Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ksawery Wójciński. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ksawery Wójciński. Pokaż wszystkie posty

piątek, 3 października 2025

Anaïs Tuerlinckx i John Butcher na nowych albumach dokumentujących Call and Response 8. Spontaneous Music Festival


(informacja prasowa)

 

Dziewiąta odsłona poznańskiego Spontaneous Music Festival wystartowała z hukiem dokładnie we czwartek drugiego października. Jednym z rytuałów imprezy są nowe płyty z nagraniami zarejestrowanymi w trakcie edycji poprzedniej. Nie inaczej jest w tym roku. W piątek 3 października swoje światowe premiery mają albumy Spontaneous Live Series 016 i 017. Oba są już dostępne zarówno w formie plików elektronicznych, jak i na nośnikach fizycznych, tu tradycyjnie poręcznych płytach kompaktowych.

  


Na katalogowej szesnastce pomieszczono dwa festiwalowe sety, w jakich wystąpiła w roku ubiegłym belgijska pianistka Anaïs Tuerlinckx. W drugi dzień imprezy (dokładnie z piątek) improwizowała po raz pierwszy (a zatem w tzw. secie ad hoc) z niemieckim saksofonistą Jonasem Engelem. Ów zakochany w preparacji duet przez wielu uznany został za jedno z najbardziej spektakularnych wydarzeń ubiegłorocznej edycji Spontaneous Music Festival. Na albumie SLS 016 odnajdziemy również sobotni set pianistki, tym razem poczyniony w towarzystwie jej stałej partnerki artystycznej Andrei Ermke, wykorzystującej w trakcie scenicznej pracy dźwiękowej mini-dyski zawierające sample i fonie szeroko rozumianego otoczenia. Jak wspominano w festiwalowych relacjach prasowych:  od subtelnej ciszy do ceremonialnego hałasu – to była droga, jaką przebyły na scenie Dragona artystki z Berlina.

Spontaneous Live Series 016: Anaïs Tuerlinckx with Jonas Engel and Andrea Ermke Live at 8th Spontaneous Music Festival (Spontaneous Music Tribune, CD 2025). Anaïs Tuerlinckx – fortepian preparowany, Jonas Engel – saksofon altowy (pierwsza improwizacja), Andrea Ermke – mini discs, sample (druga improwizacja). Nagrane 4 i 5 października 2024, Dragon Social Club, Poznań. Dwa utwory, 56 minut.

https://spontaneousliveseries.bandcamp.com/album/spontaneous-live-series-016

 


Z kolei album cyklu oznaczony numerem katalogowym 017 zawiera finałowy set poprzedniej edycji festiwalu. Tak pisano o nim w relacjach prasowych: Finał imprezy przypadł w udziale Large Ensemble, dla którego notyfikację (scenariusz improwizacji) przygotował John Butcher. Koncert mienił się intrygującą, jakże zmienną dramaturgią. Tentet dzielił się raz za razem na duety, tria czy kwartety. Sięgał po atrybuty swobodnego jazzu, niuanse kameralistyki, miał też w części środkowej piękną ekspozycję dronową graną pełnym zestawem instrumentalnym. Dodajmy, iż na etapie produkcji albumu formacja – wedle woli saksofonisty - przejęła ostatecznie nazwę własną Dragon 10, a wykonany przez nią utwór Poznań Contours.  

Spontaneous Live Series: John Butcher’s Dragon 10 Live at 8th Spontaneous Music Festival (Spontaneous Music Tribune, CD 2025). John Butcher – saksofon tenorowy, sopranowy, notyfikacja graficzna, Mark Wastell - instrumenty perkusyjne, Phil Durrant - elektryczna mandolina, Luís Vicente - trąbka, Salvoandrea Lucifora – puzon, Adam Pultz Melbye – kontrabas, Ståle Liavik Solberg - perkusja, Anna Jędrzejewska - fortepian, Ksawery Wójciński - kontrabas oraz Ostap Mańko - skrzypce. Nagrane 6 października 2024, Dragon Social Club, Poznań. Jeden utwór, 29 minut.

https://spontaneousliveseries.bandcamp.com/album/spontaneous-live-series-017

 

 

 

piątek, 25 marca 2022

Antenna Non Grata strikes again! Wójciński! Bolek i Lolek! Coagulant! kakofoNIKT!


