Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Günter Christmann. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Günter Christmann. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 5 listopada 2024

Niklas Fite & Günter Christmann are Insisting!


Niemiecki wiolonczelista, onegdaj także puzonista, Günter Christmann dumnie wkracza w tym miesiącu w osiemdziesiątą trzecią wiosnę życia. Próżno szukać definitywnie współczesnych ujawnień muzyka, zatem cieszy nas każde nowe nagranie z jego udziałem, nawet te, powstałe ponad pięć lat temu.

Sprawcą zdarzenia w ujęciu edytorskim i współwykonawczym jest młody szwedzki gitarzysta Niklas Fite, którego dokonania śledzimy na tych łamach dość skrupulatnie. Muzyków w ujęciu metrykalnym dzieli nie jedno, ale przynajmniej dwa pokolenia – w sensie artystycznym to wszakże prawdziwie pokrewne dusze. Czterdzieści minut ich wspólnych, jakże swobodnych improwizacji potwierdza to każdą swą sekundą!



 

Szorowanie strun na cztery ręce, to dźwiękowy obraz otwarcia albumu – realizowane w różnym tempie, przy zróżnicowanej intensywności. Po niedługim czasie muzycy z gracją osiągają fazę szarpania za struny, tudzież budowania chmury flażoletów. Dbają o pojedyncze frazy, pochylają się na każdym źdźbłem fonii. Szeleszczą w poszukiwania pierwszych przejawów melodii, wzdychają, wprawiają w ruch struny swoich instrumentów, sprawiając, iż te piszczą, pojękują, reagują na siebie szmeraniem bliskim ciszy. Incydentalnie potrafią jednak sprawić, iż ich duetowa ekspozycja nabiera intensywności niedalekiej od hałasu.

W trzeciej odsłonie muzycy przekonają nas, że kreatywny minimalizm może budować dramaturgię niemal bez dotykania instrumentów. Ten moment spektaklu zdaje się śmiało zasługiwać na miano muzyki konkretnej. Pod koniec tego odcinka, dzięki akcjom smyczka, na strunach cello pojawiają się strzępy melodii. Czwarty epizod, to dla odmiany faza dość głębokich preparacji – wiolonczela brzmi, jakby dostała się w obszar działania amplifikacji, z kolei struny gitary ewidentnie cierpią pod naciskiem ciała muzyka. Prawdziwie molekularna ekspozycja nabiera tu także wymiaru perkusjonalnego. W odcinku piątym, szczególnie na etapie wstępnym, artyści zdają się frazować niemal czystym dźwiękiem. Dla kurażu pogwizdują, mruczą, ich struny zastygają w bezruchu lub nerwowo podrygują. Pojawiają się melodie i rozbudowane plejady flażoletów. A na koniec wszystko śpiewa rzewną melodię zapomnienia.

W części szóstej przenosimy się do zakładu szlifierskiego – muzycy liczą struny, uderzają w nie, szarpią i ugniatają. Coś brzmi teraz nadspodziewanie metalicznie – zapewne owe akustyczne dewastacje wzbudzają ochłapy tajemniczego rezonansu. Odcinek siódmy jest dość krótki – z jednej strony tworzy go śpiew cello, z drugiej umarłe spazmy gitary. Przyciskane struny tej ostatniej konają w bezdechu. Finałowa improwizacja jest najdłuższym fragmentem albumu. W fazie początkowej tworzą ją drobne frazy, które wchodzą w dość intensywne interakcje. Plamy ciszy, lukratywne post-melodie i drobne chwile refleksji. Nim to ekscytujące spotkanie ostatecznie dobiegnie końca, muzycy serwują nam jeszcze twarde pizzicato, garść utrudzonych riffów i stygnące flażolety.

 

Niklas Fite & Günter Christmann Insisting (Bandcamp’ self-released, DL 2024). Niklas Fite – gitara oraz Günter Christmann – wiolonczela. Nagrane w Langenhagen, Niemcy, maj 2019. Osiem improwizacji, 40 minut.



środa, 20 lipca 2016

Mats Gustafsson – wiedeńskie przyjęcie urodzinowe w imię pokoju i … ognia


Wiedeński przybytek kultury Porgy and Bess był pod koniec października 2014 miejscem obchodów 50 rocznicy urodzin Matsa Gustafssona, być może najwybitniejszej postaci współczesnej muzyki improwizowanej o korzeniach nieanglosaskich.

Zabawa trwała trzy dni i zapewne tyleż nocy. Były życzenia, był tort i świeczki. I co najważniejsze – multum gości, muzyków zaproszonych przez Jubilata z całego świata. Dziś trafia do naszych rąk czteropłytowa dokumentacja muzycznej strony obchodów zacnej 50-i Matsa. Dzieło zwie się Mats Gustafsson & Friends MG 50: Peace and Fire. Wydawcą jest austriacki label Trost, pod numerem katalogowym TR140.

