Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marco Franco. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marco Franco. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 16 marca 2021

Fail Better! … during The Fall!


Ever tried. Ever failed. No matter. Try again. Fail again. Fail better.

Samuel Beckett

 

Ground Floor. Kwintet otwiera spektakl niemal z rockową furią – gitara zasilona dużą porcją prądu, wsparta syczącym amplifikatorem, szybki, zwinny, tygrysi kontrabas, efektowne podmuchy saksofonu i trąbki, wreszcie perkusja, która na wejściu konstruuje coś na kształt rytmu. Muzycy nie czekają na oklaski i dokładają do każdej granej przez siebie frazy coraz więcej emocji. Saksofon sopranowy wpada w drobną pętlę cyrkulacyjnego oddechu, obok skwierczy trąbka, nad wyraz zaczepna i skora do figli. Kreowana bardzo instynktownie opowieść gęstnieje i nabiera dramaturgicznego rozmachu. Gitara wpada w repetycję, na gryfie kontrabasu pojawia się smyczek, a dęciaki zaczynają stawiać raz za razem stemple jakości. Kwintet wspina się na pierwszy szczyt bardzo efektownie. Saksofon sadowi się na czele orszaku i kreśli smugi emocji, a gitara łyka najpierw rockowe pigułki, po czym sprzęga się i wygasza płomień improwizacji.



Rise Up
. Ceremoniał otwarcia przypada w udziale trąbce, która wsparta small drummingiem rysuje zmyślne zygzaki. Gitarowe riffy zaczynają budować opowieść, która stopniowo nabiera dynamiki. Kolejna historia dzieje się z przytupem, tu konstruowana głównie przez błyskotliwą gitarą, która w niezłym tempie serwuje nam, przesycone dość delikatnym prądem, frazy post-flamenco. W międzyczasie kontrabas zaczyna piąć się ku górze, dzięki czemu flow całości nabiera zaskakującej lekkości. Saksofon tenorowy, co rusz wypuszcza małe, ale jakże efektowne fajerwerki, a szukająca zwady trąbka wpada do wrzątku - La Fiesta trwa w najlepsze! Muzycy osiągają szczyt całkowicie zatopieni w transie improwizacji!

Failing Stars. Dynamika koncertu radykalnie wyhamowuje – mikrofrazy percussion, cicho pracujące dysze i wentyle, rezonujące, metalowe przedmioty, wreszcie flet i garść fake sounds, które przypominają świergot leśnej polany w trakcie dżdżystego poranka. Muzycy prowadzą urocze dyskusje w podgrupach, kontrabasista preparuje dźwięki, a tło narracji ścieli ambientowa gitara. Po niedługiej chwili na jej gryfie pojawia się smyczek, który unerwia narrację, nadaje jej kierunek i stymuluje emocje. Opowieść nabiera tajemniczości, pełna jest zaskoczeń i dramaturgicznego suspensu, dodatkowo przesycona onirycznym klimatem. Wszystkie instrumenty gnieżdżą się wokół gitarowego smyczka, który rysuje strugę improwizacji. Kontrabas zaczyna frazować brudnym pizzicato, pojawiają się drobne, urywane dźwięki preparowanych dęciaków, a smyczkowe piłowanie odbywa się już chyba za progiem gitarowym. Opowieść kołysze się na boki, od ciszy po kompulsywne wtręty bardziej drapieżnych fraz. Ocean molekularnych zdarzeń fonicznych wpycha muzyków na drobne wzniesienie, które wieńczy najdłuższą podróż na płycie.

Skyfall. Ostre, dość nerwowe otwarcie zawdzięczamy saksofonowi i trąbce. Obok swoje bohomazy kreśli mała perkusja, a smyczek rozciąga się na gryfie kontrabasu. Gitara nie czeka na dodatkowe zachęty i od razu wpada w serię powtórzeń, mącąc flow opowieści małym prądem. Wszystko zdaje się jednak stać w miejscu w oczekiwaniu na sygnał, który wskaże kierunek dalszej drogi. Dźwięki gęstnieją, lepią się do siebie, zaczynają nerwowo podrygiwać, szczególnie te, kreowane przez rozgrzane dęciaki. Całość cudownie piętrzy się, nabiera wewnętrznego ognia, pnie się ku górze. Gitara wpada w rockowe konwulsje, ale trzyma nerwy na wodzy - to ona stanowi tu o rytmie i strukturze opowieści, dając przestrzeń kontrabasowi i perkusji na bardziej swobodne ekspozycje.

Down Under. Skok na spokojne wody antypodów – otwarcie w klimatach dark chamber! Dęte preparacje i smyczek kołyszący narracją. Gitara podłącza się po parudziesięciu sekundach, zaczyna leniwie tworzyć ramy improwizacji. Muzycy nie szukają jednak dynamiki, bardziej koncertują się na zagęszczeniu strumienia dźwięków. Finał tej urokliwej płyty znów powstaje kolektywnie, zupełnie pozbawiony jest solowych ekspozycji, jakkolwiek dramaturgiczny dyktat gitary nie podlega tu dyskusji. Na ostatniej prostej opowieść inteligentnie gaśnie przy błyskotliwych, małych frazach saksofonu, trąbki i wystudzonego smyczka na gryfie kontrabasu.

 

Fail Better! The Fall (JACC Records, CD 2021); Luís Vicente – trąbka, Marco Franco – perkusja i flet, Marcelo dos Reis – gitara elektryczna, José Miguel Pereira – kontrabas oraz Albert Cirera – saksofon tenorowy i sopranowy. Nagranie live, Coimbra, Salão Brazil, 20 października 2017 roku. Pięć utworów, prawie 43 minuty.

 

 

środa, 11 grudnia 2019

Points! Marcelo dos Reis, Valentin Ceccaldi, Marco Franco and Luís Vicente!


Exclamation Mark, zupełnie jak Wykrzyknik! Dzwonki, talerze, struny wiolonczeli szarpane łokciem, struny gitary dotykane najmniejszym palcem lewej ręki, wreszcie trąbka, która syczy ze zniecierpliwienia – bogata fauna i flora płynnej, na poły dynamicznej opowieści, budowanej kolektywnie, ognistej ekspozycji post-chamber, która nabiera tempa i intensywności niemal bez udziału muzyków. Pierwszy stopping tuż przed upływem czwartej minuty – małe solo drummerskie, półambientowa gitara i rezonans wiolonczeli, miłosne stękanie trąbki. Tańcząca narracja, upalona zmysłowym barokiem, zdobiona każdym dźwiękiem strun. Po 8 minucie te ostatnie płyną szerokim strumieniem, a trąbka śpiewa doniosłym głosem, mając u stóp cichą, ale galopującą perkusję. Po kolejnych trzech minutach flow kwartetu można już kroić nożem. Gęsty, zmysłowy, pełen niebanalnych świecidełek, z preparującą trąbką, niczym wisienką na torcie. Krzyki, wrzaski i … wykrzykniki – bystry tygiel emocji, który gaśnie na barkach ciężkich strun wiolonczeli.




Question Mark, jakby Znak Zapytania? Małe, rwane frazy, seria pytań i odpowiedzi, akcje i jej reakcje. Czysta, dźwięczna gitara i okrężny drumming, pojedyncze struny cello i cicha tuba trąbki. A gdzieś na samym dnie tej bystrej opowieści rodzi się już podskórny, nerwowy drive! Kwartet pięknie nabiera mocy, głównie dzięki rozszalałej wiolonczeli. Ekspresja, buzujący ogień, niemal w klimatach połamanego rytmicznie post- flamenco! W 7 minucie drobne spowolnienie, garść mocnych, ale pojedynczych fraz, a w roli tłumiącej narrację wciąż bardzo aktywna wiolonczela. Gitara pogłębia aurę spokoju, trąbka cmoka niezobowiązująco. W tle rezonują talerze. Ciągłe stawianie pytań i otrzymywanie błyskotliwych odpowiedzi ma miejsce nawet tu, na granicy ciszy.

Punctuation, a zatem Interpunkcja. Perkusyjna introdukcja, cello traktowane wyjątkowo nisko podwieszonym smyczkiem wysyła drona zwiadowczego. Gitara także wyposażona zostaje w smyczek, a trąbka syczy gardłem muzyka. Jakże tajemniczy moment opowieści, która w mgnieniu oka nabiera dynamiki i obrasta tłuszczem emocji. Całość zdaje się pachnieć post-industrialnym powietrzem. Finał osiągany zaś zostaje piskiem wyjątkowo śliskich strun gitary.

Endpoint, bezwględnie Kropka. Gitara łyka garść niewidzialnego prądu, trzeszczy akustycznymi przesterami. Wiolonczela ostrzy struny! What a battle! Trąbka bąbelkuje dopiero pod koniec drugiej minuty. Mimochodem gasi ogień na strunach, a towarzyszy jej amok błyszczących perkusjonalii. Po chwili gitara wyje już smyczkiem, a cello repetuje. Oto jak rodzi się kolejne roztańczone chamber, któremu z każdym przedrostkiem i przyrostkiem byłoby do twarzy. Nie brakuje preparacji na każdym niemal źródle dźwięku. Struny wszakże rządzą i bez zbędnej zwłoki decydują się na mały stopping! Jakże efektowny! Szukanie nowych fonii, jakby w oczekiwaniu na wybór drogi, którą kwartet podążał będzie ku ostatniemu dźwiękowi koncertu. Znów rozbłyskuje prawdziwie upalony barok. Wszystko zdaje się tu śpiewać, choć radość ta ma wyjątkowy molowy posmak. Wiolonczela znów wpada w repetycję, gitarą ją naśladuje, a w tle skomle mały drumming. Trąbka rozrzedza gęste powietrze. Piękna, post-barokowa improwizacja dobiega swych dni. Kropka.


Points: Luís Vicente – trąbka, Valentin Ceccaldi – wiolonczela, Marco Franco – perkusja, instrumenty perkusyjne, Marcelo dos Reis – gitara, gitara preparowana.  Nagrane na koncercie, 19 maja 2017 roku, Casa das Artes da Fundação Bissaya Barreto, Coimbra. Wydawca: Multikulti Project/ Spontaneous Music Tribune Series, CD 2019.

Uwaga! Autor recenzji jest współwydawcą tej płyty.



środa, 14 marca 2018

Gonçalo Almeida and his black & white Cylinder! The label overview!


Znacie cały katalog netlabelu Cylinder Recordings? Nie? Spory błąd!