Koniński label Antenna Non Grata ma się świetnie i systematycznie dostarcza nam nowych nagrań w jakże poręcznym formacie płyty kompaktowej. Nowy rok przynosi cztery kolejne numery katalogowe, jak zawsze w przypadku tego wydawnictwa oparte na muzykach krajowych, sytuujące swoje zainteresowania gatunkowe na czasami bardzo odległych od siebie planetach.

W zestawie nowości solowa płyta na kontrabas, która pachnie kreatywnym post-barokiem, potem zaś zwinny, elektroakustyczny duet, który właśnie dorobił się tytułu akademickiego, jaki upoważnia do …. uprawiania swobodnej improwizacji (a ta, jak wiadomo, winna się trzymać bardzo precyzyjnych reguł!). W dalszej kolejności 33 minuty nagrań terenowych, które w efekcie prac edytorskich zdają się być smakowitą porcją dalece egzystencjalnego dark ambientu, wreszcie na finał kakofoniczna zabawa taneczna, albo może lepiej powiedzieć: stylistyczna żonglerka gatunkami bez jakichkolwiek zahamowań, wszak świat muzyki improwizowanej pozostaje jedyną w dzisiejszej, paranormalnej reality prawdziwie wolną strefą myślenia i życia!

 


Ksawery Wójciński: Tower of Pressure

Ksawery Wójciński nie wymaga na naszej scenie muzyki improwizowanej jakichkolwiek rekomendacji. Jego druga solowa płyta (kontrabas, głos) nagrana została cztery lata temu w konińskiej Wieży Ciśnień, zawiera jedenaście improwizacji, przy czym w trakcie dwóch z nich, pod koniec albumu, Ksawerego wspiera jego brat Maurycy na trąbce. Całość tej niebywale efektownej brzmieniowo płyty trwa 42 minuty i 28 sekund.

Nowa płyta Ksawerego, to kontrabas usytuowany w wysokiej wieży, wyposażonej w niebywałą akustykę, traktowany smyczkiem na tysiące sposobów, obudowany dramaturgią, która stawia na prostotę, kreatywny minimalizm, często korzysta z ciszy, ale nie tłumi emocji. Te ostatnie raz za razem eksplodują tu różnymi kanałami – czasami brudnym, wręcz wulgarnym brzmieniem, innym razem śpiewem, który płynie wysokim wzgórzem i zdaje się koić wszelkie egzystencjalne lęki i zawahania. Początek opowieści uformowanej w krótkie 3-4 minutowe epizody zaczyna się barokowym śpiewem kontrabasowego smyczka. Repetycja wypełniona echem, które szumi otwartą przestrzenią, z czasem doposażona zostaje niższymi frazami. W kolejnej części smyczek pracuje nieco wyżej, brzmienie instrumentu przypomina zaś wiolonczelę, a nawet altówkę. Wraz ze strumieniem dźwiękowym pracuje tu także cisza, jakby wypełniona suchym powietrzem. Oba elementy gry formują się w meta rytmiczną strukturę, pełną desperacji i zapalczywości. Trzecia część budowana jest masywnym, wyjątkowo brudnym tembrem smyczka i pojedynczymi szarpnięciami za struny. Z kolei w czwartej narracja sprawia wrażenie zapętlonej, sycącej się wewnętrznym rytmem opowieści. W piątej improwizacji muzyk nisko ugina kolana i boleśnie wzdycha ugniatając struny, tudzież ryjąc bruzdy w ziemi.

Szósta improwizacja bazuje na szarpaniu strun, kolejna na bardzo efektownym brzmieniowo ich szorowaniu. Artysta za pomocą smyczka i zwinnych palców wydobywa z kontrabasu wszystkie możliwe emocje. Jego instrument śpiewa, skomle, ale i warczy z irytacji. W końcu kontrabasista ów tragizm sytuacji wspiera swoją jakże stylową wokalizą. W dziewiątej części pojawia się zapowiadana trąbka. Smyczek i mały blaszak zaczynają wspólną, niezwykle imitacyjną przebieżkę. Pachnie tu zmysłowym post-barokiem, ale i śpiewnym post-jazzem. Dziesiąta opowieść zdaje się być niezwykle filigranowa. Stojąc na palcach Ksawery płynie filuternym pizzicato, z dużą dawką melodii, jaka rodzi się pomiędzy strunami. Emocje znów pną się ku górze, niemal po rockowemu! W finałowej improwizacji powraca formuła duetowa. Niski smyczek, wokalny zaśpiew Ksawerego i ciepła trąbka Maurycego budują tu balladę, która tłumi nerwowy niepokój całego albumu prawdziwie żywymi, dobrymi emocjami.