Nim prześledzimy zawartość tego wydawnictwa i przywołamy listę muzyków, którzy na nim zaistnieli, dwa słowa o tych, których na przyjęciu urodzinowym zabrakło. To muzycy na pewno dla Gustafssona ważni, muzycy, z którymi popełnił wiele znakomitych płyt. Myślę o Barry Guyu i Raymondzie Stridzie (ich wspólna formacja zwie się roboczo Tarfala Trio), a także Stenie Sandellu (z nim, jak i rzeczonym Stridem, Mats tworzy grupę Gush). Z pewnością ich nieobecność nie była intencją Jubilata, jakkolwiek mi osobiście tych Panów, w trakcie odsłuchu ekscesów muzycznych z trzydniowych obchodów, brakuje szczególnie dotkliwie. Ale cóż, nieobecni nie mają głosu, zatem skupmy się na tych, którzy w Wiedniu świetnie się bawili.




Nie kryję na tej stronie, pisząc dość często o współczesnych dokonaniach szwedzkiego saksofonisty, iż muzyczna przygoda Matsa niebezpiecznie pikuje w kierunku muzyki rockowej, noisowej i zgrzytliwej elektroniki. O ile użyte środki artystycznego wyrazu nie są dla mnie problemem, o tyle fakt, że muzyka Matsa ucieka od improwizacji w kierunku prostych rytmów i gigantycznego hałasu, jest trudna do zaakceptowania. Cierpi na tym scena free improvisation, dla której Mats był od lat motorem rozwoju i jedną z najważniejszych postaci.

Materiał z Porgy and Bess zresztą świetnie pokazuje tę dwubiegunowość poczynań Matsa. Na czteropaku znajdziemy zarówno błyskotliwe popisy free improv, jak i głośną, rytmiczną muzykę o prostym metrum, barwioną dźwiękami generowanymi na kilometrach grubych kabli, wreszcie zwoje zmyślnie pokomplikowanej elektroniki o delikatnie improwizowanym posmaku.

Przygoda Peace & Fire zaczyna się dwoma krótkimi miniaturkami wolnej improwizacji duetu Gustafsson – Dkerm. Za pseudonimem tego drugiego, kryje się avant-rockowy perkusista Dieter Kern, który w formule zaproponowanej przez Jubilata, radzi sobie … wyśmienicie. Ledwie dziewięć minut piorunującego zaproszenia do zabawy urodzinowej. No i gra Matsa – takiego lubię go najbardziej!

Następne dziewięć minut spędzamy w odmętach sycząco-skwierczącej elektroniki (Billy Roisz i Dieb13 jako Risc), by przez kolejnych kilkanaście poflirtować ze Svenem-Ake Johanssonem, weteranem freejazzowego bębnienia, w wersji solowej, który epizodycznie używa także głosu, na dość konwencjonalny zresztą sposób. Dysk pierwszy wieńczy prawie 25 minutowy set w wykonaniu stałej formacji Matsa, Swedish Azz (na ostatni fragment na dostawkę z Johanssonem), eksplorującej historię szwedzkiego jazzu na wskroś …nowoczesnymi środkami wyrazu. Nie są to wszakże dźwięki, które mnie osobiście szczególnie intrygują. W każdym razie, odsłuchałem bez szwanku na umyśle.

