Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Liudas Mockūnas. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Liudas Mockūnas. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 25 lutego 2025

Agustí Fernández celebrates ‘70 by Aesthetic of Prisms!


Wybitny kataloński pianista Agustí Fernández dziewiętnastego grudnia ubiegłego roku obchodził 70 urodziny i dokładnie tego samego dnia, w dalekiej Polsce, ukazał się siedmiopłytowy box z jego najnowszymi nagraniami. Zwie się Aesthetic of Prisms i przynosi mnóstwo wspaniałej muzyki improwizowanej, i tyleż radości z jej wielogodzinnego odsłuchu.

Zebrane nagrania pochodzą z lat 2019-2024 (dominują sety z ostatnich dwóch lat), zawierają rejestracje zarówno studyjne, jak i koncertowe, a w roli partnerów zacnego jubilata występują: brytyjski kontrabasista Barry Guy i jego rodak, saksofonista John Butcher, norweski saksofonista i trębacz Torben Snekkestad, litewski saksofonista Liudas Mockūnas, słoweński perkusjonalista Zlatko Kaučič oraz rodzimi z punktu widzenia jubilata – pianistka Jordina Millà, perkusistka Lucia Martínez i saksofonista Don Malfon.



 

Box Aesthetic of Prisms zawiera trzy nagrania poczynione przez Agustí Fernándeza ze swoim muzycznym bratem, kontrabasistą Barry Guyem. Ich studyjne spotkanie duetowe w całości wypełnia pierwszy dysk zestawu. Panowie mają za sobą mnóstwo wspólnych rejestracji w najprzeróżniejszych formacjach, także dwuosobowych, znają się doskonale, ale wciąż potrafią wzajemnie zaskakiwać. Album Blue Rose zdaje się być usłany takimi właśnie zaskoczeniami. Jego pierwsza połowa, to niewyczerpalne pokłady dynamiki i ekspresji ze strony obu artystów. W szranki temperamentnej improwizacji staje kolosalna siła fortepianu, niezależnie, czy traktowanego wprost z klawiatury, czy jego gołych strun i takaż moc kontrabasu, który w trybie arco bywa równie agresywny i mięsisty, jak w trybie pizzicato. Na każdym kroku muzyków rozpiera kreatywność i radość ze wspólnego muzykowania. Nie sposób nie zauważyć, iż szczególnie wiele dzieje się tu na klawiaturze fortepianu, a także bez udziału kontrabasowego smyczka. Pierwsze chwile ukojenie przynosi dopiero szósta improwizacja. W kolejnych trzech muzycy ponownie wystawiają pazury artystycznej drapieżności, by ostatecznie wystudzić emocje w końcowej improwizacji, uformowanej w wyrazistą balladę.

Nagranie Live in Barcelona, pomieszczone na drugim dysku, to spotkanie pianisty z saksofonistami. Pierwszy z nich, John Butcher, to legenda gatunku, muzyk z tego samego rocznika, co Fernandez, ten drugi, Don Malfon, młodszy o ponad dwie dekady, nie występuje tu w roli aspiranta, bez trudu udowadnia, iż przypisywanie mu roli jednego z najciekawszych twórców współczesnej sceny muzyki improwizowanej jest dalece uzasadnione. Większość improwizacji bazuje na dźwiękach preparowanych Malfona i frazach Butchera, który umiejętnie wykorzystuje całą fizykę saksofonowej tuby i metalowego korpusu. Pianista zdaje się przyjmować rolę demiurga, która dba o dramaturgię, kierunkuje narrację, podpowiada tropy. Muzycy chętnie wpadają w szpony free jazzu, świetnie panują nad ekspresją i są niebywale precyzyjni. Okazjonalnie Malfon frazuje czystym tembrem i jest wtedy doskonałym partnerem dla podobnie zachowującego się Butchera. W szóstej części saksofoniści prowadzą ekscytujący dialog bez wsparcia pianisty. Ten ostatni ma tylko dla siebie kolejną odsłonę, gdy zanurzony w pudle rezonansowym piana dokonuje samych cudów. Szczególnie ciekawą dramaturgię ma ostatni utwór. Zaczyna go Malfon, potem dołącza Butcher, a wejście Fernándeza stanowi wspaniałą reasumpcję.

Studyjny album Ritual z udziałem perkusistki Lucíi Martínez jest najstarszym nagraniem w zestawie i przy okazji najdłuższym. Na jego starcie artyści pokonują intrygującą drogę od post-klasyki do ognistego free jazzu. W kolejnych improwizacjach udowadniają, iż razem są w stanie podążać każdym szlakiem, zawsze dostarczając odpowiednią jakość. Gdy wspólnie preparują swoje instrumenty, bywa, że fortepian staje się perkusją, a glazura werbla potrafi śpiewać. Po pasażach pełnych soczystej ekspresji, artyści lubią na moment zanurzyć się w post-jazowej balladzie, ale traktują ją jedynie jako dysonujące interludium, tudzież sadowią w roli albumowego resume. Atrybutem ich kreacji jest równie często hałas, jak i mroczna cisza. Ich opowieść trwa aż pięć kwadransów, ale nie znajdziemy w ich trakcie ani jednego momentu, który przestałby intrygować.

Czwarty dysk, to Live in Oslo, nagranie z udziałem Torbena Snekkestada (saksofony, trąbka) i Barry Guya (kontrabas). To trio ma w dorobku dwa albumy, a także kilka improwizacji zamieszczonych na wielopakach zawierających muzykę z krakowskich rezydencji formacji Blue Shroud Band, która dała triu artystyczne życie. Tu słuchamy dwóch koncertów ze stolicy Norwegii, które na osi czasu dzielą dwa lata. Pierwszy rozpoczyna się w klimatach open jazzowych, potem toczy się w estetyce kameralnej (nie bez intrygujących preparacji), a nawet post-klasycznej (szczególnie na klawiaturze fortepianu), by w decydującej fazie przeobrazić się w imponującą, free jazzową kulminację (z zadziornym saksofonem sopranowym). Drugi koncert rodzi się w aurze nerwowej filigranowości. Nim opowieść nabierze odpowiedniej intensywności, lepi się z drobnych, kameralnych epizodów. W fazie rozwinięcia muzycy tanecznym krokiem, pełni free jazzowej waleczności, z błyskiem geniuszu osiągają ogniste zakończenie. Nie byliby jednak sobą, gdyby w drodze na szczyt nie popełnili post-jazzowej ballady. 




Piąty album w boxie, zatytułowany Four Hands, to ekscytujące zwarcie dwóch fortepianów (przy drugim z nich Jordina Millà), których zakres działania został określony bardzo szeroko – klawiatura na cztery ręce, inside, prepared and expanded piano. Początek nagrania jest bardzo delikatny, przypomina soundtrack do filmu baletowego. Potem spod klawiszowej narracji zaczynają wydobywać się dźwięki preparowane, niczym robactwo wypełzające z mułu bagiennego. W trakcie kolejnych opowieści artyści prezentują niebywale bogate spektrum dźwiękowe. Bywa, że akcje inside piano realizują wspólnie (jak w części drugiej), bywa, że dają się ponieść ekspresji soczystego free jazzu (w piątej, czy siódmej), ale najpiękniej jest wtedy, gdy obie te estetyki lepią w jedną strugę dźwiękowych wspaniałości, sycąc narrację porcjami fonii, których procesu powstawania nie jesteśmy sobie w stanie zwizualizować. W odsłonach czwartej i szóstej lądujemy na samym dnie pudel rezonansowych, gdzie króluje minimalistyczny rezonans. W ostatnich dwóch opowieściach pojawiają się kolejne wątki – stukające młoteczki, drżący stelaż utrzymujący w razach struny, czy trzeszczące obudowy instrumentów.

Kolejny w zestawie koncert pochodzi z Austrii, zwie się adekwatnie do miejsca rejestracji Live in Glanegg, a firmuje go trio, które, obok bohatera jubileuszowego boxu, współtworzą Barry Guy na kontrabas i Zlatko Kaučič na perkusji i instrumentach perkusyjnych. Nagranie estetyką i faktem wykorzystania trzech kompozycji Fernándeza definitywnie nawiązuje do dokonań tria Aurora (tam perkusistą był Ramon Lopez). W pozostałych fragmentach koncertu artyści prezentują trzy swobodne improwizacje, a całość łączą w jeden strumień smakowitych dźwięków. Koncert otwiera improwizacja, ale jej melodyjny posmak od razu przywołuje w pamięci nagrania tria Aurora. Nerwowy, kompulsywny drive perkusisty sprawia jednak, iż blask dawnej formacji urokliwe tonie w ogniu freejazzowych zagrywek. Muzycy mają także mnóstwo czasu na kameralne interwały, ale temperament gna ich przed siebie. Parzyste utwory, czyli kompozycje, z których dwie pierwsze pochodzą z debiutanckiej płyty tria Aurora, budują klimat nostalgicznej ballady. Pięknie rozwijane w improwizacje powracają do tematu utworu dopiero w zgrabnie skonstruowanej kodzie. Pozostałe dwa improwizowane epizody także niosą ze sobą mnóstwo śmiałych i zaskakujących akcji. Trzecia część koncertu mieni się plejadą preparowanych fraz realizowanych na imponującej dynamice, z kolei piąta sięga po filigranowe, rozedrgane, postrzępione dźwięki, które z czasem formują się we free jazzowy tygiel emocji.