 


Bolek i Lolek: Na Dzikim Zachodzie​/​Skutki Uboczne (Live)

Kolejna płyta, to dalece nierysunkowy duet, który rzeczywiście studiował improwizację w Bazylei! Tworzą go: Jacek Chmiel – elektronika, zither, singing bowls i obiekty oraz Jakub Marczyński – instrumenty perkusyjne i zabawki. Muzyka powstała zatem w Szwajcarii (Musik-Akademie Basel oraz H95), część nagrań odbyła się bez udziału publiczności, a część ma charakter koncertowy (ów egzamin!). W sumie, to trzy improwizacje trwające 44 minuty i 6 sekund.

Szwajcaria, to może niezupełnie Dziki Zachód, ale emocje gwarantuje! Po lekturze albumowego instrumentarium łatwo zorientować się, iż tytułowi Bolek i Lolek proponują nam dalece elektroakustyczną przygodę improwizowaną, dodatkowo czynioną pod hasłem naczelnym: nie gramy czystych dźwięków, z czegokolwiek je wydobywamy! I niech żyje preparacja! Dodajmy, z jakże udanym efektem końcowym!

Początek nagrania, to delikatny, elektroakustyczny rozgardiasz. Dużo dźwięków w jednostce czasu, nie zawsze ukierunkowanych dramaturgicznie – przepięcia mocy, mechanika tarcia i stukania, drżące talerze, strunowe echo, dźwięki gar-kuchni w stanie wzmożonej pracy. Wielobarwny free impro efektownie rezonuje, ale i stacza się w mrok post-akustycznego ambientu. Pojawiają się dźwięki samplowane, ale być może, to efekt wykorzystania fal radiowych w trybie live. Muzycy zdolni tu są naprawdę hałasować, ale też doceńmy, jakże efektownie schodzą do akustyki pojedynczego dźwięku. W drugiej improwizacji tkają pajęczynę fonii bardziej skrupulatnie, wyczuleni na niuanse, szukający ciekawych fraz również na pograniczu ciszy. Chwilami całość nabiera post-industrialnego posmaku, przy okazji znów odzywa się radio, które serwuje nam głos … opowiadający o istocie procesu improwizacji. Dużo też dzieje się w warstwie elektronicznej, która nie skąpi nam incydentalnie drum beats, a także siarczystego, syntetycznego szumu. Trzecia, najdłuższa improwizacja zdaje się konsumować wszelkie atrybuty jakości Bolka i Lolka. Muzycy dostarczają nam kolejne porcje nowych dźwięków i nie przestają zaskakiwać. Rezonują talerze, coś drży niczym agregat prądotwórczy, coś szumi, niczym tuba dużego instrumentu dętego. Na powierzchniach płaskich ugniatane są tajemnicze przedmioty, a wokół nich snują się elektroakustyczne drony nieznanego pochodzenia. Znów wracają fale radiowe, które zdają się tu być kolejnym generatorem dobrego hałasu. W końcowej fazie nagrania wiele wątków jeszcze zyskuje na kolorycie brzmienia. Niektóre przypominają pracujące wytrwale elektronarzędzia, inne snują się dronowym, rezonującym ambientem. Na finał znów dostajemy garść talerzowych hałasów, trochę piszczącej elektroniki i kilka post-perkusyjnych incydentów. Czterdzieści cztery minuty za nami i ani jednej straconej sekundy! Egzamin zdany celująco!

 


Coagulant: Archival Recordings for Paolo Monti

W świecie muzyki nieoczywistej precyzyjne sformułowanie albumowego credits bywa czasami dalece utrudnione. W przypadku tej płyty (jedna kompozycja, 33 minuty z sekundami) recenzent postanowił zacytować opis wydawcy w całości:

Coagulant to konceptualny projekt dźwiękowy opracowany przez Fk drone w 1998 roku, a kierowany przez Fabio Kubica. Jest powiązany w wielu obszarach z dźwiękowymi eksperymentami, a sam proces tworzenia polega na elektronicznej manipulacji za pomocą mikrofonów, przycinaniu i klejeniu zebranego materiału z otoczenia dźwiękowego, edycji sprzężenia zwrotnego audio i strukturyzacji częstotliwości skośnych, które opierają się na hipnotycznych dronach.

