Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dominik Strycharski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dominik Strycharski. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 10 grudnia 2024

Dominik Strycharski & Grzegorz Tarwid na zakończenie tegorocznej edycji Spontaneous Live Series


(informacja prasowa)

 

W piątek 13 grudnia odbędzie się ostatni w tym roku koncert cyklu Spontaneous Live Series, odbywającego się pod patronatem Trybuny Muzyki Spontanicznej i Dragon Social Club począwszy od roku 2019. Na klubowych deskach poznańskiej mekki muzyki free jazz/ free impro wystąpią definitywnie ponadgatunkowi artyści polskiej sceny muzyki kreatywnej – flecista Dominik Strycharski i pianista Grzegorz Tarwid.


Ostatni tegoroczny koncert cyklu przeniesie dragonową publiczność do świata o nieco szerszym niż improwizacja spektrum artystycznych zainteresowań. Jak piszą sami muzycy, którzy zagoszczą na scenie Małego Domu Kultury: „Koncert (będzie) rozpięty między akustyczną przestrzenią fletów i fortepianu, operujących w rejestrach współczesnej kameralistyki, skoncentrowanej na ekspresji i wyrazistości. Muzycy, czerpiąc ze swoich bogatych doświadczeń z muzyką jazzową, improwizowaną i komponowaną, tworzą własny teatr dźwięku”.



Muzycy, których nie trzeba szerzej przedstawiać miłośnikom jazzu i improwizacji, pracują wspólnie od kilku lat, a efektem tego jest ich tegoroczny album „Apogeum” wydany nakładem AudioCave. Każdy z nich wniósł tu swój osobisty bagaż doświadczeń, stworzony na bazie wielu muzycznych gatunków, tyluż mediów i wydarzeń artystycznych także spoza sfery bezpośrednio związanej z uprawianiem muzyki.

 

Spontaneous Live Series Vol.68: Dominik Strycharski & Grzegorz Tarwid

13 grudnia 2024, Dragon Social Club, Poznań, Zamkowa 3, godz. 20.00

Dominik Strycharski – flety blokowe

Grzegorz Tarwid – fortepian, elektronika.

Bilety dostępne przed koncertem (gotówka lub blik).

 

Biogramy:

Dominik Strycharski – kompozytor, flecista, wokalista, improwizator, performer, nauczyciel i publicysta. Laureat Paszportu Polityki 2021. Gra i komponuje współczesny jazz w wielu odsłonach, muzykę współczesną, elektroniczną, posthiphop, noise, a także różne odmiany muzyki improwizowanej. Nagrał ponad 35 albumów w bardzo różnych składach. Jest twórcą i założycielem zespołu Pulsarus, łączącego jazz z zaawansowaną elektroniką, a także Core, Prophetic Fall, Myriad Duo. Jako kompozytor zajmuje się współczesną muzyką elektroakustyczną, korzystającą z nieortodoksyjnych technik i stylistycznych połączeń. Intensywnie rozwija współczesny język fletu prostego oraz ludzkiego głosu łączonego z elektroniką. Współpracował z takimi artystami, jak Mikołaj Trzaska, Agustí Fernandez, Rafał Mazur, Joëlle Léandre, Nuria Andora, Wojciech Waglewski, Adam Pierończyk, Jan Peszek, Barbara Drążkowska. Jako twórca teatralny skomponował różnorodną stylistycznie muzykę do przeszło 90 spektakli i projektów takich twórców scenicznych, jak Paweł Łyska, Bartosz Szydłowski, Michał Zadara, Paweł Świątek, Wojtek Klemm, Katarzyna Raduszyńska, Jan Peszek, Anna Badora, Wojtek Urbański, Kuba Roszkowski i wielu innych. Spektakle z jego muzyką grane są w całej Polsce i za granicą. W 2019 premierę miał kreatywny dokument „Symfonia Fabryki Ursus”, w którym jego muzyka pełni ogromną rolę. W 2020 premierę na Docs Against Gravity miał premierę film „Jeszcze Zdążę” z muzyką Strycharskiego. Od roku 1998 tworzy (jako kompozytor i wykonawca) wielowymiarowy projekt solowy Doministry, łączący współczesną muzykę elektroniczną, posthiphop, performance, noise i elektro-ambient. Jest twórcą jedynego na świecie dziennika dźwiękowego, którego kolekcja obejmuje dziś prawie 500 utworów. Od 2007 roku prowadzi swoją stronę i bloga:

http://www.doministry.blogspot.com

https://doministry.bandcamp.com/music

Grzegorz Tarwid - pianista i kompozytor. Zebrał doświadczenie od mistrzów polskiej pianistyki: Wojciecha Kamińskiego, Andrzeja Jagodzińskiego i Michała Tokaja, by przenieść się na studia do Kopenhagi i inspirować się duńską sceną improwizowaną. Ma na swoim koncie koncerty m.in. ze Zbigniewem Namysłowskim, Maciejem Obarą, ale też Janem Młynarskim czy Marcinem Maseckim. Współtworzy: trio Sundial z Wojciechem Jachną i Krzysztofem Szmańdą, duet Diomede z Tomaszem Markaniczem, projekt Alfons Slik z Szymonem „Pimponem” Gąsiorkiem oraz sekstet Franciszka Pospieszalskiego. W styczniu 2019 był kuratorem festiwalu Piano Room w warszawskim klubie SPATiF.

https://tarwid.bandcamp.com/



 

wtorek, 6 grudnia 2022

RGG feat. Marta Grzywacz, Artur Majewski & Dominik Strycharski in October Suite! *)


Pierwsza pandemiczna jesień, gigantyczne restrykcje, na trybunie festiwalowej publiczność, którą można policzyć na palcach kilku dłoni, a na scenie szóstka muzyków. Jazzowe trio RGG, które uwielbia improwizować oraz trójka doproszonych gości (Grzywacz, Majewski i Strycharski), którzy w formule swobodnej improwizacji czują się jak ryby w wodzie. Już przed finałowym koncertem 15. edycji warszawskiego festiwalu Ad Libitum było wiadomo, że to nie może się źle skoczyć. Dokumentacja foniczna wydarzenia – dziś dostępna na CD – potwierdza dodatkowo, że wyszło naprawdę smakowicie.




