Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Daunik Lazro. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Daunik Lazro. Pokaż wszystkie posty

piątek, 17 kwietnia 2026

Lazro, Léandre & Lovens play a drama For Baritone Sax, Double Bass and Drumset!


Premiera albumu za tydzień, ale my piszemy o nim na Trybunie już dziś! Cofamy się na osi czasu o trzynaście lat, lądujemy w przepięknych okolicznościach wiosennego Paryża, a na scenie znaczącego przybytku kultury lokalnej odnajdujemy trójkę wspaniałych improwizatorów, legendy gatunku, artystkę i artystów, o których można opowiadać w nieskończoność. Słuchamy 40-minutowego seta swobodnych, równie post-jazzowych, jak post-kameralnych improwizacji, zgodnie z tytułem zrealizowanych za pomocą saksofonu barytonowego, kontrabasu i perkusji.

Panie i Panowie, Daunik Lazro, Joëlle Léandre i Paul Lovens!

  


Koncert, który jest nieprzerwanym ciągiem dźwięków (podzielonym na cztery odcinki) rozpoczyna leniwy duet sax & drums. Kontrabas, od pierwszej frazy osadzony na smyczku, wchodzi do gry po kilku pętlach narracji, sprawiając, że sytuacja dramaturgiczna od razu nabiera rumieńców. Smyczek piłuje, saksofon groźnie wzdycha, talerze perkusyjne intensywnie szeleszczą. Ścieg improwizacji zagęszcza się, ale muzycy from time to time spowalniają i biorą głęboki, kameralny oddech, studząc emocje na post-melodyjnym smyczku. Incydentalnie trio łapie intrygujące tempo, które często rodzi się na perkusyjnym werblu. Przez niedługi moment flow opiera się na warczącym barytonie i basowej bazie szytej trybem pizzicato.

Już po zmianie numeru tracku na dysku improwizacja wpada w krótkotrwały rytm, dzięki szarpnięciom za struny i dętemu prychaniu. Całość nabiera pewnej rubasznej taneczności, a dość szybko rozpływa się ambiencie niedługiego relaksu. Nie brakuje bardziej śpiewnych, melodyjnych fraz, także lamentów i smyczkowych zdobień. W dalszej kolejności muzycy dostarczają nieco więcej ekspresji, przez moment pod postacią ostro frazującego duetu drum’n’bass. Tę część koncert wieńczy melodyjna ballada, bazująca na imitacji saksofonu i kontrabasu.

W trzeciej, najkrótszej partii doświadczamy klimatu definitywnie post-kameralnego. Od głębokiego wydechu, po grę na małe pola, nie bez odrobiny zadumy. Wejście w finałową, najdłuższą część szyte jest kontrabasowym, leniwym pizzicato i dźwiękami perkusjonalnych dzwonków. Komentarz saksofonu jest melodyjny, ale bardzo smutny. Sygnał do niedługiej eskalacji daje teraz perkusista. Kilka radosnych podskoków i szybkie nurkowanie w kameralne, rezonujące przestrzenie. Po kilku minutach nowy wątek szyje kontrabasistka, szarpiąc za struny w niemal bluesowym pochodzie. Po powrocie do smyczka, wszystko zaczyna kołysać się na lekkim wierze. Uśpione chamber zdobi intrygujący chrobot barytonu. Ostatnie minuty koncertu, to udana próba finałowej eskalacji. Piękne wyjście z głębokiej pieczary w ogień dopiero co rodzącego się poranka.

 

Lazro, Léandre & Lovens For Baritone Sax, Double Bass and Drumset (The Relative Pitch Records, CD 2026). Daunik Lazro – saksofon barytonowy, Joëlle Léandre – kontrabas oraz Paul Lovens – perkusja, instrumenty perkusyjne. Nagrane w Les temps du corps, Paryż, maj 2013. Jedna improwizacja podzielona dla komfortu odsłuchu na cztery części, łącznie 40 minut.




piątek, 15 sierpnia 2025

Sophie Agnel, Olivier Benoit & Daunik Lazro in Gargorium!


Naszych francuskich opowieści ciąg dalszy! Dziś perła w koronie tamtejszej sceny free impro ostatnich lat. Fantastyczne trio w nagraniu zarejestrowanym jeszcze w pierwszej dekadzie nowego wieku, a upublicznionym na czarnym krążku dwa lata temu przez niezastąpiony FOU Records.

Gargorium! Niepowtarzalne inside piano Sophie Agnel, dudniący baryton Daunika Lazro i szalona gitara Oliviera Benoita. Opowieść o niepoliczalnych połaciach improwizowanego piękna. Szorstkie dźwięki, meta dynamiczne interakcje i niekończące się plamy niewystudzonych do końca medytacji.

Welcome!

 


Garść mrocznych, filigranowych, ledwie słyszalnych fraz, to nie do końca zaskakujący początek. Saksofon głęboko oddycha, z dna pudła rezonansowego piana dochodzą pojedyncze uderzenia, z gryfu gitary sączy się gęsty kurz. Narracja w tej fazie sprawia wrażenie elektroakustycznej, dalece zagadkowej, o bliżej nieznanym kierunku rozwoju. Dość szybko nabiera jednak masy, choć nie przestaje być martwym marszem dogorywającym dźwięków. Inside piano gruchocze, saksofon dmie drony z nutą tajemniczej melodii, gitara ściele się warstwami obłego ambientu. Od drobnych spięć do drżących medytacji. Początek drugiej opowieści budowany jest strzępami dźwięków. Z ciszy dopływają pierwsze plamy rezonansu, całość przypomina spektakl muzyki konkretnej. Na front tarmosi się saksofon – piszczy, pomrukuje, zieje złymi intencjami. Piano frazuje poniżej poziomu podłogi, gitara plecie pajęczynę mikro zdarzeń. Z czasem ów post-akustyczny pochód fonii nabiera rumieńców, niekiedy smakuje wystudzonym post-industrialem. W końcu dogorywa strugą gasnących dronów.

Start trzeciej improwizacji wydaje się wyjątkowo dynamiczny. Sophie tańczy po strunach, a Olivier grzęźnie w potencjale gitarowych przetworników. Tymczasowy duet nabiera niemal symfonicznego rozmachu. Jest groźny, jak każde kolejne słowo Lovecrafta. Daunik pojawia w akcji dopiero po kilku minutach, ale jego komentarz jest dosadny. Przy wtórze piana krzyczy piskliwym tonem. W czwartej opowieści zarówno fortepian, jak i saksofon generują mnóstwo post-perkusyjnych fraz. Incydentalnie słyszymy też brzmienie fortepianowego klawisza. Gitara tym razem brodzi w morzu drobiazgów i filigranowych zagrywek. Opowieść tarza się w mroku, ale zaskakująco zwinnie nabiera intensywności. Dysze stukoczą, struny drżą. Tu wszakże celem artystów zdaje się być rezonującą medytacja z mnóstwem odcieni czerni i szarości. Nie przeszkadza to saksofoniście rżeć niczym pijany kocur. Nim improwizacja ostatecznie skona, wspina się jeszcze na drobne wzniesienie, po czym opada w bezmiar bezlitosnej ciszy.


Sophie Agnel, Olivier Benoit & Daunik Lazro Gargorium (FOU Records, LP 2023). Sophie Agnel – fortepian, Olivier Benoit – gitara elektryczna oraz Daunik Lazro – saksofon barytonowy. Nagrane w La Malterie, Lille, wrzesień 2008 (utwory 1-3) oraz Carré Bleu, Poitiers, kwiecień 2009 (4). Cztery improwizacje, 43 minuty.

 

 

 

piątek, 27 czerwca 2025

Jean-Marc Foussat & Evan Parker in duo, solos and trio with Daunik Lazro!


Naszej przygody z francuską muzyką improwizowaną ciąg dalszy! Dodatkowo z jakże ekskluzywnym udziałem Evana Parkera! Dwa wydawnictwa, trzy krążki, w tym jeden winylowy, cztery okazje koncertowe - ekspozycje solowe, w duecie i trio. Czegóż chcieć więcej!

Po stronie francuskiej w roli głównej multiinstrumentalista Jean-Marc Foussat, a obok niego, w jednym z setów, mistrz saksofonów (zwłaszcza barytonowego) – Daunik Lazro. Zaczniemy od stosunkowo świeżego, duetowego koncertu z francuskiego Uzeste, potem dwie solówki z czerstwych lat 80. ubiegłego stulecia, poczynione na ziemi angielskiej i francuskiej, a wszystko to razem upchnięte na jednym winylu. Potem na dwóch CD czeka nas jeden dzień koncertowy z londyńskiego Cafe OTO, zarejestrowany tuż przed eksplozją pandemii – set solowy i set w trio. Atrakcji zatem nie zabraknie. Odsłuch całości zajmie nam prawie dwie godziny zegarowe. Welcome!



 

Insolence

Pierwsza strona winyla zawiera koncert Jean-Marc Foussata i Evana Parkera zarejestrowany dwa lata temu we Francji. Spektakl miał miejsce w dość sali koncertowej i nie był przesadnie dobrze nagłośniony. Sub-doskonałe brzmienie w jakikolwiek sposób nie przeszkadza w odbiorze intensywnej i niekiedy hałaśliwej narracji, co najwyżej dość pokracznie prezentują się burzliwe oklaski, jakimi nagrodzeni zostali artyści, zarówno na koniec części głównej, jak i kilkuminutowego bisu.

Na starcie muzycy generują posuwiste drony. Saksofonista sopranowy dość szybko wpada w oddech cyrkulacyjny, z kolei elektronik kleci tłuste, basowe strumienie, które po chwili bogaci wyższymi warstwami fonii. Całość wątku głównego zdaje się drżeć, a wokół niego panoszy się coraz groźniej brzmiący background. Koryto narracji z każdą pętlą wydaje się coraz szersze, a instrumenty bardziej hałaśliwe. Po sześciu minutach można odnieść wrażenie, że muzycy delikatnie zdejmują nogę z gazu, ale to jedynie pretekst, by budować nowe wątki, szczególnie dla Francuza, który taszczy na wierzch narracji grube warstwy kosmicznego kurzu i brudu. Po kolejnych kilku minutach sopran na moment gaśnie, by po chwili pojawić się w dwóch strumieniach – jednym żywym, drugim ewidentnie procesowanym przez elektronikę. Pod koniec trwającego siedemnaście minut seta zasadniczego otrzymujemy jeszcze porcję basowego mięsa. Sam bis trwa kilka minut i początkowo zdaje się być oniryczną plamą szorstkiego ambientu i preparowanego saksofonu. Potem syntezator zaczyna pulsować, a dęciak snuć melodie i ponownie wpadać w cyrkulację.

