Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Farida Amadou. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Farida Amadou. Pokaż wszystkie posty

piątek, 30 lipca 2021

Steve Noble & Farida Amadou in three trio dances with Chris Pitsiokos, Alex Ward and Yoni Silver!


Takuroku, to sublabel wydawniczy londyńskiego klubu Café Oto, prezentujący muzykę dostępną jedynie w plikach elektronicznych, których sprzedaż zasila bezpośrednio budżet klubu, walczącego jak wszyscy w branży z dolegliwościami pandemicznego lockdownu, tudzież, na obecnym etapie, znacznego ograniczenia swojej typowej aktywności koncertowej. Całkiem niedawno śledziliśmy na tych łamach solową płytę Biliany Voutchkovej, udostępnioną światu właśnie przez tego wydawcę.

Dziś zapraszamy na doprawdy ekscytujący tryptyk koncertowy, jaki miał miejsce w maju 2018 roku. Jedna z legend brytyjskiej free jazzowej perkusji Steve Noble oraz młoda, ale już świetnie rozpoznawalna belgijska basistka (elektryczna!) Farida Amadou zagrali w tymże czasie trzy fantastyczne koncerty, do każdego zapraszając innego muzyka. Powstały trzy nagrania zatytułowane Space – pierwsze (1) z amerykańskim saksofonistą Chrisem Pitsiokosem, drugie (11) z brytyjskim multiinstrumentalistą Alexem Wardem, tu grającym wyłącznie na klarnecie, wreszcie trzeci (111) z kolejnym przedstawicielem rodzimej sceny improwizowanej, klarnecistą basowym, Yoni Silverem.

Zapraszamy do poznania zawartości tych trzech elektronicznych albumów. Jeśli wydacie skromne sześć funciaków możecie wejść w posiadanie jednego z tych albumów, a przy okazji wesprzeć Cafe Oto w jej codziennym znoju klubowej egzystencji.

 


Space 1

Zaczynamy od definitywnie free jazzowej przebieżki, której ważnym elementem energetycznym jest alcista Chris Pitsiokos. Pierwsze trio zagrało dla nas dwa sety, które trwały łącznie 37 minut.

Zgodnie z anonsem koncert zaczyna się bardzo konkretnym zestawem dźwięków. Masywny bas, roztańczony, ale agresywny saksofon i perkusja w pełnym rynsztunku – ocean emocji i artystycznej brawury. Doskonała technika alcisty zdaje się być od startu efektownie wyeksponowana. Muzyk nie stawia na subtelności brzmienia, jego przekaz jest prosty, ale wyjątkowo wartościowy – instrument śpiewa, charczy, skrzeczy, ale nie ustaje w budowaniu bardzo dynamicznej narracji. Praca basu i perkusji rwie nam trzewia i fantastycznie dopełnia obrazu całości. Po bystrym wyhamowaniu muzycy proponują nam garść brzmieniowych niuansów, ale by wejść definitywnie w fazę rezonujących preparacji muszą zatrzymać się raz jeszcze, tu nawet z kilkoma sekundami przerwy na wzięcie oddechu przez saksofonistę. To trio zdaje się jednak nie być nadmiernie cierpliwie. Kolejny restart budują już po chwili i być może czynią to w sposób najlepszy z możliwych. Bas najpierw stawia stemple niemal hc-punkowych przełomów, potem sięga po preparacje, tudzież rytmiczne burknięcia. Z kolei perkusja najpierw daje tempo, potem efektownie rezonuje wilgotnymi talerzami. Tymczasem alt kwili jak sroczka i czeka na moment, by zadąć w róg z szelmowskim zacięciem. Muzycy brną na finałowy szczyt pełni zadziornych, niemal prowokacyjnych fraz. Gdy stają na szczycie, uśmiech nie znika z ich twarzy.

Drugi set w swej początkowej fazie wydaje się być pewnego rodzaju wypoczynkiem. Gra na małe pola, zwinne pytanie i serdeczne odpowiedzi. Potem trochę przepychanek z basem, który szuka dramaturgicznych pętli i okazji do figli. Właściwa tym muzykom dynamika rodzi się pod batutą drummera. Noble dusi na gaz i z punkową degresją wypuszcza trio na łowy! Efektowny, niemal ognisty lot kończy się równie spektakularnie w obłokach mglistego rezonansu talerzy, których dźwięk pięknie imituje saksofon. Muzycy wchodzą bez szwanku w fazę preparowania dźwięków, słania zalotnych meta melodii i wyczekiwania na to, co przyniesie najbliższa przyszłość. Alt parska i podśpiewuje, tymczasem bas zaczyna szukać tempa pomiędzy grubymi strunami. Finałowa część koncertu upstrzona jest drummerskimi fajerwerkami, cmokaniem altu i basowymi dywagacjami. Koniec nadchodzi szybko, na pewno zbyt szybko.

 


Space 11

Trzy sety zagrane w towarzystwie Alexa Warda (tym razem grającego jedynie na klarnecie) zdają się budować swoją wysoką jakość niemal każdym rozgrywanym dźwiękiem. Każdemu z tych setów możemy też przypisać podtytuł, który podkreśla walory emocjonalne dominujące w trakcie improwizacji: zatem mamy Fazę Mroku, Fazę Ognia, a potem Fazę Królestwa Klarnetu. Wszystkie one razem wzięte trwają 58 minut z sekundami.

Muzycy tkają początkową część seta z niemal samych drobiazgów, pracują rezonansem i skromnymi preparacjami. Na nieco ostrzejsze frazy, pierwsze oznaki dramaturgicznego wigoru, tudzież dźwięki bardziej typowe dla perkusji, pozwalają sobie dopiero po kilku minutach. Ale ta opowieść nie ma zamiaru nabierać bardziej ekspresyjnego wymiaru. Artystów dopada wręcz jakiś smutek, pewien bezwład. Głęboko oddychają, a sam klarnet na dłuższą chwilę milknie. Gdy wraca, klimat improwizacji staje się jeszcze bardziej mroczny, dronowo-ambientowy, pełen delikatnych brzmień dzwonków, drżącego basu i klarnetowych lamentów. Dopiero na sam koniec ponad 20-minutowego seta klarnet stawia na bardziej śpiewne frazy i budzi całe trio do niezobowiązującego półgalopu, nie bez adekwatnej do sytuacji dynamiki.

Drugi set zaczyna się jak pierwszy, ale od startu budowany jest z pewną nerwowością, z frazami granymi ze zniecierpliwieniem. Pracuje perkusja, klarnet brzmi bardzo chropowato, a frazy basu zdają się mieć rockowy nerw. Muzycy dość szybko osiągają tu fazę galopu, a gdy zwalniają, natychmiast przenoszą się do zakładu szlifierskiego i serwują nam wyjątkowo urokliwe dźwięki. I tu zachowania muzyków przesycone są skrywanymi emocjami. Po kilku chwilach narracja w dalece efektowny sposób wchodzi w tryb bardzo dynamiczny i zaczyna zionąć ogniem na prawo i lewo. Ekspresja muzyków jest jednak nieco inaczej ukierunkowana – klarnet skacze do nieba, perkusja i bas zanurzają się w mroku piekła. Kolejne wyhamowanie jeszcze piękniejsze – martwy rezonans, głucha cisza, delikatne popiskiwania. Z tego tygla zła wyłania się po czasie klarneci śpiew o poranku, który wieńczy jakże zmysłowy set drugi, niemal 24-minutowy.

