Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hubert Zemler. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hubert Zemler. Pokaż wszystkie posty

piątek, 31 października 2025

The October’ Round-up: Monkious! Proscia & Bagnasco! Esfera! Formica! Masubuchi! Gärdin & Weissenfels! Baljuw! Gnaw! Monaural Poetry! Molok Mun!


Październikowa zbiorówka świeżych recenzji znów pod znakiem rollercosterowej zmienności gatunkowej i estetycznej. Jedenaście nowych albumów, jak zawsze z całego świata! Czytajcie, słuchajcie, cieszcie się i … kupujcie!

Zaczniemy z Monkiem na sercu, po portugalsku z drobną domieszką holenderską, potem blok nagrań z niepowtarzalnej Argentyny, zaskakujący, minimalistyczny wątek japoński pod sztandarem brytyjskim, szwedzkie, post-jazzowe interludium, dwie mroczne, gęste, post-ambientowe produkcje z Belgii, wreszcie podwójny finał w barwach krajowych - perkusyjny w wersji na tysiąc procent analogowej i elektroakustyczny, który przeleżał się w szufladzie całą dekadę.

Welcome!

 


The Monkious No Straight With Chaser (JACC, CD 2025)

Salão Brazil, Coimbra, Portugalia, styczeń 2023: Philipp Ernsting – perkusja, Gonçalo Almeida – kontrabas oraz Marcelo dos Reis – gitara elektryczna. Sześć kompozycji Theloniousa Monka, 49 minut.

Te trójkę znakomitych improwizatorów cenimy nad wyraz. Dodajmy, iż w takim składzie nigdy jeszcze razem nie grali. Na swobodnie improwizowane spotkanie (tako rzecze albumowe credits) umówili się w rodzinnej dla gitarzysty Coimbrze. Postanowili wszakże swojemu występowi nadać pewne narracyjne ramy, szkielet, tudzież schemat działań i w tym celu … wybrali sześć krwistych evergreenów samego Monka. Tytuły świetnie rozpoznawalne, wspaniałe, łamane melodie legendarnego pianisty, dużo zabawy i nade wszystko wirtuozerskiego kunsztu. Dobrze słucha się tego koncertu, choć niżej podpisany czeka, aż ta trójka muzyków spotka się ponownie i zaimprowizuje bez jakiegokolwiek szkieletu narracyjnego.

Muzycy w trakcie całego koncertu poruszają się z kocią zręcznością. Ich opowieści są lekkie, zabarwione humorem, niekiedy błyskotliwe. Wszystko zdają się tu czynić z mistrzowską precyzją. Temat (czytaj: pretekst do improwizacji) podaje najczęściej gitarzysta. Epistrophy ma dobre tempo, jakie daje sekcja rytmu i gitarowe ukołysanie. Evidence, po uroczym basowym wstępie, przypomina pokraczny, ale jakże uroczy taniec, nasączony zgrzebnym bluesem i zawadiackimi okrzykami. Bermsha Swing podany jest z latynoską zwiewnością i nonszalancją. Z kolei wieńczący album Blue Monk zdobi wyśmienita, preparowana introdukcja, kreowana przez każdego z improwizatorów. Drive jest brawurowy, a po oklaskach muzycy wracają i improwizują … stuprocentowego Monka. Good job!

 


Martín Proscia & Luciano Bagnasco Trayectorias Temporales (Neue Numeral, DL 2025)

La Huerta Estudio, Argentyna, marzec 2025: Martín Proscia – saksofon barytonowy (1, 2, 5, 6), sopranowy (3, 4, 6) oraz Luciano Bagnasco – amplifikowana gitara akustyczna. Sześć improwizacji, 42 minuty.

Argentyńska muzyka improwizowana trzyma poziom! Spotkanie intrygująco brzmiącej gitary (nie sposób uwierzyć, iż taki efekt foniczny może dawać akustyk podłączony pod wzmacniacz!) i niebanalnych saksofonów, to więcej niż udane nagranie. Losy Bagnasco śledźmy od zawsze, tu wysoka jakość nie jest jakimkolwiek zaskoczeniem. Z jego partnerem spotykamy się bodaj po raz pierwszy i bez zbędnej zwłoki zapisujemy jego dane w kajecie wiecznej pamięci.

Album ma ciekawą dramaturgię. Pierwsze trzy i piąta improwizacja, to miniatury, łącznie trwają osiem minut. Improwizacja czwarta, to minut kilkanaście, a album wieńczy opowieść, która sięga dwudziestu minut. W ofercie miniatur mamy dwie krwiste, noise’owe eksplozje i tyleż post-ballad, która stawiają na niemal czystą akustykę. Najwięcej radości dają wszakże długie improwizacje. Ta pierwsza jest leniwa, mroczna, na poły dronowa. Nie brakuje w niej brudnych, emocjonalnych fraz, ale też detalicznych subtelności. Na koniec czeka nas prawdziwa epopeja pełna zwrotów akcji, tysiąca brzmień i narracyjnych niespodzianek. Od dubowych odgłosów i mantrycznego zaklinania węży, przez sopranowe śpiewy, aż po barytonowe protest-songi. Od równie mrocznej, jak onirycznej medytacji, po tumany kurzu i szmeru. Finał zaś tonie w post-psychodelicznym ambiencie.

 


Fabio Piñas/ Lucas Albarracín/ Matías Formica Esfera (dForma Discos, DL 2025)

Tecson Estudio, Argentyna, kwiecień 2025: Fabio R. Piñas – perkusja, instrumenty perkusyjne, Lucas Albarracín - horn, flugelhorn oraz Matías Formica – saksofon barytonowy, klarnet basowy, flet basowy. Dziewięć utworów, 44 minuty.

Tym razem nagranie argentyńskie w nieco bardziej kameralnym klimacie, po części zapewne  skomponowane. Drewniak i blaszak stają tu w szranki wyważonej, niekiedy dość wystudzonej narracji, którą nakręca nade wszystko bardzo aktywny i na ogół bardzo kreatywny drummer.

Skupiona, w pełni kontrolowana pieśń otwarcia nie obiecuje zbyt wiele, szczęśliwe na dalszym etapie nagrania muzyka tria broni się bez większego trudu. Dodajmy, że szczególnie udanie w utworach parzystych, każdorazowo introdukowanych przez perkusistę, któremu nie brakuje adekwatnych dramaturgicznie środków wyrazu. W odsłonie drugiej króluje ciekawa melodyka, w czwartej, pod intrygującym dyktatem saksofonu barytonowego, soczyste, post-jazzowe emocje, z kolei w szóstej jakość płynie znów ze strony saksofonisty, a dokładnie jego rezonującej tuby. Dobrze temu ostatniemu utworowi robi także rytm i odpowiednia dynamika perkusji. W części ósmej, po talerzowym otwarciu i porcji preparowanych fraz dętych, opowieść nabiera wiatru w żagle i syci się zmyślną melodyką barytonu i horna.