Druga strona winyla przynosi dwie ekspozycje solowe, zarejestrowane u progu lat 80. ubiegłego stulecia. Tenorowa opowieść Parkera trwa dziewięć minut i śmiało zasługuje na miano najpiękniejszego momentu całego albumu. Krzykliwy, brudny sound, rwane, ostre jak brzytwa frazy budują tu narrację typową dla Evana w czwartej dziesiątce życia. Owo kruszenie skały z czasem nabiera jeszcze intensywności i brudu, kąsając wyjątkowym brzmieniem i dramaturgią. Solowa ekspozycja Foussata trwa z kolei siedem minut i zostaje zgrabnie nałożona na oklaski, które wieńczą set saksofonisty. Syntezator pulsuje basem i złymi mocami, wokół eksplodują kolejne fajerwerki, a opowieść balansuje na granicy electro-noise. Bogaty background i niemal 2stepowy beat budują tu prawdziwie energetyczną aurę, bez wątpienia zasługującą na miano post-industrialnej. Koncert urywa się nagle, w półdźwięku, od cięcia wyjątkowo ostrym skalpelem.



 

Café OTO 2020

Wizytę w najznamienitszym ze znamienitych przybytków kultury muzycznej Londynu zaczynamy od występu solowego na analogową elektronikę i głos. Jedynym aktorem spektaklu Jean-Marc Foussat. Set trwa dwa kwadranse i kilkadziesiąt sekund.

Akcja dramatu jest wartka, a wątki i krajobrazy zmieniają się na tyle często, że nawet średnio zaintrygowany słuchacz nie uświadczy tu sekundy nudy. Otwarcie jest mroczne, a jego pozorny spokój trwa ledwie kilka chwil. Potem rozpoczynamy podróż po niebezpiecznym kosmodromie. Atakuje nas plejada dźwięków, emocje rosną jak na drożdżach, a następujące potem ukojenie, tudzież syntezatorowe ukołysanie nie jest nadmiernie rozbudowane. Ta dość monumentalna narracja wpada niekiedy w stan medytacji, przypomina rozklekotany gamelan. Potrafi też nabrać tajemniczej melodyki niczym z najlepszych płyt … Jean-Michele Jarre’a. W dalszej fazie nagrania nie brakuje kolejnych wątków i czupurnych emocji. Słyszymy krzyki i wrzaski z nieznanej czasoprzestrzeni, bywa, że atakuje nas mroczny dron lub kołysze chwilowe, ambientowe wystudzenie. Z tej ostatniej estetyki Foussat sprawnie przenosi się do świata syntezatorowych wojen gwiezdnych. W końcu dopadają go mroczne demony i tulą do wyjątkowo nerwowego snu.

Drugi set tego dnia, trio na saksofon sopranowy Parkera, barytonowy (okazjonalnie także tenorowy) Lazro i analogową elektronikę z głosem Foussata, trwa dla odmiany trzy kwadranse. Tu także akcja jest wartka, emocje często sięgają zenitu, a poziom interakcji kipi niczym Wezuwiusz za najlepszych lat.

Dwa saksofony w powitalnej pozie i elektroakustyczne szumy tworzą aurę otwarcia, która dość szybko przepoczwarza się w tygiel żrącego electro, masywnego, zadziornego barytonu i wpadającego raz za razem w cyrkulacje sopranu. Efekt rażenia potęguje modulowana, podrasowana elektronicznie wokaliza. Każdy z artystów podsyła tu wciąż nowe wątki - te syntezatorowe bywają na ogół masywne, te saksofonowe częściej kojące. W pierwszej fazie koncertu najbardziej podobać się może chwila intrygującego uspokojenia, gdy narracja staje w rozkroku, a dołem snuje się potężna chmura ambientu. Równie efektowny jest kolejny pakt o nieagresji, który sprowadza się do modlitewnych śpiewów obu saksofonów i wystudzonego syntezatora. W drugiej części koncertu mamy kilka odcinków granych w podgrupach. Szczególnie udany wydaje się samotny passus Lazro oparty jedynie na mrocznym, elektronicznym backgroundzie. Gdy nastrój staje się nazbyt frywolny i zrównoważony, do ataku przestępuje Foussat, który potrafi razić piorunem, wzniecać pożary i biczować syntezatorowymi pasmami basu. Opowieść po pewnym czasie osiąga stan definitywnie hałaśliwy, ale zasługa nie leży wyłącznie po stronie francuskiego elektronika. Równie wyrazisty w tym dziele potrafi być choćby sopran Parkera. Końcowa faza koncertu miewa momenty wystudzenia, pozornego rozkołysania, ale raz za razem w tym tyglu niespodzianek pojawiają się bardziej masywne akcenty. Finał zdaje się nieść na swoich barkach baryton, wsparty wokalizami. Sopran pozostaje w stadium rekontry. Efekt tych akcji staje się piękną, końcową histerią.

 

Evan Parker & Jean-Marc Foussat Insolence (Nashazphone, LP 2025). Evan Parker – saksofon sopranowy i tenorowy & Jean-Marc Foussat – elektronika, głos. Strona pierwsza: Improtech Festival, Uzeste, lato 2023 (duet). Druga strona: the ICA, The Actual Festival, Londyn,1981 (saksofon tenorowy solo) oraz VCS3 sessions, Rue au Maire, Paryż, 1980 (elektronika solo). Trzy improwizacje, łącznie 39 minut.

Jean - Marc Foussat, Daunik Lazro & Evan Parker Café OTO 2020 (FOU Records, 2CD 2020). Jean - Marc Foussat – elektronika, Daunik Lazro – saksofon barytonowy (tylko drugi dysk) oraz Evan Parker – saksofon sopranowy (tylko drugi dysk). Café OTO, Londyn, styczeń 2020. Dwie improwizacje, łącznie 77 minut.

 

 


wtorek, 13 maja 2025

Lazro & Avenel in „post-free, not yet free impro”!


Kontynuujemy francuską sagę na Trybunie. Dziś wracamy do wydawnictwa FOU Records, jego serii archiwalnych nagrań w czarnych okładkach z czerwono-białymi napisami i kluczowego dla francuskiej muzyki improwizowanej i free jazzowej, saksofonisty Daunika Lazro.

Przed nami trzy rejestracje koncertowe z roku 1980 i 1982, każdorazowo poczynione przez tego ostatniego w towarzystwie kontrabasisty Jean-Jacquesa Avenela w Paryżu, w miejscach i datach precyzyjnie wskazanych na okładach albumów. Panowe improwizują najpierw w duecie, potem dwukrotnie w trio.

No właśnie… czy aby na pewno wyłącznie improwizują? Jak wspomina tamte czasy Daunik Lazro, nie grali oni już wtedy free jazzu (sam używa określenia free), ale nie grali jeszcze w pełni swobodnej improwizacji. Czas wykuwania gatunku na ziemi paryskiej? Zdecydowanie tak! Jak to wyglądało w szczegółach, zapraszamy do odczytu i odsłuchu płyt. Dodajmy, iż wszystkie one są dostępne na poręcznych dyskach kompaktowych, wszystkie stanowią premiowe publikacje koncertów sprzed ponad czterdziestu lat, a ukazały się światu w roku 2023 (płyta środkowa) i 2024 (pozostałe dwie). So, welcome! Nous invitons!



 

Duo, listopad 1980

Paryski, jesienny koncert na saksofon altowy i kontrabas składa się z dwóch opowieści – jedna została tu określona mianem improwizacji, druga zaś kompozycji autorstwa Lazro. Warto zwrócić uwagę na zabawne tytuły obu odsłon koncertu, silnie umiejscowione w historii kreatywnego jazzu – John Tchicai In West-Africa Meets Jimmy Lyons In Maghreb oraz Cordered (For Steve Lacy & Anthony Braxton).

Pierwsza część trwa ponad dwadzieścia siedem minut, a jej otwarcie jest nad wyraz melodyjne, oparte na smyczku i rozśpiewanym saksofonie. Opowieść ma swój rytm, nawet delikatnie folkowy posmak. Narracja jest tu dwukrotnie bogacona solową ekspozycją smyczka, bywa intensywna, niemal free jazzowa, bywa radosna, ale kameralnie wystudzona, bliska estetyce post-barokowej. Efektowne akcje dostarcza także alcista, szczególnie w drugiej połowie utworu, gdy na smyczkowym dronie buduje rwany, szorstki, post-melodyjny flow. Pod koniec nagrania kontrabasista raz jeszcze sięga po klasyczną estetykę, ale stanowi ona dla niego także pretekst do wykreowania ciekawych dynamik w pełnej komitywie z dobrze już rozgrzanym alcistą.

Druga część albumu jest nieco krótsza, początkowo oparta o kontrabasowe pizzicato i jazzową melodię saksofonu (być może winniśmy to uznać za prezentację tematu kompozycji). Opowieść nabiera tu intrygująco kanciastych form, ale nie jest nadmiernie rozbudowywana. Avenel dość szybko wraca do smyczka i wraz z coraz bardziej zuchwałym Lazro kreuje całkiem intensywną ekspozycję. W tak zwanym międzyczasie pojawiają się interludia z szarpanymi strunami (akcenty perkusjonalne inwokują w pewnym momencie ekspresyjne spiętrzenie), ale nurt główny narracji buduje smyczek (nawet przez moment powraca do klimatu post-barokowego). W drugiej fazie tej części koncertu zmiana zdaje się gonić zmianę. Muzycy raz za razem podsyłają nowe tropy, chętnie zmieniają sposób frazowania i często ponadgatunkowe inspiracje. Lazro pięknie ucieka w wysokie rejestry, przez krótki moment jest sam na scenie i zmysłowo prycha. Na koniec obaj łapią rytm i zgrabnie resumują spektakl.



 

Ecstatic Jazz, trio, luty 1982

Na kolejny koncert Lazro i Avenel dopraszają multiinstrumentalistę Siegfrieda Kesslera, pod którego jurysdykcją znajdują się przeróżne instrumenty klawiszowe, zarówno akustyczne, jak i elektryczne, a także okazjonalnie flet. Muzykowanie odbywa się tu wedle enigmatycznego zapisu music by the musicians, a składa z dwóch setów – pierwszego podzielonego na trzy części, drugiego na cztery, jakkolwiek każdy z nich jest nieprzerwanym strumieniem dźwiękowym. Album ma tytuł własny Ecstatic Jazz, który zdaje się bardzo trafnie opisywać rzeczywistość sceniczną pewnego tajemniczego, sakralnego (?) miejsca na mapie stolicy Francji. Dodajmy, iż muzycy mają tu za towarzysza podróży niezbyt przyjazny pogłos, ale nie tylko on sprawia, iż jakość brzmieniowa koncertu nosi znamiona subdoskonałej. Jak zresztą przystało na rejestrację definitywnie archiwalną.