Rzeczony koncert dostajemy w jednym strumieniu dźwiękowym, bardzo zgrabnie podzielonym na siedem części, z których każda zdaje się być dobrze skonstruowaną opowieścią w zadanej estetyce. Początek, to open jazz wykreowany przez trio bazowe i wokalistkę. Kornet i flet pojawiają się w grze na etapie dość już żwawej narracji. Improwizacja syci się jazzowymi rozwiązaniami, ale cechuje także dużą swobodą i daje przestrzeń do kreatywnego działania dla każdego z muzyków. Nim upłynie dziesiąta minuta koncertu, bystry sekstet osiąga pierwszy, niemal free jazzowy szczyt. On sam przypada na track drugi, z kolei track trzeci, to faza tłumienia emocji i budowania nowej ekspozycji na bazie repetującego basu. Flow szkli się tu zmysłowym ambientem o posmaku ethno, generowanym wokalizą i śpiewnym kornetem. W kolejnej części koncertu początkowo prym wiodą słodkie frazy fortepianu, a na gryfie kontrabasu pojawia się po raz pierwszy tego wieczoru smyczek. Improwizacja nabiera wszakże nieco abstrakcyjnego posmaku i zdaje się generować całe mnóstwo wielogatunkowych skojarzeń. Nie brakuje melodii i udanych spięć dramaturgicznych. Tymczasem dynamika nagrania niepostrzeżenie rośnie i całość zaczyna balansować na granicy emocji typowych dla free jazzu. Pianista stara się dbać o ład i porządek, ale zwinny drummer wnosi ekspozycję na kolejne wzniesienie, z którego droga powrotna wiedzie urokliwymi ścieżkami dźwiękowymi, generowanymi głównie przez sekcję gości.

Bardzo ciekawie rozwija się epizod piąty. Najpierw ciepłe piano i rezonujące talerze, posmak jazzu, ale także – po raz kolejny – etnicznie brzmiącego ambientu. Tuż potem koncert zdaje się wchodzić w jedną z najbardziej interesujących faz. Dron basu splata się tu z oddechami fletu, bystrze pulsuje kornet, a wokalistka zaczyna gwizdać. Narracja stoi w miejscu, ale skrzy się wyjątkową paletą brzmień i interakcji. Poziom trzyma też kolejny fragment koncertu, który wyłania się z ciszy i mroku, płynie długimi frazami, przy wsparciu minimalistycznego fortepianu. Dobrze tu wyglądają akcje smyczka i lekkiego drummingu. W momencie, gdy muzycy wracają do jazzowych rozwiązań, stymulowanych melodyjnym kornetem, zaczyna się finałowa narracja. Początkowo przypomina stylową, ale jakże balladową rozbiegówkę. Jednak w pewnym momencie artyści, niemal jednym głosem, zarządzają efektowną wspinaczkę. Kolektywna, nerwowa narracja formuje się tu w efektowne crescendo, które narasta niemal do ostatniej minuty koncertu. Emocje sięgają zenitu, a konsekwencja muzyków stawia nas do pionu. Piękne zwieńczenie koncertu, soczyste, gęste i doskonale ugaszone.  

 

RGG feat. Marta Grzywacz, Artur Majewski & Dominik Strycharski October Suite (Fundacja Słuchaj!, CD 2022). Łukasz Ojdana – fortepian, Maciej Garbowski – kontrabas, Krzysztof Gradziuk – perkusja, instrumenty perkusyjne oraz Marta Grzywacz – głos, Artur Majewski – kornet, elektronika, Dominik Strycharski - blockflutes, elektronika. Nagrane na żywo, 17 października 2020, Ad Libitum Festival, Laboratorium, U-Jazdowski, Sala Wojciecha Krukowskiego, Warszawa. Siedem części, łączny czas – 56:57.

 

*) niniejsza recenzja powstała na potrzeby portalu jazzarium.pl i tamże została pierwotnie opublikowana



poniedziałek, 9 grudnia 2019

Quartett Non Locality! Sarah Claman, Dominik Strycharski, Zbigniew Chojnacki & Ramon Prats!


Kwartet pozbawiony lokalizacji rozpoczyna swoją dźwiękową podróż krótką, bystrą i kolektywną, ledwie dwuminutową introdukcją. Werbel zestawu perkusyjnego drży, flet posyła dźwięki z kantami, skrzypce wydają się być surowe i drapieżne, a elektroakustyka uśpionego akordeonu migocze w oddali. Czuć w powietrzu duże emocje, póki, co wszakże, krzyk więziony jest głęboko we wnętrzu swobodnej improwizacji.

Druga opowieść, masywna i prawdziwe epicka (20 minut!), odkrywa już większość tajemnic, z jakimi czwórka muzyków przybyła do studia nagraniowego. Otwarcie ekspozycji przypada w udziale perkusji i skrzypcom. Tuż obok tańczy mały flet, który ma wyłącznie pokojowe zamiary, a akordeon znów dba o zmysłowe tło. Oto jak rozwichrzona kameralistyka wyrusza na łowy. Płynna narracja, która od czasu do czasu potrafi zionąć ogniem, zwłaszcza, gdy flet i skrzypce szukają zwady, akordeon pulsuje elektroniką, a perkusja dba o odpowiednią porcję rytmu i dynamiki. Koniec czwartej minuty wyznacza pierwszy krok w kierunku ciszy, ku zagubionym dźwiękom. Odnotowujemy dobre akcje na linii flet-akordeon, nie brakuje preparacji, perkusista nakręca spiralę improwizacji, a skrzypaczka liczy struny i prosi o łyk zimnej wody – jakże piękny moment kwartetu! W 10 minucie drobna wymiana poglądów fletu i skrzypiec, którym definitywnie dobrze z oczu patrzy. Po kolejnych dwóch minutach – puls okablowanego akordeonu, garść tajemniczych fonii nieznanego źródła pochodzenia i głosy być może prawdziwie ludzkie. Wraz z upływem kwadransa, kwartet rusza w gęstwinę emocji i nadekspresyjnych zachowań. Akcenty perkusyjne post-elektroniki, potok fraz post-rockowych. Świetnie zakończona opowieść.




Trzecia improwizacja, to krok w kierunku ograniczenia instrumentarium – przed dłuższą chwilę słyszymy dialog skrzypiec i akordeonu. Od burczenia i pojękiwania, do śpiewu i dronowych podskoków. Molowy nastrój, piękna elektroakustyka. Czwarta część i powracamy do kwartetu – flet, zmutowany akordeon, zwinne skrzypce i deep drumming. Małe frazy, świetnie skomunikowane ze sobą. Pod koniec flet śpiewa półgłosem, a na talerzach wystrzał fajerwerków. Piąta część i znów słyszymy tylko dwa instrumenty – tym razem namiętnym skrzypcom towarzyszy flet (te pozostałe pewnie są tuż obok i wymownie milczą). Lekka, zmysłowa, zalotna historia – muzycy płyną długimi frazami, aż do momentu finałowego wzniecenia ognia. W tle dygocze elektroakustyczny ambient, ale może nam się tylko tak wydaje.

Szósta opowieść i znów skrzypce w miłosnych lotach – tym razem wybrankiem jest perkusja. Głębokie dźwięki, bystre preparacje i szybko uzyskany stan zwinnego półgalopu. Jeden z najlepszych momentów albumu! Na finał, pieśń siódma i definitywny powrót kwartetu, który potrzebuje ledwie kilku nanosekund, by wejść na poziom dynamiki, jakiej doświadczaliśmy na początku płyty. Piękna klamra dramaturgiczna! Moc pozytywnej energii kolektywnych rozmów na dowolne tematy. Narracja maszeruje zamaszystym krokiem, akordeon fantazyjnie charczy, wszystko zdaje się tu tańczyć, swawolić i gonić na zatracenie. Emocje kute na cztery nogi! Zażarta narracja, dźwięk za dźwięk, doprowadza muzyków do ostatniego westchnienia.


