Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Scott Fields. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Scott Fields. Pokaż wszystkie posty

piątek, 16 maja 2025

The Relative Pitch’ March and April outfit: Vents! Cyclism! Poiēsis! Réimsí Géara!


Z pakietu soczystych nowości nowojorskiego The Relative Pitch Records, przypadających na marzec i kwiecień bieżącego roku, wybieramy cztery pozycje, świetnie pamiętając, iż jeden album z tego okresu został już wnikliwie (i z dużym entuzjazmem) omówiony*.

Pośród analizowanych poniżej albumów panoszyć się będą głównie instrumenty dęte, choć pewien australijski incydent wymagać będzie szerszego opisu zastosowanego instrumentarium. Po trzech zdominowanych wydychanym powietrzem płytach czeka nas jeszcze dwugitarowa dogrywka. W gronie wykonawców kilka znamienitych postaci muzyki kreatywnej, ale też zaciąg zacnych debiutantek i debiutantów. W ujęciu gatunkowym – swobodna improwizacja, kameralna zaduma i gitarowe kompozycje. Dla każdego coś miłego.

Welcome!



 

Jim Denley, Dale Gorfinkel & Peter Farrar Vents

Temple Jets, Gadigal Country, Sydney, styczeń i wrzesień 2023: Jim Denley – flety, Peter Farrar – płyty grzewcze, orbeez, ceramika, kamienie, hydrofony oraz Dale Gorfinkel – bębny powietrzne. Dwie improwizacje, 43 minuty.

Bogate instrumentarium tego niezwykłego spektaklu, to preparowany flet, perkusja obleczona tworzywem sztucznym (gumą balonową?), wreszcie zestaw tajemniczych przedmiotów, raczej nieinstrumentalnych, zdolnych wydawać każdy dźwięk – zwłaszcza syczący, szemrany, piszczący. Większość fraz zaliczyć moglibyśmy do rodziny dętych fonii i … bardzo chcielibyśmy zobaczyć muzyków w akcji.

Wyobraźmy sobie, że jesteśmy w centrum wielkiego mrowiska. Fauna i flora filigranowego, żywego dźwięku, który w wyniku tajemniczych i nie do końca rozpoznanych procesów zaczyna nabierać wymiaru post-akustycznego. Szmery, drobne zgrzyty, basowe pulsacje, rodzaj medytacji na flet, baloniki i innego obiekty świata żywej natury. Ale w sumie całość brzmi zdecydowanie … elektroakustycznie, choć zapewne elektryka nagrania jest tu związana wyłącznie z oświetleniem miejsca pracy artystów. Słyszymy powietrze, które tańczy, śpiewa i medytuje. Niektórym foniom śmiało moglibyśmy nadać miano hydraulicznych. Pierwsza improwizacja, linearna i zgrabnie udramatyzowana, ma w okolicach dwudziestej minuty drobne spiętrzenie, a potem chowa się do głębokiej krypty. Druga opowieść jest szyta dłuższymi fazami, czasami wzbogacona o ambientowe tło. W którymś momencie bije tajemniczy dzwon, dociera też do nas mnóstwo ukradkowych, konających w bezmiarze meta akustyki fraz. Z każdą chwilą tego nagrania – niezależnie od stopnia intensywności przekazu – muzycy zdają się popadać w stan coraz głębszej medytacji. Ostatnie dwie minuty, to jedynie mroczne echo i strzępy skwierczących, rezonujących fonii. Piękna to podróż, jakkolwiek.



 

Bloomers Cyclism

Czas i miejsce akcji nieokreślone: Anne Efternøler – trąbka, Maria Dybbroe – klarnet, saksofon altowy oraz Carolyn Goodwin – klarnet, klarnet basowy. Piętnaście utworów, 37 minut.

Piętnaście dobrze sformatowanych (trwających od niespełna minuty, do niecałych sześciu), improwizowanych opowieści, których tytuły przypominają ważne wydarzenia w dziejach światowego feminizmu. Trzy instrumenty dęte kreują tu zrównoważone emocjonalnie narracje, które zdają się odkrywać niepoliczalne piękno brzmienia saksofonu, trąbki i klarnetów. Ta ekspedycja, na poły relaksacyjna, podszyta jest wszakże nieoczywistą dramaturgią. 