 


Matías Formica Absurdo (Neue Numeral, DL 2025)

Mirífico Estudio, La Plata, Argentyna, październik 2023: Matías Formica – saksofon barytonowy, tenorowy, kompozycje, Jona Schenone – kontrabas oraz Sebastián Stecher – perkusja plus gościnnie: Manu Berardi – saksofon tenorowy (2, 6, 7) oraz Leo Paganini – klarnet basowy (4, 6). Siedem utworów, 53 minuty.

Argentyna, odsłona trzecia i porcja pełnokrwistego jazzu. Podmiotem odpowiedzialnym pewien saksofonista z Buenos Aires, które losy śledzimy na bieżąco i trio temperowanego free jazu, które trzykrotnie rozrasta się do kwartetu, a raz nawet do kwintetu – każdorazowo z dęciakiem w roli dopraszanego. Solidne granie, być może bez specjalnego błysku, ale dla fanów dobrze ukształtowanego jazzu, to lektura obowiązkowa.

Album wypełnia siedem kompozycji z wyraźnie zarysowanym tematem, dużą ilością kolektywnych interakcji i garścią wyrazistych ekspozycji solowych, szczególnie tych granych na barytonie i klarnecie basowym. Wariant w trio sprawdza się w trzecim utworze, który bazuje na nieoczywistej melodyce i ciekawie zdeformowanym metrum. Nagrania w kwartecie nie zawsze niosą ze sobą odpowiednią dawkę emocji i napięcia dramaturgicznego, ale owe niedoskonałości świetnie rekompensuje nagranie w kwintecie, ze świeżym drive’em i urozmaiconą melodyką każdego z trzech dęciaków. Udanie prezentuje się także ostatni utwór grany na powrót w kwartecie. Nuta soczystej kameralistyki, smyczek i intrygująco wystudzone dęte frazy.

 


Takashi Masubuchi, Wakana Ikeda, Tom Soloveitzik & Yoko Ikeda Microcanonical Ensemble (Tombed Vision, CD 2025)

Czas i miejsce nagrania nieznane: Takashi Masubuchi – gitara akustyczna, Wakana Ikeda - harmonica (I), flet (II, III), Tom Soloveitzik – saksofon tenorowy (I, II), sopranowy (III) oraz Yoko Ikeda - skrzypce (I, II), viola da gamba (III). Trzy utwory, 74 minuty.

 


Takashi Masubuchi, Fumi Endo & Yusuke Kawamura Styx (Tombed Vision, CD 2025)

Czas i miejsce nagrania nieznane: Takashi Masubuchi – gitara akustyczna, Fumi Endo – fortepian oraz Yusuke Kawamura – trąbka. Sześć utworów, 48 minut.

Dwa albumy japońskiego gitarzysty Takashi Masubuchiego, to dalece zaskakująca podróż muzyczna. Minimalistyczna, redukcjonistyczna, definitywnie dobrze zaprogramowana, z elementami improwizacji, które trudno precyzyjnie wskazać. W obu nagraniach, szczególnie kwartetowym, niewątpliwy jest także impakt ze strony kompozytorów muzyki współczesnej, takich jak Morton Feldman, czy Jürg Frey. Ale nade wszystko ta pokaźna porcja japońskiej muzyki, to rodzaj medytacyjnej sesji, po której każdy codzienny problem zdaje się stawać błahostką.

Album kwartetowy, to trzy ponad dwudziestominutowe opowieści. Pełne minimalistycznej repetycji, wyczekiwania, obcowania ze wszechobecną ciszą. Gitara na ogół frazuje filigranowymi akordami, pozostałe instrumenty chętniej sięgają po dłuższe frazy. W drugiej opowieści królem balu zdają się być skrzypce, które początkowo budują efektowny dron, a potem nie skąpią drobnych preparacji. W trzeciej części albumu ważna rola przypada szumom, szmerom i innym akustycznych poddźwiękom. Tu narracja na etapie rozwinięcia miewa okazjonalne spiętrzenia i zdecydowanie rzadziej podpiera się interwałami ciszy.

Konwencja dramaturgiczna albumu nagranego w trio jest podobna, ale nasączona większą ilością dźwięków. Cisza nie wydaje się tu jakimkolwiek elementem gry. Gitara pozostaje w roli, jaką wyznaczono jej w kwartecie, piano także zdaje się sytuować na pozycjach minimalistyczno-redukcjonistycznych, z kolei trąbka tętni życiem i kreatywnością na każdym etapie rozwoju narracji. Nie brakuje fraz preparowanych, drobnych, melodyjnych zaśpiewów i ciągłej chęci to wzbudzania interakcji. Sześć opowieści ma tu zróżnicowaną dramaturgię, a szczególnie żywe wydaje się ostatnie tchnienie tego albumu. To niemal wystudzony walczyk.

  


Per Gärdin & Simone Weissenfels Tonhalle, Hannover 27 April 2025 (Bandcamp’ self-release, DL 2025)

Tonhalle, Hannover, kwiecień 2025: Per Gärdin – saksofon altowy, sopranowy oraz Simone Weissenfels – fortepian. Cztery utwory, 54 minuty.

Przed nam szwedzk-niemiecki duet, który w momencie wzrostu zgrabnie korzysta z post-jazzowego arsenału, z kolei w momencie dogasania syci się wszystkimi kolorami swobodnej kameralistyki. Ta improwizacja przypomina dobre, wytrawne wino, ale tak jak ono, w zbyt dużych ilościach potrafi doprowadzić do incydentalnych niestrawności.

Tak definitywnie dzieje się w trakcie pierwszej improwizacji, która trwa prawie dwa kwadranse, choć śmiało po pierwszym mogłaby się zakończyć. Jak się okazuje, sztuka budowania napięcia i odpowiedniej dramaturgii nie jest bynajmniej prosta. Zdecydowanie lepiej artysci radzą sobie w drugiej opowieści, która na dystansie dwunastu minut trzyma nas przy głośniku całą swoją mocą. Subtelne inside piano, cichy, dęty post-dźwięk sopranowego, a wszystko obtoczone warstwą akustycznego ambientu. Podobnie muzycy frazują w końcowej opowieści, gdy w ciągu ledwie pięciu minut są w stanie przekazać mnóstwo żywych, jakże prawdziwych emocji. Z kolei w trzeciej części śmiało sięgają po dynamikę, specyficzny taniec i melodię. Tu puenta sadowi się w pobliżu ciszy i jest bardzo wysmakowana.

 


Baljuw Dinsterwenk (Consouling Sounds, CD 2025)

Czas i miejsce nagrania nieznane: Nicolas Van Belle – gitara, elektronika oraz Matthias Dewilde - fender rhodes, elektronika. Siedem utworów, 43 minuty.

