Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ernst Reijseger. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ernst Reijseger. Pokaż wszystkie posty

piątek, 22 marca 2024

The Scandinavian’ Round-up: Strid! Gjerstad! Fite! Westgaard! Kjorstad & Reijseger! Emmeluth! Gunnarson & Johansson!


Wygląda na to, że muzyka ze Skandynawii całkowicie zdominowała marcową zbiorówkę świeżych recenzji równie świeższych wydawnictw. W rolach głównych wystąpią dziś muzycy z Norwegii i Szwecji, a w tej najbardziej eksponowanej szwedzki perkusista i perkusjonalista, jeden z prawdziwych magów swobodnej improwizacji, Raymond Strid. Odczytamy i odsłuchamy aż trzy wydawnictwa z jego udziałem!

W zestawieniu prawdziwy kalejdoskop stylów i estetyk - od free jazzu, przez ocean swobodnej improwizacji, nagrania inspirowane kulturą celtycką, skomponowane i brawurowo wykonane przez żeński septet, po nagrania terenowe uroczo zlepione z preparowanym fortepianem. A w tak zwanym międzyczasie garść improwizowanej kameralistyki na wyjątkowo pięknie brzmiących instrumentach strunowych. Innym słowy, dla każdego coś miłego!




Frode Gjerstad & Raymond Strid OUT! Live at Café Mir, 2023 (Bandcamp’ self-released, DL 2024)

Blow Out Festival, Cafė Mir, Oslo, sierpień 2023: Frode Gjerstad – saksofon altowy, klarnet oraz Raymond Strid – perkusja. Dwie improwizacje, 31 minut.

Potrójną przygodę ze Stridem zaczynamy od spotkania z weteranem norweskiego free jazzu, Gjerstadem, który w ostatnich latach znacząco osłabił swoją aktywność artystyczną, zatem album cieszy nas w dwójnasób. Bez zaskoczeń i dramaturgicznych niespodzianek, spora dawka dobrze skonfigurowanego free, z wiodącą rolą drummera, który potrafi wzniecać ogień nie używając do tego zbyt wielu narzędzi.

Koncert inicjuje perkusista, który nie musi czynić wiele, by alcista poderwał się do krzykliwego lotu i dorównał mu poziomem ekspresji. Dynamika, bystre interakcje, swobodna kontemplacja scenicznego doświadczenia, to najważniejsze atrybuty pierwszej fazy koncertu. Alcista w trakcie kilkunastominutowej opowieści dwukrotne milknie, dając więcej przestrzeni na perkusyjne ekspozycje, stwarzając także okazje na leniwie rozciągnie zwiotczałych mięśni. Po krótkiej chwili wraca, zawsze z nowym pomysłem na rozwój narracji i własne frazowanie. Norweg nie eskaluje napięcia, chętnie sięga po szeroki arsenał kocich lamentów, udanie syci perkusyjny flow drobnymi dawkami ekspresji. Strid trzyma improwizację mocno w garści i udanie stymuluje akcje partnera. Druga opowieść niesie ze sobą większą porcję spokojnych, bardziej zadumanych fraz, szczególnie ze strony Gjerstada. Szwedzki drummer czyni swoje z precyzją sapera, zdobiąc niemal każdą pętlę perkusjonalnymi inkrustacjami. Dynamiczny, niemal taneczny w końcowej fazie koncert zostaje urokliwie spuentowany melodią klarnetu.



 

Niklas Fite & Raymond Strid How it is (Bandcamp’ self-released, DL 2024)

Norlings Rör, Heby, Szwecja, styczeń 2024: Niklas Fite - banjo, gitara akustyczna oraz Raymond Strid – perkusja, instrumenty perkusyjne. Cztery improwizacje, 30 minut.

Drugi duet Strida, to niemal przeciwległy biegun swobodnej improwizacji. Cicha, skupiona, bazująca na pojedynczych dźwiękach opowieść do użytku słuchawkowego. Subtelny, po części minimalistyczny gitarzysta, który częściej tu sięga po banjo i Strid, mistrz tego typu sytuacji dramaturgicznych. Temu akurat spotkaniu do artystycznej doskonałości brakuje może tylko nieco wyższego poziomu ekspresji w kilku momentach tego niedługiego nagrania.

