaga! Tym razem lista będzie obejmować aż 66 pozycji. Być może, w tym roku lista ta winna objąć … 666 pozycji. Dalibyśmy radę, muzycy produkują dźwięki na potęgę, niczym murarze budujący socjalizm 70 lat temu.

Dziś - bez zbędnej zwłoki - zapraszamy na odczyt i odsłuch aż 10 nowych płyt. Bystra zbiorówka bez myśli przewodniej, z całą masą dobrej improwizacji i zwinnych dźwięków. Nasza marszruta zaczyna się w Belgii i Zjednoczonym Królestwie (to zawsze dobra mieszanka!), potem duży łyk Lizbony, niemiecka Kolonia (ale w jakże latynoskim wydaniu!), krajowy akcent warszawski, niespodziewany powrót do Kolonii i finał wszeteczny tam, gdzie zaczynaliśmy, czyli w Belgii. Piekielna pętla! Here it is!

 


Jean-Jacques Duerinckx & Adrian Northover  Hearoglyphics (Settola Di Maiale, CD 2020)

Wiosenne, ubiegłoroczne spotkanie w Red Shed Studios: Jean-Jacques Duerinckx – sopranino oraz Adrian Northover – saksofon sopranowy i altowy (ten drugi bardzo sporadycznie). Trzynaście improwizacji, na ogół dość swobodnych, ale z pewnością odrobinę zaplanowanych (być może moglibyśmy określić je mianem instant composition), łącznie prawie godzina zegarowa muzyki.

Belg i Anglik zapraszają nas na prawdziwie ponadgatunkową improwizację. Czasami pachnie tu zmysłową kameralistyką, innym razem muzycy szukają post-jazzu, ale ponieważ nie jest on ich naturalnym środowiskiem, pięknie uciekają w bardziej abstrakcyjne formy. Nie stronią od preparowania swoich instrumentów (każdy ma w tej dziedzinie sporo doświadczeń i własnych przemyśleń!), często płyną zwartymi, posuwistymi strumieniami dźwięków, które permanentnie się szukają, spoglądają na siebie, imitują wzajemnie, a czas spędzany przez muzyków wspólnie zdaje się być tym najbardziej wartościowym. Prawie godzinna narracja z pewnością zasługiwałaby na najwyższe oceny, gdyby nie jej czas jej trwania. Skrócona do naszych ulubionych dla free impro 40 minut, z pewnością graniczyłaby z mistrzostwem formy i dramaturgii.

Płyta zaczyna się w bardzo delikatny sposób. Ptasie dialogi prowadzone są tu w spokojnym tempie, pełne ciepłych i zrównoważonych uczuć, nastawione głównie na szukanie wspólnego mianownika. Pierwsze emocje pojawiają się w czwartej części. Muzycy produkują długie frazy, a towarzyszy im pewna elektroakustyczna poświata, która jest być może jedynie echem studia nagraniowego. Pojawiają się preparowane dźwięki, ale oba instrumenty nie decydują się na razie na jakieś bardziej separatywne akcje – duch kolektywizmu ani na moment nie opuszcza artystów. W piątej części dominuje suche powietrze wydychane przez wąskie tuby i delikatnie prychające dysze, jakby główną robotę improwizacyjną wzięło tu na siebie studyjne air condition. Kolejne części stawiają na nieco większą dynamikę. Saksofony zaczynają na siebie pokrzykiwać, choć wciąż szukają wspólnego strumienia dźwiękowego.

Ósma opowieść, to krótkie, urywane frazy, które przypominają metody twórcze Trevora Wattsa, gdy pół wieku temu skutecznie degenerował jazz u boku Johna Stevensa. Emocje, brudne dźwięki i kanciaste frazy budowane w sekwencji call & responce. W dziesiątej części muzycy nie rezygnują z kreatywnego zniekształcania dźwięków, skupiają się na szczegółach i małych frazach, ale czynią to w niezłym tempie, dzięki czemu emocje wciąż mogą pozostawać na krzywej wznoszącej. Zaraz potem ich preparacje zdają się wchodzić w wyższy rejestr – słyszymy piski i skomlenia, ale także puste dysze i podmuchy bardzo suchego powietrza. W przedostatniej części Jean-Jacques i Adrian wciąż preparują dźwięki, ale tym razem każdy z nich stosuje inne metody pracy. Na powrót stają się jednością w ostatniej, kojącej emocje, pół melodyjnej ekspozycji. Z ciszy pojedynczych oddechów bardzo swobodnie rodzą się piękne, finałowe frazy.

 


Sloth Racket  Exabout: Live In Ramsgate (Luminous Label, DL 2020)

Z brytyjskim kwintetem Sloth Racket spotykamy się regularnie, zatem jedynie krótkie przypomnienie, kto zacz - Cath Roberts na saksofonie barytonowym (odpowiedzialna także za kompozycje, które w niebanalny sposób zostają degenerowane do postaci całkiem błyskotliwych improwizacji!), Sam Andreae na saksofonie altowym, Anton Hunter na gitarze elektrycznej, Seth Bennett na kontrabasie oraz Johnny Hunter na perkusji (i tu, okazjonalnie na pianie). Nagranie koncertowe (Arco Barco, Ramsgate, wrzesień 2019 roku) składa się z trzech utworów, których odsłuch zajmuje trzy kwadranse z sekundami.

Kwintet bardzo kolektywnie wchodzi już w pierwszy temat. Saksofony i gitara posadowione zostają na flankach, a środkiem podąża samo serce narracji – kontrabas i perkusja. Opowieść toczy się bardzo swobodnie, nikt nie gra tu jakiegokolwiek tematu, a to, co wynika z notacji kompozytora sprowadza się zapewne do scenariusza całości i zarysu przebiegów poszczególnych improwizacji. Świetnym dowodem w sprawie niech będzie moment pierwszego utworu, gdy po dobrze skontrowanym stoppingu muzycy wchodzą w fazę wytłumionych, ale jakże namiętnych zabaw w pytania i odpowiedzi. Najpierw baryton, piano i szczoteczki perkusyjne (dwie ostatnie w rękach jednego artysty!), potem wyposażony w zwinny smyczek kontrabas, prowadzą Rakietę pięknym, głębokim nurtem psychodelizującego slow motion. Oczywiście, gdy dyktat kompozycji także każe, oba saksofony zaczynają pięknie śpiewać unisono, a reszta załogi posłusznie szuka w sobie inspiracji jazzowych i post-jazzowych.

To, co najlepsze na tym bardzo udanym koncercie zaczyna się wszakże wraz z rozpoczęciem drugiego utworu. Zaczyna piano i perkusja (one man!), którą spotyka synkopujący bas, a niedługo potem ambientowa gitara. Oba saksofony nie czekają na dalsze zachęty, zaczynają płynąć długimi frazami i imitować gitarę. W końcu pojawia się smyczek i ustala reguły … jakże swobodnej improwizacji. Muzycy budują na zwałach kompozycji uroczą open jazzową opowieść. Szczególnie efektowne zdają się być post-aylerowskie zaśpiewy obu saksofonów. Ostatnią część koncertu otwiera zgrzytliwa gitara i naśladujące ją saksofony. Sekcja rytmu uderza w dzwon i rusza blues-rockowym korytem. Saksofony znów kwilą wspólnym głosem, znów udanym, niezależnie od tego, jak silnie inspirowane są notacjami kompozytora. Finał koncertu obfituje w niespodzianki, zwroty akcji, solowe ekspozycje i kolektywne stemple jakości. Na ostatniej prostej znów pojawia się smyczek, gitara zastyga w kameralnym ambiencie, a ciepło usposobione dęciaki ślą końcowe pozdrowienia.

 


Dee Byrne/ Craig Scott/ Cath Roberts  Live at BRÅKFest (OEM Music, DL 2020)

Cath Roberts (saksofon barytonowy) zostaje z nami, a dołączają do niej Dee Byrne (saksofon altowy i elektronika) oraz Craig Scott (gitara elektryczna). Ta trójka zaprasza nas do londyńskiej Hundred Years Gallery (w ostatni dzień tegorocznego lutego) na półgodzinny set bardzo swobodnej improwizacji.