Trzeci, 13-minutowy set jest już spektakularnym popisem klarnecisty. Jego instrument zdaje się tańczyć na zgliszczach perkusyjnych preparacji i basowych podrygów. Narracja jest ciasna, dodatkowo zdobiona perkusyjnymi frazami budowanymi na ciekawej dynamice. Po niedługiej chwili klarnet zaczyna wić się jak wąż w chmurze dronów i rezonujących elementów zestawu perkusyjnego. Narracja traci intensywność i tempo, ale jeszcze zyskuje na urodzie. Po fazie mrocznych dywagacji klarnet buduje kolejne fantastyczne expo, które wspierane meta rytmem basu i perkusji doprowadza trio do szczęśliwego końca koncertu.



Space 111

Trzeci epizod omawianego dziś tryptyku Steve’a Noble’a i Faridy Amadou, to także spotkanie z klarnetem, tym razem jednak basowym, który dzierży w dłoniach Yoni Silver. Ponownie trzy sety, które znów recenzent opatrzył podtytułami: Set Słońca, Set Księżyca i Set Poranka. Odsłuch całości zajmie nam 52 minuty.

Muzycy od pierwszego dźwięku próbują pokazać nam, na co ich stać! Perkusja i bas rysują naprzemiennie twarde i miękkie frazy, a rozwydrzony, delikatnie preparowany klarnet basowy ryje bruzdy – wszyscy zaś pracują równomiernie i intensywnie. Bas masywny, ale jednocześnie po kobiecemu, wrażliwy na niuanse brzmieniowe, perkusja wielowymiarowa, preparowana, ale z krwi i kości, wreszcie nerwowy klarnet, który świetnie radzi sobie zarówno w sytuacjach wysoce ekspresyjnych, jak i w mrokach ekstremalnie tłumionych emocji. Jak przystało na stylową improwizację, flow najpierw sięga szczytu, potem pięknie tapla się w błocie. Muzyka wydaje się być oceanicznym sztormem, by po chwili przypominać letni wietrzyk od ciepłego morza. Na finał pierwszego, najdłuższego seta wszystkie instrumenty brzmią perkusyjnie, tworząc urokliwy, drum’n’bass’owy lej dźwięków.

Kolejny set otwiera ekspozycja solowa klarnetu basowego, budowana na jednym oddechu. Po chwili pojawia się drobny rytm basu i rezonujące talerze. Dźwięki płyną ochoczo i łączą się w jeden strumień fonii, który zaczyna smakować metaloplastyką. Zaraz potem artyści szukają ciszy i szeleszczą nie tylko szczoteczkami drummerskimi. Raz przypominają zakład szlifierski, innym razem wulkanizacyjny. Tykają jak zegar z kukułką, płyną po dnie, jak węgorze, skaczą do nieba i śpiewają, niczym skowroneczki. Ów festiwal dźwiękowych niespodzianek kończą na ekstremalnym spowolnieniu, brzmiąc onirycznie, pulsując medytacyjnie.

Last episode budzi do życia stygnący z emocji drumming. Obok lamentuje klarnet basowy, a basówka snuje efektowne mikro pasaże. Trio szuka dynamiki, ale wciąż tkwi w dramaturgicznym suspensie. Muzycy wolą lewitować niż pójść w dynamiczne tango. W drugiej połowie najkrótszego seta w końcu pozwalają sobie na drobną stymulację. Moc idzie ze strony perkusji, a sam finał koncertu śmiało możemy określić mianem free jazzowego peaku, pięknie zdobionego doskonałymi frazami dużego klarnetu.


Podziękowania dla Krzysztofa za udostępnienie nagrań



piątek, 15 listopada 2019

Kassap & Duboc! Landscapes! Trigger! Advent! I love you SDSS…! William’s Thing! Wachtelaer! Vasquez & Sama! Remember this November, what a summary!


Music! Music! Music! Improwizowany przewodnik w czasach nadprodukcji dźwięków pracuje nieprzerwanie z pełną mocą.

Dziś kolejna porcja nowych nagrań i znów garść nowych nazwisk do zapamiętania. Listopadowa zbiorówka aż kipi od emocji, jest bezczelnie wielogatunkowa, a każdy jej fragment naznaczony wielką muzyczną wolą improwizowania. Zaczniemy od Francji i nowości Dark Tree Records, potem kameralny wątek brytyjski, trochę awangardy krajowego Bociana, w jak najbardziej międzynarodowym towarzystwie, nowości Multikulti Project, wyjątkowo psychodeliczny wątek w twórczości belgijskiego perkusisty Dirka Wachtelaera, a na finał swobodna improwizacja z Argentyny. What a game!




Sylvain Kassap/ Benjamin Duboc  Le Funambule (Dark Tree, CD 2019)

Styczeń bieżącego roku, miejsce zwane Le Comptoir, Fontenay-sous-Bois, Francja. Na scenie: Sylvain Kassap na klarnecie i klarnecie basowym oraz Benjamin Duboc na kontrabasie, używał będzie także głosu. Pięć swobodnych improwizacji, 48 minut i kilkanaście sekund.

Le Funambule, to niebanalna, bardzo kameralna opowieść na klarnet i kontrabas. Dwie dłuższe improwizacje i trzy drobne, zmysłowe perełki. Wszystkie one zdają się być podszyte dramaturgicznym niepokojem oczekiwania na nadejście niemożliwego. Wybitny kontrabasista Duboc, która długo kazał sobie czekać na nowe nagrania, tu każdym dźwiękiem potwierdza klasę i wysoki poziom kreatywności. Gra głównie smyczkiem, szuka najniższych częstotliwości, buduje dramaturgię nagrania od pierwszej do ostatniej minuty. Towarzyszący mu klarnecista Kassap niestrudzenie stara się dotrzymywać mu kroku, nie rzadko z sukcesem, zwłaszcza wtedy, gdy sięga po klarnet basowy.

Pierwszą (długą) improwizację zdobi melorecytacja Duboca, która przysparza nagraniu dodatkowej porcji tajemniczości. Narracja toczy się w niemalże ślimaczym tempie, pełna jest kameralnej zadumy, minimalistycznej kontemplacji. Kolejna długa improwizacja (trzecia) bazuje na ciemnym brzmieniu klarnetu basowego. Muzycy nieustannie szukają kontaktu z ciszą, nie brakuje brzmieniowych niuansów, flażoletów, klarnetowych półdronów, tanecznych przebieżek smyczka. Duża zmienność akcji, użytych technik i poziomu emocji. Gdy Duboc proponuje bardziej oczywiste frazowanie pizzicato, czar delikatnie pryska, jakkolwiek takie momenty na płycie, to jedynie incydenty.  W krótszych improwizacjach warto wsłuchać się w minimalistyczną repetycję kontrabasu i preparacje klarnetu, czynione na dużej wysokości (drugi fragment), akcenty sonorystyczne plecione na tle wyjątkowo masywnego kontrabasu (czwarty fragment), wreszcie – w być może najciekawszym, piątym fragmencie płyty - moment stosunkowo intensywnej improwizacji, gdy klarnet basowy smakuje wschodnimi skalami, kontrabas tańczy z całkiem południowym temperamentem, a całość grzmi i łomoce, jakby muzycy tracili zmysły w opętańczym powtarzaniu fraz.