Konieczna staje się zatem ściągawka, zarówno dla tych, którzy nie wiedzą, cóż to za inicjatywa, jak i dla tych, którzy wiedzą, ale nie poznali jeszcze wszystkich elementów składowych.

Uważni Czytelnicy Trybuny oczywiście doskonale rozpoznają Gonçalo Almeidę. Wiedzą, iż gra na kontrabasie, gitarze basowej i wyśmienicie improwizuje. Że jest Portugalczykiem, ale mieszka w Rotterdamie. Że od kilku lat prowadzi Cylinder Recordings i publikuje tam swoje nagrania w przeróżnych konfiguracjach personalnych.

Dokonamy dziś przeglądu wydawnictw Cylinder Recordings, w ramach którego, od marca 2015 do lutego 2017 roku, ukazało się w sumie 16 tytułów. Omówienie katalogu zaczniemy od dwóch najświeższych pozycji. Pierwsza z nich, nie ukrywamy, jest ulubioną cylindrową płytą Pana Redaktora, tuż obok tej, którą przypomnimy na samym końcu. Nad drugą nowością także warto zwiesić nie jedno ucho! Potem zagłębimy się w kilka improwizacji z dęciakami, w przypadku których, wybór tych bardziej wartościowych nie będzie wcale tak oczywisty, jak wskazywałaby na to pobieżna lektura danych personalnych uczestników tychże spotkań. W dalszej kolejności posłuchamy muzyki zaplątanej w kable, przy czym – od razu zastrzegamy – być może, to najlepsze dawki improwizacji z udziałem elektroniki, jakie przewinęły się w ostatnich kwartałach przez odtwarzacze redakcji. Nadstawimy także ucha nad improwizacjami stricte strunowymi. Na finał zaś przypomnimy recenzje płyt CR już wcześniej publikowane.

  
Piętnastka i szesnastka na dobry początek

(CR015) Out Room  by Luis Lopes (gitara), Gonçalo Almeida (kontrabas) & Rogier Smal (perkusja). Nagranie studyjne z kwietnia 2016 roku (De Nieuwe Ruimte); 3 utwory, 33 minuty bez kilku sekund.




Wprowadzenie kontrabasu i perkusji charakteryzuje się spokojną poetyką, ma dość jazzowe flow. Gitara pojawia się, niezwykle nieśmiało, dopiero w 3 minucie improwizacji. Skupiona, precyzyjna ekspozycja talerzy w oparach ciszy. Lopes stawia drobne, gitarowe znaczniki na błyskotliwym walkingu Almeidy. Proces dynamizacji rozpoczyna się w 5 minucie. Zwarta narracja, w której udział rozgrzewającej się gitary rośnie z minuty na minutę. Pod koniec utworu smyczek na gryfie kontrabasu buduje artystyczny zadzior, który dodatkowo komplikuje strukturę narracji. W tle zmyślne repetycje Lopesa, dziergane mikroakordami. Fragment drugi (uprzedźmy wydarzenia – kluczowy dla jakości płyty i najdłuższy) rozpoczynają sonorystyczne igraszki – świst strun, polerowanie powierzchni płaskich, smyk i szczypta psychodelii wprost z dna morza. Drobny, ale niezwykle aktywny drumming. 3 minuta stawia na agresywny kontrabas. Tymczasem gitara ucieka w blue-ambient, błyskotliwie rezonuje na dużej przestrzeni. Wyjątkowo urocza ekspozycja całego tria – niski smyczek, symultaniczna gitara i precyzyjna perkusja (small like Smal!). Brawo! 6 minuta, solo Almeidy, znów niski i mocny tembr. Lopes ślizga się po strunach, background Smala znów wyśmienity! Gitarzysta eskaluje się na tle tłustego i sfuzzowanego kontrabasu. Power noise metal improve! Gdy zostaje na moment sam, rżnie niebywałe solo i stawia stempel doskonałości na 10 minucie tego nagrania. Tuż po nim, spokojny dialog drum & bass, snuty jednakże w dalece niepokojącym stylu. Wspaniała mantra z ornamentami gitary nie zwiastuje wcale końca utworu, lecz początek nowej, jeszcze bardziej ekscytującej narracji. Piękny surfing na gryfie sześciostrunowca. Pachnie zdrowym fussion! A prawdziwe wybrzmiewanie dopada nas dopiero po 15 minucie. Na finał płyty spora dawka rytmu z kontrabasu, pulsująca gitara w metalicznej repetycji i small drumming Smala. Almeida na przedzie orszaku, reszta tworzy zjawiskowy background. Rolę nadającego rytm przejmuje perkusista, co stwarza przestrzeń dla genialnych wprost improwizacji obu strunowców, silnie ze sobą skorelowanych, łeb w łeb. What a game! Dirty dancing! Szaleństwo na gitarowych przetwornikach pcha nas niechybnie ku finałowi. Na wybrzmieniu, perkusja i kontrabas podsumowują niezwykłą sesję nagraniową.


(CR016) Duas Margens  by Gonçalo Almeida (kontrabas) & Raoul van der Weide (kontrabas, obiekty). Koncert z Pletterij (Harlem), z marca 2016 roku; 1 utwór, 26 i pół minuty.




Spokojne pizzicato na obu gryfach miękko wprowadza nas w klimat koncertu na dwa duże strunowce. Odrobina wzajemnych imitacji, szczypta separatywnych ekspozycji. Głębokie, bardzo niskie brzmienie. Pierwszy przejaw bardziej dynamicznych działań, to 3 minuta. Trochę agresji, sporo technicznych fajerwerków, akcenty perkusjonalne. Szczera rozmowa starych przyjaciół, którzy ciągle mają sobie dużo do powiedzenia. 6 minuta, to gong, który obwieszcza zejście do strefy sonore. Kontrabas na lewej flance ma już smyczek w użyciu, tnie dźwięki na nierówne połowy. Prawy po chwili czyni dokładnie to samo. Ostra, swingująca polerka! Nawet perkusjonalne szczoteczkowanie i dźwięki imitujące dęciaki. Prawdziwa orkiestra! Taniec we dwóch – teraz jeden z nich płynie bardzo nisko, drugi zaś wysoko. Piękny dysonans! 14 minuta, fragment kropelkowej improwizacji, prowadzonej jednak przez obu muzyków bardzo energicznie. Kolejne zejście w sonorystyczną głębię ma smak i klasę, zwłaszcza, że wykluwa się z tego krótki pasaż wręcz noise’owy. Po chwili znów ostro, z przytupem, w poszukiwaniu nowych, nawet perkusyjnych dźwięków. Tembr obu kontrabasów aż skwierczy. Whaw! Like harsh electronic! Do samego już końca występu, dużo błyskotek technicznych, szczególnie ze strony kontrabasu grającego nieco wyżej (Almeida?). Acoustic power drum & bass drones! Panowie potrafią doprawdy wszystko! Koniecznie sięgnijcie po ich starszy duet! A o nim parę akapitów niżej.


Kwartet, trio i duet

(CR004) Down the Pipe  by Daniele Martini (saksofon tenorowy, pętle i efekty), Lukas Simonis (gitara, pętle i efekty), Gonçalo Almeida (bas, pętle i efekty) & Marco Franco (perkusja). Siedem lat temu w Rotterdamie; 6 improwizacji, 40 minut bez kilkunastu sekund.




Już pobieżna lektura składu instrumentalnego sugeruje odbiorcy, iż w trakcie tego nagrania naprawdę dużo działo się będzie w wymiarze sound & noise. Każda sekunda tej muzyki konstytuuje poprzednią tezę. Gęste, jazz-rockowe improwizacje z elektroniką u boku. Gitara gotuje się od startu, sfuzzowany bass jątrzy, trzeszczy i buzuje energią. Wprowadzenie, choć spokojne, nawet dostojne, pełne jest metalicznego szczebiotu gitary, psychodelii i hałasu, który czai się za rogiem. Saksofon przyczajony na trzecim plamie, tryska dronowymi ekspozycjami, ale nie wchodzi w interakcje z gitarą i basem (bo któż śmiałby). Ta para idzie po swoje, nie bierze jeńców i doprowadza pierwszą improwizację do stanu wrzenia w okolicach 6 minuty. Błyskotliwa ściana dźwięku, silnie akcentowana dobrym, rockowym drummingiem. Odcinek drugi zaczyna dron z piekła rodem. Narracja stoi w miejscu, jak lepka, tłusta maź, która klei się do butów. Rodzaj elektroakustyki w estetyce black metal, pozbawionej, szczególnie na początku tempa. Gdy dochodzi dynamika, gdy narracja narasta, do gry wchodzi saksofon i podpala lont. Gitara czyni szaleństwa na gryfie, to jakby zasada tej płyty. Power improve! Finał fragmentu z niebywałą pyskówką obu wioseł. Trzecia improwizacja rodzi się przy umiarkowanie spokojnym flow gitary i perkusji. Ta pierwsza szuka rozwiązań bez konieczności eskalowania poziomu hałasu. Saksofon podaje dźwięki, jakby z zaryglowanej tuby. Śpiewa i tańczy. Perkusja ocieka dobrym rockiem. Narracja kroczy i stroszy pióra. Rytm plącze się pomiędzy silnym fuzzem basu, a metalicznie brzmiącą gitarą. Po raz kolejny, precyzyjna dynamizacja zostawia nas w obliczu ściany dźwięku na wybrzmieniu. Czwarty fragment od startu odbywa się przy aktywnym udziale saksofonu. Sekcja pogrywa i komentuje zmutowany tembr dęciaka. Delikatnie upalone brzmienie – boxed sound! Wejście basu, jak prawdziwe trzęsienie ziemi! Obok post-rockowa, wytłumiona gitara szybko łapie pętlę za pętlą. Free Noise Jazz Rock! Black Doom Fussion! Piąty zaczyna gitarowa… synkopa! Nawet z odrobiną swingu! Dynamicznie, energicznie, kolektywnie, a jakze! Rytm, tonacja, melodia podszyte krzykiem, zlepione rockowym nerwem. Wszystko czynione tanecznym krokiem, z gitarą, która co chwila wypuszcza niespodziewane dźwięki (cuda na kablach!). Na finał gitarowa huśtawka, rockowy drive, tłusta sekcja (Almeida – hardcore punk!). Gitara, nie po raz pierwszy, eskaluje się nieco separatywnie, ale to ona jest tu języczkiem uwagi, wnosząc do tej niebywałej opowieści pierwiastek czystego szaleństwa i niebanalnego dysonansu estetycznego. Na ostatni dźwięk – dużo hałasu, brudu i smrodu niebywałej urody!