Pierwszy set budowany jest bez nadmiernych subtelności – pianista rozpoczyna ciepłym brzmieniem elektrycznego klawisza, ale nim to nastąpi mamy jeszcze introdukcję kontrabasu, który jest amplifikowany, dzięki temu brzmi nad wyraz masywnie, a także plejadę tajemniczych, niekiedy krzykliwych, saksofonowych preparacji. W tym tyglu zaskoczeń nie brakuje dźwięków z ludzkiego gardła (być może saksofonisty). Opowieść tria często przepoczwarza się w krótkie ekspozycje solowe lub częściej duetowe. Tym, który zdaje się tu najchętniej stosować pauzy jest Lazro. Kessler chętniej widzi się na przodzie ekspozycji, a brzmienie basu bynajmniej nie sytuuje Avenela w backgroundzie (zwłaszcza, że tylko incydentalnie korzysta on ze smyczka). Narracja często bazuje na rytmie i sporej melodyce, a bywa naprawdę intrygująca w momentach, gdy Lazro włącza kreatywne dopalanie i wynosi dobrze zaplanowaną improwizację na wyższy poziom muzycznego wtajemniczenia.

Drugi set jest jeszcze bardziej zdominowany przez zmiany i akcje w podgrupach. Jest także ciekawszy pod względem instrumentacji, albowiem Kessler przynajmniej dwukrotnie sięga tu po syntezator modularny i buduje z ostro tnącym powietrze saksofonem frazy niemalże post-industrialne. Odsłona druga tego seta wydaje się najbardziej jazzowa, kolejna chropowata i nasycona sporymi emocjami, ale potem rytmiczna, melodyjna, wręcz ludyczna w barwie. Finałowa partia koncertu jest wystudzona i spowolniona leniwym pizzicato, a znów tym, który sieje ferment i pcha ów post-balladowy tembr w objęcia większej kreacji jest saksofonista.

 


True & Whole Tones In Rhythms, trio, Maj 1982

Na osi czasu przemieszczamy się o cztery miesiące do przodu i lądujemy w popularnym wtedy miejscu paryskiej sceny kreatywnej, umiejscowionym na Rue Dunois pod numerem dwudziestym ósmym. Naszych dzisiejszych bohaterów wspiera tym razem amerykański, choć jakże europejski wiolonczelista, współtwórca wielu epokowych płyt z muzyką improwizowaną po naszej stronie Atlantyku, Tristan Honsinger. Muzycy grają tym razem dwie rozbudowane improwizacje, które mieszczą w sobie elementy skomponowane autorstwa zacnych członków rzeczonego tria. Sam tytuł płyty wiąże wszelkie poczynania artystów z rytmem i tak dzieje się w rzeczy samej w trakcie praktycznie całego koncertu.

Początek grany jest przez oba instrumenty strunowe w trybie arco – kontrabas anektuje lewą flankę, wiolonczela prawą. Środkiem przechadza się uśmiechnięty i rozśpiewany saksofon altowy. Kameralna chwila nie trwa jednak zbyt długo i wraz z wejściem kontrabasu w tryb pizzicato opowieść nabiera cech swobodnego jazzu. Tempo jest umiarkowane, a skłonność muzyków do zmian znacząca. Podobnie jak na poprzednio omawianych nagraniach saksofonista lubi pauzy, pozostawia wtedy dużą przestrzeń partnerom, a sam każdorazowo powraca z porcją nowych pomysłów. Opowieść ma w sobie dużo melodii, rytmu i taneczności, ale też chętnie kołysze się na wietrze niesiona zaśpiewem mniejszego ze strunowców.

Na starcie drugiej improwizacji nie brakuje intrygujących, preparowanych fraz ze strony każdego z muzyków. Saksofonista parska, nie brakuje strunowych pisków i otarć - scena zdaje się być zdominowana przez teatrzyk kukiełkowy. Dramaturgii dodaje też recytacja tekstu, którego autorem jest Antonin Artaud. Muzycy kleją tę część koncertu z wielu pomysłów i akcji w podgrupach. Wciąż dominuje śpiewna melodyka, nie brakuje także solowych incydentów. Ciekawe są fragmenty, gdy dwa strumienie na flakach bogacone są głosowymi akcjami, za które odpowiedzialny jest Honsinger. W połowie seta mamy nietypową sytuację dramaturgiczną, albowiem ekspozycję solową ma saksofonista, który po chwili pracuje także w duecie z kontrabasem. W końcowej fazie improwizacji mamy kolejne solo tego ostatniego, duet strunowców frazujących pizzicato, wreszcie piękne, zmysłowe zakończenie, gdy ciepły, acz szorstki tembr saksofonu niesie się na fali podwójnej ekspozycji smyczkowej.

 

Jean-Jacques Avenel & Daunik Lazro Duo (Bibliothèque De Massy 16 Novembre 1980). Daunik Lazro – saksofon altowy oraz Jean-Jacques Avenel – kontrabas. Dwa utwory (improwizacja i kompozycja), 48 minut.

Jean-Jacques Avenel, Siegfried Kessler & Daunik Lazro Ecstatic Jazz (Crypte Des Franciscains Béziers 12 Février 1982). Daunik Lazro - saksofon altowy, tubausax, Jean-Jacques Avenel – kontrabas oraz Siegfried Kessler – fortepian, piano elektryczne, klawinet, syntezator modularny, flet. Siedem utworów w dwóch opowieściach, all music by the musicians, 70 minut

Daunik Lazro, Tristan Honsinger & Jean-Jacques Avenel True & Whole Tones In Rhythms (Dunois 9 Mai 1982). Daunik Lazro - saksofon altowy, tubausax, Jean-Jacques Avenel – kontrabas oraz Tristan Honsinger – violoncello, głos. Dwa utwory, improwizacje z elementami kompozycji, 54 minuty.

 


piątek, 18 kwietnia 2025

Lazro, Lovens, Nozati & Van Hove! Résumé of a Century!


Założony kilkanaście lat temu przez francuskiego multiinstrumentalistę Jean-Marca Foussata label FOU Records zdaje się doskonale dopełniać dokumentację fonograficzną europejskiej sceny muzyki improwizowanej. Choć wydawniczy katalog nie unika nagrań współczesnych, jego największą zaletą jest dostarczanie rejestracji z dawnych lat, które w zdecydowanej większości przypadków są publikacjami premierowymi.

Obok nagrań z lat 70. i 80. ubiegłego stulecia, wyróżnianych czarno-czerwoną grafiką wyposażoną jedynie w nazwiska artystów i datę zdarzenia, Jean-Marc publikuje także nagrania nieco młodsze, które uzupełniają naszą wiedzę o francuskiej muzyce improwizowanej, szczególnie w konstruktywnym zetknięciu z muzykami z krajów pobliskich.

Dziś przed nam perła z roku 1999, która dokumentuje spotkanie czworga wyjątkowych artystów – Francję reprezentują tu saksofonista Daunik Lazro (najczęstszy, obok szefa labelu, uczestnik albumów z logo FOU) oraz wokalistka Annick Nozati, Niemcy the one and only Paul Lovens, a Belgię pianista (tu także akordeonista) Fred Van Howe. Swobodnie wykreowana improwizacja składa się z dwóch rozbudowanych epizodów, które konstytuuje zarówno temperament falangi francuskiej, jak i precyzja działania, posadowionych na flankach, gości z niedalekiej zagranicy. Nagranie pochłania nas bez reszty od pierwszej do ostatniej sekundy. Incydentalnie bywa nieco przeładowane ekspresją wokalistki, ale z uwagi na bezsporny fakt, iż artystka pozostawiła po sobie niewiele nagrań *), naprawdę dobrze, że tak wiele dała z siebie w trakcie tego koncertu.



 

Pierwsza odsłona albumu trwa pełne dwa kwadranse, a jej otwarcie spoczywa na barkach gości zza północnej i wschodniej granicy Francji. Drobne, rwane frazy piana i perkusji z niewielka domieszką preparacji na werblu i tomach. Wokaliza i pierwsze, zachrypnięty odgłosy barytonu pojawiają się w grze po kilkudziesięciu sekundach i natychmiast sprawiają, iż narracja przybiera postać linearnej, gęstej i definitywnie swobodnej opowieści. Szostki, gęsty tembr kwartetu kojarzyć się tu może z brzmieniem wielu formacji Petera Brotzmanna z przełomu lat 60. i 70. ubiegłego stulecia. Muzycy mają wszakże swoje niewyczerpalne pokłady ekspresji pod pełną kontrolą. W ułamku sekundy są w stanie wypuścić powietrze i pochylić się nad najdrobniejszym źdźbłem fonii. Narracja toczy się tu dwoma zasadniczymi strumieniami – środkiem gna świetnie skomunikowana i niemal monolityczna porcja ekspresyjnego wokalu (głos, recytacja, śpiew i krzyk w jednym!) i doskonale brzmiącego barytonu, na flankach zaś dominuje umiar i matematyczna dokładność zwinnego pianisty oraz maga perkusyjnych talerzy i drobnych przedmiotów rytmicznie moszczących się na werblu. Ekspresja kwartetu faluje, bywa podniosła i krzykliwa, ale i mroczna, stonowana, każdorazowo niesioną temperamentem wokalistki. Wszystko razem kumuluje się tuż po wybiciu dziesiątej minuty, gdy kwartet rozpala się ogniem soczystego free jazzu. Po wystudzeniu flow nabiera mroku, który pięknie dysonansuje akordeon, który na dłuższy czas zastępuje piano. Masywne podmuchy i preparowane drobiazgi, wyuzdana melodyjność i dramaturgiczna niespieszność. Finał seta znów roznieca emocje, kolejnych cudów dokonuje Lovens, a Nozati sięga czubkiem nosa bram burzliwego nieba. Improwizacja gaśnie zmysłowym mruczeniem tej ostatniej.

Druga opowieść trwa dwadzieścia minut, a zainicjowana zostaje na dnie głębokiej krypty. Czuć oddech złych mocy - szelest głosu, świst saksofonu, subtelności inside piano, błysk perkusyjnego talerza. Misterna plecionka - od strzępów fonii po głębokie, soczyste wydechy. Dopiero po siódmej minucie temperament wypycha artystów na pierwsze, dość łagodne wzniesienie. Proces dobrze sterowanej eskalacji zabiera im dużo czasu – nie spieszą się, zaczepiają wzajemnie, dywagują, debatują, szukają zakamarków, w końcu puszczają oko i zaczynają swawolić. Peak tej dramy jest niemal niezauważalny, albowiem już po chwili opowieść tłumi się i szuka dawno zagubionego jazzu. Niespodziewanie ten zwrot akcji nakręca narrację niczym spirala wielkiego zegara. Na froncie eksplozji staje wokalistka! Tuż za nią barytonista! Przez moment akcja prowadzona jest przez instrumentalne trio (ale tylko przeze moment!). Powrót demonicznego już teraz głosu obwieszcza wejście w stadium finalizacji koncertu. Pianista w pozie atakującej, wokalistka i saksofonista na intensywnym wdechu, perkusjonalista skoncentrowany na szczegółach. Dla nikogo nie jest zaskoczeniem, iż ten spektralny występ wieńczy … krzyk Annick!