Artystki frazują na ogół delikatnie, chętnie sięgają po czyste dźwięki i sprawiają wrażenie, jakby na wszystko miały czas. Raz po raz sięgają także po dźwięki preparowane (choćby w trzeciej, szóstej, dziewiątej, czy jedenastej części), każdorazowo czynią to jednak z należytym umiarem, mając wszystko pod doskonałą kontrolą. Lubią melodie, dramaturgiczny ład (na ogół jedna z nich wiedzie prym w zakresie prowadzenia narracji, dwie pozostałe budują zgrabny akompaniament), rzadziej wchodzą w zwarcia i bardziej dosadne interakcje. Szczególnie podobać się może druga odsłona, przy okazji najdłuższa, gdy artystki pokonują intrygującą drogę od krzyku do niemal milczącej medytacji. Równie smakowita wydaje się dziesiąta opowieść, którą prowadzi rozśpiewana trąbka, a saksofon i klarnet dygoczą z zimna pod osłoną nocy. Ostatnie dwie historie stawiają na czystość brzmienia. Nawiązują po części do pierwszego utworu i zgrabnie, pełnymi strumieniami melodii, reasumują cały album.



 

Masayo Koketsu, Nava Dunkelman & Tim Berne Poiēsis

GSI Studios, Nowy Jork, kwiecień 2023: Masayo Koketsu – saksofon altowy, Nava Dunkelman – instrumenty perkusyjne oraz Tim Berne – saksofon altowy. Siedem improwizacji, 38 minut.

Japońska adeptka i amerykański mistrz – spotkanie dwóch saksofonów altowych, wsparte aktywnym, niebanalnym drummingiem (a nie tylko percussion, jak sugeruje albumowe credits). Nikt z tej walki nie wychodzi zwycięski, bo nie oto chodzi w swobodnej improwizacji, zwłaszcza tej, realizowanej w danym układzie personalnym po raz pierwszy. Krótko, na temat, z dobrą dramaturgią – intrygujące otwarcia, na ogół ekspresyjne rozwinięcia i każdorazowo stylowe zakończenia.

Wszystkie utwory mają tu zbliżoną formę - na ogół trwają po cztery, pięć minut, a te najdłuższe po siedem z okładem. W pierwszej części saksofony altowe szukają zbliżenia, w kolejnych raczej dysonansu. Praca perkusji jest tu bardziej spójna dramaturgicznie i ciekawie podsyca saksofony do wzmożonej aktywności. Koketsu i Berne chętnie sięgają po farzy preparowane, na ogół czyniąc to naprzemiennie. Szczególnie intrygują w trzeciej opowieści, gdy z drobnych strzępów fonii budują rozbudowaną i melodyjną opowieść, a także w części czwartej, najdłuższej, którą kreują kontrastami, zarówno w zakresie frazowania, jak i brzmienia. W tej ostatniej najpierw sięgają ekspresyjnego szczytu, potem gasną smutnym, mrocznym tembrem. Molową atonację zdają się kontynuować w piątej, niemal modlitewnej opowieści. Ostatnie dwie części są chyba najbardziej dynamiczne. Jedna nerwowa, najeżona zadziornymi interakcjami, kolejna, znów dość imitacyjna, z rozchwianą dynamiką i gęstą melodią.



 

Scott Fields & Elliott Sharp Réimsí Géara

Studio zOaR, Nowy Jork, sierpień 2023: Elliott Sharp, Scott Fields – gitary elektryczne, kompozycje. Osiem utworów, 55 minut.

Nowojorscy gitarzyści przygotowali dla nas osiem kompozycji własnych (ten pierwszy odpowiada za parzyste numery, ten drugi za nieparzyste). Każda z nich, nasycona wielogatunkowymi skojarzeniami, wiedzie drogą kontrolowanej ekspresji i umiejętnie budowanej dramaturgii. Jedynie na samym końcu muzykom zabrakło chyba odrobiny zmysłu krytycznego. Album spokojnie mógłby zakończyć swój żywot po siódmym utworze, po jakże adekwatnych trzech kwadransach.