Quartett Non Locality: Sarah Claman – skrzypce, Dominik Strycharski – blockflutes/ recorders, Zbigniew Chojnacki – akordeon, live electronics, Ramon Prats – perkusja. Nagrane w roku 2018 w Estudios Ground, Barcelona. Wydawca: Multikulti Project/ Spontaneous Music Tribune Series, CD 2019.


Uwaga! Autor recenzji jest współwydawcą tej płyty!

piątek, 15 listopada 2019

Kassap & Duboc! Landscapes! Trigger! Advent! I love you SDSS…! William’s Thing! Wachtelaer! Vasquez & Sama! Remember this November, what a summary!


Music! Music! Music! Improwizowany przewodnik w czasach nadprodukcji dźwięków pracuje nieprzerwanie z pełną mocą.

Dziś kolejna porcja nowych nagrań i znów garść nowych nazwisk do zapamiętania. Listopadowa zbiorówka aż kipi od emocji, jest bezczelnie wielogatunkowa, a każdy jej fragment naznaczony wielką muzyczną wolą improwizowania. Zaczniemy od Francji i nowości Dark Tree Records, potem kameralny wątek brytyjski, trochę awangardy krajowego Bociana, w jak najbardziej międzynarodowym towarzystwie, nowości Multikulti Project, wyjątkowo psychodeliczny wątek w twórczości belgijskiego perkusisty Dirka Wachtelaera, a na finał swobodna improwizacja z Argentyny. What a game!




Sylvain Kassap/ Benjamin Duboc  Le Funambule (Dark Tree, CD 2019)

Styczeń bieżącego roku, miejsce zwane Le Comptoir, Fontenay-sous-Bois, Francja. Na scenie: Sylvain Kassap na klarnecie i klarnecie basowym oraz Benjamin Duboc na kontrabasie, używał będzie także głosu. Pięć swobodnych improwizacji, 48 minut i kilkanaście sekund.

Le Funambule, to niebanalna, bardzo kameralna opowieść na klarnet i kontrabas. Dwie dłuższe improwizacje i trzy drobne, zmysłowe perełki. Wszystkie one zdają się być podszyte dramaturgicznym niepokojem oczekiwania na nadejście niemożliwego. Wybitny kontrabasista Duboc, która długo kazał sobie czekać na nowe nagrania, tu każdym dźwiękiem potwierdza klasę i wysoki poziom kreatywności. Gra głównie smyczkiem, szuka najniższych częstotliwości, buduje dramaturgię nagrania od pierwszej do ostatniej minuty. Towarzyszący mu klarnecista Kassap niestrudzenie stara się dotrzymywać mu kroku, nie rzadko z sukcesem, zwłaszcza wtedy, gdy sięga po klarnet basowy.

Pierwszą (długą) improwizację zdobi melorecytacja Duboca, która przysparza nagraniu dodatkowej porcji tajemniczości. Narracja toczy się w niemalże ślimaczym tempie, pełna jest kameralnej zadumy, minimalistycznej kontemplacji. Kolejna długa improwizacja (trzecia) bazuje na ciemnym brzmieniu klarnetu basowego. Muzycy nieustannie szukają kontaktu z ciszą, nie brakuje brzmieniowych niuansów, flażoletów, klarnetowych półdronów, tanecznych przebieżek smyczka. Duża zmienność akcji, użytych technik i poziomu emocji. Gdy Duboc proponuje bardziej oczywiste frazowanie pizzicato, czar delikatnie pryska, jakkolwiek takie momenty na płycie, to jedynie incydenty.  W krótszych improwizacjach warto wsłuchać się w minimalistyczną repetycję kontrabasu i preparacje klarnetu, czynione na dużej wysokości (drugi fragment), akcenty sonorystyczne plecione na tle wyjątkowo masywnego kontrabasu (czwarty fragment), wreszcie – w być może najciekawszym, piątym fragmencie płyty - moment stosunkowo intensywnej improwizacji, gdy klarnet basowy smakuje wschodnimi skalami, kontrabas tańczy z całkiem południowym temperamentem, a całość grzmi i łomoce, jakby muzycy tracili zmysły w opętańczym powtarzaniu fraz.




Dunmall/ Gibbs/ Taylor/ John Long  Landscapes  (FMR Records, CD 2019)

Brytyjska, piorunującą mieszanka doświadczenia i młodości, w kameralnym kwartecie bez instrumentu perkusyjnego - Paul Dunmall na saksofonie sopranowym i flecie, Philip Gibbs na gitarze, Benedict Taylor na altówce i Ashley John Long na kontrabasie. Opowieść w sześciu częściach, 56 minut i 8 sekund (Bristol, Victoria Rooms, wrzesień 2018r.).

Swobodna improwizacja w wydaniu brytyjskim, to na ogół klasa sama w sobie. Nie inaczej jest na płycie Landscapes. Z jednej strony weteran free jazzu, z drugiej trójka młodszych, głodnych wrażeń i jakże bystrych partnerów. Na płycie prezentują trzy dłuższe improwizacje w kwartecie i trzy krótsze w tak zwanych podgrupach (duet i dwa tria). Dunmall zostawia kolegom dużo przestrzeni. Gdy sięga po sopran czasami wypełnia jedynie tło. Tak, jak w pierwszej części – śpiewa na wezgłowiu, podczas gdy gitara kreśli zmyślne pętle, kontrabas drży pizzicato lub płynie umiarkowanie wysokim smyczkiem, a altówka rysuje bruzdy w ziemi i na ogół cudownie preparuje (Taylor trzyma klasę mistrzowską od pierwszego ostatniego dźwięku!). W drugiej dłuższej improwizacji (piąty trak), napięcie budowane jest stopniowo. Najpierw kameralny niepokój sieją kontrabas i altówka. Gitara włącza się po niespełna dwóch minutach i niesie na gryfie sporą garść psychodelii. Sopran, ze śpiewem na ustach, pojawia się po kolejnych dwóch minutach. Muzycy budują zmysłową opowieść często reagując w parach: gitara z saksofonem, kontrabas z altówką. Po znaczącym spowolnieniu, w środku prawie 17 minutowego utworu, ster narracji przejmuje Dunmall i pozostaje szefem ekspozycji do samego jej końca. W ostatnim utworze dużo dobrego robi też mając flet pomiędzy zębami, szczególnie gdy przez kilka chwil płynie tylko w towarzystwie Taylora.

W tak zwanych mniejszych składach muzycy również ślą do nas wyłącznie smakowite pozdrowienia dźwiękowe. Druga część, to duet saksofonu i kontrabasu, który siłą rzeczy najbliższy staje się estetyce free jazzowej. Wyśmienita jest część trzecia, gdy sceną rządzą trzy strunowce – świetne reakcje, na ogół metodą call & responce! Czwarta część to trio fletu, gitary i altówki – stylowa, umiarkowanie emocjonalna zabawa w wyłącznie udane preparacje, innymi słowy kameralistyczny szczyt jakże udanej Landscapes.