 

Daunik Lazro, Paul Lovens, Annick Nozati & Fred Van Hove Résumé of a Century (FOU Records, CD 2024). Daunik Lazro – saksofon barytonowy i altowy, Paul Lovens – perkusja, talerze, gongi, inne instrumenty perkusyjne, Annick Nozati – głos oraz Fred Van Hove – fortepian, akordeon. Nagranie w Vandœuvre-lès-Nancy, Francja, kwiecień, 1999. Dwie improwizacje, 50 minut.

 

*) Annick Nozati zmarła kilkanaście miesięcy po rejestracji tego nagrania



piątek, 6 września 2024

FOU Records: Marteau Rouge & Haino Keiji! Lazro, Léandre & Lewis!


Kontynuujemy naszą letnią przygodę z francuskim labelem FOU Records, prowadzonym od kilkunastu lat przez Jean-Marca Foussata. Dziś bierzemy na recenzencką tapetę dwa starsze nagrania koncertowe. Najpierw cofniemy się w czasie o piętnaście lat, potem o całe czterdzieści!

Na krążkach odnajdujemy wyłącznie zacne nazwiska sceny francuskiej, a także japońskiej i amerykańskiej. Wszelkie introdukcje uznajemy zatem za zbędne. Welcome to great music!



 

Marteau Rouge & Haino Keiji Concert à Luz 2009 (CD 2022). Haino Keiji – gitara, głos oraz Jean-Marc Foussat – syntezator, głos, Jean-François Pauvros – gitara, głos, Makoto Sato – perkusja. Nagranie koncertowe, Marquee of Luz-Saint-Sauveur, Jazz à Luz, Francja, lipiec 2009. Dwanaście części, 61 minut.

Trio Marteau Rouge świetnie znamy z albumów nagranych z Evanem Parkerem. Tym razem spotykamy ich w towarzystwie legendy japońskiej, rozszalałej gitary, zatem ryzyko, że odpłyniemy w bezmiar psychodelicznej the way of no return jest niemal stuprocentowe. I bardzo dobrze! Okoliczność jest definitywnie koncertowa, niemal w rockowym rozumieniu tego pokrętnego terminu – album zawiera werbalną introdukcję, część główną podzieloną na dziesięć odcinków, jakkolwiek stanowiącą nieprzerwany ciąg zdarzeń fonicznych, i wielosekundową burzę oklasków.

Kwartet ognistej psychodelii wchodzi w magmę rockowej improwizacji bez specjalnych ceregieli. Gitary sprzęgają zawieszone w smogu syntetycznych plam, a aktywne, rozbujane circle drums dają moc przetrwania. Opowieść płynie szeroką strugą fonii, choć na wstępnym etapie nie jest podsycana basowym backgroundem elektroniki. Gitarzyści strzygą uszy i atakują szerokim frontem, połamana perkusja bystrze stymuluje dramaturgię chwili. Gdy tylko syntezator włączy tryb basowego dopalania opowieść szybko wita się ze ścianą dźwięku. Flow potrafi tu gęstnieć, a potem rozlewać się w szerokim korytem niemal w ułamku sekundy. Na incydentalnych na tym etapie koncertu spowolnieniach muzycy tryskają mocą utraconych melodii, chętnie korzystają z bagażu gatunkowych inspiracji. Szczególnie gorąco robi się w momentach, gdy obaj gitarzyści idą w zwarcie, jak dzieje się choćby w czwartej części albumu. Równie ciekawie jest wtedy, gdy narracja nabiera funkowych rumieńców, a syntetyczne akcje w tle przybierają na sile.

Improwizacja ma swój pierwszy znaczący punkt zwrotny w okolicach odcinka siódmego. Na jednej z gitar pojawia się wtedy smyczek, a kompulsywne tłumienie emocji sięga po całkiem kameralne metody. Post-industrialne zło szybko jednak powraca na front, a muzycy po raz kolejny tego wieczoru stają w ogniu krwistego hałasu. Opowieść od dłuższej chwili dzieli się już na wyraźnie wyseparowane epizody. Pojawiają się wokalizy, płomienne, gitarowe hymny w etyce fussion jazzu, ale rockowa psychodelii pozostaje w zanadrzu, w każdej chwili gotowa ponownie opanować scenę. Po kolejnym, noise’owym spiętrzeniu, na starcie części dziesiątej, pojawia się nowy wątek gitarowy, który brzmieniem przypomina frazy typowe dla … Steve’a Albiniego. Zaraz potem mamy ekspresyjne solo perkusji i kolejne garście gęstej psychodelii. Opowieść balansuje na granicy przesteru, ale incydentalnie potrafi unosi się w powietrzu i niemal lewitować, korzystając z eskalowanego od czasu do czasu pogłosu gitar. Wielki finał koncertu jest prawdziwie ognisty, grany na kompulsywnym wydechu. Na odchodnym swoje trzy grosze dokładają jeszcze syntetyczne pulsacje i wielowarstwowe wokalizy.




Daunik Lazro, Joëlle Léandre & Georges Lewis Enfances à Dunois le 8 janvier 1984 (CD 2020). Daunik Lazro – saksofon altowy, Joëlle Léandre – kontrabas, głos, George Lewis – puzon, zabawki. Nagranie koncertowe, 28 Rue Dunois, Paryż, styczeń 1984. Dziesięć części, 57 minut.

Koncert sprzed czterdziestu lat z dzisiejszej perspektywy zdaje się być prawdziwym spotkaniem na szczycie mistrzów improwizacji, ale po prawdzie także w roku 1984 nie wyglądał na wydarzenie mało istotne. Lazro - już wtedy pierwszy saksofon francuskiego free jazzu, Léandre - młoda adeptka kontrabasu o … niebywałym potencjale wokalnym i Lewis, gość zza Wielkiej Wody, znaczący przedstawiciel legendarnego AACM, stały współpracownik Anthony’ego Braxtona. Dodajmy, iż fragment tego koncertu (około 20-minutowy) został wydany przez szwajcarski HatHut na autorskiej płycie Lazro już w roku 1985. Dziś dostajemy wprost w nasze uszy całość koncertu, na który składają się zgrabne miniatury, rodzaj gier, tudzież zabaw w dźwięki oraz trzy rozbudowane improwizacje. Te ostatnie pokazują walory artystyczne całej trójki w sposób szczególnie dobitny.

Pierwsze cztery improwizacje, to anonsowane miniatury, z których tylko ta ostatnia znacząco przekracza dwie minuty. Artyści prezentują się tu nie tylko jako wyjątkowo sprawni i kreatywni instrumentaliści, ale także aktorzy teatralni, zabawni kabareciarze, mistrzowie ciętej riposty, skeczu, a także wokalnych i słownych igraszek. Lewis chętnie korzysta ze swojego dodatkowego akcesorium, wydając mnóstwo równie zabawnych, jak i tajemniczych dźwięków. Zdaje się, że w tej fazie koncertu więcej korzysta właśnie z nich, niż z samego puzonu. Lazro operuje bardziej jazzowym frazowaniem, nie stroni od ulotnych melodii, stara się porządkować przebieg narracji, musi być bardzo czujny, albowiem partnerzy często podsyłają mu drobne, foniczne prowokacje. Léandre frazuje z gracją zarówno swobodnym pizzicato, jak i zwiewnym, ale chwilami wyostrzonym arco. Jej eskapady wokalne dodają przebogatym improwizacjom dodatkowego smaczku. W ostatniej z czterech improwizacji otwarcia pojawia się pierwsza zajawka bardziej linearnej narracji, wyposażona w rytm basu, śpiew altu i puzonowe zdobienia.

Piąta i szósta odsłona koncertu, to rozbudowane improwizacje, trwające łącznie ponad dwa kwadranse. Tą pierwszą otwiera kontrabasistka wyposażona w smyczek i śpiewająca niemal operowym głosem. Partnerzy wznoszą okrzyki zachęcając ją do eskalowania procesu. Jeden z nich smutno zawodzi, drugi trochę błaznuje. W dalszej części utworu następują ekspozycje solowe, z których szczególnie efektowna jest partia Lewisa. Człowiek orkiestra, nadworny błazen i wytrawny preparator instrumentu i obiektów pochodnych. Powrót do tria oznacza tu sprawność kameralnego jazzu i humor teatralnych gagów. Artyści często operują teraz krótkimi frazami, bogacąc flow zabawnymi incydentami. Z czasem show zaczyna kraść Léandre, której frazowanie arco zdaje się być coraz bardziej temperamentne. Do tego garść kolejnych popisów wokalnych, bo tu przecież wszyscy kochamy Kabaret! Drugą z rozbudowanych improwizacji otwiera intuitywny duet puzonu i altu. Muzycy rozmawiają półsłówkami, zadają pytania i zwinnie odpowiadają. Po kilku minutach idą w niemal free jazzowe tango, do którego podłącza się smyczek kontrabasistki. Ta ostatnia ma tu także efektowne solo. Pod koniec, już we trójkę, muzycy ślą nam bukiet bardziej melodyjnych fraz.

Siódma część lepi się z szumów, szmerów i groteskowych odgłosów, wydawanych chyba narządami węchu – całość zdaje się być krótkim odpoczynkiem przed kolejną eksplozją. Ósma opowieść trwa prawie dziewięć minut i śmiało zaliczyć ją możemy do najmocniejszych punktów koncertu. Rozhuśtany post-jazz bazuje tu na bardzo szerokim spektrum dźwięku i ekspresji. Chwilami smakuje bluesem, chwilami popada w intrygującą medytację. Z jednej strony melodia, z drugiej puzonowe grepsy i smakowite preparacje, śpiewy i żarciki. Na zakończenie akt kreacji bierze na swoje barki ekspresyjny saksofon. Ostatnie dwie opowieści zgrabnie reasumują ów szaleńczy koncert. Najpierw jest to garść okrzyków, potem kupiona narracja rodząca się w ciszy, z czasem przepoczwarzająca się w linearną opowieść, która łapie ogień free jazzu. Ostatnia prosta budowana jest mrocznymi dronami.




wtorek, 9 lipca 2024

FOU Records: Quartet un peu Tendre! Catalogue!


Czas na drugie tego roku (i nie ostatnie) spotkanie z francuskim labelem FOU Records. Tym razem sięgamy po dwa najświeższe wydawnictwa – pierwsze jest tym ostatnim roku 2023, drugie … tym pierwszym roku 2024.