Dysk drugi, to rozbudowana wycieczka w kierunku muzyki nieimprowizowanej lub … tylko trochę improwizowanej. Zaczynamy od formacji (Fake) The Facts (Siewert, Gustafsson, Dieb 13), wspartej dwoma perkusjami (Brandlmayr, Lytton). Dwudziestominutową ścianę dźwięku słucha się … zupełnie ciekawie, a już na pewno jest to propozycja bardziej przyswajalna, niż studyjne ekscesy w składzie trzyosobowym. Kolejny, jeszcze dłuższy interwał, to duet okablowanego Christiana Kurzmanna i … wokalistki Sofii Jernberg, którą okazję mieliśmy poznać w Fire! Orchestra. I podobnie, jak w trakcie poprzedniego fragmentu, nie spodziewając się wiele, mogłem się mile rozczarować, zwłaszcza w kontekście głosowych pogadanek Sofii. No i czas na punkt główny dysku, czyli ponad 30-minutowy set kolejnej stałej formacji Gustafssona – Fire! Bazą dla tej grupy jest skład trzyosobowy, znamy świetnie wersję orkiestrową, tu zaś na scenę trafił wariant pośredni – Mała Orkiestra Ogniowa! W ramach wzmocnień personalnych – Agusti Fernandez na organach, Erwan Keravec na bagpipes (!) i dwie wokalistki znane nam z Fire! Orchestra - przywołana już wcześniej Sofia i Mariam Wallentin. Początek spotkania absolutnie w estetyce free improv, przy pięknie jęczącym wokalu jednej z Panien. Aż do momentu, gdy do gry wchodzi twardy bas Bertlinga i zaczynamy jechać już całkiem na rockowo. Przyznam bez cienia wątpliwości, że Fire! w takiej formule bardzo mi się podoba. Oczywiście dominacja rytmu, oczywiście głośny jęk gitary basowej i elektroniki (często jednocześnie), ale … z jednej strony - kapitalnie śpiewające Panny, z drugiej - łagodzący obyczaje Agusti, wreszcie szalone piszczałki na dokładkę. Wszystko to powoduje, iż ten set ogniowy dostaje ode mnie dużego plusa prosto w czółko. Do tańca i do różańca! Jeśli dacie sobie wydziergać na czole ten rockowy sznyt Fire!, ta muzyka zaprowadzi Was do bram piekła i pozwoli doznać nieuciążliwej ekstazy.




Jesteśmy zatem w połowie zabawy. Jest całkiem fajnie, kilku gości, pozornie zbędnych na tym przyjęciu, dało istotny powód do czerpania przyjemności z ich muzyki, a przed nami  creme de la creme tego zestawu. Najpierw Gustafsson zaprasza na scenę… austriacką formację muzyki współczesnej Klangforum Wien, z którą wchodzi w szranki improwizacyjnej batalii bez przymrużenia oka. Wyśmienite! Matsa kontratakują flet, kontrabas, obój, trąbka i kwartet instrumentów smyczkowych. Potem jeszcze fragment z tubą i perkusjonaliami. Blisko kwadrans jakże konkretnej zabawy. Tuż po nich, spotkanie Matsa w weteranami niemieckiego free improv, Günterem Christmannem (puzon, wiolonczela) i Paulem Lovensem (perkusja), którzy jako TR!O mają w dorobku krążek, popełniony dwie dekady temu (z tym pierwszym Mats ma na rozkładzie także duety). Do trójki podłączono analogową elektronikę Thomasa Lehna, a nam pozostało nieźle się zachwycić tą szemraną improwizacją, trwającą niestety tylko niewiele ponad kwadrans. Otumanieni skupioną grą wyżej wymienionych, po chwili zostajemy zaatakowani freejazzową petardą, w postaci blisko 40-minutowego setu The Thing i Kena Vandermarka. Jakąś dekadę temu takie granie strasznie mnie rajcowało, dziś jednak nie potrafię nie natrafić na powtórki i kalki. Ale Urodziny Matsa mają swoje prawa, a przecież trudno je sobie wyobrazić bez tego koncertu! No i dysk trzeci za nami…

Dysk ostatni przynosi … prawie wyłącznie występy solowe. O ile pierwsze dziesięć minut na wibrafon solo w połączeniu z elementami perkusji (Kjell Nordeson), możemy śmiało zmarnować na wycieczkę do lodówki po zmrożony browar, o tyle kolejne solówki nie powinny już ujść naszej uwadze. Najpierw Per Ake Holmlander i jego tuba (doskonałe!), potem prawie 20 minut preparacji fortepianu przez mistrza tego fachu, Agusti Fernandeza (kapitalne!), wreszcie jeszcze dłuższy fragment Erwana Keraveca i jego bagpipes (odjazd!). Na sam już finał znów okablowany Kurzmann, tym razem w towarzystwie Kena Vandermarka, a zaraz po nich Anna Högberg w dwuminutowej miniaturce na saksofon altowy. 

Wedle informacji zawartych na wydawnictwie, urodzinowa muzyka została zaprezentowana tu w porządku chronologicznym (dysk pierwszy zarejestrowany 26.10, dysk drugi - 27.10, zaś trzeci i czwarty – 28.10), przy czym dysk ostatni zawiera nagrania powstałe w Porgy and Bess, w części zwanej Strenge Kammer.




wtorek, 1 marca 2016

Günter Christmann – improwizacja konkretna jako powód do głębszego zapoznania


The Sublime and The Profane. Wzniosły i bluźnierczy. Święty i Świecki. Sacrum i Profanum.