W fakturze dźwięku, który płynie do nas z samego dna ciszy, odnajdujemy nieprzebrane warstwy szumu, które zdają się drżeć, metalicznie rezonować, a po chwili także pulsować. Ubrane w szaty ambientu trzy, a nawet cztery wątki płyną nerwowym, budzącym przestrach strumieniem dźwiękowym. Wiemy doskonale, iż pierwowzorem tego, co teraz słyszymy są prawdziwe dźwięki otoczenia. Ale to nas nie uspakaja, wręcz budzi dodatkowy niepokój. Mamy wrażenie, że oglądamy film pozbawiony obrazu, który opowiada o wizji świat post-apokaliptycznego, świata, którego nie ma i być może nigdy nie było. Być może to soundtrack do jakże realnej, codziennej trwogi, która jest z nami już cały miesiąc. Bogata narracja, budowana niekończącymi się powtórzeniami potrafi incydentalnie eskalować swoje natężenie, kreując przy tym nową, post-realną definicję piękna.

Opowieść ma dwa punkty zwrotne. Pierwszy ma miejsce w okolicach 14 minuty. Strumień fonii tłumi się wówczas do postaci basowego drona, na którym rozbudowuje się nowy wątek, dalece bardziej mroczny, wolniej pulsujący, bardziej zasklepiony do wewnątrz. Deep bass drones & pulsation, jakbyśmy właśnie schodzili do piwnicy (schronu?). Z kolei w okolicach 22 minuty w dark ambientowym tyglu strachu pojawia się nieco wyższe pasmo fonii. Przypomina zapętlony, zmutowany wrzask choru kościelnego. Flow narasta, rozlewa się coraz szerszym korytem desperacji. Wieczna repetycja gęstej mazi post-realizmu, niczym martwa mantra, która czeka na niechybny koniec. Ten następuje w drodze niemal 90-sekundowego gaszenia wszelkiego życia w tej części ludzkiego kosmosu.

 


kakofoNIKT: Dance Epidemic - Greatest Hits A​.​D. 1518

Nasz ponadgatunkowy taniec z nowościami Antenna Non Grata kończymy … tańcem epidemicznym, jaki miał miejsce 500 lat temu, a dziś stał się konceptualnym powodem, by kilku dziarskich poznaniaków pomuzykowało w jego opętańczym, dalece elektronicznym rytmie. Formacja kakofoNIKT, to Patryk Lichota - syntezator, sampler i sekwenser, efekty, saksofon sopranowy i tenorowy, bass Fendera, Hubert Wińczyk – syntezator, sampler, nagrania terenowe, drum machine, głos i teksty (z drobnymi wyjątkami) oraz Michał Joniec, którego udział został określony jako ghost heart. Dwanaście utworów, 64 minuty.

Dźwiękowy teatr bez obrazu, żonglerka gatunkami, czyniona z dużą artystyczną bezczelnością i cała masa nasyconego elektroniką rytmu, to najkrótszy z możliwych opisów tego, co kakofoNIKT proponuje na swym nowym albumie. Ów nieco szalony kalejdoskop zdarzeń zaczyna się niczym nawoływanie na misterium. Elektroniczne tło, w którym dzieje się naprawdę dużo (startujący samolot, neo-folkowe zaśpiewy), zagubione frazy perkusji i dęcie w złoty róg! Całość lśni dark ambientem i łapie rytm post-electro. Zaraz potem słyszymy stylowy drum’n’bass, bogacony czystymi pasmami syntezatora. W trzecim epizodzie masywna baza nie odpuszcza, pojawia się saksofon, a w pakiecie sampli odnajdujemy wątek ragtime’owy, hałasy ala Squarepusher i pasaże godne J.M.Jarre’a! Wszystko niczym majaczenia upalonego erudyty! W kolejnej części pojawia się głos, który recytuje ważne (nieważne) treści, a całość znów ma postać drum’n’bass z coraz bardziej nerwowym tłem.