Gitara wyposażona w odpowiednią dawkę prądu, zmyślne, plastyczne piano fendera i dużo kreatywnej elektroniki, to atrybuty belgijskiego duetu, z którym na tych łamach spotykamy się po raz pierwszy. I już dziś wiemy z całą pewnością, że nie ostatni. Ich smoliste, pełne mrocznej dramaturgii opowieści, to dalece intrygująca rozgrywka.

Na gitarowych przetwornikach i szorstkich klawiszach piana dzieje się tu dużo dobrego. Introdukcje poszczególnych utworów niosą posmak tajemnicy i sporo brzmieniowych niespodzianek, zaś niemal każdorazową puentę stanowią imponujące rozlewiska wysoko gatunkowego ambientu. Opowieści Belgów bywają zaskakująco filigranowe, ale także mroczne, gęste i niedopowiedziane. Pierwszą odsłonę albumu zdobi dubowa poświata. W drugiej nerw opowiadania szyje ledwie sugerowany rytm. W trzeciej słyszymy krople deszczu, a oniryczna aura skutecznie pochłania mgliste gitarowe i pianistyczne frazy. W czwartej części podobają się basowe pulsacje, w piątej gitarowe flażolety. Szóstą częścią rządzi mroczna elektronika z efektownym pogłosem, a elektroakustyczny finał płyty skrzy się mocą kolejnych atrakcji, w tym ciepłej, intrygującej nostalgii, jaka spowija smyczkowe zakończenie.

 


Gnaw Their Tongues The Genesis of Light (Consouling Sounds, CD/LP 2025)

Nagrane w różnych lokalizacjach, 2008 i 2025: MdeJong – gitara i wszystkie pozostałe dźwięki. Cztery utwory, 38 minut.

To jednoosobowe dzieło powstało dwuetapowo. Lata temu nagrane zostały partie gitary, do których współcześnie dograno całą resztę – bogaty kalejdoskop dźwięków elektronicznych i pochodnych. Smak gitar zdaje się tu nawiązywać do ciężkich, rockowych brzmień, z kolei materiał współczesny pachnie wielogatunkowo i bez słowa wątpliwości udanie uzupełnia, kontrapunktuje, tudzież dowartościowuje gitarowy core sprzed lat. Efekt całości budzi respekt, zwłaszcza, że wyprodukowany został przez jednego artystę.

Na album składają się cztery utwory, wszystkie mniej więcej dziesięciominutowe. Początek buduje masywny, mroczny dron brzmień syntetycznych. Gitara wchodzi do gry po pewnym czasie i doom metalowym walcem miażdży wszystko, co napotyka na swojej drodze. Efekt grozy wzbudzają demoniczne wokalizy, a puentą jest ściana dźwięku. Drugi utwór rozpoczyna się spokojną chmurą dark ambientu. Mglista, oniryczna aura kona jednak pod naciskiem gitarowego strumienia. Tempo jest leniwe, definitywnie nieuchronne. Kolejna odsłona albumu jeszcze bardziej spowalnia. Pozornie martwa ballada z efektami percussion czeka aż zmiażdży ją kolejna gitarowa fala. Efekt całości multiplikuje mroczny background, usłany demonicznym krzykiem. Finałowa ekspozycja od startu pełna jest hałasu - gitara rzęzi, a ambientowe tło wypełniają rezonujące talerze. Tu puentą jest efektowny noise & scream. Warto z tymi dźwiękami pozostać na dłużej.

 


Miłosz Pękala (Vladislav Noise)/ Hubert Zemler Poem6 (Monaural Poetry, LP 2025)

Czas i miejsce nagrania nieznane: Miłosz Pękala - wibrafon, gongs sixen, frame drums, tubular bells, tabla, talerz (strona A), Hubert Zemler - werbel, bass drum, shrutibox (strona B). Dwa utwory, 22 minuty.

Monaural Poetry to cykl wydawniczy Patryka Zakrockiego, który zdaje się być uroczo staroświecki – analogowa rejestracja, zawsze na żywo bez post-produkcji, tylko nośnik winylowy (wycinany ręcznie) i zakaz jakichkolwiek elektronicznych publikacji. Why not!

Część szósta cyklu, to dwie kilkunastominutowe improwizacje utrzymane w szeroko pojmowanej estetyce living percussion. Na stronie pierwszej Pękala, na drugiej Zemler - obaj w ekspozycjach solowych. Pierwsza, dalece oniryczna podróż ma posmak ethno, bazuje na wielodźwięku, wpada w intrygujący, taneczny rytm. A zdobi ją piękna, medytacyjna puenta. Drugą ekspozycję budują dwa wątki – skromny, werblowy drumming i dron generowany ze shrutibox. Z czasem narracja staje się bardziej perkusyjna, nabiera odrobiny polirytmii. Gdy dron wraca, zdaje się stawiać duży znak zapytania i przepoczwarzać opowieść w nieokreśloną, konającą flautę.

 


Molok Mun L'orientation (Antenna Non Grata, CD 2025)

Studio domowe, Toruń, 2015: Rafał Kołacki, Dariusz Wojtaś, Dariusz Brzostek - elektronika, gongi, talerze, flety, instrumenty perkusyjne, dulcimer, taśmy, field recordings, Marek „Latarnik” Pędziwiatr - piano, syntezator, instrument perkusyjny oraz Anais Fourrier – głos, instrumenty perkusyjne. Siedem utworów, 48 minut.

W dobrej zbiorówce recenzji z muzyką improwizowaną nie może zabraknąć albumu w tym kontekście nieoczywistego. Zapraszamy na intrygujący trip po bezdrożach muzyki opętanej rytmem, po części tanecznej, nasiąkniętej folklorem świata, z naciskiem na Bliski Wschód i Afrykę, dodatkowo doposażonym literacko w słowa Jana Potockiego podawane nobliwym głosem pewnej francuskiej artystka. To muzyka, która koi nerwy, ale zadaje też pytania nasączone tajemniczą retoryką.

Pierwszy utwór ma tu prawie kwadrans i precyzyjnie nakreśla ramy estetyczne albumu. Obsesyjny rytm, afrykańska linia basu i ciepły, acz wilgotny z emocji, syntetyczny background, w którym dzieje się sporo zagadkowych rzeczy. W drugim utworze odnotowujemy więcej akcentów nieakustycznych i głos, który rozpoczyna długą, wielowątkową opowieść Potockiego. W kolejnych częściach rytm incydentalnie chowa się za syntezatorową melodyką, tudzież mrocznymi inskrypcjami, ale gdy powraca czujemy się z nim bardzo dobrze, zwłaszcza, iż kojarzy się z bliskowschodnimi eksploracjami nieodżałowanego Muslimgauze’a. Szczególnie taneczny wydaje się odcinek szósty, doprawiony szczyptą pikantnego fletu. Z kolei finałowa opowieść ujmująco zastyga frazami piana, odgłosami uciekającego ptactwa i pożegnalnymi słowami Potockiego.