Taśmy (samoprzylepne), „ścinki” radiowe i inne pozostałości opustoszałego studia nagraniowego w dobie technologii analogowych, kontra piano, klarnet, gitara, głos ludzki, saksofon, puzon i wiolonczela. Przybory kuchenne w opozycji do fortepianu, klarnetu basowego i perkusjonalii. Ekspres do kawy w zderzeniu akustycznym z puzonem, głosem ludzkim i klarnetem basowym. „Trzaski, uderzenia, cięcia i zagięcia” z jednej strony, kontrabas, gitara, saksofon i wiolonczela z drugiej. Prysznic, a perkusjonalia i klarnet basowy. Puzon i wiolonczela w kontekście malowania po dziwnych przedmiotach. Blaszane puszki, a saksofon i wiolonczela. Lejąca się woda kontra saksofon i głos ludzki. Odkurzacz w przeciwieństwie do puzonu i klarnetu basowego. Śpiew ptaków w zderzeniu z saksofonem i wiolonczelą.


Reszta, to już tylko Wasza wyobraźnia. Zawsze w duecie. Profan dnia codziennego jako inspiracja do improwizacji na wzniosły instrument akustyczny. Muzyka konkretna w służbie improwizacji?
Nie jestem dobrym teoretykiem w zakresie muzyki konkretnej. Raczej praktykiem, gdy dzienny znój puentuję porządkami w domowej kuchni. Ileż to dźwięków wtedy powstaje?


The Sublime and The Profane. Processes Between Improvised Music and Sounds from Daily Live  (Edition Explico, 2014).

Między lutym 2013, a styczniem 2014, Günter Christmann, niemiecki puzonista i wiolonczelista, przy udziale swych przyjaciół, wydobył z kilku instrumentów akustycznych (przywołanych w jednym z poprzednich akapitów) sporo frapujących dźwięków, w opozycji do przedmiotów dnia codziennego, których dźwięki stanowiły inspirację dla procesu improwizacji. Całkiem wolnej, swobodnej improwizacji. Po czym efekt tych prac – w ramach własnej Cd-rowej inicjatywy wydawniczej Edition Explico - w ilości 220 sztuk przekazał Światu do odsłuchu. Blisko 100 minut ekscytującej… muzyki. Wiem, niektórzy obruszą się na słowo muzyka.



Nie szukajcie odniesień to podobnych rejestracji, np. w ramach oficyny Another Timbre. Tu nie gonimy wolnym krokiem w poszukiwaniu tego jedynego, zagubionego dźwięku. Tu dzieje się naprawdę wiele, a jeden szalony dźwięk goni inny, równie transcendentny w codziennym pojęciu swego przeznaczenia. Jest chwilami bardzo dynamicznie (zwłaszcza na dysku nr 2), a narracja biegnie wartko, niczym górski strumień, osiągając apogeum w trakcie erupcji saksofonu tenorowego Matsa Gustafssona, który próbuje dźwiękiem swego instrumentu dorównać strumieniowi wody, przelewanej niezwykle ekspresyjnie przez Güntera Christmanna… z butelki do butelki.
No tak, wypadałoby jeszcze podać personalia pozostałych uczestników Wojen Kuchennych, a zatem – obok w/w pomysłodawcy i jego wieloletniego przyjaciela, saksofonisty – w rejestracji uczestniczyli także: John Russell (g), Alberto Braida (p), Joachim Zoepf (bcl, ss), Elke Schipper (v), Michael Griener (perc), Aleksander Frangenheim (b),  Joerg Hufschmidt (…pędzel).


Jeżeli jakimś cudem natraficie na to podwójne wydawnictwo CD, kupcie koniecznie. Ewentualna kradzież – z ważnych, wyżej przywołanych powodów artystycznych – także będzie moralnie akceptowalna.


Günter Christmann – wstęp do muzycznej biografii, tylko dla wtajemniczonych

Urodził się w trakcie wojny światowej nr 2, w … podpoznańskim Śremie. Muzycznie zaistniał w trakcie przełomu szalonych lat 60. i 70. ubiegłego stulecia, gdy pojawiał się na okładkach płyt i koncertach Alexandra Von Schlippenbacha, Globe Unity Orchestra, Petera Kowalda, czy Petera Brotzmanna.

Z wolnego wyboru instrumentami służącymi do jego artystycznych wypowiedzi są wiolonczela i puzon. Kluczem do wniknięcia w rubikon świadomego muzyka jest dla niego improwizacja. Christmann to iście renesansowy artysta i to właśnie określenie najpełniej go opisuje. Malarz, performer, kompozytor, muzyk – a nade wszystko wyrosły z free jazzu, swobodny improwizator.

Jego dyskografia jest skromna, niczym dorobek Billa Dixona, zatem wskazanie pozycji, godnych szczególnej uwagi nie zajmie nam więcej czasu niż lektura niniejszego postu.


