Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rene Lussier. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rene Lussier. Pokaż wszystkie posty

piątek, 18 lipca 2025

The Circum-Disc’ fresh outfit: Kaze & Koichi Makigami! Fiat Lux!


Francuski Circum-Disc sukcesywnie raczy nas smakołykami edytorskimi. Równie chętnie sięga po czystą improwizację, jak i kompozycje, zarówno post-jazzowe, jak i kameralne, a nawet luźno związane z muzyką współczesną. Poza wysokim poziomem artystycznym label gwarantuje także stylistyczną i estetyczną różnorodność.

Dwie lipcowe nowości ilustrują to w pełnej okazałości. Przynoszą nowy album flagowego ansamblu wydawnictwa, japońsko-francuskiego kwartetu Kaze (tu w edycji rozszerzonej o ekspresyjny głos) oraz często goszczący w portfolio CS wątek kanadyjski – album powstały na okoliczność artystycznego jubileuszu René Lussiera, gitarzysty z Quebecu, oparty na materiale skomponowanym, ale na etapie improwizacji definitywnie szalonym.

Welcome!

 


Kaze & Koichi Makigami Shishiodoshi (CD 2025). Koichi Makigami - głos, shakuhachi, trąbka, Christian Pruvost - trąbka, flugelhorn, Natsuki Tamura - trąbka, głos, Satoko Fujii – fortepian oraz Peter Orins – perkusja. Nagrane na żywo, la malterie, Lille, Francja, maj 2024. Trzy kompozycje, 62 minuty.

Poprzedni album Kaze, co należy do rzadkości w dumnej historii kwartetu, był ekspozycją w pełni improwizowaną. Na nowym albumie muzycy powracają do idei kompozycji, jak zawsze w ich przypadku będących raczej scenariuszem improwizacji, tudzież zapisem przewidywanej dramaturgii spektaklu dźwiękowego. W roli gościa japoński aktor, wokalista, instrumentalista Koichi Makigami, jako donosi albumowe credits, artysta wielu talentów. Album nie jest wszakże przeładowany jego ekspresją, a bodaj najciekawiej dzieje się wtedy, gdy Makigami sięga po trąbkę i współtworzy z Pruvostem i Tamurą blaszany trójgłos poparty dźwiękami z gardła przynajmniej dwóch performerów.

Na płycie pomieszczono trzy długie utwory, z których ten pierwszy trwa ponad 25 minut. Składa się z kilku wątków, zarówno realizowanych w kwintecie, jak i w podgrupach. Otwarcie należy do kwartetu bazowego. Potem następuje prawdziwie samurajska, parateatralna ekspozycja gościa, która po niedługim czasie napotyka na krwistą ripostę kwartetu, tym razem definitywnie free jazzową. Po kolejnej tyradzie gościa, kwartet powraca z preparowanymi subtelnościami, niejako otwierając fazę solowych, duetowych i trzyosobowych rozgrywek, na ogół z udziałem trąbek, głosów i fletu. Po wielu minutach dętych i wokalnych popisów następuje rozbudowana akcja instrumentów perkusyjnych, podkreślona kontrą piana. Finałowa partia utworu także bogata jest w wydarzenia - od strzelistych kontrapunktów po wokalno-instrumentalne medytacje. Nagranie wieńczy zgrabna, post-jazzowa koda grana pełnym, pięcioosobowym składem.

Drugie nagranie rodzi się w ciszy, w kłębach szumów, szmerów i innych, tajemniczych fonii. Intrygującym dysonansem pierwszej fazy utworu są ciepłe, post-klasycznie brzmiące frazy z fortepianowej klawiatury. Część środkowa utworu znów jest konglomeratem mniejszych składów, na ogół skoncentrowanych na brzmieniu trąbek i japońskich wokaliz, tu nasiąkniętych wyjątkowymi emocjami. Utwór ma swoje drobne wzniesienie, a także rytmiczną, bardzo ekspresyjną kodę. Trzecia opowieść zdaje się powstawać w zaroślach amazońskiej dżungli. Świergot ptaków, dęte szmery, tajemnicze pomrukiwania. Narracja budowana jest mozolnie, etapami, w których nie brakuje jazzu i post-klasyki, o co szczególnie dba pianistka. Po pięciu minutach następuje restart, który staje się zaczynem rozbudowanej ekspozycji perkusisty. Po sekwencji trąbek i fletu oraz drobnego epizodu głosu solo, następuje kolejny restart, który jest tym razem pretekstem do równie rozbudowanego sola pianistki. Podsumowanie utworu tradycyjnie spoczywa na barkach całego kwintetu, choć tym razem jest nieco mniej ekspresyjne.

 


René Lussier & Robbie Kuster Fiat Lux (CD 2025). René Lussier – gitara, bas, daxophone oraz Robbie Kuster – perkusja, musical saw, nail organ. Miejsce i czas nagrania nieznane. Czternaście kompozycji, 40 minut.

Pięćdziesięciolecie pracy artystycznej, to moment, który należy świętować wyjątkowo hucznie. Na albumie Fiat Lux dzieje się tak po prawdzie przez całe czterdzieści minut jego trwania. Współpraca Lussiera z Kusterem, to ponoć także epoka, zatem okazji, by dobrze się zabawić całe mnóstwo - od rockowego huraganu, przez jazz, po brawurowe, niemal kabaretowe ekspozycje. Artystom nie brakuje brawury, a nade wszystko polotu i swobody, po stronie słuchacza jedynie drobna ambiwalencja – czy  pomysłów dramaturgicznych nie jest tu trochę za dużo.

Po ledwie dwudziestopięciosekundowym intro, pełnym psychodelicznych lamentów multiinstrumentalny duet rusza w rockowy galop. Flow nasączony jest funkową rytmiką, a muzykom radość zdaje się przynosić każda fraza, co podkreślają radosnymi okrzykami. Podobny charakter mają kolejne parzyste utwory w obrębie pierwszej dziesiątki (może z wyłączeniem części ósmej), potem dwa kolejne nieparzyste, wreszcie eksplozywny, rockowy finał. Pozostałe piosenki, to post-psychodeliczne eksperymenty, odrobina elektroakustyki, wreszcie głosy, czasami teatralne, czy kabaretowe. Bez wątpienia muzycy mają w głowach pomysły na przynajmniej kilka albumów. A niektóre wątki warto byłoby rozwinąć. Choćby epizod dziesiąty, na póły psychodeliczny, bardzo mroczny, który wydaje się tajemniczą balladą, a okazuje się porcją zdrowego, niczym nieskrępowanego hard-rocka.

 

 

wtorek, 8 listopada 2022

The November’ Round-up: Sloth Racket! Quiromancia! Formica! James & Jiminez! Hocus! Ferrazza & Salis! Lussier! Shepherds Of Cats! Ziemia! Masing!


Cykliczna zbiorówka recenzji świeżych porcji improwizacji przed nami! Tym razem, wobec zalewu ważnych tematów festiwalowych w ubiegłym miesiącu, trochę ustawiona okrakiem na osi czasu – miała być październikowa, ale zrobiła się listopadowa. Za to wyjątkowo rozbudowana, bo aż dziesięcioodcinkowa! Zestawienie jak zwykle pełne wolt stylistycznych i bogate w nazwiska do zapamiętania, także te z dalekiego świata, przynajmniej z europocentrycznego punktu widzenia! Jak świetnie bowiem wiemy, dobra muzyka improwizowana powstaje wszędzie, prawdopodobnie także na innych planetach, nie tylko układu słonecznego!

Naszą dzisiejszą marszrutę zaczniemy od pokaźnej porcji free jazzu. Na początek nasi dobrzy znajomi z UK, którzy konsekwentnie zbliżają się do osiągniecia stadium wzmożonego zainteresowania ich muzykowaniem. Potem skok na drugi kontynent – dwie soczyste petardy z Argentyny i na poły kolumbijska, nieco bardziej kameralna ekspozycja z Kanady! Powrót do Europy, to jednocześnie wejście w stadium dźwiękowych eksperymentów – odpowiednio z Portugalii i Włoch! W dalszej części nie zabraknie także francuskiego humoru, polsko-angielskiego transu, soczystej porcji krajowego jazzu, a na koniec strunowych śpiewów w towarzystwie kakadu!



Sloth Racket  Organising Space (Luminous Label, CD 2022)

Kwiecień 2022, Lightship 95, Londyn: Cath Roberts – saksofon barytonowy, Sam Andreae – saksofon altowy, Anton Hunter – gitara, Seth Bennett – kontrabas oraz Johnny Hunter – perkusja. Dziewięć części, 37 minut.

Na wstępie warto dopowiedzieć, iż album de facto składa się … z czterech rozbudowanych kompozycji Roberts, które stanowią zgrabny szkielet dla wielowymiarowych improwizacji każdego z członków kwintetu (wszystkie parzyste utwory). Pozostałe pięć części, to krótkie – trwające od kilku do kilkudziesięciu sekund – zapisy foniczne, poczynione najprawdopodobniej w trakcie sesji nagraniowej lub próby. Sloth Racket lubią free jazz, który toczy się pewnymi z góry przewidzianymi ścieżkami, czasami doposażony w śpiewny, melodyjny temat, który raz po raz przywraca improwizujących szaleńców do świata trzeźwych i ogarniętych dźwiękowo.

Pierwszy z owych dłuższych utworów (a drugi na albumie) budowany jest na bazie rozśpiewanych saksofonów, ostrego drive’u kontrabasu, intrygującej, post-rockowej gitary i perkusji, która najpierw stempluje szlak, a potem kreśli dynamikę nagrania. To narracja stawiająca raczej na kolektywizm niż indywidualne popisy. Kolejny utwór (czwarty) w dużej części zdaje się być swobodną improwizacją, pełną niuansów brzmieniowych, preparacji, lekkiej perkusji i post-balladowych, dętych wtrętów. Temat utworu pojawia się dopiero po wielu minutach i porządkuje urokliwy rozgardiasz na scenie.  Szósta odsłona kreowana jest w głównej mierze przez szczebioczące po ptasiemu saksofony. Po ich długiej introdukcji improwizowane trzy grosze dokładają pozostali instrumentaliści. Ósma opowieść zdaje się być wyjątkowo zgrabnym podsumowanie albumu. Zaczyna ją perkusyjna introdukcja. Potem do gry wchodzi smyczek i jazzowo usposobiona gitara. Ta trójka kreuje narrację, pod którą najpierw podłącza się baryton, a potem alt. Dynamiczna opowieść przez chwilę staje się tu duetem gitary i altu, by po niedługiej chwili tanecznym i marszowym krokiem sięgnąć szczęśliwego końca.