Urodzinowy box wieńczy studyjna rejestracja, zatytułowana Neris, nagrana w Wilnie w towarzystwie Liudasa Mockūnasa, który korzysta z sopranino, saksofonu sopranowego, tenorowego i basowego. Godzinny album zawiera trzynaście krótkich, doskonale skonstruowanych improwizacji. Muzycy wspinają się tu na szczyty kreatywności i wrażliwości artystycznej, prezentując nagranie, które samo mógłby być rozwinięte w wielkopłytowy box urodzinowy i budziłoby zachwyt każdą swoją sekundą. Ideą tej szalonej improwizacji jest ciągła zmiana – Agustí zdolny jest wykorzystywać każdą część swego instrumentarium, a metody frazowania zmieniać raz na kilkadziesiąt sekund. Liudas czyni to samo, mając do dyspozycji aż cztery saksofony. Pierwsza faza płyty zdaje się być generowana tuż nad podłogą. Saksofon basowy wchodzi w zwarcia zarówno z czarną częścią klawiatury, jak i drżącymi strunami. Muzycy sprawiają wrażenie spokojnych, ale wystarczy jedno spojrzenie, by tonęli w mule post-industrialu lub tańczyli niesieni freejazzowym ogniem. W środkowej części albumu Liudas chętnie korzysta z lżejszych odmian saksofonu. W tej fazie szczególnie zachwyca część szósta (drony formujące się efektowne crescendo) i siódma (masywne inside piano w opozycji do delikatnego sopranino). Saksofon basowy powraca w końcowej części albumu, ale tu dominują akcje saksofonu tenorowego i sopranowego, także w formie czysto fazowanych melodii, efektownie wspieranych rozgrzaną klawiaturą fortepianu. Finałowa post-jazzowa ballada niesie ukojenie, ale pod jej skórą czai się brud, który tak bardzo kochamy.  


Agustí Fernández @70 Aesthetic of Prisms (FSR Records, 7CD 2024)

CD1: Blue Rose (+ Barry Guy – kontrabas). Dziesięć utworów, 46 min, luty 2024, Estudi Rosazul, Barcelona. CD2: Live in Barcelona (+ Don Malfon, John Butcher – saksofony). Dziewięć utworów, 48 min, październik 2023, Nota79, Barcelona. CD3: Ritual (+ Lucía Martínez – perkusja, instrumenty perkusyjne, głos). Jedenaście utworów, 76 min, czerwiec 2019, Bonello Studio, Berlin. CD4: Live in Oslo (+ Torben Snekkestad – saksofony, trąbka, Barry Guy – kontrabas). Dwa utwory, 57 min, sierpień 2024, Blow Out Festival - MIR, Oslo (1), październik 2022, Nasjonal Jazzscene Viktoria, Oslo (2). CD5: Four Hands (+ Jordina Millà – klawiatura na cztery ręce, inside, prepared and expanded piano). Dziewięć utworów, 50 min, lipiec 2024, Estudi Rosazul, Barcelona. CD6: Live in Glanegg (+ Barry Guy – kontrabas, Zlatko Kaučič – perkusja, instrumenty perkusyjne). Sześć utworów, 49 min, lipiec 2023, Glanegg, Austria. CD7: Neris (+ Liudas Mockūnas - sopranino, saksofon sopranowy, tenorowy, basowy). Trzynaście utworów, 61 min, czerwiec 2024, MAMA Studios, Vilnius.


*) niniejszy tekst powstał na potrzeby portlau Jazzarium.pl i tamże został pierwotnie opublikowany


 

wtorek, 5 stycznia 2021

Nate Wooley in the triple edition! Seven Storey Mountain! NOX! Icepick!


W ostatni dzień paskudnego roku 2020 Trybuna Muzyki Spontanicznej wylistowała 66 powodów, dla których – mimo wszystko! – warto ów dwunastomiesięczny period zapamiętać! Na liście wyróżnionych płyt znalazły się trzy, w których udział sprawczy pewnego amerykańskiego trębacza był więcej niż kluczowy.

Albumy te nie zostały dotychczas zrecenzowane (czas Pana Redaktora nie jest z gumy!), zatem dziś nadrabiamy tę drobną, acz jakże istotną zaległość i zapraszamy na odczyt, tudzież odsłuch trzech doskonałych płyt Nate’a Wooleya. Pierwsza, to jego autorski, rzecz można flagowy projekt, czyli szalona koncepcja Seven Storey Mountain*). Zaraz potem pewien litewski, jednorazowy kwartet, a na koniec trio, które nie gra ze sobą zbyt często, ale mimo to, możemy już cieszyć się jego trzecią płytą.

 


Nate Wooley  Seven Storey Mountain VI (Pyroclastic Records, CD 2020)

Pod koniec listopada 2019 roku, w miejscu zwanym Oktaven Audio, Nate Wooley (trąbka, amplifikator, kompozycja) zebrał trzynastu muzyków, by wykonali szóstą edycję jego Siedmiopiętrowej Góry. Oto oni: Samara Lubelski oraz C. Spencer Yeh (skrzypce), Chris Corsano, Ben Hall oraz Ryan Sawyer (perkusje), Susan Alcorn (pedal steel guitar), Julien Desprez oraz Ava Mendoza (gitary elektryczne), Isabelle O’Connell oraz Emily Manzo (instrumenty klawiszowe), Yoon Sun Choi, Mellissa Hughes oraz Megan Schubert (głosy). Szósta edycja Seven Storey Mountain, to tradycyjnie jeden trak, który zaczyna się w ciszy i tamże kończy swą podróż, po drodze ryjąc nam berety emocjami rzadko spotykanymi na niwie muzyki improwizowanej. Trwa 45 minut i jedną sekundę.

Ceremonia otwarcia spektaklu przypada w udziale chórowi kobiecych głosów. Panie mruczą melodyjnie, niczym feministyczny odłam zakonu krzyżackiego, który za moment wyruszy na meta religijne, wojenne łowy. W roli skromnego akompaniamentu frazy z gitary. W tle zaczyna się jednak rodzić życie dużego, orkiestrowego potwora. Samo zło zdaje się iść od strony elektroakustycznych świergotów, mikro przesterów i plastrów ambientu. Pojawia się piano i akcenty perkusjonalne, ale sama podróż, jak na razie, odbywa się we względnej harmonii, w dość łagodnej tonacji. Po wybiciu 7 minuty szczoteczki rozbudowanej sekcji perkusyjnej zaczynają kreować pewien rodzaj dynamiki. Atmosfera wokół nich zaczyna robić się coraz bardziej nerwowa. Efekt wzmacniają pierwsze pasaże z keyboardów, które snują wątki niemal fussion-jazzowe, ale bez eskalowania poziomu głośności. Narracja krok po kroku zaczyna wspinać się na Siedmiopiętrową Górę. Żmudna to, ale efektowna wspinaczka. O emocje dbają przede wszystkim skrzypce i gitary, wyposażone w dużą moc energii elektrycznej i adekwatny pogłos. Opowieść nabiera kwasowości i posmaku niemal transowej psychodelii. Wielobarwny kalejdoskop dźwięków, jednak nie bez onirycznej poświaty. Niektóre wątki rozbłyskują, inne pętlą się i obumierają.

Po upływie 18 minuty zaczyna się już mała wojna światów – perkusje wybijają jednostajny rytm, ale na dalszym planie wszystko wydaje się być już wyzwolone z jarzma koncepcji kompozytorskiej. Gitary kołyszące się na przetwornikach, tajemnicze głosy, szumiące warstwy usterkowych fonii, nerwowe podrygi z klawiatur – wszystko to ubarwia flow, ale jednocześnie sprawia, iż całość jakby rozłaziła się w szwach. Do ognia dokładają perkusje, zaś gitary i skrzypce tańczą wokół własnej osi, swawolą, skaczą i z piskiem upadają na samo dno. Plejada drobnych incydentów kipi niczym gotująca się woda. Makrokosmos wielkiej góry eksploduje – dynamiczne, ostre frazy, chwilami nawet drapieżne, ale schowane jakby za mgłą. W 25 minucie flow niebezpiecznie zbliża się już do ściany dźwięku. Wszyscy muzycy eskalują swoje poczynania, robi się naprawdę ogniście. Gitary i skrzypce toczą kolejną wojnę w złej sprawie. Krzyki, wrzaski, prawdziwy heart attack in fussion-psycho-noise, który nie jest jednak wyłącznie hałasem, ma bowiem swoją egzystencjalną, jakże bolesną poświatę.