Dunmall/ Gibbs/ Taylor/ John Long  Landscapes  (FMR Records, CD 2019)

Brytyjska, piorunującą mieszanka doświadczenia i młodości, w kameralnym kwartecie bez instrumentu perkusyjnego - Paul Dunmall na saksofonie sopranowym i flecie, Philip Gibbs na gitarze, Benedict Taylor na altówce i Ashley John Long na kontrabasie. Opowieść w sześciu częściach, 56 minut i 8 sekund (Bristol, Victoria Rooms, wrzesień 2018r.).

Swobodna improwizacja w wydaniu brytyjskim, to na ogół klasa sama w sobie. Nie inaczej jest na płycie Landscapes. Z jednej strony weteran free jazzu, z drugiej trójka młodszych, głodnych wrażeń i jakże bystrych partnerów. Na płycie prezentują trzy dłuższe improwizacje w kwartecie i trzy krótsze w tak zwanych podgrupach (duet i dwa tria). Dunmall zostawia kolegom dużo przestrzeni. Gdy sięga po sopran czasami wypełnia jedynie tło. Tak, jak w pierwszej części – śpiewa na wezgłowiu, podczas gdy gitara kreśli zmyślne pętle, kontrabas drży pizzicato lub płynie umiarkowanie wysokim smyczkiem, a altówka rysuje bruzdy w ziemi i na ogół cudownie preparuje (Taylor trzyma klasę mistrzowską od pierwszego ostatniego dźwięku!). W drugiej dłuższej improwizacji (piąty trak), napięcie budowane jest stopniowo. Najpierw kameralny niepokój sieją kontrabas i altówka. Gitara włącza się po niespełna dwóch minutach i niesie na gryfie sporą garść psychodelii. Sopran, ze śpiewem na ustach, pojawia się po kolejnych dwóch minutach. Muzycy budują zmysłową opowieść często reagując w parach: gitara z saksofonem, kontrabas z altówką. Po znaczącym spowolnieniu, w środku prawie 17 minutowego utworu, ster narracji przejmuje Dunmall i pozostaje szefem ekspozycji do samego jej końca. W ostatnim utworze dużo dobrego robi też mając flet pomiędzy zębami, szczególnie gdy przez kilka chwil płynie tylko w towarzystwie Taylora.

W tak zwanych mniejszych składach muzycy również ślą do nas wyłącznie smakowite pozdrowienia dźwiękowe. Druga część, to duet saksofonu i kontrabasu, który siłą rzeczy najbliższy staje się estetyce free jazzowej. Wyśmienita jest część trzecia, gdy sceną rządzą trzy strunowce – świetne reakcje, na ogół metodą call & responce! Czwarta część to trio fletu, gitary i altówki – stylowa, umiarkowanie emocjonalna zabawa w wyłącznie udane preparacje, innymi słowy kameralistyczny szczyt jakże udanej Landscapes.




Trigger plus Jérôme Noetinger  Camera Obscura (Bocian, CD 2019)

Nils Ostendorf na trąbce, Matthias Müller ma puzonie i Chris Heenan na klarnecie kontrabasowym, czyli trio Trigger oraz Jérôme Noetinger - wg opisu na okładce płyty revox tape recorder, czyli po naszemu, coś na kształt … live proccesing, reel to reel time sound deconstructions. Nagranie koncertowe z grudnia 2014 roku (NK, Berlin), cztery akustyczne improwizacje dewastowane soczystą syntetyką – łącznie 44 minuty i 9 sekund.

Prychające, skrzeczące, drżące i syczące tuby trzech instrumentów dętych, których brzmienie filtrowane jest na kablach i tamże zwinnie dekonstruowane - reeds’ slow dancing in electroacoustic environment, notuje recenzent językiem Szekspira. Jakby nowy wymiar akustyki puzonu, trąbki i muskularnego klarnetu kontrabasowego. Dronowe ekspozycje z akustycznymi zdobieniami, modulowane sercem skwierczącej syntetyki. Gdy potokiem fonicznych wydarzeń rządzi największy z klarnetów, jakość narracji rośnie wymiernie. Gdy władzę przejmuje syntetyka, a chwilami potrafi czynić to bardzo niewybrednie, czar opowieści delikatnie pryska (choćby druga część pierwszej opowieści, a także fragmenty drugiej). Free chamber podłączone pod prąd wysokiego napięcia zdecydowanie lepiej radzi sobie w momentach dramaturgicznej równowagi akustyczno-elektronicznej, jak choćby w początkowej fazie utworu drugiego i w całym piątym. Bywa także, iż syntetyka dominuje, ale nie jest nadmiernie inwazyjna i udanie kooperuje z akustyką, jak ma to miejsce w utworze czwartym.

Zdecydowanie najciekawiej na całej płycie walka dobra ze złem wypada w trzeciej, najdłuższej improwizacji, która trwa niemal 19 minut. Na wejściu odnotowujemy sporo dźwięków akustycznych. Po podłączeniu pasm grzmiącej syntetyki, flow opowieści lepi się w jeden potok zmysłowej elektroakustyki. Crème de la crème tej części ma miejsce w momencie, gdy przestrzeń, jaką stwarza live proccesing nabiera wręcz dubowej głębi. Równie smakowite są ostatnie dźwięki tej improwizacji, które snują się zwinną post- akustyką, po czym łapią kilka dronowych pocisków, by po chwili zgasić płomień narracji w pełni akustycznymi dźwiękami.




Phil Minton/ David Maranha/ Gerard Lebik  Advent (Bocian, LP 2019)

Pozostajemy w szponach Bocianiej post-awangardy. Znów nagranie, które czekało na edycję całe pięć lat, ale definitywnie było warto! Phil Minton – głos, David Maranha – organy i Gerard Lebik – generators. Koncert w obiekcie sakralnym w Warszawie trwa 34 minuty i 44 sekundy.

Pulsująca ciszą, duża, oddychająca przestrzeń Kościoła, charkot ust i gardła – tak oto rozpoczyna się intrygująca, płynna, na poły ambientowa, post-elektroniczna podróż w nieznane z głosem ludzkim, jedynym w swoim rodzaju, rzec można – post-głosem! Dobra dramaturgia całości, mimo pewnej teatralności spektaklu i ilustracyjności niektórych partii instrumentalnych, z zaszytą w głębinach narracji swoistą epickością. Wraz z upływem czasu pierwszej strony winyla, pozorna kraina łagodności ustępuje elektro-akustycznym zadziorom. Minton, mistrz wokalny wszystkich epok w historii improwizacji, z każdą sekundą koncertu wnosi do narracji coraz więcej nowych, niespodziewanych fonii. Po chwili wyciszenia, w drugiej części pierwszego seta, przebiegle napędza spiralę improwizacji, a całość zaczyna brzmieć niczym Dead Can Dance na sterydach. Muzycy sięgają granicy hałasu, a przestrzeń wokół pachnie harshem i wonią upalonego kadzidła. Gaszenie płomienia soczystym ambientem, który wybrzmiewa niczym deszcz padający na aluminiowy parapet.

Druga opowieść nieco tłumi emocje na wejściu, by po odpowiedniej dawce rozgrzewki wyeksplodować pięknem głosowych szaleństw Mintona – muzyk krzyczy, śpiewa operowym głosem, nawet falsetem, śmieje się, wydmuchuje nos, używa scatu, beatboxingu, gwiździe i rechocze. W tle organy plotą zwinną opowieść inside/ outside. Tło instrumentalno-elektroniczne koncertu, które czasami zdaje się być odrobinę monotonne, na ostatniej prostej nabiera wiatru w żagle i niesie Mintona na sam szczyt najwyższej góry.