 


Ezequiel Jaime/ Daniel Bruno/ Carto Brandán/ Jerónimo Díaz  Quiromancia (Neue Numeral, DL 2022)

Luty 2022, Estudio El Cubo, Argentyna: Ezequiel Jaime – bas elektryczny, Daniel Iván Bruno – puzon, Carto Brandán – perkusja oraz Jerónimo Díaz Mauro – gitara. Siedem dobrze zaplanowanych improwizacji, łącznie 28 minut.

Po nagrania muzyki improwizowanej z Argentyny sięgamy coraz częściej i zawsze są to pociągnięcia przynoszące nieskrywaną radość z odsłuchu. Znamy już kilku bystrzaków z tamtej części świata, ale czwórka, która teraz puszcza do nas oko ewidentnie debiutuje na tych łamach. Gęsty, sfuzzowany bas, który oddycha całym ciałem, błyskotliwa gitara, która zdaje się tu mieć kilka twarzy, a najpiękniejsza z nich przypomina szkliste brzmienie Ferrana Fagesa. Do tego zwinny, koci w ruchach puzon, który potrafi brzmieć wyjątkowo szorstko, no i równie inteligentna w ruchach perkusja, która choć nigdy nie wychodzi przed szereg, zawsze jest tam, gdzie być powinna. Całość nie trwa tu nawet dwóch kwadransów i to być może jedyna wada tego doskonałego albumu!

Początek grany jest kolektywnym, gęstym strumieniem dźwiękowym, konstruowany siłą brzmienia całego kwartetu. Pocięta, naznaczona tembrem grzmiących przetworników gitarowych improwizacja nie daje tu czasu na refleksję - kupujemy ją całą już po kilku pierwszych pętlach narracyjnych. W drugiej opowieści czujemy posmak rocka, ognistego, świetnie odnajdującego się w żmudnym procesie improwizacji. Narracja kipi do tego stopnia, iż puzon zdany jest na wysoki pisk, by przebić się przez ścianę gitar i perkusji. Trzecia historia, to szansa dla owego puzonu, by pokazać lwi pazur – improwizuje jedynie w duecie z perkusją. No i pokazuje nie jeden pazur! Czwarta narracja zdejmuje nogę z gazu, jest powolna, czerstwa, nasiąknięta wywarem z dobrego, gitarowego jazzu. Bas bystrze pulsuje, a puzon zanosi się śmiechem. W piątej odsłonie dynamika powraca, a swoje piękne chwile ma tu zmutowany w brzmieniu blaszak. Szybka, nerwowa czasówka z małym zniesieniem. Przedostatnia improwizacja, to elektroakustyczne zabawy basu i gitary. Od krok od hałasu, o krok od onirycznej ciszy. Finałowa ekspozycja znów stawia na gęsty, masywny kolektywizm - soczyste łamańce rytmiczne i wyjący do księżyca puzon.



 
Matías Formica Trio  Preámbulo (bandcamp’ self-released, DL 2022)

Czas akcji nieznany, okoliczności studyjne w argentyńskiej La Placie: Jonatan Schenone – kontrabas, Sebastían Stecher – perkusja oraz Matías Formica – saksofon tenorowy i barytonowy, kompozycje. Tych ostatnich są cztery, łącznie trwają niecałe 30 minut.

Kolejne nagranie z Argentyny, które trwa mniej niż dwa kwadranse. Na tamtych ziemiach, to reguła! Nade wszystko chyba jednak skromność i ważna dla dramaturgii nagrania zasada, iż lepiej zagrać o dwa dźwięki za mało, niż o jeden za dużo. Niemal bezcenna rzecz w muzyce improwizowanej! A rzeczone Preámbulo, to klasycznie zinstrumentalizowane trio swobodnego jazzu, improwizujące na bazie skomponowanego materiału. W sumie słyszeliśmy takie granie miliony razy, ale coś sprawia, iż ze spotkania z triem Formicy wychodzimy zadowoleni i dalece bogatsi w definitywnie smakowite doznania artystyczne.

Rozśpiewany temat pierwszego utworu wspiera masywna sekcja rytmu – lekko zadumany bas i kręcąca urocze pętle perkusja. Saksofonista pnie się ku górze i z radością ucieka w improwizowane didaskalia. Po niedługiej chwili podobnie czynią pozostali aktorzy tej bystrej narracji. Drugi utwór ma wstęp dalece balladowy, kreślony zwinnym, kontrabasowym smyczkiem. Molowa opowieść po kilku zakrętach nabiera mocy i kołysze się na lekkim, oceanicznym wietrze. Na czele pochodu improwizatorów staje saksofonista, który intensywnie brudzi brzmienie. Trzeci utwór od startu płynie wedle wskazań z pięciolinii. Temat znów podany na twardo, z dużą dawką melodyjności - open jazz z posmakiem świeżości, kreowany na dużej swobodzie, ale bardzo precyzyjny w każdym niemal ruchu. Niekiedy przypomina najlepsze momenty tria Adama Pierończyka z połowy lat 90. ubiegłego stulecia, bazujące na rytmie, ale rozhuśtane do granic. Pod koniec tej części muzycy serwują solo na perkusji, które pojawia się także w ostatnim utworze. Ten zaś zdaje się być refleksyjną post-balladą, budowaną na urokliwym rytmie, który pachnie słodką salsą!

 


Daniel James / Pablo Jimenez  Improvisations (Small Scale Music, DL 2022)

Październik 2021, domowe studio w Montrealu: Pablo Jimenez – kontrabas oraz Daniel James – gitara akustyczna. Sześć improwizacji, 33 minuty z sekundami.

Swobodnie improwizowane, nad wyraz intrygujące spotkanie Kolumbijczyka i Kanadyjczyka pod flagą małego labelu z Quebecu. W pełni akustyczne, pozbawione obłych kształtów, wyraziste, chwilami zadziorne, ale także dość mroczne. Do tego z mnóstwem emocji pomiędzy strunami. I to nie tylko kameralnych!

Sytuacja na starcie dalece frapująca – cierpiące, smyczkowe oddechy i gitara, która pracuje na strunach brzmiących, jakby ulepione były z organów wewnętrznych ludzkiego ciała. Smutek miesza się tu z nerwowym przekładaniem nogi na nogę. Ekspresyjne zjazdy i leniwe podbiegi, kanciaste frazy i dźwiękowe metafory. Także tarcia i skrzypienia, akcenty perkusjonalne. W trzeciej odsłonie muzycy wspinają się na palce i skaczą po wilgotnej łące. Post-barok, flażolety, małe otarcia i subtelne krwawienia. W kolejnej skutecznie szukają fikuśnej dynamiki, namiętnie szarpią za struny, jakby od tego zależało ich życie, nie tylko artystyczne. Emocje pikują ku górze, jak słupek rtęci w upalne popołudnie. W trakcie piątej części artyści delikatnie tłumią namiętności po obu stronach nieistniejącej sceny. Stawiają leniwe kroki, szepczą po kątach, szarpią za struny z trwogą. Kreują suspens, ale może też pytają o kierunek dalszej drogi. Na ostatniej prostej łapią jednak dynamikę, co dobrze robi całej ekspozycji. Końcową improwizację budują brzmieniowym i emocjonalnym dysonansem. Kontrabasista preparuje smyczkiem, gitarzysta tapla się w akustycznym ambiencie. Opowieść składa się drobnych elementów, pozornie od siebie różnych, ale zwinie lepiących się w spójną całość. Narracja skrzy się tu niespodziankami, każda akcja liczyć może na chytra ripostę. Kontrabas pod smykiem śpiewa smutne piosenki, gitara kłębi się w sobie i zionie drobnym ogniem. Samo zakończenie brnie w mroku po kolana, ale nerwy muzyków pozostają w stanie napięcia aż do uzyskania pełnej ciszy.



Hocus  Narrow (Colectivo Casa Amarela, Kaseta 2022)

Czas akcji nieznany, nagranie live, Água Ardente, Lizbona: João Almeida – no-input mixer. Siedem utworów, 41 minut z sekundami. 

Muzycy improwizujący, to wspaniały gatunek artystów. Uwielbiają czerpać inspiracje ze wszystkiego, a ucieczki w międzygatunkowe otchłanie złych mocy, to niemal ich chleb powszedni. Młody, wielce już obiecujący trębacz z Lizbony właśnie zapisał się do tej kasty odszczepieńców. Wykorzystując dźwiękowy mikser (zapewne analogowy), który generuje fonie nie mając nic na tzw. wejściu, zaprasza nas na harsh-noise’owy trip. Dodajmy, jedyny w swoim rodzaju, wyłącznie dla osób, którzy nie są nadmiernie wrażliwi na trudne dźwięki. Efekt bywa tu incydentalnie różny, momenty intelektualnego bezdechu zdarzać się mogą nam często, ale artystyczna bezczelność Portugalczyka, świetna konstrukcja dramaturgiczna i poziom kreatywności w obrębie zupełnie niemuzycznego instrumentarium winien budzić nas niekłamany podziw.

Początek koncertu nie pozostawia nam złudzeń. Czerstwy, syntetyczny strumień fonii pulsuje, niczym pętla śmierci, która zaciska się wokół naszej szyi. Gna do przodu, nie bez drobnych usterek. Muzyk pracuje na pokrętłach, w pocie czoła kreując ostatecznie dwie ścieżki hałasu. Ten ostatni nabiera mocy w kolejnej części. Jakby pracowały turbosprężarki powietrza - narracja przypomina epokowe nagrania Squarepushera, ale pozbawione beatu, często przybiera też postać gęstego szumu. Na starcie trzeciej części przez moment wydaje nam się, że słyszymy gitarowe sprężenia. Poemat syntetycznej plądrofonii – raz wysoko, raz nisko, raz atakuje z daleka, innym razem z samego bliska. Całość nabiera pewnej pokracznej taneczności, przypomina berlińskie post-techno sprzed trzech dekad, ale pozbawiane dubowego echa. Narracja na ogół pulsuje w niskich częstotliwościach, ale potrafi też być lekka, brzmieć niczym uszkodzona krótkofalówka. Końcowa narracja nie jest bynajmniej kodą, to nowa, gęsta porcja hałasu. Zmutowane, poranione kojoty wyją do księżyca, a przed nami lub w nas, w samym środku naszej głowy, już tylko ściana dźwięku.




Marco Ferrazza & Giacomo Salis  Verso (Tone Burst, Kaseta 2022)

Listopad i grudzień 2021, studyjna sesja improwizowana we Włoszech; Marco Ferrazza – elektronika oraz Giacomo Salis – instrumenty perkusyjne i obiekty. Cztery epizody, 31 minut.