 

 

wtorek, 30 sierpnia 2022

The August Round-up: JakTar! Forensic Trio! Byrne! Zajac! Plantas Horribles! Ciel – Cristal! Don’t Cry! Widoki!


Sierpień dobiega końca, a na łamach Trybuny nie zamiesiliśmy jeszcze comiesięcznej zbiorówki świeżutkich płyt z najlepszą na świecie muzyką! Najwyższy czas przystąpić zatem do dzieła, jak zwykle ponadgatunkowego, krnąbrnego, ale nade wszystko pokazującego całemu złemu światu, że muzyka jest tylko jedna, nie zna ras, języków i nie ma rezydencji podatkowych!

Dzisiejsza opowieść zacznie i skończy się całkiem jazzowo, ale w tej wersji, którą lubimy najbardziej, czyli z etykietą free, improwizowaną, czasami nad wyraz swobodnie, buńczuczną, prawdziwie wojowniczą odmianą synkopowanych erupcji. W tak zwanym międzyczasie nie zabraknie oczywiście stosownej porcji elektroakustycznych eksperymentów, które hołubimy w stopniu równie nieograniczonym.

Zaczniemy w Londynie i tam spędzimy aż trzy albumy – dwa tria i jeden incydent solowy! Potem na krótko przeniesiemy się do Słowacji, a zaraz potem do Argentyny! Powrót na stare, europejskie śmieci zacznie się w portugalskim Porto, a na dwa finałowe albumy wylądujemy w Polsce, kończąc niniejsze dzieło najbardziej rdzennie jazzowym nagraniem w zestawie. So, go on!



 

Paul Hession, Michael Bardon & Christophe de Bézenac  JakTar (Discus Music, CD 2022)

Na początek naszej marszruty prawdziwa perełka swobodnego post-jazzu w wykonaniu muzyków brytyjskich, całkiem doświadczonych, ale mniej rozpoznawalnych medialnie (niech ten album to zmieni!). Na perkusji i instrumentach perkusyjnych najbardziej znany z tego grona Paul Hession, na kontrabasie Michael Bardon, a na saksofonie tenorowym Christophe de Bézenac. Panowie przygotowali dla nas dziesięć improwizacji, które trwają 37 minut. Nie znamy miejsca i czasu nagrania.

Artyści zaczynają swoją opowieść na ostro – masywnym, amplifikowanym kontrabasem, silnym drummingiem i zadziornym, choć tajemniczo brzmiącym saksofonem. Płyną w poprzek, pod prąd schematów i przyzwyczajeń, dziergając stylowy free jazz. Kolejne cztery improwizacje uciekają od dynamiki utworu otwarcia i przenoszą nas w obszar swobodnych, dźwiękowych eksperymentów. Preparacje kontrabasowego smyczka, rezonujące talerze, sycząca glazura werbla, metaliczne eksperymenty na korpusie saksofonu - śpiewy, lamenty i cały ocean subtelności, nie rzadko podawanych trybem call & responce. Co wszakże najważniejsze, muzycy trzymają w ryzach swój temperament i nadkreatywność, dzięki czemu ich wypowiedzi są bardzo zwięzłe i nie przekraczają na ogół trzech minut.

Szósty odcinek przekracza za to aż siedem minut i zdaje się stanowić opus magnum tego doskonałego albumu. Znów lepiony jest z drobnych, często preparowanych fraz, napędzany powykręcanym rytmem dyktowanym przez kontrabasowy smyczek i stemplowany zawsze trafiającym w punkt drummingiem. Tempo początkowo powolne, z czasem zyskuje na atrakcyjności. Tu szczególnie podoba nam się imitacyjna gra smyczka i saksofonu. Ten ostatni swym chropowatym brzmieniem syci improwizację dodatkową jakością. Kolejne opowieści są nieco krótsze, ale nie tak enigmatyczne, jak te w pierwszej części albumu. Znów mnóstwo na nich efektownych momentów. W ósmej części intrygują zmysłowe small talks prowadzone w niemal chill-outowej aurze, które z czasem zyskują jakże nerwową powłokę wyśmienitych interakcji pomiędzy muzykami. W dziewiątej części trio powraca do free jazzowego idiomu i stawia kolejny stempel jakości. Finał jest najsubtelniejszym momentem albumu, smakuje post-barokiem i uroczą wstrzemięźliwością, zwłaszcza ze strony perkusisty.



Martin Archer, Pat Thomas & Johnny Hunter  Forensic Trio (Discus Music, CD 2022)

Pozostajemy w Zjednoczonym Królestwie Improwizacji, choć nie znamy miejsca i czasu powstania nagrania, które stworzyli: Martin Archer – saksofon altowy, sopranino, barytonowy i elektronika, Pat Thomas – fortepian oraz Johnny Hunter – perkusja, instrumenty perkusyjne, glockenspiel. Cztery improwizacje, niespełna 50 minut.

Kolejne brytyjskie trio trzyma poziom poprzednika! Płynie od startu do mety bardzo swobodnym strumieniem, ale gdy trzeba sięga po twarde atrybuty free jazzu i bez trudu stawia nas do pionu. Pierwsze dwa traki na dysku, to jedna improwizacja, ale składająca się z dwóch dość niezależnych stylistycznie części. Początek, to rozpoznawcze gry, pełne preparowanych dźwięków, powstających w niewielkiej odległości od ciszy. Dużo akcentów inside piano, skromne podmuchy saksofonowe, uzupełniane nieinwazyjnymi porcjami elektroniki i bystra, koherentna sfera perkusjonalna. Muzycy zadają pytania i leniwie na nie odpowiadają. Po dziesięciu minutach dość niespodziewanie zmieniają jednak tryb narracji. Prym przejmują teraz fortepianowe klawisze, które kreślą free jazzową ścieżkę, na której w mgnieniu oka pojawiają się dziarski saksofon altowy i dynamiczna perkusja. Ta ostatnia konstruuje także zgrabne solo.

