Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Fernando Brox. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Fernando Brox. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 23 marca 2021

Discordian Community Ensemble in the audio reading of Crowley’s The Book Of Lies! And not only…


Bądź silny, o człecze! pożądaj, raduj się wszelkimi rzeczami zmysłu i zachwytu i nie obawiaj się, iż jakiś Bóg za to cię odrzuci. *)

 

Odrobina okultyzmu i mistycyzmu z pewnością nam dziś nie zaszkodzi, a być może okaże się także definitywnie skuteczną szczepionką na wieczną zarazę, która drąży nasze ciała od ponad roku. Być może da też nadzieję naszym umysłom na przetrwanie kolejnych edycji niekończącego się lockdownu.

El Pricto, wenezuelski erudyta, a nade wszystko kompozytor, dyrygent i saksofonista zdaje się być osobą najbardziej kompetentną do tego, by interesująco zainfekować nas choćby odrobiną okultyzmu. Na najnowszej płycie Discordian Community Ensemble proponuje nam bowiem muzyczny odczyt trzech poematów z dzieła Aleistera Crowleya Księga Kłamstw. Teksty śpiewać będzie doskonała sopranista z Barcelony, Ilona Schneider, a za oprawę muzyczną odpowiadać będzie kompozytor i dyrygent El Pricto oraz dziewięciu innych instrumentalistów.

W ramach uzupełnienia tej intrygującej lektury, Pricto proponuje nam jeszcze kompozycję Tzim-Tzum, tym razem nie kotwiczy jednak tego pomysłu w dziejach literatury, ani tym bardziej okultyzmu. Tu zagra dla nas znów dziewięcioosobowy skład, a utwór pozbawiony będzie warstwy werbalnej.

 


Three Poems By Aleister Crowley

Barcelona Improfest, Luty, 2017 - Ilona Schneider (sopran), Agustí Martínez (saksofon altowy), Naná Rovira (klarnet basowy, kanał prawy), Eduard Altaba (kontrabas, kanał prawy), Diego Caicedo (gitara elektryczna), Vasco Trilla (perkusja), Cárlos Ródenas (kontrabas, kanał lewy), Luiz Rocha (klarnet basowy, kanał lewy), Xesc Llompart (skrzypce), Pope (trąbka) oraz El Pricto (kompozycja, dyrygentura). Trzy części z tytułami, łącznie niespełna 30 minut.

Ceremoniał otwarcia spoczywa w rękach Vasco Trilli. Muzyk buduje powłokę perkusjonalnego ambientu, w którą powoli wgryzają się strunowe dźwięki, zarówno akustyczne, jak i elektryczne. Po dość krótkiej introdukcji masywny drumming, salwy instrumentów dętych i post-operowy show Ilony Schneider wprowadzają nas do głównego nurtu kompozycji. Opowieść od razu stawia na gęstość, pewnego rodzaju powabność, ale i niemal filharmoniczny rozmach. Elementy precyzyjnie zaaranżowane przez Pricto komentowane są intensywnymi spiętrzeniami czynionymi na wdechu i rozimprowizowanymi wydechami. Jak zawsze w przypadku dzieła Wenezuelczyka, zmiana goni tu zmianę, a całość ma pewną charakterystyczną powtarzalność. Peaki emocji zdaje się kreować przede wszystkim dynamiczna perkusja, którą perfekcyjnie kontrapunktuje kobiecy sopran, zdolny w ułamku sekundy zmienić sytuację dramaturgiczną niemal o 180 stopni. Wszystko wszakże dzieje się tu z woli i nakazu dyrygenta. Muzycy kreują opowieść na zasadach demokratycznych, a indywidualne popisy należą do rzadkości (bodaj raz zgodę na samowolę dostaje alcista). Nerwowe, prawdziwie wyzwolone chamber z posmakiem free jazzu sfinalizowane zostaje drobną, acz niemal rockową kipielą gitary.

Druga kompozycja wstaje z kolan w oparach ciszy – suchych, dętych pomruków, ledwie dotykanych strun i lękliwych fraz wokalistki. Smugi czerni rysują raz za razem dwa kontrabasy i towarzyszące im klarnety basowe. Narracja stawia tu na improwizację, a jedynie w momentach śpiewu flow całej orkiestry zdaje się trzymać frontu pięciolinii. Oto zmysłowe chamber grane wysoko, destymulowane lekami spowalniającymi pracę serca. Gdy opowieść przechodzi w fazę minimalistycznych grepsów, na dysku bez chwili ciszy wyświetla się trak numer trzy. Na jego otwarcie dostajemy krótką lekcję pytań i odpowiedzi, realizowaną dychotomicznie przez dęciaki i strunowce. Rodzi się meta rytm, na który wyjątkowo spokojny głos nakłada Ilona. Narracja gęstnieje za sprawą repetycji, jaką konstruuje gitara Diego. Emocje rosną, a działania orkiestry zaczynają nabierać post free-jazzowego posmaku. Po kilku pętlach całość przygasa do wymiaru efektownego free chamber. Głos pięknie lepi się tu z podmuchami saksofonu altowego i doprowadza kompozycję do dość nagłego zakończenia, skwitowanego oklaskami.

 

Tzim-Tzum

Barcelona TepeKaLeSound, Listopad, 2019 - Fernando Brox (flet), Agustí Martínez (klarnet), Pope (trąbka), Aram Montagut (puzon), Amaiur González (tuba), Diego Caicedo (gitara elektryczna), Jaime Del Blanco (skrzypce), João Braz (wiolonczela), Alex Reviriego (kontrabas) oraz El Pricto (kompozycja, dyrygentura). Jeden trak, 23 minuty z sekundami.

Tym razem w roli introduktora występuje kontrabas pod palcami Reviriego. Niski dron, który żłobi bruzdę, do której co chwilę spadają dęte salwy. Obok gitara Caicedo, który buduje spokojny, ale bardzo mroczny flow. Smyczki szeleszczą, a z całości wypowiedzi muzyków zieją grozą! Efektowna, pulsująca sinusoida rosnących emocji, wrzący tygiel ponadgatunkowych zdarzeń fonicznych, typowych dla wyzwolonej muzyki z równie wyzwolonej Barcelony. Z każdą sekundą ekspozycja gitara nadyma się czernią. Reszta instrumentów kompulsywnie ripostuje, po czym gaśnie do poziomu kontrabasowych pojękiwań. Narracja toczy się niczym choroba dwubiegunowa – emocje, napięcie i eksplozje mocy, cisza, czerń i oddech nieznanego. Pricto trzyma jednak wszystko w garści - nie brakuje mu pomysłów płynących z pięciolinii, jak i wynikających z akcji dyrygenckich prowadzonych ad hoc (tego ostatniego możemy się jedynie domyślać). Niespodzianka goni tu niespodziankę, a nad wszystkim zdaje się czuwać mroczny oddech czarnej gitary. Strunowe perełki i plastry gorzkiego miodu spod dysz, nerwowe oddechy i dramaturgiczne zaklęcia. Gęsta uroda chwili.

W połowie seta Pricto ustawia narrację znów w blokach startowych – niski smyczek na gryfie kontrabasu kreuje efektowną ciszę przed burzą. Piękna pętla dramaturgiczna, którą zdobią salwy dętych i smutek strunowych. Gitara wpada w furię, ale jakby w rekontrze skrzypce i wiolonczela płyną dość spokojnie wyschniętym korytem rzeki. Nagle na zaskakujące interludium decyduje się klarnet, wsparty na delikatnych strunach, kierując opowieść w objęcia wystudzonej kameralistyki. Po kilku głębszych oddechach narracja powraca jednak do bardziej emocjonalnych fraz – z jednej strony piękne, dęte podmuchy, z drugiej basowe konwulsje. Wszystko komentowane jest na bieżąco przez naładowaną mrokiem gitarę. Piękna, zbiorowa histeria! Na zakończenie seta orkiestra wpada w post-zornowską galopadę trudnych przypadków, po czym ratuje się salwą mocy, w pełni kontrolowaną oczyma dyrygenta. Sam finał uczyniony zostaje na raz, niczym bicz sprawiedliwości, piękne resume doskonałego nagrania!

 

El Pricto/Discordian Community Ensemble Three Poems By Aleister Crowley​/​Tzim​-​Tzum (Discordian Records, DL 2021)

 

*) Święte Księgi Thelemy, Aleister Crowley



czwartek, 23 lipca 2020

Dead Neanderthals! Humanization 4tet! Nuno/ Lärmschutz! Discordian Wind Quartet! Pumkin! Atkins & Clarke! Dial! The Dinner Party! The July Morning Summary!


Nasza obecna new normal reality redefiniuje codzienność, niweczy sens wszelkich planów, niczego jednak nie redukuje w podkaście muzyki improwizowanej – dźwięków wciąż przybywa, a recenzenci nie nadążają z dostarczeniem nowych wskazówek jakościowych tym, którzy chcą ów wrzący tygiel emocji w jakikolwiek sposób ogarnąć.