How It Is, to improwizacja prawdziwe molekularna, niebywale drobiazgowa, jakby wyszła spod pióra Johna Stevensa i Spontaneous Music Ensemble. Tworzą ją plejady dźwiękowych drobiazgów, strzępy fonii, pojedyncze uderzenia w najbardziej delikatne elementy instrumentów. To opowieść wyjątkowo cicha, choć nasączona wewnętrznymi emocjami, delikatna, choć nieustannie rwana i szarpana, płynąca po obrzeżach strun i gryfu, ledwie muskająca krawędzie werbla i tomów, szeleszcząca błyskiem talerzy. Tu liczy się każdy niuans, a czasami także fakt niezagrania jakiejkolwiek frazy. W pierwszej i trzeciej improwizacji Fite korzysta z banjo. Strid ma pod ręką wszystkie perkusyjne akcesoria, ale używa je z podwójną ostrożnością, z dbałością o brzmienie każdej frazy. Improwizacja tej dwójki nie jest wcale minimalistyczna – tu potrafi dziać się naprawdę wiele, a dramaturgiczne spiętrzenia nie są wcale rzadkim zjawiskiem. Mimo to opowieść balansuje często na granicy ciszy, jest szmerem, szelestem, półdźwiękiem martwego flażoletu. W drugiej i trzeciej odsłonie nie brakuje dźwięków preparowanych, ale i one zdają się istnieć w czasoprzestrzeni narracji ledwie przez ułamki sekund. Album kończy krótka improwizacja, w której pojawia się szczypta melodii, tu jakby rozkładanej na czynniki pierwsze i drobny, post-klasyczny sznyt gitary zatopionej w leniwym mikro drummingu.



 

Hein Westgaard/ Katt Hernandez/ Raymond Strid The Knapsack, The Hat, and The Horn (Gotta Let It Out, CD 2024)

Gävle, Szwecja, czerwiec 2022: Hein Westgaard – gitara, Katt Hernandez – skrzypce oraz Raymond Strid – perkusja. Dziewięć improwizacji, 42 minuty.

Trzecia dziś płyta z udziałem Raymonda Strida przenosi nas definitywnie do świata swobodnie improwizowanej kameralistyki. Dwa akustyczne instrumenty strunowe i zestaw perkusyjny, którego akcje i interakcje posadowione zdają się być, dość niespodziewanie, bliżej estetyki pierwszego z omawianych dziś albumów.

Artyści budują tu bardzo szerokie spektrum dźwiękowe – post-klasycznie brzmiąca gitara, rzewne, melodyjne skrzypce i wszechobecna perkusja, która oplata strunowe frazy niczym gęsta pajęczyna. Pierwsza piosenka, umiarkowanie dynamiczna na starcie, na etapie rozwinięcia koi nas ciszą, minimalizmem, mikro preparacjami skrzypiec i rezonansem perkusyjnych talerzy. W kolejnym odcinku muzycy preferują grę na małe pola – trochę leniwie, odrobinę na wdechu, z dbałością o brzmieniowe subtelności. Tu etap rozwinięcia oznacza półgalop pięknie zdobiony perkusjonalnymi błyskotkami Strida. Kolejne dwie improwizacje bazują na dźwiękach preparowanych. Pierwsza skupia się na mechanice strun i perkusyjnych naciągów, druga formuje się w jękliwą post-balladę. W piątej odsłonie powraca dynamika, ale jest gustownie dawkowana. Od zadziornych, kanciastych interakcji po rzewne melodie. Na etapie finalizacji narracja ulega pewnemu zagęszczeniu, głównie za sprawą skupionego drummingu. W kolejnej części dostajemy mnóstwo filigranowych fraz, doposażonych w drobne melodie i porcję perkusyjnych niespodzianek. W podobnym klimacie powstaje siódma piosenka. Każdy z artystów porusza się tu z kocią zwinnością, a wszystko dzieje w intrygującym tempie. Ósma improwizacja zaskakuje – najpierw budują ją dźwięki preparowane, ale osadzone w pewnej rytmice, potem pojawia się melodia, wyszukana dynamika i frazy gitary wyciągnięte na wprost z filmu country & western. Album wieńczy minutowa ekspozycja osadzona na dramaturgicznym suspensie - kojącym, wielkim wydechu gitary, skrzypiec i perkusji.