Zdaje się te dwa albumy dzieli wszystko – gatunkowa konotacja, rozmach realizatorski, czy wreszcie długość trwania samego nagrania. Łączy wszak jedna i zasadnicza kwesta – FOU potrafi zaskoczyć w każdej sytuacji dramaturgicznej!

Najpierw Mały Czuły Kwartet w dwóch elektroakustycznych, epickich opowiadaniach, potem post-rockowe trio, które garściami czerpie z historii noise’ rocka, a swe artystyczne życie toczy już … piątą dekadę. Na liście płac wyłącznie zacne, francuskie nazwiska - nie traćmy czasu na zupełnie zbędne w tym wypadku introdukcje.



 

Sophie Agnel/ Kristoff K. Roll/ Daunik Lazro Quartet un peu Tendre (CD 2023). Sophie Agnel - fortepian, Daunik Lazro – saksofon barytonowy oraz Carole Rieussec & J-Kristoff Camps (jako Kristoff K.Roll) – urządzenia elektroakustyczne. Zarejestrowane w dwóch różnych miejscach we Francji – grudzień 2020 (utwór 1), listopad 2021 (2). Łącznie 72 minuty.

Odsłuch Kwartetu warto rozpocząć od dokładnej lustracji okładki albumu, a szczególnie dwóch rozległych stołów, na których posadowione zostało elektroakustyczne instrumentarium, jakim operuje duet o nazwie własnej Kristoff K. Roll – przedmioty codziennego użytku, akustyczne instrumenty, laptopy i kable. Ów bezkres dźwiękowych możliwości uzupełniają fortepian i saksofon barytonowy. Artyści serwują nam dwie długie opowieści, które zdają się być dobrze zaplanowaną … improwizacją. Każda z nich ma odrębną dramaturgię - ta pierwsza sprawia wrażenie teatralnej kontemplacji z wystudiowanym głosem lektora, ta druga nerwowego manifestu politycznego, gdzie akcja goni akcję, a wysamplowany chór protestujących raz za razem dosyła ważne (być może) treści. Nade wszystko skupmy się jednak na dźwiękach muzycznych, a tych w trakcie ponad siedemdziesięciu minut albumu odnajdujemy niekończący się kosmos.

Spektakl rozpoczyna głos lektora, wokół którego panoszą się plamy akustyki i polirytmiczny szmer ze stołów pełnych dźwiękowych cudów. Narracja, choć toczy się w dalece majestatycznym tempie, zdaje się być pełna wydarzeń - spokojna praca preparowanego piana i barytonu, struga zagadkowej, intrygującej elektroakustyki i glosy, zarówno męskie, jak i damskie. Ponadgatunkowa nieoczywistość tej sterowanej improwizacji nie skłania do umieszczania akcji kwartetu w jakichkolwiek ramach estetycznych. Narracja wydaje się w pełni kontrolowana, choć raz za razem docierają do nas fonie, które zaskakują. Z jednej strony pewna dramaturgiczna wstrzemięźliwość – wszak lepiej zgrać mniej niż przegadać frazę, z drugiej - zgoda na akcenty brawury, zwłaszcza ze strony duetu samplującego. Świetnie w tym tyglu zdarzeń odnajdują się oba instrumenty akustyczne. Nie forsują emocji, są dokładnie tam, gdzie być powinny, by emocje opowiadania utrzymywały wysoki poziom. Recenzentowi nie pozostaje nic innego, jak odnotowywać szczególnie ciekawe momenty opowieści, która trwa trochę ponad dwa kwadranse. W 9 minucie słyszymy ciekawy passus basowych, syntetycznych pulsacji, w okolicach 17 minuty piękne, saksofonowe drony oblepione elektroakustycznym pyłem, a niedługo potem krótką fazę post-akustyki realizowaną wyłącznie ze stołów. Z kolei od 24 minuty kwartet wpada w post-melodyjny sen, odbywa somnambuliczny spacer po bezdrożach dźwięków. Ostatnie kilka minut opowieści, to melodia Cotrane’a Love, która zostaje wplątana w sieć elektroakustycznych zasieków. Jej finał okazuje się być dalece kompulsywną kulminacją, po której ambient umiera jako ostatni.

Druga opowieść trwa ponad 40 minut, ale zaczyna się w bezruchu fonii otoczenia, głosów dorosłych i dzieci, szmerów, rozmów naładowanych emocjami, być może prowadzonych na ważne tematy. Dźwięki żywych instrumentów zdają się pozostawać na uboczu, zastygać w obliczu samplowanych fraz nieznanej rzeczywistości ulicy. Można odnieść wrażenie, że część fraz saksofonu i piana jest tu elektroniczne przetwarzana. Po upływie 7 minuty w strukturze opowieści zaczynają pojawiać się głośniejsze incydenty, a całość nabiera dramaturgicznych rumieńców. Z jednej strony syntezatorowe melodie, z drugiej nerwowe, urywane frazy instrumentów akustycznych, akcenty percussion i plamy basowej syntetyki. Opowieść faluje, ale rzadko wystudza się do poziomu szumiącej ciszy. Artyści dbają o emocje, cały czas podsyłają nam dźwięki ulicznej manifestacji – okrzyki, piski, głośne rozmowy. W okolicach 15 minuty większą aktywność zgłasza saksofonista. Tu parska oblepiony plamami różnorodnych fonii. Nie brakuje dźwięków inside piano i barwnych plam ambientu. W 20 minucie dostajemy się w wir elektroakustycznych zgrzytów i szmerów, doposażonych w taneczny flow barytonu. Z jednej strony śpiew dętego, z drugiej złowroga rzeczywistość za oknem. Opowieść wspina się na szczyt, po czym ginie w ciszy. I tak dzieje się niemal do końca – opowieść zdaje się dzielić na epizody wyznaczane krótkimi plamami wystudzenia. Znów dużo spoczywa na barkach saksofonisty, który w okolicach 30 minuty doprowadza narrację do stanu niemal free jazzowej kipieli. Wszystko teraz krzyczy, pulsuje, syci się wewnętrznym rytmem, aż umiera wprost w strumień … lejącej się wody. Ostatni epizod niesie jeszcze więcej emocji – swoje momenty kulminacji ma tu zarówno warstwa syntetyczna, jak i akustyczna. Do tego samplowane frazy werbalne zostają poddane syntetycznej obróbce i stają się pasmem dotkliwej fonicznie elektroniki usterkowej. Saksofon i piano szukają fraz godnych unieść bagaż emocji, konają w konwulsjach, z kolei syntetyka i post-akustyka umierają w spokoju, zastygają w poczuciu rezygnacji. Garść ludzkich oddechów i gwizdów wieńczy dzieło. Aż chciałoby się zapytać, jaki los spotkał krewkich manifestantów.



 

Catalogue Assasins (CD 2024). Gilbert Artman – perkusja, Jac Berrocal – trąbka przetworzona, głos oraz Jean-François Pauvros – gitara elektryczna. Czas i miejsce nagranie nieznane. Trzy utwory, 21 minut.

To doprawdy niebywałe, ile energii i chęci zdrowego pohałasowania mieści się w głowach trójki francuskich weteranów muzyki kreatywnej. Trio Catalogue założyli na początku lat 80. ubiegłego stulecia. Nie nagrywają często, raczej traktują ten band jako odskocznię, możliwość powrotu do młodzieńczych fantazji. A grają z niebywałą mocą – z jednej strony gitarowy punk & noise w klimatach Steve’a Albiniego, a szczególności formacji Shellac (choć ta jest/ była młodsza o całą dekadę), z drugiej psychodeliczne fussion preparowanej trąbki i głosu, które zlepione w jedną strugę dźwięków potrafią postawić na nogi niejednego umarłego. Ten album, jakże stosownie zatytułowany, trwa ledwie 21 minut, ale zdaje się pozastawiać w nas niezatarte wspomnienie!

Nagranie stanowi nieprzerwany ciąg zdarzeń dźwiękowych, podzielony na trzy odcinki. Startuje gitara, która szyje ostre, niczym skalpel riffy. Perkusja podłącza pod nie bystry, niemal punkowy beat idealnie sklejony z gitarową akcją. Narracja pachnie tu post-bluesem, ale wejście zmutowanej trąbki, która krzyczy strugą gęstego, białego szumu wywraca konwencję stylistyczną do góry nogami. Dynamika i coraz bardziej siarczyste brzmienie klecą ów wyziew psychodelicznego post-punka. Krótkie spowolnienie, wejście w strefę przesterów i sprzężeń wyznacza drugi track dysku. Moment kompulsywnego chaosu niweluje kolejny gitarowy riff. Akcja nabiera dynamiki i mocy, której dodają wszyscy uczestnicy tego urokliwego horroru. Opowieść ewidentnie zagęszcza ścieg i zionie ogniem, co przy okazji staje się zaczynem trzeciego tracku. Gitara tnie coraz głębiej, perkusja wrzuca kolejny bieg, a trąbka nierozerwalnie związana krzykiem wokalisty dopełnia dzieła zniszczenia. Nim opowieść ostatecznie skona mamy jeszcze drobne, silnie psychodeliczne interludium, w trakcie którego perkusja na moment milknie. A potem czeka nas już tylko końcowy wybuch.

 

 

 

wtorek, 18 czerwca 2024

FOU Records: Foussat & Lazro! Léandre & Lovens!


Jean-Marc Foussat, legenda francuskiej, elektroakustycznej muzyki improwizowanej, założył wydawnictwo FOU Records na początku ubiegłej dekady. Przez kilkanaście lat mniej lub bardziej intensywnej działalności w katalogu labelu pojawiło ponad siedemdziesiąt pozycji, zarówno na dyskach kompaktowych, jak i na winylach. Profil gatunkowy wytwórni, to oczywiście muzyka improwizowana, ale nie tylko ta współczesna, ale także starsza, powstała niekiedy trzy, a nawet cztery dekady temu.

Na łamach Trybuny nie raz sięgaliśmy po nagrania FOU, ale po prawdzie były to zjawiska rzadkie, albowiem francuskie albumy niezbyt często docierały do naszej części świata, a szczególnie do odtwarzaczy redakcji. Szczęśliwie w ostatnich tygodniach sytuacja ta uległa zmianie i w redakcyjne szpony wpadło kilkanaście albumów z logotypem FOU. Z migotaniem przedsionków zasiedliśmy do odsłuchu, a jego efekty będziemy upubliczniać sukcesywnie, zapewne przez całą letnią kanikułę. Skupimy się na nagraniach najnowszych, opublikowanych w latach 2022-23, co nie znaczy, że nie zasygnalizujemy nagrań starszych, zwłaszcza tych szczególnie wartościowych. Z pewnością wylistujemy także linki do recenzji, jakie zostały dotychczas zamieszone na spontanicznych szpaltach. A zaczniemy od dwóch legendarnych duetów. Jedno nagranie powstało jesienią ubiegłego roku, drugie ponad dekadę temu. Wszystko oczywiście działo się w dalekiej Francji.