Jeśli nagranie podsyła nam włoski perkusjonalista Salis, możemy być pewni dźwiękowego ciągu przyczynowo-skutkowego, wysokiej jakości i dużej pieczołowitości w kreowaniu absolutnie swobodnej improwizacji. Tym razem Giacomo wyłącznie w towarzystwie elektroniki, znów z tezą na ustach, iż elektroakustyka może mieć bardzo intrygujący dla ucha wymiar. Pierwsze dwie części dają tu lekką przewagę akustyce, w dwóch kolejnych delikatny prym wiedzie syntetyka. Ale, tak czy inaczej, proporcje są naprawdę modelowe.

Na starcie syntetyka pulsuje bezruchem, zaś na perkusyjnym werblu szeleszczą przedmioty poruszające się ruchem okrężnym. Narracja nabiera tu drobnej dynamiki, głównie dzięki rosnącemu napięciu na glazurze perkusyjnego przedmiotu, być może także w efekcie działań live processing, ale tego akurat nie jesteśmy pewni. W kolejnej improwizacji syntetyka stawia na działania o znamionach dynamicznych, z kolei akustyka mości się w sobie, przypominając dźwiękowy rozgardiasz w domowej kuchni. Słyszymy inside piano, ale to zapewne złudzenie foniczne. Z czasem wszystko smakuje tu żywym mięsem. W trzeciej odsłonie elektroakustyka chwili przybiera na masie i stanowczości. Najpierw szemra, potem zaczyna skwierczeć jak olej na patelni. Narracja nosi już znamiona hałaśliwej, jeśli tylko podkręcimy potencjometr - przypomina soundtrack do filmu o umierającym przemyśle ciężkim. W finałowej opowieści syntetyczne pulsowanie napotyka na perkusjonalne szumowisko. Elektroakustyczny śmietnik mieni się tu wieloma szarymi barwami. Można odnieść wrażenie, że każdy dźwięk wpada do elektronicznego kotła i powraca na scenę w syntetycznej powłoce. Żywe dźwięki stękają i szeleszczą, martwa natura szuka zagubionej dynamiki.  



 

René Lussier  Au Diable Vert (Circum-Disc/ ReR Megacorp, CD 2022)

Czas, miejsce i forma nagrania nieznane: René Lussier – gitary, bas, instrumenty perkusyjne, kompozycje, Luzio Altobelli – akordeon, marimba, Julie Houle - tuba, euphonium, Robbie Kuster - mały zestaw perkusyjny, mbira, śpiewająca piła, Marton Maderspach – mały zestaw perkusyjny, Guillaume Bourque – klarnety, Alain Trudel – puzon (w trzech utworach), Koichi Makigami – głos (jeden utwór), Takashi Harada - fale Martenota (jeden utwór) oraz Chris Cutler – głos (jeden utwór). Dziewięć części, 48 minut z sekundami.

Znamienita postać francuskiej art-rockowej gitary zaprasza na wycieczkę do miejsca, które nazwać moglibyśmy … paryskim lunaparkiem. Nagrania powstałe, tudzież wykoncypowane w trakcie pandemii (zatem nie wiemy, ile tu klejenia ścieżek, ile realnych spotkań muzyków), bogate w wydarzenia foniczne, zgiełk ulicy, chaos kreacji i plejady dźwiękowych gagów, po prawdzie nieco-slapstickowych. Ów wielobarwny kalejdoskop upstrzony jest mnogością gitarowych fraz, co dla wielu stanowić będzie zapewne główną atrakcję tej płyty.

Już pierwsze nagranie doskonale wprowadza nas w klimat płyty. Frywolna, dość zabawna gra w dźwięki (z akordeonem!), ale narracja poszatkowana niemal po zornowsku! Bogata instrumentacja, głosy z offu i drobne zaśpiewy, zarówno wokalne, jak i dęte. W kolejnych częściach napotykamy na coraz więcej gitarowych popisów - tylko ten instrument zdaje się tu mieć jakąś drobną przestrzeń do improwizowania. Dramaturgia rwana i szarpana, ale precyzyjnie zaplanowana, a całość definitywnie przeładowana pomysłami. W trzecim utworze pojawia się prawdziwie rockowa ekspresja, w kolejnej, już na poły balladowej, słyszymy więcej niż jedną gitarę, także marimbę i ciepły tembr puzonu. I jakby nam było mało, narrację rozrywają także wokalne wtręty w języku japońskim. Finał utworu grany już jest w tempie karabinu maszynowego, zgodnie z zasadą, iż najświętszą na tym albumie jest idea permanentnej zmiany. W kolejnych częściach mamy bluesową balladę, skoczny, francuski walczyk z kwasowym posmakiem i udaną fazę improwizacji z akordeonem w roli głównej. Nim opowieść dobrnie do szczęśliwego końca dostajemy jeszcze dwa ekspresyjne utwory z rockowymi emocjami i finałową, taneczną opowieść (z tubą!), która pachnie dobrą, bałkańską wódką.




Shepherds Of Cats and Markus Wenninger  Shepherds Of Cats and Markus Wenninger (Fanfare Records, CD 2022)

Luty 2016 roku, miejsce nieznane, okoliczności studyjne,: Markus Wenninger – flet, klarnety, syntezator modularny, didgeridoo oraz Dariusz Błaszczak - tampura, śpiewające miseczki, gongi, porcelanowe dzwony, obiekty, klawikord, Aleksander Olszewski – instrumenty perkusyjne, głos, drobne przedmioty dmuchane, Jan Fanfare - clavinet D6, głos, looper, harmonika, gitara, Adam Webster - wiolonczela, looper, głos oraz Vj Pietrushka - live visual (w wersji audio pozostaje nam wyobraźnia). Cztery improwizacje, 38 minut.

Nasi ulubieni Koci Pasterze, orędownicy transowej, rozwichrzonej, dalece swobodnej improwizacji powracają z artystycznego niebytu wraz z niemieckim multiinstrumentalistą i niewykluczone, iż serwują nam swoje najlepsze jak dotąd danie. Soczyste, klimatyczne, dobrze skonstruowane pod względem dramaturgicznym i brzmieniowym, zgrabnie nasycone niebanalną rytmiką, dodatkowo doposażone w świetną robotę dętą zaproszonego gościa.

Pierwsza opowieść rodzi się tu w ciszy elektroakustyki, małych strun traktowanych wilgotnym smyczkiem i dętych oddechów. Flow formuje się niejako samoczynnie zwinną pracą perkusjonalii, do gry wchodzą kolejne instrumenty, a w tle snuje się strużka psychodelii. W kolejnej opowieści na czele orszaku straceńców pojawia się aktywny klarnet, którego niosą polirytmiczne perkusjonalia. W tle świetnie pracuje wiolonczela, a nad nią unosi się chmura elektroakustycznych niespodzianek. Narracja połyka kolejne strumienie dźwiękowe i z łatwością wspina się drobne, jakże ekspresyjne wzniesienie. Trzecia opowieść znów startuje w mroku, syci się pojedynczymi odgłosami, skutecznie szuka rytmicznej bazy. Jej nerwem życia staje się didgeridoo. Egzotyka rytualnego tańca porywa tu wszystkich, a nerwowe tło buduje dodatkowe emocje. Czwartą improwizacją otwierają dźwięki fletu. Dość szybko do pracy biorą się perkusjonalia. Chamber cello rzuca wyzwanie, które liczyć może na kreatywne reakcje z każdej strony. Opowieść ma tu kilka faz, czasami rezygnuje z bazy rytmicznej na rzecz serii pytań i odpowiedzi, zwinnej gry na małe pola, tudzież budowania onirycznej aury głosami z offu.



Ziemia  Ziemia Dniem (Ziemia, CD 2022)

Czas i miejsce powstania nagrania nieznane: Oskar Tomala – gitara, klarnet, Mateusz Żydek – trąbka, Jakub Wosik – kontrabas, skrzypce oraz Alan Kapołka – perkusja. Siedem kompozycji własnych, 49 minut. 

Obiecany w preambule tekstu soczysty jazz zapewnia nam krajowy kwartet w składzie jak wyżej. Młodzi muzycy dobrze tu sobie wszystko rozpisali, przydzielili role i sprytnie je wykonali. Tematy są zgrabne, nieprzegadane, solowe ekspozycje trzymają poziom, a całość nie musi podpierać się cytatami z przeszłości, choć ich nie unika. Najlepsze wszakże przydarza się muzykom, gdy puszczają wodze fantazji, śmiało wkraczają w dynamiczne strefy i rozsiewają plamy ekspresji po całej scenie studia nagraniowego.

Temat otwarcia wydaje się być dość słodki i nad wyraz melodyjny. Szybkie wejście w fazę improwizacji dobrze tu robi wszystkim – także rockowo usposobionej gitarze i trąbce, która brudzi swoje brzmienie. W kolejnej narracji introdukcja przypada w udziale gitarowym pick-up’om, temat jest przebiegle ogrywany, a kolektywne improwizacje pachną odrobiną bluesa. W części trzeciej uwagę kierujemy na soczyste solo trąbki i gitarę, która zdaje się brzmieć m-base’owo. Czwarty temat płynie z kontrabsu (nie pierwszy zresztą raz), a całość syci się ambientowymi klimatami. To, co najlepsze na krążku dzieje się w utworze piątym. Drive basu ustawia tu wszystko. Narracja z rockowym zębem i semickim zaśpiewem udanie odnajduje strefę spokoju, zmysłowych preparacji (są i skrzypce!), tłumionych melodii, tudzież mrocznej kameralistyki. Szósty temat na starcie huśta się na wietrze, po czym łapie prosty rytm, a tradycyjny już na tym albumie wzrost dynamiki dobrze robi całej ekspozycji. Finałowa kompozycja w swej fazie wstępnej nosi znamiona ciepłej, niesmutnej ballady, zdobionej fikuśnymi ornamentami i szczyptą gitarowego dubu. Po eskalacji tempa opowieść zdaje się formować w niebanalną trawestację La Fiesty Return To Forever!



 

Elo Masing, Christoph Schwantke, Hui-Chun Lin & Kakaduu  Music with Birds (Creative Sources, 2CD 2022)

Marzec 2021, Berlin: Elo Masing – skrzypce, głos, obiekty, Christoph Schwantke - 8-strunowa gitara, głos (dysk pierwszy), Hui-Chun Lin – wiolonczela, obiekty, głos (dysk drugi) oraz Kakaduu – dźwięki wszelakie. Łącznie czternaście improwizacji, 93 minuty z sekundami.

Z ptakami improwizował już choćby Evan Parker, czyniąc ornitologiczne dyskusje za pomocą saksofonu sopranowego. Tym razem do kreatywnej wymiany dźwięków z żywą istotą stają instrumenty strunowe. Skrzypce, raz z udziałem gitary, drugim razem wiolonczeli, starają się włączyć w proces swobodnej improwizacji papugę. Ta ostatnia wydaje sporo dźwięków (także uderza w dzwoneczki), czasami sprawia wrażenie nieco przestraszonej, ale bywa też, że sama próbuje nadawać ton narracji.