Kakofoniczny kalejdoskop epatuje dźwiękami z godną uwagi zapalczywością! Piąty epizod przypomina diabelski młyn w lunaparku, szósty zaś przywołuje dobre czasy new romantic z lat 80. ubiegłego stulecia. Z kolei siódemka zdaje się być jednym z najciekawszych momentów płyty. Zbudowana na pętli kameralnej frazy strunowej, ożywiana zostaje nieco tanecznym rytmem, a barwiona głosem i poświatą saksofonowego echa. W ósemce pulsuje basowe electro, syntezatory tańczą wokół własnej osi, a dołem płynie dość archaiczna w brzmieniu elektronika nierozpoznanej do końca proweniencji. W części dziewiątej chyba unosimy się w powietrzu. Frywolny balet z dużą ilością akcentów perkusyjnych i post-perkusyjnych. Swobodny beat i znów posmak new romantic, ale w dalece mrocznych klimatach. Kolejna opowieść kontynuuje rytmiczny trip, znów brzmi nieco archaicznie, a jej uzupełnieniem są szepty, a potem tajemnicze słowa. Ciekawie na tym tle prezentuje się przedostatni utwór. Zbudowany down-stepowym rytmem i efektownie brzmiącym basem Fendera znów napotyka na bystre, rozhisteryzowane tło. Rytm finalnej opowieści zdaje się zaś być poszarpany nadkreatywnością jego twórców. Bogata w wydarzenia syntezatorowa narracja kończy tę nienudną, ale na pewno zbyt długą opowieść.

 

 

piątek, 21 lipca 2017

Zerang! Mełech! Wójciński! – improwizacje różane, wytrawne, długo leżakowane, czyli krótka lekcja numerologii


Czas i miejsce zdarzenia: 3 grudnia 2010 roku, Poznań, studio Alberta Hofmanna.

Ludzie i przedmioty: Michael Zerang – perkusja, Piotr Mełech – klarnet basowy i klarnet, Ksawery Wójciński – kontrabas.

Co gramy: muzyka swobodnie improwizowana, wszakże wg opisu na okładce all tracks composed by the musicians, zatem być może mamy tu do czynienia z klasycznym przypadkiem muzyki skomponowanej w drodze improwizacji (pozdrowienia dla Evana Parkera).

Efekt finalny: siedem improwizacji (!) z tytułami obrazującymi kolejność, w jakiej powstawały, łącznie niespełna 41 minut muzyki. Na dysku od 10 lutego br. – czyli 6 lat, 2 miesiące i 7 dni od momentu nagrania - udostępnia Multikulti Project pod tytułem 261034115. Ów ciąg liczb nie kryje w sobie głębszych treści, jest jedynie wylistowaniem numerów kolejnych improwizacji, jakie zostały zamieszczone na płycie (jakkolwiek suma numerów poszczególnych improwizacji daje łącznie liczbę 41 – tyle trwa płyta!). Tytułem wykonawczym są nazwiska muzyków, wymienione w kolejności, jak dwa akapity wyżej.




Przebieg wydarzeń/ wrażenia subiektywne:

Improwizacja druga. Po otwarciu w ogóle nie czuć naftaliną. Czysta, żywa, pachnąca, akustycznie wymuskana porcja dźwięków. Klarnet basowy, perkusja (rozstawiona wedle przykazań Zeranga) i muskularny kontrabas w pełnej gotowości – rusza zwinna narracja, trochę w klimacie call & response, dynamicznie jazzowa, estetycznie bezkompromisowa. Sekcja jest czujna, trochę nadpobudliwa, klarnet znaczy teren plamami wyrazistych dźwięków, ale nie eskaluje. Kręci się wokół z góry zadanej melodii i ma ochotę na taniec, choć nie jest jeszcze nadmiernie rozgrzany.

Improwizacja szósta. Kontrabas dostaje się pod kuratelę gorącego smyczka. Start jest gwałtowny, istotnie natarczywy. Klarnet wije się wokół własnej osi i znów macza stopy w quasi-semickiej melodyce. Trochę pyskuje, drąży trudniejsze wątki tej rozmowy, w czym wspiera go rozszalały kontrabas (Ksawery, świetna robota! – komentuje recenzent). Jego struny goreją, a intensywność przekazu z nich płynąca, każe wskazać kontrabasistę, jako tymczasowego króla polowania. Wszyscy w galopie. Klarnet na finał też zdaje się mieć kilka ważnych kwestii do wygłoszenia.

Improwizacja dziesiąta. Eksplozja sonorystyczna! Klarnet bucha, prycha i szumi, jak szyb wentylacyjny największego wieżowca świata. Struny kontrabasu jęczą przywalone ciężarem smyka! Nostalgiczny marsz niesłusznie potępionych, w melodyce wartej całkowitego zatracenia. Tembr kontrabasu zabrudzony na potęgę. Perkusja milczy. Dobrze robi.