Jean-Marc Foussat & Daunik Lazro Trente cinq minutes & vingt trois secondes (CD 2023). Jean-Marc Foussat - instrumentarium elektroakustyczne, tu zwane mécanisme instinctif et résonnant oraz Daunik Lazro – saksofon tenorowy, tu zwany kaléidophone tenor. Trzy improwizacje nagrane w październiku 2023 roku, Thoronet, Francja, 35 minut.

Improwizowane spotkanie dwóch pomnikowych postaci francuskiej muzyki kreatywnej, poczynione w domowej rezydencji Foussata, to nad wyraz intrygujący kęs (ledwie dwa kwadranse z minutami) improwizacji w jak najbardziej swobodnym wydaniu. Smaczku nagraniu dodaje fakt, iż instrumentarium Jean-Marca zdaje się być owiane sporą tajemnicą. Owe mechanizmy instynktowne i rezonujące, to w percepcji niżej podpisanego analogowe instrumenty elektroniczne, bogaty wachlarz dźwięków laptopowych i samplowanych, a także fonie, które przypominają akcje live processing. Niewykluczone, iż część dźwięków generowanych przez artystę, to amplifikowana akustyka. Po stronie saksofonisty mamy żywy instrument dęty, który pracuje na mniejszym lub większym pogłosie, czasami brudzi swoje brzmienie, ale jego sound wydaje się definitywnie mniej zagadkowy.

Album ma dalece literacki kształt - pięciominutowe wprowadzenie, prawie półgodzinne rozwinięcie oraz trzyminutową kodę. Otwarcie nęci smakołykami, ale pokazuje też ostre pazurki. Tworzą ją basowy dron syntetyki, który z czasem zaczyna pulsować i nabierać tajemniczej dynamiki, szyjąc jednoczesnej ambientowy background i saksofonowe post-melodie z drżącej tuby, które z każdą chwilą coraz bardziej wznoszą się ku górze. Zasadniczą część płyty otwiera bogato ustrukturyzowana syntetyka – od szczegółu do ogółu, z dużą mocą i chęcią dominowania. Saksofon wydaje się przyjmować tu nieco defensywne pozycje, ale ponieważ doposażony jest w pogłos, nie ma problemu z dotrzymaniem kroku elektronice, zarówno na poziome głośności, jak i intensywności. Narracja skrzy się tu wyjątkowo szerokim wachlarzem akcji zaczepnych, interakcji i swobodnej wymiany myśli. Saksofon bez trudu wgryza się w zwoje syntetyki, dobrze reaguje zarówno na wulkaniczne eksplozje, jak i plamy ambientu, zwinnie porusza się w chmurze własnych post-dźwięków, które towarzyszą mu w wielu momentach utworu. Artyści często przyjmują pozycje dysonansowe – Foussat potrafi grzmieć niemal post-industrialnie, dla odmiany Lazro śpiewa zalotnie i jedynie dokłada mocy pogłosu. Narracja miewa także wiele momentów wystudzonych i spokojnych, choćby w połowie seta, gdy popada w oniryczny letarg. Zaraz potem na scenę leją się strugi deszczu i inne fonie, które mogą pochodzić z bogatej teczki sampli. W końcowej fazie utworu z tuby saksofonu zaczynają się wydobywać aylerowskie melodie, które zostają zwinnie przeprocesowane i po niedługiej chwili sączą się ulotnymi strugami na obu flankach ekspozycji. Ostatnie słowo należy do syntetyki, doposażonej wokalizami, zapewne autorstwa Jean-Marca. Koda albumu nie ma bynajmniej charakteru kojącego rozchodniaczka. Dygocze z emocji, bije na alarm, jęczy i skowycze! Przez moment mamy wrażenie, że jednak przygasa, ale ostatnie frazy albumu, to definitywnie grzmoty z całkiem niejasnego nieba.



 

Joëlle Léandre & Paul Lovens Off Course! (CD 2022). Joëlle Léandre – kontrabas i głos oraz Paul Lovens – perkusja, talerze i gongi. Dwie improwizacje zarejestrowane w maju 2013 roku, Le Temps du Corps, Paryż, 34 minuty.

Na osi czasy cofamy się o całą dekadę, by spotkać dwie kolejne legendy swobodnej improwizacji. Soczysty, paryski koncert francuskiej kontrabasistki i niemieckiego drummera, a nade wszystko perkusjonalisty, składa się z seta głównego i kilkuminutowego encore. Całość trwa niewiele ponad dwa kwadranse, z czego niemal trzy minuty, to oklaski wieńczące obie części koncertu. Na albumie mamy zatem tylko konkret – ani sekundy zbędnego dźwięku, a każdy z nich wart milion dolarów.

Otwarcie koncertu zdaje się być odrobinę lewitujące – delikatnie rozdygotany smyczek na gryfie kontrabasu i głębokie beats matowo brzmiącego zestawu perkusyjnego. Muzycy szukają energii do życia, klecą coś na kształt rytmu – z jednej strony rozśpiewany smyczek, z drugiej szyk narracji lepiony z drobnych, talerzowych szmerów i uderzeń – oba elementy jakże charakterystyczne dla estetyk obu artystów. Emocje rosną, choć pozostają pod kontrolą. Joëlle i Paul zgrabnie przechodzą do fazy preparacji, po czym, bez zbędnej zwłoki, budują nową opowieść – kontrabasistka zalotnie szarpie za struny, perkusista łapie drobnymi frazami wiatr w żagle. Gdy w okolicach 10 minuty Léandre zaczyna swój monolog wewnętrzny, atmosfera koncertu robi się niemalże barowa, aż słychać brzęk tłuczonego szkła. Przez moment efektownie rezonują talerze. Wystarczy jednak jeden ruch smyczka ku górze, by drummer ruszył żwawym, marszowym krokiem po kolejną porcję wrażeń. Narracja wpada w stan rozhuśtania – dwa kroki dynamicznie wprzód, skok w mrok i na odwrót. Smyczek szoruje struny, pałeczki perkusyjne sprawdzają jakość naciągów. Zaraz potem kolejna porcja preparacji, śpiew post-baroku, mały industrial na glazurze werbla. Finałowe trzy minuty seta zasadniczego, to już prawdziwe fajerwerki! Smyczek pracuje nisko, głos kontrabasistki pnie się go górze, feeria talerzowych ekspozycji błyszczy po nieboskłon. Wszystko to w ułamku sekundy eksploduje największą tego dnia kulminacją. Jeszcze tylko kilka wypowiedzianych słów i można śmiało przyjąć na twarz pierwszą tego wieczoru porcję rzęsistych oklasków.

Początek dogrywki smakuje post-jazzem – zajawka perkusyjnego rytmu i kilka miarowych szarpnięć za struny. Léandre dość szybko powraca do swojego ulubionego smyczka, a Lovens do szycia narracji plejadą drobnych, żywych, jakże rytmicznych fraz. Kilka rozhuśtanych pętli i muzycy przystępują do fazy zakończenia – smyczek ląduje na samym dole gryfu, na werblu szemrają tajemnicze przedmioty.



 

piątek, 2 lutego 2024

The January/ February’ Round-up: The Laws of William Bonney! Webster! Still Dancing! Standards Combustion! Brûlez les meubles! Lucifora! Ohlmeier & Klein! Kołodziejczyk & Mac! An-hoer! Dead Neanderthals!


Styczeń przeleciał w tempie Komety Haleya z turbodoładowaniem, wobec powyższego nasza ulubiona forma słownej interakcji, czyli comiesięczna zbiorówka świeżych recenzji płytowych, ujawnia się światu dopiero na początku kolejnego miesiąca. Cóż, nikt nie jest doskonały! Zapraszamy zatem na wydanie styczniowo-lutowe, które wcale nie wyklucza pojawienia się dodatkowej paczki recenzji pod koniec bieżącego miejsca. Bądźcie czujni!

Grudniową zbiorówkę rozpoczynaliśmy dwoma albumami holenderskich freaków spod ciemnej gwiazdy zwanej Dead Neanderthals. Dziś dla odmiany masywni, i jak zwykle groźni, Kokke i Aquarius tradycyjną ep-ką sylwestrową zakończą naszą opowieść. Nim to jednak nastąpi czeka nas ogląd pozostałych dziewięciu piorunujących realizacji, tych nieco bardziej skoncentrowanych na procesie improwizacji.

Zaczniemy amerykańsko-niemieckim kwartetem saksofonowym, który przez lata nagrywał na kaseciaku swoje nielegalne sesje, a teraz postanowił je niespodziewanie upublicznić. Potem czekają nas dwie swobodne improwizacje ze Zjednoczonego Królestwa, personalnie w niezwykle imponującej komitywie. W dalszej części zbiorówki duża porcja jazzu: francuskie, ogniste eksploracje klasyków free (Dark Tree Records powraca!), kanadyjski kwartet zrównoważonego post-fussion, dwa nagrania kategorii open wydane w Holandii – międzynarodowy kwartet i niemiecki duet, wreszcie duet krajowy, który zaczyna bardzo eksperymentalnie, ale kończy w jazzie. A nim załomocą wspomniani na wstępie Dead Neanderthals, czeka nas jeszcze zaskakująca historia elektroniczna ze słowem mówionym wprost z Gdańska.

So, welcome to heaven and hell of free improvisation!



 

Joachim Zoepf/ Stefan Keune/ Martin Speicher/ Jeffrey Morgan The Laws of William Bonney Saxophone Quartet 1993-2007 (Acheulian Handaxe Records, CD 2023)

Lokalizacje nieznane, 1993-2007: Stefan Keune – sopranino, saksofon tenorowy, Jeffrey Morgan – saksofon altowy, Martin Speicher – sopranino, saksofon altowy oraz Joachim Zoepf – saksofon sopranowy, barytowy. Jedenaście improwizacji, 46 minut.

Czterech saksofonistów, trzech Niemców i Amerykanin, przez kilkanaście lat okazjonalnie improwizowało w warunkach domowych, a jeden z nich – ten najmłodszy, Stefan Keune - rejestrował owe dzikie sesje na magnetofonie kasetowym. Przyjęli nazwę, która jest prawdziwym nazwiskiem znanej postaci świata masowej rozrywki, czyli Billa The Kida. Po latach odkryli owe taśmy i postanowili je wydać. Nagrania mają chwilami sub-doskonałe, wręcz punkowe brzmienie, zwłaszcza te najstarsze, sycą się wszakże gigantycznymi emocjami i są na tyle wyśmienite, iż bez trudu trafiły na naszą listę 50 powodów, dla których warto było zapamiętać rok ubiegły.