Trigger plus Jérôme Noetinger  Camera Obscura (Bocian, CD 2019)

Nils Ostendorf na trąbce, Matthias Müller ma puzonie i Chris Heenan na klarnecie kontrabasowym, czyli trio Trigger oraz Jérôme Noetinger - wg opisu na okładce płyty revox tape recorder, czyli po naszemu, coś na kształt … live proccesing, reel to reel time sound deconstructions. Nagranie koncertowe z grudnia 2014 roku (NK, Berlin), cztery akustyczne improwizacje dewastowane soczystą syntetyką – łącznie 44 minuty i 9 sekund.

Prychające, skrzeczące, drżące i syczące tuby trzech instrumentów dętych, których brzmienie filtrowane jest na kablach i tamże zwinnie dekonstruowane - reeds’ slow dancing in electroacoustic environment, notuje recenzent językiem Szekspira. Jakby nowy wymiar akustyki puzonu, trąbki i muskularnego klarnetu kontrabasowego. Dronowe ekspozycje z akustycznymi zdobieniami, modulowane sercem skwierczącej syntetyki. Gdy potokiem fonicznych wydarzeń rządzi największy z klarnetów, jakość narracji rośnie wymiernie. Gdy władzę przejmuje syntetyka, a chwilami potrafi czynić to bardzo niewybrednie, czar opowieści delikatnie pryska (choćby druga część pierwszej opowieści, a także fragmenty drugiej). Free chamber podłączone pod prąd wysokiego napięcia zdecydowanie lepiej radzi sobie w momentach dramaturgicznej równowagi akustyczno-elektronicznej, jak choćby w początkowej fazie utworu drugiego i w całym piątym. Bywa także, iż syntetyka dominuje, ale nie jest nadmiernie inwazyjna i udanie kooperuje z akustyką, jak ma to miejsce w utworze czwartym.

Zdecydowanie najciekawiej na całej płycie walka dobra ze złem wypada w trzeciej, najdłuższej improwizacji, która trwa niemal 19 minut. Na wejściu odnotowujemy sporo dźwięków akustycznych. Po podłączeniu pasm grzmiącej syntetyki, flow opowieści lepi się w jeden potok zmysłowej elektroakustyki. Crème de la crème tej części ma miejsce w momencie, gdy przestrzeń, jaką stwarza live proccesing nabiera wręcz dubowej głębi. Równie smakowite są ostatnie dźwięki tej improwizacji, które snują się zwinną post- akustyką, po czym łapią kilka dronowych pocisków, by po chwili zgasić płomień narracji w pełni akustycznymi dźwiękami.




Phil Minton/ David Maranha/ Gerard Lebik  Advent (Bocian, LP 2019)

Pozostajemy w szponach Bocianiej post-awangardy. Znów nagranie, które czekało na edycję całe pięć lat, ale definitywnie było warto! Phil Minton – głos, David Maranha – organy i Gerard Lebik – generators. Koncert w obiekcie sakralnym w Warszawie trwa 34 minuty i 44 sekundy.

Pulsująca ciszą, duża, oddychająca przestrzeń Kościoła, charkot ust i gardła – tak oto rozpoczyna się intrygująca, płynna, na poły ambientowa, post-elektroniczna podróż w nieznane z głosem ludzkim, jedynym w swoim rodzaju, rzec można – post-głosem! Dobra dramaturgia całości, mimo pewnej teatralności spektaklu i ilustracyjności niektórych partii instrumentalnych, z zaszytą w głębinach narracji swoistą epickością. Wraz z upływem czasu pierwszej strony winyla, pozorna kraina łagodności ustępuje elektro-akustycznym zadziorom. Minton, mistrz wokalny wszystkich epok w historii improwizacji, z każdą sekundą koncertu wnosi do narracji coraz więcej nowych, niespodziewanych fonii. Po chwili wyciszenia, w drugiej części pierwszego seta, przebiegle napędza spiralę improwizacji, a całość zaczyna brzmieć niczym Dead Can Dance na sterydach. Muzycy sięgają granicy hałasu, a przestrzeń wokół pachnie harshem i wonią upalonego kadzidła. Gaszenie płomienia soczystym ambientem, który wybrzmiewa niczym deszcz padający na aluminiowy parapet.

Druga opowieść nieco tłumi emocje na wejściu, by po odpowiedniej dawce rozgrzewki wyeksplodować pięknem głosowych szaleństw Mintona – muzyk krzyczy, śpiewa operowym głosem, nawet falsetem, śmieje się, wydmuchuje nos, używa scatu, beatboxingu, gwiździe i rechocze. W tle organy plotą zwinną opowieść inside/ outside. Tło instrumentalno-elektroniczne koncertu, które czasami zdaje się być odrobinę monotonne, na ostatniej prostej nabiera wiatru w żagle i niesie Mintona na sam szczyt najwyższej góry.




Strycharski/ Kacperczyk/ Szpura  I love you SDSS J124043​.​01​+​671034​.​68 (Multikulti Project, CD 2019)

Czas na rozwinięcie w pełni krajowego wątku naszej dzisiejszej zbiorówki i zaprezentowanie płyty, która z pewnością dzierży palmę pierwszeństwa w kategorii Najdłuższy Tytuł Nowoczesnej Europy. Dominik Strycharski – flety proste (Soprano C, Soprano B, Alto E, Tenor C, Bass F), Łukasz Kacperczyk – syntezatory modularne oraz Paweł Szpura – perkusja, instrumenty perkusyjne. Nagranie z grudnia 2017 roku (Ladom), pięć dalece swobodnych improwizacji, 36 minut i 20 sekund.

Szelest i szum drummerskich szczoteczek, flet wydający puste dźwięki i pomruk rozgrzewającej się maszynerii syntezatorowej – w ten oto sposób budzi się do życia mała, zgrabna improwizacja, kreowana w skupieniu, z pewnym artystycznym wyrachowaniem, napędzana bez brawury, ze świetną komunikacją wewnętrzną. Pełne równouprawnienie dźwięków żywych i syntetycznych, to kolejna konstytuanta tego nagrania, podobnie jak zasada kolektywnego tworzenia wszelkich opowieści na nim zawartych, gdyż obraz całości jest dla każdego z muzyków ważniejszy niż indywidualna, choćby najbardziej swobodna ekspozycja.