Rzeczone siedem kompozycji trwa od niespełna pięciu minut do siedmiu z drobnym okładem. Pierwsze dwie stawiają na rytm i post-melodyjną dynamikę z rockowym pazurem. W procesie frazowania artyści chętniej szukają podobieństw niż wchodzą w dysonujący dyskurs. W trzeciej części zdejmują nogę z gazu i sycą opowieść porcją chroboczącego ambientu. Potem sięgają po garść krzykliwych sprzężeń, a na etapie finalizacji do nasączone silnym prądem brzmieniowe detale. W kolejnych dwóch utworach budują post-balladowy flow z krótkich, urywanych fraz i plejady flażoletów. Ich narracja z jednej strony pachnie bluesem, z drugiej – szczęśliwie – nie szczędzi nam preparacji, realizowanych nie tylko mocą gitarowych przetworników, a także post-rockowej ekspresji. W szóstej części powraca rytm i kolejne porcje zdrowych interakcji. Nie brakuje imitacji na etapie frazowania, ale opowieść klei się nade wszystko ze wzajemnych kontr. W siódmej odsłonie szczególnie udany jest mroczny początek, potem muzycy nie szczędzą nam wielu dodatkowych tropów gatunkowych. W ósmej, prawie trzynastominutowej narracji, odpływają w bezmiar wystudzonej, niemal martwej post-ballady, która wydaje się nie mieć końca.

 

*) mowa o Song, solowym albumie Sophie Agnel



piątek, 23 czerwca 2023

The Relative Pitch’ spring outfit: Scott Fields! Glass Triangle! Likht! Melting Mind!


Czas najwyższy na wiosenny pakiet nowości amerykańskiego Relative Pitch Records! Cztery albumy, każdy wydaje się zupełnie inny, zatem nudy nie uświadczymy!

Dla każdego coś miłego: rozbudowany skład Scotta Fieldsa, który nie pierwszy raz zaskakuje artystycznym rozmachem, trans-atlantyckie trio Glass Triangle w obsadzie niemal gwiazdorskiej, mocno doposażone w łobuzerskie obiekty, zgrabny duet skrzypiec i perkusjonalii, wreszcie włoska (choć z Francji) porcja wyjątkowo hałaśliwej ściany dźwięku! Welcome!



 

Scott Fields Ensemble Sand

Alte Feuerwache, Kolonia, luty 2022: Axel Lindner i Carolin Pook – skrzypce, Annegret Mayer-Lindenberg – altówka, Katharina Hoffmann i Scott Roller – wiolonczele, Jonas Gerigk i Miles Perkin – kontrabasy, Tal Botvinik, Sergio Sorrentino i David Stackenäs – gitary elektryczne, Daniel Agi i Norbert Rodenkirchen – flety, Frank Gratkowski – klarnet, Salim Javaid – saksofon altowy, Matthias Schubert – saksofon tenorowy, Udo Moll – trąbka, Matthias Muche – puzon, Melvyn Poore – tuba, Shiau-Shiuan Hung i Arturo Portugal – instrumenty perkusyjne, Tamara Lukasheva, Hanna Schörken i Sophie Tassignon – głosy oraz Scott Fields – dyrygentura i kompozycje. Dziewięć utworów, 73 minuty.

Dwudziestu instrumentalistów, trzy głosy kobiece i dyrygent, to aktorzy dzieła nazwanego Piasek. Towarzystwo międzynarodowe, pod wodzą amerykańskiego gitarzysty, muzykuje w niemieckiej Kolonii, realizując dalece epickie przedsięwzięcie. Składa się nań dziewięć modularnie skonstruowanych, mozaikowych kompozycji, często wyposażonych w melodie i niekiedy skrajne tonacje, pozostawiających wszakże sporo przestrzeni dla improwizacji. Całość zgrabnie spina iście matematyczna precyzja kompozytora. Nagranie chwilami przypomina naszą ulubioną braxtonowską złożoność, czasami zdaje się być skoczne, meta melodyczne, niczym nagrania Henry Threadgilla. Gdyby tylko z prawie pięciu kwadransów nagrania usunąć kilka przesłodzonych, post-kameralnych momentów ze śpiewem, wyszłaby płyta niemalże doskonała.