Pora okiełznać to wspaniałe szaleństwo! Wraz z wybiciem 34 minuty jako pierwsze milkną perkusje. Tło niezmiernie pulsuje, nabiera ambientowej szklistości, klawisze płynną wąską strugą. Strzępy gitarowych fraz, coś śpiewa na ultrapogłosie, może to trąbka. Chmura oniryzmu spowija scenę i nie pozwala na bezpieczną ucieczkę z pola bitwy. Wraz z 37 minutą powraca chór kobiet, które snują wokalizy na silnym pogłosie. Powraca początek - diabelska repryza, siła wiecznego powtórzenia. Łagodne piano tworzy klimat refleksji, a głosy zaczynają śpiewać finałową pieśń z tekstem. Głosy multiplikują się - samokopiująca orgia zakończenia. You can’t scare me…, You can’t scare me

 


Nate Wooley / Liudas Mockūnas / Barry Guy / Arkadijus Gotesmanas  NOX (NoBusiness Records, LP 2020)

Na osi czasu pozostajemy w trakcie ciepłej jesieni 2019 roku. Przenosimy się wszakże na Litwę, na cykliczną imprezę Improdimensija, która odbywa się w Wilnie. Na scenie odnajdujemy fantastycznie zapowiadający się kwartet w składzie: Nate Wooley (trąbka), Liudas Mockūnas (klarnet kontrabasowy, saksofon sopranowy i tenorowy), Barry Guy (kontrabas) oraz Arkadijus Gotesmanas (perkusja i instrumenty perkusyjne). Na czarnym krążku, dokumentującym ów intrygujący koncert, znalazły się trzy swobodne improwizacje, które trwają łącznie prawie 36 minut.

Kwartet zaczyna koncert małymi frazami, typowymi dla improwizacji składu stworzonego ad hoc, mających za zadanie rozpoznanie dyspozycji partnerów i warunków zewnętrznych spektaklu. Narracja spoczywa na barkach kontrabasu, saksofon sopranowy i trąbka śpiewają zgodnie na stronie, a całość spinają perkusjonalne błyskotki. Opowieść z czasem zagęszcza się, ale muzyka nie traci walorów typowych dla pięknego, zmysłowego post-chamber. W ramach wisienki na torcie tej części płyty rozgrzane pióro recenzenta odnotowuje świetne szczytowanie sopranu. W ramach komentarza trochę brudu na ustniku trąbki i wzrost dynamiki perkusji. W okolicach 9 minuty na gryfie kontrabasu pojawia się smyczek i wraz z perkusjonaliami kreśli skromne, ale urocze expo w ducie. Tuż potem natrafiamy na równie efektowne duo dęciaków (przy okazji sopran zostaje zastąpiony przez tenor!). Na koniec pierwszej, niedługiej strony winyla muzycy najpierw wpadają w drobną, ale jakże ognistą kipiel, potem zaś w ramach rozbiegówki bawią się w bystre pytania i odpowiedzi.

Otwarcie kolejnej improwizacji przypada w udziale perkusjonaliom i dzwoneczkom wprost ze świątecznej choinki. Bas ogranicza się do skromnych szarpnięć za struny. Trąbka pojawia się po kilkudziesięciu sekundach ze śpiewem na ustach. Jakby w kontrze, ale dopiero po 5 minutach, do gry wchodzi masywny klarnet kontrabasowy. Wyjątkowo urodziwe slow motion stawia każdy krok z dużą rozwagą dramaturgiczną. Znów świetny moment notuje Liudas, a smyczek Barry’ego równie skutecznie dba o wzrost dynamiki. Emocje rosną, a Nate decyduje się na bardziej jazzowe frazowanie (szczoteczki Arkadijusa okazują się bardzo pomocne w budowaniu narracji). Klarnet przywraca na moment do życia cały kwartet, po czym już samotnie, ale jakże precyzyjnie gasi płomień narracji. Ostatnią, najkrótszą część koncertu otwierają dęciaki (odnotujmy powrót tenoru). Sekcja rytmu szybko doskakuje im do gardeł, a całość opowieści stawia na dynamikę. Dobre tempo sprzyja bystrym interakcjom, zwłaszcza pomiędzy trąbką, a saksofonem. W tak zwanym międzyczasie muzycy serwują nam kolejny odcinek pytań i odpowiedzi, kreowany przez smyczek kontrabasu.  Na zakończenie koncertu wszyscy zdają się tańczyć i swawolić bez umiaru. Frywolność godna największych mistrzów! Brawo!

 


Icepick  Hellraiser (Astral Spirits, LP 2020)

Pod wskazaną wyżej nazwą własną kryje się trzech świetnie nam znanych muzyków: Nate Wooley (trąbka), Ingebrigt Haker Flaten (kontrabas) oraz Chris Corsano (perkusja). Artystów zastajemy w sytuacji koncertowej (Chicago, luty 2018 roku). Znów trzy swobodne improwizacje umieszczone na winylowej płycie, łączny czas niespełna 35 minut.

Muzycy znają się świetne, a zatem bez wstępnych amorów rzucają się w wir niemal freejazzowej improwizacji. Całuśna, agresywna, ale jednocześnie rozśpiewana trąbka, kontrabas i perkusja stawiające stemple mocy, ale i zdolne do szeptu i stąpania na palcach. Nate tryska energią i emocjami, idzie na sto procent i nie chce się zatrzymać! A recenzentowi pozostaje jedynie wymienianie określeń na literę k – kolektywnie, kreatywnie, kompaktowo, kompulsywnie… Narracja przyspiesza i natychmiast spowalnia, bije po twarzy, by zaraz potem głaskać po skroni. Trąbka raz hałasuje na granicy acoustic noise, innym razem śpiewa przez zaciśnięte wargi. Kontrabas pozwala sobie na szybkie expo solo, a perkusja wszystkim, co wpada w ręce drummera lub zaświta w jego głowie, jest w stanie kreować nowe rozwiązania. Druga improwizacja rodzi się na glazurze rezonujących talerzy. Na stronie kwili cicha, łagodna trąbka. Bas wchodzi do gry po upływie ponad dwóch minut. Slowly & melancolic motion powoli nabiera kantów i zadziorów. Chris ciągnie w kierunku free jazzu, Nate śpiewa i zdaje się mieć ochotę na każde rozwiązanie, a Ingebrigt umiejscawia szaleństwa partnerów w bruździe czerstwego bluesa! Na finał części jeszcze drobna przebieżka bez trąbki i solo perkusji.

Druga strona winyla w jednym traku. Zaczyna ją smyczek, wokół którego podryguje perkusja, a trąbka preparuje na stronie. To tu swoje pięć minut, a może i całą wieczność, dostaje Nate i używając głosu, a także wentyli swojego rozgrzanego blaszaka wynosi narrację tria na absolutne szczyty. Bystra perkusja i repetujący bas ścielą mu drogę chwały samymi smakołykami. Raz zwalniają, raz pędzą na złamanie karku. Gasną, by zaraz powstać z kolan. Same cuda! W okolicach 12 minuty to szaleństwo musi znaleźć swój kres. Spore wytłumienie emocji, chwila refleksji, ale także małe rozdroże dramaturgiczne (bo cóż można zagrać po czymś takim!). Rozchełstana śpiewem trąbka zdaje się budować nowy wątek, nie stroni od repetycji i czeka na partnerów. Drummer nie daje się długo zapraszać do tanga. Kreuje rytm, niemal hard-bopowy, podsyca emocje, a potem równie zgrabnie odnajduje zakończenie, nie bez udziału wciąż rozśpiewanej trąbki.

 

*) po więcej szczegółów dotyczących koncepcji kompozytorskiej redakcja odsyła do recenzji poprzedniej części Seven Storey Mountain.

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2016/06/nate-wooley-siedmiopietrowa-gora-ksiega.html

 

czwartek, 7 maja 2020

Agustí Fernández! The Four For Fun!


Nasz ulubiony, swobodnie improwizujący pianista Agustí Fernández skończył pod koniec ubiegłego roku magiczne 65 lat, zatem zgodnie z maksymą pewnego doskonałego filmu włoskiego *) nie ma już czasu na robienie rzeczy, które nie sprawiają mu przyjemności!