Nie pozostaje nam zatem nic innego, jak niezwłocznie przystąpić do lipcowej zbiorówki recenzji płyt świeżych i najświeższych, które przewaliły się po odtwarzaczach redakcji, niektóre nawet z siłą wodospadu! Dziś bez stylistycznej myśli przewodniej, z gwarancją wszakże dużych emocji. Zaczniemy bardzo głośno, dobitnie, acz z niskim udziałem akcji improwizowanych, zakończymy zaś w błogim cieple open jazzu, który skutecznie releguje wszelkie ambiwalencje.

Piorunujące otwarcie zapewni nam nasz ulubiony duet z Holandii, potem przez dłuższy moment pozostaniemy na Półwyspie Iberyjskim, zrobimy krótki skok do Norwegii, by naszą podróż skończyć kilkoma bystrymi nagraniami ze Zjednoczonego Królestwa. A zatem – muzycy do instrumentów, pismaki do piór, a potencjalni nabywcy dźwięków – na zakupy!




Dead Neanderthals  Blood Rite (Utech Records, Kaseta/DL 2020)

Na estetyczne i foniczne oczyszczenie receptorów słuchu zapraszają nas Otto Kokke na syntezatorze i René Aquarius na perkusji oraz wokalu. Tym razem nasi ulubieni dźwiękowi terroryści i konceptualiści zapraszają na 27-minutową podróż w jednym akcie, powstałą jak zawsze w okolicznościach holenderskiego White Noise Studio.

Rytmiczne uderzenia w masywny zestaw perkusyjny i gigantyczny jęzor syntezatora, który brzmi swym najniższym z możliwych pasm fonii. Zdaje się, że stoimy u bram piekła, a potem robimy ogromny krok do przodu! Syntezator charczy, buduje dron z mułu, gliny i grobowych wnętrzności, perkusja pracuje zaś równo w repetytywnych konwulsjach. Dramaturgię chwili multiplikuje głos drummera (krzyk? pre-growl?). Doom & harsh in Apocalipse now! – wszystko żyje tu życiem prawdziwie pośmiertnym. Raz na kilka minut narracja skrzy się jakimś tajemniczym nowym elementem, ale po kilku meta pętlach wszystko wydaje się wracać do karkołomnej normy tego dźwiękowego spektaklu. W dziesiątej minucie na moment milknie perkusja, a dron syntetyki staje w miejscu i skowycze o kilka oktaw wyżej, ale też pyta o kierunek dalszej drogi. Ta pierwsza potrzebuje aż trzech minut, by na powrót wybić się ponad zgiełk syntezatora. Wraz z jej kardynalnym rytmem powraca też metafizyczny krzyk wprost z gardła drummera.

Po dwudziestej minucie tętno serca perkusji nabiera jeszcze bardziej czerstwej rytmiki. Dron syntetyki zaczyna sprawiać wrażenie, jakby miał ostatecznie zastygnąć. Analogowa zgrzebność chwili buduje nowy wymiar dramaturgiczny tej szalonej opowieści. Jak kruszący się beton, jak eksplozja elektrowni atomowej, która dokonuje się na zwolnionych obrotach. Muzyka nabiera charakteru definitywnie ostatecznego. Rządzi nami, niczym starotestamentowy bóg, który oferuje jedynie karę. Ta historia dokonuje swojego żywota mniej więcej na pięć kwadransów sekund przed napływem ostatecznej ciszy. Perkusja milknie, syntezator kona, wreszcie głucha syntetyka przybiera barwy bolesnej ciszy. Oto po raz kolejny Dead Neanderthals postawili nas pod ścianą i całkowicie zredefiniowali nasz ogląd rzeczywistości. Wydają się być wciąż groźniejsi niż osławiony Covid-19.




Humanization 4tet  Believe, believe (Clean Feed, CD 2020)

Trzymamy poziom emocji, choć zdecydowanie zmieniamy stylistykę. Rasowy free jazz, oparty o skomponowany materiał, proponuje nam portugalsko-amerykański Humanization 4tet, który istnieje już kilkanaście lat i właśnie dostarcza nam swoją czwartą płytę. Moc sprawcza przedsięwzięcia, to Luís Lopes – gitara elektryczna, któremu partnerują: Rodrigo Amado – saksofon tenorowy, Aaron Gonzalez – kontrabas oraz Stefan Gonzalez – perkusja. Nagranie z lata 2018 roku, poczynione w okolicznościach studyjnych Nowego Orleanu. Sześć kompozycji, 35 minut i 10 sekund.

Płytę zaczyna kompozycja obca, który wybudzi ze letargu nawet umarłego. Dynamiczny, melodyjny temat i niemal funkowy groove. Opowieść inicjuje śpiewny saksofon, mocna, akustyczna sekcja stawia zasieki, a gitara z prądem pcha wszystkich w eksplozywne tango. Temat powraca raz za razem, ale solą tego momentu, jak i wielu w trakcie całej płyty, są improwizacje saksofonisty i gitarzysty. Ponieważ jednak prawie wszystko dzieje się tu na dużej dynamice, nie ma czasu na antrakty solowe. Improwizacje toczą się symultanicznie, a momenty, gdy którykolwiek z artystów milknie należą do rzadkości. Owa programowa kolektywność, to jeden z elementów, który konstytuuje jakość tej muzyki.

Drugi utwór pachnie post-rockiem. Sam temat podany jest bardzo swobodnie, skory na wszelkie interpretacje. Muzyka bucha ogniem, choć wieńczy ją post-bluesowe spowolnienie. Trzecia kompozycja zaczyna się wręcz dancingowo, ale szybko wpada w wir ekspresyjnych podmuchów tenoru, wspartych żelazną sekcją rytmu. Kluczem do tej części jest fantastyczna ekspozycja Lopesa, który razi psycho-rockowymi emocjami. Czwarty i piąty utwór otwierają amerykańscy bracia (synowie Denisa!). Najpierw koncentrujemy się na spokojnym, niemal balladowym saksofonie, który dość szybko łapie post-aylerowskiego bakcyla mistycyzmu, a w piątej części natrafiamy na dynamiczną i rytmiczną pracę sekcji, funkująca gitarę i tenże saksofon, który zdolny jest skruszyć każdy mur. Znów świetny moment Lopesa, który snuje abstrakcyjną, nieco separatywną opowieść, którą świetnie kontrapunktuje tenorzysta. Każdy z wątków ma tu swoją wartość, a dyspozycja dnia każdego z muzyków gwarantuje nam mistrzowskie wykonanie. Ostatni utwór zdaje się, że konsumuje wszelkie walory Believe, believe. Pokaz warsztatu, wyobraźni, no i przede wszystkim świetnej kooperacji wewnątrz kwartetu. Ogniste pętle narracji, bystre interakcje i na ostatniej prostej jurny, free jazzowy galop.




Jorge Nuno/ Lärmschutz  Faux Amis vol. 15 (Faux Amis, Kaseta/DL 2020)

Wątek portugalski kontynuujemy w okolicznościach na póły holenderskich. Tamtejszy label Faux Amis dostarcza nam dość regularnie splitowych kaset, na których łączy nagrania własnej formacji Lärmschutz z dokonaniami zaproszonego gościa (gości). Tym razem w tej roli gitarzysta z Lizbony Jorge Nuno, którego znamy z ekspresyjnych, psychodelicznych improwizacji zakrapianych rockową estetyką. Tu proponuje on nam improwizacje na gitarę akustyczną, powstałe w domowych, jakże pandemicznych okolicznościach minionej wiosny. Na drugiej stronie kasety rzeczony Lärmschutz, tym razem w akustycznym, równie swobodnie improwizującym duecie - Rutger van Driel na puzonie oraz Stef Brans gitarze lub mandolinie.  Obie strony kasety trwają po 29 minut i kilkadziesiąt sekund.

Portugalczyk stawia na rozwiązania minimalistyczne – drobne preparacje smyczkiem po strunach, kilka zjawisk mechaniki użytkowej, smukłe flażolety i chytre półakordy, zabawy w echo i rezonans, ale także garść zwykłych fraz czynionych kostką lub palcami. Improwizacje są dobrze skonstruowane, przemyślane, nie bez prób budowania tzw. narracji właściwej. Tak dzieje się choćby w trakcie trzeciej części, która ma posmak psycho-rockowej ballady. W kolejnej muzyk proponuje samoodychające, suche frazy, które przypominają porannego bluesa odartego z przyjemności wieczornego pijaństwa, po czym nabierają cech post-rockowej piosenki bez tekstu. Na koniec muzyk powraca do preparowania dźwięku i gry z rezonującymi strunami. Natrafiamy także na kilka ciekawych niuansów brzmieniowych, powstałych już za progiem gitarowym, które udanie reasumują bystrą, półgodzinną improwizację.