  
(CR009) The Creature  by John Dikeman (saksofon tenorowy) Goncalo Almeida (kontrabas) & George Hadow (perkusja). Koncert z klubu Zaal 100, Amsterdam; 3 traki, 32 minuty bez parunastu sekund.




Gęsta sekcja (nie może być inaczej w obecności Almeidy!), niski kontrabas, twardy tenor, żywiołowy drumming. Free jazz od startu kapie muzykom z czoła, nie ma zaskoczeń, myśl pędzi za myślą. Walking Almeidy tłusty, zawłaszcza dużo przestrzeni fonicznej (po części to także efekt nieperfekcyjnej jakości dźwięku). W 7 minucie kontrabasista zmienia sposób artykulacji, snuje dość separatywną opowieść. Saksofonista dba zaś głównie o siebie i nie traci czasu na bliższe interakcje. Po 120 sekundach kontrabas milknie, a duet sax-drums snuje nieco spokojniejszą narrację. Po kolejnych kilku chorusach Dikeman zostaje sam i to jemu przypada w udziale sfinalizowanie pierwszego odcinka. Jego smutne swingi nie czynią nieba, ale zwinnie doprowadzają do startu drugiej opowieści. Długo oczekiwany powrót sekcji raduje nie jedną duszyczkę. Almeida i Hadow plotą wyrafinowane septymy i stawiają saksofoniście dość wysoko poprzeczkę. Ten zaś nie do końca potrafi wyzbyć się free jazzowej sztampy. Wzrost dynamiki cieszy recenzenta, ale być może zaciemnia obraz sytuacji scenicznej. Finał koncertu odbywa się przy śpiewie smyczka na gryfie, w towarzystwie komentującego drummingu, przy milczącym saksofonie. Muzycy dość szybko schodzą w wolniejsze tempa. Narracja gęstnieje, toczy się jak walec. W 6 minucie eskalacja saksofonu w wysokim rejestrze, czemu nie towarzyszą szczególnie gorące westchnienia recenzenta. Te ostatnie, znów dedykowane głównie świetnej robocie Almeidy i Hadowa. Ostatnia prosta z samotnym smykiem, to jakby upalony, zapodziany fragment muzyki dawnej. Wyjątkowo zaskakująca puenta!

  
(CR006) Into the Grey Zone  by Henk Bakker (klarnet basowy) & Gonçalo Almeida (kontrabas). Rotterdam ponad siedem lat temu, studio; 5 utworów, 26 i pół minuty z sekundami.




Barokowy kontrabas ze smyczkiem, kameralistyczny klarnet basowy w spokojnej, nieśpiesznej narracji. Jeśli klarnet wysoko, to kontrabas nisko. Bywa także odwrotnie. Bakker płynie na swym dużym dęciaku bardzo szerokim pasmem (intrygujące!). Eskalacja na gryfie jątrzy spokój balladowo nastrojonego klarnetu, mającego delikatne inklinacje w kierunku sonore. Próby interakcji metodą call & response, głównie z inicjatywy Almeidy. Gdy ten ostatni brnie w ciszę, reakcje klarnetu są bardziej niż ciekawe. Dużo subtelności, niuansów dramaturgicznych. Co chwila jest na czym zawiesić ucho, dużo zmienności w procesie improwizacji. Trzy pierwsze utwory tej płyty są jednym strumieniem dźwiękowym, co dobrze służy tej opowieści. Rodzaj zadziornej, niebanalnej kamerylistyki, która z procesu improwizacji czyni wartość dodaną. Udane imitacje, bystre interakcje (z obu już stron). Pomruki niedźwiedzie na wybrzmieniu. Czwarty tytuł budowany jest już zupełnie inaczej. Muzycy eksponują się separatywnie. Najpierw solo kontrabasu pizzicato. Potem klarnet w szumie. Tuż po nim gęsty ścieg strun, a dla przeciwwagi bardzo melodyjny klarnet. I tak na przemian, raz jeden, raz drugi instrument, za każdym razem nieco inne artykulacje. Razem grają dopiero w 8 minucie! I jak pięknie wybrzmiewają! Finał – smyk, szczypta uderzeń w pudło rezonansowe, wysoki i znów melodyjny klarnet. Rodzaj dość tanecznej rozmowy przy herbatce. Na wybrzmieniu, dobra, nisko zawieszona kameralistyka współczesna.


Spętani w kable

(CR010) Doze Ruínas  by Gonçalo Almeida (kontrabas) & Rutger Zuydervelt (elektronika, dźwięki dodatkowe). Studyjne dokonania z września 2015 roku; 12 traków, 18 minut i kilkadziesiąt sekund.

(CR012) Jangadas  by Gonçalo Almeida (kontrabas) & Rutger Zuydervelt (elektronika, dźwięki dodatkowe). Koncert z lutego 2016 roku; 1 trak, równo 20 minut, z zegarkiem w ręku.




Dwa spotkania duetu - błyskotliwie spajającego żywe dźwięki kontrabasu i syntetyczne ekscesy foniczne szeroko rozumianej elektroniki (także sample, live processing etc.). Najpierw dwanaście miniatur, potem koncert. W sumie mniej niż 40 minut muzyki, zatem warto zagłębić się niemal w każdy dźwięk. Sam zbiór miniatur jest niezwykle pasjonujący, choć każde z wydarzeń sprawia wrażenie szkicu, próbki dźwięku, nie do końca edytorsko okrzesanej. Poszukująca elektronika i wulgarny tembr kontrabasu na sam początek. Już w drugim epizodzie symbioza elektroakustyczna zostaje w pełni osiągnięta. Lekki pogłos, delikatna, oniryczna poświata, szczypta gadających sampli. W trzecim harsh attack! A kontrabas w roli imitatora. Nie brakuje zapachu dobrego post-techno, a loopy i amplifikacje, zdaje się, że są także udziałem Almeidy. W szóstym odcinku mamy już chyba do czynienia z real time processing, albowiem recenzent słyszy aż trzy kontrabasy, a wszystko na tle intensywnego skwierczenia sterty kabli. W siódmym napotykamy na drony, które zdobione są pojedynczymi dźwiękami perkusyjnymi. Urocze, jakże niebanalne improwizowanie, w trakcie którego nie trudno zagubić źródło dźwięku, choć w zderzeniu realnego instrumentu z zaawansowaną elektroniką, wydawałoby się to mało realne. W ósmym, znów dekonstrukcja żywych dźwięków dostarcza nam ogromu dodatkowych przyjemności fonicznych. Kind of post-double bass music! W dziesiątym, nie pierwszy atak harsh noise! Stan permanentnego zaskoczenia elektroakustycznego w obrębie wydawnictwa, które jest krótsze niż standardowa zawartość jednej strony winyla. Na finał coś na kształt muzyki post-ancient. Piękne, błyskotliwe! Dekonstrukcja baroku! Noise post-baroque!




Wszelkie ekscytacje recenzenta znajdą swoje odzwierciedlenie w nagraniu koncertowym tegoż samego duetu. Na starcie żwawy walking kontrabasu inkrustowany doskonałą post-elektroniką, także processing, post-produkcja żywych ekspozycji, cały czas na zasadzie komentarza, twórczego rozwijania pomysłu kontrabasisty. W 3 minucie piękne drony strunowca, jakby z drugiego planu, na które nakładają się inne drony, te już bardziej syntetyczne. W 7 minucie doskonałe zejście w ciszę. Sonorystyka na gryfie i dźwięki like dirty percussions. Niebywała, głucha meta przestrzeń, rodzaj elektroakustycznej ciszy. 9 minuta – molekularna improwizacja, która zwinnie zagęszcza się i dynamizuje (znów doskonałe dźwięki z kabla). W 14 minucie – dla odmiany – wyważony, dostojny pasaż niezwykle żywego kontrabasu na tle post-radiowego pogłosu, szumów charakterystycznych dla post-techno, tego klasycznie berlińskiego, dwie i pół dekady temu. Eskalacja, która następuje po chwili, ma wymiar czysto akustyczny, choć wiemy, że to nie może być zgodne ze stanem faktycznym. 17 minuta – rytm prosto z kabla wyznacza ramy zmysłowej improwizacji na wysokich, miękkich strunach kontrabasu. Na wszystko opada chmura pogłosu, dźwięki mutują się i ulegają jakby … autoprocesowaniu. Potencjometry są już uwolnione, a nasze uszy wypełnia ostatni, nierozpoznawalny dźwięk. Brawo! Wybiła 20 minuta koncertu.


(CR005) Live at OCCii by Jasper Stadhouders (gitara) & PQ (elektronika). Koncert z Amsterdamu, kwiecień 2014; 1 trak, 17 i pół minuty.




Uwaga, jedyna pozycja w katalogu CR, w której nie maczał palców Almeida! Jakkolwiek dokładnie nie wiemy, kto ukrywa się pod pseudonimem PQ… Krótki epizod koncertowy na hard electronic i naładowaną ogromną dawką pozytywnej energii gitarę elektryczną. Konwulsyjna narracja, tworzona jakby przez dwa istotnie upalone wiosła z dużą ilością strun. Klincz w półdystansie, który multiplikuje emocje i determinuje poziom ekspresji. Interlokutorzy ledwie dyszą, ale jadowicie kąsają. Noise vs. noise! Elektronika nie oddaje pola na potencjometrze! 3 minuta, to pierwszy oddech, klimat elektrycznego oniryzmu, sytuacji, w której każdy z muzyków szuka powodu do kolejnej zaczepki, pretekstu do nowej eskalacji. Ta ostatnia zgrzytliwa, ale niezbyt dynamiczna. Czasami muzycy tak zwinnie się imitują, iż można zagubić w kwestii używanego przez nich instrumentarium. Dobrze się słuchają, prawidłowo reagują. 10 minuta, to spora porcja industrialnej wręcz psychodelii na obu flankach. Oj, chciałby się więcej niż te skromne 17 i pół minuty! Na finał gitarowe pasaże ala punkowy The Ex! A wszystko na tle metalizującej elektroniki. Same fajerwerki! Brawo!


Strings

(CR008) Duets  by Nina Hitz (wiolonczela) & Gonçalo Almeida (kontrabas). Rotterdam, studyjnie, brak daty; 6 utworów, 31 i pół minuty.