Kataloński artysta bardzo poważnie potraktował ową cezurę wiekową i w jakże szalonym roku 2020 zdążył już zaserwować nam kilka niebywałych płyt. Za chwilę skrzętnie je wszystkie omówimy dodając drobną, acz niezwykle istotną zaległość z ubiegłej jesieni. Zaczniemy od litewskiego duetu (płyta ma premierę nośnika fizycznego w kolejnym tygodniu), potem dwa tria z udziałem jego soul brother Barry Guya, wreszcie kwintet, który zdał się być cudowną ozdobą Festiwalu Ad Libitum we wspaniałym roku 2017.

Czytajcie recenzje, słuchajcie płyt i przede wszystkim – kupujcie je, wspierajcie muzyków i małych wydawców wielkich płyt z muzyką swobodnie improwizowaną!




Agustí Fernández/ Liudas Mockūnas  Improdimensions  (NoBusiness Records, LP 2020)

Bystra kompilacja nagrań z dwóch koncertów Agustiego i Liudasa Mockūnasa (klarnet kontrabasowy, saksofon sopranowy i tenorowy), jakie odbyły się w latach 2018-19 w Wilnie, w ramach inicjatywy koncertowej Improdimensions. Płyta o takim właśnie tytule zawiera sześć improwizacji, przy czym najpierw słuchamy utworów z roku ubiegłego, potem tych nieco starszych. Całość odsłuchu, to 41 i pół minuty.

Koncert z roku 2019 zaczyna zwinne piano wprost z klawiatury. Obok chybotliwy, zaczepny saksofon sopranowy, który podobnie jak jego interlokutor, lubi szybkie palcówki. Narracja nabiera dynamiki, jest szorstka, daleka od ckliwości, choć jednocześnie lekka, mimo wielu dramaturgicznych zakamarków. W połowie utworu muzycy stopują, a filigranowe piano stawia stempel wyjątkowej urody. Taniec na jego strunach, w towarzystwie sprytnego sopranu, wiedzie muzyków ku ostatniemu dźwiękowi. Kolejną część, do której muzycy przechodzą bez sekundy ciszy, zaczyna skrzeczący jak kwoka sopran. Piano wchodzi do gry po paru chwilach i zwiastuje, niczym dobosz, zmysłowy marsz wzajemnych imitacji. Agustí chwyta się pierwszy raz tego wieczoru preparacji, wsadza głowę w przepaść pudła rezonansowego, dla odmiany Liudas kwili na grzędzie niczym skowronek, tworząc ciekawy dysonans estetyczny. Potem chwila na saksofonowe solo z duża dawką emocji i następujący po nim, klasycyzujący pasaż piano. Nim dotrą do końca, krótkie solo stanie się także udziałem pianisty. Trzecią część muzycy zaczynają wspólnie – swawolą z gracją, ale w pełnym skupieniu. Dużo swobodnych, czystych dźwięków, w rozkołysanym tańcu open jazzu. Tenor, który zastąpił sopran buduje nastrój, a potem dokłada do ognia. Prychy i dąsy kreowane na dużej dynamice pięknie wplątują się w dźwięki białych i czarnych klawiszy.

Cofamy się o rok. Agusti kreuje samodzielnie deep & black story. W duchu bystrego minimalizmu, nie bez dramaturgicznych powtórzeń, preparacji i rezonansu, aktywnie czeka na partnera. Ten drugi, wyposażony w klarnet kontrabasowy, burczy, skrzeczy, buduje drony. Filigranowe palcówki po strunach i dyszach tworzą piękny, tajemniczy, nieco oniryczny klimat. Muzycy, pełni perkusyjnych skojarzeń, wyruszają w taneczną przebieżkę. Agustí ponownie sięga po preparację i trzymając rytm kreśli jeden z bardziej udanych fragmentów całej płyty. Wyłącznie do pianisty należy odcinek piąty. Zaczyna go ciepłymi, klasycyzującymi klawiszami. Bez zbędnej zwłoki nabiera stanowczości i ognia. Bije szczególnie w czarne klawisze i tańczy opętany kreacją. Nim wybrzmi, zdąży jeszcze osiągnąć stan wyjątkowo drżącej ciszy. Na finał płyty powraca najmocniejszy z klarnetów – rezonuje z całym światem, rży jak koń. Liudas tryska emocjami, dobrymi i złymi. Agusti podłącza się do narracji tuż przed upływem drugiej minuty. Dęciak idzie ku górze, piano rozlewa się szerokim, na poły perkusjonalnym strumieniem. Obaj artyści tańczą w metafizycznej niemal symbiozie. Najpierw kipią złotem free jazzu, potem lepią się w drony, rezonują, trzeszczą, drżą i krzykliwie repetują. Stawiają kolejny stempel doskonałości, czyniąc całe nagranie jednym z najbardziej intrygujących, jak do tej pory, ujawnień muzycznych w pandemicznym roku 2020. Jakby na poparcie tezy recenzenta, z krzykiem i mocą tworzenia artyści cudownie przechodzą od masywnej, dynamicznej ekspozycji w otchłań gasnących iskier improwizacji. Brawo!




Don Malfon/ Agustí Fernández/ Barry Guy  Mutations  (Fundacja Słuchaj!, CD 2020)

Wspólne płyty Agusti Fernandeza i Barry Guya liczyć można zapewne w setkach sztuk, także ich spotkania trzyosobowe mają swoją wspaniałą historię. Jednakże ich lutowe spotkanie (Kultur-Schranne, Dachau, 2019) z hiszpańskim saksofonistą Donem Malfonem (alt i baryton; w paszporcie żyje, jako Alfonso Muñoz) jest pierwszym tego rodzaju przedsięwzięciem (choć grali razem w ramach jednej z edycji Liquid Quintet). Siedem swobodnych improwizacji, które śmiało mogą kandydować do miana … najgłośniejszych i najbardziej zadziornych pozycji w dyskografii doświadczonych muzyków. Także i młodziak z Barcelony może być z niej całkowicie dumny! Całość trwa 51 minut i 31 sekund.

Zaczynamy z grubej rury i tak będzie (z krótkimi przerwami) do końca tego koncertu! Ostre piano z wykorzystaniem klawiatury, trzeszczący, rezonujący ze wszystkim saksofon, wreszcie zwinne, free jazzowe pizzicato kontrabasu – narracja nabiera rumieńców od pierwszej sekundy, dość szybko zdaje się znajdować o krok od akustycznego hałasu. Alt tańczy, piano brnie w preparacje, gryf strunowca charczy boleśnie – każdy z muzyków dokłada tu cegiełkę do jakże smakowitego obrazu całości. Po kilku minutach alt brzmi niczym dziecięca piszczałka zmutowana promieniowaniem atomowym. Opowieść tria gna przed siebie lub niespodziewanie staje w miejscu, drży i hamuje jak suwnica przemysłowa. Im dalej w las, tym przybywa bardziej skupionych, często preparowanych fonii ze strony każdego muzyka. Jeśli otwarcie płyty było trzęsieniem ziemi, to dalej może być jeszcze lepiej! Druga opowieść na starcie zachowuje pozory łagodności – alt pośpiewuje, kontrabas i piano pląsają w formule open jazzu. Guy sięga po smyczek (będzie się działo!), Fernandez dyktuje tempo czarnymi klawiszami, a Malfon szuka śpiewnej zaczepki z tym drugim. Akcje, które skutkują wyłącznie dobrymi reakcjami – dramaturgiczne peaki i zmysłowe sanacje, z których jedna kończy utwór w post-jazzowej ciszy. Trzecia ekspozycja stawia nas ponownie do pionu. Coś szumi, chrobocze w pudle fortepianu, podczas gdy małe frazy kontrabasu budują napięcie. Nagle na scenie pojawia się baryton i zaczyna chrapać, a potem skowyczeć. Narracja buduje się wyjątkowo skrupulatnie, ale już po trzech minutach osiąga stan post-industrialnych emocji, jakich doświadczyliśmy w pieśni otwarcia - grzmoty czerstwej akustyki, repetycje i półmelodyjne zawodzenia.

Czwartą opowieść otwiera masywne piano percussion i saksofon. Smyczek drży z oczekiwania, rezonuje w poszukiwaniu ciszy. Akustyczny ambient, który zwiastuje nieuchronną katastrofę. Brak pośpiechu, dronowe frazy, liczenie strun i barokowy smyk w pięknym stylu ratują nam jednak skórę! Wejście w piątą improwizację zdaje się być wyjątkowo bolesne – wszyscy preparują, brną w gęstą narrację, pot leje im się po skroniach. Kolektywna kreacja eksploduje – piski, świsty, trzaski i rzężenia! Rodzi się rytm, ale dziwny, jakby znikąd – post-industrial heavy impro stawia stemple mocy i doskonałości. Całość zostaje zwinnie zgaszona do poziomu dźwięku pojedynczych strun. Brawo!