Otwarcie koncertu pełne jest dramaturgicznych wątpliwości i emocjonalnego niepokoju. Tuby dętych szumią, struny gitary ledwie oddychają, a poświata elektroniki sączy się z oddali. Repetycja gitary zdaje się być tym elementem, który rozpoczyna konstrukcję narracji właściwej. Open chamber and jazzy flow, który szuka swobody i dość szybką ją znajduje. Gitara trzyma nurt główny, saksofony stawiają na free impro. Pierwsze emocje i wzrost dynamiki, to efekt pracy barytonu, który łapie kąśliwy rytm. Alt buszuje wciąż w zbożu, a gitara nie stroni od drobnych preparacji. W połowie seta elektronika podaje ciekawe tło, które brzmi niczym zdezelowany akordeon. Improwizacja śmiało wypływa na szerokie wody, a instrumentem, który w tej fazie koncertu zdaje się generować najciekawsze frazy jest gitara.

Po adekwatnym dla sytuacji dramaturgicznej wyciszeniu muzycy budują nowy wątek z drobnych i dość delikatnych fraz. Gitara płynie z ciszą, saksofony śpiewają smutne piosenki. I to znów baryton jest tym, który stara się przerwać owo narracyjne lewitowanie. Gitara jest na tak, alt trochę się ociąga. Zamiast zatem wybuchu ekspresji, trio na koniec seta znów pogrąża się w ciemnościach, w czym pomaga bystra, ale nieinwazyjna elektronika. Swoje trzy grosze dokłada także post-rock-jazzowa gitara.

 


João Almeida/ Fred Lonberg-Holm/ João Lopes Pereira  Live at Zaratan (bandcamp self-release, DL 2020)

Ze Zjednoczonego Królestwa przenosimy się na sam koniec Europy, do Lizbony. Trębacz João Almeida (frakcja bardzo młodzieżowa tamtejszej sceny free jazz/ free impro!) zaprasza nas na koncert pewnego tria, a zaraz potem na dwa eksperymenty solowe (patrz: kolejna recenzja). Na początek lądujemy w miejscu zwanym Zaratan - Arte Contemporânea in Lisbon (początek marca br.). Na naszego bohatera czekają tam – Fred Lonberg-Holm na wiolonczeli (plus elektronika) oraz João Lopes Pereira na małym zestawie perkusyjnym. Swobodna improwizacja składa się z dwóch części i trwa łącznie prawie 36 minut.

Trio młodych i bardzo doświadczonego zaczyna improwizację bez specjalnej gry wstępnej. Od startu ciekawe frazy (także preparowane), dużo swobodny, ale bez eskalacji, z ciszą pomiędzy niektórymi dźwiękami, z wiolonczelą, która na tym etapie nie kąsa jeszcze prądem. Fred dość szybko przemienia swój instrument w post-rockową gitarę, ale nie wydaje się chętny na hałasowanie. Portugalczycy zostawiają mu dużo miejsca i należnego szacunku, ale robią swoje w prawdziwie mistrzowskim stylu (zwłaszcza trębacz – bez respektu, z pełną mocą, jeśli wymaga tego sytuacja sceniczna). W połowie 7 minuty trio kipi już ogniem, po czym równie efektownie przenosi się do strefy ciszy, którą ubarwia szczególnie cello, które snuje małe stróżki psychodelii. Owo leniwie, ale jakże smakowite slow motion wybudza się z letargu z prawdziwie portugalską nieśpiesznością. Gdy w końcu dynamika i emocje na powrót opanują scenę, muzycy proponują nam pokaźny pakiet świątecznych fajerwerków. Trąbka repetuje, cello kąsa prądem, a obrazu całości dopełnia aktywny drumming. Na sam koniec seta niespodzianka ze strony Freda – bardzo lekki flow z post-barokowym zabarwieniem.

Drugi set stawia na spokojniejsze rozwiązania. Dzieło introdukcji przypada w udziale perkusyjnym szczoteczkom i wiolonczeli. Trąbka pojawia się w połowie 3 minuty – śpiewa, śle zadziorne frazy i szeleści, innymi słowy, dynamizuje narrację. Po spowolnieniu mały koncert na drobne, ale wyjątkowe urocze frazy ze świetnym perkusjonalnym backgroudem. Pod koniec seta (znacznie krótszego niż pierwszy) muzycy znów dają upust swoim emocjom – meta melodie, gęsta perkusja i cello, które szuka dużego prądu. Całość gaśnie bardzo precyzyjnie, głównie z woli wiolonczeli, przy sporym wsparciu perkusyjnych szczoteczek.

 


João Almeida  Static I & II (bandcamp self-release, DL 2020)

Czas na rzeczone eksperymenty portugalskiego trębacza, wyprodukowane (to właściwe określenie) bez użycia jego ulubionego instrumentu blaszanego. Pierwsza część Static, to jeden trak o długości 30 minut, część druga – dwie opowieści, łącznie trwające 28 i pół minuty. Oba nagrania powstały tej jesieni, zapewne w pandemicznych warunkach domowych (acz wkład dźwiękowy do pierwszej części, to efekt … pewnego spaceru).

Static I, to przetworzony elektronicznie zapis nagrania terenowego z nocnego spaceru po lizbońskim Olaias-Anjos. W trakcie postprodukcji dźwięki zostały rozciągnięte w czasie i zmultiplikowane. Efektem prac muzyka jest dość jednostajny dron syczącego powietrza, podawany dość cicho (odsłuch słuchawkowy na maksymalnej głośności wskazany), który mógłby przypominać efekt amplifikowania trąbki (takie produkcje ma w portfolio Nate Wooley), ale my wiemy przecież, iż to intensywnie przetworzony field recordings. W trakcie półgodzinnego (zbyt długiego) nagrania dzieje się niewiele, a wart odnotowania być może jest jedynie incydent dźwiękowy z 25 minuty, coś na kształt krzyku, być może prawdziwy dźwięk z lizbońskiej nocy.

Druga część Static, to efekt użycia przez muzyka wirtualnego symulatora analogowego ze swej natury syntezatora modularnego. Tutaj napotykamy na zdecydowanie ciekawsze sytuacje dźwiękowe. Całość brzmi chwilami jak realny syntezator modularny, w innych momentach, jak dobrze skrojona, nieinwazyjna, niekiedy naprawdę ciekawa elektronika. Flow na strukturę ambientową, ale nie składa się z jednostajnych dronów, często pulsuje, zdaje się żyć własnym życiem wewnętrznym. Nie brakuje głośnych, na poły noise’owych wstrętów, zmiana goni zmianę, a całość potrafi być głośna. Jeszcze ciekawiej jest w drugiej części Static II. Zaczyna się ona brzękiem siarczystej syntetyki, w tle której rozbłyskują i rozsypują się fragmenty tajemniczych dźwięków. Z czasem te plamy, strzępy, strugi fonii lepią się w rozdygotany dron. Narracja cały czas nabiera intensywności i gęstości, aż do momentu, gdy przybiera postać rozchełstanego, rozdrażnionego, jakże zadziornego pasma dark ambient. W ramach ostatniego akcentu muzyk proponuje nam jeszcze organową salwę. Brawo za tę część!

 


Salim Javaid & Santiago Bogacz with Marlies Debacker  Una mirada perdida / Ella se convirtió en sus ojos (Matador, DL 2020)

Przenosimy się do słynnego Loftu w niemieckiej Kolonii, by posłuchać nagrania duetu, a na koniec także tria, stworzonego przez pewnego Urugwajczyka w podróży służbowej i międzynarodowych rezydentów niemieckich. A zatem: Santiago Bogacz (gitara akustyczna, struny stalowe i nylonowe), Salim Javaid (saksofon sopranowy, altowy i tenorowy) oraz na trzy ostatnie części - Marlies Debacker (fortepian, głównie preparowany). Całość składa się z dziewięciu części i trwa blisko 70 minut. Być może odrobinę za długo, ale z drugiej strony, niech pierwszy rzuci kamieniem ten, który potrafi wskazać momenty nagrania, które z całą odpowiedzialnością możnaby wyciąć z tego ponadgodzinnego potoku dźwięków. Dla ścisłości dodajmy – nagranie z ostatniego dnia lutego 2020 (chyba już dziś zetknęliśmy się z tą datą!), a wydawcą jest rzeczony Urugwajczyk i jego bandcampowy label.