Trzecia improwizacja, to danie główne koncertu. Niemal dwa kwadranse pełne subtelności i wielu zaskakujących wydarzeń. Najpierw faza długich pociągnięć pędzlem – tu w roli głównej preparowane piano i elektronika. Improwizacja znów prowadzona jest metodą call & responce z całą masą udanych interakcji. O aurę tajemniczości dbają także stylowe deep drums. Po kilkunastu minutach tego slowly & lazy flow muzycy, ponownie jak w części pierwszej, włączają tryb jazzowy (tym razem z wykorzystaniem sopranino). Pomysł ten jednak dość szybko zarzucają i na powrót zanurzają się po szyje w swobodnych, improwizowanych igraszkach. Archer znów woli gmerać po kablach, niż dąć w saksofon. Ta część koncertu, prowadzona w trybie wyjątkowo minimalistycznym, wydaje się być jej najbardziej udanym fragmentem. Finałowa improwizacja, kilkuminutowa, przypomina post-jazzową broken ballad. Piano kreśli post-klasyczne solo, także perkusja ma tu kilka chwil dla siebie. Gdy finał koncertu wydaje się być na wyciągnięcie ręki, na scenę wpada saksofon barytonowy i wesoło repetując ogłasza definitywny koniec.



Dee Byrne  Live at Cafe Oto (Luminous Label, DL 2022)

Wciąż jesteśmy po tej samej stronie Kanału Le Manche, nawet wiemy, w jakim miejscu i kiedy: londyńskie Cafe Oto, czerwiec bieżącego roku. Na scenie Dee Byrne, artystka wyposażona w saksofon altowy i urządzenia elektroniczne. Zagra dla nas jeden set, który trwa niecałe 28 minut.

Kolejna brytyjska przygoda, to pozornie skromne spotkanie saksofonu z elektroniką. Jak się jednak okazuje, rozumne użytkowanie tej drugiej może nadać prostemu instrumentowi dętemu kilka nowych żyć, a odbiorcy koncertu dużo zaskakujących wrażeń. Całość nie trwa dwóch kwadransów, zatem warto pochylić się tu niemal nad każdym dźwiękiem.

Początek spektaklu, to saksofon doposażony w delaye, które sprawiają, że flow opóźnia się, a dźwięki nakładają na siebie. Klimat chill-outowy, ale z dużą dawką niepokoju o losy kolejnych fraz. Gdy echo gaśnie, Dee serwuje nam kilka przebiegów czystego, zadziornego frazowania, po czym dodaje kolejną porcję pogłosu, który niesie dęte dźwięki coraz bardziej zaskakującymi ścieżkami. Lekki posmak psychodelii i wyprawa w kosmos gotowa! Artystka żyje tu ciągłą zmianą, z których zdecydowaną większość w pełni akceptujemy. Kolejna faza, to saksofonowe multiplikacje. Tu można odnieść wrażenie, że gra dla nas co najmniej World Saxophone Quartet! Następna część koncertu zdaje się być najciekawsza, albowiem Dee sięga po dubowe echa, które fantastycznie niosą proste, mechaniczne bezdźwięki dysz. Przez moment saksofon brzmi też niczym wokoder, po czym artystka znów sięga po free jazzową ekspresję i sprowadza nas na ognisty szlak. Z każdym nowym pomysłem echo jej elektroniki dodaje coś nowego do brzmienia całości. Pod koniec koncertu mamy wrażenie, że pogłos zaczyna tu żyć własnym życiem. Tymczasem narracja przepływa jeszcze przez rzekę ambientu, także strumień czystego frazowania i ostatecznie dokonuje swego żywota w strugach saksofonowych repetycji.



Ondrej Zajac  I Will Be Forgotten (Weltschmerzen, LP/DL 2022)

Czeskie Pardubice, miejsce zwane Divadlo 29, a w środku kolejny samotny artysta: Ondrej Zajac –gitara, gitarowe przetworniki, elektronika. Nagranie koncertowe (czas powstania nieznany) składa się z ośmiu części i trwa około 38 minut.

Solowych, gitarowych performance’ów na naszych łamach nie brakuje, ale ten słowacki, choć na czeskiej ziemi, doprawdy zasługuje na dużą uwagę! Decyduje o tym zarówno niemal epicki, ponad 16-minutowy utwór drugi, który buduje swą jakość ambientowymi metodami, jak i cała reszta krótkich, niekiedy dość enigmatycznych eksperymentów gitarowych, którym równie blisko do post-rockowych wyziewów, jak i neo-elektronicznych zabaw na zgliszczach konstrukcji rytmicznych.

Pośród tej drugiej grupy impro-kompozycji szczególnie podobać się może pierwsza z nich, otwierająca album. Z jednej strony tworzy ją poświata nieoczywistej elektroniki, z drugiej strunowe ingrediencje, szumy, szelesty i mroczne zakamarki, nie bez udziału dubowego dna. Potem sunie po naszych głowach ów epicki, wielominutowy ambient, który zaczyna się od ruchu smyczka na gryfie gitary, a kończy wielowarstwowym płaszczem rozkołysanych post-melodii. Kolejne pięć części, to sól wspomnianych eksperymentów, brzmiących niekiedy niczym mandolina na pogłosie (trzecia odsłona), czy też przypominających post-rytmiczne łamańce, sączące się z gitarowych kabli, sugerujące estetyczne konotacje z improwizacjami Bucketheada z końca ubiegłego stulecia (czwarta z nich). Piąta historia pachnie dubem na kilometr i skrzy się tysiącami pomysłów narracyjnych, z kolej szósta, to typowa praca na gitarowych przetwornikach, a siódma, to czynione nieznaną metodą dekonstrukcje gitarowych riffów. Wreszcie finał tej smakowitej płyty, ponad sześciominutowy, który zdaje się nawiązywać do ambientowej estetyki drugiej części - falujące drony, strunowe ornamenty, dużo mroku i … poczucia dobrze wykonanej roboty.



 

Ariel Invernizzi Oviedo, Martin Allende Medina, Camila Nebbia & Raian Valença João  Plantas Horribles (Neue Numeral, DL 2022)

Dość istotnie zmieniamy teraz estetykę, ale pozostajemy pod silnym wpływem świetnej, gitarowej roboty. Argentyńskie Buenos Aires, czasy pandemii i kwartet w składzie: Camila Nebbia – saksofon tenorowy, Martin Allende Medina – gitara elektryczna, Raian Valença João – bas elektryczny oraz Ariel Invernizzi Oviedo – perkusja, instrumenty perkusyjne. Dwanaście impro-kompozycji trwa tu niepełne dwa kwadranse.

Początek argentyńskiej impro-noweli sugeruje konfrontację z siłą avant-rockowego walca, wspartego dzikiem wrzaskiem saksofonu altowego, którego nie powstydziłby się sam bóg jazzowego warcholstwa, czyli John Zorn. Ale to jedynie pozór. Z każdą bowiem sekundą zarówno pieśni otwarcia, jak i kolejnych jedenastu epizodów, przekonujemy się, iż kreatywność i krewkość argentyńskiego kwartetu dalece wykracza poza schemat, w który niechybnie wpadliśmy słuchając pierwszych kilku minut tego – co w tym kontekście niebywałe – niemal doskonałego albumu!