Strona holenderska także stawia na pełną akustykę – oddechy suchego puzonu i gitarowych preparacji. W tej koncepcji same dźwięki wydają się być ornamentami, które zdobią ciężką pracę fizyczną improwizatorów. W dwóch utworach w miejsce gitary pojawia się mandolina. Muzyka nabiera lekkości i zdaje się być bardziej śpiewna. Puzon, jakby w rekontrze, także zaczyna frazować z odrobinę większą dawką dźwięku i melodyki. W drugiej części Improwizacja nawet nabiera w usta spore porcje bluesowych emocji, w trzeciej zaś skrzy się niebanalną melancholią. Artyści pozwalają sobie także na momenty bardziej dynamiczne, dzięki czemu ich półgodzinna porcja muzyki liczyć może na wiele ciepłych słów recenzenta. Najłagodniejszy jest ostatni odcinek tej opowieści – puzon skacze do samego nieba, a gitara nostalgicznie łka i zawodzi.




Discordian Wind Quartet  Live At Magia Roja (Discordian Records, DL 2020)

Barcelona! Klub Magia Roja! Zapraszamy na kolejny odcinek niekończącego się serialu artystycznych aktywności El Pricto! Tym razem wenezuelski saksofonista wciela się w rolę kompozytora i dyrygenta formacji nazwanej Discordian Wind Quartet: Fernando Brox - flet, Jordi Santanach – klarnet basowy, Pol Padrós – trąbka oraz Aram Montagut – puzon. Koncert, który odbył się w czerwcu ubiegłego roku, składa się z ośmiu utworów, trwa około 48 minut.

Kwartet instrumentów dętych bez saksofonu?! Tylko w Barcelonie! Intrygujący, tajemniczy, nieoczywisty koncert, który być może uznać winniśmy za jedną najspokojniejszych płyt w całym katalogu Discordian Records. Choć zaczyna się nad wyraz … niespokojnie.  Flet, puzon, klarnet i trąbka śpiewają dętą piosenkę, z połamanym rytmem i technikami artykulacyjnymi, budowaną metodą ciągłych zmian i dramaturgicznych zaskoczeń – typical beauty of Pricto! Rodzaj chamber music z post-jazzowymi inkrustacjami, gotowymi w każdej sekundzie burzyć pozorny ład kameralnych fraz. Tu, na starcie koncertu, opowieść nabiera mroku (patrz: tytuły!), brudzi swoje brzmienie i sączy złowrogi jad. Kolejne epizody, to próby systematycznego wychodzenia z owego dark suspens. Krótkie, urywane, na poły taneczne frazy – szybkie wdechy i efektowne wydechy - to pomysł na drugą część. Trzecia zdaje się być nieco frywolna, a muzycy bawią się w skomponowane call & responce. Płyną wysokim wzgórzem, częściej stają na placach, niż szukają pozycji na kolanach. W czwartej opowieści prym wiedzie trąbka - reszta instrumentów drży lub podśpiewuje, a z całości sączy się molowy nastrój i dramaturgiczne zwątpienie.

W drugiej części koncertu dyrygent pozostawia muzykom odrobinę więcej swobody w zakresie improwizacji, tak indywidualnych, jak i kolektywnych. Nie zmienia to jednak faktu, iż frazy grane unisono pozostają zasadniczą treścią tej opowieści. Stabilne pasaże, rozsądek chwili - każda salwa muzycznego temperamentu bywa tu komentowana frazą wprost z batuty dyrygenta. Narracja toczy się na delikatnie zaciągniętym ręcznym, a gros emocji zdaje się być poupychanych po kieszeniach. Intrygująco robi się w części siódmej - szumy w tubie, oddychająca cisza w wentylach, garść drobnych preparacji. Kameralna sonorystyka z ciszą w roli piątego instrumentu. W ostatniej części muzycy wypuszczają więcej pary z ust – pijackie półśpiewy, zalotne frazy, podawane nawet z czymś na kształt rytmu. Wybudzenie z letargu nie trwa jednak długo. Kwiecista opowieść wydaje bowiem z siebie ostatnią frazę – ostry dźwięk pod sam sufit Magia Roja.




Pumkin  The Best of Pumkin (Dugnad Records, DL 2020)

Czas na nowe nazwiska europejskiej muzyki improwizowanej, przynajmniej na tych łamach! Trio zwie się Pumkin, a personalnie tworzą go: Joel Ring – wiolonczela, Karl Hjalmar Nyberg – saksofon oraz Ole Morten Vågan – kontrabas. Jesteśmy w Oslo, w miejscu zwanym Studio Paradiso, jest początek marca 2018 roku. Muzycy proponują nam pięć improwizacji (być może delikatnie predefiniowanych), które trwają niewiele ponad 30 minut. Tytuł płyty zdaje się być nieco przewrotny, albowiem wszelkie znaki na niebie i ziemi wskazują, iż to debiutanckie nagranie tria.

Open jazzy chamber buduje kontrabasista, który równie dobrze kreuje zwinne pizzicato, jak i pracuje smyczkiem nie szczędząc post-barokowych emocji, wiolonczelista zdolny do wszystkiego, płynący często szerokim korytem, czasami uroczo post-ambientowym, wreszcie saksofonista, który zdaje się być zarówno bystrym kolorystą, jak i zaskakującym dzikim zwierzakiem, któremu niewiele brakuje do ognia free jazzu. Dramaturgiczną bazą dla Pumkin pozostaje kolektywna improwizacja, świetnie skomunikowana wewnętrznie, gdzie każda akcja liczyć może na adekwatną reakcję.

Od pierwszego dźwięku Skandynawowie kreują gęsty, zwinny flow, pozbawiony choćby źdźbła słodyczy. W pierwszej części znakiem jakości stemplujemy zadziorny dialog kontrabasu i cello. W drugiej na obu gryfach pojawiają się smyczki, opowieść nabiera kameralnego uroku i pełna jest drobnych, molekularnych fraz. W połowie opowieści muzycy zwalniają, a po kilku mrugnięciach okiem, ruszają w imponującą mantrę repetycji i wyłącznie błyskotliwych fraz. Trzeci odcinek znów łyka więcej jazzu, pojawiają się akcenty percussion (zapewne na pudle kontrabasu) i piękne, zadziorne frazy wiolonczeli. Z kolei czwarta część zaczyna się na samym dnie kontrabasu, z którego smyczek wydobywa moc niepokojących dźwięków. Czynione w pełnym skupieniu call & responce także domaga się stempla najwyższej jakości. Free chamber wybucha tu z pełną mocą, a w tubie saksofonu rodzą się emocje godne free jazzu! Kontrabas i cello piszczą jak małe kociaki! Wreszcie finał, stonowany, prawdziwy dark chamber z post-barokowymi akcentami. Na ostatniej prostej każdy imituje tu każdego. Pełna symbioza.




Matt Atkins/ Martin Clarke  Six Decisions (MRM Recordings, CD 2020)

Przenosimy się do Londynu. Nagranie powstałe w okolicznościach studyjnych, w miejscu zwanym The Music Room, na początku 2019 roku. Matt Atkins zagra na perkusji, instrumentach perkusyjnych, będzie także używał taśmy (magnetofonu, po prawdzie) i elektroakustycznych obiektów, zaś Martin Clarke - w trakcie sześciu bardzo swobodnych improwizacji - używał będzie saksofonu. Całość odsłuchu nie zajmie nam więcej niż 34 minuty.

Sześć Decyzji, to swobodna, grana na ogół na sporym luzie, niezobowiązująca improwizacja dwóch artystów, którym donikąd się nie spieszy. Muzyka, która ponawia pytanie o rolę i zakres aspiracji dźwięków syntetycznych w zetknięciu z żywymi instrumentami. I znów karkołomna teza redakcji, iż te pierwsze świetnie zdają egzamin, jako metoda poszerzenia artystycznych środków wyrazu, nie zaś główna treść improwizacji, zdaje się odnajdywać na tej płycie kolejny dowód rzeczowy w sprawie.

Niedługa płyta dwóch Panów wskazanych w preambule tego tekstu bez trudu odnajduje nasz skromny entuzjazm, gdy elektroakustyczna poświata zdaje się być świetnym tłem dla improwizacji żywych perkusjonalii i saksofonu. Tak dzieje się w utworze pierwszym, który stanowi bystre free improv z ciekawymi kontrastami i dysonansami estetycznymi, gdzie percussion intrygująco mąci, a saksofon konsekwentnie porządkuje narrację. Równie dobrze muzyka Atkinsa i Clarke’a prezentuje się w trzeciej części, gdy muzycy zdają się zagłębiać w estetyce kind of free jazz, a całość narracji niepozbawiona jest molowego posmaku melodyki godnej Krzysztofa Komedy. W czwartej części opowieść płynie niemal wyłącznie akustycznym korytem, a w ostatniej broczy po kolana w szumach i szmerach, bystrze szukając inspiracji dramaturgicznej w dźwiękowych preparacjach. Szczególnie podoba nam się wtedy minimalistyczny saksofon, pracujący niemal wyłącznie na wdechu. Jakby w opozycji do wyżej wspominanych momentów, w utworze drugim za sterami odnajdujemy elektroakustyczne obiekty, które nie wydają się łase na interakcje z żywym dźwiękiem saksofonu, w piątym zaś pojawiają się dźwięki z magnetofonu kasetowego, których rola w narracji nie zostaje zbyt precyzyjnie nakreślona. 