Swobodna, w pełni akustyczna improwizacja lubi rodzić się w ciszy. Czysta, metalicznie brzmiąca gitara, obok szumiące dysze, oddechy z tuby i półdźwięki. Wszystko zdaje się być tu lekkie, rozhuśtane i dalece swobodne. Energia godna post-rocka, która szybko uwalnia się ze szponów introdukcji, dobrze koreluje się z precyzją akcji i równie bystrych reakcji. Oto dialog przyjaciół, którzy na tym etapie znajomości nie mają jeszcze sobie dużo do powiedzenia, ale czas spędzany wspólnie sprawia im dużą przyjemność. Wiele dzieje się tu za przyczyną dużej aktywności gitarzysty (spory wachlarz technicznych możliwości i jedynie dobrej kreatywności!). Saksofonista trzyma z nim sztamę w każdej sekundzie i świetnie reaguje nawet w karkołomnych układankach dramaturgicznych. Leniwe, minimalistyczne repetycje i kipiące mocą małe wybuchy ekspresji – w każdym z tych wariantów duet zdaje egzamin. W drugiej części powolność muzyków jakby zyskiwała na wartości – jeden sprawia wrażenie, że jest na niezłym kacu, drugi ewidentnie czuje się jeszcze wczorajszy. Opowieść, nie tylko w tej części, zasadza się na pewnym dysonansie. Jeśli Bogacz tryska emocjami i dynamiką, Javaid chętnie cedzi dźwięki przez zęby i intrygująco degeneruje etos improwizacji. Ten drugi w kolejnej części znacząco poszerza naszą percepcję jego potencjału artystycznego – piszczy, drży, prowokuje. W dalszych odcinkach duet znów buduje flow na energetycznym dysonansie. Gitara zdaje się być lekko upalona brzmieniowo (muzyk zmienia tempo improwizacji w imponującym stylu!). Saksofon warczy, preparuje dźwięk wargami, gwiżdże i napotyka na piękną imitację gitary, która też śle niemal dęte frazy.

Ta bardziej niż udana improwizacja zyskuje jeszcze na wartości, gdy pod zmyślne, coraz bardziej preparowane frazy gitary i saksofonu podłącza się pianistka, która woli drżeć w pudle rezonansowym fortepianu niż tańczyć po gołych klawiszach. Trio zaczyna swą przygodę od delikatnych, wzajemnych macanek, potem przystępuje zaś do zasadniczej części swych obowiązków scenicznych. W ósmej części gitara tańczy po całej szerokości sceny, saksofon jęczy w kącie i prosi o łyk wody, a perkusyjnie usposobione piano rysuje szlak podróży. Mimo tych dynamicznych charakterystyk improwizacja zdaje się nabierać wręcz molekularnej struktury. Fantastycznym zaś podsumowanie całości jest ostatnia część, prawdziwa wisienka na torcie. Opowieść znów tkana jest z drobiazgów, pełna zmyślnych preparacji (przez moment mamy wrażenie, że słyszymy tylko szelest sześciu pracujących palców!), dętych półimitacji i surowych, finalnych oddechów.

 


Spontaneous Chamber Music  Vol. 3 (Fundacja Słuchaj!, CD 2020)

Czas na krajowy akcent w dzisiejszej zbiorówce! Trzecia odsłona Spontaneous Chamber Music, to autochtoni: Marcin Olak na gitarach i Patryk Zakrocki na altówce oraz goście: Anna Gadt wokalnie i Annemie Osborne na wiolonczeli (nagranie studyjne z grudnia 2018 roku – czternaście improwizacji, być może niektóre z nich z zarysowanym scenariuszem, ponad 54 minuty). Płyta składa się z dwóch części i epilogu. Najpierw otrzymujemy sześć improwizacji w kwartecie, potem siedem duetów, by na koniec znów spotkać się z kwartetem. Trudno czynić z tego zarzut artystom, wszak większość dźwięków świetnie się tu broni, ale sam zabieg długotrwałego rozbicia kwartetu na duety zakłóca nieco dramaturgię całości. Dodatkowo, album okrojony do 40-45 minut zapewne ominąłby kilka ledwie dostrzegalnych płycizn i definitywnie zasługiwał na wysoką ocenę.

W morze improwizacji artyści wchodzą wszakże z przytupem. Silny głos, skacząca wokół niej gitara i intensywny szelest piłowania strun pozostałych instrumentów. Czujne, rozwichrzone i intrygująco zdekalibrowane free chamber. Druga część stawia na rytm, melodię i nieskrywaną taneczność. Muzyka z epoki, ale na sterydach! W kolejnej odsłonie pojawiają się pierwsze, ciekawe preparacje dźwięków, szczególnie w podsekcji smyczkowej. Gitara najczęściej szuka głosu (tak dzieje się w wielu momentach płyty), buduje dramaturgię całości, dba też o pojedyncze przebiegi. Czwartą i piątą część bardzo udanie otwierają altówka i wiolonczela. Najpierw filigranowo i delikatnie, potem dynamicznie i emocjonalnie. Gitara dodaje do tego szczyptę dobrego hałasu, zaraz potem niezbędną dynamikę, a głos, rozdrażniony szept, zdaje się przywoływać wszystkich do porządku. Ostatni fragment partycji kwartetowej odwraca kolejność zdarzeń. To głos i gitara maszerują na czele, a cello i altówka budują zmysłowe tło. Nim utwór wybrzmi do końca, role wydają się być odwrócone, definitywnie dla dobra obrazu całości.

W fazie duetowej emocje chwilami nieco przygasają. Więcej jest niuansów i nieśpieszności, niż ekspresyjnych, bystrych dialogów. Najpierw gitara i głos, potem kolejno – gitara i wiolonczela, wiolonczela i altówka (to tu jest najciekawiej, piękny post-barok!), głos i wiolonczela (bardzo kobieca narracja!), ponownie głos i gitara (ciekawy, wschodni zaśpiew!), ponownie wiolonczela i altówka, a na finał głos i wiolonczela (znów post-barokowo!). W ramach udanego zakończenia powraca kwartet i serwuje nam niebanalny free chamber w emocjonalnym rozkwicie. Na ostatniej prostej wszyscy głęboko oddychają, a gitara dodaje pasma mglistego ambientu.

 


Hübsch/ Martel/ Zoubek  Ize (Insub Records, CD 2020)

Wracamy do kolońskiego Loftu! Listopad 2018, a na scenie (czy z publicznością?) trójka zdolnych do wszystkiego muzyków: Carl Ludwig Hübsch (tuba i obiekty), Pierre-Yves Martel (viola da gamba, harmonica, pitch pipes) oraz Philip Zoubek (fortepian i syntezator). Panowie w procesie generowania dźwięków stawiają na improwizację, ale wszystko zdają się czynić w sposób uporządkowany i z pewnością precyzyjnie zaplanowany. Przygotowali dla nas pięć utworów w estetyce zbliżonej do contemporary chamber, trwających mniej więcej trzy kwadranse.

Otwarcie płyty stawia na niejednoznaczność, elektroakustyczną poświatę, na długie frazy, ale także szybkie cmoknięcia w ustnik i szemrzące oddechy. W drugiej części (ponad 17 minutowej) ta majestatycznie powolna opowieść jeszcze bardziej rozwarstwia się. Garść zaaranżowanych akcji i reakcji, trochę minimalizmu i repetytywności. Klimat tajemniczości wiele tu rekompensuje. Po pewnym czasie opowieść dostarcza nam wreszcie kilku prawdziwie żywych dźwięków tuby, która intrygująco burczy. Piano i viola koncentrują się raczej na krótkich frazach. Rozbudowa narracja zaczyna pęcznieć i nabierać masy, choć interwały ciszy nie przestają być stałym elementem gry. Na koniec dostajemy kilka frapujących dźwięków jakby wprost z zakładu mechaniki pojazdowej.

Definitywnie ciekawiej robi się w kolejnych, już nieco krótszych ekspozycjach. Trzecia część jest miniaturą, pełną niebanalnych brzmień i mikro preparacji. Wszystko, co najlepsze dzieje się zaś w części czwartej. Powraca elektroakustyczna poświata, tajemnicze obiekty zaczynają rezonować, a tuba intensywnie oddychać i prychać. Kilka dźwięków z syntezatora, także harmoniki dodatkowo ubarwia narrację. Muzycy wraz z upływem czasu inteligentnie budują napięcie, aż po szczególnego rodzaju peak emocji. Tuż po nim opowieść zaczyna przypominać rwącą rzekę, pełną naprawdę groźnych fortyfikacji dźwiękowych. Finał tej dalece dobrej płyty stawia na akustyczne brzmienia tuby, violi i fortepianu. Narracja przypomina dynamiką marsz pogrzebowy. Powraca harmonica, która buduje pojękujący dron, struny dodają swoje, a zagadka znów zdaje się gonić zagadkę.