Każdy z utworów ma tu swoją dramaturgię, na ogół budowany jest nieśpiesznie, często bazuje na zwinnych repetycjach, w czym prym wiedzie Kacperczyk, który w kilku momentach płyty stwarza aurę czegoś, co moglibyśmy określić mianem post-techno. Czyni to często zwłaszcza w dwóch końcowych improwizacjach, które zresztą nie tylko dzięki temu zabiegowi, śmiało uznać możemy za najlepsze na płycie. Czwarty fragment na wejściu jest bardzo oniryczny, flet śpiewa czystym tembrem, jest ciekawie wyeksponowany, a post-syntetyka buduje zmysłowe tło. Pogłos tworzy nastrój permanentnie, dobrą robotę czyni perkusja. Pod koniec tej części flet brzmi bardzo bogato, niemal barokowo, frywolnie płynąc po nieboskłonie. Finałowa improwizacja rodzi się w leśnych gęstwinach, pleciona jest z intrygująco brzmiących pasm elektroakustyki. Bije żywy beat post-techno, a każdemu dźwiękowi towarzyszy pewien niepokój, aura tajemniczości. Syntetyka brzmi inaczej niż dotychczas, flet brudzi swoje brzmienie, perkusja stawia stemple niczym certyfikaty jakości - mamy wrażenie, że każdy z muzyków chciałby jeszcze w tym nagraniu podokazywać! Do ostatniego dźwięku trio prowadzone jest przez repetującą syntetykę.




William's Things (Michał Górczyński, Sean Palmer, Tomasz Wiracki)  A Soul Not All of Wood (Multikulti Project, CD 2019)

Zapraszamy na spektakl poezji śpiewanej! Po intrygującej przygodzie ze słowem William Blake’a, Michał Górczyński (klarnet kontrabasowy, kompozytor), Sean Palmer (śpiew) i Tomasz Wiracki (fortepian) biorą na warsztat lirykę Henry’ego Davida Thoreau’a. Nagranie powstałe w … lesie, w czerwcu ubiegłego roku, składa się z jedenastu piosenek, które trwają 38 minut i 41 sekund.

Płyta ukazała się w ramach serii Outer Limits, co dobrze oddaje jej wymiar stylistyczny. Warto jednak dodać, iż w przeciwieństwie do pierwszej płyty formacji, którą od tego czasu nazywamy Williams’ Things, nowe nagranie usytuowało się także w kategorii Outer Improvisations. Z punktu widzenia recenzenta Trybuny stanowi to pewną niedogodność, ale absolutnie nie odbiera uroku temu nagraniu i nie deprecjonuje świetnej muzycznej roboty każdego z jego twórców. Piosenki z dużą klasą – to dobry epitet!

Muzykom w trakcie nagrania towarzyszy nieprzerwanie dźwięk lasu i śpiewających ptaków. Cała płyta jest jednym trakiem i płynie przez nasze uszy wyjątkowo przyjemnym strumieniem dźwiękowym. Głos aktora, który potrafi zaśpiewać wszystko, klarnet kontrabasowy, który zawsze brzmi wyjątkowo dobitnie i fortepian, który w tej konfiguracji ma zadania głównie rytmiczne. Zwróćmy zatem uwagę na najciekawsze fragmenty A Soul Not All of Wood. Druga piosenka budowana jest wrzaskiem, krzykiem, wręcz szczekaniem, a w role interlokutorów wcielają się wokalista i klarnecista. Równie ekspresyjna jest także część ósma. Trzecią piosenkę buduje przeszywający nasze zwoje nerwowe dron klarnetu. Tenże sam instrument w piątej pięknie grzmi i łomocze, podając zwinnie nobliwą melodię. W siódmej narracja budowana jest przez rytmiczne klaskanie, a całość pachnie zmysłowym gospel. Równie emocjonalna jest część dziewiąta, bardzo taneczna, pełna wdechów i wydechów, nawet z elementami funk i wokalnego scatu. Dwie ostatnie piosenki, to niemalże kołysanki, zdobione czerstwym, ale i niepowtarzalnym brzmieniem klarnetu kontrabasowego.




Jonas van den Bossche/ Alec Ilyine/ Dirk Wachtelaer  Double Threat (DW bandcamp, DL 2019)

Przenosimy się do Belgii na dwa spotkania ze stałym gościem naszych cyklicznych zbiorówek, perkusistą Dirkiem Wachtelaerem. Dodajmy – oba niezwykłe, skąpane w gitarowej psychodelii! Chwilami będzie bardzo kwaśno, czasami także bardzo energetycznie! Najpierw Podwójne Zagrożenie: Jonas van den Bossche i Alec Ilyine na gitarach elektrycznych oraz nasz bohater, oczywiście na perkusji. Nagranie studyjne z marca br., pięć swobodnych improwizacji, 42 i pół minuty.

Opowieść budują dwie gitary posadowione na przeciwległych flankach. Ta lewa lubi rockowe zagrywki, przestery, jest w ciągłym ruchu, sieje ferment, brudzi brzmienie, dekonstruuje niemal każdy napotkany dźwięk. Ta druga, usytuowana na prawej stronie, częściej sięga po dłuższe wypowiedzi, z ogromną przyjemnością zanurza się w ambiencie, który w jej wykonaniu przyjmuje najróżniejsze barwy, od głuchego dark po ulotne blue. Dwie gitary, jakby dwa odmienne spojrzenia na swobodną improwizację, kipiącą psychodelią i post-rockiem. Środkiem narracji pędzi (choć czasami także efektownie stopuje) wrażliwy i jednocześnie temperamentny perkusista. Zwinnie trzyma obu szalejących gitarzystów w pionie, dba o dramaturgię całości, ale nie stroni też od indywidualnych, bardzo swobodnych ekspozycji.

Trudno wskazać w tym doskonałym nagraniu lepsze momenty – każda minuta zasługuje tu na nasze uznanie.  Krew krąży w naszych żyłach być może najszybciej w trakcie drugiej, najdłuższej improwizacji. Budowana jest ona z mozołem, na starcie pełna małych, zwinnych, gitarowych spiętrzeń, świetnie komentowanych przez perkusję. Narracja rodzi się na brudnych, czerstwych plamach post-gitarowego zgiełku. Po pewnym czasie obie gitary tańczą i swawolą, perkusja zaś płynie masywnym, dominującym strumieniem. Po stadium full power, opowieść długo wybrzmiewa pięknymi, gitarowymi pętlami. Trzeci fragment kreowany jest na jeszcze silniejszym dysonansie – lewa gitara preparuje post-rockowo, prawa zanurza się w czystym deep blue ambiencie. Mały drumming dopełnia obrazu całości. Oddychająca post-cisza, która z czasem nabiera niebywałej mocy i przekształca się w coś, co zgrabnie można by określić jako full psychodelic disaster! Wreszcie finałowa improwizacja, budowana na rockowym drummingu, pełna gitarowych fuzzów i zrogowaceń na obu gryfach. Mantra rytualnych powtórzeń, która doprowadza opowieść pod ścianę dźwięku, tworzoną już przez wszystkich uczestników szalonego Double Threat. Na ostatniej prostej na scenie zostają już tylko samotne gitary. Ta lewa sprzęga się w konwulsjach, ta druga lewituje ciszą.