Od pierwszej sekundy, skowyt strunowców na pogorzelisku. Wysoko, pod górę, strzeliste smyki snują delikatnie imitujące się opowieści. Muzyka dawna, wersja piekielna. Drugi fragment, paluchami po strunach, także moc dźwięków nieoczywistych w tej sytuacji scenicznej – szmery i szumy, groźne opowieści z krypty, kind of death sonore. Całość perfekcyjna akustycznie! Uszy płoną endorfinami! Wiolonczela brzmi jak kontrabas, kontrabas brzmi jak wiolonczela. Trzeci odcinek, repryza skowytu. Teraz jednak niżej, bliżej podłogi. Popołudniowa, klasycyzująca herbatka we dwoje, ale smyki schodzą tak nisko, że czar pryska, a wielbiciele free ancient improve aż krzyczą z zachwytu! Dostojne tempo, ale groźne i mroczne. Tak wita nas czwarta część tej historii. Brudny tembr, zimny pot na czole. Gęsto i siarczyście. We fragmencie piątym jesteśmy już naprawdę pod ziemią. Piękna sonorystyka, niemal ucieczka od dźwięku. Pizzicato na kontrabasie na moment przypomina nam, że jednak jesteśmy po stronie żywych. Barokowy dialog z zaszytym mikrorytmem, raczej na zasadzie kontrapunktu. Błyskotliwe dźwięki, które zdają się multiplikować – śmiało można już rozpocząć chocholi taniec. Najdłuższa, prawie 10 minutowa opowieść, która na wybrzmieniu przeradza się w prawdziwy konkurs piękności. Co za pasaże! Na finał głos kobiecy, moc obiektów różnych, szczypta kąpieli w sonorystycznym sosie, dużo pozytywnego szaleństwa. No i pokrętny rytm na ostatniej prostej, który konstytuuje bardzo wysoka ocenę dla Duetów.


(CR003) Dialogues,Quarrels and other Conversations  by Gonçalo Almeida (kontrabas) & Friso van Wijck (perkusja, instrumenty perkusyjne). Rotterdam, kiedyś; 1 fragment; 22 minuty i 21 sekund.




Niski smyczek na gryfie i agresywne akustycznie incydenty na rozbudowanym instrumentarium perkusjonalnym (głównie dotkliwe talerze!). Skowyt kontrabasu w opozycji do strunowych zachowań interlokutora, który także szarpie, od czasu do czasu, za bliżej nieokreślone … struny. Wycieczka w poszukiwaniu harmonii, której wszakże nikt chyba nie utracił bezpowrotnie. 4 minuta, odrobina rytmu z gryfu, pleciona akordami, komentowana przez ścianę orkiestry talerzy, która nie jest jednak wyposażona w narząd słuchu. Trudna akustyka w wysokich rejestrach, którą bezskutecznie próbuje okiełznać bardzo aktywny i kreatywny kontrabasista. Gdy Almeida sięga ponownie po smyk, druga strona jakby na moment traci rezon, a narracja nabiera wartości. Każdy fragment opowieści, w którym kontrabasista oddaje pole perkusjonaliście nie kończy się szczęśliwie. W 12 minucie duży strunowiec cudownie śpiewa, ale perkusyjny stukot skutecznie go zagłusza. Nastrój pryska, narracja nabiera hałasu w usta. Huta szkła?! Na finał dynamiczny walking kontrabasu na tle zbyt wysoko zestrojonych cymbałów. Ostatni dźwięk, jak kościelne wyniesienie. Szybko przechodzimy do kolejnej płyty…


(CR001) Monologues Under Sea Level  by Gonçalo Almeida (kontrabas). Rotterdam, kiedyś; 8 utworów, 35 i pół minuty.




Kontrabasowe pizzicato z melodią, na jazzowo, z odrobiną zadumy, ukrytej pomiędzy strunami. Konstruktywna repetycja, ciekawe zmiany metrum, dronowe wybrzmiewanie. Drugi – hałaśliwy smyk, brudne brzmienie, barok smażony w piekle bez środków znieczulających – prawdziwe akustyczne cacko! Raz nisko, raz wysoko. Dynamicznie, konwulsyjnie, z ostrym zakończeniem. Trzeci – kontrabas w galopie. Niezbyt głośnym, ale niezwykle dynamicznym. Techniczne fajerwerki jako wartość dodana. Czwarty – szczypta minimalistyki, pojedyncze akordy i smyk z samego dna – mruczy, skowycze i trzeszczy. Piąty – znów smyk, ale jakby wyżej, niczym upalone cello. Dostojne schodzenie na poziom zero, a może już poniżej poziomu morza (under sea level!). Trochę agresji na gryfie. Szósty – powrót do minimalu, modulacja dźwięku, to w dół, to w górę. Gęstym ściegiem, bez smyka. Siódmy – wraca smyk, przychodzi z krypty, jeszcze wieko trzeszczy. Niski tren pogrzebowy. Kontrabasowa polifonia, jakże piękne! A na finał krok ku górze – opus magnum tej solowej perełki Almeidy. Ósmy – rezonujące struny, szarpane opuchniętymi palcami nieistniejącej dłoni. Pasaż z wewnętrznym rytmem, szerokim brzmieniem wiedzie nas na finałowe zatracenie. Brawo!


W ramach repryzy

Katalog CR uzupełnia kolejnych pięć wydawnictw, które były już na tych łamach recenzowane. Tym razem jednak, zamiast linkowych kierunkowskazów do starych tekstów, przypomnienie napisanych o nich słów niemal w całości. I ważna informacja – prezentowana na samym końcu płyta Buku trafiła na listę najlepszych płyt roku 2016, według skrajnie subiektywnych sądów Pana Redaktora.

(CR002) Dikeman/ Lonberg-Holm/ Almeida/ Hadow by John Dikeman (saksofon tenorowy), Fred Lonberg-Holm (wiolonczela, efekty), Gonçalo Almeida (kontrabas, efekty) & George Hadow (perkusja). Poortgebouw, Rotterdam, maj 2014; 2 części, niespełna 34 minuty.




(…) Koncert z Poortegebouw (Rotterdam), hałaśliwego i źle nagłośnionego kwartetu, z udziałem Johna Dikemana (…), kolejnego młodego, holenderskiego drummera George’a Hadowa i świetnie nam znanego wiolonczelisty Freda Lonberga-Holma. Skład uzupełnia oczywiście Almeida na kontrabasie. Panowie ze strunami używają także amplifikacji i elektronicznych przetworników, co przy niedobrych parametrach akustycznych koncertu, wzmaga odczucie hałasu i prowadzi do dość banalnego dyskomfortu. Koncert trwa niespełna 33 minuty i być może stanowi to główną zaletę tego nagrania (dostępnego, dodajmy, jedynie z plikach elektronicznych).

Oczywiście wiele fragmentów tej freejazzowej (pełną gębą!) opowieści trzyma się pionu i skutecznie przyciąga uwagę słuchacza (…). Jednocześnie zachęcam tych czterech gentelmanów do ponownego spotkania z oklaskami, w zdecydowanie lepszych warunkach akustycznych (a i może z lepszym reżyserem dźwięku).


(CR007) Live at ZAAL 100  by Goncalo Almeida (kontrabas), Fred Lonberg-Holm (wiolonczela) & Wilbert de Joode (kontrabas). Amsterdam, marzec 2012; 3 improwizacje, 41 minut z sekundami.




(…) Improwizacja trzech odpowiedzialnych muzyków ma bardzo gęsty, intensywny charakter. Na ogół tempo nadaje jeden z nich, delikatnie sugerując także rytm muzycznego przebiegu wydarzeń. W tym czasie dwaj pozostali rzeźbią smykami na gryfach swych akustycznych instrumentów. Bywa także w trakcie koncertu, że cała trójka szarpie wielkimi paluchami upocone do granic możliwości struny. Trzy niepełne kwadranse bez nanosekundy zbędnej nudy i momentów zawahania. Upalona filharmonia na skraju załamania nerwowego (…). Bywa, że trzy smyki intensywnością dźwiękowego przekazu dewastują nasz spokój i zapraszają na huczne obchody dnia konstruktywnego niepokoju ducha. Czupurne, nieznośne, urokliwie piękne!


(CR011) Earcinema  by Gonçalo Almeida (kontrabas) & Raoul van der Weide (kontrabas, wiolonczela, obiekty). Rotterdam, studio, kiedyś; 8 obrazków, 41 minut.




Czas na osiem obrazków z życia dwóch kontrabasów. Raoul van der Weide i Gonçalo Almeida ‎w roli operatorów największych instrumentów strunowych. Przy czym ten pierwszy, w istotnych dramaturgicznie momentach, będzie wspierał się wiolonczelą i manipulował obiektami różnymi. Nagranie studyjne, poczynione w 2015 roku w Rotterdamie, pierwotnie ukazało się pod tytułem Earcinema (Cylinder Recordings, 2015). Obecnie zatem mamy do czynienia z reedycją tego materiału. Płytę, która dostępna jest … jedynie w plikach, tym razem pod innym, jakże precyzyjnym tytułem 8 Pictures, dostarcza nam portugalski label Nachtstück Records (2017).

Mnogość stosowanych przez obu muzyków technik artykulacyjnych stanowić mogłaby bazę do pracy doktorskiej pracowitego muzykologa! Doskonałe brzmienie obu wioseł. Muzycy grają jakby naprzemiennie. Gdy pierwszy prowadzi jazzowy walking, drugi chwyta za smyczek i rżnie przepiękne pasaże w klimatach tak kameralnych, jak i psychodelicznych. Narracja jest niezwykle gęsta, a interakcje zadziorne. Muzycy stoją tak blisko siebie, że ich pot łączy się w jeden płyn ustrojowy (chwilami trudno zdiagnozować, który z nich wydaje, jakie dźwięki, albowiem potrafią scalać się w jeden ciąg zdarzeń akustycznych). Jeśli akurat w tym momencie nieco się popisują, to robią to z niebywała klasą! Już od czwartego obrazka ich dźwiękowe marszruty intrygująco się zazębiają, nie brakuje sonorystycznych incydentów, a improwizacja zdaje się być prawdziwie molekularna, szczegółowa, prowadzona w bardzo konkretnej dynamice. Dwugryfowe, kontrabasowe monstrum, podparte tylko odrobinę mniejszą wiolonczelą! Po precyzyjnym wytłumieniu, muzycy zwalniają tempo i brną w pasjonujący dialog w klimatach i estetyce muzyki dawnej. W trakcie piątego obrazka pasaż jednego strunowca wpada w sidła subtelnych akcji za progiem tego drugiego, ze znaczącymi akcentami perkusjonalnymi (z kajetu recenzenta: narracja obu muzyków jest niezwykle kompatybilna, obaj jadą środkowym pasmem i znów zlewają się w jeden potok dźwiękowy; mimo, że tworzą go głównie dwa kontrabasy, muzyka nie jest zdominowana przez niskie częstotliwości, przeciwnie – jest lekka, zwinna i przebiegła). Wciąż dominuje pewien narracyjny schemat – szybki walking vs. rozżarzony smyk na gryfie, który smaży wyraziste pasaże o niepoliczalnych połaciach piękna, z delikatnymi implikacjami w kierunku sonore. W siódmym obrazku muzycy dostarczają nam odrobinę innych dźwięków, być może będących skutkiem skromnych procesów amplifikacyjnych, czy też użycia obiektów różnych. Strój obu instrumentów pozostaje wszakże wysoki. Finałowy obrazek (najdłuższy) zaczyna się burczeniem, tarciem i szarpaniem nieposłusznych strun. Jakże intrygująca instrumentacja! Bogactwo wyobraźni! Tysiące pomysłów na sekundę! Dwa smyki w dawnej estetyce kreślą wyjątkowe płótno prawdziwie mistrzowskim pędzlem!