 


Chihei Hatakeyama & Dirk Serries  Black Frost (Glacial Movements Records, CD 2020)

Na finał dzisiejszych opowieści kojący strumień dźwiękowy, któremu nie tak łatwo przykleić jakąkolwiek kolorową łatkę. Raczej nie dark, może bardziej blue, a może po prostu, to ambient w czystej, niemal klasycznej postaci. Belgijskiego gitarzystę Dirka Serriesa znamy na tych łamach doskonale, japońskiego muzyka Chihei Hatakeyamę wręcz przeciwnie. Opis płyty nie wspomina o użytym przez muzyków instrumentarium, a także, gdzie zarejestrowano nagranie, razem, czy może osobno, czy to może kolaż dwóch ścieżek dźwiękowych, powstałych niezależnie od siebie. Pozostajemy w oparach tajemnicy, choć wielu spraw możemy się domyślać. Jedno nie ulega wszakże wątpliwości – nagranie składa się z czterech części, trwa zaś 43 minuty i kilkanaście sekund.

Zapraszamy do krainy ambientu lekkiego, jak puch, budowanego przez dwa strumienie fonii, z których jedna swobodnie płynie w nieznane, druga zaś kreśli małe pętle. Z czasem narracja pęcznieje, a w jej strukturze zaczynają pojawiać się nowe mikro elementy. Wszystko spowite jest mrokiem tajemnicy, ku chwale gatunkowej czystości. Druga opowieść zdaje się być jeszcze cieplejsza, a dźwięki sprawiają wrażenie niezwykle sterylnych, powstałych w warunkach laboratoryjnych - płyną swobodnym, dość jednorodnym strumieniem. Nie pozostaje nam nic innego, jak przymrużyć oczy, wziąć głęboki oddech, zatrzymać wszelkie procesy myślowe i dać się zabrać tym dźwiękom na meta relaksacyjny trip.

Trzecia opowieść płynie do nas z nieco bardziej mrocznych stref świata. Muzycy proponują nam zejście o kilka stopni w dół. Jedno pasmo produkuje wręcz basowy dron, a całość płynie do nas z dalekiego, nieznanego księstwa. Ostatnia historia wydaje się być najbardziej powolna i wytłumiona - dociera do nas wymieszana z szumem ciszy. Pętla za pętlą brzmienie łagodnieje i pnie się ku górze. Przez moment może wydawać się, iż ambient zaczyna śpiewać. Ostatecznie, brnie jednak z powrotem na samo dno i gaśnie w mgławicy syntetycznych oddechów ciszy.

 


poniedziałek, 16 marca 2020

Clarke, Willberg & Karlsen! Tavares, Trocado & Ward! Gadt & Olak! Arszyn & Gadecki! Trio_Io! The Crazy March’ Virus!


W marcu, jak w garncu! Dzisiejsza zbiorówka recenzji bez wątku głównego, równie nieprzewidywalna, jak słynny wirus za oknem! Płyty nowe, płyty nieco starsze, wykonawcy krajowi i światowi, oczywiście znów kilka nowych nazwisk do zapamiętania! Od Sasa do lasa! A jeśli już koniecznie potrzebujecie jakiegoś hasła przewodniego – Improwizacja Nie Jedno Ma Imię!




Martin Clarke/ Otto Willberg/ Emil Karlsen  Shopping For Images  (Open Ear Music, CD 2020)

Martin Clarke na saksofonie altowym, Otto Willberg na kontrabasie oraz Emil Karlsen na perkusji – trio bez nazwy własnej, w miejscy zwanym Music Room, Londyn, wrzesień 2019. Trzy swobodne, kilkunastominutowe improwizacje, które skończą się tuż przed upływem trzech kwadransów.

Na wejściu małe, improwizacyjne gierki, trochę akcji i reakcji, nasze ulubione, dźwiękowe obmacywanki, które precyzyjnie kreślą nam ramy tego, co doświadczymy w trakcie najbliższych minut. Swobodna, niczym nieskrępowana improwizacja, czyniona aż do samej mety na sporym luzie, bez pośpiechu, z dużą ilością powietrza pomiędzy poszczególnymi frazami. Opowieść dobrze skonstruowana dramaturgicznie, zgodnie z zasadą – im dalej, tym lepiej. Precyzyjna, bogata w wydarzenia perkusjonalistyka, mistrzowski kontrabas, najczęściej traktowany smyczkiem, który stanowi tu prawa i bystrze je egzekwuje, wreszcie śpiewny, skromny saksofon altowy, który woli rolę komentatora niż tygrysa, który wchodzi w szranki rywalizacji.

Pierwsza improwizacja dba o rys ogólny, pokazuje, iż muzycy dobrze radzą sobie zarówno w kompulsywnych ekspozycjach free, jak i w cichszych, kameralnych zabawach w selektywne dźwięki. Druga część podtrzymuje klimat, dodatkowo stanowiąc dla wszystkich uczestników w pełni demokratyczne prawa w dostępie do czasoprzestrzeni nagrania. Nie zmienia tego faktu krótki odcinek bystrej, solowej ekspozycji altu na tle zmysłowego percussion. Narracja stawia na lekko kołyszący rytm, nie stroni również od półgalopu, dyktowanego mocnym pizzicato kontrabasu. Metoda muzycznej kooperacji zwana call & response także tu ma swoje miejsce i czas.

Zgodnie z zarysowaną ideą dramaturgiczną, najciekawiej dzieje się w ostatniej, trzeciej improwizacji. Muzycy zaczynają ją na poziomie ciszy - dźwięk w odpowiedzi na dźwięk. Pierwszy zaczyna fermentować kontrabas – pojedyncze szarpnięcia strun, niczym zwoływanie na rytualny spektakl. Potem powrót do ciszy, rezonans talerzy, parsknięcia smyka i drony saksofonu. Po trzeciej minucie artyści kwieciście wchodzą w dynamiczną fazę, dla której dobrym komentarzem okaże się krótka, solowa ekspozycja kontrabasu. Być może najpiękniejszym fragmentem płyty jest jednak jego zakończenie – wielominutowe, jakże stylowe wygaszanie płomienia narracji. Akcenty preparacji saksofonu, brzask talerzy i smyczek, który decyduje tu o każdym niuansie. Cisza po ostatnim dźwięku smakuje wyjątkowo dobrze.




Sérgio Tavares/ Nuno Trocado/ Tom Ward ‎ Vestiges  (self-released, CD 2019)

Kolejne trio, to Sérgio Tavares - kontrabas, Nuno Trocado – gitara i elektronika oraz Tom Ward – flet, saksofon altowy i klarnet basowy. Spotkali się w grudniu 2018 roku, w Nosso Estúdio, Maia, Portugalia. Dziewięć improwizacji, zapewne poprzedzonych drobnymi scenariuszami, prawie 48 minut.

Vestiges, to płyta bogata w wydarzenia, obfitująca w zwroty akcji, pełna zaskoczeń, także odrobinę, w drugiej części, przegadana i być może zbyt długa. Pełna gatunkowych niespodzianek, naładowana pomysłami młodych artystów, których stać na wiele. Zaczyna się w klimatach post-jazzowych, a o takiej definicji gatunkowej decyduje przede wszystkim dynamiczny, lekko swingujący walking kontrabasu. Klarnet też wydaje się być chętny do tańca i swawolenia, może jedynie gitara, od czasu do czasu, zgłasza zdanie odrębne i schodzi na bok, by szukać odrobiny psychodelii. Drugi fragment przesuwa zainteresowanie muzyków w kierunku kameralistyki, nie bez udziału dość wyważonej i nieinwazyjnej elektroniki. Przy okazji Ward gra kilka ciekawych pasaży na flecie.