Strycharski/ Kacperczyk/ Szpura  I love you SDSS J124043​.​01​+​671034​.​68 (Multikulti Project, CD 2019)

Czas na rozwinięcie w pełni krajowego wątku naszej dzisiejszej zbiorówki i zaprezentowanie płyty, która z pewnością dzierży palmę pierwszeństwa w kategorii Najdłuższy Tytuł Nowoczesnej Europy. Dominik Strycharski – flety proste (Soprano C, Soprano B, Alto E, Tenor C, Bass F), Łukasz Kacperczyk – syntezatory modularne oraz Paweł Szpura – perkusja, instrumenty perkusyjne. Nagranie z grudnia 2017 roku (Ladom), pięć dalece swobodnych improwizacji, 36 minut i 20 sekund.

Szelest i szum drummerskich szczoteczek, flet wydający puste dźwięki i pomruk rozgrzewającej się maszynerii syntezatorowej – w ten oto sposób budzi się do życia mała, zgrabna improwizacja, kreowana w skupieniu, z pewnym artystycznym wyrachowaniem, napędzana bez brawury, ze świetną komunikacją wewnętrzną. Pełne równouprawnienie dźwięków żywych i syntetycznych, to kolejna konstytuanta tego nagrania, podobnie jak zasada kolektywnego tworzenia wszelkich opowieści na nim zawartych, gdyż obraz całości jest dla każdego z muzyków ważniejszy niż indywidualna, choćby najbardziej swobodna ekspozycja.

Każdy z utworów ma tu swoją dramaturgię, na ogół budowany jest nieśpiesznie, często bazuje na zwinnych repetycjach, w czym prym wiedzie Kacperczyk, który w kilku momentach płyty stwarza aurę czegoś, co moglibyśmy określić mianem post-techno. Czyni to często zwłaszcza w dwóch końcowych improwizacjach, które zresztą nie tylko dzięki temu zabiegowi, śmiało uznać możemy za najlepsze na płycie. Czwarty fragment na wejściu jest bardzo oniryczny, flet śpiewa czystym tembrem, jest ciekawie wyeksponowany, a post-syntetyka buduje zmysłowe tło. Pogłos tworzy nastrój permanentnie, dobrą robotę czyni perkusja. Pod koniec tej części flet brzmi bardzo bogato, niemal barokowo, frywolnie płynąc po nieboskłonie. Finałowa improwizacja rodzi się w leśnych gęstwinach, pleciona jest z intrygująco brzmiących pasm elektroakustyki. Bije żywy beat post-techno, a każdemu dźwiękowi towarzyszy pewien niepokój, aura tajemniczości. Syntetyka brzmi inaczej niż dotychczas, flet brudzi swoje brzmienie, perkusja stawia stemple niczym certyfikaty jakości - mamy wrażenie, że każdy z muzyków chciałby jeszcze w tym nagraniu podokazywać! Do ostatniego dźwięku trio prowadzone jest przez repetującą syntetykę.




William's Things (Michał Górczyński, Sean Palmer, Tomasz Wiracki)  A Soul Not All of Wood (Multikulti Project, CD 2019)

Zapraszamy na spektakl poezji śpiewanej! Po intrygującej przygodzie ze słowem William Blake’a, Michał Górczyński (klarnet kontrabasowy, kompozytor), Sean Palmer (śpiew) i Tomasz Wiracki (fortepian) biorą na warsztat lirykę Henry’ego Davida Thoreau’a. Nagranie powstałe w … lesie, w czerwcu ubiegłego roku, składa się z jedenastu piosenek, które trwają 38 minut i 41 sekund.

Płyta ukazała się w ramach serii Outer Limits, co dobrze oddaje jej wymiar stylistyczny. Warto jednak dodać, iż w przeciwieństwie do pierwszej płyty formacji, którą od tego czasu nazywamy Williams’ Things, nowe nagranie usytuowało się także w kategorii Outer Improvisations. Z punktu widzenia recenzenta Trybuny stanowi to pewną niedogodność, ale absolutnie nie odbiera uroku temu nagraniu i nie deprecjonuje świetnej muzycznej roboty każdego z jego twórców. Piosenki z dużą klasą – to dobry epitet!

Muzykom w trakcie nagrania towarzyszy nieprzerwanie dźwięk lasu i śpiewających ptaków. Cała płyta jest jednym trakiem i płynie przez nasze uszy wyjątkowo przyjemnym strumieniem dźwiękowym. Głos aktora, który potrafi zaśpiewać wszystko, klarnet kontrabasowy, który zawsze brzmi wyjątkowo dobitnie i fortepian, który w tej konfiguracji ma zadania głównie rytmiczne. Zwróćmy zatem uwagę na najciekawsze fragmenty A Soul Not All of Wood. Druga piosenka budowana jest wrzaskiem, krzykiem, wręcz szczekaniem, a w role interlokutorów wcielają się wokalista i klarnecista. Równie ekspresyjna jest także część ósma. Trzecią piosenkę buduje przeszywający nasze zwoje nerwowe dron klarnetu. Tenże sam instrument w piątej pięknie grzmi i łomocze, podając zwinnie nobliwą melodię. W siódmej narracja budowana jest przez rytmiczne klaskanie, a całość pachnie zmysłowym gospel. Równie emocjonalna jest część dziewiąta, bardzo taneczna, pełna wdechów i wydechów, nawet z elementami funk i wokalnego scatu. Dwie ostatnie piosenki, to niemalże kołysanki, zdobione czerstwym, ale i niepowtarzalnym brzmieniem klarnetu kontrabasowego.




Jonas van den Bossche/ Alec Ilyine/ Dirk Wachtelaer  Double Threat (DW bandcamp, DL 2019)

Przenosimy się do Belgii na dwa spotkania ze stałym gościem naszych cyklicznych zbiorówek, perkusistą Dirkiem Wachtelaerem. Dodajmy – oba niezwykłe, skąpane w gitarowej psychodelii! Chwilami będzie bardzo kwaśno, czasami także bardzo energetycznie! Najpierw Podwójne Zagrożenie: Jonas van den Bossche i Alec Ilyine na gitarach elektrycznych oraz nasz bohater, oczywiście na perkusji. Nagranie studyjne z marca br., pięć swobodnych improwizacji, 42 i pół minuty.

Opowieść budują dwie gitary posadowione na przeciwległych flankach. Ta lewa lubi rockowe zagrywki, przestery, jest w ciągłym ruchu, sieje ferment, brudzi brzmienie, dekonstruuje niemal każdy napotkany dźwięk. Ta druga, usytuowana na prawej stronie, częściej sięga po dłuższe wypowiedzi, z ogromną przyjemnością zanurza się w ambiencie, który w jej wykonaniu przyjmuje najróżniejsze barwy, od głuchego dark po ulotne blue. Dwie gitary, jakby dwa odmienne spojrzenia na swobodną improwizację, kipiącą psychodelią i post-rockiem. Środkiem narracji pędzi (choć czasami także efektownie stopuje) wrażliwy i jednocześnie temperamentny perkusista. Zwinnie trzyma obu szalejących gitarzystów w pionie, dba o dramaturgię całości, ale nie stroni też od indywidualnych, bardzo swobodnych ekspozycji.