Jeśli na pierwszym dysku szukamy urokliwych dźwięków instrumentalnych, to naszą uwagę winniśmy zwracać nade wszystko na pracę skrzypiec. Niemal w każdej z krótkich, nieprzegadanych odsłon mają nam one do zaoferowania dużo smukłych, niekiedy preparowanych, ale także melodyjnych fraz. Jeśli w tej części albumu szukamy szczególnie udanych interakcji na linii instrument-ptak, sięgnąć winniśmy po ostatnie trzy opowieści. Szczególnie część ósmą, gdy większość narracji, to głosowe pobudzanie papugi do aktywności. Rozmowy i śpiewy, krzyki i nawoływania. Finałowa opowieść zostaje oddane w ręce ptaka, a muzycy jedynie spacerują wokół niego. Definitywnie ciekawiej jest na dysku drugim, który przynosi cztery rozbudowane improwizacje. Od samego początku w bystre interakcje wchodzą tu zarówno muzycy, którzy nie szczędzą nam post-barkowych piękności i brudnych, preparowanych fraz, jak i papuga, której długie, smyczkowe frazy wydają się podobać szczególnie mocno. Swoje dokładają także obiekty, które szeleszczą i dobrze wpływają na ptasią kreatywność. Najbardziej urokliwą częścią jest tu druga improwizacja (z bardzo aktywnym ptakiem), najbardziej zaś ekspresyjną trzecia, gdy narracja prowadzona jest zdecydowanie przez trzy ośrodki dźwiękowe. Zwinnych interakcji nie brakuje także w ostatniej improwizacji, w trakcie której kakadu wydaje się niebywale pobudzone i skore do dźwiękowych figli.

 


piątek, 11 czerwca 2021

KOOR! Sunday at De Ruimte! Ototsky Quartet! Louloudis! Deemer+1! Lussier! Truuve! Spirit Skinned! The June Round-up!


Czas na comiesięczną zbiorówkę nowości płytowych! Dziś osiem świeżych, nad wyraz wiosennych propozycji do tańca i śpiewania!

W czasach permanentnej pandemii muzycy tworzą dźwięki na potęgę, recenzenci zaciskają pięści na zapoconych klawiaturach komputerów, a konsumenci nie wiedzą, skąd kraść pieniądze, by ów boom nadprodukcji muzyki móc przetransportować do swoich odtwarzaczy! A przydatność Waszego ulubionego improwizowanego przewodnika zdaje się rosnąć z każdym dniem naszej wiecznej pożogi!

Dzisiejsza opowieść wyjątkowo często sięgać będzie po prawdziwie jazzowe emocje. Czekaja nas eksplozje free jazzu, bystre ucieczki w swobodną improwizację, pełne garście open jazzu, który incydentalnie haczyć będzie nawet o estetykę main-streamu, ale jak to na Trybunie – całość złamiemy odrobiną elektroniki, gitarowym kalejdoskopem tajemniczych dźwięków, a także intrygującym, śpiewanym (mruczanym?) post-electro!

Marszruta? Oj, będziemy dziś wszędzie! Włochy z francuskim akcentem, Holandia po polsku i amerykańsku, Rosja, Belgia w Nowym Jorku, Zjednoczone Królestwo, Francja, Norwegia i Berlin! Pachnący bukiet świeżynek specjalnie dla Was - szykujcie portfele!

 


KORR  Tombé de la voûte (We Insist Records, CD 2021)

Jeden z naszych bezwzględnie ulubionych francuskich saksofonistów Michel Doneda (sopran i sopranino) w styczniu 2019 roku zabłądził we włoskich kniejach i niespodziewanie znalazł się w piwnicy należącej do perkusisty Filippo Monico. Dokładnie tam przebywał także kontrabasista Andrea Grossi. Panowie, choć spotkali się po raz pierwszy w życiu, zagrali imponujący set improwizacji dobrze posadowionych w idiomie open jazzu, który nie stroni od kameralistycznych wycieczek. Opowieść swą podzieli na jedenaście części (dodajmy, iż od czwartej do dziesiątej zagrali nieprzerwany strumień dźwięków). Całość ich piwnicznych aktywności zamknęła się w niespełna 43 minutach.

Pierwsze trzy utwory zdają się pokazywać całe spektrum możliwości muzyków, ich warsztatu, kreatywności, umiejętności budowania skrupulatnej dramaturgii, nade wszystko zaś otwartości na wszelkie rozwiązania stylistyczne i estetyczne. Muzycy zaczynają od smakowitej porcji łagodnego free jazzu, z zalotnym sopranem, który pięknie imituje dźwięk smyczka posadowionego na chybotliwym gryfie kontrabasu. Zaraz potem chytrze kryją się w alkowie kameralnej zadumy, szumią i głęboko oddychają. Z kolei w trzeciej części łechcą ucho recenzenta piękną zabawą w call & responce, z której bez zbędnej zwłoki przenoszą się w całkiem energetyczny strumień dźwięków, pełnych jazzowych smaczków i improwizowanych zakrętów.

Począwszy od części czwartej zanurzamy się na dłużej w jednym, nieprzerwanym paśmie dźwiękowym, w trakcie którego muzycy jeszcze efektowniej uwypuklają wszelkie atrybuty jakości, jakimi obdarzyliśmy ich w trakcie poprzedniego akapitu. Opowieść zaczyna preparowany saksofon, szumiące szczoteczki i struny ugniatane na gryfie. Ponownie słyszymy piękny moment imitacji smyczka i saksofonu. Narracja równie szybko nabiera tempa (świetnym drummingiem!), jak i wytraca moc czerpiąc powietrze niezbędne do życia z pracy smyczka. Ten ostatni nie waha się także wejść na moment do jaskini post-baroku. W każdej sytuacji same smakowitości pichci nam saksofonista, który wydaje się, że najpełniej czerpie z multigatunkowej konwencji całej improwizacji. Nim wybrzmi owa suita, która trwa prawie 20 minut, muzycy wejdą jeszcze na efektowne wzgórze (masywnym kontrabasem, wyjątkowo łobuzującym saksofonem i czasami dość delikatną pracą perkusji), po czym zalegną w głębokiej krypcie i toczyć będą niekończące się, wyjątkowo spektakularne dyskusje z ciszą. Ostatnia, jedenasta improwizacja, już po wyraźnej pauzie, zdaje się kontynuować tłumione opowieści końcowych minut suity. Plamy preparowanego saksofonu, pałeczki muskające glazurę werbla i kontrabas, która na końcowej prostej ciągnie jeszcze całe trio na drobne, w pełni jazzowe wzniesienie. Całość gaśnie snem dalece kameralnym, głównie za przyczyną smyczka.

 


Frank Rosaly/ Marta Warelis/ Aaron Lumley/ John Dikeman  Sunday at De Ruimte (Doek RAW, CD 2021)

Szybki skok do małej, ale jakże uroczej Holandii! Miejsce zwie się De Ruimte, zgodnie z tytułem płyty mamy niedzielę, a koncert jest częścią Doek Festival, jaki miał miejsce latem ubiegłego roku. Na scenie polska pianistka Marta Warelis oraz trójka chłopaków z amerykańskimi paszportami, z których część często przebywa po naszej stronie Wielkiej Wody, kolejno: Frank Rosaly – perkusja, Aaron Lumley – kontrabas oraz last, but not least, John Dikeman – saksofon tenorowy. Nagranie podzielone na cztery części trwa 62 i pół minuty.

Koncert startuje z pozycji bardziej kameralnych, a początkowy flow budowany jest przez trio abstrakcyjnego piano, smyczka na kontrabasie i małych perkusjonalii. Tenor włącza się do gry prawdziwie coltrane’owskim zaśpiewem po kilku minutach i zdaje się nieść improwizację całkiem wysokim wzgórzem. Brzmienie wszystkich instrumentów jest dość matowe, zbierane jednym mikrofonem, ale nad wyraz żywe. Kwartet sprawia wrażenie dalece demokratycznego tworu, bo każdy z muzyków ma do dyspozycji sporą przestrzeń dla indywidualnej kreatywności. Muzyka stoi po kolana we free jazzowej tradycji, ale zwinnie unika typowych dla niej rozwiązań, nie stroni od wyszukanych fraz (brawo piano!) i zdolna jest raz za razem zaskakiwać odbiorcę nowymi pomysłami. W drugiej części, najdłuższej na płycie, opowieść śmiało trąci zmysłowym free impro, nie boi się sięgać po metody improwizacji w formie pytań i odpowiedzi, nie eskaluje emocji, a muzycy zdają się posiadać trwałą umiejętność zdejmowania nogi z gazu. Nawet jeśli Dikeman wrzaśnie swym tenorem (jak choćby w okolicach ósmej minuty), nie oznacza to wcale, iż pozostali muzycy skaczą w ogień bez chwili refleksji. Tę część koncertu, po kilku krótkich ekspozycjach solowych, wieńczy narracja niemal post-bluesowa.

W kolejnych dwóch częściach, każdej trwającej pełny kwadrans, muzycy zdają się pracować jeszcze bardziej nieśpiesznie. Mnożą wątki, podsycają nowe pomysły, być może chwilami mają ich nawet zbyt wiele. Co ciekawe, instrumentem, który najczęściej schodzi tu w kuluary jest saksofon tenorowy. Ostatnia część koncertu najpełniej zbliża się do estetyki free chamber, nie stroni nawet od post-barokowych ekspozycji smyczka. Oczywiście sam tenor nie przysypia i funduje nam do czasu do czasu efektowne, free jazzowe spiętrzenia. Ale i one mają swoją rozrzedzoną strukturę, wypełnioną ponadgatunkowymi frazami, słanymi na ogół wprost z wyjątkowo bystrej klawiatury fortepianu.




Ototsky Quartet  Stamp a Spot (Fancy Music, LP 2021)

Pozostajemy w jakże jazzowej formule kwartetowej, dodatkowo prawie nie zmieniamy instrumentów. Centrum Kultury DOM w Moskwie znamy świetnie z tysiąca płyt, a na jego scenie, w marcu 2018 roku, odnajdujemy czterech muzyków. Są to: Ilia Belorukov – saksofon altowy, Kirill Shirokov – fortepian, Dmitry Lapshin – kontrabas i facet, który daje nazwę całej formacji, czyli Peter Ototsky – perkusja. Muzycy grają cztery utwory, które zdają się świetnie ilustrować spektakularny proces ucieczki od jazzowych schematów w kierunku swobodnej, chwilami kameralnej improwizacji. Wszystkie części są dobrze skrojone do wymiaru czarnej płyty, trwają bowiem łącznie niespełna 44 minuty.