 

Hans Kjorstad & Ernst Reijseger Gap of Ginn (Motvind Records, CD 2024)

Høyjord Stave Church, Norwegia, luty 2022: Hans Kjorstad – skrzypce, hardingfele, Indian harmonium oraz Ernst Reijseger – wiolonczela, shruti boxes. Dziewięć utworów, 41 minut.

Kolejny album skandynawskiej zbiorówki także bazuje na improwizacjach (z jednym wyjątkiem), ściele się wszakże urodą godną niemal klasycznie brzmiących opowieści post-barokowych. Piękna akustyka obiektu sakralnego, ciepłe, niekiedy nad wyraz kojące frazy, ale też dużo wewnętrznego niepokoju, dramaturgicznego fermentu będącego skutkiem kreatywności obu artystów. Jeden z nich jest muzykiem na tzw. dorobku, drugi legendą europejskiej muzyki improwizowanej. Efekt ich wspólnych prac jest dalece intrygujący, może jedynie zbyt wystudzony emocjonalnie w fazie końcowej.

Rezonujące, długie pociągnięcia smyczkiem kreują aurę otwarcia, w której nie brak zarówno melodyki folkowej, jak i post-barokowej. Rodzaj śpiewu przez łzy, w obliczu egzystencjalnych boleści. Zaraz potem czeka na nas kilka dźwięków z głębokiej krypty i szczypta intrygującej nerwowości. W strumieniu czystych fraz strings, które pną się ku górze, rodzi się blask niżej osadzonego, indiańskiego harmonium. W trzeciej odsłonie muzycy dostarczają garść zabrudzonych, mglistych fonii udanie wzbogacających kolorystykę ekspozycji. W części czwartej płyną w strudze post-baroku, z kolei w piątej ochoczo śpiewają na folkową modłę w niemal durowej tonacji. Tu obecność harmonium zaskakująco podkreśla aurę piosenki. Szósta improwizacja zdaje się być tą najpiękniejszą. Harmonium i smutno frazujące cello schodzą bardzo nisko na kolanach, wprost w mroczne odmęty. Puentą jest śpiew wiolonczeli, sycony półgardłowymi westchnieniami muzyka. Siódma część zdaje się pogłębiać klimat poprzedniczki, ale czyni to bardziej melodyjnie, choć harmonium skutecznie trzyma się tu ciemniejszych barw. W ósmej opowieści pizzicato wiolonczeli buduje rytmiczną bazę, skrzypce smutno zawodzą, ale cała opowieść ma całkiem taneczny wymiar. Końcowa opowieść budowana jest z drobnych, molowych fraz, syci się też pewnym dramaturgicznym zaniechaniem. To chyba tu brakuje muzykom nieco energii do życia. 



 

Signe Emmeluth Banshee (Motvind Records, LP/DL 2024)

Studio Paradiso, Oslo, maj 2023: Jennifer Torrence – perkusja, wibrafon, głos, Guro Skumsnes Moe – bas elektryczny, kontrabas, głos, Maja S. K. Ratkje – głos, elektronika, skrzypce, Heiða Karine Jóhannesdóttir Mobeck – tuba, elektronika, głos, Guoste Tamulynaite – fortepian, syntezator, głos, Anne "Efternøler" Andersson – trąbka, głos, Signe Emmeluth – saksofon altowy, elektronika, głos, kompozycje. Trzynaście utworów, 41 minut.  

Irlandzkie, starożytne inspiracje, kreatywny umysł kompozytorki i septet bystrych wykonawczyń, które równie dobrze radzą sobie z instrumentarium akustycznym, jak i elektronicznym, nie skapią nam także swoich walorów głosowych, to elementy składowe podzielonej aż na trzynaście części opowieści. Niektóre z nich trwają ledwie minutę lub dwie, inne są 5-6 minutowe, ale wszystkie świetnie budują dramaturgię i sprawiają, iż archetypiczny Banshee jest dalece udaną podróżą dźwiękową.