Improwizacja trzecia. Znów spokojnie, nawet dostojnie. Drummer wraca do gry, a tam czeka na niego, gotowy na konfrontację klarnet basowy. Kontrabas nieustannie na smyku, brzmi nadal rewelacyjnie. Narracja delikatnie zawiesza się. Perkusista dla uporządkowania spraw, sprawdza stan swoich membran (jest ok!), ale nie jest nadmiernie pobudliwy. Próbę stosunkowo spokojnego wybrzmienia kontestuje klarnet, który schodzi coraz głębiej i zaczyna ryć podłogę studia (jakże upalony sound!). Krótkie, ale wytworne i zdyscyplinowane solo bębnów. W pół zdania wchodzą w jego strukturę klarnet i kontrabas, serwując pokrętną melodykę. Narracja jest płynna, często korygowana – ale dla tych muzyków to żaden problem! Na finał 9-minutowej opowieści muzycy zgrabnie ogrywają temat, którego nie było i są w tym niezwykle przekonywujący.

Improwizacja czwarta. Cisza o poranku. Klarnet basowy oddycha głęboko, kontrabas rzeźbi za progiem, perkusja stawia stemple obecności. Molekularna improwizacja. Każdy ma coś do dodania, w odpowiedzi na reakcję współpartnera. Drobinki emocji, stuk, puk, stuk, puk… Jedwabna kompozycja lepi się z tych mikroincydentów. Jakże kompatybilni zdają się być muzycy w tej właśnie chwili. Silny efekt synergii płynie im z uszu cieniutkim strumieniem.




Improwizacja jedenasta. Nigdzie się nie spieszymy! Imponujące plamy sonore. Kontrabas i perkusja trą się o siebie, szeleszczą, burczą, skwierczą i pomrukują z zadowolenia. Klarnet krąży wokół nieistniejącej melodii i zdaje się czerpać z tego kolejny kilogram przyjemności. Muzycy zagłębiają się w dźwięki. Kontrabas na smyku schodzi niżej. W pół drogi chwyta go klarnet i zaczynają wspólny taniec. Dekonstruują swoje dźwięki w locie, kleją się do siebie, tupią nogami i klaszczą w dłonie. Imitują się wzajemnie, każdy chce być tym drugim (dramatycznie wspaniały moment płyty! – krzyczy recenzent i kreśli bohomazy w swoim kajecie). Michael otwiera usta z wrażenia – jedynie, co może zrobić, to uderzać stopą w bęben basowy i odliczać kolejne interwały niebywałej eskalacji Piotra i Ksawerego!

Improwizacja piąta. Potokowa, rozgadana narracja, w tempie wszakże dalece nieśpiesznym. Szczypta często dziś stosowanego call & response. Kontrabas ma tysiące pomysłów, klarnet napoczyna wciąż nowe historie. Finał jest nagły, a cisza tuż po nim dotkliwa.


Refleksja końcowa recenzenta: każda minuta tego nagrania dowodzi, iż warto było czekać owe skromne sześć lat z okładem. Co więcej, poprosimy o dogrywkę i możliwość poznania improwizacji o numerach 1, 7, 8, 9 i od dwunastej w górę, o ile takowe istnieją.


Official audio: do odsłuchu tutaj


sobota, 21 stycznia 2017

Warsaw Improvisers Orchestra – wydarzyło się czternastego marca roku piętnastego


Styczeń to ulubiony miesiąc każdego recenzenta. Lista płyt poprzedniego roku sporządzona, bywa, że opublikowana, można spokojnie odpoczywać i czekać na moment, aż w odtwarzaczu muzyki dowolnego formatu wyląduje płyta, która…. zrujnuje zarówno żmudnie odbudowywany spokój, jak i całe roczne podsumowanie best of….

Mnie ta upiorna chwila wydarzyła się 10 stycznia. Wtedy bowiem trafiła do mnie (od razu do stosownego odtwarzacza) płyta Warszawskiej Orkiestry Improwizatorów, zatytułowana – wg idei mistrza Anthony’ego Braxtona – miejscem i datą powstania nagrania.

Od prawie pierwszego dźwięku bezwstydnie się w tym nagraniem zauroczyłem. Kilkukrotny powrót do niego generował kolejne pokłady przyjemności, poniekąd także fascynacji i już na progu bieżącego tygodnia, jednego mogłem być pewien – moją listę płyt roku 2016 można o kant d… roztrzaskać.

Płyta Warsaw Improvisers Orchestra winna bowiem to zestawienie otwierać!




Czas i miejsce zdarzenia: CSW Laboratorium, Zamek Ujazdowski, Warszawa 14.03.2015, nagrane na żywo z udziałem publiczności.