Tezę zawartą w preambule recenzji doskonale uwypukla improwizacja otwarcia. Kwartet zaczyna swobodnym jazzem, barowym, niemal korzennym brzmieniem, ze swingującą sekcją rytmiczną, wartkim strumieniem piana i saksofonem altowym o lekko zabrudzonym brzmieniu, który śmiało mógłby usadowić się w tym miejscu niemal sześć dekad temu, na przykład na koncercie Erica Dolphy’ego. Muzycy płyną w bystrym tempie, równie dobrze radzą sobie też w wolniejszych momentach. Każdy z muzyków realizuje partie solowe, dobrze wsparte na akompaniamencie kolegów, ale z czasem narracja nabiera bardziej kolektywnego spleenu i stwarza przestrzeń na improwizacje dla każdego z artystów w tym samym momencie dziejów gatunku. Drugą część otwiera duet basu i piana. Pozostali muzycy wchodzą do gry po niedługiej chwili, a owa swobodna improwizacja nabiera dynamiki, głównie dzięki rytmizującym zabiegom kontrabasisty. Świetne chwile altu dobrze korelują tu z jakością całej narracji, która na koniec serwuje nam jeszcze zmysłowy duet tegoż saksofonu z fortepianem.

Drugą stronę winyla rozpoczyna duet basu i perkusji. Muzycy początkowo poruszają się na scenie całkiem leniwie, bardziej dbając o niuanse brzmieniowe i dramaturgiczne. Po chwili równie efektownie łykają dynamikę godną jazzu całkowicie pozbawionego schematów. Odnotowujemy jeszcze bystry dialog saksofonu i basu, dobrze skomentowany abstrakcyjnym piano, który śmiało możemy wskazać jako najlepszy moment na całym koncercie. Czwarta improwizacja to już zdecydowany krok w kierunku free chamber. Szum z tuby, szelest z perkusjonalii, pojedynczy klawisz piana. Zwiewny minimalizm, z którego muzycy budują open jazzową konstrukcję. Opowieść toczy się bez eskalowania tempa i znów kończy się dialogiem altu i piana, na ostatniej prostej świetnie skomentowanym jazzowym walkingiem kontrabasu.



 

Alex Louloudis  Words (Off, DL 2021)

Przenosimy się do Nowego Jorku (studio nagraniowe The New School University, czerwiec 2018). W świetnie brzmiących przestrzeniach odnajdujemy muzyków, których nazwiska nic nam nie mówią, a kolory paszportów pozostają nieznane, ale na tych łamach uwielbiamy takie sytuacje! Szefem przedsięwzięcia jest perkusista Alex Louloudis (on także podpisuje się pod warstwą kompozytorską). Wspomagają go: Rafael Statin – saksofon tenorowy oraz Dean Torrey – kontrabas. W pierwszym i ostatnim utworze do wspomnianej trójki dołączają także: Rosdeli Marte – wokal, Kaelen Ghandhi – saksofon tenorowy oraz Aaron Rubinstein – gitara. Na płycie znajdujemy sześć utworów, których odsłuch zajmuje mniej niż 40 minut.

W formule tria (utwory 2-5), muzycy stawiają na dynamikę i bezpretensjonalność. Proponują nam jazz bliski estetyce main-streamu, wszystko czynią na pełnych prawach gatunku, z saksofonem, który dodaje jakości i w rozbudowanych partiach improwizacji potrafi przepoczwarzać się w zadziorne, całkiem drapieżne ptaszysko. Muzyka wydaje się świetnie nadawać na długie trasy samochodowe, także do towarzyskiego tupania nogą i podśpiewywania. Po stronie plusów warto też odnotować solowe ekspozycje perkusisty (utwór drugi) i kontrabasisty (utwór czwarty).

W rozbudowanym do sekstetu składzie muzyka Louloudisa budzi większe ambiwalencje. Pieśń otwarcia zdaje się być jedynie akompaniamentem dla recytowanego tekstu Words (także autorstwa perkusisty) i dość szybko wpływa na narracyjne mielizny, pełne momentów pozbawionych ognia i emocji. Celem muzyków staje się wówczas jedynie efektowna ekspozycja tematu kompozycji. Dużo ciekawiej dzieje się w ostatniej części płyty. Początkowo sekstet znów skupia się na podaniu tematu i delikatnie przynudza, ale w połowie utworu muzycy zaczynają sprawiać wrażenie, jakby ktoś podłączył ich do stacji wysokiego napięcia. Wszyscy harcują i łobuzują (brawo gitara!), emocje rosną, a odpowiednia dynamika sprzyja małym eksplozjom. Dodatkowo każdy z saksofonów dokłada cegiełkę do udanego obrazu całości.

 


Deemer+1  Aftermath (Luminous, CD 2021)

Po czterech całkiem jazzowych płytach czas na pierwszy kontrapunkt! Deemer, to kobiecy duet łączący instrument dęty i całe zwoje komputerowych kabli. W ramach wersji rozbudowanej Dee Byrne (saksofon altowy, elektronika) i Merijn Royaards (elektronika) zaprosiły na nagranie perkusistę Johnny’ego Huntera. Spotkanie studyjne miało miejsce w listopadzie 2019 roku, w Londynie. Jego efektem jest dziewięć improwizacji, które trwają łącznie 31 minut z sekundami.

Trzeba przyznać, że odsłuch albumu Aftermath sprawił, iż emocje recenzenta skakały do wysokiego nieba, ale też brutalnie upadały na szorstką podłogę. Z jednej strony, cała plejada wyśmienitych pomysłów na łączenie improwizującego duetu sax & drums z elektroniką, która nie stroni od dubowej poświaty i niebanalnych rozwiązań dramaturgicznych, z drugiej - wiele propozycji tria, to ledwie miniatury, wprawki warsztatowe, które w formie, jaką dostajemy na nagraniu zdają się być produktem niedokończonym. Poznajmy wszakże garść szczegółów, a zwłaszcza te najbardziej udane momenty płyty.

W drugim utworze free jazzowy duet żywych instrumentów płynie w zmysłowym, ale nerwowym strumieniu syntetyki, która narasta wraz z rosnącą dynamiką nagrania, po czym efektownie rozlewa się w post-psychodeliczną ciszę. Kolejny epizod w podobnej sytuacji stawia samotny saksofon, a efekt końcowy jest równie udany. Z kolei czwarta część tłumi emocje i dynamikę, a dźwięki płyną na dubowym delayu, jak niedogotowany kisiel. Całość bardzo syntetyczna w brzmieniu, ale zadowoli nawet wybrednego słuchacza. Na tle kilku innych nagrań siódma część wydaje się być szczęśliwie produktem dalece skończonym. Pachnie zdrowym free jazzem, choć zaczyna się spowolnioną, tłumioną grę wstępną zarówno dźwięków akustycznych, jak i syntetycznych. Na koniec opowieść efektownie gęstnieje, staje się bardzo intensywna, mimo braku basowych strumieni dźwiękowych. Ten ostatnie pojawiają się w kolejnej części, sprawiając, iż utwór przypomina stylowy drum’n’bass z rozśpiewanym saksofonem. 

 


René Lussier  Complètement Marteau! (ReR Megacorp & Circum-Disc, CD 2021)

Wracamy na stały ląd i trafiamy do Francji. Jazz-rockowego gitarzystę René Lussiera zdążyliśmy już kiedyś poznać, dziś zaprasza on nas na solowy album, na którym gra na wielu instrumentach, produkując niezliczone wątki dramaturgiczne, zarówno improwizowane, jak i precyzyjnie skomponowane. Muzyk używa poza gitarami także głosu, instrumentów perkusyjnych (także elektronicznych) i dwóch nieznanym nam urządzeń dźwiękowych - podorythmie i daxophone. W jednym utworze (tym najbardziej improwizowanym) Lussiera wspomaga Hugo Blouin na kontrabasie. Płyta składa się z siedmiu części i trwa niewiele ponad trzy kwadranse.

One man show zaczynają mnożące się, jak grzyby po deszczu, wątki gitarowe, garść rytmu wprost z ust (beatbox?) i cały ocean fake sounds, zarówno elektrycznych, jak i elektronicznych. W kolejnej opowieści gitara nabiera całkiem jazzowego posmaku, śpiewa piosenki i każe nam tańczyć. Brawura, brak stylistycznych zahamowań, ale też samokontroli artystycznej – notuje recenzent w ramach drobnego resume. W części trzeciej post-rockowa gitara tapla się w nieco inwazyjnej syntetyce, a jej dźwięki haczą wręcz o plądrofonię. Jeśli jest jakiś gatunek muzyki, o którym zapomnieliście, Lussier wam go przypomni! W tej konwencji narracyjnej, co rusz kłania nam się szyderczo uśmiechnięty John Zorn.

Czwarta część stanowi ważny i niezbędny dla odbioru całości kontrapunkt. Słyszymy kontrabas, a po chwili nawet trzy jego pasma, które ciekawie improwizują, czasami starając się budować pewną strukturę rytmiczną. Kolejną część moglibyśmy nazwać strings in slow electronic motion. Delikatne frazy, niczym ścieżka dźwiękowa do nowoczesnego baletu. Można nucić nawet grzecznym dzieciom przed snem. W szóstej opowieści powraca posmak syntetyki, która oplata kolejne wątki gitarowe. Aura nabiera posmak godnego określania post-techno i ciekawie wybrzmiewa niemal dubowym echem. Płytę o tysiącu twarzy kończy krótka, niemal warsztatowa wprawka perkusyjna.

 


Tvuru  Tvuru (Ava Records, CD 2021)

Czas na Norwegię i całkiem nowe trio, przynajmniej, jeśli chodzi o naszą percepcję sceny europejskiej: Andreas Andersen – gitara i kompozycje, Henrik Sandstad Dalen – kontrabas oraz Ola Øverby – perkusja. Nagranie studyjne z maja 2019 roku (miejsce akcji nieznane) składa się z jedenastu części i trwa 37 minut z sekundami.

Młodzi Skandynawowie proponują nam dość nieskomplikowaną wycieczkę po obrzeżach open jazzu, który silnie korzysta z doświadczeń i metod pracy rocka, nie tylko z uwagi na pracę gitarzysty, ale także kontrabasisty i perkusisty, którzy koncertują się na budowaniu rytmu i trzymaniu narracji w ryzach zadekretowanej dyscypliny. Najwięcej swobodny ma tu gitarzysta, który często improwizuje, czasami płynie wielośladem o różnych poziomach intensywności, często ucieka w delikatną psychodelię, ale nie stroni też od delikatnych pasaży, podczas których jego instrument brzmi jak skrzypce, a nawet harfa. Tvuru to po prawdzie propozycja dla miłośników post-rocka, którzy oczekują czegoś więcej lub zmęczonych cięższymi odmianami jazzu fanów, którzy liczą na odrobinę zmysłowego chill-outu po wielkich porcjach mosiężnych improwizacji.