Trzecia, najdłuższa improwizacja jest przy okazji chyba kluczowym dla odbioru całości utworem. Klarnet basowy, smyczek na kontrabasie i przesiąknięta elektroniką gitara budują zmysłowy flow. Nie brakuje preparacji i delikatnego przesteru na amplifikatorze. Zmiana zdaje się tu gonić zmianę, a wszystkie one wydają się trafione. Gitara wciąż dba o emocje, elektronika pozostaje w klasie, nawet, gdy przychodzi jej zostać na chwilę samej na scenie (po siódmej minucie). Tuż potem robi się jeszcze piękniej – trochę sonorystyki w tubie dęciaka, rozbujany smyczek i garść gitarowego post-psycho. Utwór czwarty zaczyna się dość sztampowo – jazzy as well – ale z czasem zdecydowanie zyskuje na wartości. Ostre, free jazzowe expo odnotowuje Ward, a ornamenty elektroniki na gryfie gitary, pełnej prądu i dobrze repetujący smyczek, dopełniają obrazu całości. W piątej części powraca klimat chamber, smyczek na kontrabasie smakuje barokiem, a saksofon śpiewa w niebogłosy. Ów delikatny chill-out skomentowany zostaje na sam koniec bystrymi parsknięciami saksofonu. Krótki, szósty epizod dobrze podsumowuje najbardziej udaną, środkową część płyty, pasażami preparowanych dźwięków, której zlewają się w ambientowy strumień.

Ostatnie trzy utwory na płycie nieco mącą obraz całości propozycji tria Portugalczyków i Brytyjczyka. Muzycy stawiają kategorycznie na kameralistykę, dobrze się w niej czują, instrumenty są im niebywale posłuszne, ale emocje siadają. Brakuje ognia, zadziorności i artystycznej czupurności. O ile w części ósmej możemy jeszcze docenić dobre momenty saksofonu i skowyczącej prądem gitary, o tyle ostatni odcinek, który daje się być hybrydą rocka, rytmicznej kameralistyki i całkiem zagubionej elektroniki, śmiało moglibyśmy sobie już podarować. Dziwny finał płyty, która do 35 minuty broni się doskonale pod względem artystycznym.




Anna Gadt & Marcin Olak  Gombrowicz  (Hevhetia , CD 2019)

Witold Gombrowicz, krew dobrej literatury w języku nam ojczystym, bywał już nie jednokrotnie inspiracją dla muzyki, także jazzowej i improwizowanej. Dziś powraca w wersji wyjątkowo kameralnej, jedynie na głos kobiecy i gitarę akustyczną, czasami także elektryczną. Anna Gadt i Marcin Olak w nagraniu koncertowym z maja ubiegłego roku. Dwanaście części z długimi tytułami (będącymi, co oczywiste, cytatami z Gombrowicza), trwających 56 minut i 12 sekund.

Gombrowicz, to opowieść z jednej strony bardzo swobodna, improwizowana, z drugiej skupiona wokół niebanalnych słów pisarza. Dźwięki równie rozwichrzone, bystre i ironiczne, jak słowa, którym towarzyszą. Czasami leją się w jeden strumień, czasami stanowią wobec słów ciekawy dysonans estetyczny i dramaturgiczny. Być może całość jest odrobinę zbyt długa, być może w kilku momentach warto było postawić na jeszcze większą ekspresję, ale całość broni się artystycznie od pierwszego do ostatniego dźwięku.

Dobre otwarcie płyty dobrze rokuje na przyszłość - kanciasta, niemal bailey'owska gitara akustyczna i kobiecy, szumiąco-szemrzący pół scat, który mówi, gada, czasami podśpiewuje, a potem cedzi zwodniczo, namiętnym głosem, słowa Gombrowicza. W drugiej opowieści gitara Marcina łagodnieje, ale nie stroni od zadziorów, przy okazji inspiruje Annę do wydawania dźwięków niemal każdą częścią ciała. W trzeciej gitara pulsuje post-rockiem, ciekawie korelując z półśpiewem. Słowa wydają się być równie dosadne i precyzyjne, jak towarzyszące im dźwięki. W kolejnej gitara mantruje, a głos Anny brzmi jak … wysoko zestrojony puzon. Dobrze wchodzą w bystrą imitację. W piątej opowieści znów duch Dereka Baileya zawiesza się nad narracją. Recytacja Anny z dramaturgicznym suspensem, intrygująco przechodzi w fazę swobodnej improwizacji. Szósta część przynosi kolejne nowe elementy - Marcin piłuje struny, a Anna sięga po beatboxowe środki narracji. Głęboki oddech i perkusjonalne dziąsła! Nie brakuje rezonansu i dalekowschodniego zaśpiewu. Piękny moment!

Siódma opowieść, najdłuższa na płycie, otwiera drugą część improwizowanego Gombrowicza – gitara z prądem i recytacja – wszystko pulsuje i kusi literalnie. Anna wchodzi w fazę śpiewu, a gombrowiczowska ironia świetnie zazębia się z drżącymi strunami gitary. W dalszej kolejności - faza eskalacji, faza imitacji, a na sam finał garść jazzu i scatu. Kolejna część, to miniatura – dźwięk za dźwiękiem, litera po literze. Na starcie dziewiątej części Anna pochrapuje, przeciąga się, szepcze bystry tekst. Gitara plecie post-jazzowe pasaże. Akcenty beatboxu i gitarowych flażoletów, które pachną barokiem. Dziesiąta i jedenasta piosenka bazują na bluesie. Słowa Gombrowicza kłują i inspirują wyjątkowo dosadnie. Anna, wyluzowana nad wyraz, dobrze to wszystko układa w ciąg przyczynowo-skutkowy. Całość nabiera rytmu, można tupać nogą i podśpiewywać przy goleniu. Wreszcie finał, w konwencji balladowej – oddechy, półdźwięki gitary, szept jakby po … japońsku, flażolety i dźwięki, które przypominają trąbkę (Anna!). Zmysłowe zwieńczenie dźwiękowego Gombrowicza. I znów nie daliśmy się upupić!




Arszyn/ Gadecki  Choroby Pszczół  (Don't Sit On My Vinyl! ‎LP 2019) *)

Czas na kolejny duet - Tomek Gadecki na saksofonie tenorowym i Krzysztof Topolski Arszyn) na perkusji, używający także przedmiotu o nazwie Buchla 200 oraz korzystający z nagrań terenowych. Rejestracja ze Studia Elektryków - Gdańsk, luty 2017 roku - trzy utwory, 26 i pół minuty. Odpalamy jedną z 66 sztuk limitowanego winyla - w ramach serii Don't Sit On My Vinyl Wujka Gusstaffa - dwunastocalówkę wyciętą w prędkości 45 obr/min. Zapraszamy na elektroakustyczną podróż w estetyce dość swobodnej improwizacji, która po pewnym czasie zaczyna smakować dobrym, starym free jazzem!

Ruszamy w tę podróż z dobrze rozgrzanym saksofonem tenorowym i perkusją, która zdaje się być nieźle okablowana i połączona z dystrybutorem dźwięków elektronicznych. Rodzaj free jazzu silnie stymulowanego dobrej jakości LSD. Saksofon płynie niezwykle zwinnie, perkusja zaś buduje swój flow silnie naznaczając go jazzowymi parametrami. Elektronika funkcjonuje tu jakby mimochodem, ale to ona sieje ferment, czasami kreuje dźwiękowy dysonans poznawczy, nie pozwalając przy okazji żywym foniom na choćby moment dramaturgicznej nieuwagi. Gdy w 5 minucie na kilka chwil tuba milknie, syntetyka ciekawie koegzystuje z mocnym, żywym drummingiem. Szybki powrót tenoru otwiera wielką księgę pamięci Johna Coltrane’a – jakże piękny to moment. Ostatnie dwie minuty pieśni otwarcia zostają oddane we władanie elektroniki, co wnikliwy recenzent dość szybko obwieszcza mianem czasu delikatnie straconego w kontekście zawartości całej, krótszej niż 30 minut płyty.

Druga opowieść toczy się już wyłącznie z wykorzystaniem akustycznych atrybutów tej duetowej improwizacji. Bystrze i stylowo budowana, free jazzowa narracja z nieśpiesznym, ale pewnym oddechem tenoru i niemal hardbopową perkusją. W drugiej części utworu Gadecki płynie wyjątkowo precyzyjnym pasażem dźwięków wyłącznie udanych. Arszyn podażą za nim jak cień, nie umyka mu choćby ćwierćnutka. Płytę kończy krótki encore, gdzie przy dźwiękach tajemniczego głosu z innej rzeczywistości (field recordings!), płynie do nas dynamiczny, niemal rockowy drumming. W dalszym tle słychać posuwiste pasaże saksofonu, które z czasem włączają się w główny nurt narracji. Odrobinę zaskakujący finał całkiem ciekawej płyty, której zakończenie niechybnie karze prosić o więcej minut duetu Arszyn/ Gadecki.