Pod własnym nazwiskiem publikuje od roku 1973 (duety z Detlefem Schoenbergiem, rodakiem perkusistą, to jego zasadnicza aktywność w latach 70). Od końca ówczesnej dekady zainicjował także spotkania improwizatorskie w gronie przyjaciół, którą począł nazywać i wydawać jak Vario (całkiem zasadne skojarzenia z Company Dereka Baileya – zdecydowanie bliźniacza idea). O Vario-II możecie przeczytać na Trybunie, odpalając pierwszy post z 22 stycznia br.


Pod szyldem Vario ukazało się kilka wydawnictw, choć numeracja spotkań wskazuje na dużo większą ich ilość. W tym miejscu chciałbym przywołać spotkanie Vario-34 (Blue Tower Records, 1995), które miało miejsce w roku 1993, w trakcie dwóch wieczorów chłodnego podówczas października w Hannoverze. Na scenie Forum Kesselhaus pojawiło się w sumie sześciu muzyków, w tym trójka (Christmann, Gustafsson, Frangenheim), która za 20 lat popełni rejestrację, od której omówienia rozpoczęliśmy tę opowieść.
Składu dopełnili wówczas Paul Lovens (dr), Christian Munthe (g) i Thomas Lehn (e). Na płycie zamieszczono dziewiętnaście fragmentów swobodnych improwizacji, jakie powstały na scenie, przy czym w dziesięciu przypadkach są to duety, zaś w pozostałych epizodach uczestniczą wszyscy muzycy. Jak zwykle w przypadku improwizacji, których prowodyrem jest nasz bohater, muzyka balansuje niekiedy na pograniczu ciszy, jest konkretnie „cząsteczkowa”, „molekularna” (niczym Spontaneous Music Ensemble, porównanie bardzo stosowne!), wyczulona na najdrobniejsze nawet interakcje pomiędzy muzykami.
Całość składa się ze stosunkowo krótkich interwałów muzycznych, albowiem Christmann świadomie ingeruje, jako wydawca, w proces edycji nagrania, publikując jedynie fragmenty, powstałych na żywo, rozbudowanych improwizacji. Dzięki powyższemu zabiegowi mamy wrażenie – całkiem zresztą przyjemne – iż na 70 minutowym dysku nie ma ani jednego zbędnego dźwięku. To ważna i nieczęsto spotykana przypadłość muzyki free improvisation.


Skromne pudełko z dyskiem dokumentującym spotkanie Vario-34, śmiało możemy położyć tuż obok kolejnego dysku z dokonaniami bohatera naszej opowieści. Albowiem rok później w tym samym miejscu spotkała się trójka uczestników w/w spotkania (Christmann, Lovens, Gustafsson) i zagrała koncert, który został opublikowany jako TR!O  (FMP, 2010). Ciekawie konfrontuje się on ze spotkaniem sekstetu, choćby dlatego, iż tu wysłuchać możemy całości improwizacji popełnionej przez wytrawnych muzyków, a jedynie atmosfera koncertu nie jest do końca naszym udziałem, gdyż w procesie edycji oklaski (o ile były) zostały wykasowane. Po prawdzie, muzyka Christmanna w procesie wydawniczym wymaga pieczołowitego masteringu, gdyż nawet skromne chrząknięcia na widowni mogą skutecznie zaburzać proces odbioru muzyki, tak bowiem potrafi być ona wyciszona i skupiona na pojedynczym dźwięku.



Pozostając w pierwszej połowie lat 90. i klimatach zbliżonych do wydawnictw omówionych w tym rozdziale christmannowej rozprawki, warto wrzucić do odtwarzacza Sometimes Crosswise (Moers Music, 1995). Odnajdujemy tu aż siedem różnych rejestracji z lat 1991-92, zarówno okazji studyjnych, jak i koncertowych. Podtytuł płyty mówi nam zresztą wiele – Duos, Solo, Projects. Zatem obok duetów z przyjaciółmi, których doskonale już poznaliśmy (Elke Schipper, Mats Gustafsson, Paul Lovens), mamy krótkie spotkanie z kontrabasistą Torstenem Müllerem, incydent solowy,  a także cztery fragmenty określone przez muzyka jako owe projects. Obcowanie z tymi ostatnimi interesująco rozszerza nasze horyzonty wiedzy o pomyśle na artystyczne życie Güntera – trio i sekstet puzonów, oktet i septet instrumentów różnych, a w gronie współpracowników witamy m.in. Rudi Mahalla (cl) i Georga Wolfa (b). Przy okazji, te dwa ostatnie spotkania określone zostały na samym wydawnictwie jako Vario- 33.