Album otwierają wystudzone, wibrafonowo brzmiące perkusjonalia, także głos, smyczki, mała gitara i filigranowe dęciaki. Kameralny nastrój zostaje tu zburzony prądem gitar elektrycznych. Drugi utwór jest skoczny, melodyjny, doposażany wtrętami post-barokowymi, tudzież urokliwymi preparacjami instrumentów dętych i strunowych. Trzecia narracja bazuje na wielogłosie, zwinnie kontrapunktowanym instrumentalnie. Do kameralnie strwożonej narracji swoje dokładają tu gitary i flety. W kolejnej opowieści prym wiodą tuba i flety. Roztańczoną opowieść wzmacniają orkiestrowe, iść braxtonowskie przełomy. W drugiej fazie nagrania do głosu dochodzą saksofon i perkusja, dzięki czemu scenę opanowuje gęsty klimat post-jazzu. Piątą, dość spokojną opowieść otwierają z kolei gitary. Znów sporo wokali i ciekawe, nisko podwieszone pasaże strunowe. Gdy do gry wchodzi tuba i wibrafonowe brzmienia, nagranie ciekawie rymuje się z braxtonowską koncepcją Ghost Trance Music. Szósty utwór stawiamy na czele listy ulubionych momentów albumu. Dużo ekspresji na starcie (flety!), sporo gry na małe pola i udane akcje wokalne. Jest faza swobodnie improwizowana, ciekawy dwugłos śpiewu i gitarowe pasaże, wreszcie dynamiczna finalizacja, realizowana prawdopodobnie całym zestawem instrumentalnym. Siódemka, to krótki odpoczynek przy chyboczących się frazach strunowych i głosowych. Ósma narracja, to kolejne albumowe crème de la crème. Smyczki, frazy grane pizzicato, wielogłos i dużo dobrej mocy w niskich partiach. Dźwięki preparowane i ekspresja gitar elektrycznych, wreszcie bogate zakończenie, nie bez jazzowych wtrętów. Ostatnia opowieść na starcie zdaje się być pożegnalną balladą, ale niespodziewanie nabiera formę bogato instrumentalizowanego strumienia dźwiękowego granego unisono. Z czasem zaczyna to przypominać koncepcję Sustained Piece Johna Stevensa. Ostatnia prosta pełna jest zaskakujących wydarzeń, ale skłania się ku bardziej kameralnym incydentom.



 

Glass Triangle Blue and Sun-lights

Figure 8 Recording, Nowy Jork (?), czas akcji nieznany: Zeena Parkins – harfa elektryczna, obiekty, Mette Rasmussen – saksofon, obiekty, głos oraz Ryan Sawyer – perkusja, obiekty. Dziesięć utworów, 51 minut.

Legenda nowojorskiej awangardy, kompetentny, post-rockowy drummer często muzykujący z Nate’em Wooleyem i skandynawska, jakże gorąca postać ekspresyjnego saksofonu zagrali ze sobą nie po raz pierwszy. Ich poprzednia płyta podobała nam się, zatem sięgając po nową liczyliśmy na dalszy krok w kreowaniu ciekawych, improwizowanych sytuacji. W ocenie niżej podpisanego tak się jednak nie stało. Poszczególne utwory mają mnóstwo intrygujących rozwiązań na wejściu, natomiast w toku narracji okazuje się, że muzyków rozsadza nadmiar pomysłów. Często zmieniają tempa, żonglują stylistykami, pod drodze gubiąc umiejętność budowania zwartej dramaturgii. I jeszcze można odnieść wrażenie, że w wielu momentach pośród muzyków nie ma zgody, co do poziomu ekspresji, z jaką wykonują dany utwór, czy nawet jego fragment. W potoku powyższych ambiwalencji skupmy się zatem na fragmentach, dla których warto jednak po tę płytę sięgnąć.

W pierwszym utworze szczególnie intrygująco brzmi harfa, która przypomina gitarę pracującą na dubowym pogłosie. Narracja dość szybko zaczepia się tu o rytm i mimo licznych zmian w zakresie frazowania, zwłaszcza harfy, udanie realizuje zamysł dramaturgiczny. W drugiej odsłonie pojawia się posmak nowojorskiego Downtown typowy dla lat 90. ubiegłego stulecia. Stylowy post-jazz kreowany wieloma metodami. W trzeciej części artyści sięgają po atrybuty godne free jazzu i czują się w tej roli całkiem swobodnie. Bardzo zmysłowa wydaje się czwarta opowieść, mroczna, post-ambientowa, pełna rezonansu i post-gitarowych flażoletów harfy. W piątej części, szczególnie w fazie początkowej, flow budują drony i preparacje. Ostatnia z tych kategorii dźwiękowych bogaci narrację także w utworze siódmych i dziewiątym, gdy harfa efektownie frazuje na gitarowych pick-upach. Końcowa opowieść trwa ponad dziesięć minut i konsumuje ambiwalencje wyartykułowane w poprzednim akapicie. W fazie środkowej osiąga interesujący poziom dynamiki i zdaje się być najlepszą częścią utworu.