Piano preparowane perkusyjnym temperamentem Katalończyka budzi do życia przedostatnią opowieść. Tuba rży, parska i prycha, a kontrabas oddycha i schodzi poniżej poziomu morza. Krok z samego środka ciszy w bystrą kipiel emocji zajmuje muzykom kilka nanosekund. Akcje, reakcje, dewiacje – preparacje, moc percussion z każdego miejsca sceny, a potem fraza pięknego hałasu. Saksofon piszczy i świszczy budując bodaj najgłośniejszy fragment koncertu, ale Agusti przy pomocy białych i czarnych klawiszy tłumi wszystko do poziomu ciszy. Finałowa opowieść bynajmniej nie studzi emocji, a wręcz je wzmaga! Struny piana i kontrabasu imitują się wzajemnie, coś drży w tubie, znów nie wiadomo skąd dociera do nas coś na kształt rytmu. Tempo rośnie, ogień obejmuje już wszystkie kondygnacje – harshowy saksofon, szybkie piano i wulgarny post-barok kontrabasu! What a game! Muzycy są ze sobą razem aż po ostatni dźwięk, perfekcyjnie przygotowani na … burzę oklasków.




Snekkestad/ Fernández/ Guy ‎ The Swiftest Traveler (Trost Records, CD/LP 2020)

Pozostajemy w trio z udziałem pianisty i kontrabasisty, zmienia się jednak muzyk odpowiedzialny za instrumenty dęte. Tym razem będzie nim Torben Snekkestad, który na spotkanie z mistrzami free improv zabrał ze sobą saksofon sopranowy, tenorowy, trąbkę i klarnet. Nagranie miało miejsce w słynnym kolońskim Lofcie (dwa czerwcowe dni roku 2018), a na płycie trwa 44 i pół minuty.

Formuła otwarcia improwizacji wydaje nam się nad wyraz przejrzysta – strzały w klawiaturę fortepianu, smyczek na kontrabasie gotowy na wszystko i wysoko podwieszony saksofon sopranowy, który kwili na boku, szukając jednak dramaturgicznej zaczepki. Subtelność mocy, siła skupienia, dbałość o niuanse, filigranowe frazy i smartne reakcje. Narracja toczy się z dużą amplitudą emocji i natężenia dźwięku – bywa cicha i spokojna, innym razem staje się zadziorna i tłusta. Chamber, który szuka wrażeń i na ogół je znajduje, tworzy się w kolektywnym dialogu, raczej stroni od samotnych monologów. Na finał utworu otwarcia Torben na moment sięga po trąbkę. Druga opowieść od startu buduje gęstą, chciwą narrację – zadziorny sopran i piano z basem, stawiające dramaturgiczne zasieki. Muzycy bez trudu znajdują jednak ciszę i ukojenie, po czym równie błyskotliwie osiągają stan niemal free jazzowej kipieli. Ognista faza improwizacji na koniec sięga po kameralne zakończenie. Trzecia opowieść zaczyna się delikatnymi preparacjami i wysoko podwieszony saksofonem tenorowym. Bystre dark acoustic z akcentami percussion, szelesty, gniecenie przedmiotów (?) i inne akustyczne przepięcia mocy. Po pewnym czasie narracja znów sięga po ogień free jazzu, by na koniec rozlać się bardzo szerokim korytem.

Czwarta część powstaje z małych fraz i równie filigranowych reakcji. Chamber spogląda w kierunku open jazzu – nie bez subtelności, nie bez lokalnych eskalacji, ale też bez nadmiernego ryzyka. Recenzent ma wrażenie, że starsi Panowie chętnie skoczyliby w ogień, ale młodszy kolega z Norwegii nie podziela ich entuzjazmu. W kolejnej części, rozpostarty w poprzednim odcinku open jazz zdaje się szukać rozwiązań free improv – preparacje piano i saksofonowe, sonorystyczne półgierki, które w ostatecznym rozrachunku prowadzą jednak do zbudowania nowej, dynamicznej free jazzowej opowieści. Przy okazji Torben prezentuje świetną ekspozycję na saksofonie, wspartą na masywnym brzmieniu piana i kontrabasu. Szczególnie udane zdaje się być niemal ambientowe zakończenie tej opowieści.

Szósta improwizacja zaczyna się u stop ciszy - oddechy, mikro frazy głuchego dźwięku, szelest i szum niewidzialnego, czarne klawisze i gołe struny. Guy buduje nisko zawieszony dron, piano reaguje bardzo bystrze, a saksofon prycha suchym powietrzem. Czas na finałową partycję nagrania. Do gry wchodzi po raz pierwszy klarnet. Nastrój narracji budują frazy piana wprost z klawiatury, dołem sunie pizzicato kontrabasu. Open jazz nabiera rumieńców, po czym niespodziewanie zaczyna poszukiwać ciszy. Na ostatnią prostą do gry desygnowany zostaje saksofon tenorowy, który śpiewa czystym, balladowym niemal tembrem. Recenzent notuje, że być może ta płyta mogłaby być nieco bardziej emocjonalna, wybuchowa, bardziej nastawiona na ryzyko, ale stempel barokowego smyka gasi zarówno te ambiwalencje, jak i cały koncert.




Liquid Quintet  Flux (Fundacja Słuchaj!, CD 2019)  **)

Dwunasta edycja warszawskiego Festiwalu Ad Libitum, październik roku 2017, a na scenie CSW katalońskie Liquid Trio rozbudowane polskimi rękoma do kwintetu: Agustí Fernández – fortepian, Albert Cirera – saksofon tenorowy i sopranowy, Ramon Prats – perkusja oraz Artur Majewski – trąbka i Rafal Mazur – akustyczna gitara basowa. Koncert, który w rzeczywistości był jednym ciągiem zdarzeń fonicznych, dostajemy w pięciu częściach, trwających łącznie pełne 42 minuty i dodatkowe 4 sekundy.

Kwintet muzyków klasy najwyższej kolektywnie podejmuje nieistniejący temat improwizacji. Każdy dokłada małe frazy, na które pozostali świetnie reagują. Od pierwszej sekundy mamy wrażenie, że ta piątka muzyków gra ze sobą od kołyski (po prawdzie grają razem dokładnie po raz … drugi!). Dęciaki plotą półśpiewy, klawisze i pulsujący bas budują bazę, a perkusja drży i szeleści kreując pierwsze znamiona rytmu. W połowie czwartej minuty faza smukłych dronów dobrze buduje napięcie. Potem speed piano rozkręca zabawę, ale szum z tuby saksofonu tenorowego błyskotliwie ją zgasi i zaproponuje pierwszy przystanek na preparowanie dźwięków. Wejście w trak drugi (zgodnie z zapisami preambuły recenzji) odbywa się oczywiście nad wyraz płynnie i bez użycia ciszy. Piękno drobnych dekonstrukcji fonii z pianistą na samym szczycie zdarzenia. Spirala narracji sukcesywnie nakręca się dzięki kolektywnej burzy męskich hormonów. Sygnał do free jazzowego ataku idzie wprost z klawiatury, dokładnie w połowie piątej minuty. Pianista dewastuje instrument, saksofonista (już sopran!) eksploruje moc przestrzeni sali koncertowej, reszta także nie trwoni choćby sekundy. Kolejny peak emocji ma miejsce dokładnie w połowie siódmej minuty, po czym muzycy, a w zasadzie sam perkusista otwiera trzecią część koncertu. Dęciaki piszczą jak kociaki, bas drży po słoniowemu. Narracja buduje się tym razem w tempie drummera, kreowana głównie temperamentem pianisty.  Po upływie czwartej minuty zaskakujący krok w tył – dramaturgiczne gierki, małe zaczepki, coś na kształt naszego ulubionego call & responce, ale budowanego na dynamice basu. Gaszenie tego wątku nagrania trwa w nieskończoność i zdaje się być równie długotrwale piękne.