Przywołany kilka wierszy wyżej Torsten Müller jest współtwórcą dwóch bardzo interesujących ujawnień Christmanna dekadę wcześniej. Myślę tu o kwartecie White Earth Streak (trans museq 7, 1983; reedycja – Atavistic, 2002), gdzie puzon i kontrabas zderzone zostały z drapieżnie improwizującymi instrumentami strunowymi i głosem ludzkim, za dźwięki których odpowiedzialni są LaDonna Smith i Davey Williams (dla porządku – oboje to mężczyźni). Rejestracja główna pochodzi z roku 1981 (patrz: edycja winylowa), zaś reedycja Johna Corbetta zawiera dodatkowy materiał z roku 1983. Natomiast jako duet Christmann i Müller wypełnili kolejną pozycję dyskograficzną tytułem Carte Blanche (FMP, 1986 – dostępna jest wersja elektroniczna). 
Obie wskazane wyżej płyty postały w Schulzentrum Langenhagen i opis zawarty na krążkach sugeruje, iż są to rejestracje studyjne. Na tle późniejszych dokonań Christmanna, muzyka tamże zawarta jest stosunkowo dynamiczna i … głośna, co stanowić może kolejny powód do ich konfrontacji z poznanymi już wcześniej nagraniami chłopaka ze Śremu.


Uważni Czytelnicy tego posta być może zauważyli, iż przywołując kolejne frapujące epizody artystyczne Güntera, wciąż cofamy się w czasie. I tak będzie także w ostatnim z akapitów tej opowieści. Na osi czasu lądujemy bowiem na przełomie lat 70. i 80. (choć za moment znów wrócimy do lat 90.), gdy Christmann niejednokrotnie uczestniczy w rejestracjach swobodnych improwizacji, które ujrzą światło dzienne w wydawnictwie Paula Lovensa Po Torch Records.


Z punktu widzenia naszych dzisiejszych zainteresowań, ciekawym będą dwa spotkania z Paulem Lovensem. Najpierw  trio (także Maarten Altena na kontrabasie) i winyl Weavers (Po Torch, 1980), potem zaś duet określony jako in actu i winyl Music & Paintings (Po Torch, 1993). Znów odnajdujemy Christmanna w bardzo wyciszonych i dobitnie minimalistycznych improwizacjach. Drugie spotkanie zdaje się być o tyle interesujące, iż improwizującym muzykom towarzyszą malarze-graficy, a inspiracja ma charakter dwubiegunowy. Choć oczywiście obcując z winylem nie mamy możliwości poznania efektów inspiracji po stronie… wizualnej (ważna uwaga: żadne z wydawnictw winylowych Po Torch do dziś nie ukazało się w wersji cyfrowej; druga ważna uwaga: ripy winylowe odnajdziecie na Inconstant Sol – przekierowanie po prawej stronie bloga).


Coda

Jeśli wielogodzinne obcowanie z mikroimprowizacjami puzonu i wiolonczeli nadmiernie Was wyciszyło, koniecznie sięgnijcie po Peter Kowald Quintet z roku 1972 (bez tytułu, FMP) i prawdziwe free jazzowe mięcho! Jurna sekcja Kowald-Lovens, lekko wycofany alt Petera van de Lochta, a na samym froncie batalia dwóch konkretnych puzonów – z lewej Paul Rutherford, z prawej Günter Christmann. Odlatujemy !!!!



środa, 20 stycznia 2016

Trybuna Muzyki Spontanicznej - pierwsza edycja papierowa


Trybuna? By było odrobinę niepokornie. Muzyka? Bo w dzisiejszych, pokrętnych czasach nikomu nie trzeba tłumaczyć, że muzyką jest każdy dźwięk. Spontaniczna? Bo swobodna, bo wolna, bo improwizowana.

Starości i nowości sceny free improvisation/free jazz - sceny, która niechybnie cierpi na nadprodukcję (każdy koncert free jest powodem wystarczającym, by wydać płytę), przeto szczególnie wymagającej kierunkowskazów i drobnych sugestii ze strony tych, którzy słyszeli więcej. Nie sposób mieć i znać wszystko. Wszak problemem zasadniczym nie bywa wcale zasobność naszej sakiewki, a raczej deficyt czasu na to, by to wszystko rozsądnie pochłonąć (znaczy, choć raz w skupieniu odsłuchać).