Ludzie i przedmioty: Ray Dickaty - dyrygent (2-3), Patryk Zakrocki – skrzypce, altówka, dyrygent (1), Piotr Dąbrowski – instrumenty perkusyjne, Michał Kasperek – perkusja, Rafał Dedyński – perkusja, Hania Piosik – głos, Marcin Gokieli – głos, Antonina Nowacka – głos, Piotr Mełech – klarnety, Łukasz Kacperczyk – syntezator analogowy, Stanisław Welbel – saksofon sopranowy, Philip Palmer – saksofon altowy, Jan Małkowski - saksofon altowy, Bartek Tkacz - saksofon tenorowy, Mateusz Franczak - saksofon tenorowy, Michał Maota - saksofon tenorowy, Maciej Rodakowski - saksofon tenorowy, Natan Kryszk - saksofon barytonowy, Michał Jerzy Gałgin - saksofon barytonowy, Marcin A. Steczkowski - kornet/ FX, Olgierd Dokalski – trąbka,  Jacek Mazurkiewicz – kontrabas, Tymon Bryndal – gitara basowa, Ksawery Wójciński – kontrabas, Daria Wolicka – flet, Jerzy Sergiusz Malanowicz – klawisze, zabawki/ FX,  Jakub Buchner – gitara elektryczna, Łukasz Czekała – skrzypce, Zbigniew Chojnacki – akordeon, Dominik Mokrzewski – perkusja.

Jak gramy: trzy fragmenty (This…,That..., …and the Other…), skomponowane przez członków Orkiestry, pod czujnym okiem dyrygenta, stanowią postawę do kolektywnych i indywidualnych wypowiedzi improwizacyjnych.

Efekt finalny: 78 minut muzyki, trzy kompozycje z tytułami, wydane jako Warsaw Improvisers Orchestra CSW 14_03_2015 (Fundacja Słuchaj!, 2016). Fragmenty (krótsze wykonania?) w/w kompozycji zostały także wydane na monofonicznej kasecie (druga jej strona), jako Bouchons D'Oreilles / Warsaw Improvisers Orchestra ‎– Split (Monofonus Press/ Astral Spirits, 2015).

Przebieg wydarzeń/ subiektywne spostrzeżenia: Słowotok wrażeń, impresji i skojarzeń wywołanych muzyką, poprowadźmy zgodnie z tytułami kompozycji zawartych na krążku.

Ten…Rozgrzewka lekko przegrzanych filharmoników, w dziurawych dżinsach, otwiera tę epopeję kolektywnej improwizacji wprost z batuty. Towarzyszy jej elektroakustyczne skupienie, improwizacyjna czujność i dbałość o pojedynczy dźwięk. Wyjście z aranżacyjnego klinczu dokonuje się pięknym, akustycznym wielogłosem armii instrumentów. Tupanie selektywnymi dźwiękami, otrzepywanie kurzu z ramion, niechybnie prowadzi ten 30-osobowy ansambl ku pierwszej, iście freejazzowej eskalacji, która w oczywisty sposób wyostrza zmysł obserwacji recenzenta.  Swoboda, wolność, konstruktywna anarchia trzymana w ryzach obsesyjnej dyscypliny. Doświadczamy pełnego spektrum estetyczno-stylistycznego, jakby każdy z muzyków WIO przyszedł tu z trochę innej, muzycznej strony i miał ambicje pokazać walory swojego ulubionego gatunku. Jest całkiem filharmoniczne zadęcie, jest rockowy sznyt, są jazzowe inkrustacje, jest elektroakustyczny splin. W tym wszakże fragmencie większej całości dominuje spokojna, lekko nostalgiczna narracja. Skupienie w opozycji do wrzasku, przy wykorzystaniu przebogatego instrumentarium.