(CR013) Descanso Del Dopo Popo  by Tetterapadequ - Daniele Martini (saksofony), Giovanni di Domenico (fortepian), Gonçalo Almeida (kontrabas) & João Lobo (perkusja). Gdzieś, kiedyś; 6 utworów, 24 minuty z sekundami.




(…) Omawiane wydawnictwo to już trzeci krążek kwartetu o nazwie, który jest parafrazą nazwy haaskiego klubu jazzowego The Patter Quartet. Tym razem mamy przed sobą epkę, trwającą niespełna 25 minut.

Rozedrgany tembr kontrabasu i piana, niczym łydki dziewicy przed pierwszą nocą, niekoniecznie z ukochanym, zaczynają tę krótką przygodę. Almeida trzyma kontekst, jak tonący brzytwy. Rośnie niepokój, dając szansę na szczyptę przyzwoitości i choćby fragment… udanej improwizacji. Zaduma jednak nasila się, czyniąc nagranie godne jedynie... monachijskiego ECM. Wytrwali doczekają się na szczęście odrobiny konstruktywnej preparacji na fortepianie – spokojnej jak Bałtyk w trakcie upalnej końcówki lata, ale jakkolwiek wartościowej. Potem Almeida, ze smykiem w ręku, zapisuje się na lekcje muzycznej wstrzemięźliwości do Manfreda Eichera…(…).


(CR014) Buku  by Susana Santos Silva (trąbka), Jasper Stadhouders (gitara), Gonçalo Almeida (kontrabas) & Gustavo Costa (perkusja). Sonoscopia, Porto, kiedyś; 13 improwizacji, mniej więcej trzy kwadranse.




Pięćdziesięciominutowa rejestracja w trzynastu odcinkach muzycznych zarejestrowana została… w Porto (…). Susanę poznaliśmy już na Trybunie i myślę, że (…) Portugalka nie wymaga specjalnej introdukcji (…). Jasper zaś, to młody, jurny i konsekwentnie niepokorny gitarzysta z prądem stamtąd właśnie, który ma już w swoim portfolio dysk wydany w Polsce, przez Not Two (Cactus Truck Seizures Palace, z Johnem Dikemanem na saksofonach). Czwarty do brydża w tym zestawie, to wywodzący się ze sceny …trashmetalowej Gustavo, którego udane bębnienie dane mi było usłyszeć po raz pierwszy.

Agresywna, ale czysta jak łza, trąbka Susany i rozwichrzona, nieco hippisowska gitara na lekkim speadzie Jaspera, ewidentnie napędzają ten szalony kwartet. Dynamika, ekspresja, zwięzłość wypowiedzi, chwilami rubaszna dosłowność, to główne charakterystyki tej muzycznej opowieści. Trajektorie kolektywnych improwizacji trąbki i gitary próbuje okiełznać sekcja rytmiczna. Goncalo atakuje ostrym tembrem swego instrumentu, o delikatnie zabrudzonym soundzie. Gustavo też nie odpuszcza, choć jak na drummera z metalową przeszłością, potrafi zaskoczyć kolorystką brzmienia i różnorodnością środków wyrazu. Buku - krótkie, zwarte tematy (najdłuższy z trudem przekracza 6 minut), szybkie urywane frazy trąbki, w ścisłej korelacji z gitarowymi pasjansami o zaskakujących puentach. Gęsto, bardzo kolektywnie (dominują fragmenty grane przez wszystkich muzyków jednocześnie) i zdecydowanie na temat. Trzynaście dowodów na nieśmiertelność muzycznej anarchii. Co rusz pyskówki, pikantne zwarcia i nieoczywiste dysonanse. By zdążyć przed zachodem czegokolwiek, z odcieniem rockowej bezczelności i nie pytania o przyczynę zjawiska. Jeśli dotrwamy do spokojniejszej nuty, też jest ona masywna i bezdyskusyjnie karkołomna. Muzyka poniekąd piękna, zdecydowanie na sposób niedelikatny. Frenetycznie doskonała podróż w nieznane!



Muzykę wyżej opisaną słuchaj uważnie na www.cylinderecordings.bandcamp.com


Uwaga, kilka pozycji z katalogu jest dostępnych także na nośnikach fizycznych. Kupuj muzykę i płać za nią. Zarówno muzycy, jak i wydawcy także mają rachunki!


środa, 26 kwietnia 2017

Gonçalo Almeida! Rodrigo Amado! Luis Vicente i… Karoline Leblanc! – The Free Lisbon Story, czyli kuszenie wiosny


Przed nami kolejne dwa dowody na to, że w Lizbonie w zakresie muzyki improwizowanej gra się dużo i na temat! I być może rację miał nieco wyuzdany angielski periodyk The Wire, który całkiem niedawno wysłał w delegację do pięknej stolicy Portugalii jednego ze swych pismaków, by ten potwierdził tezę, którą zapodałem w pierwszym zdaniu niniejszej opowieści.

Ale do rzeczy – zderzamy dziś ze sobą trio i kwartet, formacje złożone z muzyków prawie wyłącznie portugalskich, na dwóch krążkach, które zarejestrowano w Lizbonie w ciągu kilkunastu ostatnich miesięcy. Dodatkowym smaczkiem tej recenzenckiej kompilacji jest fakt, iż sześciu – na ogół doskonale nam znanych – muzyków z Portugalii, uzupełnia tu personalnie i artystycznie, przesympatyczna pianistka z… Kanady - Karoline Leblanc, która zdaje się być przy okazji inicjatorem sprawczym drugiego z wydawnictw.

W okolicznościach dalece zimowej wiosny, przynajmniej w kraju na Odrą i Wisłą, muzyka, jaka dociera do nas z tych dwóch absolutnie świeżych krążków, zdaje się być wyjątkowo gorąca, pełnokrwista i istotnie wartościowa. Obyśmy dzięki tym doskonałym dźwiękom dotrwali do pory ciepłej i słonecznej!


Parede (przedmieścia Lizbony), późny grudzień 2015

Koncert w znanym, przynajmniej lokalnie, przybytku kultury SMUP, a na scenie dalece frapujące trio – kontrabasista Gonçalo Almeida, saksofonista Rodrigo Amado i perkusista Marco Franco. Każdy z nich gościł już na tych łamach niejednokrotnie, zatem nie będziemy strzępić języka, by przybliżać ich sylwetki muzyczne. Od czego w końcu mamy sieć globalną…. Poprzestańmy na tym, że sporo dobrego na scenie muzyki improwizowanej mężczyźni ci poczynili.

Koncert składać się będzie z pięciu odcinków muzycznych, wyjątkowo zgrabnie zatytułowanych, a potrwa 52 minuty. W szczególnie dobrych sklepach muzycznych odnajdziecie go pod tytułem The Attic (NoBusiness Records, 2017), firmowany zaś jest danymi personalnymi muzyków, ułożonymi w kolejności alfabetycznej.




Shadow. U progu tej muzycznej epopei, zostajemy postawieni do pionu ostrym jak brzytwa dźwiękiem, który wydaje smyczek w akustycznym zwarciu z dobrze rozgrzanym gryfem kontrabasu. Brzmienie jest pełne, głębokie i niesamowicie czyste. Przez moment odnosimy wrażenie, że Almeida postanowił zagrać jedną z sonat wiolonczelinowych Johanna Sebastiana Bacha i czyni to w delikatnie farmaceutycznym uniesieniu. Po kilkudziesięciu sekundach naszą zadumę równa z ziemią krzyk saksofonu tenorowego, któremu towarzyszy niezobowiązujące szczoteczkowanie na wyciszonym zestawie perkusyjnym. Ale smyk, niczym tytułowy Cień, wyznacza nieustannie perspektywę tej improwizowanej… sonaty (nadal mając brzmienie, graniczące z absolutem!). Dopiero w połowie tej opowieści kontrabasista przechodzi w bardziej typowy walking, ryjąc bruzdy w parkiecie i tycząc szlak dla zadziornego, kwiecistego i jakże konsekwentnego saksofonisty. Pod koniec narracja dynamizuje się, dając szansę na artystyczne zaistnienie także perkusiście.

Hole. Od progu tej dziury Amado postanawia rozwiać wątpliwości, co do własnej dyspozycji dnia. Tak, jest w doskonałej formie! Głęboki, rozedrgany tembr, z zaszytą melodią, choć kontrabas oczywiście potrafi zejść niżej. Narracja jest wartka i nieakceptująca pustych miejsc. Franco, za drummerską maszyną, na razie ekscytuje jakby mniej, ale jest krępy, czupurny i mocno trzyma się walkingu Almeidy. Sekcja idzie zwartym szykiem po złote runo, a zmyślnie rollinsonowski saksofonista komentuje te wydarzenia na boku.

Spring. Demokracja zdaje się stanowić wielką siłę tej trzyosobowej armii muzykantów. Kompozycje (patrz: opis na okładce) są oczywiście w…. 100% improwizowane, co cieszy recenzenta i całą Europę na wschód od Lizbony. Od pierwszej chwili Wiosny, doświadczamy soczystego, kolektywnego mlaskania, z dalece wyciszonym Amado (to tu, artystyczna pozycja Franco w grupie rośnie w oczach!). Saksofonista wchodzi do gry spokojnym, czystym i lekko rzewnym tonem, znacząc najbardziej zadumany, jak dotąd, fragment koncertu. Almeida gra niemal flażoletowo, a Franco otrząsa z kurzu swój zestaw przeszkadzajek. Atmosfera gęstnieje z każdą łzawą septymą, choć nie natarczywie. Eskalacja wykluwa się wolniej, niż nasza tegoroczna … wiosna. Puentą okazuje się pełnowymiarowy galop o niepoliczalnych płaszczyznach piękna.