Już bowiem rzeczona pierwsza kompozycja po kilku dynamicznych przebiegach zaczyna uroczo rozwarstwiać się, rozjeżdżać, pękać w szwach i szukać pretekstu do improwizacji w każdych źdźble dźwięku. Niczym upalone skrzydła Velvet Underground, dla których prosty motyw gitarowy był jedynie pretekstem do psychodelicznych szaleństw i niekończących się improwizacji. W kolejnych, niekiedy dalece enigmatycznych częściach albumu tezy recenzenta znajdują wielowątkowe uzasadnienia. Druga opowieść, to huśtawka emocji z przetrąconym metrum, trzecia, to bulgoczący ambient, czwarta zaś to post-rockowe gęstwiny, pełne mrocznych tajemnic. W dalszej kolejności dostajemy szczyptę jazzu z gryfu gitary i saksofon, który jątrzy, a zaraz potem przywołane zostają wspomnienia z nowojorskiego Downtown lat 90. ubiegłego stulecia (czyli jednak Zorn!). Następne dwie opowieści błyskotliwie się pętlą, po czym giną w otchłani jazz-rockowych, swobodnych improwizacji (nie bez dubowych klimatów!), silnie naznaczonych wyjątkową kreatywnością gitarzysty. W dziewiątej części kipiel rocka wraca, by w kolejnych odcinkach sypać improwizacjami, nawet czynionymi metodą call & responce, jak z rękawa czarnoksiężnika. W finałowej narracji nasze uszy znów sycą się nieparzystym metrum, które na ostatniej prostej miast koić nasze nerwy, rzuca nas na pożarcie rockowym emocjom. I co na tym albumie chyba najcenniejsze – muzycy w genialny sposób panują nad dramaturgią. Nie ma tu jednego zbędnego dźwięku, tylko same konkrety. Może dlatego ta płyta wydaje się taka krótka.



 

Lionel Marchetti & Abdul Moimême  Ciel – Cristal (Lionel Marchetti’ bandcamp, DL 2022)

Czas na zapowiadane, elektroakustyczne eksperymenty. Nagranie koncertowe z Porto (Planetarium, początek listopada ubiegłego roku) i dwóch artystów: Lionel Marchetti – syntezator, stacje basowe i elektronika oraz Abdul  Moimême - dwie gitary elektryczne (grające symultanicznie) oraz obiekty. Jedna improwizacja, prawie 42 minuty.

Przed nami ciąg dalszy gitarowych wycieczek w nieznane, tym razem w towarzystwie elektroniki oddanej w ręce jednego z klasyków gatunku. Zresztą sam gitarzysta do takich też winien być zaliczany, zatem nie sposób nie zreasumować tego albumu niemal wyłącznie komplementami. Jedno wszakże wątpliwości nie ulega – w trakcie ponad czterdziestu minut koncertu muzycy dostarczają nam wiele dźwięków, niekiedy naprawdę tajemniczych, ale najlepszy moment spektaklu, to ten, gdy docierają do nas frazy ewidentnie powstałe na gitarowych gryfach i cedzące post-eksperymentalny, mroczny i zdekonstruowany elektroniką ambient. Ów konglomerat elektroakustycznych przygód syci improwizację udanymi szczegółami, po prawdzie, na każdym etapie jej rozwoju, co więcej, raz za razem kieruje skojarzenia recenzenta ku metodom pracy, jakże charakterystycznym dla klasyków z AMM. A na tych łamach to komplement najcięższej wagi!

Na starcie koncertu w strumieniu różnorodnych dźwięków dominują frazy elektroniczne, postrzępione ochłapy fonii, zagubione na kilometrach kabli. Co pewien czas narracja zdobiona jest akustycznymi incydentami, które siłą rażenia przypominają pojedyncze uderzenia w czarny klawisz fortepianu w oceanie skwierczącej ciszy. Po niedługim czasie w tle zaczynają formować się pierwsze warstwy ambientu, które zdają się nadawać sens dotychczasowym zgrzytom i elektronicznym turbulencjom. Pracy artystów towarzyszy także posmak rezonansu (z nieistniejącego talerza?) i post-industrialne brudy pomiędzy dźwiękami. Opowieść pęcznieje, chwilami sprawiając wrażenie, jakby ktoś akustyczne medytacje ala AMM upiększał zwarciami elektrycznymi. Po anonsowanej już fazie dominacji gitarowych fraz, improwizacja w drugiej części koncertu staje się jeszcze bardziej medytacyjna, mimo, iż w strumieniu zdarzeń artyści sytuują pewien wątek rytmiczny, a także garść incydentów elektroakustycznych godnych niejednego klasyka table guitars. Nieśpieszny w swej schyłkowej fazie koncert kona ostatecznie w obłokach post-psychodelii.



 

Korybalski/ Traczyk/ Zemler  Don't Try (For-Tune, CD 2022)

Na zakończenie dzisiejszej podróży lądujemy na ojczystej ziemi. Najpierw warszawskie Studio W Dobrym Tonie, początek listopada 2020 roku i trio w składzie: Łukasz Korybalski – trąbka, flugelhorn, syntezator modularny, Wojciech Traczyk – kontrabas oraz Hubert Zemler – perkusja, instrumenty perkusyjne. Osiem części, 54 i pół minuty.

Krajowe trio zaprasza na eskapadę definitywnie improwizowaną (przynajmniej tak zeznaje na okładce!), ale nim w czarną dziurę kreatywnego chaosu muzycy wpadną bez reszty, trochę bawią się w post-jazz, tudzież nadmiernie rytmiczne konstrukcje dramaturgiczne, dodatkowo sycąc narrację sporymi dawkami analogowej elektroniki, która miast wspierać akustyczne zabawy rozśpiewanego blaszaka, masywnego kontrabasu i kąśliwej perkusji, często wchodzi w rolę przodownika pracy. Po prawdzie blisko godzinna Nie płacz oczywiście spodoba się wielu, bo to dobra robota artystyczna w każdym wymiarze, ale dla prawdziwego miłośnika improwizacji, wielbiciela ciekawych brzmień i niebanalnych rozwiązań estetycznych, ta płyta na dobre zaczyna się jakieś … 22 minuty przed końcem!