Świeżynki

The Recedents  Wishing You Were Here. Electro-Acoustic Improvisations 1982-2010
(FreeForm Association)



Niewątpliwie znaczące wydarzenie na krajowym rynku wydawniczym, w obrębie muzyki, której słucha garstka zapaleńców, a każdorazowy edytor zamyka księgowo przedsięwzięcie zaczynając od dużego znaku „minus”.
The Recedents – rzadki przypadek na scenie free improv – to formacja koncertująca w niezmienionym układzie personalnym przez blisko 30 lat. Jazzowy saksofonista sopranowy Lol Coxhill, wyrosły ze sceny blues-rockowej gitarzysta Mike Cooper i najbliższy sercu Waszego recenzenta, jeden z najważniejszych i najwybitniejszych perkusjonalistów swobodnej improwizacji Roger Turner. Co istotne, The Recedents w ramach obcowania ze swymi instrumentami, często rozszerzali ich możliwości brzmieniowe o wzmocnienia, zgrzyty i inne nieuchronnie lubiane w elektroakustycznych stronach deformacje dźwięku.
5-płytowe wydawnictwo dokumentuje różne stadia rozwoju formacji, zawiera bowiem koncertowe improwizacje z lat 1985, 1995, 2000, 2002, 2003 i 2008. Choć uważna lektura blisko 250 minut materiału dźwiękowego zgromadzonego na wielopaku Wishing You Were Here nie pozwala na ominięcie drobnych raf (nie wszystkie pomysły Coopera w zakresie urozmaicania brzmienia gitary, poprzez preprodukcję i dobór sampli uznałbym za trafione), efekt końcowy bezwzględnie uznać należy za dalece satysfakcjonujący, zwłaszcza w obrębie nowszych nagrań, które zdominowane zostały przez akustyczną stronę przedsięwzięcia i pięknie uwypuklają udział Rogera Turnera w efekcie końcowym.
Wydawcą tej muzyki jest Witek Oleszak, znamienity preparator fortepianu, przy okazji po społu z Turnerem autor dwóch pięknych i silnie przeze mnie rekomendowanych dysków Over The Title i Fragments Of Parts (także w ramach FreeForm Assocation).



Nate Wooley/ Hugo Antunes/ Chris Corsano  Malus  (NoBusiness Records)



300 szczęśliwców posiada ten limitowany czarny krążek i mam nadzieję, że podobnie jak mi, brakuje im słów, by oddać radość, jaka płynie z odsłuchu trzech kwadransów improwizacyjnych igraszek trzech Panów wskazanych personalnie jako tytuł wykonawczy albumu Malus. Corsano to bystry amerykański bębniarz, zaprawiony z bojach free, choć kalendarzowo zaliczylibyśmy go zdecydowanie do młodego zaciągu improwizatorów. Nazwisko Antunes nie mówi mi nic, poza faktem, iż pięknie znęca się nad kontrabasem i to z pewności zostanie zapamiętane na długo. Wreszcie Wooley, znakomity, technicznie błyskotliwy trębacz zza Wielkiej Wody, z czterdziechą na karku, zatem skory do pierwszych podsumowań. Materiał, choć w zasadzie w 99% wyimprowizowany, silnie osadzony jest w estetyce jazzowej i w tym wypadku to zdecydowanie zaleta. Delikatnie chwilami amplifikowana akustyka, konkret zadziornych dialogów, sonorystyka bez niedomówień. A na koniec tej wypowiedzi szczypta ambiwalencji w odniesieniu do Nate’a i jego dotychczasowych doświadczeń muzycznych. Jeśli traktować jego dokonania na polu wolnej improwizacji za bliskie doskonałości (choćby wiele jego ujawnień na styku z eksperymentującą elektroniką, czy wspólnych dokonań z Paulem Lyttonem), to stricte autorskie płyty z komponowanym materiałem polecam omijać szerokim łukiem, bo nuda, jak w polskim filmie, cytując klasyków. Za to Malus z mega rekomendacją i pędem na listy Best of 2014.



Wadada Leo SmitThe Great Lakes Suites  (TUM Records Oy)



Absolutnie zaskakujące spotkanie czterech weteranów free jazzu – sprawcy i autora przedsięwzięcia Wadady Leo Smitha (trąbka), wybitnego i osobnego alcisty Henry’egoThreadgilla (rzadko grywa na cudzych płytach), fantastycznego basisty Johna Lindberga (on jako jedyny w tym gronie jeszcze przed 70-tymi urodzinami!) i często ocierającego się o mdły mainstream, wszakże niebywale kompetentnego drumera, Jacka DeJohnette’a. O każdym z nich warto popełnić wielostronicową monografię, ale nie miejsce, ani czas po temu. Podwójny dysk przynosi nam 90 minut bardzo konkretnej zabawy w improwizację uplecioną wokół udanych pięciolinii Wadady, inspirowanych … wielkimi jeziorami Ameryki Północnej (dla zainteresowanych szczegółami bardzo rozbudowany booklet). Z pewnością nie jest to najwybitniejsza płyta w dorobku któregokolwiek z tych Panów, ale słucha się tego uroczo i nierzadko z wypiekami na twarzy. Ostatnie produkcje Wadady zalatywały nieco stęchlizną i dłużyznami, tym większa zatem radość obcowania z Jeziornymi Suitami. No i Henry Threadgill, który momentami kradnie show liderowi, ale z tego powodu zapewne nikt nie cierpi.