Trudno wskazać w tym doskonałym nagraniu lepsze momenty – każda minuta zasługuje tu na nasze uznanie.  Krew krąży w naszych żyłach być może najszybciej w trakcie drugiej, najdłuższej improwizacji. Budowana jest ona z mozołem, na starcie pełna małych, zwinnych, gitarowych spiętrzeń, świetnie komentowanych przez perkusję. Narracja rodzi się na brudnych, czerstwych plamach post-gitarowego zgiełku. Po pewnym czasie obie gitary tańczą i swawolą, perkusja zaś płynie masywnym, dominującym strumieniem. Po stadium full power, opowieść długo wybrzmiewa pięknymi, gitarowymi pętlami. Trzeci fragment kreowany jest na jeszcze silniejszym dysonansie – lewa gitara preparuje post-rockowo, prawa zanurza się w czystym deep blue ambiencie. Mały drumming dopełnia obrazu całości. Oddychająca post-cisza, która z czasem nabiera niebywałej mocy i przekształca się w coś, co zgrabnie można by określić jako full psychodelic disaster! Wreszcie finałowa improwizacja, budowana na rockowym drummingu, pełna gitarowych fuzzów i zrogowaceń na obu gryfach. Mantra rytualnych powtórzeń, która doprowadza opowieść pod ścianę dźwięku, tworzoną już przez wszystkich uczestników szalonego Double Threat. Na ostatniej prostej na scenie zostają już tylko samotne gitary. Ta lewa sprzęga się w konwulsjach, ta druga lewituje ciszą.




Farida Amadou/ Cécile Broché/ Alec Ilyine/ Dirk Wachtelaer  Face Dial (DW bandcamp, DL 2019)

Pozostaje z nami dwie-trzecie Double Threat (Ilyine, Wachtelaer), dochodzą: Farida Amadou na basie elektrycznym i Cécile Broché na skrzypcach oraz elektronice (nie zagra w pierwszym utworze). Luty br., to samo studio, znów pięć improwizacji, tym razem jednak prawie 80 minut muzyki.

Face Dial, choć nagrane miesiąc wcześniej niż Double Threat, możemy potraktować jako pewnego rodzaju rozwinięcie wątków podjętych na płycie, którą omówiliśmy piętro wyżej. Elektryczny bas i rozchełstane elektroniką skrzypce bardzo udanie zastępują lewego gitarzystę. Ten prawy, ambientowy, wciąż jest z nami, nadal czyni niemal same cuda. Równie dobrą robotę wykonuje perkusista. Jeśli mielibyśmy wskazać mankament Face Dial, to z pewnością jest nią … długość nagrania. Jak za chwilę wykażemy, omawiając płytę bardziej szczegółowo, całkiem śmiało mogłaby się ona zakończyć po trzeciej improwizacji, czyli mniej więcej po 52 minutach.

Face Dial otwiera aura intensywnej stagnacji – warkot basu, brudna pulsacja gitary, okrężny, aktywny drumming. Prawdziwie post-rockowa rzeźnia, narracja pełna psychodelicznych wdechów i wydechów bardzo swobodnej improwizacji. Bas rysuje pętle, bywa, że frazuje na jazzowo, gitara stawia płaszczyzny ambientu o niezliczonej ilości barw, dodaje narracji przestrzeni i odpowiedniego pogłosu. Od drugiego utworu do gry włączają się skrzypce, raz za razem ciekawie rozwijane przez nienachalną elektronikę. Opowieść toczy się gęstym, masywnym ściegiem. Kind of psycho acid fussion as well! Muzycy często osiągają stan ognistej erupcji, ale bez problemu łapią też oddech w rejonach bliższych ciszy. Wiele doskonałych momentów odnotowuje gitarzysta, drummer zaś trzyma wszystko w dramaturgicznych ryzach. Trzecia improwizacja startuje z poziomu intrygujących, małych preparacji. Ze strzępów dźwięków muzycy budują bardzo zwinną i gęstą opowieść. Umiejętność symbiotycznego łączenia się czterech instrumentów w potok swobodnej improwizacji, to niewątpliwie siła tej płyty. No i właśnie, od czwartej improwizacji, ta przywara kwartetu zaczyna słabej działać, jakby formuła dotychczasowej improwizacji delikatnie się wyczerpała. Nie brakuje indywidualnych, bardzo udanych fraz, ale całość nie lepi się już tak zgrabnie w spójną opowieść. Sam finał łapie wszakże ognistą poświatę i w 80 minucie nie czujemy się znużeni Face Dial. Co nie zmienia faktu, iż płyta jest odrobinę zbyt długa.




Pablo Vazquez/ Hernan Sama  El Nombre Del Ritual (Creative Sources, CD 2019)

Na finał dzisiejszych zbiorowych szaleństw zaglądamy do Buenos Aires. Kwiecień 2018 roku, Estudio Libres, a w nim Pablo Vazquez na kontrabasie i Hernan Sama na saksofonie. Trzynaście improwizacji, łącznie 47 i pół minuty.

Nazwa Rytuału, to absolutnie bezpretensjonalna, swobodna improwizacja, silnie zakorzeniona w jazzie. Niektóre utwory są bardzo krótkie, inne, dłuższe mają nieco ponad 5 minut. Różne techniki gry, melodyjne frazy open jazzu, ale i sonorystyczne zabawy czynione w świetnej komunikacji wzajemnej. Gdy trzeba muzycy z Argentyny śmiało wchodzą w świat zawsze bardzo udanych preparacji. Oto kolejny dowód na to, iż świetna muzyka powstaje w każdej części świata i mówi nieskończoną ilością języków.

Choćby klimat otwarcia – proste akordy kontrabasu, ogrywane przez suchy tembr saksofonu. Wyrazista narracja, świetna akustyka studia, czyste, wyzwolone ze schematów brzmienie, dobry warsztat muzyczny. Gdy trzeba saksofon brudzi swój sound, a palce kontrabasisty zwinnie tańczą na gryfie (drugi odcinek). Już tylko krok, by utonąć we wzajemnej imitacji i płynąć jednym, zwartym strumieniem. W kolejnej części bystre preparacje obu instrumentów, wspierane są głosami muzyków, którzy burczą i melorecytują teksty w nieznanym języku. W piątym utworze pięknie trzeszczy tuba saksofonu, a w ósmym pojawia się wysoko zestrojony smyczek na gryfie kontrabasu, który zmysłowo śpiewa na tle saksofonowych dronów. Podobna sytuacja ma miejsce w utworze dziesiątym, dwunastym i trzynastym. Ale przed nimi, w utworze dziewiątym, dzieją się chyba rzeczy najpiękniejsze – najpierw garść preparacji, także z użyciem gardła, potem zabrudzony walking kontrabasu i saksofon, który szuka dna tuby, wreszcie gardłowe melorecytacje, jakby żywcem przeniesione z dalekiego wschodu, z jakiejś tybetańskiej wioski zasypanej śniegiem. Piękny moment! Płytę uzupełnia kilka bardziej jazzowych fragmentów, które są okazją do wykazania się przez obu instrumentalistów, iż w tej, bardziej melodyjnej dziedzinie życia, radzą sobie równie doskonale.



czwartek, 17 stycznia 2019

Brom! New Monuments! Dead Neanderthals! Webster! Quam! Nazary-Ex-Stadhouders! Birchall! How the noise could smell calm!


Uwaga, przed nami siedem płyt, które mogą zabić! Intensywnością przekazu, poziomem hałasu i … jakością artystyczną!