Sue Lynch/ Dawid Frydryk/ Dave Fowler/ John Edwards  Dial  (FMR Records, CD 2019)

Pozostajemy w Londynie, zmieniamy tylko miejsce – świetnie nam znany klub Iklectik. Na scenie kwartet Dial, który tworzą: Sue Lynch – saksofon tenorowy, klarnet i flet, Dawid Frydryk – trąbka i flugelhorn (muzyk pochodzący w Wrocławia!), John Edwards – kontrabas oraz Dave Fowler – perkusja. Na srebrnym krążku dostajemy po prawdzie nagrania z dwóch różnych koncertów – krótsza improwizacja z roku 2018 i dłuższa, być może cały koncert, z roku 2019. Całość trwa około 48 minut.

Dial, to przykład muzyki improwizowanej, silnie osadzonej w estetyce jazzowej, której naczelną konstytucją jest prawdziwie realny kolektywizm. Równość wobec praw improwizacji, wobec każdego dźwięku i rozwiązania dramaturgicznego. Słucha się tego doskonale, co unaocznia już pierwszy utwór. Muzycy produkują małe frazy, macają się wzajemnie, sprawdzają dyspozycję dnia. Rwany, bystry tenor, śpiewna trąbka, wreszcie sekcja serca i ognia, z masywnym, jedynym w swoim rodzaju kontrabasem Johna Edwardsa. Post free jazz z otwartą głową i dobrymi płucami, bez pustych przebiegów, pełen niuansów i dramaturgicznych perełek. Ozdobą tej części płyty zdaje się być nade wszystko solowe expo smyczka na gryfie kontrabasu - piękne, brudne, meta barokowe pasaże.

Druga część zaczyna się w ciszy oczekiwania. Swobodna spirala narracyjna, która nakręca się jakby samoistnie, w konsekwencji kolejnych akcji i interakcji muzyków. Opowieść budowana z puzzli, które niemal idealnie do siebie pasują. Bystre kipiele emocji, godne klasyki free jazzu, kontrapunktowane są tu post-kameralnymi spowolnieniami (niezastąpiony smyczek Edwardsa!), które skrzą się także indywidualnymi stemplami jakości. W połowie siódmej minuty czyni tak trębacz, parędziesiąt sekund później tenorzystka, która świetnie wykorzystuje smyczkowy podkład. Dużo dramaturgicznej kreacji bierze tu na siebie kontrabas, ale to dla nas żadne zaskoczenie. Dwa istotne momenty ma także Lynch, gdy ciągnie samotnie jarzmo narracji, raz proponując bystrą sekwencję dźwięków na tenorze, innym razem, już pod sam koniec koncertu, na klarnecie. Po upływie trzydziestej drugiej minuty kwartet przełącza się na tryb fire music, opowieść dostaje dodatkowego kopa rytmicznego, swoje trzy gorsze wrzuca wspomniany klarnet, po czym opowieść przechodzi w stadium gaszenia płomienia narracji. Znów wszystko dzieje się tu bardzo kolektywnie, choć nie sposób nie podkreślić paru pięknych fraz trąbki.




The Dinner Party  Wednesday Afternoon (FMR Records, CD 2020)

Na ostatniej dziś płycie barwy brytyjskie reprezentują wydawca i saksofonista (po części także pianista), ale samo nagranie powstało we Włoszech, w miejscowości Monopoli (Eticarte Waveahead Studio, sierpień ubiegłego roku). Trio The Dinner Party w składzie: Vladimir Miller – fortepian, Adrian Northover – saksofon altowy oraz Pierpaolo Martino – kontrabas. Muzycy proponują nam osiem kompozycji (dwie autorstwa pianisty, pozostałe, to dzieło wszystkich muzyków, zatem z improwizacją, jako główną metodą twórczą), które trwają około 48 minut.

Zgodnie z informacją zawartą w preambule całego tekstu, dzisiejszą opowieść kończymy w klimatach open jazzu. Środowe Popołudnie chwilami haczy nawet o jazzowy mainstream (choćby w kompozycjach pianisty, dobrych do tańca i śpiewania, niczym evergreeny Krzysztofa Komedy!), ale szczęśliwie daleko mu do idiomu ECM-owskiej nudy. Klasa muzyków czyni jednak wiele (tego Pana na saksofonie cenimy sobie szczególnie!), a wystarczy sięgnąć po ostatni, najdłuższy utwór, by przekonać się, że The Dinner Party, to zdecydowanie coś więcej niż jazz, nawet ten najbardziej otwarty.

Kompozycje na płycie, te tworzone kolektywnie, to bardziej scenariusze, luźne zapiski tego, jak przebiegać ma proces budowania narracji i kreowania improwizacji, zarówno tych solowych, jak i kolektywnych. Pianista wychowany być może na klasyce i warsztacie rosyjskich konserwatoriów, dba tu o każdy niuans dramaturgiczny, dużo oryginalności i pomyślunku prezentuje kontrabasista, a klasa saksofonisty nie wymaga rekomendacji, nawet wtedy, gdy jego altowy instrument po prostu śpiewa melodię. Dowodem na kreatywność kontrabasisty niech będzie utwór czwarty, w którym flow opowieści buduje wyjątkowo zwinne szarpanie za struny. Jeszcze wcześniej, w trzecim, cała rytmika zdaje się być ciekawie poszarpana, w czym jego udział wydaje się niepodważalny. Kolejnym stemplem jakości może być utwór numer pięć, niepozbawiony pianistycznych preparacji, znów z bystrym pizzicato i wyjątkowo dynamicznym saksofonem, niemal z posmakiem rockowej ekspresji. Muzycy równie dobrze radzą sobie z tajemniczą melancholią, jaka dopada ich w szóstej opowieści. Wreszcie, wspomniana już ostatnia, ponad 11-minutowa kompozycja. Zaczyna się wymianą krótkich fraz, z pogłosem - filigranowy flow, ale budowany z odpowiednią dynamiką. Po chwili wchodzi smyczek, emocje rosną, a do ognia dorzuca saksofon. Po fazie post-barokowego spowolnienia, trio rozlewa się w szeroki strumień open jazzu i z nostalgicznymi emocjami zwinnie dociera do ostatniego dźwięku.



poniedziałek, 22 czerwca 2020

Discordian Community Ensemble and The Dream Of Cthulhu!


140-a edycja cyklu koncertowego Nocturna Discordia, odbywającego się w każdą środę w barcelońskim klubie Soda Acùstic, miała miejsce dokładnie pierwszego dnia listopada roku 2017. Na malutkiej scenie, i z pewnością na równie skromnej przestrzeni pomiędzy sceną, a pierwszymi rzędami krzesełek dla publiczności, pomieściło się wówczas aż ośmiu muzyków.

Oto oni: flecista Fernando Brox, klarnecista (basowy) Luiz Rocha, saksofonista (basowy) Ferran Besalduch, trębacz Iván González, skrzypaczka Sarah Claman, gitarzysta (elektryczny) Diego Caicedo, perkusjonalista Vasco Trilla, tym ósmym zaś kompozytor i dyrygent El Pricto. Sama formacja nie mogła nie nazywać się … Discordian Community Ensemble! Opowieść The Dream Of Cthulhu (Discordian Bootlegs, DL 2020) podzielona została na sześć części z tytułami, a trwała łącznie 50 minut i 18 sekund.




Shhh... Careful, We Don't Wanna Wake Cthulhu Up. Zgodnie z logiką tytułu utworu, muzycy na początku nagrania zachowują się niezwykle cicho, a ich narracja szepta i stąpa na palcach. Filigranowa gra wstępna – małe frazy suchej akustyki ze strun i jeszcze chłodnych tub instrumentów dętych, zgrabne, szeleszczące percussion. Wszyscy na scenie zdają się czaić do lotu, gotowi na każde wyzwanie, jakie podyktuje im dyrygent. Pierwsze wzniesienie trwa ledwie 90 sekund, po czym, po chwili oddechu, budowanie opowieści zaczynamy się jakby od nowa. Wymiana krótkich zdań i jeszcze krótszych odpowiedzi, zdobiona post-jazzowymi pląsami gitary. Free chamber z zębem dramaturgicznej intrygi, dobrze zaplanowane i jeszcze lepiej kontrowane – cisza niepokoju, spokój kreatywnego chaosu. Po szóstej minucie nowe spirale zdają się nakręcać głównie instrumenty dęte, pojawia się także (wbrew zapisom credits) głos ludzki. Punkt przegięcia następuje dość szybko i muzycy przechodzą do fazy swobodnych pląsów przy akompaniamencie repetującej gitary. Brawo!