Każdy z utworów oparty jest na pewnym schemacie dramaturgicznym. Kontrabasista otwiera nagranie, rysuje coś na kształt struktury rytmiczno-melodycznej, a perkusista dobrze wspiera go w tym zacnym dziele. Gitarzysta wchodzi niejako na gotowe i buduje swobodną warstwę melodyczną, niepozbawioną znamion improwizacji. Płyty słucha się dobrze, choć pod jej koniec, który nie następuje przecież zbyt późno, możemy poczuć lekkie znużenie. Ciekawe momenty płyty, to utwór szósty, a zwłaszcza moment, gdy wszyscy muzycy puszczają wodze fantazji i improwizują, a także utwór siódmy, który bazuje na ciekawym, nieregularnym metrum. Wreszcie sam finał – rodzaj post-produkcyjnej zabawy w zniekształcone brzmienia, ledwie minuta z sekundami, trak nieoznaczony na okładce płyty, a być może wytyczający kierunek, w którym trio winno podążać w przyszłości.

 


Spirit Skinned  Spirit Skinned (Edelfaul Recordings, Kaseta/DL 2021)

Na zakończenie dzisiejszej zbiorówki prawdziwa wolta stylistyczna! Zapraszamy w berlińskie, undergroundowe zakamarki na ekspresyjny spektakl wybuchowej mieszanki post-electro, dub and experimental, trip-hop, a także post-techno! W roli wokalisty - Ben Ronen, a za niemal wszystkie dźwięki instrumentalne i elektroniczne odpowiada Ofer Tisser. W roli wisienek na torcie, w pojedynczych epizodach pojawia się także saksofon tenorowy (Shoham Manela) oraz skrzypce (Johana Ritmuller). Siedem intensywnych pigułek złych mocy trwa około 40 minut.

Zaczynamy w klimatach slowly drum’n’bass, z recytującym głosem, dubowym echem i zapachem zioła, jakie ulatnia się z każdego dźwięku. Post-reggea'owy groove dopełnia obrazu całości. W kolejnej części groove ma już posmak electro, ale wciąż leniwa narracja pcha nas w objęcia ducha trip-hopu, godnego najlepszych płyt Tricky’ego! Flow robi się nerwowy, a głos wokalisty wręcz desperacki. W trzeciej opowieści beat przyspiesza, narracja stawia na minimalizm, a w tle bulgoczą całe zwoje hałasu. Bystrym komentarzem na etapie wybrzmiewania zdaje się być ryczący saksofon. W kolejnej części, nim usłyszymy pijane skrzypce podłączone do prądu, słuchamy jeszcze zgrzytów i sprzężeń, które przypominają zdezelowaną gitarę elektryczną i ochłapy zniekształconego głosu. Nie dane nam jest jednak słuchać jakiejkolwiek warstwy rytmicznej.

Piątą opowieść kreuje zniekształcony, niemal plądrofoniczny, tryumfalnie powracający beat. Brudny flow znów zabiera nas do garderoby bristolskich mistrzów dziwnych dźwięków z połowy lat 90. ubiegłego stulecia. Szósta historia – dla odmiany - zdaje się dziać w warunkach … domowych. Suchy, niemal akustyczny beat i dźwięki otoczenia, w tym także przypadkowo napotkane instrumentu ulicy – akordeon i mandolina. Wreszcie prawie 11 minutowy finał tego niesamowitego tripu, budowany z mozołem, z drobnym elementów, które z czasem nabierają mocy. Nerwowa elektronika, beat godny klasyków berlińskiego post-techno z przywołanych chwilę wcześniej lat 90, ale całość stawia na pewną lekkość, chwilami przypomina leniwe downtempo, inkrustowane dubowym echem. Żonglerka gatunkowa zatem na całego, ale realizowana z dużym smakiem i pozostająca pod nieustającym wpływem mroków kulawej egzystencji. Pod koniec mamy wrażenie, że upiorny, mantryczny rytm budują głównie akustyczne przedmioty.

 

 

piątek, 2 listopada 2018

Albatre! Schneider & Almeida! Dikeman! Jacobson & Gotta Let It Out! Wachtelaer! Fischer! Lussier! Gregorio! The november’ rain of fresh vegetables!


Przed nami jesienny wysyp nowości wydawniczych, obfitujący w szereg zaskoczeń, wolt stylistycznych i jak to bywa na tych łamach, rozwiązań niestandardowych. Kilku ulubieńców redakcji i cały orszak nowych nazwisk i nazw do zapamiętania.

Zaczniemy po portugalsku (choć po holendersku), dynamicznie, na poły rockowo. Nie zabraknie – co oczywiste - krwistego free jazzu i rozbujanego free improve. Będzie rozbudowany wątek skandynawski (choć po części polski), interludium belgijskie, szczypta dźwięków z północy kontynentu amerykańskiego, a na sam finał drobny, polski akcent. Uwaga, uspokajam jednego z krajowych muzyków improwizujących - tym razem nie będziemy straszyć szatanem!

Muzycy do instrumentów, pismaki do piór, słuchacze do głośników i koniecznie na zakupy! Muzyki nie produkuje się za darmo!




Albatre  The Fall Of The Damned (CD Shhpuma/ Clean Feed, 2018)

Potencjometry nastawiamy na full, zapinamy pasy i startujemy! Jeden z najgroźniejszych i najgłośniejszych bandów z Holandii (pełnoprawny uzurpator prawa do nazwy The New Wave Of Dutch Heavy Jazz!) – trio Albatre, na które personalnie składa aż dwóch… Portugalczyków – świetnie nam znany i bardzo lubiany, Goncalo Almeida, tu na basie elektrycznym, także keyboardach i elektronice oraz Hugo Costa – na saksofonie altowym i efektach, wreszcie rodzimy dla przywołanego nurtu, Philipp Ernsting na perkusji i elektronice. Płyta, której tytuł konsumuje nazwy dwóch legendarnych kapel punks and new wave (ważny trop!), trwa ponad 50 minut i składa się z siedmiu utworów (śmiało możemy w tym wypadku użyć określenia – kompozycji). Na okładce replika Rubensa, pełna kształtów i nagości.

Dron pełen grzmotów, w tle otchłań bez dna, brutalny riff saksofonu, basu i perkusji! Ta płyta nie mogła zacząć się lepiej. Wraz z muzykami robimy ogromny krok w repetytywną monotonię rocka, bezwzględność death metalu, wreszcie punkową bezkompromisowość. Od 4 minuty galop odbywa się już na dociśniętym pedale gazu. Dynamiczny rytm wyzbyty wyuzdanej melodyki, flażoletowe ornamenty basu i drobinki meta elektroniki. Mocny temat bez improwizacji, w szerszym znaczeniu tego terminu. W 6 minucie Costa brnie wszakże w małą ekspozycję, która nosi znamiona swobodnej wymiany dźwięków. Kolejny odcinek zwraca naszą uwagę na fantastyczny sound gitary Almeidy – krystaliczny punks & noise z upalonym ambientem w tle. W trzecim, muzyków wspiera gość na kongach (Nique Quentin), a cała ekspozycja wręcz wybucha afrykańską polirytmią. Do tego klangujący bas i repetytywne, mokre plamy saksofonu. Wszystko podane w radosnym tempie i z dużą przestrzenią. Pod koniec dęciak brzmi już, jak spalony syntezator! Taniec Martwego Raju – jakże adekwatny tytuł! Trio pracuje jak klasyk niemieckiego electro. Czwarty odcinek zwiastuje dziki pisk altu. Gwałci go sekcja, która brzmi niczym kolejny klasyk, tym razem wytrawnego hc/punk – choćby kanadyjskiego Nomeansno (pamiętacie killera Dead Bob?). Dance! Dance to the Radio! To kolejne skojarzenie. Piękny fragment z odrobiną dubowej przestrzeni pomiędzy sążnistymi riffami.

Piąty utwór startuje elektronicznym dronem, a dalsza narracja toczy się z bezwzględną konsekwencją. Sporo syntetyki i dubu, wszystko wszakże w zabójczej galopadzie. Brzmienie instrumentów gęstnieje, brudzi się, jakby muzycy miksowali swoje dźwięki na żywo. A w trakcie tzw. przejść, błyskotliwe flażolety (Victims Family?). Na finał utworu, melodyjny saksofon w ramach nadbudowy, a w tle pomruki psychodelii. Przedostatni fragment kompiluje syntetyczny dron i samodekonstruującą się perkusję. A saksofon tańczy niemal folkowo! Po tej eksplozji, ciąg dalszy trawestowania historii hc/punk, ze świetnym, trwającym solem altu. Sam finał tej niezwykle energetycznej płyty toczy się dronem, mocnym jak walec drogowy (to remix kompozycji oryginalnej, które nie poznaliśmy). Rockowe wejście z gitary, epickie, pełne metalowego blichtru. Brudny, pięknie wulgarny sound na ostatniej prostej!




Jörg A. Schneider & Goncalo Almeida  Schneider Collaborations (LP, Schneider Collaborations, 2018)

Pozostajemy z Almeidą, który na potrzeby tej recenzji zamienia gitarę basową na akustyczny kontrabas, wszakże brzmiał będzie nadal bardzo groźnie. Spotykamy go w serii płytowej Schneider Collaborations, którą prowadzi niemiecki drummer, bardziej kojarzony ze sceną rocka awangardowego, Jörg A. Schneider. A zatem duet, choć w aż czterech przypadkach, wspierany doskonałym saksofonem – najpierw Juliusa Gabriela (tenor), potem zaś Colina Webstera (alt). Ponieważ mamy do czynienia z winylem, całość potrwa mniej niż 40 minut.

Rockowy, progresywny drumming bez znieczulenia i zadziorny, agresywny kontrabas, który brzmi trochę, jak sucha gitara basowa. Dynamika, ekspresja, moc i kompatybilna bezkompromisowość narracji, która choć toczy się pod dyktando Schneidera, jest demokratyczna i daje Portugalczykowi wiele przestrzeni na kreatywną samorealizację. Ten drugi potrafi tu brzmieć, niczym samodzielny ośrodek perkusyjny. Świetne wsparcie dają obaj saksofoniści. Gabriel mocno jest osadzony we free jazzie, choć zwykliśmy go znać, jako bardziej subtelnego kolorystę. Dmie ostro, jakby i jego instrument nie stronił od amplifikacji. Zaskakująco bardziej wyważonego pod względem ekspresji, odnajdujemy tu Webstera. Jego alt potrafi brzmieć raz czysto, raz bardziej sucho, w każdym przypadku dodając kolorytu dynamicznym poczynaniom duetu bazowego.