Trio_Io  Waves  (Bôłt, CD 2019) *) ‎

Trójka młodych, polskich muzyków (Zofia Ilnicka – flet, Łukasz Marciniak – gitara elektryczna oraz Jakub Wosik – skrzypce) proponuje intrygujący melanż post-gatunkowej, inteligentnie zdefiniowanej improwizacji. Radzą sobie z tą pokrętną materią niezwykle przebiegle, a nic, co boskie, nie jest im obce. Niemal trzy kwadranse zmysłowej zabawy w dźwięk, w dziewięciu częściach, opatrzonych tytułami. Zapraszam koniecznie!

Wita nas fonia amplifikatora, który cicho pracuje. Dźwięki snują się płaskim dronem, pełnym niepokoju, mroku, pewnej analogowej niepewności, co do ciągu dalszego.  Po niedługiej chwili wiemy już, że na scenie są trzy instrumenty. Sustained piece as well! Roztańczone fale radiowe na końcu świata rzeczywistego! – podpowiada wyobraźnia recenzenta. Skrzypce i flet jakby śpiewały, gitara rozdziera szaty pod nimi, a aura oniryzmu zmysłowo pożera narrację. Druga pieśń stawia na suchą akustykę. Bukiet dźwięków najrozmaitszych – drżenie struny, tuba fletu, gryf gitary, przedmioty. Wolna kameralistyka na otwartej przestrzeni. Garść mikrofaz, pytania i odpowiedzi.

Na starcie trzeciej opowieści flet śpiewa o porzuconej miłości. Ckliwe pasaże o semickim posmaku, w towarzystwie depresyjnego smyczka. Delikatność i drapieżność w tym samym niemal momencie. Szczypta rytmicznej inspiracji ze strony łagodnej gitary. Taniec, który wyzbywa się smutku, ale nie do końca.  Czwarta część, podobnie jak druga, budowana trochę na zasadzie kontrastu – ucieczka od harmonii, pląsy, akcje i reakcje, twórczy chaos swobodnej improwizacji z elementami elektroakustyki. Post-gitarowy rezonans i płacz na strunach skrzypiec. Śpiew fletu i basowe pulsacje u samego dołu. Piąta historia - matowe skrzypce, akcenty percussion na gryfie gitary i flet, który szuka zaczepki. Dobra szkoła brytyjskiego free improv z wyważoną dawką preparacji! – podpowiada google research.

Szósta piosenka i wolt stylistycznych ciąg dalszy – electro pulsar, harmonia, melodia i metaforyczny śpiew na nieistniejących ustach fletu. Gitara frazuje wręcz post-jazzowo, skrzypce odrabiają zadanie domowe z free chamber, aura zagubionej, rockowej estetyki także staje się udziałem muzyków. Po małej kulminacji, narracja gaśnie magią potencjometru. Po szóstej czas na siódmą opowieść, którą na wejściu kreuje modulowany ambient gitary. Struny stroszą pióra, flet buduje mikro dron. Znów posmak kameralistyki, stylowy, ładny i intensywnie niepokojący.

Ósma część i drobna zabawa improwizacyjna, czyniona metodą call & responce! Akord gitary, pląsy fletu, cisza skrzypiec. Po chwili temperatura narracji rośnie, cała trójka rusza w imitacyjne tango, które wieńczy rockowa niemalże kipiel. Tuż po niej ślad ciszy i basowy przester gitary. Repetycja w kierunku dobrego zakończenia. Ostatnia część Waves zdaje się kontynuować pomysł części ósmej – taneczna repetycja gitary, małe śpiewy po góralsku. Rytm, bijące serce, zwarty półgalop. Free after rock with chamber taste! – językiem Szekspira recenzent puentuje tę wyjątkowo smakowitą płytę.


*) recenzja pierwotnie opublikowana na portalu polish-jazz.blogspot.com


poniedziałek, 25 czerwca 2018

Inner Core! Majewski & Zakrocki! Spontaneus Chamber Music! Jachna & Wójciński! Dąbrowski & Mazurkiewicz! Scolari! Wart Biter! Lonker See! Alameda 4! Ugory! The satanic mix for holidays!


Wakacje za pasem! Czas zatem na skromną zbiorówkę recenzji płyt, które przetoczyły się przez odtwarzacze redakcji w okresie wiosennym.

Naczelną zasadą dzisiejszej opowieści będzie … całkowity brak zasad! Stylistyczny melting pot, godny najbardziej wyuzdanych piór współczesnej żurnalistyki. Swobodna improwizacja, dzika kameralistyka, kolokwialne fussion, wreszcie silna reprezentacja muzyki rockowej, czy bardziej post-rockowej, która nie boi się dużej formy i lubi popadać w szpony improwizacji.

Zaczynamy po katalońsku, potem mocny i rozbudowany zestaw krajowy, krótka ucieczka do Włoch i Anglii, wreszcie powrót nad Wisłę, Odrę i Wartę, by skrupulatnie pohałasować! Będzie się działo!




Irene Aranda/ Johannes Nästesjö/ Núria Andorrà  Inner Core (Relative Pitch Records, CD)

Scena muzyki swobodnie improwizowanej w Barcelonie nie wykazuje się nadmierną podażą ciekawych pianistów. Być może jest to po części efektem przestrzeni scenicznej, jaką proponują znaczące kluby tego miasta. Są niezwykle małe, a na duży instrument po prostu brakuje miejsca. Z tym większą radością odnotujmy debiut płytowy tria Inner Core, które tworzą Irene Aranda – fortepian, Johannes Nästesjö – kontrabas oraz Núria Andorrà – instrumenty perkusyjne. Studyjna rejestracja z Barcelony, z grudnia 2016 roku. Brylantowo swobodna improwizacja i dwie temperamentne Panie w towarzystwie przystojnego Szweda! Takie spotkanie nie może ujść naszej uwadze! Premiera płyty w przedostatni dzień czerwca.

Dynamiczna, rozbudowana improwizacja na początek, pełna męskiego temperamentu, ale i kobiecej intuicji. Drapieżne improwizatorki i kontrabasista, który stoi na środku sceny i niskimi dźwiękami spaja kobiecą batalię w jedną narracją. Aranda gra całą długością i szerokością swojego instrumentu, pozostaje w totalnej ofensywie. Andorra zaś zdaje się stanowić ów niezbędny, brakujący element rozbudowanej konstrukcji fortepianu. Nästesjö nie stroni od sonorystyki, jego towarzyszki równie sprytnie odnajdują się w takiej estetyce. Już w połowie pierwszej improwizacji zwinnie schodzą do poziomu ciszy i zostają tam dłuższą chwilę.

Trio bez zbędnej zwłoki osiąga ponadnormatywny poziom synergii, a recenzent – nie bez przyczyny – popaść musi w dysonans poznawczy, nie jest bowiem w stanie precyzyjnie wskazać poszczególnych źródeł dźwięku. To trio nie boi się jazzu, potrafi być sonizującą filharmonią, gdy potrzeba chwili o tym stanowi, skłonne jest rockowo pohałasować, czy uciec w industrialne efekty akustyczne. Obie Panie kapitalnie się imitują - w wielu momentach mamy wrażenie, że Irene gra na instrumentach perkusyjnych, a Nurria staje się pianistką. Jedno ciało, czworo rąk!

Wrażenie finalne sprowadza się do zadumy nad możliwościami akustycznymi, jakie daje proste trio z fortepianem, jeśli tylko muzycy potrafią wystrzelić w kosmos poziomem wyobraźni i jakością kreacji muzycznej.




Artur Majewski & Patryk Zakrocki  Czas panowania traw (Fundacja Kaisera Söze, CD)

Niniejszym rozpoczynamy duży blok krajowy z istotnym akcentem… katalońskim! Najpierw duet Artur Majewski - kornet, delay i Patryk Zakrocki - altówka, mbira, ring modulator. Rejestracja poczyniona w Zielonej Górze, latem ubiegłego roku.

Improwizacja, która od pierwszego dźwięku wykazuje wysoki stopień sonorystycznego wtajemniczenia. Podwieszony pod sufit kornet z delayem i dronowa altówka czynią tyle dźwięków w jednostce czasu, iż duet zaczyna przypominać małą orkiestrę. Post-psychodelia spotyka się tu z upalonym barokiem w perfekcyjnym środowisku akustycznym.