Czwarta partycja daje koncertowi jakby nowe życie – kolejne preparacje piana, puls basu i mikro eksplozje pozostałych instrumentów. Swoje pięć minut ma tu Mazur, który rządzi, stawia cele i egzekwuje ich realizację. Brawo! Saksofon krzyczy, piano gna na zatracenie, trąbka jęczy, perkusja stawia na zdrowy progres. Po upływie piątej minuty – bez nadmiernego rozlewu krwi - władzę przejmuje Fernandez, po czym gasi płomień eksplozji. Znów swoje dorzuca bas, a na krótką solówkę wypuszcza się Majewski. Znów brawo! Ten tygiel improwizowanych szaleństw tłumiony jest kolektywnie, na ogół dronową estetyką, z separatywnym, post-klasycznym głosem fortepianu. Finał koncertu rodzi się niemal w ciszy i nie będzie – co do zasady – naruszał jej klimatu aż do ostatniego dźwięku. Preparowane slow motion w błyskotliwy sposób, pełne mrocznych subtelności, szuka dramaturgicznie uzasadnionego zakończenia. Czarny klawisz fortepianu, niczym dzwon, obwieszcza artystyczny wybór. Rezonans zaniechania, skupienie nadchodzącej ciszy, a potem … burza oklasków, która miała miejsce w rzeczywistości koncertu, lecz na płycie została nam oszczędzona.


*) Paolo Sorrentino Wielkie Piękno/ La grande bellezza, 2013


**) Płyta Flux pierwotnie miała zostać opatrzona stosownym liner notes, które wyszło spod pióra Pana Redaktora. Ostatecznie tekst nie trafił na okładkę płyty, ustępując miejsca pięknym, czarno-białym fotografiom z koncertu. Tekst wszakże żyje i właśnie w tym miejscu postanawiamy przytoczyć go w całości.




Historia “płynnego” tria z Barcelony sięga początków bieżącej dekady. Wtedy to Agustí Fernández, Albert Cirera i Ramon Prats – inspirowani koncepcją “liquid modernity” Zygmunta Baumana, opisującą świat, w którym nic nie jest stałe, wszystko zaś ulega ciągłym zmianom – postanowili założyć „working band”, który socjofilozoficzne teorie przełoży na język muzyki bardzo swobodnie improwizowanej. Nadali mu zatem nazwę Liquid Trio. W roku 2013 wydali swój debiutancki krążek „Primer dia i última nit”, trzy lata później dołożyli „Marianne”, a w kolejnym „The Liquid Trio plays Bernouilli”. Ten ostatni już w ramach inicjatywy wydawniczej „Fundacji Słuchaj!”.

W praktyce koncertowania i uprawiania improwizacji katalońskie trio – od czasu do czasu, w celu poszerzania horyzontów muzycznej percepcji - bywało personalnie rozbudowywane do rozmiarów kwintetu. W ten sposób z muzykami Liquid Trio zagrali Joe Morris i Johannes Nästesjö, a także całkiem niedawno Barry Guy i Don Malfon. W maju zaś 2017 roku na katalońskim Festiwalu w Vic, w rolę gości wcielili się muzycy z Polski - Artur Majewski i Rafał Mazur. Niemal pół roku później muzycy, zadowoleni z pierwszego spotkania, postanowili koncert powtórzyć i wystąpili na 12. Festiwalu Ad Libitum w Warszawie. Drogi Słuchaczu, masz właśnie w dłoniach fonograficzną pamiątkę z tego spotkania.

Nagranie koncertowe zarejestrowana w warszawskim Centrum Sztuki Współczesnej pięknie wpisuje się w coraz bardzo zacieśniające się relacje polsko-katalońskie na polu muzyki improwizowanej. Pianista Agustí Fernández wydał już w Polsce więcej niż dziesięć płyt – w tym także duety i tria z Arturem Majewskim i Rafałem Mazurem, które były prologiem ich współpracy. Saksofonista Albert Cirera całkiem niedawno wydał tu swoją piątą płytę (m.in. z Rafałem Mazurem), a w kolekcji iberyjskiej serii Trybuny Muzyki Spontanicznej i Multikulti Project ma już trzy pozycje. Perkusista Ramon Prats także jest częstym stałym uczestnikiem płyt tej serii.

Warszawski, ponad 42 minutowy koncert, to prawdziwy muzyczny konkret – jeden, szeroki strumień improwizacji, w pełni wyzwolonej, świetnie skomunikowanej wewnętrznie, która równie intensywnie kocha free jazz, jak i abstrakcyjną, swobodną kameralistykę. Świat dźwięków preparowanych, narracji kipiących emocjami, ale budowanych z dramaturgiczną powściągliwością, nastawionych na eksperymenty sonorystyczne. Życie w stanie permanentnie zmiany, tam, gdzie nic nie jest z góry ustalone, gdzie każde z przyjętych rozwiązań ma szansę mieć swój sens i wewnętrzną logikę.




poniedziałek, 4 lipca 2016

Berne, Niggenkemper, Rempis, Sakata, Large Unit, Brötzmann, Mockūnas, Nathanson, Kretzmer, Slobber Pup, Toxy Doll, Friends & Neighbors - czerwcowa zbiorówka 2016


Tym razem bez mniej lub bardziej błyskotliwego wstępu, komentującego na ogół zgrzebną rzeczywistość zastaną, zaczynamy nasze ulubione, comiesięczne kolorowanki.

Płyty delikatnie ocenione w ramach rubryki „Odsłuchy premierowe – wstępne rekomendacje” zostaną dziś poddane ostatecznemu osądowi, a Trybuna niczym złowieszczy Trybunał, wyda wyroki niepodlegającego trybowi odwoławczemu. Od czerwonego low, poprzez żółty middle, po zielony jak trawa high. Do dzieła zatem!!!!


Tim Berne's Snakeoil  Anguis Oleum  (Screwgun Records, 2016)

Nowojorskiego alcistę Tima Berne’a nie zaliczylibyśmy do nadmiernie pracowitych muzyków, wszakże w ramach swojej bieżącej formacji Snakeoil, dostarcza nam nowe płyty dość regularnie. Po trzech studyjnych ujawnieniach w ramach monachijskiego ECM, tym razem edycja koncertowa, zrealizowana przez osobistą wytwórnię Tima – Screwgun Records, w edycji limitowanej, dwustu sztukowej.



Po latach efektownego eksperymentowania z elektroniką, jako elementem udanie wspierającym akustyczne improwizacje (Science Friction Band), po produkcjach opartych na podobnych schematach/ kompozycjach realizowanych jednakże bez elektroniki (Hard Cell), wreszcie po śmiałych improwizacjach w towarzystwie gitary elektrycznej (Big Satan), Berne dotarł do punktu zwrotnego, od momentu którego rozpoczął się proces wyciszania jego muzycznej ekspresji (co przy okazji zbiegło się z jego 60 urodzinami, zapewne zupełnie przypadkowo).

Dowodem rzeczowym tej delikatnej metamorfozy rzeczony working band, czyli Snakeoil. Berne stworzył go z udziałem pianisty Matta Mitchella, klarnecisty Oscara Noriegi i perkusisty Chesa Smitha. Ten akustyczny kwartet pozbawiony instrumentu basowego (jak wszystkie wcześniej wymienione zespoły, jednakże w tamtych przypadkach część obowiązków w zakresie generowania niskich częstotliwości przejmował keyboard lub gitara), w ramach niemieckiego, nudziarskiego labelu, trzykrotnie zapunktował, ale w sercu Waszego recenzenta nie wzbudził jakichś szczególnych ekscytacji. To oczywiście wciąż doskonały Berne, saksofonista o niepowtarzalnym soundzie altu, to jego gra, jego muzyka, ale … odrobinę za spokojna, trochę bez wewnętrznego ognia, nie budząca już takich emocji, jak dekadę temu z okładem.

Zatem po koncertowy Angius Oleum sięgałem ze spokojem i bez mrowienia w kręgosłupie. Skąpe informacje edytorskie nie pozwalają na określenie miejsca, ani daty spotkania/ spotkań (?) koncertowych. Cztery fragmenty opatrzone tytułami, trwające ponad 70 minut. Słucha się tego wyśmienicie, ale momenty ekspresyjnych galopad, stemplowanych wspaniałymi altowymi zawijasami, dość często przepoczwarzają się w chwile nadmiernej nostalgii i dramaturgicznie nieuzasadnionego wyciszenia. Mało, w mojej ocenie, do całej zabawy wnosi Noriega, a gra Mitchella też niczym szczególnym nie zaskakuje. W tym gronie udanie trzyma fason i dotrzymuje kroku liderowi Smith. Z pewną dozą sceptycyzmu,  pozostaję jednak przy pierwotnej rekomendacji high, bo Berne, to Berne. Klasa światowa po wszeczasy!


Pascal Niggenkemper Le 7eme Continent  Talking Trash  (Clean Feed, 2016)

Gadający chłam to płyta wymykająca się wszelkim klasyfikacjom, łatwym skojarzeniom, czy oczywistej kodyfikacji. To płyta – wyzwanie. Sam Niggenkemper - kontrabasista, z którym zetknęliśmy się przy okazji kilku znakomitych płyt free improv/ free jazz, gdzie stanowił on doskonałą siłę najemną – określa sekstet Siódmy Kontynent (w jednym fragmencie także septet) jako podwójne trio, czy potrójne duo, dając smakowity asumpt do wielokrotnej eksploracji materiału muzycznego.