W wielu utworach tego wspominkowego albumu, zwłaszcza tych najstarszych, dominują brzmienia najlżejszych saksofonów (sopranino i sopranowego), których szczebioty, krzyki i post-melodyjne zaśpiewy generują niebywałe porcje ekspresji. Kwartet startuje z pozycji free jazzu, ucieka w zakamarki swobodnej improwizacji, ale tez bez trudu łapie też kameralny oddech. Bywa, że każdy z saksofonistów pracuje tu w innym tempie, prezentuje odmienny temperament, stosuje inne techniki artykulacji, także te rozszerzone, ale ich ekspozycje zawsze znajdują wspólny mianownik. W secie nagrań z roku 1993 najciekawiej wypada trzeci utwór, w trakcie którego muzycy odbywają długą podróż od mrocznych preparacji po wrzask free jazzu, czasami przyjmując formę efektownego, ptasiego wielogłosu. Nagrania z lat 1998 i 2006, to raczej krótsze formy, czasami sprawiające wrażenie ekstraktów z większych ekspozycji. By nasycić ucho dłuższymi formami sięgać trzeba po dwie końcowe improwizacje z roku 2007, które zdają się stanowić crème de la crème całego albumu. Muzycy powściągają tu swoją ekspresję, koncertują się na budowaniu mrocznego klimatu post-egzystencjalnej zadumy.



 

Colin Webster Textural Studies (A New Wave Of Jazz, LP/DL 2023)

Oude Klooster, Brecht, Belgia, luty 2023: Colin Webster – saksofon altowy. Dwanaście improwizacji, 34 minuty.

Nasz ulubiony brytyjski saksofonista popełnił już wiele płyt solowych. Grywał na nich zarówno na barytonie, jak alcie, i wydaje się, że zeksplorował wszystkie dostępne światu techniki preparacji instrumentu dętego, drewnianego. W najnowszych studiach nad teksturą dźwięku – tu altowego – muzyk stawia na pewną dramaturgiczną prostotę. Webster nie tyle pracuje tu nad brzmieniem, ile bawi się formą. A efekt jest co najmniej doskonały.

Pierwsza i czwarta improwizacja, to zdaje się ta sama bajka – zwierzęcy ryk saksofonu na gęstym pogłosie, konsumujący mięsisty wydech i chwile strwożonej ciszy. W drugiej opowieści narracja dla odmiany sprawia wrażenie niezwykle lekkiej, niczym łabędzi śpiew o poranku, formując się w dron sycony oddechem cyrkulacyjnym. W trzeciej części tańczą gołe dysze, zaś w piątej znów wita nas oddychający, tu nieco melodyjny dron. W kolejnych odsłonach słyszymy świt zimnego powietrza dobywający się przez dziurkę od klucza i syrenę statku parowego - rodzaj leniwego drona w wysokim rejestrze, który łapie rezonans. W części ósmej muzyk zbliża do granicy hałasu, kreując niemal folkowo brzmiący skowyt. W kolejnych utworach dostajemy rezonującą porcję melodii, rodzaj ceremonialnej zabawy w dźwięk i ciszę, wreszcie dronową post-kołysankę, która przypomina borowanie zęba. Finałowa, dwunasta improwizacja także przyjmuje formę drona – tu definitywnie pożegnalnego, tęskliwego, rozkołysanego, ale nie sennego.



 

Kraabel/ Reed/ Thompson Still Dancing (Empty Birdcage Records, CD 2023)

Iklectik, Londyn, maj 2019: Caroline Kraabel – saksofon altowy, głos, szuranie po podłodze (surface sounds), Max Reed – taniec, głos, surface sounds oraz Daniel Thompson – gitara akustyczna. Dwie improwizacje, 52 minuty.

Wciąż tańcząc, to performatywny spektakl na oszczędne dźwięki saksofonu i gitary, dźwięki przesuwania stóp pod podłodze, wreszcie okazjonalnie używane głosy ludzkie. Definitywnie nieprzeładowany ekspresją, budujący wątki narracyjne, które szybko tracą żywot, skupiony na nieco teatralnym kreowaniu sytuacji dramaturgicznej. Być może ów koncert (bez publiczności?) byłby ciekawszy, gdyby można go było zobaczyć. Dyktat minimalizmu zaprzysiężony przez artystów powoduje też, iż słuchacz preferujący instrumentalne, silniej interakcyjne improwizacje może się czuć w takim środowisku akustycznym nieco znużony.  

Pierwsza improwizacja trwa dwanaście minut, w trakcie których zjawisko wartkiej akcji zdaje się nie występować. Momenty, w których gitara inicjuje repetycją bardziej aktywne działania, a saksofon śle na raz więcej niż jeden wydech należą tu do rzadkości. Gdy takie sytuacje mają jednak miejsce poziom naszego zadowolenia z odsłuchu zdecydowanie rośnie. Rola tancerza, performera, który interferuje z podłożem stanowi tu tło i nie wydaje się kreować specjalnych interakcji z dźwiękami instrumentalnymi. W trakcie drugiej, prawie 40 minutowej opowieści schemat jest podobny. Dominują krótkie frazy, zdania urywane w pół słowa i dźwięki ginące w ciszy. Muzycy sprawiają wrażenie, jakby dobrze czuli się w swoim towarzystwie, ale to, co trafia do uszu słuchacza wydaje się być ledwie namiastką akcji dramaturgicznej. Narracja często osiąga tu poziom ciszy (choćby w 12 minucie), ale miewa też fazy bardziej intrygujących spiętrzeń. Choćby tych kilka chwil po 30 minucie, które śmiało możemy uznać za najciekawszy moment spektaklu. Samo zakończenie także dostarcza kilku instrumentalnych akcji w duecie gitara-saksofon. Z kolei ostatnia prosta usłana jest dźwiękami stóp przemieszczających się po podłodze otwartej przestrzeni Iklectik.



 

Daunik Lazro/ Benjamin Duboc/ Mathieu Bec Standards Combustion (Dark Tree Records, CD 2023)

Les Instants Chavirés, Montreuil, Francja, listopad 2022: Daunik Lazro – saksofon tenorowy, Benjamin Duboc kontrabas oraz Mathieu Bec – perkusja. Dziewięć kompozycji (Ayler, Lacy, Shorter, Coltrane, Lazro i dwie wspólne tria), 42 minuty.

Z radością odnotowujemy powrót do świata żywych naszego ulubionego francuskiego labelu, a nasze szczęście jest tym większe, iż na zgrabnym, kompaktowym dysku odnajdujemy mocarzy francuskiego free impro i post-jazzu, Lazro i Duboca, tu muzykujących z wyjątkowo bystrym drummerem Bec’iem. Okazja spotkania jest definitywnie koncertowa, a na warsztacie muzyków wspaniałe evergreeny amerykańskiego free jazzu (z drobnym uzupełnieniem w postaci twórczości własnej Francuzów)! Dodajmy jeszcze, iż Lazro gra tu na saksofonie tenorowym (zwykliśmy go słuchać na barytonowym), a czyni to z gracją młodzieńca, któremu jakże daleko do prawie osiemdziesięciu wiosen, jakie ma obecnie francuski saksofonista.

Album otwiera nieśmiertelne Ghosts Aylera. Saksofon zdaje się tu być wyjątkowo rozśpiewany, a wtóruje mu matowo brzmiąca sekcja rytmu, która ma także kilka chwil tylko dla siebie. Na drugi strzał nerwowa post-ballada Lacy’ego Deadline. Odnotujmy w niej akcję na smyczku oraz świetną robotę drummera. Kolejny Ayler, to Mothers, który płynie tu rozhuśtaną sekcją i nad wyraz nostalgicznym saksofonem. Świetnie improwizuje Lazro, choć zdaje się, że pracuje na wdechu. Nefertiti Shortera grane jest wyważonym, marszowym krokiem. Temat wraz z saksofonem śpiewa także smyczek. W wydaniu francuskim, to wyjątkowo cool-jazzowa jazda. W dalszej kolejności kompozycja Lazro, która dodaje albumowi niespodziewanie kameralny, by nie rzec post-barokowy sznyt. Płytę uzupełniają dwa dynamiczne, niemal polirytmiczne utwory podpisane przez trójkę Francuzów oraz dwa klasyki Coltrane’a. Vigil grany jest jedynie w duecie, bez kontrabasu, z kolei Love pięknie reasumuje ów smakowity album - melodyjny saksofon osadzony tu został na wyjątkowo gęstym brzmieniu kontrabasu.

 


Brûlez les meubles Crayonnage (Circum-Disc, CD 2024)

Miejsce nieznane, luty 2023: Louis Beaudoin-de la Sablonnière – gitara, Éric Normand – bas elektryczny, Jonathan Huard – wibrafon oraz Tom Jacques – perkusja. Dwanaście utworów, 62 minuty.

Z formacją z Quebecu spotykaliśmy się na ogół w formule gitara-bas-perkusja, teraz dostajemy dodatkowo wibrafon, który wnosi do stonowanego post-fussion Kanadyjczyków element twórczego fermentu i okazjonalnie zaskakująco mroczne brzmienia. Album zdecydowanie dedykujemy słuchaczom usytuowanym bliżej jazzu środka, ale z dużą przyjemnością wskażemy poniżej fragmenty, które warte są zainteresowania również bardziej wymagającej publiki.

Na płycie odnajdujemy dziesięć rozbudowanych kompozycji i dwie niespełna minutowe, bardzo melodyjne miniatury. Dramaturgia całości zdaje się opierać na intrygującym początku (trzy pierwsze części), rozkołysanej, wręcz balladowej części środkowej, która śmiało mogłaby być poddana działaniu edytorskiego skalpela i najbardziej wartościowej części końcowej (ostatnie cztery części z wyłączeniem awizowanej miniatury), która nie szczędzi nam psycho-rockowych akcji i niebanalnych zdarzeń dźwiękowych. We wspomnianych utworach otwarcia podobać się może swoboda budowania narracji, pewna programowa niespieszność, melodyka gitary, precyzja basowych pętli narracyjnych, oniryczne plamy wibrafonu i łamane metra perkusji. Z kolei w utworach zawartych w drugiej części albumu docenić należy pewną gatunkową różnorodność, której stymulantem jest nade wszystko gitarzysta. Słyszymy dalekie echa americany, posmak bluesa, rozpylane w każdym zakamarku narracji ślady psychodelii i rockowego anturażu. Udanym podsumowaniem albumu jest najdłuższa, ostatnia część - od posmaku lekkiej kwasowości, porcje pogłosu i wibrafonowej nostalgii po prawdziwie rockowe emocje w trakcie dynamicznej finalizacji.