Board. Najdłuższy fragment koncertu (ponad 16 min) muzycy zaczynają tak zwinnie, w tak silnej kooperacji, jakby przez całe swoje życie wszystko robili wspólnie. Almeida czeka na odpowiedni moment, wchodzi z ziejącym ogniem smykiem, jest agresywny, może nieco mniej bachowski, choć nadal przejmująco urokliwy (rozterka recenzenta: i kto tu będzie ogłoszony prawdziwym królem polowania?!?). Jego partnerzy aż milką z wrażenia. Kontrabasista na moment zostaje sam i rwie nam włosy z głowy psychodeliczno-delirycznym tańcem na linie (what a game!). Franco dołączą do niego na rosyjskich kastanietach i delikatnie stempluje przestrzeń. Powrót Amado jest szczyptę szamański, jakby trochę na grzybkach. Rozwierca dziurę w niepustej głowie recenzenta (tembr bąbelkowy), szuka punktu zaczepienia, a potem łapie szwung i sam prowadzi trio w niezbadane odmęty doskonałości (z kajetu recenzenta: jakość dźwięku uwalnia ocean endorfin! świetnie proporcje w zakresie rozmieszczenia instrumentów w przestrzeni akustycznej koncertu!).

Nail. Dynamika, agresja, sekcja jak na zawodach formuły 1! Amado czyta w ich myślach i stawia ornamenty zachwytu. Jeśli jego Motion Trio jest wyjątkowej klasy motylem, to ten skład przypomina równie zjawiskowego lotniskowca! Saksofonista rośnie w oczach, z każdym rokiem jakby mu ubywało lat, kipi energią jak młodziak na studniówce, jednocześnie mając już doświadczenie weterana improwizacji. No i świetnie kojarzy się personalnie, szczególnie w otoczeniu muzyków portugalskich. W kawałku o Gwoździu nie wyjmuje instrumentu z ust i rządzi na scenie, że aż wióry lecą!!!!  Z kajetu recenzenta: najlepsza płyta pierwszych czterech miesięcy 2017 roku! Jeśli ktoś zgłasza zdanie odrębne, znaczy, że głuchy!


Lizbona, druga połowa maja 2016

Muzyków odnajdujemy w czeluściach piekielnych Namouche Studios. Słoneczny poranek (?), prawdziwa (!) wiosna za oknem. Przy fortepianie gość z Kanady, Karoline Leblanc, po prawdzie zapewne główny inicjator spotkania, a już z całą pewnością wydawca muzyki, jaka za moment powstanie. Tuż obok niej, nie pierwszy zresztą raz, perkusista Paulo J Ferreira Lopes (przyznaję, że widzę go po raz pierwszy). Kolejni dwaj muzycy już szczerzą do nas zęby, bo znamy się świetnie – Luis Vicente na trąbce i Hugo Antunes na kontrabasie. Materiał muzyczny, który zgrabnie wyimprowizują w/w muzycy, zostanie skodyfikowany w pięć fragmentów z tytułami, potrwa godzinę zegarową, a trafi do nas dzięki płycie A Square Meal
(atrito-afeito, 2017). Podmiot wykonawczy określony zostaje poprzez wymienienie z imienia i nazwiska wszystkich muzyków w takiej to kolejności instrumentalnej – piano, trąbka, kontrabas i perkusja.




Od razu zaznaczmy, iż płyta stanowi nieprzerwany ciąg improwizowanych dźwięków, a zaczyna go głęboki, nisko zwieszony pasaż fortepianu. Wtóruje mu niezwykle stanowczy kontrabas, skupiona perkusja i trąbka w stanie delikatnej preparacji. Wstęp nie jest przegadany, a kwartet w mgnieniu oka osiąga większą motorykę. Narracja jest gęsto tkana, bez specjalnych fajerwerków, toczy się zwinnie, zwartym szykiem i zdecydowanie na temat. Demokracja wewnątrz kwartetu nie budzi zastrzeżeń służb specjalnych, a muzyka płynie bardzo wartkim strumieniem, brocząc w oceanie dalece swobodnej wymiany myśli i empatycznych zachowań wszystkich muzyków. Struktura pomysłu na improwizację nie jest nadmiernie skomplikowana, stanowi wyważony konglomerat indywidualnych incydentów, udanie łączonych w kolektywne wypowiedzi. Określenie free jazz winno paść w tym momencie i stanowić stały punkt odniesienia dla tego nagrania. Tak istotne dla jakości muzyki parametry - umiejętności muzyków i adekwatna wyobraźnia - są tu udziałem każdego, a w szczególności, co nas zupełnie nie dziwi, Luisa Vicente.

W trzecim fragmencie tej dość jednorodnej i skupionej opowieści, dopada nas dalece frapujące wyciszenie po dość intensywnym galopie – szmery, westchnienia, tarcia, tłuste smyki i nieśmiałe preparacje pianistki. Dramaturgia tej orgii improwizacji opiera się na pięknym dysonansie budowanym na styku kontrabasu (kanał lewy) i trąbki (kanał prawy). Ich wymiany poglądów, subtelne zwroty dramaturgiczne są kluczem do interpretacji zamysłów wszystkich muzyków. Karoline niechybnie czerpie dużą radość z operowania klawiszami odpowiedzialnymi na niskie częstotliwości, co stanowi istotny powód dla odbiorcy, by często wgryzać się w jej pianistykę. Perkusista bywa tu czujny, nienachalny i choć momentami ledwie znaczy swoją obecność, to trudno byłoby sobie wyobrazić ów kwartet bez jego udziału. Mistrzem ceremonii, mimo demokratycznego statusu w zespole, pozostaje jednak doskonały trębacz, który co rusz zrywa nam kurz z powiek i uwalnia tony endorfin. Szczęśliwie dla obrazu całości, pozostali muzycy spokojnie nadążają za jego wyobraźnią. Być może, w niektórych momentach, brakuje nieco pieprzu w tej muzyce (preparacji piana? Karoline – więcej odwagi!), ale samo obcowanie z interakcjami na linii Antunes-Vicente nakazuje ustawiać ocenę tej płyty na wysokim szczeblu. Pierwsza część czwartego upływa nam na studiowaniu niezwykle taylorowskiej galopady pianistki. Free pełną gębą! W tym samym niemal momencie istotnie odżywa także perkusista, dając krótkie i kompetentne solo, które skutecznie zagaduje, jak zwykle nadaktywny trębacz. Robi się z tego ekscytujące duo, które subtelnie stemplują jednodźwiękami kontrabas i piano. Być może ten moment winniśmy uznać za najbardziej wartościowy na krążku. Finał – dynamiczny, dwuminutowy - wybudza nas z dalece udanego muzycznego letargu.


piątek, 28 października 2016

Marcelo Dos Reis & Luis Vicente – As historias cruzadas ou seja o poder da variadade *)


Czas na kolejną opowieść eksplorującą nową muzykę, powstającą na Półwyspie Iberyjskim. Po stosunkowo rozbudowanych ficzersach o muzykach katalońskich (Trilla, Cirera), teraz uwagę naszą skierujmy ku Portugalii i dwóm młodym muzykom, którzy kreatywnie dewastują muzykę improwizowaną Starego Kontynentu kolejnymi doniosłymi i niebanalnymi płytami.

Personalia trębacza Luisa Vicente padły już na tej stronie niejednokrotnie. Gitarzysta Marcelo Dos Reis tą opowieścią definitywnie debiutuje na Trybunie. Tak się uroczo składa, iż w/w muzycy mają w dorobku kilka płyt popełnionych wspólnie, zatem nasza dzisiejsza historia będzie mogła mieć podwójnego bohatera. W przypadku drugiego z Portugalczyków, skupimy się nie tylko na jego dokonaniach artystycznych, ale także prześwietlimy jego inicjatywę wydawniczą Cipsela Records.


Marcelo i Luis – incydenty wspólne

Naszą double-man story zacznijmy od absolutnej świeżynki. Od całkiem niedawna jest z nami drugi krążek formacji Fail Better!, wydany na Litwie pod tajemniczym tytułem Owt (NoBusiness Records, Limited LP 2016). Pod przewrotną nazwą grupy ukrywa się piątka Portugalczyków, których nazwiska winniście natychmiast zapamiętać, albowiem będą w tym tekście powracać. A zatem - João Guimarães (saksofon altowy), João Pais Filipe (perkusja), José Miguel Pereira (kontrabas), Luís Vicente (trąbka) i Marcelo Dos Reis (gitara elektryczna). 44-minutowy czarny krążek, to dokumentacja koncertu, jaki miał miejsce w Salao Brazil w Coimbrze (to miejsce także proszę zapamiętać), w kwietniu 2014r.




Pięcioczęściowa opowieść, pomieszczona na dwóch stronach winyla, zaczyna się dość spokojnie. Muzycy kolektywnie pieszczą dźwięki, grają unisono, trochę na rozgrzewkę, pewnie także dla zmylenia tropów. Elektryczny Marcelo ciekawie dręczy swoją gitarę, maczając ją w nieco psychodelicznym sosie, przy okazji ewidentnie szuka swoich rockowych korzeni. Tytuł fragmentu (Former Times) dużo nam mówi o klimacie tej introdukcji. Pieśń druga (Sidereal) dynamizuje nam przekaz w sposób cokolwiek drastyczny. Felipe – niczym demiurg – bije ostry rytm, a muzyka pachnie transowym rockiem na kilometr, choć Marcelo nie hałasuje, a Fail Better! z całą pewnością nie jest kapelą jazz-rockową. Gitarzysta, jakkolwiek, rządzi tu niedemokratycznie i kształtuje rzeczywistość foniczną na swoją modłę. Saksofonista mógłby w tej opresyjnej sytuacji dodać coś więcej od siebie, ale być może to nie jest jego moment. Vicente zaś – w opozycji do całej reszty – pięknie sonoryzuje na boku. Wyciszony finał utworu staje się wszakże wyłącznym udziałem tych dwóch ostatnich. Trzeci numer In Between, to jakby kolektywne zwarcie w zagubionej synkopie, ballada zatraconych dusz, w trakcie której muzycy lepią się do siebie, jak muchy. Nastrój radykalnie zmienia ponownie perkusista, który wyznaczy ostre tempo i rytm nieznoszący sprzeciwu. Pozostali muzycy tańczą wokół niego i snują indywidualne opowieści, łącząc się we wznoszący wielodźwięk. Smak gitary budzi skojarzenia z… Ten Years After, którzy po sumiennie nakrapianym gigu, trafiają w garderobie na dwa zagubione dęciaki i każą im grać do kolejnej otwieranej flaszki. W nawiasach rytmu wszystkie chwyty są tu bowiem dozwolone. Circular Measure zdaje się nie mieć końca, a Marcelo postanawia nawet zmierzyć się z legendą Jimmy Hendrixa! Niechybnie czas na finał tej metaprzygody. Stellar w początkowej fazie opiera się na tańcu kontrabasu wokół własnej osi (ze smykiem pod rękę!), a potem, gdy pozostali muzycy wrzucają do tego wora swoje trzy gorsze, recenzenta stać już tylko na kolejne skojarzenie. Mahavishnu Orchestra i John McLaughlin, ale ten w najlepszym wydaniu!
Ta pełna emocji, eklektyczna podróż po obrzeżach upalonego rocka i zdeformowanych intuicją muzyków, krawędziach jazzu, w bezwzględnie improwizowanej formule (wedle idei all music created by the musicians), kończy się tak, jak chcielibyśmy, by kończył się dreszczowiec - happy endem.