W skupionych okolicznościach studyjnych, na potrzeby realizacji pomysłu kompozytorskiego Talking Trash, Pascal skojarzył dwa preparowane fortepiany (Eve Risser, Philip Zoubek), dwa amplifikowane klarnety (Joris Ruhl, Joachim Badenhorst), specjalny flet kontrabasowy (Julian Elvira) i kontrabas (on sam). W jednym fragmencie dodał także drugi kontrabas (Constantin Herzog). Na pulpity muzyków trafił zdecydowanie skomponowany materiał z pogranicza muzyki współczesnej, daleki od jakichkolwiek jazzowych skojarzeń. W żmudnym procesie wykonania śmiałych pomysłów kompozytorskich Pascala, muzycy wpadli jednak w improwizatorski szał i spreparowali wyśmienite, pikantne danie… do wielokrotnej konsumpcji.

Dziś, przy kolejnym, zdecydowanie nie pierwszym odsłuchu, nie jestem w stanie precyzyjnie opisać tej muzyki. Raz jest oniryczna i tajemnicza, innym razem łapie rytm i galopuje po obrzeżach kameralistyki spod znaku … osiemnastowiecznych kompozytorów znad Dunaju (przyznacie, skojarzenia idą po bandzie!). Potrafi się skulić jak kot, tłamsząc nas pasażami najniższych częstotliwości, by potem, posiłkując się podpowiedziami zmutowanych klarnetów, w strunowym pędzie osiągnąć szczyt Czarodziejskiej Góry.

Co najważniejsze – Talking Trash każe do siebie nieustannie powracać. To chyba znaczący dla niej komplement. Od początku maluję ten krążek na zielono i nie może być inaczej. Definitively high!


Gunwale (Dave Rempis, Albert Wildeman, Ryan Packard)  Polynya  (Aerophonic Records, 2016)

Dave Rempis, nasz ulubiony aerofoniczny gladiator, nie ustaje w wysiłkach, by zapracować na miano jednego z najaktywniejszych współczesnych muzyków freejazzowych. Jego świeże tegoroczne produkcje Czytelnicy TMS zdążyli już poznać kilka tygodni temu, w trakcie rozbudowanej opowieści o Aerophonic Records.




Tym razem chicagowski saksofonista w zestawie trzyosobowym, pod tytułem wykonawczym Gunwale, z muzykami, których specjalnie nie znamy. Na kontrabasie Albert Wildeman, na perkusji wspomaganej elektroniką Ryan Packard. Obaj na razie z bardzo skromnymi dyskografiami. Ten drugi z pewnym doświadczeniem na polu muzyki współczesnej. A Rempis, jak to Rempis, prawdziwe frytowe zwierzę, gotowe rozszarpać każdego, kogo napotka na swojej muzycznej drodze. Polynya, to trzyczęściowa, niespełna godzinna opowieść, zarejestrowana w wietrznym mieście w styczniu bieżącego roku. Rempis gra tu swoje, dynamicznie improwizując, z wykorzystaniem wszystkich istotnych atrybutów swojej gigantycznej techniki gry na instrumentach dętych, drewnianych (alt, tenor, baryton). Silnie nadstawiam uszu, by w grze jego współpartnerów odnaleźć elementy, którymi mogliby się pochwalić przed czytającymi te słowa, ale póki co, nie słyszę niczego nadmiernie ekscytującego.

Płyta w formacie CD (co nie jest regułą na AR), oczywiście nadal mieni się zieloną barwą (high!), ale umówmy się w tym gronie, że jest to zasługa przede wszystkim doskonałego saksofonisty.


Arashi (Akira Sakata, Johan Berthling, Paal Nilssen-Love)  Semikujira  (Trost Records, 2016)

Semikujira zaczyna się bardzo spokojnie i z dużym poszanowaniem dla naturalnej ciszy, ale muzyka brzmi tajemniczo i ma w sobie zaszyty spory niepokój, wzmagany mazgnięciami klarnetu. I to nie jest przypadek! Ładunek emocji zostaje nam dostarczony już w drugim fragmencie, a erupcja następuje w fragmencie trzecim, zdaje się dla całości kluczowym. Freejazzowa wersja tradycyjnej pieśni japońskiej wznosi tę płytę na wyżyny i tak już zostanie do końca. Sakata, zawsze kompetentny i charakterny alcista, tu dodaje także swój niesamowity, prawdziwie samurajski głos (okrzyk!), który bezsprzecznie nadaje całości posmak sporej wyjątkowości.




Zaskakująco dobra płyta Akiry Sakaty, trochę przeze mnie niedocenianego weterana niejednej wojny free jazzu z resztą świata, tą zdecydowanie bardziej pokorną. No i jakże zasadna sekcja, szwedzko-norweska, twarda jak skała, ulotna jak promieniowanie po ataku nuklearnym wroga. Zdecydowanie pozostajemy przy rekomendacji high!


Large Unit  Ana (PNL Records, 2016)

Od razu przyznam się do rzeczy karygodnej, żeby mieć to już z głowy! To dopiero moje pierwsze spotkanie z Dużym Składem Paala Nilssena-Love, wybitnego norweskiego perkusisty freejazzowego. Na szczęście nie trafiło na głuchego, zatem już teraz, w ramach pokuty, obiecuję częściej się nad tą zacną inicjatywą muzyczną pochylać. A okazji nie zabraknie, bowiem Ana to już czwarta edycja płytowa Large Unit (w tym drobna ep-ka).

Czternastoosobowy skład! Bardzo rozbudowana sekcja rytmiczna, na którą składa się podwójny zestaw perkusyjny, podwójny zestaw instrumentów perkusyjnych (dość egzotycznych), dwa basy, w wersji akustycznej i elektrycznej, gitara elektryczna i dwie tuby, ponadto elektronika i cztery dęciaki. Personalnie sporo dobrej, skandynawskiej młodzieży młodszej i młodzieży starszej, muzyków, których nazwiska mówią nam już dużo, a nawet bardzo dużo (choćby Kjaer, Molstad, Stroem, czy Holmlander).




Najnowsza płyta Large Unit to trzy dynamiczne i – co oczywiste, wszak jesteśmy na płycie perkusisty – rytmiczne odcinki muzyczne, nagrane w okolicznościach studyjnych w roku ubiegłym. Choć tematy i zasady działania w zespole zostały z pewnością spisane przez Paala w procesie przygotowawczym (to przecież Duży Skład!), to swoboda w procesie improwizacji, pozostawienie dużej przestrzeni dla awangardyzacji poczynań w grupie, wreszcie kompetencje tworzących ją muzyków, sprawiają, że Anę słucha się wyśmienicie i bez krzty nudy, ani zbędnych dłużyzn, a godzina nagrania mija w mgnieniu oka. Doskonała płyta i oczywista zielona rekomendacja! High!


Full Blast  Risc (Trost Records, 2016)

Od debiutu Full Blast ładnych kilka lat temu, do tej elektrycznej formacji z udziałem Petera Brötzmanna (dęciaki), Marino Pliakasa (gitara basowa) i Michaela Wertmüllera (perkusja) nie wracałem nie tylko dlatego, że czas bywa bezcenny, ale również z powodów czysto artystycznych.




Słuchając dziś najnowszej produkcji FB Risc, dokumentującej ubiegłoroczne, londyńskie spotkanie z oklaskami, chwilami mam jednak drobne, z powodu tego zaniechania, wyrzuty sumienia. Oczywiście nadal nie jest to muzyka, która rwie mi serce, a gra Brotzmanna z rzadka przynosi dźwięki, których bym się nie spodziewał. Jednakże ciekawa brzmieniowo praca basisty przykuwa ucho dość skutecznie, a i aura subtelnej elektroniki spowijająca bębnienie perkusisty, daje skuteczny powód, by po tę muzykę sięgać częściej niż raz na kilka lat. Muzyka Full Blast pozostaje – co oczywiste - niezwykle dynamiczna, na iście rockowy sposób i nieco przyciężkawa, ale w niezobowiązującym odsłuchu samochodowym radzi sobie całkiem dobrze. W ramach kolorowania odczuć, pozostanę przy pierwotnym middle, jednakże podeprę się drobnym high.