Album otwiera dobrze zaplanowana ekspozycja, dynamiczna na etapie rozwinięcia, podana pełnym wachlarzem instrumentalnym. Na poły taneczna, bogato instrumentalizowana, nasycona starożytnymi emocjami i jakże współczesną ekspresją. Już na tym etapie podróży poznajemy moc wokalnych eksplozji. Po serii miniatur granych w podgrupach przechodzimy do szóstej, najdłuższej opowieści. Na starcie dominuje tu elektronika, w dalszej fazie władze przejmują instrumenty akustyczne, które snują opowieść, jaka wyłania się z kameralnego suspensu. Po śladowej dawce post-jazzu pojawiają się historie numer osiem i dziewięć, także rozbudowane w wymiarze czasowym. Pierwsza nich zdaje się być repryzą utworu otwarcia, ta druga przenosi nas do świata kameralistyki i oferuje błyskotliwą sekwencję swobodnych improwizacji budowanych metodą call & responce. Utwór jedenasty kontynuuje estetykę free chamber pełną preparacji, dobrze zadanych pytań i jakże zwinnych ripost. Dwunastą opowieść kreują dysonanse brzmienia i dynamiki. Garść brudnych dźwięków, smagnięcia smyczkiem i septetowe kontrapunkty generują tu spore podkłady emocji. Album domyka melodyjny wielogłos, który niesie się po niebie wsparty delikatnym dronem smyczkowym.



 

Rosanna Gunnarson/ Karin Johansson I grunda vikar är bottnarna mjuka (Outerdisk, CD 2024)

Elementstudion, Gothenburg/ Värmdö, Szwecja, 2021/22: Rosanna Gunnarson – kompozycja, notacje graficzne, field recordings oraz Karin Johansson – fortepian preparowany. Dziesięć utworów, 46 minut.

Fortepian preparowany oblewany strumieniami nagrań terenowych, pozostających często w onirycznych, tajemniczych klimatach. Dużo smakowitych dźwięków, dobra dramaturgia, także pewien potencjał relaksacyjny, oczywiście dla tych, których cenią sobie niekonwencjonalne metody spędzania czasu wolnego. To w telegraficznym skrócie zawartość albumu o jakże intrygującym tytule W płytkich zatokach dno jest miękkie. Dziesięć opowieści podanych tu jest w jednym strumieniu dźwiękowym.

Kolejna skandynawska opowieść formuje dźwięki improwizowane fortepianu i żywe frazy otoczenia w medytującą kompozycję czasu i przestrzeni. Ta implozywna drama na każdym etapie podróży zdaje się mieć motyw przewodni. W fazie początkowej wątkiem dominującym jest lejąca się zewsząd woda i towarzyszący jej szum wiatru, tudzież odgłosy lasu dominujące nad przejawami życia miejskiego. Środkowa część albumu wydaje się być bardziej mięsista, doposażona w gęstsze, niekiedy wręcz industrialnie brzmiące frazy. Jest nerwowa, stygmatyzowana mrokiem i niedopowiedzeniami. Z kolei w końcowych częściach tej historii, niezależnie od innych wydarzeń, snuje się strumyczek fortepianowej melodii, filigranowy, podawany wprost z wychłodzonej klawiatury. Jeśli pierwsza faza albumu jest zaproszeniem do wyruszenia w drogę, a środkowa wzmaganiem się z niedogodnościami wynikającymi z pokonywania kolejnych etapów, to końcowa stanowi piękną reasumpcję, nasyconą pokaźną porcją emocji. W trakcie całego albumu frazy grane z klawiatury pozostają we względnej równowadze dramaturgicznej z akcjami inside piano, choć tych drugich w wymiarze ilościowym jest na pewno więcej. Pośród przeróżnych dźwięków każdej fazy opowieści nasze uszy sycą się pięknymi, rezonującym odgłosami płynącymi zarówno z wnętrza piana, jak i bliżej nieokreślonej rzeczywistości nieopodal. A najciekawiej jest chyba wtedy, gdy w ogóle nie potrafimy wskazać źródła danego dźwięku. 

 

 

 

wtorek, 7 kwietnia 2020

Gerry Hemingway! A Couple for Eternal Happiness!


W pewnym doskonałym, współczesnym włoskim filmie, główny bohater, artysta, kończy właśnie 65 lat i mówi: W moim wieku nie mam już czasu na robienie rzeczy, które nie sprawiają mi przyjemności!

Amerykański drummer, Gerry Hemingway, mistrz wielu fantastycznych sytuacji jazzowych i improwizowanych, wieloletni współpracownik Anthony'ego Braxtona, w tym roku także skończył owe zacne 65 lat. Dzięki krajowemu wydawcy - Fundacji Słuchaj! - możemy delektować się dwoma nowymi wydawnictwa z udziałem zacnego jubilata. Najpierw duet, potem trio! Zapraszamy do czytania i słuchania!