… Tamten. Startujemy na ostro, w konwulsjach. Zbiorowe crescendo łamie stygmat pierwszego utworu na sposób wstrząsający. Atak nuklearny po niełatwej wiośnie ludów! Kto przysnął w trakcie pierwszego utworu (wszak jesteśmy na koncercie!), ten nie dozna teraz kolektywnego katharsis. Wokalna euforia wbija nas w fotel o marmurowym oparciu…. subtelną, klasycznie piękną arią. Take the music, let the music take you…Dwie Panie, jeden Pan, ale ile płaszczyzn niepoliczalnego…Operowe interludium toczy się na tle, ledwie sugerowanego akustycznie, pasażu strunowców. Delikatnie oniryczny klimat, podkreślany czystym brzmieniem trąbki, trafia na wokalny zadzior, istotny punkt zaczepienia dla budowania fundamentu nowej improwizacji. Gitara elektryczna szuka zaczepki, zachęca do grzechu, generując soczysty dysonans poznawczy, wzbudza potrzebę ucieczki w kierunku pierwszej eskalacji. Muzyków, widzów, świat wokół, dopada rytm, który idzie do nas wprost z piekła i systematycznie narasta (w okolicach 10 minuty). Grany ołowianymi strunami chóru kontrabasów, będzie nas nikczemnie deptał przez kolejny kwadrans. Orgia armii rozpalonych dęciaków będzie mu wtórować, podkreślać go i moralnie uwznioślać. Krzyk dobrowolnie ciemiężonych także okaże się pomocny w dziele niszczenia/ tworzenia. Nerw życia, klaster śmierci, zaszyty gdzieś na pograniczu percepcji, ginący w oparach mentalnie cytowanego The Great Learning Corneliusa Cardewa. Wraz z muzykami toczymy się w kierunku boleśnie nieznanego. Holistyczne i eksplozywne stemple solowej histerii (który z dęciaków gra tu najpiękniej?!) przeplatają wokalne komentarze w dobrym literacko smaku. A rytm pulsuje, rytm jęczy, skowycze bardziej niż mógłby to sobie wyobrazić sam Allen Ginsberg, wyje i trwa, organizując instrumentalne zabawy w podgrupach. Wokalne orgazmy, dęte eskalacje, krew, pot i łzy. Po 26 minucie rytm… delikatnie ustaje. Na wokandę wchodzi lubieżny akordeon i szuka ordynarnie zaczepki, organizując - zupełnie przy okazji - przestrzeń akustyczną pod kolejny ekspansywny trip tej historii. Dopada nas kolejny wokalny szczyt – Anioł vs. Diabeł, który nie ma płci. Wszystko smakuje jednak tylko czyśćcem, bo nie ma tu zwycięzców, ani tym bardziej pokonanych. Rytm powraca nieproszony, stanowczo nakłaniając do tańca. Ale to chocholi taniec, ze smutkiem i kwaśnymi łzami. Nowonarodzeni ruszają marszowym krokiem w jedynie słusznym kierunku. Koniec kompozycji osiągamy w powszechnym szczęściu i przemoczonych z emocji t-shirtach z wulgarnymi napisami. Wybrzmienie całości – po nocy spędzonej na moralnym zatraceniu – ma smak całkowicie niezasłużonego poranka.




… i jeszcze inny. Finał dany jest w ręce armii uczłowieczonych wokalistów. Oniryczny, zmyślnie klasycystyczny, z pojękującą elektroakustyką w tle. Jakby lekko upalony Górecki mieszał chochlą w ogniu piekielnym i nie był świadom konsekwencji. Komentarz artystyczny jest udziałem klarnetu basowego, który dobrą melodią przypomina o powinnościach wobec historii tym, którzy mieli czelność zapomnieć….Osiemdziesiąt sekund konwulsyjnych oklasków wieńczy dzieło! Doskonałe!

Coda recenzenta: Perfekcyjna realizacja nagrania, zarówno w zakresie nagłośnienia samego koncertu, jak i w trakcie masteringu. Bogaty, wielowymiarowy scenariusz kompozycji, z iście barokowym przepychem, istotnie postmodernistyczny na etapie realizacji.

  
****


Warsaw Improvisers Orchestra funkcjonuje artystycznie od roku 2013. Osobą sprawczą i najistotniejszą w jej szeregach, jest brytyjski saksofonista, rezydent warszawski, Ray Dickaty. Wywodzący się z rockowej, nowofalowej sceny brytyjskiej lat 90. ubiegłego stulecia, muzyk od dawna uprawia muzykę improwizowaną. Przez szeregi WIO przewinęło się do tej opory około 50 młodych, głównie polskich muzyków, zarówno mających doświadczenie na polu muzyki improwizowanej, jak i przychodzących do niej z innych gatunków, tudzież muzycznych inspiracji. WIO stale pracuje, czasem koncertuje, żyje.

CSW 14_03_2015 to ich pełnowymiarowy debiut fonograficzny. Wnikliwi czytelnicy Trybuny pamiętają zapewne zachwyty, jakim obdarzona została Orkiestra w trakcie relacji z ostatniego Festiwalu Ad Libitum, gdzie po społu z Philem Mintonem, zagrała ekstatyczny koncert finałowy imprezy.