Peter Brötzmann/ Heather Leigh  Ears Are Filled With Wonder  (Not Two Records, 2016)

I znów nasz niezmordowany 75-latek w dynamicznym zwarciu na scenie free! Tym razem jednak w dość ciekawym, damskim towarzystwie. Co więcej, w towarzystwie jeszcze ciekawszego instrumentu, a mianowicie pedałowej gitary (pedal steel gitar), której naczelną charakterystyką jest umiejętność zawodzenia (innymi słowy – płynnego modulowania dźwięku).

Krótkie, niespełna 30-minutowe spotkanie z ubiegłorocznej jesieni jazzowej w krakowskiej Alchemii. Fragment dłuższej rezydencji Petera podówczas, nie wiemy jednak, czy inne nagrania z tamtego, wieloosobowego spotkania odnajdą swój edytorski wymiar w przyszłości.




To wszakże jest dość smakowite, o tytule świetnie je komentującym, a z racji swej krótkiej formy, dalece nieprzegadane. Gra Pani (Panny?) o jakże filmowym nazwisku Leigh, oryginalna i przykuwająca uwagę. Peter oczywiście na tym tle rzeźbi swoje, acz niebanalnie wchodzi w interakcje z modulowanym gitarowym hałasem. Potrafi też być tu subtelnie i dziać się w nieśpiesznych tempach, z odrobiną wzajemnej empatii i nieudawanej radości grania. Pozostaję zatem przy rekomendacji high, gdyż to być może jedna z lepszych produkcji Brötzmanna w ostatnich latach.


Vladimir Tarasov/ Eugenijus Kanevičius/ Liudas Mockūnas  Intuitus (NoBusiness Records, 2LP 2016)

Cztery czarne strony dwóch winylowych krążków, trzy nazwiska muzyków, studyjne, wileńskie okoliczności spotkania. Weteran rosyjskiego bębnienia, wszakże litewski rezydent Tarasov, w opozycji do młodych, jurnych litewskich wyjadaczy, Kaneviciusa (kontrabas) i Mockunasa (saksofony), których kompetencje mieliśmy onegdaj okazję poznać w trakcie bardzo udanej kooperacji z Matsem Gustafssonem, która zresztą dała początek wytwórni NoBusinness Records (The Vilnius Explosion).




Panowie nagrywali w prywatnym, domowym studiu Tarasova, co niewątpliwie implikowało fakt, iż mieli dużo czasu i nikt, ani nic ich nie goniło. To słychać w tej muzyce! Jest czas na długie kreślenie tematu, są niekrótkie interwały na solowe popisy każdego z muzyków, jest wreszcie blisko półtorej godziny nagrania. Nie stanowi to bynajmniej jakiegokolwiek zarzutu. Tej muzyki słucha się znakomicie, a nawet w dynamicznych improwizacjach… nie brakuje nam czasu, by zawiesić ucho na niuansach. Jedynie nieadekwatny poziom ekspresji w niektórych partiach kolektywnych improwizacji (myślę tu w pierwszej kolejności o grze Mockunasa) i będący tego skutkiem, brak nadzwyczajnych emocji po stronie odbiorcy, sprawia, że całość Intuicji nie zasługuje na czyste high, zatem wsparte być musi niezobowiązującym middle.


Roy Nathanson  Nearness And You  (Clean Feed Records, 2016)

Nie ukrywam, że jakieś dwadzieścia lat temu lubiłem zasłuchiwać się w nowojorskiej muzyce z Downtown, a także w jej nieco wodewilowym wydaniu, spod znaku Johna Lurie i jego niezłomnego The Lounge Lizards. Była też podobna inicjatywa o nazwie The Jazz Passangers. Nie mogłem się wtedy nie zetknąć z saksofonem Roy Nathansona, puzonem Cutisa Fowlkesa, czy fortepianem Anthony’ego Colemana.

Zatem, skoro portugalski Clean Feed wydał płytę tego pierwszego z improwizowanymi duetami z udziałem tych kolejnych, Wasz Recenzent nie mógł tej płyty nie posłuchać. Na listę płac trafili tu także Marc Ribot (ta sama banda), Myra Melford, niezła pianistka, choć raczej z innej bandy, a także kompletnie mi nie znani - Lucy Hollier na puzonie i Arturo O’Farrill na fortepianie. Nagrano koncertowo w trakcie kilku dni czerwca roku ubiegłego.




Nagranie sprawia wrażenie trybiutu, ale rok urodzenia Nathansona nie wskazuje, iżby rok temu miał jakieś istotne, okrągłe urodziny. Wszakże nie to jest problemem tej rejestracji. Bardziej boli, iż zdecydowana większość duetowych incydentów jest najzwyczajniej nudna, by nie rzec słaba. O ile bronią się jeszcze duety z Ribotem i jego akustyczną gitarą, o tyle inne spotkania, zwłaszcza te z pianem, zieją nudą, niczym przepocony grubas ponętnym zapachem, letnią porą w opóźnionym autobusie. Gwoździem do trumny tego zestawu nagrań są… próby wokalne Roya. Facet kompletnie nie ma głosu, a próbuje śpiewać. Całość nabiera wymiaru satyrycznego i mnie skutecznie do Nearness and You zniechęca. Rekomendacja wstępna była żółta (middle), teraz już zdecydowanie smagam krwią po sztaludze i daję low!


Yoni Kretzmer 2Bass Quartet  Book II  (Out Now Recordings, 2015)

Yonatan Kretzmer to izraelski saksofonista (w każdym razie urodzony w Jerozolimie), kilka lat po trzydziestych urodzinach, ze stosunkowo skromnym dorobkiem płytowym. W moje ręce trafiła płyta nagrana na Brooklynie w bardzo amerykańskim i poniekąd frapującym składzie. Obok tenorzysty, na perkusji znany z niejednej udanej freejazzowej ekspozycji, Mike Pride i – co najważniejsze w tej produkcji – na dwóch kontrabasach, Reuben Radding (także dalece doświadczony Nowojorczyk) i Sean Conly, czyli jakby nie było, Kwartet Dwubasowy.




Book II - długi, blisko 80-minutowy materiał (choć drugi krążek, to ledwie jeden, 20-minutowy fragment), stworzony przez Kretzmera (określony na okładce płyty jako written ideas) i zgrabnie zagrany przez czwórkę bardzo dobrych improwizatorów. Sama gra lidera, póki co, nie zabija nadmierną oryginalnością (mam wrażenie, że człek jest jednak odrobinę speszony nowojorskim towarzystwem), a solą tej niezłej płyty są przede wszystkim dialogi kontrabasistów. Dla nich z pewnością warto wejść w posiadanie tego podwójnego zestawu CD. Dzieje się wiele, emocji nie brakuje.

Całe wszakże wydawnictwo oceniam, tak jak pierwotnie, na middle/high, a personalia Yoni Kretzmera zapisuję w pamięci, w oczekiwaniu na jego dalsze improwizowane przygody.


Slobber Pup  Pole Axe (Rare Noise Records,2015)

Toxydoll  Bullsheep (Aut Records, 2015)

Friends & Neighbors  Hymn For A Hungry Nation (Clean Feed Records, 2014)

Pierwotnie chciałem te trzy płyty omówić indywidualnie, ale – po niezbyt głębokiej analizie własnych zasobów czasowych – doszedłem do wniosku, że szkoda mi czasu na takie pisactwo, a i Waszego, na rozbudowaną lekturę, też w sumie nie warto marnować. Bo to… po prawdzie, po prostu słabe płyty.

Slobber Pup to kolejna próba zaistnienia na rockowo-noisowej scenie Matsa Gustafssona. W żmudnym i dramaturgicznie nieuzasadnionym procesie generowania hałasu wspomagają go nie byle jacy partnerzy – Joe Morris na gitarze elektrycznej, Jamie Saft na organach i Balazs Pandi na perkusji. Należy wszakże ubolewać nad faktem marnowania ich talentów (i czasu przy okazji), albowiem jedynie mocne przewartościowanie podejścia do koncepcji samej muzyki, mogłoby ją w moich oczach uratować.

Toxydoll to z kolei elektryczny kwartet, złożony z zupełnie nieznanych mi muzyków, którzy… dużo próbują, chwilami nawet potrafią zaskoczyć, ale po prawdzie świat jazzu słyszał już miliony takich płyt. Fajne są natomiast tytuły utworów, jak i całego krążka. Ten literacki walor Bullsheepa możecie śmiało prześledzić w necie, bez tracenia czasu na odsłuch samej muzyki.

Wreszcie Przyjaciele i Sąsiedzi ze Skandynawii. Klasycznie skonstruowany kwintet jazzowy. Osiem tematów idealnych na lekko zakrapiane jam session, dla nas to jednak ewidentna strata czasu. Nuda i wtórność.

Rekomendacje dla tych trzech krążków możecie wystawić już sami.