Composition O by Vincent Glanzmann/ Gerry Hemingway *)

Legenda światowej, jazzowej i improwizowanej perkusji, Amerykanin Jerry Hemingway w parze ze szwajcarskim młodziakiem Vincentem Glanzmannem, w kompozycji O na dwa zestawy instrumentów perkusyjnych, składającej się z sześciu części (pozostającej wszakże nieprzerwanym strumieniem dźwięków), a trwającej 36 minut i 33 sekundy. Vincent używał będzie talerzy, bębna, perkusjonalii i kontrolowanej amplifikacji, Gerry zaś – talerzy, perkusjonalii, harmoniki i głosu, a także kontrolowanej amplifikacji. Nagranie pochodzi z roku 2017. Zaglądamy do środka w celu poszukiwania intrygujących dźwięków i znamion improwizacji. Uprzedźmy przebieg wydarzeń – znajdziemy jedno i drugie!

Spektakl dźwiękowy otwierają rezonujące talerze (a jakże!), a także inne przedmioty płaskie, które nie pozostają obojętne na ów proceder. Jeden z muzyków podaje też rytm, który kreśli oś dramaturgii początku nagrania. Gong, który drży nieco wolniej i szemrząca elektroakustycznie amplifikacja, to kolejne elementy składowe układanki zwanej O. Dźwięki płyną do nas swobodnie, ale z pewnością wedle precyzyjnie zaplanowanego scenariusza (grafika wewnątrz okładki płyty dla niektórych może okazać się pomocna – jako żywo, przypomina twórcze bazgroły Anthony Braxtona, co nie dziwi, gdy weźmie się pod lupę artystyczny życiorys Hemingwaya). Finał części pierwszej jest bardzo efektowny akustycznie, niepozbawiony elementów polirytmii.

Fajerwerki na suchych talerzach, które zwinnie introdukują część drugą, równie błyskotliwie gasną, by dać początek pulsującej ciszy, rezonującej metalicznie. Muzycy preparują dźwięki, konsekwentnie budują narrację, stawiają na działania zaplanowane i pewną powtarzalność zjawisk (rytm!), na sekwencję fonii na poły elektroakustycznych (amplifikatory nie zasypiają!). Kolejne dwa fragmenty rozwijają koncepcje preparowania i meta rytmicznego drummingu, choć akt czwarty trwa ledwie minutę i toczy się niemal wyłącznie na glazurze talerzy.

Część piąta, najdłuższa, stawia na elektroakustykę już pełną gębą! Amplifikatory szumią, przestrzeń drży, śpiewa i pomrukuje (to tu pojawia się harmonijka i głos Hemingwaya). Narracja niepozbawiona pustych przebiegów toczy się jednak intrygująco, a samych dźwięków jakby przybywało. Talerze zarówno rezonują, jak i stanowią bazę na dynamizującego całość drummingu. Finał odcinka pęcznieje od zdarzeń, niepozbawionych nawet aury perkusjonalnego dark ambientu. Ostatnia część kompozycji O stawia na krótsze frazy, a nawet pojedyncze dźwięki. Wszystko w tym miejscu spektaklu zdaje się drżeć, rezonować ze sobą i budować zmyślny, elektroakustyczny post-ambient. Ostatnia prosta nie może nie należeć jednak do samotnych, czystych akustycznie talerzy.




Concertgebouw Brugge 2014 by Graewe/ Reijseger/ Hemingway **)

Pianista Georg Graewe, wiolonczelista Ernst Reijseger i perkusista Gerry Hemingway znani są na światowej scenie muzyki jazzowej i improwizowanej od lat, ale być może niewielu z nas pamięta, iż jako trio debiutowali 30 lat temu. Na tę okoliczność Fundacja Słuchaj! proponuje nam ich koncert, zarejestrowany na … 25 lecie tria, albowiem nagranie Concertgebouw Brugge 2014, zgodnie ze swą nazwą, powstało pięć lat temu. Płyta w formacie CD jest dostępna od listopada ubiegłego roku.