Jednym z najciekawszych momentów tej bardzo dobrej płyty jest 7 minutowy Glowing, który łączy niemal polirytmiczny drumming z bystrym, repetującym nieustannie kontrabasem. Silny stempel jakości odznacza na płycie także 11 minutowy Ecstatic, który szczególnie eksponuje doskonały flow Webstera, przy okazji w pełni uzasadniając tytuł utworu. Taneczny drum’n’bass na tle stawiającego plamy saksofonu altowego. Doskonałe!




John Dikeman & Aleksandar Škorić  Deekshya (download, Nachtstuck Records, 2018)

Nie zmieniamy estetyki dynamicznej improwizacji – czas na pełno gatunkowy free jazz! Doskonale nam znamy amerykański europejczyk na saksofonie tenorowym – John Dikeman, w towarzystwie serbskiego perkusisty Aleksandara Škoricia. Spotkanie live z Groninghen, w czterech częściach, przez prawie 65 minut.

Od czasów Interstellar Space, tenor i perkusja, to sytuacja niemal klasyczna w gatunku. Na płycie Deekshya odnajdujemy gęsty, świetnie skomunikowany duet dwóch fachowców wysokiej klasy. Dikeman zdaje się być urodzony do takiej rozgrywki, kocha ekspresję i lubi budzić emocje. Jego towarzysz świetnie czuje tu bluesa, jest wyrazisty, precyzyjny, zawsze na czas i na temat, krok w krok za tenorzystą. Gdy John postanawia odpocząć i wejść w spokojniejsze tony, Aleksandar uruchamia perkusjonalną armię i daje upust swojej dużej kreatywności. Pierwszy pokaz ma już w 7 minucie pieśni otwarcia. Choć nagranie jest niezwykle ekspresyjne, nie brakuje w nim chwil zadumy i wyciszenia, dobrej sonorystyki i kompatybilnego, małego drummingu. Muzycy mają na wszystko czas i pozostawiają sobie wzajemnie dużo swobody. Choćby w 5 minucie trzeciej części, słyszymy perkusyjne ornamenty, dużo szumu w tubie saksofonu, gongi i rytuały na poły plemienne.

Muzyka Dikemana i Skoricia niczego na niwie wolnego jazzu nie odkrywa, daje po prostu wielką radość z odsłuchu, możliwość obcowania z mocą ich temperamentu, artystycznej wrażliwości i bardzo pozytywnego przekazu. A na sam finał – nie może być inaczej – czeka nas czysta orgia zmysłów, pokrzykiwania, prawdziwie ogniste smagnięcia sax & drums. I piękne wybrzmienie na talerzach.




Jacobson/ Friis/ Maniscalco + Kārlis Auziņš  Split: body (kaseta, Gotta Let It Out, 2018)

Niniejszym rozpoczynamy blok nowości duńskiej wytwórni Gotta Let It Out, prowadzonej przez polskiego kontrabasistę Tomo Jacobsona. Na początek on sam, jako tytuł wykonawczy, w skromnym trio z udziałem: Marii Laurette Friis – głos i elektronika oraz Emanuele Maniscalco – pianino. Ta trójka muzyków wypełni nagraniem koncertowym pierwszą stronę kasety Split: body (44 minuty z sekundami).

Wita nas burczenie kontrabasu, szelest small drumming (zapewne ze źródeł syntetycznych), dużo ciszy, skupienia i nieśpieszności. Słyszymy damską wokalizę, która choć zdaje się być spokojna, mogłaby straszyć w środku nocy, w ciemnym lesie. Narracja prowadzona jest w formule free improve, silnie osadzona zaś w estetyce minimal and repetitive. Z jednej strony jest nieco natarczywa, z drugiej boleśnie urocza. Od 6 minuty w rękach Tomo pojawia się smyczek, a narracja jeszcze intensywniej szuka ciszy. Elektronika zdobi nagranie onirycznym flow, jest trochę performatywna i kampowa. Pianino zanurzone w minimalizmie, ale wyraziste i niebanalne. Osią tego tria jawi się zdecydowanie kontrabas, aktywny i mocno kreatywny. Często wchodzi w sytuację solową, choć na ogół bystrze wspieraną repetycją pianina (choćby 20-22 minuta), a także kolejnymi wokalizami, zanurzonymi w smutnej elektronice. Po 30 minucie muzycy dostarczają nam małe porcje hałasu. Emocje buzują, a e-muza jeszcze dokłada do ognia. Finałowe wybrzmiewanie nie stroni od nostalgii i zadumy. Dużo ciekawego dzieje się na strunach, także głosowych.

Drugą stronę kasety wypełnia solowy incydent na saksofon sopranowy. Tu podmiotem wykonawczym jest Kārlis Auziņš. Nagranie studyjne, blisko 41 minut. Muzyk proponuje nam dwie stosunkowo krótkie improwizacje na początek i koniec oraz długą, zasadniczą część pomiędzy nimi, trwającą ponad 30 minut. Jeśli wstęp i zakończenie uznamy za istotnie wartościowe fragmenty tego nagrania (szczególnie wstęp, z rozsądnie stosowanymi technikami rozszerzonymi i mocnym, jednooddechowym flow), to środkowy utwór, szczególnie w fazie początkowej, delikatnie przynudza. To rodzaj sopranowej ballady, toczonej wg nieokreślonych do końca reguł wolnej kameralistyki. Bystrze zastosowane nożyce edytorskie dobrze posłużyłyby tej części ekspozycji. Bo już sam finał ponownie jest gęsty, niecierpliwy, a z tuby instrumentu dętego, co rusz dobywają się ciekawe kombinacje dźwięków.




Claus Hojensgard/ Emanuele Manisscalco/ Nelide Bandello  Hobama (CD, Gotta Let It Out, 2018)

Pozostajemy w towarzystwie pianisty Emanuele'a, który tym razem zagra na elektrycznym instrumencie klawiszowym, a towarzyszyć mu będą: Claus Hojensgard na trąbce i Nelide Bandello na perkusji. Nagranie bez oklasków potrwa 32 i pół minuty.

Hobama, zgodnie z opisem płyty, zawiera materiał skomponowany, który w trakcie wykonywania będzie twórczo modyfikowany poprzez improwizację. W trakcie 7 utworów słyszymy na ogół łagodną, chwilami nawet smooth jazzową trąbkę, ciepły, ale zadziorny i bynajmniej nie ilustracyjny klawisz oraz zwinną, acz skromną w zakresie poziomu ekspresji perkusję. Narracja toczy się warto, zwinnie i dobrze koi zszarpane swobodną improwizacją nerwy recenzenta. W trakcie odsłuchu, w głowie tego ostatniego pojawia się skojarzenie z formacją Freelectronic Tomasz Stańki sprzed 30 lat. Wszakże im dłużej słucha się tej płyty, tym bardziej rośnie podziw dla pracy, jaką wykonuje pianista, zaś dokładnie odwrotny proces tyczy się trębacza.

Całkiem ciekawie dzieje się w utworze czwartym – po spokojnym intro, dynamika ekspozycji zdecydowanie rośnie, a melodyka i rytmika narracji niosą znamiona rockowe. W kolejnym, muzyków dopada nostalgia, a trębacz zdaje się słodzić ekspozycję na potęgę. Cała zatem płyta jest dość nierówna, a jeśli godna może być większej uwagi, to jedynie ze względu na pianistę, który zresztą w utworze finałowym dyktuje warunki i stawia indywidualny stempel jakości. 




Nikita Rafaelov  Spirit Of Gaia (CD, Gotta Let It Out, 2018)

Na finał wątku skandynawskiego, solowa płyta fińskiego pianisty Nikity Rafelova. Nagranie zawiera zarówno komponowany materiał, w którym instrument Fina zdaje się chytrze multiplikować, czasami nawet urastać do małej orkiestry, jak i utwory swobodnie improwizowane. Uprzedźmy wypadki – ten pierwszy wątek jest zdecydowanie ciekawszy! Całość odsłuchu zajmuje 41 minut z sekundami.

Start jest spokojny, wyczekujący, zapowiadający coś więcej. Odrobina minimalizmu, bystre repetycje, moc pojedynczych akordów fortepianu, także po czarnej stronie klawiatury. Klimat relaksacyjnego niepokoju. W drugim utworze muzyk proponuje dość natarczywy rytm, trochę brudu brzmieniowego i dynamiczny flow, który przypomina nieco Pociągi Reicha. Efektowny pasus, nawet do tańca. Przy okazji słyszymy w słuchawkach znacznie więcej instrumentów – szczególny rodzaj polifonii i błyskotliwa symultaniczność. Kind of piano’drum’n’bass. W trzecim odnajdujemy także zachowania sonorystyczne, czynione niemal w elektroakustycznym środowisku. Kilka wątków i repetycja czystego piana w tle. Bez dwóch zdań, trzy pierwsze utwory są solą tej muzyki.

Co ciekawe, gdy Nikita idzie w swobodną, akustyczną improwizację, czar delikatnie pryska. Muzyka staje się dość oczywista, chwilami bardzo przewidywalna. Rozkołysane, wolne od pięciolinii ballady, bez należytej kreacji, pozbawione ozdobników i twórczego kombinowania na boku. Cóż, być może nie wszyscy stworzeni są do free improve. Finał płyty, mimo wszystko, osiągamy dość szybko, a na ostatniej prostej czeka na nas liryczna opowieść w klimatach tria Aurora. 




Dirk Wachtelaer/ Jürgen de Blonde/ Alec Ilyine/ Gert de Meester  Tales from the hellhole (Bandcamp, 2018)

Na odsłuch (odczyt) dwóch wydawnictw przenosimy się do Belgii. Elementem personalnie je scalającym będzie perkusista Dirk Wachtelaer (tu także z elektronicznym stuffem). Obok niego: Alec Ilyine na gitarze i basie, Gert de Meester – na basie i elektronice oraz Jürgen de Blonde – wyłącznie elektronika. Nagranie w ośmiu swobodnie improwizowanych częściach potrwa 73 minuty z sekundami.

Muzycy z Belgii zabierają nas do świata elektroakustyki. Dwa instrumenty z prądem, sporo elektroniki i perkusja, która w zasadzie nie pracuje bez wsparcia syntetycznych dźwięków. Od razu zaznaczmy, iż ta dość długa, może nawet zbyt długa płyta, ma wiele wyśmienitych momentów, w których w/w składowe świetnie ze sobą współgrają. Być może jednak, co powtórzymy przy kolejnej płycie z udziałem Wachtelaera, muzykom zabrakło odrobiny chłodnego spojrzenia na etapie selekcji bardzo tu przecież rozbudowanego materiału dźwiękowego. Nic bowiem tak nie szkodzi swobodnej kreacji, jak kolokwialne przegadanie tematu, nadmiar dźwięków i brak samokrytycyzmu. Bez wątpienia wszakże, to co dzieje się na płycie Tales from the hellhole począwszy od fragmentu czwartego do szóstego zasługuje na ocenę najwyższą. Popatrzmy zatem na szczegóły środkowej części nagrania.