Farida Amadou/ Cécile Broché/ Alec Ilyine/ Dirk Wachtelaer  Face Dial (DW bandcamp, DL 2019)

Pozostaje z nami dwie-trzecie Double Threat (Ilyine, Wachtelaer), dochodzą: Farida Amadou na basie elektrycznym i Cécile Broché na skrzypcach oraz elektronice (nie zagra w pierwszym utworze). Luty br., to samo studio, znów pięć improwizacji, tym razem jednak prawie 80 minut muzyki.

Face Dial, choć nagrane miesiąc wcześniej niż Double Threat, możemy potraktować jako pewnego rodzaju rozwinięcie wątków podjętych na płycie, którą omówiliśmy piętro wyżej. Elektryczny bas i rozchełstane elektroniką skrzypce bardzo udanie zastępują lewego gitarzystę. Ten prawy, ambientowy, wciąż jest z nami, nadal czyni niemal same cuda. Równie dobrą robotę wykonuje perkusista. Jeśli mielibyśmy wskazać mankament Face Dial, to z pewnością jest nią … długość nagrania. Jak za chwilę wykażemy, omawiając płytę bardziej szczegółowo, całkiem śmiało mogłaby się ona zakończyć po trzeciej improwizacji, czyli mniej więcej po 52 minutach.

Face Dial otwiera aura intensywnej stagnacji – warkot basu, brudna pulsacja gitary, okrężny, aktywny drumming. Prawdziwie post-rockowa rzeźnia, narracja pełna psychodelicznych wdechów i wydechów bardzo swobodnej improwizacji. Bas rysuje pętle, bywa, że frazuje na jazzowo, gitara stawia płaszczyzny ambientu o niezliczonej ilości barw, dodaje narracji przestrzeni i odpowiedniego pogłosu. Od drugiego utworu do gry włączają się skrzypce, raz za razem ciekawie rozwijane przez nienachalną elektronikę. Opowieść toczy się gęstym, masywnym ściegiem. Kind of psycho acid fussion as well! Muzycy często osiągają stan ognistej erupcji, ale bez problemu łapią też oddech w rejonach bliższych ciszy. Wiele doskonałych momentów odnotowuje gitarzysta, drummer zaś trzyma wszystko w dramaturgicznych ryzach. Trzecia improwizacja startuje z poziomu intrygujących, małych preparacji. Ze strzępów dźwięków muzycy budują bardzo zwinną i gęstą opowieść. Umiejętność symbiotycznego łączenia się czterech instrumentów w potok swobodnej improwizacji, to niewątpliwie siła tej płyty. No i właśnie, od czwartej improwizacji, ta przywara kwartetu zaczyna słabej działać, jakby formuła dotychczasowej improwizacji delikatnie się wyczerpała. Nie brakuje indywidualnych, bardzo udanych fraz, ale całość nie lepi się już tak zgrabnie w spójną opowieść. Sam finał łapie wszakże ognistą poświatę i w 80 minucie nie czujemy się znużeni Face Dial. Co nie zmienia faktu, iż płyta jest odrobinę zbyt długa.




Pablo Vazquez/ Hernan Sama  El Nombre Del Ritual (Creative Sources, CD 2019)

Na finał dzisiejszych zbiorowych szaleństw zaglądamy do Buenos Aires. Kwiecień 2018 roku, Estudio Libres, a w nim Pablo Vazquez na kontrabasie i Hernan Sama na saksofonie. Trzynaście improwizacji, łącznie 47 i pół minuty.

Nazwa Rytuału, to absolutnie bezpretensjonalna, swobodna improwizacja, silnie zakorzeniona w jazzie. Niektóre utwory są bardzo krótkie, inne, dłuższe mają nieco ponad 5 minut. Różne techniki gry, melodyjne frazy open jazzu, ale i sonorystyczne zabawy czynione w świetnej komunikacji wzajemnej. Gdy trzeba muzycy z Argentyny śmiało wchodzą w świat zawsze bardzo udanych preparacji. Oto kolejny dowód na to, iż świetna muzyka powstaje w każdej części świata i mówi nieskończoną ilością języków.

Choćby klimat otwarcia – proste akordy kontrabasu, ogrywane przez suchy tembr saksofonu. Wyrazista narracja, świetna akustyka studia, czyste, wyzwolone ze schematów brzmienie, dobry warsztat muzyczny. Gdy trzeba saksofon brudzi swój sound, a palce kontrabasisty zwinnie tańczą na gryfie (drugi odcinek). Już tylko krok, by utonąć we wzajemnej imitacji i płynąć jednym, zwartym strumieniem. W kolejnej części bystre preparacje obu instrumentów, wspierane są głosami muzyków, którzy burczą i melorecytują teksty w nieznanym języku. W piątym utworze pięknie trzeszczy tuba saksofonu, a w ósmym pojawia się wysoko zestrojony smyczek na gryfie kontrabasu, który zmysłowo śpiewa na tle saksofonowych dronów. Podobna sytuacja ma miejsce w utworze dziesiątym, dwunastym i trzynastym. Ale przed nimi, w utworze dziewiątym, dzieją się chyba rzeczy najpiękniejsze – najpierw garść preparacji, także z użyciem gardła, potem zabrudzony walking kontrabasu i saksofon, który szuka dna tuby, wreszcie gardłowe melorecytacje, jakby żywcem przeniesione z dalekiego wschodu, z jakiejś tybetańskiej wioski zasypanej śniegiem. Piękny moment! Płytę uzupełnia kilka bardziej jazzowych fragmentów, które są okazją do wykazania się przez obu instrumentalistów, iż w tej, bardziej melodyjnej dziedzinie życia, radzą sobie równie doskonale.



środa, 12 października 2016

Agusti Fernandez – fortepian w skrzypcowych konwulsjach, przyjęcie urodzinowe i Listen Foundation! short review


Być może próżno w dzisiejszym świecie muzyki improwizowanej szukać bardziej wyrazistego i artystycznie spełnionego pianisty, niż 62-letni Agusti Fernandez. Sytuacja jest dla jego wielbicieli znad Wisły, Odry i Warty o tyle sympatyczna, że kataloński muzyk często u nas rezyduje, koncertuje, a także wydaje płyty, a zatem jego artystycznej przygodzie możemy przyglądać naprawdę z bliska.

A propos tej ostatniej aktywności – tylko w roku bieżącym krajowy przemysł wydawniczy ujawnił światu reedycję jego debiutanckiej płyty solowej Ardent (Freeform Assocation), a także dokumentację spotkania bez oklasków, poczynionego przez pianistę w towarzystwie Rafała Mazura Ziran (Not Two Records). Ponadto w zapocone dłonie fanów free improv wpadło kolejne nagranie w duecie, tym razem z tunezyjską skrzypaczką Yasmine Azaiez, wydane pod jakże trafnym tytulem Revelation (Fundacja Słuchaj!). Tytuł rzeczywiście oddaje sedno tej muzyki, albowiem jest ona doprawy … rewelacyjna.

