Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sten Sandell. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sten Sandell. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 23 stycznia 2024

Mats Gustafsson’ back to acoustic: Gush! Ensemble E! Hydros 9!


Wnikliwi Czytelnicy Trybuny zauważyli być może, iż ostatnimi czasy legenda free jazzu i muzyki improwizowanej, szwedzki saksofonista Mats Gustafsson pojawia się tu jakby rzadziej. Nie wynika to bynajmniej z faktu, iż artysta wydaje mniej albumów, tudzież jest mniej aktywny koncertowo. To raczej konsekwencja tego, iż artysta od dłuższego czasu koncentruje się na graniu … głośnej i na ogół obudowanej elektroniką muzyki, która systematyczne oddala się od naszego ulubionego freely improvised music. Szanujemy każdy wybór artystyczny, jakkolwiek w tym przypadku od dawna mamy poczucie pewnej straty dla współczesnego wizerunku gatunku.

Z tym większą radością donosimy, iż Gustafsson zaprezentował jesienią ubiegłego roku aż trzy nowe albumy, które zdają się zwiastować powrót do idei akustycznego (lub prawie akustycznego) muzykowania. Co więcej, jednym z przejawów tej wspaniałej tendencji jest fonograficzne odrodzenie się jednej z najważniejszych formacji europejskiego free jazzu lat 90., czyli formacji Gush, którą Mats współtworzy z kolejnymi wybitnymi obywatelami Królestwa Szwecji – pianistą Stenem Sandellem i perkusistą Raymondem Stridem. Do gushowej reinkarnacji dodać trzeba jeszcze dwie orkiestry (Ensemble E i Hidros 9), które pod wodzą Matsa dostarczyły nam jesienią mnóstwo bardzo dobrych wrażeń muzycznych. I jakby było mało, wszystkie albumy, które dziś omówimy, zostały nagrane w Polsce!



 

Gush 30 (Not Two Records, 3CD 2023)

Alchemia, Manggha, Kraków, listopad 2018: Mats Gustafsson – reslide sax, saksofon sopranowy, tenorowy, barytonowy, flet, Sten Sandell – fortepian, głos, Raymond Strid – perkusja, instrumenty perkusyjne oraz goście: Christine Abdelnour – saksofon altowy (utwory od 2-2 do 2-5), Jörgen Adolfsson – saksofon altowy (3-2, 3-6), Anders Nyqvist – trąbka (1-3 do 1-5), Philipp Wachsmann – skrzypce (2-1, 2-5), Sofia Jernberg – głos (1-2 do 1-5), Sven-Åke Johansson – recytacja (3-3, 3-4), Peter Söderberg – gitara, lutnia (3-2, 3-5). Łącznie siedemnaście improwizacji, 157 minut.

Gush świętował w Krakowie trzydzieste urodziny niemal dokładnie pięć lat temu. Fonograficzna dokumentacja wydarzenia trafia do nas dopiero teraz, ale warto było na nią bezwzględnie czekać. Trzy wieczory, trio bazowe i siódemka gości, która wchodzi w improwizowane interakcje z jubilatami w trakcie kilkunastu improwizacji. W dwóch przypadkach goście improwizują także sami ze sobą.

Dysk pierwszy przynosi sześć improwizacji – trio saute, kwartet z wokalistką, kwintet z wokalistką i trębaczem (w trzech utworach) i duet gości, pomieszczony pomiędzy pierwszą, a drugą improwizacją rzeczonego kwintetu. Początek Gustafssona, Sandella i Strida, to bukiet wyważonego post-jazzu, w pół kroku do estetyki free, ale i dwa kroki od zgrzebnej post-balladowości. Wszystko doposażone dużą porcją brzmieniowych i dramaturgicznych subtelności. Mats korzysta najpierw z tenoru, potem z sopranu, Sten pracuje głównie na klawiaturze, a Raymond sięga po jak zawsze szeroką paletę drums & percussion. Po dojściu wokalistki Jernberg improwizacja bardziej skupia się na dźwiękach preparowanych, dobrze pracuje z ciszą, a jej puentę stanowi drobna eksplozja emocji. Z kolei w kwintecie narracja do całego arsenału użytych technik rozszerzonych dodaje dużo jazzu i czystych, trębackich fraz Nyqvista. Trzy improwizacje kwintetu, to zarówno gra na małe pola, moc brzmieniowych atrakcji (z barytonem i inside piano), kontrolowana ekspresja na wydechu, jak i spora liczba jazzowych akcji w podgrupach. W części przedostatniej szczególnie podobać się może ekspresyjne duo saksofonu i perkusji. W finałowej odsłonie trzeba też odnotować pojawienie się fletu. Dysk uzupełnia niezbyt długa improwizacja wokalistki i trębacza. Sporo tu dźwięków preparowanych, ale także momentów dramaturgicznego rozdroża.