Czwarty odcinek zaczyna się w ciszy, a narracja prowadzona jest w ogromnym skupieniu. Bas elektryczny rysuje linie podziału, ale enviroment of electro-acostic starannie żłobi swoje koryto. Świetna, wielowarstwowa narracja perkusisty. Po 10 minucie wszystkie wątki tego odcinka zaczynają ze sobą błyskotliwie konweniować – duża przestrzeni, dobry flow, skupienie i całkowity brak dźwięków zbytecznych. Piąty numer wyłania się z szumu elektroniki, dźwięków gitary, czerpanych z samego dna instrumentu. Zwinna repetycja ambientowego klimatu wzmaga zainteresowanie odbiorcy. Szósty utwór kontynuuje wątki poprzednika, a także twórczo je rozwija. Faktura dźwiękowa zmysłowo pęcznieje. Po stronie aktywów tego kwartetu należy zaliczyć także 17-minutowy, finałowy utwór (jego poprzednik utonął w funkowych peregrynacjach gitary i basu, prowadzonych bez ustalonego celu). Rozbudowane intro jest dziełem drummera, wspieranego żywym ambientem na backgroundzie. Narracja szuka dronowych ekspozycji, a gdy je znajduje, bystrze łechta ucho recenzenta. Na ostatniej prostej szczypta dubowych klimatów, dużo pogłosu i ponownie dobrej roboty Wachtelaera.



Eclectic Maybe Band The Blind Night Watchers' Mysterious Landscapes (CD, Discus, 2018)

Pozostajemy w towarzystwie belgijskiego perkusisty, ale dość zasadniczo zmieniamy stylistykę. Przed nam sekstet Eclectic Maybe Band w składzie: Guy Segers – bas i sampler, Dirk Wachtelaer – perkusja, Michel Delville – gitara elektryczna, Joe Higham – elektronika, saksofon sopranowy i duduk (rodzaj instrumentu dętego), Roland Binet – flet i saksofon tenorowy, Catherine Smet – keyboard. Nagranie studyjne, czas trwania 75 minut i 5 sekund, podane w dziewięciu częściach określonych jako spontaniczne kompozycje.

Groźne akordy piana, szum i opiłki sonore, narzędzia elektryczne i elektroniczne - to na starcie. Witamy w świecie bogatym w dźwięki, pomysły, czy wykorzystywane instrumentarium. Opowieść muzyczna, którą moglibyśmy określić jako rodzaj elektroakustycznego fussion, oczywiście – zgodnie z nazwą formacji – wyjątkowo eklektycznego. W trakcie całej płyty, obok swobodnych i niebanalnych pasaży zwinnej improwizacji, towarzyszą nam także dźwięki z krainy łagodności (zwłaszcza fletu) i nazbyt oczywistych pasaży syntezatorowych. Chwilami muzyka ta przypomina formację SBB, tę nieco egzaltowaną jej wersję z przełomu lat 70. i 80. ubiegłego stulecia, co w tym wypadku z pewnością nie jest komplementem. Ale dość utyskiwań – szukajmy pozytywów!

Trzeci utwór przynosi ciekawą, minimalistyczną pianistykę na pogłosie i dobry, sonorystyczny drumming. Niebanalnie rozegrana narracja, która kończy się dość kompulsywnym fussion. W kolejnym, dużo konstruktywnego jazz-rocka z nadbudową elektrycznych klawiszy. W piątym, szczypta intrygującego samplingu (głosy ludzkie), zatopionego w gitarowym zgiełku, a na samym końcu pasaż free’noise’improve! W siódmym, duduk kreuje nieco folkowy klimat i świetnie współpracuje z basem. Podoba mi się także wstęp do ósmego utworu, bardzo oniryczny, wystudzony i zgrabnie rozegrany.

W ramach resume trzeba jednak stanowczo podkreślić, iż płyta jest zbyt długa, bardzo przegadana. Muzycy zdają się być zupełnie bezkrytyczny wobec owoców swojej artystycznej kreacji. Jeśli którykolwiek z nich od początku do końca pracuje na odpowiedniej wstrzemięźliwości, to jest nim perkusista. Gdyby nożycami edytorskimi wykroić z owych pięciu kwadransów 40 minutowy blok, płyta byłaby całkiem udana.




Colin Fisher  The Garden of Unknowing (kaseta, Tombed Visions, 2018)

Studyjna rejestracja, poczyniona w takim oto instrumentarium – gitara elektryczna, bas, perkusja, saksofon i syntezator. Pytacie o muzyków? Tak, jest … jeden i nazywa się Colin Fisher! Niemal 40 minutowa opowieść w sześciu częściach.

Muzykę zawartą na płycie określić moglibyśmy jako fussion jazz. Zdyscyplinowana, precyzyjna, skrupulatnie wykonana, niepozbawiona ekspresji i dobrze wyważonej dynamiki. Zaczyna się od tria gitara/ bas/ perkusja. Potem podłącza się saksofon, który nie stroni od free jazzowych wycieczek, pełen jest melodyjnej emfazy, ma dobre, aylerowskie zadęcie. Tuż po nim do gry wchodzi także syntezator, który na ogół pozostaje w pozycji koloryzującego backgroundu. Z utworu na utwór narracja zdaje się zagęszczać, co samo w sobie czyni tę skomponowaną improwizację udaną. Ostatnie dwa fragmenty pokazują nieco bardziej lajtowe oblicze Fishera.

Gdybyśmy oceniali tu jedynie same dźwięki, płyta lokowałaby się w stanach średnich naszego poziomu entuzjazmu. Jeśli jednak weźmiemy pod uwagę, iż wykonuje ją jeden muzyk (mimo, iż z pewnością, nie na sposób symultaniczny), to nasze uznanie dla tego dzieła rośnie niebywale. Naprawdę intrygujące wydawnictwo!




Rene Lussier  Quintette (CD, Circum-Disc, 2018)

Pozostajemy w Ameryce Północnej (być może nie dodałem, iż Colin Fisher, to muzyk amerykański), by na kilka chwil pochylić ucho na kolejną już na tych łamach nowością wytwórni Circum-Disc. Tym razem w roli głównej legenda sceny Quebec, gitarzysta Rene Lussier. Kwintet przywołany z tytule płyty uzupełniają: Julie Houle na tubie i euphonium, Luzo Altobelli na akordeonie, a także Marton Maderspach i Robbie Kuster na perkusji. Płyta zawiera dziesięć utworów (muzycy bazują na materiale skomponowanym), trwa zaś prawie 52 minuty.

Muzycy zaczynają swój spektakl bardzo tanecznym i melodyjnym krokiem, z pewną na poły francuską ludycznością (czemu sprzyja, rzecz jasna same instrumentarium). Bogata i niebanalna sekcja rytmiczna zdaje się być w tym dziele niezwykle pomocna. Gitara z rockowym zacięciem, która tyczy szlak narracji, ale także świetnie improwizuje. Kind of specific fussion! Chwilami, także z uwagi na tubę i akordeon, muzyka Lussiera przypomina klimatem i matematyczną dokładnością, niektóre nagrania Henry Threadgilla, szczególnie w spokojniejszych metrach. Jest wtedy cierpliwa, skrupulatna, pełna niuansów i dobrej małej gry. Zdarzają się momenty ciszy, chwile onirycznego pół ambientu.

W wielu jednak momentach płyty osobowość lidera zbyt silnie determinuje zachowania pozostałych członków Kwintetu. Mimo, iż tworzą świetny background dla pozostającej niemal bez przerwy w grze gitary, rzadko dostają przestrzeń dla własnych, solowych eksploracji. Dynamiczne odcinki ociekają gitarowymi emocjami, dużo w nich prądu i eskalowania napięcia. Wysiłki wszystkich muzyków zlewają się jednak w całość i zdają się być trochę powtarzalne. Jakby wbrew drobnym ambiwalencjom recenzenta, płytę kończą jednak bystre drummerskie peregrynacje i krótki, ale naprawdę uroczy pasus akordeonu.




Guillermo Gregorio/ Rafał Mazur/ Ramon Lopez  Wandering The Sound (CD, Fundacja Słuchaj!, 2018)

Najwyższy czas na akcent krajowy. Jedna z licznych jesiennych nowości Fundacji Słuchaj!, to frapujące trio amerykańskiego (choć z argentyńskimi korzeniami) klarnecisty Guillermo Gregorio, hiszpańskiego perkusisty Ramona Lopeza i naszego stałego uczestnika międzynarodowych ansambli, jak zwykle grającego na akustycznej gitarze basowej, Rafała Mazura. Na płycie, która trwa niemal 54 minuty odnajdujemy dziewięć bardzo swobodnych i błyskotliwie wykonanych improwizacji.

Startujemy całkiem spokojnie, z flażoletami Rafała, talerzami Ramona i cichym klarnetem Gregorio. Ten ostatni, muzyk silnie zanurzony we współczesnej, improwizowanej kameralistyce, tu w zderzeniu z sekcją o kocich ruchach, nie będzie miał chwili wytchnienia. To czuje się od pierwszego dźwięku! Jego klarnet, pozornie czysty i wyuzdany, lubi brudzić jednak swoje brzmienie i pętlić się na dyszach. Rafałowi i Ramonowi bardzo po drodze z taką postawą partnera.

The Wandering Sounds zawiera stosunkowo, krótkie, absolutnie nieprzegadane opowieści, pełne niebanalnej zadumy klarnetu (czasami naprawdę w wysokich rejestrach) i gitary basowej, która nieustannie jątrzy, pobudza emocje i goni partnerów do wzmożonej aktywności. Im narracja jest bardziej dynamiczna i ekspresyjna, tym jakość całości pnie się ku górze i nietrywialnie szczytuje. Szósty odcinek, by szukać momentów szczególnie ekscytujących, serwuje nam coś w rodzaju ballady free chamber, pięknie zdobionej incydentami na gryfie gitary. Kolejny utwór ciągnie ten wątek, a energia Rafała pcha go na bardziej dynamiczne szlaki. Sam wreszcie finał płyty jest gęsty, zadziorny, niecierpliwy, znów szyty wedle wskazówek gitary basowej, zdobiony skromnym, ale emocjonalnym drummingiem Ramona i pieśniami chwalebnymi wprost z tuby klarnetu Gregorio.