Poniżej postaram się uzasadnić powyższy osąd. W uzupełnieniu zaś kilku słów bezgranicznego zachwytu, proponuję drobny przegląd katalogu dość młodej jeszcze inicjatywy wydawniczej Fundacja Słuchaj!, m.in. dlatego, że mieści on w sobie kolejną pozycję z Agusti Fernandezem w roli głównej, datowaną – dla odmiany - na rok ubiegły.


Rewelacja….

…. konsumuje dwa studyjne spotkania Fernandeza z Azaiez, poczynione 9 listopada roku ubiegłego i 23 kwietnia roku bieżącego (barceloński L’Obrador, częste miejsce muzykowania pianisty). Dokładnie dzień przed pierwszym z tych spotkań, ta para muzyków koncertowała w Ateneu Barcelones w towarzystwie młodej, katalońskiej perkusjonalistki, Nurii Andorry. Dokument fonograficzny koncertu tria zwie się Future Memories (Discordian Records, 2016) i został na tej stronie skwitowany kilkoma westchnieniami ekscytacji, wiosenną porą w opowieści The Youth Are Getting Restless.




Teraz jednak skoncentrujmy się na rewelacyjnych dźwiękach, czynionych przy wydatnej pomocy fortepianu i skrzypiec, o całkowicie akustycznych parametrach. Muzyka dociera do nas w dziewięciu fragmentach, opatrzonych zgrabnymi tytułami, a jej odsłuch winien nam zająć dokładnie 51 minut i 30 sekund.




Z wyłączeniem krótkiego, piątego fragmentu, muzyka generowana przez Fernandeza dociera do nas wyłącznie z wnętrza jego dużego i czarnego instrumentu. Arsenał jego sztuczek, zagrywek, przygrywek i docinek budzi wielki szacunek słuchacza, podobnie jak ilość wrażeń akustycznych, jakie w danym odcinku czasowym jest nam w stanie dostarczyć. Istnieje poważne podejrzenie, iż Agusti posiada więcej niż dwie ręce, a także, iż dodatkowo korzysta jeszcze z innych przedmiotów płaskich lub owalnych, którymi maltretuje struny i obudowę fortepianu (opis płyty skąpi nam informacji w tym zakresie). Partnerka Agustiego jest nieco bardziej oszczędna, tak w zakresie dostarczania materiału dźwiękowego, jak i wykorzystywanych środków wyrazu. Wgryza się smyczkiem w struny i rzeźbi piękne, oniryczne drony w wysokich rejestrach. Pozostaje jakby w stanie zawieszenia, niedopowiedzenia i oczekiwania. Flora akustyczna nagrania jest tak gęsta, iż w niektórych momentach nie potrafimy wskazać muzyka odpowiedzialnego za dany dźwięk. Trwa seans pytań i odpowiedzi, jak w wartkim filmie akcji (idąc za słowami Joe Morrisa, który skreślił udane liner notes). Chwilami, jeśli choć trochę puścimy wodze fantazji, słyszymy nie duet, a całą orkiestrę muzyków, pilnie maszerujących na artystyczne zatracenie. Struny, dzwonki, młoteczki i talerze. Pisk, skowyt, mlaskanie i szemranie. Dźwiękowa ściana kastaniet wieńczy drugi fragment. W trzecim Agusti moduluje dźwięk spod klawiatury, a Yasmine palcuje w oczekiwaniu na nieokreśloność gramatury pianistycznych podpowiedzi. W piątym – na moment – muzycy przypominają nam, że to duet na fortepian i skrzypce. Ale to tylko chwila – eskapiczne crescendo fragmentu szóstego wznosi nas ku kolejnym płaszczyznom nieoczywistości, przy okazji wtłaczając nam do głowy wrażenia z szybkością trzech tysięcy dźwięków na sekundę. Fragment siódmy rozpoczynają igraszki z ciszą, by po odrobinie oddechu, doświadczyć eksplozji ekspresji z obu biegunów dźwiękowych tego spektaklu. Struny skrzypiec zdarte są do krwi, a obudowa fortepianu niechybnie pęka. Czas na Święto Wiosny – wersja dla słuchaczy permanentnie dręczonych wiecznym oczekiwaniem na nadejście niemożliwego. Osiągamy finał tego rollercastera. To nie jest przygoda dla panien z dobrego domu – tu jest pikantnie, nieprzytulnie, po trochu obscenicznie i niewymownie … pięknie! Niczym uczestnicy corridy z udziałem upalnych wołów, wprost z tunezyjskich pustyni, osiągamy linię mety i padamy na kolana. What a game!


Urodzinowa rezydencja

Dwie wiosny temu, w trakcie dziewiątej edycji Festiwalu Ad Libitum, gościem specjalnym imprezy był Agusti Fernandez, obchodzący wówczas 60 urodziny. Trzy dni tego wydarzenia wypełnione zostały … czterema koncertami z udziałem Jubilata. Być może nie wspominałbym dziś o nich (zresztą byłem ich naocznym świadkiem), gdyby nie to, iż wszystkie one zostały upublicznione na uroczym czteropaku, który na pośrednictwem Fundacji Słuchaj! ujrzał światło dziennie w roku ubiegłym, pod wszystko mówiącym tytułem Agusti Fernandez @60 River Tiger Fire, Ad Libitum Festival Residency. Jest świetny moment, byśmy zajrzeli do środka tego wydawnictwa.

Dysk pierwszy: Kompozycja tytułowa River Tiger Fire, na scenie pianista i dyrygent AF oraz powołany ad hoc Ad Libitum Ensemble. W jego składzie krajowy garnitur improwizatorów, z których połowa stanowi przy okazji zaciąg artystyczny wydawnictwa: Zimpel, Dickaty, Lebik, Majewski, Strycharski, Zakrocki, Olak, Mazur, Wójciński i Zemler. Patrząc z punktu widzenia instrumentarium – pięć dęciaków, skrzypce, dwa instrumenty harmoniczne i sekcja rytmiczna z podwójnym instrumentem basowym. Prawie godzina dynamicznej, różnorodnej i pokrętnej opowieści, w smaku delikatnie iberyjskiej, w woni ekspresyjnie lokalnej, co jednak nie stanowi tu jakiegokolwiek zarzutu. Momentami ekscytujące!




Dysk drugi: Elektroakustyczna uczta! Thunder! Burza z piorunami! Pianiście (preparującemu) towarzyszą na scenie – Frances-Marie Uitti na wiolonczeli (także preparowanej) i Joel Ryan, na żywo procesujący dźwięki generowane przez akustyczne instrumenty. Ponad 55-minutowa opowieść, zwinna jak stado wyposzczonych lisów, ekstatycznie dramaturgiczna i łechtająca ucho Waszego recenzenta w stopniu ponadnormatywnym. Uitti - jak wieszczą mądrzejsi od nas oratorzy muzyki współczesnej – to istotna, w ujęciu historycznym, innowatorka w zakresie gry na swym instrumencie (między innymi używa jednocześnie dwóch smyczków). Pana Ryana spotkaliśmy już na swej drodze niejednokrotnie, głównie wszakże w trakcie artystycznych ujawnień Electro-Acoustic Ensemble Evana Parkera. Uzupełnieni silnie pobudzonym pianistą, w trio pod oczywistą nazwą Thunder, grasują na scenie i niecą pożar za pożarem, niby wielka orkiestra symfoniczna podczas rozgrzewki do kolejnego epokowego wykonania Święta Wiosny (oj, dręczy mnie ten Strawiński w trakcie dzisiejszej opowieści!).