Uwaga! Muzycy Fail Better! mają na tyle otwarte głowy, że jakakolwiek próba gatunkowej kwalifikacji Owt spali na panewce. Zatem odpuśćmy sobie!

Jeśli macie ochotę na więcej, proponuję wejść w posiadanie debiutanckiej płyty tej formacji, którą odszukacie w katalogu portugalskiej JACC Records, pod kolejnym udanym tytułem Zero Sum (2014). Zawiera koncert uczyniony w tym samym miejscu, czternaście miesięcy wcześniej. Personalia muzyków i użyte instrumentarium bez zmian.

Po ponadnormatywnej dawce emocji, czas na subtelny odpoczynek, moment, byśmy … naprawdę poczuli się lepiej (Feel Better!). Radykalną zmianę nastroju, instrumentów, po części nawet gatunku (to zresztą będzie light motive dzisiejszej historii), zapewni nam kolejna wspólna inicjatywa Luisa i Marcelo – Chamber 4. Po lekturze nazwy konotacja stylistyczna wydaje się oczywista, ale nie przywiązywałbym się do niej zbyt silnie. Cztery akustyczne instrumenty w rękach dwóch Francuzów – Theo Ceccaldiego (skrzypce, altówka) i Valentina Ceccaldiego (wiolonczela i głos) i tyluż naszych portugalskich bohaterów - Luisa Vicente (trąbka) i Marcelo Dos Reisa (gitara akustyczna, gitara preparowana i głos). Płyta zwie się właśnie Chamber 4 (FMR Records, 2015), a wnikliwi czytelnicy Trybuny winni pamiętać, iż trafiła ona na jej roczne podsumowanie, oczywiście w kategorii płyt najlepszych. Nagranie z maja 2013r. z Lizbony. Pięć fragmentów, 41 minut.




Rzewna, jękliwa i osobliwie piękna, współczesna kameralistyka, otwiera tę udaną przygodę. Muzycy w powolnej improwizacji dobrze się wzajemnie nasłuchują, zbierając siły na tak zwany ciąg dalszy. Szybko jednak odnajdują dramaturgiczną okoliczność na zdynamizowanie swoich poczynań, wpadają na siebie jak sroki przy żłobie, ekscytują się i szukają miejsca na indywidualne popisy. Marcelo zgrabnymi preparacjami wysyła kameralistyczny idiom do wszystkich diabłów i gra zaczyna się na poważnie. Cała czwórka pięknie skaluje emocje, dba o to, by jakikolwiek moment tych improwizacyjnych koincydencji nie był nadmiernie przegadany. Filharmonia dla poszukujących wrażeń nieoczywistych. A jeśli muzycy grają to fully improvised, to czapki z głów (formuła na okładce: all music by the musicians). Każdy z nich dobrze wygląda w smokingu, każdy ma jednak duszę ulicznego zakapiora. W kluczowym fragmencie nagrania, zwarte pasaże gigantycznie brzmiących, surowych, akustycznych instrumentów zlewają z wokalizami Valentina i Marcelo, realizowanymi w wysokich rejestrach. Piękny, krnąbrny, oniryczny finał. Koniecznie czekamy na więcej!

Zmieńmy po raz kolejny klimat. Może tym razem szczypta elektroakustyki? Sięgnijmy po dwie rejestracje koncertowe, zrealizowane w Lizbonie, w ramach improwizacyjnych spotkań UNLOAD. Dos Reis i Vicente bawią się tu dźwiękami w towarzystwie Marco Franco, który zazwyczaj grywa na perkusji, ale… nie w tym przypadku. W listopadzie 2012r. kreował on audiosferę koncertu kilkoma dziwnymi przedmiotami i silnie wspomagał się elektroniką, zaś w październiku roku kolejnego ciskał palcami w harmonium. Marcelo grywał na różnych gitarach i amplifikował kolejne podejrzane obiekty, a Vicente tradycyjnie trąbił. Eksperymentalna improwizacja w nieśpiesznych tempach, z delikatnie sugerowanym rytmem, inkrustowana przez Luisa i Marcelo wieloma ciekawymi dysonansami, broniłaby się świetnie w … tymże duecie. Bagaż elektryczny, jaki wnosi do tego spektaklu Franco nie jest w mojej ocenie udany. O ile starsze nagranie broni się choćby tym, że ów background jest nienachalny, o tyle nagranie drugie zdominowane jest onirycznym, modulowanym soundem harmonium, a cały urok kooperacji Vicente-Dos Reis ginie w niedosłuchu. W sumie, byłby z serii UNLOAD frapujący… duet. Zachęcam muzyków do spróbowania. Nagrania z obu koncertów są dostępne na bandcamp. com, do odsłuchu lub zakupu za grosze.

Wątek współpracy Luisa i Marcelo kończy, póki co, ich trio z udziałem kontrabasisty, którego już dziś poznaliśmy - José Miguela Pereiry. Formacja zwie się Frame Trio i wedle moich ustaleń nie doczekała się jeszcze debiutu fonograficznego. Jedynie na stronie trębacza można odsłuchać fragment wyważonej i skupionej improwizacji na trzy akustyczne instrumenty.


Marcelo muzykuje, Luis odpoczywa

Dajmy chwilę odpocząć trębaczowi i przyjrzyjmy się uważnie innym produkcjom gitarzysty, już bez udziału sprawczego tego pierwszego. Koniecznie winniśmy zawiesić ucho nad dwoma płytami, które światło dziennie ujrzały w jego własnej wytwórni Cipsela Records.

Na początek sprawdźmy krążek Flower Stalk (2015), firmowany przez strunowe trio Open Field i weterana amerykańskiego free jazzu, pianistę Burtona Greene’a. Zidentyfikujmy członków tria - José Miguel Pereira na kontrabasie (ponownie!), Marcelo Dos Reis na gitarze akustycznej (nylonowe struny), preparowanej gitarze i głosie oraz – uwaga, nowe nazwisko! - João Camões na altówce, perkusjonaliach i instrumencie dętym o nazwie mey. Dodajmy, że Greene także preparuje fortepian i używa perkusjonalii. Pięć improwizowanych fragmentów (all music by…), trwających 52 minuty, zostało zarejestrowanych w okolicznościach studyjnych w Lizbonie, w maju 2012r.




To nagranie także nie rozpoczyna się trzęsieniem ziemi. Muzycy raczej wgryzają się w klimat i polerują struny swoich instrumentów. Reis na gitarze, w zasadzie klasycznej, brzmi czysto i przejmująco, niczym pościel dziewicy przed pierwszym razem. Greene klawiszuje na boku i ma ochotę delikatnie narzucić konwencję tej zabawy dużo młodszym partnerom, ale ci nie bardzo chcą na to pozwolić. Kwartet rośnie kolektywnie w spirali wielodźwięku, choć każdy ma tu swój moment i nie stroni od hałasowania. Trzeci fragment zaczyna się nieco reinhardowsko, by nie rzec grapellowsko, ale hołd dla czasów minionych nie trwa długo. Niesieni porywamy wyobraźni, z lekkim uśmiechem na ustach, młodzi Portugalczycy pięknie uciekają w wir free improv, czemu wtóruje zgrabnymi preparacjami Greene. Fragment czwarty, przedostatni, to swoisty chill out na zaczerpnięcie powietrza i łyk zimnej wody – Greene w wersji solo. Zaraz po nim wielki finał. Zdystansowani, nieco utopijni w swej zadziorności, w chaosie szczęścia i erupcji nagromadzonych przez wieki emocji, muzycy ruszają na podbój naszych serc. Są zaczepni, czupurni, gotowi na konfrontację z każdym, pełni wewnętrznej, mnemonicznej agresji. Akustyczny nerw improwizacji budowany jest przez dochodzący z głębi nieokreśloności, nieziemski, pustynny głos Marcelo i zaskakujący barwą dęty pasaż mey, podawany przez João. Rytualny taniec godowy zupełnie bez przyczyny, w konwulsjach, doprowadza czterech mężczyzn do granicy końca tej niezwykłej płyty. Po wybrzmieniu, z offu słyszymy głos Greene’a, który … oszołomiony przebiegiem wypadków muzycznych, proponuje nazwać ten fragment Ancient Shit.

Open Field w wersji koncertowej możliwy jest do odsłuchu na bandcamp.com. Trzy fragmenty, trwające nieco ponad 20 minut, wprost z National Museum Machado de Castro. Wersja trzyosobowa, akustyczna. Uwaga dla niewyposażonych w odpowiednią ilość petrodolarów – można tę muzykę ściągnąć za darmo.