Z pierwszych pięciu części na pewno warto zapamiętać brudny, połamany flow basu, któremu wtóruje rozregulowana perkusja (druga improwizacja), kontrabasowy smyczek dający asumpt do psychodelicznych akcji, sprawiających, iż wszystkie ścieżki narracji zaczynają rozjeżdżać się po studyjnych kątach (trzecia), wreszcie sporo akustycznej, freejazzowej werwy, skonsumowanej solową ekspozycją drummerską (piąta). Począwszy od szóstej opowieści płynie już do nas sam miód kolektywnej, swobodnej improwizacji, która permanentnie szuka i na ogół nie błądzi. Zaczyna ją agresywny smyczek, któremu wtóruje perkusyjna repetycja. W tle buduje się ambient, a swoje dokłada szorstko brzmiący tu instrument blaszany. Dopiero w połowie nagrania pojawia się syntezator, ale i on wydaje się być wyjątkowo subtelny. Ostatnia improwizacja trwa ponad kwadrans i stanowi, bez dwóch zdań, opus magnum albumu. I ona ma kilka faz. Najpierw budowana jest z drobiazgów, które lepią się w dronowy, systematycznie pęczniejący strumień dźwięków. Potem stery przejmuje brutalnie brzmiący smyczek, który zdaje się sprowadzać narrację na najniższe kondygnacje. Gdy dno stanie się jego udziałem, zadaniem wyprowadzenia opowieści na powierzchnię zajmuje się trąbka. Finałowa, drobna wspinaczka dodaje jeszcze uroku całemu przedsięwzięciu, a kreowana jest znów świetną pracą kontrabasu oraz nieszablonowymi wtrętami perkusji.



 

Artur Małecki & Creature  Widoki (Fundacja Słuchaj!, CD 2022)

Kolejne mazowieckie studio nagraniowe, to Nieporęt i miejsce zwane Tokarnia 2.0 (styczeń i luty bieżącego roku). Przy swoich instrumentach meldują się tu: Artur Małecki – perkusja i kompozycje, Michał Aftyka – kontrabas i bas elektryczny oraz Przemysław Chmiel – saksofon tenorowy i sopranowy. Osiem części, prawie 62 minuty.

Finał dzisiejszego zestawienia, zgodnie z zapowiedziami najbliższy jazzowi środka, niepozbawiony zdaje się być dramaturgicznych smaczków, z zastrzeżeniem jednak niemal bliźniaczym do tego, jakie postawiliśmy w recenzji poprzedniego albumu. Nagranie trójki młodych muzyków zaczyna być interesujące dopiero w swej drugiej fazie, po tym, jak odbiorca przebrnie przez meandry zachowawczego, nieco przestraszonego jazzu, który usilnie szuka wsparcia w historii gatunku, miast skupić się na indywidualnej kreacji. W tej części schemat nagrania wydaje się dość prosty – temat spod kontrabasowych strun, dobrze ułożony drumming i rozśpiewany saksofon, którego melodie dobrze wkleiłyby się w kolejny wspominkowy film o Krzysztofie Komedzie. Nie sposób też nie usłyszeć nadmiaru słodyczy w tembrze saksofonu sopranowego, w rozbudowanej ponad miarę trzeciej opowieści.

Od utworu czwartego coś zaczyna się dziać na Widokach! Oto dostajemy się w szpony dynamicznej perkusji i saksofonu, który wreszcie zdaje się mieć ochotę wziąć sprawy w swoje ręce. Przejście do fazy całkiem swobodnej improwizacji nie zajmuje tu muzykom zbyt wiele czasu. To samo rzec można o kompozycji szóstej. W kolejnej pojawia się bas elektryczny, a smaczkiem całości jest brzmienie saksofonu, który płynie do nas jakby dwoma strumieniami. Sekcja rytmu wali jak młot, a dęciak bystrze ucieka w aylerowską śpiewność. Całość kostropata, chropowata, podana z zębem, a sfinalizowana smyczkiem. Siódma część z nazwy jest już samą improwizacją, ucieka w post-barokowe dyskusje o pogodzie, ale na tle początku albumu, i tak sytuuje się po stronie jego atutów. Finałowa opowieść znów bazuje na mięsistym, elektrycznym basie, doposażona w odpowiedni ładunek ekspresji, broni się od pierwszej do ostatniej sekundy. Parafrazując klasyków - nie ważne, co znajdziesz, byle byś szukał!

 

 

sobota, 3 czerwca 2017

Sehnaoui & Gołębiewski! Quebec i reszta świata czyli Polska! – poznański maj w wymiarze koncertowym


Ważny element współuczestniczenia w świecie muzyki improwizowanej stanowią koncerty. Są muzycy, są organizatorzy, bywają także widzowie. Matczyny mi Poznań nie jest już od dawna mekką muzyki improwizowanej, do której podążają pielgrzymki fanów. A jeszcze w ubiegłej dekadzie lat można było odnieść takie wrażenie.

Rzeczywistość ciągłej sprzedaży jest jednak okrutna, zatem i miejsc, i okazji do delektowania się dobrą muzyką improwizowaną raczej ubywa, niż przybywa. Jednakże miniony miesiąc (maj!) jakby delikatnie przeczył tym ponurym wizjom Pana Redaktora. Odbyło się kilka ciekawych koncertów, był nawet pewien festiwal. Czas, by zebrać majowe refleksje, trochę się pozachwycać, odrobinę pomarudzić. Przewrotność, która zdaje się być ważną cechą Trybuny Muzyki Spontanicznej, znów zbierze swoje żniwo, albowiem opis wydarzeń koncertowych prowadzić będziemy w odwróconej chronologii.






Ostatni dzień maja, jesteśmy w Lesie!

Klub Las. Krzesła dla widzów zostały rozstawione wokół muzyków i ich instrumentów. Utworzyły eliptyczny kształt, który mógłby zacisnąć krwiożerczą pętlę na fizyczności muzyków.

Sharif Sehnaoui. Krzesło, by na nim siedzieć w trakcie występu. Stoliczek, by nam nim ułożyć trzydzieści tysięcy drobnych przedmiotów, których muzyk będzie używał w trakcie występu: pałeczki, patyczki, obiekty o mniej oczywistych kształtach. Zapomniałem dodać – jeszcze oczywiście gitara akustyczna. Przyda się – muzyk będzie dzięki niej drugim perkusistą tego wieczoru.

Adam Gołębiewski. Taboret perkusisty, pojedynczy boczny tom (?), talerze i czterdzieści tysięcy innych, małych i dużych przedmiotów, głównie do pocierania o membranę instrumentu zasadniczego. Plastik i metal. Kubki, sztućce, ostre przedmioty. Dwa instrumenty strunowe, które torturowane będą za pomocą tych ostatnich. Gumowa rurka, w którą będzie dmuchał. Zakończona drobnym, owalnym, metalowym przedmiotem, który uznamy wspólnie za zakończenie instrumentu dętego. Perkusista, który postanawia zostać wielkim sonorystą tego spektaklu. Zupełnie nie przeszkadza mu fakt, iż nie ma przy sobie jakiegokolwiek klasycznego instrumentu dętego.