Dysk trzeci: Agusti w wersji na fortepian (niepreparowany) solo. Recital zwie się Mnemosynes’ Labirynth, trwa trzy kwadranse z drobnym okładem i koi nasze nerwy, zszargane po emocjach dysku drugiego. W tej roli Fernandez jawi się jako przepiękny i wrażliwy kolorysta. Są tacy, którzy kochają takie dźwięki. Ja przy nich jedynie wypoczywam. Nie twierdzę jednak, że poziom relaksacji jest niski.




Dysk czwarty: Aurora, czyli trio Agusti Fernandeza, grające komponowaną muzykę, głównie jego autorstwa. Przez wrodzoną skromność Katalończyka, zwane jest estradowo trojgiem nazwisk. Wszyscy doskonale wiemy, że skład uzupełniają Barry Guy na kontrabasie i Ramon Lopez na perkusji. Biorąc pod uwagę ogólny kształt twórczości pianisty, zwłaszcza tej najnowszej, Aurora to improwizacyjny tygiel w wersji dla grzecznych chłopców, z zastrzeżeniem jednak tych samych charakterystyk, jakie wylistowałem akapit wyżej, pisząc o jego koncercie solowym. Szczęśliwie w edycji koncertowej Aurora zyskuje na ekspresji, potrafi być czupurna i ostro smagać nasze czoła eksplozjami kooperacji w bardzo swobodnej estetyce (ach, ten Guy i jego potworny instrument!). Dwa lata temu czas na koncercie mijał cierpliwie, a trzyosobowe eksploracje akustycznych instrumentów dostarczały dużo przyjemności. Tu, na dysku czwartym jest podobnie. Nie zawsze musimy wzniecać rewolucję. A ważne, by obraz muzyka, jakim jest Agusti, był na urodzinowym wydawnictwie pełny. Bez Aurory nie byłoby to możliwe.


Fundacja Słuchaj? Słucham!

Na koniec rozprawki o polskich płytach Agusti Fernandeza ostatnich kilkunastu miesięcy, rzut oka na pozostałe pozycje katalogowego wydawnictwa Fundacja Słuchaj! Nazwa podmiotu edytorskiego buńczuczna i konstruktywna, oferta muzyczna też potrafi zaintrygować.

Otwiera ją komedowska muzyka, specjalnie zamówiona na jeden z niemieckich festiwali, zrealizowana zwinnie przez braci Bartłomieja i Marcina Olesiów (perkusja, kontrabas) i wibrafonistę Christophera Della, a opatrzona tytułem Komeda Ahead (2014). Ładnie się tego słucha, jakkolwiek chęć sięgnięcia po oryginał rośnie z każdą kolejną sekundą odsłuchu. Nie jest to propozycja muzyczna dla wariatów z Trybuny Muzyki Spontanicznej, zatem rozbudowanego komentarza nie będzie.

Dużo żwawiej bije moje improwizujące serce w trakcie odsłuchu kolejnej pozycji. Duet Dominika Strycharskiego (wszystkie istniejące na świecie wersje fletów, przytargane przez kilometry kabli i zwinnie zdekonstruowane elektronicznie) i Rafała Mazura (akustyczna gitara basowa), to śmiała wycieczka w dżunglę free improvisation, zakończona ewidentnie zwycięsko, z rękoma uniesionymi ku górze w geście tryumfu. Świetna płyta! A zwie się Myriad Duo (2015).




Dwie płyty z udziałem bardzo kompetentnego kontrabasisty Ksawerego Wójcińskiego, przynoszą nam zrównoważony i udany estetycznie jazz. Pierwsza, duet z trębaczem Wojciechem Jachną, ma nawet inklinacje w kierunku free improv i choć może nie jest to jeszcze ten etap muzycznej przygody, to próbować zdecydowanie warto (Nights Talks, 2015). Płyta Delusions (2016) firmowana jest przez kwartet, składający się trzech braci Wójcińskich (także trąbka i fortepian) i Krzysztofa Szmańdę (perkusja). Panowie dobrze ważą ambicje i oczekiwania wobec własnej muzyki z efektem finalnym, jaki są w stanie osiągnąć. Kwartet pcha do przodu świetnym walkingiem Ksawery, dobrze sprawuje się perkusista, a pozostali bracia zwinnie krążą nad pięciolinią, dotrzymując kroku bardziej doświadczonym kolegom.

Czas na trzyosobowy koncert z Festiwalu Ad Libitum, edycja 2013. Na scenie CSW Maciej Garbowski (kontrabas), Piotr Damasiewicz (trąbka) i William Soovik (perkusja). Byłem na tym koncercie i przyznaję, iż z perspektywy pierwszego rzędu nie zrył mi beretu. Dziś po trzech latach, w skupionym odsłuchu domowym, ten dobrze zarejestrowany koncert zdecydowanie zyskuje na wartości. Wciąż mógłbym delikatnie utyskiwać nad niskim poziomem ekspresji muzyków (zwłaszcza trębacza), ale nie czynię tego, bo Sesto Elemento (2015) naprawdę mi się podoba.




Kolejna płyta z katalogu, Spontaneous Chamber Music Vol. 1 (2016), również zasługuje na wiele ciepłych słów. Muzyka zgodnie z tytułem, a także liner notes, powstała bezwzględnie spontanicznie, a jej współczesny rodowód, bezdyskusyjny, ciekawie inspiruje muzyków do kompetentnych improwizacji. Marcin Olak (gitara), Patryk Zakrocki (skrzypce) i Mikołaj Wielecki (perkusja) snują przez niepełne trzy kwadranse nieśpieszną, akustyczną opowieść, która momentami osiąga ekscytujący poziom emocji, mimo, iż Panom daleko do eskalowania hałasu. Tytuł wydawnictwa sugeruje ciąg dalszy. Zapisuję się niechybnie na listę oczekujących.

Została nam ostatnia pozycja, przy okazji najnowsza płyta Fundacji Słuchaj! Tym razem witamy w środowisku improwizowanej muzyki klezmerskiej. Podobnie, jak w przypadku Komeda Ahead, muzyka daleka jest od estetyki preferowanej na Trybunie, zatem nie będę się wymądrzał. Lubię tego słuchać przy żonie, z pewnością jednak wielu słuchaczy znajdzie szereg innych okoliczności, by z krążkiem Bassarabian Journey (2016), firmowanym przez Kwartet gitarzysty Marcina Olaka, obcować z oczekiwaną porcją przyjemności.