Doodles (An Exercise In Automatic Writing). Otwarcie kompozycji, to małe wichry wojny - dęciaki smagają przestrzeń salwami ciepłego powietrza. Talerze drżą i połyskują w ciemności. Frazy zadekretowane na pięciolinii muzycy powtarzają z mozołem, ale i lekkością leśnych ptaków o poranku. Pętle zdają się być coraz gęstsze, coraz bogatsze w fonie, a towarzyszy im piękna, skromna etiuda na talerzach, a także post-rockowe inkrustacje gitary. Małe expo prezentuje klarnet basowy, które komentowane jest ciszej lub głośniej przez resztę zespołu. Meta drumming na zakończenie dobrze podsumowuje kolejny etap podróży. 

Post-Euclidean Madness. Spokojne wejście w temat - ciche struny drżą same z siebie, dęta wataha stęka, gitara podaje coś na kształt rytmu, a talerze szeleszczą. Opowieść nabiera pewnej ilustracyjności, nie goni za niczym, dba o komfort akustyczny słuchaczy. Po upływie dwóch minut zaczyna się gra w małe akcje i reakcje - pojedyncze dźwięki i komentarze podawane unisono. Nastrój robi się chwilami wręcz liryczny. Dopiero na finał historia nabiera rumieńców, dynamika rośnie, a małe salwy ekspresji spowijają scenę i przedscenę.

Dinner With Shub-Niggurath. Rezonans talerzy, oddychająca publiczność, mikro dźwięki z gryfu gitary, szum niecierpliwych dęciaków – narrację budują drobne wydarzenia, których wraz z upływem czasu przybywa. Gitara gra skromnego, repetytywnego rocka, trąbka prycha, klarnet i saksofon burczą. Po chwili znów szybkie expo po samych talerzach i słodkie skrzypce zatopione pomiędzy krętymi ścieżkami narracji. Kalejdoskop perkusjonalnych błyskotek zdaje się stawać w opozycji do mroku skupionego post-chamber pozostałych instrumentów. Wreszcie cała orkiestra idzie szeroką ławą po swoje, a rytm marszu wyznacza saksofon basowy.

Of Portals And Smoke. Szelest ciszy, ów bezdźwięczny dark ambient zwiastuje nadejście czegoś nieoczekiwanego. Moc skupienia, poszukiwanie punktów, pod które podczepić można strzępy opowieści. Molekularna, drobiazgowa narracja tworzy się niemal samoczynnie. Tuby szumią, oddychają czerstwym powietrzem, struny kręcą się wokół własnej osi. Dźwięki pęcznieją, dmuchają na siebie, skowyczą i seplenią. Banda łobuzów jest już gotowa na wszystko! Drumming po krawędziach werbla i tomów generuje nowe pokłady emocji i salwy ekspresji, które po czasie gasną pośród swędu dopalających się świec. Nim nadejdzie ostateczny koniec śpiewno-brudne skrzypce zdążą jeszcze postawić piękne stemple dźwięków.

Yog-Sothoth's Boogie. Niespełna czterominutowy finał tego niebywałego koncertu wcale nie ma zadania studzić emocji po jakiejkolwiek stronie sceny. Saksofon repetuje głośną frazę, perkusja aktywna i pełna woli czynienia samego dobra dba o dynamikę, gitara skwierczy rockiem, a dęciaki śpiewają i tańczą – prawdziwy marsz po złote runo! W drugiej części utworu następuje drobne spowolnienie, które jest jedynie okazją do oddechu przed niespodziewaną, acz krótką, erupcją free jazzu! Na ostatniej prostej muzycy plączą się w emocjach i bystrze docierają do fazy oklasków, które słyszeli jednak tylko ci z nas, którzy byli obecni w Soda niemal trzy lata temu.  



wtorek, 5 listopada 2019

Discordian Records and its Community Ensemble! Loh Treh! Bayer & Balanya!


Barcelona przeżywa ciężkie chwile, ale świat wokół zdaje się być całkiem nieczuły na jej problemy. Trybuna lokuje swoje sympatie po wiadomej stronie, ale w zakresie słowa pisanego skupia się wyłącznie na muzyce. A tej ostatniej powstaje w stolicy Katalonii niepoliczalna wręcz ilość, a co najważniejsze, wciąż wyposażać możemy ją we wszelkie atrybuty wysokiej jakości.

Dziś cztery jesienne nowości, sygnowane naszym ulubionym szyldem Discordian Records. Dwie pozycje katalogu głównego, o numerach 114 i 115, a także dwie pierwsze edycje sublabelu … Discordian Bootlegs! To właśnie od tych ostatnich zaczniemy nasz krótki przegląd.




Discordian Community Ensemble  Las Cinco Estaciones (Discordian Bootlegs, DL 2019)

Jeden z okrętów flagowych muzycznej Barcelony, Discordian Community Ensemble, czyli dyrygowana improwizacja, prowadzona wg precyzyjnie opracowanych scenariuszy i dwa nowe koncerty, które przy okazji otwierają inicjatywę wydawniczą, o której wspomnieliśmy w preambule tekstu!

Jesteśmy w dzielnicy Gracia. W pierwszej kolejności odwiedzamy klub Magia Roja (marzec 2019), a na scenie spotykamy następującą grupę muzyków: Iván González – trąbka, Victor Colomer – puzon, Vicent Muñoz - … saxhorn,  Miriam Reyes – narratorka, Vasco Trilla – perkusjonalia, Pablo Schvarzman – gitara elektryczna, Dani Pucha – skrzypce, João Braz – wiolonczela, Àlex Reviriego – kontrabas, wreszcie El Pricto – kompozycja i dyrygentura. Odsłuch całości, która zwie się Las Cinco Estaciones, a składa się z pięciu części, zajmie nam 60 minut i 6 sekund.

Dźwięki otwarcia przypadają w udziale narratorce, która pięknym hiszpańskim (nie katalońskim!) prezentuje nam założenia … Dyskordiamizmu *) w ujęciu dydaktycznym, a czynić to będzie w ramach introdukcji każdej z pięciu części tego niezwykłego dramatu. Obok szelest i chrobot strun, które złorzeczą i niosą wyłącznie złe wieści. Doskonale pamiętamy jednak, iż filozofia dyskordiańska jest przede wszystko ogromnym żartem z głupoty ludzkości w ujęciu dalece historycznym. Narracja sieje gromy skupienia, powagi i dbania o poszczególne dźwięki. Trzy instrumenty dęte plotą gęstą pajęczynę fonii, cztery strunowce też nie marnują tu choćby sekundy, a narratorka i perkusjonalista dbają o wrażenie ogólne. Nad całością dramaturgii czuwa zaś mistrz kompozycji i dyrygentury, one and only El Pricto! Orkiestra zdaje się czytać sygnały płynące z zapisów kompozytorskich, ale jej skłonność do figli sprawia, iż opowieść początkowo snuta poprzez małe, urywane frazy, dość szybko zbliża się do naszej ulubionej metody improwizacji call & responce. Narratorka sięga czasami po scat lub melodyczny półśpiew, dęciaki śpiewają i improwizują, strunowce zaś improwizują i tańczą. Akcja toczy się wartko, zmiana goni tu zmianę, a wrzący tygiel stylistycznych odniesień nie pozwala nam zapomnieć choćby przez ułamek sekundy, iż znajdujemy się królestwie El Pricto. Conducted free chamber with high emotions! Druga opowieść toczy się z pozoru nieco spokojniej. Narratorka bez zbędnej zwłoki czyni swoją powinność, obok rechoce trąbka, a struny błyszczą złotym strumieniem upalonej filharmonii. Muzycy zgrabnie wchodzą w dramaturgiczne spięcia w podgrupach, każdy ma tu odpowiedź na każde zadane pytanie, a najpiękniejsze frazy zdają się słać gitara do pary ze skrzypcami. W 7 minucie muzycy z namaszczenia dyrygenta decydują się na zmysłową, kolektywną kulminację, która zdaje się komentować kolejną porcję filozoficznego wykładu narratorki. Ta ostatnia, w ramach kolejnego odcinka specjalnego, proponuje wokalną, repetytywną psychodelię, czym barwi flow narracji niemal na czerwono. Sam finał tej pieśni zionie już ogniem wieczystym.