Drugi dzień urodzin, czyli dysk drugi, to pięć improwizacji - trio ze skrzypkiem, trzy krótkie akcje tria z saksofonistką, wreszcie finał wieczoru zrealizowany w kwintecie. Gush grywał onegdaj z Wachsmannem, przyjmował wtedy nazwę Gushwachs! Tu kwartet zagłębia się w subtelnościach akcji kameralnych – śpiewne skrzypce, emocjonalny flet, inside piano i perkusyjne zdobienia. W fazie środkowej muzycy sięgają niemal po estetykę folkową, na koniec zaś raczą nas sporą dawką ekspresji. Improwizacje z Abdelnour, to ocean saksofonowych, niekiedy minimalistycznych preparacji wsparty prawie niedostrzegalnym akompaniamentem pianisty i perkusisty. To bez wątpienia crème de la crème całych urodzin, ze szczególnym uwzględnieniem klasy saksofonistki. Dysk wieńczy rozbudowana improwizacja kwintetu. Spokojny początek budowany czystymi frazami, potem dość szybka wspinaczka na szczyt, w fazie środkowej didaskalia drobiazgowych, preparowanych brzmień (z fletem, a także urokliwymi frazami altu i skrzypiec), wreszcie bardzo ekspresyjne zakończenie, niestety z prawie niesłyszalną w tumulcie free jazzu alcistką.

Dzień trzeci, finałowy, to sześć improwizacji – trio bazowe, duet gości (gitara i saksofon altowy), dwie miniatury tria z recytatorem, a na koniec dwa kwartety – najpierw z gitarą, potem z altem. Otwarcie tria zbudowane jest na kontraście – mroczny, filigranowy początek i ekspresyjna puenta, z pewnością najgłośniejszy moment urodzinowej trzydniówki. Mats zaczyna na tenorze, kończy na flecie, a ekspresyjne solo prezentuje pianista. Duet gości – gitarzysta Söderberg i alcista Adolfsson – to minimalistyczna zabawa na wdechu, trochę dronów i narracyjnych pętli, dość wszakże mało ekspresyjna ekspozycja. Z radością witamy ponownie na scenie Gush, które najpierw serwuje nam dwie krótkie opowieści z głosem. W roli narratora … perkusyjna legenda gatunku, czyli Sven-Åke Johansson! W pierwszej części gość używa języka szwedzkiego i zdaje się głosić jakiś manifest, w drugiej części opowiada ciekawą historię używając języka angielskiego. Trio świetnie mu akompaniuje, jakby zostało stworzone trzy dekady temu tylko po to, by przygrywać trupie teatralnej. Urodzinową dokumentację wieńczą kolejne dwa kwartety. Ten z gitarzystą zdaje się być lekki niczym Jezioro Łabędzie, ten drugi z alcistą sięga po melodie, a także frazy preparowane. Pierwszy nie stroni od dynamiki na etapie rozwinięcia, drugi przyobleka się w szaty farewell song, po czym dość niespodziewanie eksploduje mocą pełnokrwistego free jazzu.



 

Mats Gustafsson & Ensemble E EE Opus One (Trost Records, CD 2023)

Festiwal Kody, Lublin, maj 2022 (koncert) oraz Polskie Radio, Warszawa, wrzesień 2022 (dogrywki): Helga Myhr – skrzypce, Sylwia Świątkowska – biłgorajska suka, Susana Santos Silva – trąbka, Maniucha Bikont – głos, tuba, Daniel Formo – organy, fortepian preparowany, Arne Forsén – fortepian preparowany, klawikord, instrumenty perkusyjne, Mats Gustafsson – saksofon barytonowy, flet, spilåpipa, dyrygentura. Jeden utwór, 48 minut.