Niektórzy muzycy młodzi i bezczelni, inni doświadczeni, ale niezmanierowani. Na ich płytach będzie głośno, niepokornie, frywolnie i anarchistycznie. A na koniec szczypta minimalistycznego slajsu na nylonowych strunach… gitary, albowiem to ona wystąpi dziś w roli głównej. Czasami nie będzie jej w ogóle na scenie, ale wtedy inne instrumenty udowadniać będą, iż potrafią hałasować nie gorzej niż zakurzone wiosło upalonego rockowca, podłączone pod linię wysokiego napięcia!

Naszą dzisiejszą podróż zaczniemy w Moskwie, potem odwiedzimy Nowy York, holenderski Nijmegen, Londyn, Paryż, Amsterdam, by na koniec powrócić do stolicy Zjednoczonego Królestwa. Moc piorunujących (i zapewne szatańskich!) wrażeń przed nami!




Brom  Sunstroke (Trost Records, LP 2018)

Słowo się rzekło, zaczynamy na ostro! Wrzący tygiel muzycznych emocji, zanurzony po kolana w historii fussion jazzu i hardcore punk, wysmarowany po czubek głowy estetyką noise, zakochany w improwizacji i braku jakichkolwiek zahamowań gatunkowych (uwaga! będziemy grać także standardy!), innymi słowy – Brom! Moskiewskie studio DTH, czerwiec 2017, a nim trójka muzyków: Dmitry Lapshin na gitarze basowej, Anton Ponomarev na saksofonie altowym oraz Yaroslav Kurilo na perkusji. Formacja istnieje już wiele lat, ostatnio tworzy ją kwartet muzyków, jednakże krążek Sunstroke (siedem utworów, 47 minut bez kilku sekund) powstał w trio.

Elementy składowe tej niebywałej mieszanki, to gitara basowa i perkusja, które tworzą twardą jak skała sekcję rytmiczną - samozwańczy szwadron śmierci, a także saksofon, ostry niczym brzytwa rockowej gitary. Pierwszy z wymienionych instrumentów buduje bazę rytmiczną każdej narracji, prowadzi orszak muzykantów, dyktuje warunki, nie stroni wszakże od melodii i zwinnego, jazzowego frazowania, pełnego synkop i aranżacyjnych niuansów. Saksofon oscyluje, co prawda między krzykiem, a wrzaskiem, ale w wielu momentach razi precyzją i wyrafinowaniem godnym Johna Zorna. Brom, to przykład noise free jazz-rocka, precyzyjnego niczym klasycy amerykańskiego hardcore punk sprzed dwóch czy trzech dekad (pamiętacie Minutemen, czy Victims Family?). Narracja większości utworów przypomina konsystencją ciekły ołów, wulkaniczną lawę, która nigdy nie zastyga. Pełna jest wszakże melodyki, śpiewności i ani przez moment jarzmo tej muzyki nie ogranicza naszych zdolności percepcyjnych.

Po pieśni otwarcia, którą można nazwać prawdziwym trzęsieniem ziemi, dostajemy się w szpony klasyka Dizziego Gillespie (Tuna) i śpiewamy motyw przewodni, dotkliwie kalecząc się przy porannym goleniu. Bass stawia zasieki, maltretuje oryginał, zmienia tempo, kruszy strukturę rytmiczną, rwie do przodu na złamanie karku. Saksofon śle bogate, niemal rockowe riffy, po czym, wypełniony jazzem po sam brzeg tuby, zwinnie improwizuje. Równie dosadnie wbija nas w fotel czwarty utwór (Queue), ponad dziewięciominutowy. Znów pełni spazmów, śpiewamy melodyjny motyw, jakbyśmy spotkali rozbawionego Petera Brotzmanna w ciemnych zakamarkach berlińskiego metro, kilkadziesiąt lat temu. Stalowe riffy, deathmetalowe brzmienia i orzeźwiające synkopy! Taniec, zabawa i krew na rękach! Bez wątpienia Brom zaprowadzi nas wprost do piekła, równie skutecznie, jak dobre dragi i piękne kobiety!

Kolejna parzysta pieśń (Hematoma, znów ponad 9 minut) zabiera nas przed oblicze ciemnej strony mocy. Narracja istotnie spowalnia, smakuje niczym heavy ambient. Po paru minutach mantrycznie narasta. Dramaturgiczna finezja muzyków serwuje nam po chwili kolejne spowolnienie, szmer szczoteczek i gitarowe pasaże niczym Bill Frisell! A saksofon, po kolejnym tej nocy orgazmie, tańczy już chyba swój ostatni taniec. To jednak nie koniec emocji – na sam finał dostajemy Mingus 30’C, kolejny porażający klasyk. Swingujący noise rock! Na wejściu tylko drum’n’bass. Potem kilka nutek z saksofonu i zabójcze solo perkusji. Basówka komentuje na przesterze. Niechybnie idziemy w ostatnie tango! *)




New Monuments  New Earth  (Pleasure Of The Text Records, CD 2018)

Z Moskwy, najszybszym dżambodżetem, przenosimy się do Nowego Jorku! Ben Hall na perkusji (trap set), Don Dietrich na saksofonie tenorowym (plus elektronika) i C. Spencer Yeh na skrzypkach (także elektronika). Na krążku New Earth znajdujemy pięć improwizacji z niebanalnymi tytułami (patrz: niżej) - łącznie 65 minut i kilkadziesiąt sekund (brak danych dotyczących miejsca i czasu nagrania).

Trio Nowe Pomniki winniśmy znać choćby z ich poprzedniej płyty, którą wydał krajowy Bocian Records (Long Pig). Ekspresja, konstruktywny hałas, moc kompulsywnych emocji, rzec można, klasyka nowojorskiego, improwizowanego noise. Znów dźwięki twarde jak skała, zwiewne niczym obłok postnuklearny. Saksofon, który operuje na granicy percepcji naszego słuchu, pełen energii, wrzasku i zdrowego hałasu, dobrze wspomagany elektroniką, która działa tu zarówno jako wzmacniacz i dekonstruktor żywego dźwięku, jak i twórczy partner w procesie budowania brzmienia całej improwizacji. Perkusja stylowa, progresywna, z założenia prosta, podszyta punkowymi skreczami. Wreszcie skrzypce, zanurzone w elektronice i plątaninie kabli, tu w rękach doprawdy wyjątkowego muzyka, którego bywalcy tej strony winni kojarzyć z doskonałymi nagraniami Nate’a Wooleya i jego Seven Storey Mountain.

Zaczynamy wszakże od Starych Pomników. Narracja budowana tu jest poprzez, umieszczone na przeciwległych flankach, drony żywych i syntetycznych dźwięków, centralnie punktowanych niezwykle dynamiczną i w pełni żywą maszyną perkusyjną. Drony kompulsywne, acz akustycznie separatywnie (absolutnie komfortowy odsłuch!) gnają na zatracenie, mając za plecami całą historię free jazzu, a być może, epokowy Machine Gun w szczególności. Spazmy skrajnie agresywnej fonii, świetnie jednak konsumujące jazzowy temperament Dietricha i post-elektroniczną wrażliwość Yeha. Muzycy mają także odrobioną lekcję z klasyki plądrofonii (szczególnie skrzypek). W trakcie Białych Włosów, Które Krwawią Na Pomarańczowo narracja delikatnie zdejmuje nogę z gazu, a my głębiej zanurzamy uszy w elektronice. Grube warstwy dźwiękowej politury: modular noise ze strony skrzypka, saksofonista przyczajony, szuka nowych brzmień na najgrubszym z kabli. Drummer, niczym bicz wodny, konsekwentnie trzyma partnerów w szyku dramaturgicznym. Trzecią opowieść (Wesołe Kopulatory) zaczyna saksofon, który rży niczym koń z poderżniętym gardłem. Obok doom drumming i zwarcia na kablach. Rodzaj psychodelii tuż po przedawkowaniu! Zamazany obraz muzycznych kopulacji, wrzask połyskliwej elektroniki. Dietrich po przebiciu się na powierzchnię, dmie w róg, niczym Brotzmann podniesiony do ósmej potęgi.