Trzecia porcja wykładu zdaje się być najspokojniejszą jego częścią – struny ledwie dobywają dźwięki, płyną małymi frazami, wiolonczela niemal czołga się po podłodze, a kompulsywny, intuicyjny drumming klei nierówności meta rytmem, który nie wydaje się być zadanym na pięciolinii.  Dla odmiany, dęciaki sprawiają wrażenie sterowanych wzrokiem dyrygenta. Cała narracja budowana jest niezwykle skrupulatnie, wybrzmiewa zaś pięknymi, dłuższymi frazami, podawanymi kolektywnie. Czwarta część, na zasadzie dysonansu, nabiera dynamiki na starcie i nie jest skłonna zmienić swojej pozycji dramaturgicznej. Puzon dyktuje tempo, strunowce stroszą pióra w kolektywnej repetycji. Całość ma pazury, ale jest dość precyzyjnie zaplanowana. Po niedługim czasie pięknie się jednak rozlewa w ocean całkiem swobodnej improwizacji. Po 7 minucie ciekawe zwarcie w podgrupie z perkusjonaliami w roli wiodącej (Vasco Trilla!). Na finał zaś kolektywna repetycja i garść zgrzytów na kilku gryfach jednocześnie. Czas na ostatnią już partycję koncertu – głos i komentarze dętych, strunowe dialogi i drobiny niemal post-rockowego smaku. Narracja zdaje się płynąć wedle wskazań El Pricto, ale wciąż nadyma się i prycha suchym powietrzem. Całość systematycznie nabiera wiatru w żagle, ale nigdzie się nie śpieszy - gitara slajsuje, talerze rezonują – jednocześnie skupienie i rozchełstanie. Ostatnie dźwięki tego niezwykłego koncertu, to melodyjne zaśpiewy narratorki, toczone na tle wybrzmiewających strunowców.




Discordian Community Ensemble  Degenerative Music #1 (Discordian Bootlegs, DL 2019)

Przenosimy się teraz o kilka przecznic, do klubu Soda Acústic (a na osi czasu cofamy się do końcówki czerwca 2018 roku). Na wyjątkowo małej scenie klubowej melduje się spora wataha muzykantów: Fernando Brox - flet i … harmonic singing, Almudena Vega – flet, Luiz Rocha – klarnet basowy, Vicent Muñoz - … saxhorn, Diego Caicedo – gitara elektryczna, Àlex Reviriego – bas elektryczny, Joni Garlic – perkusja, Sarah Claman – skrzypce, Francesc Llompart – skrzypce, João Braz – wiolonczela, Mariano Camarasa – wiolonczela i last, but not least El Pricto – koncept całości, dyrygentura i … spontaneous degenerator. Nagranie Degenerative Music #1, złożone z dwóch części, potrwa 42 minuty i 3 sekundy.

Przed nami kolejna artystyczna wolta maestro El Pricto! Najpierw posłuchamy utworu kameralnego … Ludwiga van Beethovena (Kwartet Smyczkowy No.6), potem zaś György Ligetiego (Kwartet Smyczkowy, No.2). Oba w wersji zdegenerowanej – muzycy nie będą grali wedle notyfikacji graficznej zacnych autorów, a korzystać będą jedynie z osobistej gestykulacji El Pricto. Innym słowy – klasyczna muzyka kameralna zdegenerowana do poziomu improwizacji, czynionej przez 11-osobową orkiestrę, granej na żywo, bez jakichkolwiek prób (zgodnie z opisem wydawcy).

Beethoven od startu wydaje się być zadziorny, dynamiczny, komponowany w czasie rzeczywistym trybem jak najbardziej kolektywnym. Dużo muzyków, jeszcze więcej wrażeń, zgrzyty i kompulsywne suplesy dramaturgiczne, a wszystko podszyte wewnętrznym rytmem, pełnym niepokoju, komentowanym małymi eksplozjami mocy. Momentami opowieść smakuje niczym Different Trains Steve’a Reicha, ale eksponowanym po dawce LSD wysokiej jakości. Elektryczny bas Reviriego nadaje całej narracji odpowiedniej masywności, gitara Caicedo często wspiera go w tym żmudnym dziele. Już w 4 minucie orkiestra potępionych deprawatorów świętej klasyki proponuje pierwszy tego dnia stopping dramaturgiczny – struny skowyczą, a garść spokojniejszych fraz pozostałych instrumentów płynie bez nadmiernego pośpiechu. Ta sielanka nie trwa jednak długo – mała kotłowanina w dolnych partiach częstotliwości i bukiet akustycznych zadziorów są już udziałem muzyków! Cios za cios – skromne interludia i salwy przepięć energetycznych! Kipiel post-jazzu, kipiel post-rocka, niewyczerpalne zasoby energii! Niby Beethoven, ale zdecydowanie gramy tu muzykę El Pricto! Niebywała zmienność akcji, emocje, błyskotliwość i temperamentność! Kameralistyka wyzwolona z wszelkich ograniczeń! Po 15 minucie - jedna z nielicznych, pastelowych, wręcz łagodnych przebieżek na gryfach, wewnątrz tub, po emalii werbla i tomów, czyniona wszakże w aurze mroku i silnie skrywanego cierpienia. Pricto przyprawia Beethovenowi rogi, ale czyni to z gracją niemalże anielską. Po 20 minucie opowieść delikatnie traci na intensywności, ale nie na emocjach - rockowe kontrapunkty Reviriego i Caicedo, którzy wciąż dbają na należytą dramaturgię. W tle płynie wataha strunowców, która zdaje się podawać nieistniejący temat unisono. Na sam finał, tuż przed upływem 30 minuty, prawdziwie ognista kipiel! Brawo!

Ligeti rodzi się w niepokojącej, pełnej grozy sytuacyjnej ciszy. Rwane, nerwowe frazy, od ciszy do hałasu i z powrotem. Narracja nabiera ekspresji, ale wszystko wydaje się dziać pod pełną kontrolą El Pricto. Świetna ekspozycja pary fletów, komentowana przez strunowce słodkim pasem zwinnych dźwięków. Po 5 minucie całość nabiera dynamiki, a dobre rzeczy dzieją się także w obrębie zestawu perkusyjnego. Zmiana goni zmianę, raz krótka kipiel, innym razem zmysłowe hamowanie na rozgrzanych strunach – gęsto, frywolnie, temperamentnie (znów gitara i bas!), niemal free rockowa eskalacja z mocnym drummingiem. Na ostatniej prostej tej trzynastominutowej części improwizowanej klasyki, szalona orkiestra Pricto gra piekielnego marsza z uśmiechem na ustach!  




Loh Treh  Dehpiadadoh (Discordian Records, DL 2019)

Przechodzimy do całkiem swobodnej improwizacji! Jedna z dwóch najnowszych płyt regularnej edycji Discordian Records i trio o nazwie własnej Loh Treh: Fernando Brox – flet, Diego Caicedo – gitara elektryczna oraz João Braz – wiolonczela. Czyli muzycy, których już dziś słuchaliśmy, ponownie klub Soda Acústic, a na osi czasu … wracamy do marca bieżącego roku. Cztery improwizacje, 41 i pół minuty, skomplikowany w każdym języku świata tytuł nagrania.

Akustyka Sody prezentuje się na starcie koncertu w taki mniej więcej sposób – ostry szum z wąskiej tuby fletu, drżenie gryfu gitary podłączonej do prądu, intensywny, choć delikatny drumming, czyniony na gryfie … wiolonczeli. Po paru chwilach budowania pierwszej fazy emocji, Caicedo zaczyna liczyć metaliczne struny gitary, szczęśliwie wszystko się zgadza. Cello Braza brnie dolnym pasmem, brudnym, intrygująco zakurzonym chamber. Flet Broxa w tym gronie wydaje się być najbardziej groźny i najmniej obliczalny. Muzycy zwinnie budują improwizację, co rusz uciekając w strefę fake sounds, tak charakterystyczną dla całej sceny Barcelony. Kolejna faza, po 5 minucie – rytmiczne piłowanie strun wiolonczeli, ćwierkanie fletu i taniec gitary na palcach. Opowieść toczy się kolektywnie, w pełni demokratycznie, nabiera dynamiki niczym ryba powietrza w wodzie. Po chwili zejście w ciszę – ponadgatunkowy free improv podawany ze smakiem, być może delikatnie predefiniowany przed koncertem, przy wąskim, czerwonym barze. Akcja wartka, bez punktów przystankowych – na finał tej części, kreowany przez pizzicato wiolonczeli, fragment bardzo jazzowego frazowania. Druga opowieść także rodzi się z kolektywnego zacięcia, od startu tonie w zadziornych foniach, podawanych bez sentymentów. Muzycy nie stronią od incydentalnego hałasowania (flet!), nie brakuje im rockowej ekspresji - taka oto kameralistyka na sterydach! Aż struny trzeszczą, aż tuba skrzypi! Na wybrzmieniu garść preparacji i bystry półambient gitary.