Winyl odnaleziony w sieci

Günter Christmann/ Maarten Altena/ Maggie Nichols/ John Russsell/ Paul Lovens  Vario II  
(Moers  Records)



Idea zwoływanych ad hoc spotkań muzyków improwizujących sięga wczesnych lat 70-tych ubiegłego stulecia, kiedy to np. Derek Bailey eksplorował koncepcję freely improvised music pośród muzyków stykających się ze sobą po raz pierwszy na scenie, czy w studiu nagraniowym. Jedną z podobnych idei wdrażał w życie parę lat później niemiecki puzonista Gunter Christmann. Nazwał serię Vario i zrealizował kilka takich spotkań. Omawiany tu czarny krążek to edycja druga, na której w studiu nagraniowym w Hannoverze zgromadziło się pięciu istotnych i mocno już wtedy rozpoznawalnych muzyków europejskiej sceny free improv. Obok prowodyra zajścia, także holenderski kontrabasista Maarten Altena, angielski gitarzysta John Russell, szkocka, improwizująca wokalistka Maggie Nichols, wreszcie rodak Christmanna, zacny perkusjonista Paul Lovens. Niewiele ponad godzina lekcyjna improwizacji (winyl ma swoje prawa), tu – w trakcie letniego spotkania w roku 1980 - w kwintecie, dwóch duetach i jednym fragmencie solo. Całość godna jest wszelkich rekomendacji. Szczególnej uwadze polecam brytyjski odłam kwintetu, zatem wokalizy Nichols (piękne skojarzenia z Jej ujawnieniami dekadę wcześniej w ramach Spontaneous Music Ensemble Johna Stevensa całkowicie na miejscu!) i soczyste improwizacje gitarowe Russella. Absolutnie nie przegapcie także blisko 10-minutowej konfrontacji Nichols i Lovensa – ileż zaskakujących dźwięków wydobyć można z ludzkiego gardła i drobnego zestawu perkusyjnego.



Epizody z życia Johna Stevensa

Detail   In Time Was  (Circulasione Totale)



Detail (Szczegół) to przejaw schyłkowej – z punktu widzenia trajektorii życia – aktywności Johna Stevensa, wyjątkowego brytyjskiego perkusisty i kreatora muzyki swobodnie improwizowanej (trzymając się nomenklatury Dereka Baileya). Głównym bowiem muzycznym partnerem Johna po roku 1981 był norweski saksofonista i klarnecista Frode Gjerstad, zaś zasadniczą platformą ich muzycznych potyczek formacja Detail. Szczęśliwie w początkowym okresie funkcjonowania zespołu skład uzupełniał wyjątkowy basista Johnny Dyani (po jego zaś tragicznej śmierci w roku 1986 – Kent Carter, inny wirtuoz improwizacji w niskich częstotliwościach). Po Detail pozostało kilka winyli i szczypta kompaktów, a Waszej uwadze polecam wydawnictwo In Time Was, dokumentujące koncert zarejestrowany w trakcie brytyjskiej trasy z lata 1986 roku. Składu Detail dopełniał wówczas amerykański kornecista Bobby Bradford (który nota bene na początku lat 70-tych nagrywał zarówno ze Spontaneous Music Ensemble, jak i uczestniczył w innych wspólnych inicjatywach z Johnem Stevensem, a z Gjerstadem grywa do dziś). Na In Time Was Kwartet gra stylowy free jazz (bo i skład modelowy, trzymający kurs wyznaczony w 1960 roku przez samego Ornette’a Colemana), zaś królem polowania pozostaje Dyani i jego smakowite igraszki na gitarze basowej. Dużą formę pochodzącego z Południowej Afryki basisty czują także partnerzy, pozostawiając mu dużo muzycznej czasoprzestrzeni. Wyjątkowe udane zdają się fragmenty wyciszonych dęciaków, subtelnej perkusji i ciężkich, sążnistych basowych pasaży, tkanych zgrabnymi rękoma Dyaniego. Muzyka milknie nagle po trzech kwadransach i zostawia nas w stanie kompletnego deficytu doznań. Arcydzieło!

Tekst pierwotnie zamieszczony w nr 2 m/i magazynu (Jesień 2014).