Wymiotując Czyimś Ciałem, to z kolei przykład elektroakustycznego mariażu saksofonu i skrzypiec, toczonego w dość wysokich częstotliwościach. Orgazm Yeha ma taneczny wymiar, aż Dietrich ryczy z podziwu. Gdy obaj Panowie rozpoczynają solowe ekspozycje (doskonałe!), dostajemy się w obszar rażenia prawdziwej wojny światów! Moment, w którym kompulsywna meta akustyka góruje nad chwilowo uśpioną elektroniką. Nie mniej dosadny artystycznie jest sam finał tej niebywałej płyty – Sygnał. Mroczny, bardzo spokojny start, niczym pierwsze kadry wysokogatunkowego horroru. Z czasem pętla fonii zaciska się na naszych szyjach. Skrzypce płyną rockową, psychodeliczną lawą (brawo!), a saksofon, zatopiony w białym szumie elektroniki, intensywnie szuka drogi ucieczki. Finał płyty jest ekstatyczny i grzmi w naszych uszach jeszcze wiele minut po ustaniu ostatniego dźwięku.




Dead Neanderthals  Gestation (bandcamp, DL 2018)

Gdy życie rosło w jej wnętrzu, zastanawiała się, jak dostało się do środka (z opisu płyty Gestation/ Ciąża)

Czas na chwilę wytchnienia? Zapomnij! Nowa, sylwestrowa epka (to już tradycja!) naszych ulubionych Dead Neanderthals czeka na odczyt i odsłuch! Otto Kokke – saksofon i syntezator oraz René Aquarius – perkusja i syntezator. Osiemnastominutowy potok dźwięków na poły żywych, na poły syntetycznych. Jesienna, studyjna rejestracja.

Monotonna doom metalowa perkusja, a obok niej dwa syntezatorowe pasma fonii, płynące zwartymi strumieniami. Być może jedno z nich, to saksofon podłączony pod linię wysokiego napięcia, ale recenzent nie ma pewności. Jeden dron, ten niższy, drży i pohukuje, drugi, nieco wyższy, śle pozdrowienia z samego łona matki. Plotą urozmaicone opowieści, wszakże nade wszystko repetują. Oto jakby ciąg dalszy historii, która toczy się na kolejnych epkach Dead Neanderthals, udekorowanych tajemniczymi okładkami, każda z bliżej nieokreśloną częścią ludzkiego ciała. Jak na muzyczne kanony duetu, Ciąża toczy się nad wyraz spokojnie i raczej unika hałaśliwych eskalacji, być może nawet – zachowując proporcje - jest nieco chill-outowa! Pełna zadumy, smutku i transcendentalnego strachu przed życiem.

Z minuty na minutę pasma syntezatorów skrupulatnie, choć ledwo dostrzegalnie narastają. Ściana dźwięku jednak nie kruszeje. W 10 minucie narracja zostaje doładowana nowym, jeszcze niższym pasmem. Płynny epicki kolos toczy się dalej, jak zwykle w przypadku DN, z żelazną konsekwencją. W 15 minucie z trzeciej galaktyki dociera do nas heavy-harshowy krzyk wciąż żywego saksofonu, który buduje intrygującą ekspozycję. A napięcie wciąż rośnie, aż po kres 17 minuty! Nagranie kończy pulsujące, kilkudziesięciosekundowe, syntezatorowe wybrzmiewanie. **)




Colin Webster  Hiss (Raw Tonk Records, Cassette 2018)

Czy solowa płyta na saksofon altowy i barytonowy może dziś dla nas stanowić ratunek, dać chwilę niezbędnego odpoczynku? Recenzent wkłada to pytanie do przegródki – retoryczne! Soundsavers Studio, Londyn i kolejny ulubieniec redakcji, Colin Webster. Na pierwszej stronie kasety Hiss użyje altu, na drugiej zaś barytonu. Łącznie 24 minuty z sekundami (uwaga! to bardzo ważna wiadomość dla mniej tolerancyjnych akustycznie).  

Oto przed nami potok harsh electronic noise made by acoustic magic! Podmuch powietrza z tuby saksofonu zostaje poddany kompresji, a następnie czynności określanej przez muzyków i realizatorów dźwięku jako equalling. Syk szumu, oddech wampira, dron lodowatego powietrza z rozgrzanej tuby – to efekt powyższych działań. Choć charakter dźwięku, jaki słyszymy tego nie sugeruje, recenzent jest pewien, że ustnik saksofonu znajduje się w posiadaniu absolutnie żywej postaci, która wdmuchuje weń powietrze z własnych płuc. Altowy dron fonii przypomina nalot dywanowy wojny sześciodniowej. Szczęśliwie muzyk nie stosuje oddechu cyrkulacyjnego.

Hiss, to po solowych płytach Alexa Reviriego i Christiane Bopp (patrz: lista the best 2018!), kolejna skrajnie nowatorska plyta, która ewidentnie pcha muzykę ku nieustannemu rozwojowi, tu pokazując przy okazji, jak niesamowitym instrumentem może być drewniany dęciak, a moc akustyki, jaką produkuje, zdewastować może bez trudu narząd słuchu każdego fana zaawansowanej noise elektroniki.

Monotonny flow narracji, będący skutkiem artystycznej konsekwencji i determinacji muzyka, na stronie barytonowej przyjmuje postać dwuelementową. Jakbyśmy słyszeli dwa, niezależne od siebie komponenty – górny, silnie szumiący i dolny, równie ekspresyjnie drżący. Są i momenty masywnych przegięć fonii. Po czasie dolna warstwa przymiera, a w naszych uszach pozostaje już czysty biały harsh szum, który zdaje się nie mieć końca. Prawdziwie dewastujące, ale i oczyszczające zjawisko przedmuchiwania wielkiej rury, prowadzącej na samo dno piekła lub na skraj tego samego nieba ***).




Farida Amadou / Timothée Quost / Tom Malmendier  QUAM! (Raw Tonk Records, CD 2018)

Czas na stuprocentowych debiutantów na łamach Trybuny! Pozostajemy przy późnojesiennych premierach Raw Tonk i co ważne - przy kilka chwil towarzyszyć nam będzie nieco spokojniejsza muzyka (oczywiście z pewnymi wyjątkami!). Trio w składzie: Farida Amadou na elektrycznym basie, Timothée Quost na trąbce (plus mikrofon i mikser) oraz Tom Malmendier na perkusji. Kwiecień 2017, Paryż i sześć dalece swobodnych improwizacji, łącznie 41 i pół minuty.