Wprowadzenie w atmosferę koncertu odbywa się nad wyraz spokojnie. Łagodne, klasycyzujące piano, wysoki smyczek na strunach delikatnej wiolonczeli, wreszcie wytłumiony drumming – swobodne chamber z post-jazzowymi korzeniami. Jeśli coś te trio wyróżnia na tle innych tego typu składów trzyosobowych, to jest nim z jednej strony, użycie wiolonczeli (miast narzucającego się jazzowymi schematami kontrabasu), z drugiej zaś istotny fakt, iż Hemingway dość swobodnie i autorytarnie, co pewien czas, przesiada się z perkusji na marimbę. Tak właśnie dzieje się już po czterech minutach koncertu. Najpierw muzyk włącza się w dynamiczną ekspozycję, potem zdaje się być prowodyrem pierwszego spowolnienia. Narracja toczy się bardzo kolektywnie, w świetnej akustyce sali koncertowej, bez freejazzowych szarż pianisty (!), raczej w kameralnym skupieniu i precyzji, nawet w sytuacjach dynamicznych. Po ósmej minucie perkusja powraca i kreuje bardziej jazzowy odcinek narracji. Jeśli którykolwiek z instrumentów wydaje się mieć minimalną przewagę dramaturgiczną w procesie improwizacji tria, to jest nim wiolonczela. Raz gna zwinnym pizzicato, innym razem, dzięki smyczkowi, wprowadza niemal barokowy ład i porządek. Nie stroni także od krótkich, ale bardzo efektownych ekspozycji solowych. Taka sytuacja ma miejsce choćby po trzynastej minucie spektaklu. Po kolejnym powrocie marimby, aura dźwiękowa nabiera mroku, choć nie traci wewnętrznej dynamiki. Na finał pierwszej części sytuacja dramaturgiczna jawi się w sposób następujący - dynamiczna perkusja, która nie dość, że trzyma rytm narracji, to jeszcze bystrze preparuje swoje dźwięki, piano zaś systematycznie dokłada do ognia. Wulkan nagromadzonej w międzyczasie ekspresji, miast jednak eksplodować, przygasa w efekcie działań smyczka na wiolonczeli i prawdopodobnie także na którymś z elementów zestawu perkusyjnego, również traktowanego fragmentem silnie naciągniętego końskiego włosia.

Drugi fragment koncertu otwiera frywolna wiolonczela, który brzmi jak … gitara. Piano wchodzi po chwili marszowym krokiem, perkusja zaś wielobarwnym półrytmem, czyniąc całą introdukcję nieco klasycystyczną. Po pięciu minutach śmiały krok w kierunku open jazzu, dyktowany przez perkusję. Cello początkowo jest „na tak”, potem zmienia jednak zdanie i zaczyna jątrzyć wilgotnym smyczkiem, stanowić prawa i obowiązki, charakterystyczne dla zmysłowego post-chamber. Po chwili powraca marimba i wkleja się w barokowy flow wiolonczeli. Szczególnie piękny wydaje się fragment po dziesiątej minucie – piano gra abstrakcyjne frazy, a mały strunowiec buduje nisko zawieszony dron. Po chwili zostaje sam na scenie, ze strunami wysuszonymi na wiór. Powrót pozostałych instrumentów zwiastuje wzrost emocji - zwinne i nerwowe free improv. Pod koniec utworu – cello brzmi jak stukot końskich kopyt, piano frazuje post-jazzem, a perkusja wrze. Zejście w mrok ciszy, to oczywiście zadanie dla Reijsegera.

Ostatni fragment koncertu, definitywnie najkrótszy, zaczyna się w estetyce minimal – pojedyncze uderzenia w talerz, dźwięki wydawane otworem gębowym przez jednego z muzyków, rwane struny – skromne, ale stylowe call & responce! Piano wkracza do gry dopiero po 90 sekundach, znów pełne jest abstrakcyjnych dźwięków, które wzmagają efekty preparacji wiolonczeli i perkusji. Narracja nabiera zadziorności, dramaturgicznych kantów i dobrej dynamiki. Wiolonczelista zdaje się grać jednocześnie techniką pizzicato i arco, a po chwili jego instrument znów brzmi, jak gitara. Nim muzycy osiągną finałową ciszę, będą jeszcze kilkukrotnie zmieniać tempo i poziom scenicznych emocji. Sporo weźmie na siebie pianista, nie zabraknie marimby i smyczków, które ostatecznie zgaszą płomień narracji.


*) recenzja powstała na potrzeby jazzarium.pl i tamże została opublikowana
**) recenzja powstała na potrzeby jazzarium.pl i tamże ... zostanie niebawem opublikowana