Trzy kwadranse akustycznego misterium. Dwa potężne zestawy perkusjonalne w intensywnej turbulencji. Postawione w stan drgania permanentnego, śmiertelnie ze sobą rezonujące. Narracja najeżona zakrętami, tajemniczymi zakamarkami, otworami bez dna, pełnymi wygłodniałych smoków. Wielkie emocje. Trans. Medytacja. Iluminacja. Dalekowschodni zaśpiew gitary, która tylko na ułamki sekund przestaje być konstrukcją perkusyjną. Zatracenie źródła dźwięku – na szczęście jesteśmy na koncercie i widzimy muzyków. Jedno wytłumione źródło światła, ustawione pomiędzy muzykami, nie ułatwia jednak procesu inwigilacji spektaklu. Oddech muzyków czujemy na skroniach, oni nasz - bardziej na plecach. Kawałki plastiku tańczą wokół muzyków i trafiają nas w nogi. Siła diabelskiego kręgu działa w obie strony. Oklaski na koniec nie są w stanie oddać tej porcji sztuki dźwięku, jaką dostaliśmy prosto w twarz, zupełnie niepytani o zgodę.

Teraz, gdy piszę te słowa, ich muzyka siedzi mi w uszach i dyszy. Sharif i Adam nagrali płytę Meet The Dragon, która była dostępna po koncercie. O niej kilka słów, jak już doszczętnie ochłonę z wrażeń po tym niezwykłym koncercie. Ciągle mam wrażenie, że dostaliśmy coś więcej niż te kilkadziesiąt tysięcy dźwięków w trakcie czterdziestu kilku minut występu.


23 maja, Dragon, w poszukiwaniu publiczności!

Dwaj wędrowcy z dalekiego Quebecu – Francois Carrier (saksofon altowy) i Michel Lambert (perkusja) – w trakcie przystanku Polska. Zaraz potem Barcelona i Lizbona (fajnie mają!). Tu, w krajowej edycji, w towarzystwie Olbrzyma i Kurdupla, czyli Tomka Gadeckiego (saksofon tenorowy) i Marcina Bożka (akustyczna gitara basowa, w zastępstwie Rafała Mazura, lekko kontuzjowanego). Klub Dragon, wtorkowy wieczór. Muzyków czterech, publiczności dwa razy więcej (naliczyłem nas ośmioro, nie wliczyłem akustyka). Tym razem bez komentarza – ewentualnie wróć do preambuły tego tekstu.




Duża dawka bardzo kompetentnego free jazzu. Swoboda, kreacja, świetna komunikacja pomiędzy muzykami (kilka dni są już w trasie!). Naliczyłem bodaj cztery odcinki improwizacji. Dużo emocji na scenie, 120%-owa koncentracja i takiż wysiłek artystyczny, choć po drugiej stronie sceny garstka ludzi. Dynamiczne dialogi, szczypta indywidualnych popisów. Świetny Gadecki, taki trochę lekko zapowietrzony, późny Coltrane w dużym gazie. Carrier dosadny, nienapastliwy, konkretny. Były wszak chwile, że i on musiał przystanąć, by zachwycić się grą kolegi saksofonisty i po prawdzie.. złapać głębszy oddech, by nadążyć (a w bodaj najsilniej ekscytującym momencie, w trakcie szalonego dialogu dęciaków, postanawił … wymienić ustnik). Bożek wyrazisty do bólu, perfekcyjny, zarówno w momentach akompaniowania solistom, jak w tych, gdy on stawał się centrum improwizacyjnej eskalacji. Lambert odrobinę jednostronny (głównie dręczył werbel), jakkolwiek czujny i doskonale kooperujący z gitarzystą basowym.

Masywny, bardzo dobry koncert. Jeśli takie koncerty ogląda osiem osób, to coś jest nie tak z rzeczywistością tego świata. Ale to nie mój problem – jak tam byłem!


12 maja, Dragon, ekscesy w wymiarze krajowym!

Piątek. Zimno za oknem, tu w Dragonie odrobinę cieplej. Będą dwa koncerty. Na start Hubert Zemler – perkusja solo, muzyka … komponowana. Dwa kwadranse ćwiczeń akademickich, w trakcie których poziom magii i emocji przyjmował wartości ujemne. Bywały chwile, gdy dramaturgia drummingu intrygująco się nawarstwiała, ale były one niezwłocznie dewastowane przez zamysł kompozytora. Próby włączenia w ten incydent artystyczny analogowej elektroniki pominę milczeniem.




Zemler po chwili odpoczynku wraca na scenę. Będzie miał interlokutora w postaci drugiego perkusisty, Pawła Szpury. A na froncie sceny trio Bachorze w składzie: Michał Biel – saksofon barytonowy, Paweł Doskocz – gitara elektryczna, Maciej Maciągowski – syntezator, dużo kabli i potencjometrów. Od startu dostajemy na twarz dużo dźwięków, być nie rzec – hałasu (możemy go nazwać na potrzeby tej recenzji noise’em). I garść refleksji w głowie recenzenta – być może hałas w muzyce improwizowanej jest dowodem na niedoskonałą komunikację w zespole. I jeszcze maksyma Evana Parkera, świetnie opisująca filozofię improwizowania Johna Stevensa: jeśli nie słyszysz muzyka, z którym grasz, to dowód na to, że grasz za głośno! Ciekawa, intrygująca gitara, z dużą dozą bystrych preparacji, nieco ilustracyjny saksofonista (ale też trudno było mu się przebić przez ścianę nie dość subtelnych bębniarzy i piętrzących się eskalacji elektronicznych - muzyk od kabli, przynajmniej tego wieczoru, słyszał tylko siebie). Szpura często wcielał się (udanie!) we free jazzowe zwierzę i czuło się, że to jest jego bajka. Akademicki na pierwszym koncercie Zemler, tu dał z siebie nieco ognia, ale dramaturgicznie nie ciągnął kwintetu za sobą (raczej zgrywał się z drugim drummerem). Koncert chwilami ciekawy, ale bardzo nierówny, toczony od eskalacji do eskalacji. Pomiędzy nimi, gdy dynamika koncertu drastycznie spadała, a muzycy zdejmowali nogę z gazu (z wyłączeniem Maciągowskiego), robiło się bardziej niż intrygująco. Ale te momenty były zbyt krótkie, by recenzent mógł się choćby szczyptę zachwycić.

****


Nie sposób nie zauważyć, iż w maju odbyła się także kolejna edycja jazzowych, chicagowskich dożynek, która od lat funkcjonuje pod nazwą handlową Made In Chicago. Nie wiem, czy publiczność tym razem dopisała, bo ja sam… nie dopisałem. Choć nie miałem specjalnych powodów, by nie uczestniczyć w tym incydencie kulturalnym. Byłem zdrowy, miałem trochę wolnego czasu. Gorzej było …. z samym programem festiwalu. Wnikliwa analiza zawartości line-up-u doprowadziła mnie do zastosowania w praktyce idei zaniechania. Po prostu nie poszedłem na jakikolwiek koncert, bo nie było na co… pójść.