Muzycy zdają się tańczyć, jak para szaleńców, tuż po opuszczeniu zakładu zamkniętego. Płynna opowieść, która nie ma przystanków, ani zbędnych myśli, wypełniona jest za to pomysłami na zagospodarowanie każdego centymetra sześciennego Audytorium Uniwersyteckiego. Gdy delay kornetu zaczyna repetować, całość narracji niczym mantra, brnie po złote runo. Być może pierwsza, najdłuższa improwizacja, po części także druga, stanowią najlepszy od dawien dawna fragment swobodnej improwizacji w wydaniu krajowym!

Czas panowania traw uzupełniają jeszcze cztery krótsze improwizacje. Najpierw altówka narzuca bezdyskusyjny rytm, wokół którego kornet pląsa niczym dziewica na zroszonej deszczem łące. W kolejnym Zakrocki sięga po instrument zwany mbira (brzmi jak marimba), a duet brnie w szczelny minimalizm, być może także z artystycznego lenistwa. Potem podobną rolę spełnia ring modulator, a z początkowej kreatywności kornetu pozostaje prawie wyłącznie pogłos. Na finał oniryczna, silnie perkusyjna mbira bije rytm świat, a z kornetu wyrasta dron. Recenzent odruchowo uruchamia restart, ale ponowny odsłuch płyty kończy po drugim utworze.




Patryk Zakrocki & Marcin Olak with Agusti Fernandez  Spontaneus Chamber Music vol. 2 (Fundacja Słuchaj!, CD)

Patryk Zakrocki (altówka, trumpetviolin i szczypta elektroniki) pozostaje w orbicie naszych zainteresowań. Teraz dołączy do niego Marcin Olak na gitarze klasycznej i elektrycznej oraz … oczekiwany akcent kataloński, czyli Agusti Fernandez na fortepianie. Studio nagraniowe, jesień ubiegłego roku. Druga odsłona kameralistyki spontanicznej!

Strunowe vibrato na trzy rozgrzane instrumenty! Niektóre groźnie huczą, inne rezonują, jeszcze inne wręcz krzyczą (prawdziwie amorficzne dźwięki z altówki). Gitara czyni dysonans poznawczy, bo niekiedy sięga po zasilanie prądem zmiennym.

Spontaniczna, improwizowana kameralistyka, która nie boi się konfirmacji, nie unika wchodzenia w alianse z dowolną porcją nieoczywistych gatunków, gotowa na każdy mezalians stylistyczny. Dużo fermentu ze strony Zakrockiego, który często zmienia sposób gry, barwę brzmienia, jego instrument zdaje się pozostawać w nieustannym tańcu. Swawoli i podszczypuje partnerów. Olak stawia na multigatunkowość. Zdaje się, że mógłby tu zagrać dowolny dźwięk, choćby flamenco (utwór 5). A zmysłowe spontaneous contemporary czai się na końcu gryfu jego gitary. Fernandez, niczym kameleon. Skomentuje każdy dźwięk, wejdzie w dialog z każdą iteracją improwizacji. Potrafi być dosadny, a nawet agresywny (choćby utwór 7).

Na płytę składa się aż szesnaście improwizacji. Większość z nich to minutowe lub dwuminutowe szkice. Jedynie trzy, to rozbudowane, wielowymiarowe narracje. W niektórych momentach można odnieść wrażenie, że spotkanie tej trójki doskonałych muzyków jest nieco przeładowane treścią. Być może rezygnacja z niektórych pomysłów, na rzecz dłuższych wypowiedzi, podniosłaby poziom ostatecznej oceny. Szczęśliwie trzy dłuższe fragmenty (1, 14 i 15) stanowią prawie połowę płyty – świetnie skonstruowane improwizacje, pełne błyskotliwej sonorystyki i zwinnych interakcji. Cisza, skupienie, posmak oniryzmu, rodzaj strunowej beletrystyki dźwiękowej. A na sam finał trochę rocka? Why not!




Wojciech Jachna & Ksawery Wójciński  Conversation with Space (Fundacja Słuchaj!, CD)

Czas na duet blaszano-strunowy! Nie po raz ostatni dziś! Wojciech Jachna na trąbce, także flugelhornie i Ksawery Wójciński na kontrabasie, incydentalnie w jednej piosence Tomasz Glazik na saksofonie. Dwie okoliczności, jedna bodaj studyjna, druga być może koncertowa. Wiosna ubiegłego roku, Warszawa.

Dwanaście niezwykle zgrabnych i błyskotliwie zagranych improwizacji. Niemal każda z nich bazuje na strukturze rytmiczno-melodycznej, którą kreuje kontrabasista. Czyni to z gracją, w obliczu doskonałego, czystego, chwilami niemal barokowego brzmienia swojego instrumentu. Na tej zmyślnej bazie, trębacz snuje przeróżne opowieści, które także niosą ze sobą drobiny melodii i tanecznego wręcz zaśpiewu.

Przestrzenne pogawędki świetnie konsumują ostatnie folkowe doświadczenia Ksawerego (te z Maniuchą Bikont), a także moc post-rockowych, malarskich ekspozycji Wojtka, wyniesionych z wielu niebanalnych nagrań w formacji Innercity Ensemble. Muzyka z tej płyty płynie przez nasze receptory słuchu w sposób niebywale płynny, ciepły, wręcz przyjemny. Jeśli zatem swobodna improwizacja dziać się może w niemal chilloutowy sposób, nikt nie powinien zgłaszać zdania odrębnego, co do oceny końcowej.

Ogrom akustycznych radości płynących z odsłuchu tej płyty, zdecydowanie stymuluje piąta pieśń, stanowiąca aranżację tradycyjnej Song about Saint. Wojciech Bishop and Martyr. Prawdziwa eksplozja urody tej muzyki. A zaraz potem mocny akcent z saksofonem tenorowym (Tomek Glazik). Brawo!





Tomasz Dąbrowski & Jacek Mazurkiewicz  Basement Music (Multikulti Project, CD)

Słowo się rzekło, ponownie duet trąbka-kontrabas! Tomasz Dąbrowski i Jacek Mazurkiewicz (ten drugi wspomaga się także elektroniką). Panowie będą improwizować muzykę skomponowaną. Rejestracja z podziemi Fortu Sokolnicki w Warszawie. Jesień 2015 roku.

Siedem zwartych opowieści na dwa instrumenty akustyczne, które w procesie chwilami gęstej i dość kolektywnej improwizacji, zapewne wspierają się odrobiną predefinicji, co sugerować może kompozytorski aspekt powstania tej muzyki (zgodnie z opisem płyty). Dopóki Basement Music bazuje na naturalnym brzmieniu kontrabasu i trąbki, mimo pewnych mankamentów dramaturgicznych (dużo konceptu, mniej emocji), całość nagrania liczyć może śmiało na wysoki poziom akceptacji. Gdy Mazurkiewicz sięga po elektronikę, recenzent nie może odpędzić się od pytania, w jakim celu tak się dzieje i czy aby nie jest to skutek problemów na etapie kreacji.

W najdłuższym fragmencie An Ant Lobotomy (prawie 12 minut) muzyczna opowieść składa się z dwóch nawarstwiających się dronów, jednego akustycznego, drugiego, bardzo niskiego, silnie wspomaganego elektroniką. Jak na długość trwania tej improwizacji, w arsenale artystycznych środków wyrazu chętnie ujrzelibyśmy coś więcej niż konsekwentną repetycję. Oczywiście, i w tym momencie narracja broni się, ale recenzent oczekiwałby większego ładunku ekspresji. Ta zresztą uwaga tyczy się całego nagrania.




Claudio Scolari/ Daniele Cavalca/ Simone Scolari  Natural Impulse (Principal Records, CD)

Na dwa pełne albumy opuszczamy scenę krajową. Pierwszą podróż odbywamy do Włoch, na spotkanie z modern jazzem, a nawet fussion! Claudio Scolari – perkusja, perkusjonalia, programowanie syntezatorów, Daniele Cavalca – syntezatory, piano rhodes, wibrafon, bas oraz Simone Solari – trąbka. Brak danych o miejscu i czasie powstania tej studyjnej rejestracji.

Improwizacja prowadzona na bazie kompozycji, bogato zinstrumentalizowana, niestroniąca od fajerwerków, pełna odniesień do innych gatunków muzycznych (rocka, czy nawet world music). Rytm, melodia, dynamika, ekspresja adekwatne do dość konsekwentnie stosowanej przez włoskich muzyków estetyki fussion jazzu. Całość daleka od tego, czym zwykliśmy się zajmować na tych łamach, ale może dzięki temu, stanowiąca interesujące wyjście ze strefy komfortu dla wiernych fanów free improv.