Trzecia historia zaczyna się głośno, małymi, rwanymi frazami, ale pełnymi wypolerowanych, wyrazistych dźwięków. Podskórny rytm, szeroki bukiet błyskotliwych brzmień. Sucha gitara i czysta akustyka wiolonczeli i fletu. Czas mija w mgnieniu oka. Czwarta improwizacja stawia na kolektywne preparacje! Flet burczy, gitara pulsuje krwią post-rocka, cello rwie smyczek na strzępy, wykorzystując krawędzie gryfu. Narracja znów nabiera intensywności i akustycznych kantów. Znów jest o krok od hałasu. Mantryczny taniec zatracenia w błogości chwili. Flet zdaje się pokrzykiwać z emocji, cello rytmicznie rzeźbi bruzdę w ziemi, a gitara gotuje się w sosie własnym! Prawdziwe power trio! Po chwili muzycy zmysłowo tracą moc na wejściu i zacieśniają pierścień preparacji. Caicedo wpada w ambientowe echo, Braz zaciska struny na gryfie, a Brox narzeka na troski całego świata. Piękna, finałowa ekspozycja! Na ostatniej prostej – flet brzmi niczym zamknięta tuba saksofonu tenorowego, wiolonczela osiąga stan wrzenia, gitara śle zaś rockowe pociski na poste restante. Recenzent zdolny jest już tylko wykrzyczeć epickie what a game!




Marcel·lí Bayer/Josep-María Balanyà  Escletxa (Discordian Records, DL 2019)

Czas na absolutnego świeżaka, płytę, która swą premierę miała w ubiegłym tygodniu. Dwóch muzyków, których łamy Trybuny jeszcze nie gościły: Marcel·lí Bayer – saksofon barytonowy oraz Josep-Maria Balanyà – fortepian, czasami preparowany. Początek lipca 2019 roku, klub, którego też jeszcze nie znamy - Nota 79. Dwie improwizacje, łącznie 39 minut i 15 sekund.

Zapraszamy na prawdziwie free jazzową podróż z saksofonem barytonowym, który lubi brzmieć niczym saksofon tenorowy, dzierżony w dłoniach przez Evana Parkera, i fortepianem, który preferuje aktywną postawę, głównie w pozycji nad klawiaturą. Opowieść w trakcie całego koncertu toczy się wartko, nie zawiera zbędnych punktów przystankowych, ani tym bardziej tzw. pustych przebiegów. Muzycy równie dobrze radzą sobie w temperamentnych eskalacjach, jak i w chwilach zadumy i dramaturgicznego zawieszenia. Zgrabnie budują narrację, nie stronią od hałasu typowego dla wyzwolonego free jazzu, bez trudu schodzą także w obszar ciszy, sonorystyki i niebanalnych preparacji. Zdają się mieć wiele elementów dramaturgicznych tego koncertu pod całkowitą kontrolą. Po 6 minucie pierwszego seta wychodzą z dźwięków – tuba szumi suchym powietrzem, niemal słychać trzeszczące krzesełko pianisty. Baryton plecie piękną, niezwykle wystudzoną opowieść, a piano, delikatnie preparowane, po chwili wyprowadza narrację prawie niedostrzegalnym rytmem. W 17 minucie baryton zostaje na moment sam i zyskuje intrygujący pogłos. Piano też ma swoje kilka samotnych sekund, zbogaconych okrzykami muzyków.

Druga improwizacja jest nieco krótsza. Zaczyna się pasmem wzajemnych preparacji, czynionych po gołych strunach i pustych duszach. Narracja budowana z małych fraz, zwinnie nabiera mocy. Z tą muzyką nie odkrywamy niczego nowego, ale w towarzystwie tych akurat muzyków czujemy się wyśmienicie! Po 10 minucie baryton i piano postanawiają budować bardziej masywną, ekspresyjną narrację. Dynamika i bystry rytm są już jej atrybutami do końca koncertu. Spektakl staje się przez to odrobinę przewidywalny dramaturgicznie, ale sposób, w jaki muzycy gaszą płomień narracji, nadrabia tę ambiwalencję z nawiązką.


*)
Dyskordianizm (ang. discordianism) – za wikipedią: parodia religii stworzona około roku 1958 przez Kerry'ego Thornleya i Gregory'ego Hilla. Nazwa dyskordianizm pochodzi od rzymskiej bogini Dyskordii (grecka Eris). Kult ten sprzeciwia się autorytetom, regułom i tradycji. Zasady dyskordianizmu są wyłożone w Principia Discordia, autorstwa Malaklipsy Młodszego (Gregory'ego Hilla). Ruch dyskordiański jest również opisany w powieści Trylogia Illuminatus! Roberta Shea i Roberta Wilsona.



poniedziałek, 10 czerwca 2019

Discordian Community Ensemble! Live at Tepekalesound!


Kontynuując wątek poszukującej, współczesnej kameralistyki, która uwielbia improwizację, przenosimy się z Berlina (powstałe tam nagranie Egin był przedmiotem naszej uwagi w ostatnią sobotę) do Barcelony, a dokładnie do miejsca zwanego TPK Contemporary Art Center, które znajduje się na przedmieściach pięknej stolicy Katalonii, w L'Hospitalet. Tamże cyklicznie, od roku 2005, odbywają się koncerty muzyki improwizowanej, które organizuje saksofonista i kompozytor Agustí Martínez.

Pod koniec listopada ubiegłego roku na tamtejszej scenie pojawił się okręt flagowy labelu Discordian Records, czyli … Discordian Community Ensemble, w składzie: Fernando Brox – flet, Agustí Martínez – klarnet (utwór 4) oraz jako dyrygent (utwory 1-3), El Pricto – saksofon altowy (1-3) oraz jako dyrygent (4), Melisa Bertossi – saksofon tenorowy, Pablo Volt – trąbka, Ilona Schneider - śpiew (sopran), Diego Caicedo – gitara elektryczna, João Braz – wiolonczela oraz Eduard Altaba – kontrabas. Grupa wykonała trzyczęściową kompozycję Agustí Martíneza Serena oraz otwór skomponowany przez El Pricto Reflectores. Odsłuch całości zajmie nam 46 minut i 35 sekund. Nagranie dostępne jest na bandcampowej stronie Discordian Records w formie downloadingu, a swoją premierę miało w poprzednim miesiącu.




Honory mistrza ceremonii otwarcia przypadają w udziale Ilonie Schneider – kobiecy sopran zalotnie skowycze, recytuje tekst, a potem krzyczy wysokim, operowym tembrem głosu. Po 70 sekundach do życia budzą się instrumenty, śląc spokojne, choć tajemnicze i długie dźwięki. Tym pierwszym jest gitara, potem wchodzą saksofony, trąbka i flet. Rodzaj wyważonego emocjonalnie chamber z delikatnym rytmem, podawanym z gryfu gitary. Narracja dobrze się zazębia i mimowolnie pęcznieje, zdobiona garścią sonorystyki ze strony saksofonu altowego. Głos Ilony, niczym demiurg inicjacji, powraca w 5 minucie i wdaje się w interakcje z instrumentami. Znów recytuje i krzyczy. Dobre wsparcie dotychczasowym wydarzeniom na scenie dają dwa strunowce wyposażone w gorące smyczki. Ceremonia trwa – muzyka skomponowana i dyrygowana, silnie wszakże naznaczona piętnem zdrowej improwizacji, którą każdy z muzyków obecnych na scenie ma we krwi. Każdy z nich ma tu swoją małą przestrzeń, w której dozwolony jest każdy dźwięk, choć nie w każdym momencie rozwoju dramaturgii spektaklu, jest na niego pełne przyzwolenie. Drugą część Sereny zaczyna skromna introdukcja saksofonu altowego. Znów musi upłynąć 70 sekund, by reszta załogi weszła do gry. Najpierw drugi saksofon, który niemal podśpiewuje, potem recytacja i … syczenie z gardła, wreszcie małe pląsy pizzicato z kontrabasu i wiolonczeli. Te dwa ostatnie instrumenty na moment zostają same, a potem we trójkę z trąbką czynią piękną ekspozycję. By dopełnić obrazu całości, swoje trzy grosze dokłada gitara, potem flet z głosem. Tempo narracji jest żwawe, ale nieśpieszne. Bieg na delikatnie zaciągniętym hamulcu ręcznym, z którego wykluwa się, sterowane z pulpitu, niebanalne call & responce! Na finał drugiej części kilka zwinnych, mruczących dźwięków Ilony przy wsparciu smyczka. Ostatnią część Sereny otwiera, tak jak pierwszą, zmysłowa śpiewaczka. Instrumenty spokojnie wchodzą do gry bardzo szeroką falangą, ale czynią to dopiero po 120 sekundach. Grają jakby wspólny temat z wiolonczelą na samym froncie. Chamber as well! Komentarz fletu solo, niczym wisienka na torcie, podobnie rzecz się ma z kontrabasem i smyczkiem. Jakże doskonała instrumentacja całości – bystra filharmonia w gęstym sosie swobodnego instant composing! Wszystko zdaje się tu być zaplanowane w najdrobniejszych szczegółach, ale nie stanowi to dla nikogo – po obu stronach sceny – jakiegokolwiek problemu! W 7 minucie powraca recytacja i zmysłowy, operowy śpiew. W tle szumy i prychanie dętych i blaszanych. No i ponownie głos! Cudowna koincydencja, brawo!