 

Nava Dunkelman & Gabby Fluke-Mogul Likht

GSI Studios, Manhattan, Nowy Jork, czas akcji nieznany: Nava Dunkelman – instrumenty perkusyjne oraz Gabby Fluke-Mogul – violin. Jedenaście improwizacji, 44 minuty.

Skrzypce i perkusja (tu zwana, nie wiedzieć czemu, skromnym percussion), to nieczęsty duet w muzyce swobodnie improwizowanej. Dlatego lubimy takie sytuacje! Dużo emocji, ekspresji, niekiedy folkowych, niekiedy wręcz rockowych, kilka momentów kameralnego zatrwożenia (z dużą dawką dźwięków preparowanych!) i dużo naprawdę dobrego muzykowania. Co ciekawe, recenzentowi podobają się szczególnie utwory parzyste!

Artystki wchodzą w album z przytupem– ekspresyjny drumming i rozhuśtane skrzypce, wsparte gardłową melorecytacją. Druga narracja stawia na delikatność i dużą frywolność w sposobie budowania dramaturgii, z kolei trzecia – bardzo rozciągnięta w czasie – syci się różnymi emocjami. Nie brakuje w niej suspensu, brudnych, preparowanych fraz, nieco lamentu w skrzypcowym zaśpiewie i dalece ekspresyjnego finału. Czwarta improwizacja, to pierwsza z tych wyjątkowo udanych sekwencji parzystych – tu z dynamiką godną rockowego bandu! Piąta odsłona, to miniatura, zgrabny przerywnik, podczas gdy szósta stawia na mechanikę tarcia i rezonujące metale. Siódma część, to garść post-folkowych emocji realizowanych prostymi metodami, z kolei ósma, to filigranowe perkusjonalia i skrzypcowe zgrzytanie zębami, pełne boleści, posadowionych dość blisko ciszy. W części dziewiątej skrzypce śpiewają i łkają, a perkusjonalia świszczą jak czmiele. Wreszcie dziesiąta opowieść, chyba w tej konfiguracji najpiękniejsza. Początek syci się estetyką muzyki dawnej, przypomina ukrzyżowanie grzeszników. Dźwięki balansują na linie i budzą egzystencjalną niemalże grozę. Finałowa improwizacja zdaje się być repryzą gemu otwarcia. Dynamika, soczysty drumming, skrzypcowe riffowanie i post-folkowe emocje.

   


 

Melting Mind At Grnd Zero

Lyon, październik 2019: Virginia Genta – amplifikowany i procesowany saksofon sopranowy, Michele Mazzani – gitara elektryczna i elektronika, David Vanzan – elektronika oraz Matteo Poggi – elektronika. Jeden utwór, 31 minut.

Włosi we francuskim Lyonie zagrali dziewięćdziesięciominutowy set. W pierwszej jego sekundzie zbudowali elektroniczną ścianę dźwięku, inkrustowaną przetworzonym rykiem saksofonu, tudzież gitary i trwali w niej (najprawdopodobniej) aż do ostatniej sekundy swego performance’u. Nie mamy w tym zakresie stuprocentowej pewności, albowiem muzykom udało się zarejestrować jedynie 31 minut tego egzystencjalnego wrzasku. Nagrywali koncert na kasecie magnetofonowej i … zapomnieli przełożyć ją na drugą stronę.

Z czysto muzycznego punktu widzenia nie da się o tym nagraniu wiele napisać. Gigantyczna porcja hałasu, w której raz na milion sekund można usłyszeć dźwięki, które być może nie są efektem działań elektroniki, a pochodzą z tuby saksofonu, czy też gryfu gitary. To wielki zakład przemysłowy w płomieniach, gdzie zarówno natura już martwa, jak i ta, jeszcze żywa dokonuje swojego żywota. Kto wskaże, czym 12 minuta nagrania rożni się tu choćby od 24 minuty, liczyć może na sowitą nagrodę. Pozostaje zatem być szczęśliwym, iż Włosi zapomnieli przełożyć kasetę na drugą stronę.