Na wejściu w proces improwizacji odnajdujemy muzyków zatopionych w akustycznej i elektrycznej sonorystyce – szmer studia nagraniowego, drżące perkusjonalia, sucha tuba trąbki, macanki na gryfie basówki czynione kobiecą ręką, rozcieranie szorstkich powierzchni płaskich. Muzycy ciekawie budują sieć dźwięków, stopniowo podnosząc poziom głośności. Bas dudni i drży, trąbka szumi niczym wielki wentylator w trakcie tropikalnego upału, perkusja czuwa i robi swoje. Zmysłowy poemat swobodnej improwizacji. Realizacja Drugiego Tytułu zajmuje muzykom dokładnie 69 sekund – gęste zwarcia, ciało w ciało, odrobina konstruktywnej agresji i przykład na to, że trąbka i bas elektryczny potrafią się zwinnie imitować. Trzeci Tytuł znów odpalony zostaje w klimatach deep sonore. Farida snuje spokojny walking, daje nawet kilka wyższych dźwięków. Obok Timothée i tłusta pajęczyna trębackich nieoczywistości (doskonałe!). Perkusista Tom opowiada swoją historię niemal w zupełnej ciszy. Cała trójka zmysłowo szeleści, czyniąc mnóstwo molekularnych interakcji. Po 10 minucie mała eskalacja, po kolejnych trzech cuda na gryfie – metal o metal. Prawdziwie epicka improdrama. Po 16 minucie nawet garść jazzowych zachowań, rodzaj powykręcanego fussion funk! Bijąca stopa i całusy trąbki, aż do 20 minuty! Brawo!

Czwarty odcinek trwa … 9 sekund, słyszymy głównie talerze. Piąty zaś mało dyskretnie przypomina nam o ogólnym charakterze dzisiejszej zbiorówki – noise power fussion! Trąbka brzmi jak gitara, może jak przepalony syntezator, a bas gotuje się w 100 stopniach Celsjusza. Potem jest i harsh noise, i elektroakustyczna pulsacja blaszaka, wreszcie charkot basu i wciąż bijąca stopa. Jakże gęsta historia! Na finał bystre uspokojenie, szukanie rozwiązań akustycznych i tajemniczo zagubionej ciszy. Dużo przestrzeni, czasu i głębokich oddechów. Finał pełen emocji i odrobiny szaleństwa ze strony trębacza.




Jason Nazary/ Terrie Ex/ Jasper Stadhouders  Live at Space is the Place (Doek Raw, DL 2018)

Amsterdam klub Space is The Place, listopad 2016. Na scenie dwaj gitarzyści z prądem – Terrie Hessels, świetnie znany nam z punkowego The Ex, oraz równie poważny gracz, bardziej wszakże na scenie free jazz/ free improv, Jasper Stadhouders (w niektórych momentach grał będzie także na gitarze basowej). Towarzyszy im na perkusji Jason Nazary. Muzycy będą dość swobodnie improwizować przez 35 minut i 32 sekundy.

Oddajemy się we władanie dwóch elektrycznych gitar, spętanych w post-rockową improwizację, wspieranych zwinnym, free jazzowym drummingiem. Będzie hałas, będą emocje, nie zabraknie wszakże chwil wyciszenia i poszukiwania, głęboko zaszytych pomiędzy strunami, pokładów niebanalnej gitarowej sonorystyki.

Od startu czujemy, że muzycy świetnie się czują ze sobą na scenie, tryskają prawdziwie koncertowym, rockowym temperamentem. W 4 minucie, po stronie Hesselsa, słyszymy połacie bardzo basowych dźwięków, ale to wciąż gitara, która szuka dna swojego brzmienia, przy okazji frazując na jazzowo. Pierwsze poważne tłumienie emocji następuje w okolicach 7 minuty, by po niedługim czasie, znów uderzyć w dzwon i bez trudu eksplodować na nowo. Gitarzyście prowadzą błyskotliwy dialog ponad gatunkowymi podziałami. Są jednocześnie agresywni i zmysłowo oniryczni. Drummer trzyma środkowe pasmo i kontroluje przebieg wydarzeń bardzo komunikatywnym bębnieniem. W 12 minucie Jasper sięga po gitarę basową, wchodzi w dynamiczny dialog z perkusją, po czym kreśli bystrą i technicznie doskonałą ekspozycję solową. Muzycy stopują po 20 minucie – duża echa i pogłosu po stronie Jaspera, rytmiczne parskania po stronie Terrie’ego. W tej improwizacji dzieje się naprawdę dużo, choćby po kolejnych pięciu minutach, świetny duet Terrie i Jason, pod który podłącza się Jasper silnie rozciągając struny i wchodząc w niełatwą dramaturgicznie imitację. Im dalej brniemy w ten koncert, tym bardziej nam się podoba. Na finał znów porcja niskich dźwięków (i to z flanki Terrie’ego!), także skuteczne poszukiwanie ostatniego dźwięku, niepozbawione nieco kokieteryjnej nieśmiałości. ****)




David Birchall  Dusk + Tongues EP (Vernacular Recordings, CD + DL 2018)

Oto dobiegliśmy do końca naszej wyjątkowo dziś dynamicznej zbiorówki. Na sam koniec prawdziwy chill-out przy akustycznych dźwiękach gitary z nylonowymi strunami! Brytyjski gitarzysta David Birchall (znamy się z wielu mniej subtelnych wcieleń) zaprasza nas do własnego domu na gitarowe, improwizowane piosenki bez słów, wykonywane samotnie o zmierzchu. A tuż potem - na deser - kilka bardziej absorbujących intelekt gitarowych opowieści - z prądem, elektroniką, a nawet szczyptą plądrofonii.

Najpierw wszakże rzeczony Dusk i siedem historyjek, łącznie 40 minut. Delikatne, czyste, nylonowe struny, spokojne, minimalistyczne akordy, czas na wybrzmienie i spore połacie ciszy pomiędzy dźwiękami. Mały pokój, chwilami otwarte okno, ciche oznaki życia na zewnątrz. Filozofia relaksu, zadumy, poszukiwania drugiego dna muzyki improwizowanej. Czynności wykonywane przez artystę wyłącznie dla siebie, jakby nieco przez przypadek udostępnione szerszemu odbiorcy. Rodzaj akustycznej terapii dla umęczonych rzeczywistością zastaną receptorów słuchu. Każda z piosenek wydaje się inną, choć wszystkie są do siebie niezwykle podobne.

Krótka płyta Tongues przenosi nas do zupełnie innego, choć również domowego świata. Gitara, przetworniki, pick-upy, mbira, moc elektroakustycznych generatorów dźwięku, zapewne także domowy laptop (pięć opowieści, łącznie 17 minut). Preparacje, kind of guitar sonore, szczypta mikroelektroniki. Opowieść tkana z małych dźwięków, mikro dewastacji, pętli i niemiarowych zniekształceń. Intrygujące puzzle post-rocka, post-improwizacji, post-elektroniki… Druga historia syci nasze uszy niebanalną plądrofonią, łamanymi półdźwiękami, w pełni syntetycznymi. Trzecia stawia na dekonstrukcję akustycznego brzmienia gitary, szmery i rezonanse. Czwarta, to gitarowy ambient, piękna miniaturka. Finałowy fragment znów szuka zadziorów i dewastuje dźwięk - sample, szmery, kind of electronic noise. Naprawdę udana wprawka, taka mała wycieczka w nieznane – David, we are waiting for more!




*) Kwartet BROM zagra niebawem trzy koncerty w Polsce – w Krakowie 11 lutego, we Wrocławiu 12 lutego, a w poznańskim Dragonie 13 lutego: https://www.facebook.com/events/367512687315254/


***) free downloading available! https://rawtonkrecords.bandcamp.com/album/hiss

****) free downloading available! https://doekraw.bandcamp.com/album/live-at-space-is-the-place