Reflectores otwierają stąpające na palcach saksofony, tnące powietrze wysokim strojem. Smyczki na gryfach, zadrapania na palcach, szept Ilony – nowa opowieść od startu kipi emocjami, jest dalece swobodniej improwizowana, jakby ze strony kompozytora większe było przyzwolenie na dzianie się niemożliwego. Krwisty duet strunowców, rockowe zadziory gitary, pulsacje saksofonu i trąbki. Głos i krzyk! Flet i głos! Metafizyczna niemal symbioza! Zmienność akcji, barokowe aranże - swoboda treści, frywolność formy! Fired Chamber by El Pricto! Recenzent w prawdziwym amoku notuje rozgrzanym piórem: od krzyku do szeptu, z bystrymi komentarzami strings, głos i dęciaki, przepyszna wymiana zdań podrzędnie złożonych, mistyczna dialektyka dźwięków, akcja-reakcja, spiętrzenie i głęboki oddech! Solowe ekspozycje kontrabasu, a zaraz potem wiolonczeli. Znów piękna meta aria Ilony i oddech ciepłej trąbki. Bogactwo, przepych, fajerwerki – wszystko bez jednego zbędnego dźwięku! Eksplozje mocy, niuanse piękna, gniew i radość tworzenia w każdej niemal sekundzie, każdego muzyka z osobną i wszystkich razem. Popisy smyczków i salwy saksofonów. W 12 minucie delikatnie wyciszenie narracji – filigranowe piękno chwili, które po 60 sekundach jest już rockowo-dętą eksplozją, którą łagodzą śliniące się smyczki. W komentarzu flet i głos – dzisiejsze papużki nierozłączki. Emocjonalny rollercaster będzie już naszym udziałem po ostatnie tchnienie tej niebywałej ekspozycji. Above genres impro conducted composition! W 17 minucie gitarowe preparacje, w tle szum wentyli, szepczący głos i wąskie pasma fletu. Zaraz potem pomruki, szelest opadających przedmiotów, szmer ciszy. Narastanie i opadanie – śpiew, liczenie strun gitary, parskanie zmysłowych smyczków. A ostatni dźwięk staje się udziałem wyjątkowo skupionego gitarzysty.



wtorek, 7 sierpnia 2018

Phicus! Sarah Claman! Tom Chant… And the Others! Soda Explodes!


Trybuna Muzyki Spontanicznej ogłasza definitywny powrót z katalońskich wakacji. Było pięknie, miło i gorąco (to ostatnie – jak niemal wszędzie w Europie!).

Oczywiście na tych łamach skupimy się nie na walorach katalońskich plaż, a na muzyce. Okazja była przednia, albowiem co środowy, improwizowany meeting w klubie Soda Acustic obfitował, w trakcie bytności redakcji w Barcelonie, w aż trzy koncerty. Dodatkowo działo się to przy udziale jednego z ulubionych bandów redakcji - tria Phicus, czyli Ferrana Fagesa, Alexa Reviriego i Vasco Trilli.

Na koncercie w zacisznej uliczce wyjątkowej dzielnicy Gracia nie zabrakło wschodzącej gwiazdy improwizowanych skrzypiec, nowozelandzkiej rezydentki Barcelony, Sary Claman, a także brytyjskiego Katalończyka, wyśmienitego saksofonisty Toma Chanta. Radość Pana Redaktora stała się tym większa, iż wszyscy w/w muzycy pojawią na nowych płytach serii wydawniczej Trybuny i Multikulti Project w perspektywie najbliższych kilku miesięcy.




Trio Phicus (Fages – gitara elektryczna, Reviriego – kontrabas, Trilla – perkusja) debiutowało fonograficznie u progu ubiegłej jesieni (Plom, Multikulti Project/ Spontaneous Music Tribune Series). Tej wiosny ukazała się płyta z gościnnym udziałem rosyjskiego saksofonisty Ilii Belorukova (K(n)ot, Intonema). Na wydanie czekają kolejne dwa nagrania w formule trio+1 – ze szwedzkim saksofonistą Martinem Kuchenem i polskim pianistą Witoldem Oleszakiem (te drugie ukaże się na wiosnę nakładem serii Trybuny). Na dniach trio wchodzi zaś do studia, by nagrać drugi album w wersji saute. Tyle fakty.

Koncert w Soda muzycy rozpoczęli w typowy dla siebie sposób - z rockowym przytupem i skłonnością do eskalowania poziomu dźwięku. Gęsta, muzyczna faktura po kilku minutach niezwykle zgrabnie rozlała się w ocean tłumionych, mrocznych i coraz bardziej psychodelicznych dźwięków. Struktura narracja przybrała formę tłustych dronów, które generował zarówno Trilla, z wykorzystaniem wszystkich akcesoriów w postaci dzwonków, talerzy i metalowych wibratorów, jak i fenomenalnie usposobiony Reviriego, który grał zarówno każdą częścią swojego wielkiego instrumentu, jak i niezbyt dużego ciała. I znów okazało się, iż to pałeczka perkusyjna jest najczęściej używanym przez Katalończyka przedmiotem do dekonstrukcji akustycznych dźwięków kontrabasu. Fages, jak zwykle zdystansowany, siał muzyczne plamy, nie stronił od hałasu (pod koniec pierwszego seta świetnie spuentował marsz soczystych dronów swoich współpartnerów). Także on dekonstruował elektryczne brzmienie gitary różnymi przedmiotami, w jego wypadku niekoniecznie muzycznej proweniencji. Muzyka płynęła i zdawała się nie mieć końca. Drugi set dość niespodziewanie znalazł jednak swoją stację docelową, pozbawiając całość koncertu pewnego rodzaju dramaturgicznej puenty. Występ trwał niespełna 40 minut, ale i tak, jak w przypadku poprzednich występów, które Pan Redaktor miał okazję obejrzeć, przyniósł ogrom nowych, czasami zaskakujących dźwięków. To doprawdy niebywałe, jak rozwija się muzyka tego tria. Czekamy na kolejne płyty i koncerty!




Po parunastu minutach, na scenie pojawiły się trzy urocze Panie, dla których – jak mniemam – było to pierwsze spotkanie w takiej konfiguracji personalnej. Miriam Den Boer, gość z Holandii na skrzypach i dwie rezydentki katalońskie – Sarah Claman na skrzypach i Ilona Schneider – soprano voice. Panie zagrały długi, kilkuczęściowy set, który – ku radości wszystkich zebranych i pewnemu zaskoczeniu samym artystek – zakończony został bisem. Jakże subtelna była to improwizacja. Bardzo kobieca, jednocześnie jednak zadziorna i głęboko osadzona w sonorystyce. Obie skrzypaczki prześcigały się w pomysłach na generowanie dźwięków. Miriam grała nawet na pojedynczej strunie, była przy tym precyzyjna i artystycznie bezkompromisowa, Sarah – cóż za bogata mimika! - zdawała się zaś mieć nieco większy zmysł dramaturgiczny w kreowaniu sytuacji scenicznej. Na to wszystko nakładał się głos Ilony, która świetnie komentowała popisy koleżanek, ale także wchodziła z nimi w dyskursy poznawcze. Doskonały koncert!




Po trio kobiecym, finał wieczoru nie mógł nie być męski! Tom Chant na saksofonie tenorowym i sopranowym, Fernando Brox na flecie i Joni Sigil na perkusji. Nie wiem, przyznaję, czy Ci muzycy grali już wcześniej w takim składzie. W każdym razie, od pierwszego dźwięku na scenie, muzyka kipiała emocjami i rzucała muzyków z lewej strony na prawą. Flet i saksofon chętnie wchodziły we free jazzową kipiel, zaś perkusista po prostu zionął ogniem. Doskonała komunikacja, warsztat i umiejętność tłumienia emocji w ważnych dramaturgicznie momentach koncertu, sprawiały, że całość była narracyjnie niezwykle spójna i pozbawiona pustych przebiegów. Błyskotliwy na tenorze Chant, gdy sięgnął po sopran i zaczął grać w fotel i nogawkę, wzniósł trio na jeszcze wyższy poziom ekspresji.

Gorący był to wieczór w Soda Acustic, tak na scenie, jak i na ulicy przed klubem. More than 35 degrees!

Podziękowania dla El Pricto za, jak zwykle, wspaniałe przyjęcie!