 


Salvoandrea Lucifora Quartet Drifters (TryTone Records, CD 2023)

Wisselord Studio1, Amsterdam, grudzień 2022: Marta Warelis – fortepian, Omer Govern – kontrabas, Marcos Baggiani – perkusja oraz Salvoandrea Lucifora – puzon, kompozycje. Dwa utwory, 55 minut.

Przed nami definitywnie międzynarodowy, ale jakże amsterdamski kwartet z udziałem m.in. naszej ulubionej polskiej pianistki, a także włoskiego puzonisty, którego świetnie pamiętamy z kwartetu Light Machina, a który jest tu szefem przedsięwzięcia. Rządzi w obszarze podmiotu wykonawczego, jest też autorem długich, interesująco rozbudowanych, silnie jazzowych opowieści. Na albumie kwartetu dzieje się wiele, ale też sporo jest konserwacją kompozytorskiej notyfikacji.

Pierwszy utwór trwa dwa kwadranse, drugi jest ledwie o kilka minut krótszy. W rolę introduktorki pieśni otwarcia wciela się pianistka. Reszta muzyków dołącza po dwóch minutach i wspólnie kreują swobodny open jazz bez pretensji do błądzenia po zakamarkach notyfikacji. Narracja prowadzona jest bardzo precyzyjnie, skrzy się zwinną dramaturgią, na etapie rozwinięcia nie szczędzi nam akcji w podgrupach. Pośród duetów szczególnie podobać się może dynamiczna akcja puzonu i perkusji. Nie mniej ciekawe jest trio bez puzonu, które sugeruje free jazz, ale ostatecznie ucieka w umiarkowanie mroczną opowieść spuentowaną solową ekspozycją pianistki. Druga narracja startuje na gryfie kontrabasu i dość szybko osiąga stadium całkiem energetycznej opowieści. Pojawienie się smyczka nadaje jej nieco kameralnego, czy nawet post-klasycznego sznytu. Tu opowieść ma dwa punkty przystankowe. Po pierwszym z nich artyści szukają harmonii i melodii, nawet pewnej taneczności, po drugim uciekają w otchłań dźwięków preparowanych, długich, posuwistych, szemrzących fraz. Album wieńczy wątek post-balladowy, znów doposażony w adekwatną porcję melodyki.



 

Lothar Ohlmeier & Tobias Klein Left Side Right (TryTone Records, CD 2024)

Berlin, 2022: Lothar Ohlmeier – klarnet basowy, saksofon tenorowy oraz Tobias Klein – klarnet basowy, saksofon altowy. Pięć improwizacji, 52 minuty.

Dęty front kwartetu Dalgoo, który znamy z koncertu w poznańskim Dragonie, prezentuje się tu w rozbudowanej ekspozycji duetowej na dwa klarnety basowe i nieco rzadziej wykorzystywane saksofony. Swobodne improwizacje, nieśpieszne, bazujące na jazzowym timingu, skoncentrowane na klarownym brzmieniu instrumentów i artyści sięgający po tzw. techniki rozszerzone ledwie w kilku mniej kluczowych momentach spektaklu. Sporo zadumy, pewnej pokoleniowej refleksji i po prostu ładnych dźwięków.

Trzy pierwsze improwizacje trwają po kilkanaście minut, być może są odrobinę przegadane, ale dzięki temu ich klimat pozostaje z nami na dłużej. Z kolei dwie końcowe, to łącznie ledwie siedem minut z sekundami. Pierwsza, trzecia i czwarta improwizacja, to dialog dwóch klarnetów basowych. Garść półsłówek, ale i morze długich, niemal dronowych ekspozycji. Spokój, melodia, rodzaj egzystencjalnej refleksji. Czasami akcja przypomina dwa leniwe słonie opalające się w słońcu, innym razem artyści brną na nisko ugiętych kolach przez gęste zarośla. W drugiej z klarnetowych opowieści pojawia się więcej nerwowych ruchów, trochę preparowanych fraz, ale i urokliwa, zwiewna taneczność. Puenta tej historii jest jednak mroczna, na poły kameralna. W ostatniej z klarnetowych części narracja zdaje się być wyjątkowo spokojna, a muzycy zrelaksowani. W trakcie drugiego utworu na płycie muzycy korzystają z saksofonów. Poruszają się dość żwawo, nie szczędząc nam kąśliwych uśmiechów i interakcji godnych miana free jazzowych. Finałowa koda trwa niewiele ponad dwie minuty i dla odmiany stanowi rozmowę klarnetu basowego z saksofonem. Tu tempo wydaje się być dość dziarskie, a miny artystów dalece roześmiane.

 


Malwina Kołodziejczyk & Sebastian Mac Wanderlust (Scatter Archive, DL 2023)

Quality Studio, Warszawa, październik 2022: Malwina Kołodziejczyk – saksofon, elektronika oraz Sebastian Mac – gitara elektryczna. Siedem improwizacji, 33 minuty.

Improwizowane spotkanie artystów związanych m.in. z Cracow Improvisers Orchestra zaczyna się w sposób bardziej niż intrygujący. Preparowany saksofon wspierany przez elektronikę i gitara swobodnie tańcząca na pick-up’ach tworzą narrację bogatą w dźwiękowe niespodzianki, nie stroniącą od medytacji budowanej powtarzanymi frazami instrumentu strunowego. W kolejnej odsłonie po stronie gitarzysty pojawiają się akcenty percussion, z kolei saksofonistka pogłębia swoje preparacje, znajdując w przestrzeni ustnika miejsce na dźwięki gardłowe. Opowieść płynie tu wysokim wzgórzem, a gitara szuka oparcia w rytmie.

Trzecia historia rodzi się w chmurze szumów, szmerów, dźwięków równie hydraulicznych, jak mechanicznych. Pracują saksofonowe dysze, skwierczą gitarowe przetworniki. Nagle w połowie improwizacji dostajemy się w smugę czystych fraz obu instrumentalistów, a opowieść zdecydowanie obiera kierunek na jazz! W kolejnych utworach artyści serwują nam intrygujące otwarcia, po czym, głównie z woli gitarzysty, przenoszą nas w obszar szeroko pojętego, improwizowanego jazzu. Piąty utwór przypomina piosenkę z tekstem, choć bez śpiewu, a kolejny, niespełna minutowy, zdaje się być pełnokrwistą eksplozją fire music. Spory dysonans niesie pieśń zamknięcia. Tu gitarowe sekwencje zostają skonfrontowane z rytmiczną, ale dość inwazyjną elektroniką. Jedynym ratunkiem dla gitarzysty staje się tedy … podsycona synkopą repetycja.



 

An-hoer Sepr.online.works (Kolokpo Records, LP 2023)

Gdańsk, czas nieznany: An-hoer (Wojciech Unterschuetz, Piotr Bratoszewski – wszelkie dźwięki elektroniczne, zapewne także głosy) oraz goście: Paweł Szamburski – bęben (A1), Adam Wika - akordeon, slide bass (A2), Piotr Żakowiecki - wokal (A2), Maria Bagińska - wokal (B1). Osiem utworów, 43 minuty.

W ramach kontynuacji wątków krajowych zapraszamy na … słuchowisko radiowe. Bazą muzyczną jest tu elektronika w dalece przyswajalnym, równie mrocznym, jak melodyjnym wydaniu. W jej otoczeniu pojawia się słowo mówione, które zdaje się pełnić rolę istotnego elementu dramaturgicznego. Recytacja w języku ukraińskim (?) oraz cytaty z Ericha Marii Remarque’a i Leszka Szumana, to definitywnie intrygujące punkty zapalne na ośmiotrakowym albumie. Sama ścieżka dźwiękowa raczej na to miano nie zasługuje, przynajmniej z punktu widzenia medium skoncentrowanego na muzyce improwizowanej.

Sam początek obiecuje wiele. Dubowo brzmiący rytm wybijany na akustycznym bębnie udanie prowadzi szczątkowe frazy strunowe, jakby doprawione odrobiną prądu. W drugiej części mamy ów domniemany język ukraiński i dość rozbudowane instrumentarium w postaci basu, akordeonu i syntezatorów. Pierwszą stronę żółtego winyla uzupełnia piosenka z wokalem w łagodnej estetce post-electro oraz długa ekspozycja elektroniczna, której głównym zdaniem jest chyba dotarcie do dwudziestej minuty na stronie. Po przewróceniu krążka na drugą stronę dostajemy się w strefę oddziaływania tekstu Remarque’a, który podany jest kobiecym głosem, a zlustrowany wojennie brzmiącą elektroniką. Kolejna część jest instrumentalna, a jej głównym daniem frazy przypominające piano. Zaraz potem cytat z Życia po śmierci, doposażony niepokojącym, nerwowym backgroundem fonicznym. Album domyka krótka koda w formie szemranego ambientu.



 

Dead Neanderthals Ordo Dracul Demo (Bandcamp’ self-released, Kaseta/DL 2023)

White Noise Studio, Nijmegen, czas nieznany: Otto Kokke – syntezator, Rene Aquarius – perkusja oraz Marlon Wolterink – bas. Dwa utwory, 21 minut.

Słowo się rzekło, zatem na koniec wielkie boom! Nasi konceptualni, meta jazzowi post-punkowcy od pewnego czasu gustują w muzykowaniu z udziałem gościa. Tym razem w tej roli ich … stały producent, który w rękach dzierży masywną basówkę. Dwie petardy w umiarkowanie szybkim tempie i o umiarkowanie brudnym brzmieniu trwają tu dokładnie po 10 minut i 39 sekund (w kraju Dead Neanderthals nic nie jest pozostawione przypadkowi) i wypełniają dwie strony kasety. Ep-ka w pliku jak zawsze udostępniona została w ostatni dzień roku za darmo, a za wspomnianą kasetę trzeba było zapłacić pół euro (czas przeszły dokonany, nakład wyczerpał się niemal natychmiastowo!).

Sytuacja dramaturgiczna jest tu następująca - rockowe metrum cztery na cztery, delikatnie siarczyste brzmienie basu, który też krwawi rockiem i syntezator wyposażony w pewną ulotną, jak zwykle dość czerstwą, falującą melodykę. W połowie utworu następuje krótkie interludium z samotnym syntezatorem. Po restarcie linia basu wydaje się być delikatnie zmodyfikowana, po czym wraca do stanu początkowego. Drugi utwór jest wolniejszy, przypomina melodyjny i nieco … przyspieszony doom metal. Prosta figura rytmiczna basu, równie nieskomplikowany step perkusji i kolejna porcja melodyki syntezowa, tym razem jakby odrobinę bardziej molowa. W dalszej części nasze zasłuchane w jednostajny rytm uszy zdają się słyszeć drobne spowolnienie, może także dramaturgiczne ugięcie kolan. Nagranie kończy się prawdziwą burzą z piorunami i rzęsistą ulewą. To wszystko dzieje się wszakże po całkowitym wygaszeniu strumienia dźwiękowego.