Muzycy nie boją się brnąć w dancingowy jazz środka (choćby drugi fragment), do czego mają oczywiście pełne prawo, z taką jednak konsekwencją, iż po stronie piszącego te słowa, napotkać mogą na brak artystycznej akceptacji. Reasumując, zdecydowanie ciekawej bywa, gdy w nagraniu dominują atrybuty elektrycznego, silnie zrytmizowanej jazzu, nawet ze szczyptą psychodelii (choćby utwór piąty, czy zwłaszcza dziesiąty). Inne, akustyczne, dość przewidywalne mainstreamowe opowieści z swingiem na ustach nie wnoszą nic nowego do historii gatunku i zwyczajnie nudzą recenzenta.




Wart Biter Wart Biter (Hominid Sounds 2018, kaseta)

Pierwszy odważny krok w świat rocka, post-rocka, estetyki noise i nawet industrial, czynimy w nie byle jakim towarzystwie, albowiem będzie z nami jeden z ulubieńców redakcji, Colin Webster na saksofonie! Wraz z nim Tom Fug na perkusji i Mat Pod na syntezatorze. Niewiele wiemy o okolicznościach nagrania, wiemy natomiast, że kaseta ukazała się w nakładzie 50 sztuk, a w tej chwili w sprzedaży zostały jeszcze … trzy! Angielskie trio zwie się zaś Wart Biter i skutecznie wypełni nam dźwiękami całą głowę!

Pogłos, sfuzzowane dźwięki, przestery, groza i moc surowego brzmienia syntezatora, który zrywa podłogę basowymi dronami. Aura improwizowanego rocka, electro i doom metalu. Narracje powolne, konsekwentnie budowane od podstaw. Saksofon wierci dziurę w głowie, syntezator kopie po kostkach, a perkusja stawia stempel za stemplem, kalecząc nam stopy. Rockowa dialektyka realizowana metodami free jazzu i harsch elektroniki.

Webster, niczym multigatunkowy tygrys z ostrymi pazurami, w okolicznościach nie pozostawiających dużo swobody na skupienie i subtelności narracyjne, świetnie odnajduje swoje improwizatorskie powołanie i ciągnie trio na wysokie wzgórza. Ściana syntezatorowego basu i metalowy drumming nie pełnią tu bynajmniej roli hamulcowych.

Trzy długie, rozbudowane ekspozycje, dwie nieco krótsze i trzy kilkudziesięciosekundowe miniatury, rodzaj wulgarnych komentarzy odautorskich. Psychodelia w tubie, rytm i serce w syntezatorze i na werblach. Noise rock bez gitar! Kipiący emocjami i potem! Jedynie szósty fragment toczy się w pewnym oddaleniu od hałasu. To cisza, która drży, pełna plemiennego niepokoju, gdy złe czai się za rogiem ulicy. Piękny moment!




Lonker See  One Eye Sees Red  (Instant Classic, CD)

Długie, rozbudowane, rockowe improwizacje, mroczna psychodelia, krew na ścianach i zabójczy saksofon tenorowy. To najkrótsza charakterystyka grupy Lonker See z polskiego wybrzeża. Joanna Kucharska na gitarze basowej i wokalu (w utworze finałowym), Michał Gos na perkusji i perkusjonaliach, Tomasz Gadecki na flecie, saksofonie, a także syntezatorach oraz Bartosz Boro Borowski na gitarze.

One Eye Sees Red, to muzyka, która dojrzewa, która na osiągnięcie pełnego strumienia dźwięku i ekspresji potrzebuje wielu minut. Muzyka, która w skupieniu buduje rdzeń narracyjny, gotowy w odpowiednim dramaturgicznie momencie eksplodować siłą noise rocka i energią free jazzu. Z pozoru proste, trzyosobowe trio rockowe, doposażone w silny i jakże konkretny saksofon tenorowy Tomka Gadeckiego, zaprasza nas na nieoczywistą, improwizowaną podróż po obrzeżach gatunkowych współczesnej muzyki.

W Lillian Gish gitara wybucha w 11 minucie i zaczyna taniec, w którym jedynym partnerem zdolnym utrzymać intensywność przekazu zdaje się być doświadczony w bojach improwizacyjnych Gadecki. W kolejnym, równie długim Solaris pt. 3 & 4, schemat narracyjny jest podobny, a efekt całości równie wyrazisty. Na sam finał zaś otrzymujemy tytułową pieśń, okraszoną zmysłową wokalizą basistki.

Płyta, której słucha się doskonale w wielu okolicznościach przyrody. Wątek nocnej podróży po wyjątkowo ciężkim dniu, głuchą autostradą, być może jest wyborem najlepszym.




Alameda 4  Czarna Woda  (Instant Classic, CD)

Była Trójka, potem Piątka, także Duo. Teraz czas na Czwórkę. Alameda w składzie: Krzysztof Kaliski – gitara elektryczna, Tomasz Popowski – perkusja i instrumenty perkusyjne, Mikołaj Zieliński – gitara basowa i barytonowa, congas oraz Jakub Ziołek – gitara elektryczna, wokal, bouzouki, elektronika plus kilku gości z porcją dodatkowych dźwięków, w tym także field recordings. Czarna Woda z pięknym zdjęciami płynącej smoły. Rodzaj post-rockowego concept albumu.

Rock w czystej postaci, a także jego post-rockowa odnoga, świetnie czują się zarówno w formule zwartej piosenki, jak i w otchłani rozbudowanych struktur, których końca nie widać, których głównym zadaniem zdaje się być imperatyw zapanowania nad naszymi emocjami, a potem, w najmniej spodziewanym momencie, zadania śmiertelnego cios ekstazy. Wszystkie dotychczasowe formy personalne grupy Alameda działają dokładnie na tej zasadzie.

Czwórka ze wszystkich dotychczasowych płyt najbliższa jest muzyce rockowej, która lubi gitarowym zgiełkiem budować skomplikowane polifoniczne struktury. Być może na tle Piątki, brak jej bogactwa użytych tam środków, onirycznych wycieczek do krainy kompletnej tajemnicy, zmyślnej psychodelii, czy brutalnego mieszania gatunków i stosowania śmiertelnych rozwiązań dramaturgicznych. Być może dzięki temu, jest ona albumem bardziej komunikatywnym dla części słuchaczy. Melodią, dobrze rozumianą, rockową tanecznością urzec może bez pytania o zgodę.

Recenzentowi wszakże najbardziej podoba się ostatnie 30 minut tej długiej płyty, gdy Czwarta Alameda wzorem Piątej, stawia na nieoczywiste rozwiązania, jest błyskotliwie post-rockowa, szuka nowego i je odnajduje, choćby trawestując … post-elektronicznie swoje poprzednie nagrania.




Ugory  Matko ciszy  (Music Is the Weapon, CD & free download)

Na finał dzisiejszej muzycznej jazdy bez trzymanki, młody, krajowy band o niebanalnej nazwie Ugory. Marcel Gawinecki - gitara, bas, Marcin Haremza – perkusja, Kuba Kaczmarek - gitara, Mateusz Gawinecki – gitara, Robert Śliwka – głos oraz BIBI - głos (4), Karolina Wasilewska - głos (1).  

Ta przygoda zaczyna się w oparach nowofalowego, gitarowego oniryzmu (całkiem zasadne skojarzenie z klimatami 4AD sprzed trzydziestu kilku lat, choć niepokój w damskiej wokalizie zwiastuje już burzę z piorunami). Potem muzycy zgrabnie przebijają się przez noise’ową ścianę dźwięku. Kończą zaś w piekle wysokogatunkowego black metalu, jednoznacznie pokazując, iż cała historia muzyki gitarowej stoi za nimi.

Intensywnością minutowego Bogu Niech Będą Dzięki Ugory przypominają Brygadę Kryzys i ich równie enigmatyczny Radioaktywny Blok. Finałowa Szósta Noc Bez Snu, trwająca niemal jedną trzecią długości płyty, zrywa już ze słuchacza wszelkie wątpliwości. Prowadzi na skraj emocji i nie wskazuje drogi powrotnej.

Muzyka, która proponuje tak wiele, że nie sposób ogarnąć jej przy pierwszym, czy nawet drugim kontakcie. Na koniec tylko recenzencka prośba o pracę nad jakością dźwięku i dobrym masteringiem. Warto wgryzać się w tę muzyką w większym komforcie akustycznym.