Sięgamy po kolejny krążek z Cipsela Records. Tym razem Concentric Rinds (2016) i Marcelo Dos Reis w duecie z Angelicą V. Salpi. Dwa strunowce (gitara i harfa) w wersji akustycznej i preparowanej oraz głos męski. Nagranie z Galerii w Porto, luty 2013r. Osiem fragmentów all music by the musicians, 43 minuty muzyki. Ten twór personalny powstał ponoć z inspiracji Evana Parkera, w trakcie muzykowania w większej grupie. Pozornie piękna i szkliście akustyczna, urokliwa muzyka, która początkowo odsyła nas do rzeczonej Galerii i każe cierpliwie czekać na to, co może się ewentualnie wydarzyć, ma zaszyty wewnętrzny nerw, rodzaj podskórnego niepokoju. Być może to właśnie po nią sięgnąłby David Lynch, gdyby sequel swojego epokowego Twin Peaks postanowił kręcić w Portugalii. Z każdą sekundą tej przewrotnej płyty ów nerw urzeczywistnia się, a subtelna narracja ustępuje delikatnym zaczepkom, drobnym uwagom na boku, bo przecież w każdym związku dwojga ludzi musi nadejść moment konfrontacji oczekiwań. Ta następuje w niezwykłym czwartym fragmencie – Marcelo traktuje gitarę dobrze naostrzonym smykiem, dobywając dodatkowo z gardła zmyślną wokalizę, która kontrapunktowana sepleniącą harfą, prowadzi nas na moralne zatracenie, niczym III Symfonia Góreckiego, grana na lekkim speadzie, niespodziewanie dla wszystkich, w dalekowschodnich czeluściach tego okropnego świata. Tu, zabawa dla grzecznych chłopców i panien z dobrego domu dawno się już zakończyła. Preparacje harfy i gitary nawarstwiają się i płoną niczym pochodnie zwiastujące klęskę … urodzaju. Finalny zgrzyt akustyczny, w klimatach współczesnego AMM, pozwala nam nabrać dystansu do tej przygody. Będzie co wspominać po powrocie do domu.




Zostawmy na chwilę w orbicie naszych zainteresowań nobliwą harfistkę, którą poznaliśmy w poprzednim akapicie. Oto bowiem do naszych elektronicznych odtwarzaczy wrzucamy nagranie Xisto (JACC Records, 2014), popełnione przez kwintet Pedra Contida. W jego składzie obok Angeliki i Marcelo, odnajdujemy znanego nam już João Pais Filipe na perkusji, a także Nuno Torresa na saksofonie altowym i Miguela Carvalhaisa obsługującego komputer. Marcelo gra na gitarze klasycznej, używa głosu i śpiewających kul (cokolwiek to jest), a także pełni tu rolę kompozytora części materiału. Tak się bowiem składa, że Xisto mieści w sobie cztery fragmenty skomponowane, improwizacje solowe, duetowe i w trio, a także na koniec kolektywną improwizację całego kwintetu. Jest niezwykle interesującą próbą odnalezienia muzyki współczesnej na polu swobodnej improwizacji, uzupełnionej o zebrane dźwięki otoczenia (zwykliśmy to określać mianem field recordings). Akustyczne brzmienia, delikatnie podrasowane przez szmerający background, upstrzone są ekscytującymi wokalami Marcelo. Smak muzyki dawnej zderza się tu wulgarnie z dewastującą wszystko wokół siebie nowoczesnością. Muzyka – nagrana w lipcu 2013, zarówno w okolicznościach studyjnych, jak i koncertowych – wychodzi z tego pozornie karkołomnego projektu obronną ręką. Ponownie - czapki z głów!




Na koniec tego rozdziału koniecznie odpalić winniśmy płytę formacji The Nap (nagranie dostępne tylko w formie plików na bandcamp, stąd ten fired up). Myślę o Non Rapid Eye Movement Sleep (Nap Music, 2012). Tu spotykamy już samych znajomych. Dos Reisowi, który gra na akustycznej gitarze, towarzyszy kontrabas Perreiry i perkusja Felipe. 45-minutowa relacja z koncertu z Aveiro (sierpień 2012). Mimo, iż muzycy grają w barze (co niestety słychać!), udaje im się – jak zwykle w przypadku formacji z udziałem Marcelo – uzyskać czyste, akustyczne, instrygujące brzmienie. Gitarzysta, choć gra cały koncert na jednym instrumencie, potrafi wydawać dźwięki niczym harfa lub banjo, kontrabas podąża za nim w rejestrach typowych raczej dla wiolonczeli i sonat Bacha, a perkusista lubi koncentrować się na dzwonkach i innych drobnych przeszkadzajkach. Jeśli jednak oczekiwalibyście po tym nagraniu świątecznych klimatów, to jesteście w ogromnym błędzie. Muzyka jest dynamiczna, zadziorna, pełna ekspresyjnych eskalacji i mikrowybuchów, a gdy na moment muzycy zatrzymają się w swej galopadzie, stać ich na skupioną i prawdziwie molekularną improwizację. Szkoda jedynie samego finału, gdy gadulstwo baru zaczyna być nieznośne i wyraźnie przeszkadza muzykom w dokończeniu dzieła. Marcelo moduluje swój dźwięk, chcąc zagłuszyć otoczenie, ale ostatecznie pozostaje mu -  i jego kompanom - opuścić scenę (zdecydowanie z podniesionym czołem!) i udać się na dobrze zmrożony napój chmielowy.


Luis muzykuje, Marcelo … na wakacjach

Jak już wspomniałem na wstępie tej historii, Luis Vicente jest częstym gościem na tych łamach. Przychylnym, by nie rzec entuzjastycznym okiem zlustrowaliśmy tu kilka jego płyt. Przypomnę zatem o płytach Clocks and Clouds (kwartet portugalski) i Twenty One 4tet (kwartet holenderski), a także o innym holenderskim kwintecie (m.in. Dickeman, Serries, Hagow), który koncertem Live at Zaal 100 dał nam asumpt do chwili pozytywnej refleksji. Wszystkie te recenzje można śmiało odczytać, klikając po prawej stronie Trybuny (zakładka Muzycy) na nazwisko portugalskiego trębacza.




My wróćmy wszakże do jeszcze innego krążka, który także gościł na tej stronie, a miało to miejsce przy okazji podsumowania najlepszych płyt roku 2015. Myślę o kwartecie Deux Maisons i jego wydawnictwie For Sale (Clean Feed). Za tą doskonałą improwizowaną zabawą stoją, obok trębacza, poznani już dziś bracia Ceccaldi (skrzypce, altówka, wiolonczela), a także perkusista Marco Franco. Muzycy, choć swą opowieść określili mianem muzyki skomponowanej, przez blisko trzy kwadranse zmyślnie improwizują, czerpiąc pełnymi garściami zarówno z muzyki współczesnej (Ceccaldi), jak i na wprost z muzyki jazzowej (Franco, Vicente). Jest odpowiednia dynamika, są udane zwarcia w podgrupach i stosowne kontrapunkty. Muzyce nie brakuje rytmu i drapieżnych solowych popisów, a wszystko grane jest czystym, kojącym zszargane nerwy, brzmieniem akustycznym.

Jeśli macie ochotę na dynamiczną jazdę z dobrze zarysowaną linią rytmiczną i melodyczną (śpiewający kontrabas), koniecznie sięgnijcie po trio Luisa Vicente, z udziałem Francesco Valente (ów kontrabas właśnie) i Oori Shaleva (perkusjonalia, tabla). Ich jedyna płyta zwie Outeiro (JACC Records, 2012) i przynosi jedenaście zwinnie wyimprowizowanych kompozycji, autorstwa wszystkich muzyków. Do tańca i do różańca. Smakowite, współczesne jazzowe muzykowanie, delikatnie nasączone klimatami folkowymi (tabla!).


Cipsela – niezbędne uzupełnienie

Czas finalizować naszą dzisiejszą, rozgadaną opowieść. Wróćmy jeszcze koniecznie do wydawnictwa Cipsela Records, które prowadzi Marcelo Dos Reis, odpowiedzialny w tym wypadku także za realizację nagrań, ich mastering i produkcję. To właśnie ów człowiek renesansu sprawia, że wszystkie nagrania, jakie dziś poznaliśmy, zwłaszcza te z udziałem gitarzysty, niezależnie od miejsca powstania, są doskonałe pod względem akustycznym. A katalog Cipsela to – po dwóch latach działalności – sześć pozycji. Dwie z nich poznaliśmy w rozdziale drugim, teraz przywołajmy cztery pozostałe, opatrując je drobnym komentarzem.




Carlos Zingaro  Live At Mosteiro de Santa Clara a Velha (2015) – solowy koncert nauczyciela każdego żyjącego muzyka improwizującego Portugalii! Okoliczności sakralne miejsca koncertu sprawiają, że nasze uszy płoną podczas odsłuchu, albowiem akustyka nagrania jest iście… boska (nie mogło być inaczej). Pięć różnych, improwizowanych fragmentów, a w każdym z nich Carlos odnajduje na gryfie swego instrumentu osobliwy punkt zaczepienia i wokół niego plecie piękne, zadziorne i niebanalne opowieści.




Daniel Levin/ Rob Brown  Divergent Paths (2015) – amerykańskie spotkanie koncertowe w Salao Brazil (2012r.), wyprodukowane przez Marcelo. Jak się domyślacie, wiolonczela Daniela brzmi konkretnie genialnie i po prawdzie alt Browna nie jest jej w tym incydencie z oklaskami … do czegokolwiek potrzebny. Trzy zwarte, dobrze opowiedziane improwizacje, które z pewnością znajdą wielu admiratorów po obu stronach oceanu (atlantyckiego!).




Joe McPhee  Flowers (2016) – solowy koncert (Coimbra, 2009r.) weterana free jazzu na płycie, do zakupu której nie trzeba zachęcać jakiegokolwiek fana tego gatunku. Jedynie ortodoksyjnym wielbicielom free improv, w obcowaniu z tym nagraniem, towarzyszyć może uczucie ambiwalencji. Mnie taka muzyka po prostu już nie kręci, ale … przyznam, w dynamicznych improwizacjach Joe ma klasę i to nie podlega dyskusji.




Joëlle Léandre / Théo Ceccaldi ‎ Elastic (2016) – wreszcie najnowsze wydawnictwo Cipsela. Ta płyta była już recenzowana na Trybunie, nawet całkiem niedawno. Dziś wracam do niej wszakże nie po to, by po raz kolejny nazwać ją doskonałym, wręcz wybitnym spotkaniem kontrabasu i skrzypiec, ale by… odszczekać swój błąd! Pisząc recenzję krążka Elastic bazowałem na odsłuchu streamingu zamieszczonego przez wydawcę na bandcamp.com. Płyta podobała mi się bardzo, jednakże dostrzegałem w tych zmyślnych, klarownych improwizacjach drobiny niedopowiedzeń i zawieszania narracji. Dziś mnie to nie dziwi, albowiem słuchałem … jedynie fragmentów nagrań. Mea culpa….

Thank You Marcelo for your attention and great music on Cipsela Records!



*) (portugalski): krzyżujące się opowieści, czyli potęga różnorodności