Opus One, to z jednej strony efekt fascynacji muzyką folkową Gustafssona i jego rozbudowana kompozycja - mozaika motywów i akcji w podgrupach, którą artyści starają się łączyć w strumień zwartej opowieści, z drugiej niebanalny zamysł pozwalający zebrać intrygujący, międzynarodowy aparat wykonawczy. Połączenie brzmień typowo folkowych i preparowanych fraz dętych, tudzież pianistycznych wypada doprawdy intrygująco, a wiele epizodów trzeba uznać za definitywnie wartościowe. Udanie skonstruowane elementy składowe nie zawsze budują tu jednak linearną opowieść, innymi słowy bywa, że brakuje efektu synergii, a dramaturgia czterdziestu ośmiu minut koncertu napotyka na drobne mielizny.

Początek koncertu jest dalece kameralny, budowany minimalistycznymi akcjami, pełnymi rozwagi i determinacji nieczynienia zbyt pochopnych ruchów. Powolna opowieść jest kontrapunktowana zarówno dętymi frazami free impro, jak i folkowymi plamami melodii. Na tym etapie podobać się może szczególnie śpiew płynący na bazie strunowych ekspozycji. Kolejne wejście dętych i piana przypomina już małą burzę z piorunami. Po jej dość sprawnym ugaszeniu (okolice 12 minuty) kilka samotnych chwil mają onirycznie brzmiące organy. Następne fazy koncertu zdobią akcje piana i perkusjonalii oraz ponownie folk płynący ze strun. W okolicach 25 minuty muzykuje już chyba cały septet, ale aura pozostaje folkowa. Narracja kołysze się od incydentalnych, ale akustycznie dosadnych akcji free impro do folkowych epizodów z dobrze zarysowaną linią narracji. Swoje dokłada tu tuba, która stara się łączyć estetycznie obie frakcje ansamblu. Po 35 minucie dostajemy wyjątkowo urokliwy passus wokalny, dla którego kameralny akompaniament kreuje kilku strumieni dźwiękowych. Po zejściu w ciszę opowieść startuje od nowa. Dużo w niej teraz nerwowych, rwanych fraz, generowanych przez obie frakcje (szczególne brawa dla strunowców!). Narracja zdaje się być jednocześnie taneczna i smutna, delikatnie oniryczna. To drugie zapewnia choćby duet organów i piana doposażony kilkoma głębszymi oddechami fletu. Samo zakończenie koncertu trwa kilka minut i wydaje się być odrobinę niedopracowane – z jednej strony folkowa zgrzebność, z drugiej post-jazzowy background i porcja fraz preparowanych. Ostatnia prosta zostaje pozostawiona samotnie wybrzmiewającej, biłgorajskiej suce.



Mats Gustafsson Hidros 9 Mirrors (Trost Records, CD 2023)

Avant Art Festival, Warszawa, 2022 - Soliści: Anders Nyqvist - trąbki (slide, piccolo), Colin Stetson – amplifikowany saksofon basowy, Hedvig Mollestad – gitara, Per-Åke Holmlander – tuba, Jerome Noetinger - tape machine, Dieb13 – gramofony; NyMusikk Trondheim: Eira Bjørnstad Foss – skrzypce, Matilda Rolfsson – bęben basowy, Lars Ove Fossheim – gitara, Michael F. Duch – bas, Øyvind Engen – wiolonczela, Kyrre Laastad – perkusja i elektronika, Nicolas Leirtrø – bas, Daniel Formo – organy, fortepian preparowany, Ida Løvli Hidle – akordeon; Avant Art Ensemble: Teoniki Rożynek – skrzypce, Dominika Korzeniecka – bęben basowy, Szymon Wójcik – gitara, elektronika, Rafał Różalski – bas, Magdalena Bojanowicz – wiolonczela, Qba Janicki – perkusja i elektronika, Paweł Romańczuk – bas, Barbara Drażkov – organy, fortepian preparowany, Zbigniew Chojnacki – akordeon; Mats Gustafsson – dyrygentura, kompozycja na dwa identyczne, 9-osobowe zespoły kameralne, czterech solistów, tape machine oraz gramofony. Dziewięć części, 77 minut.

Druga z prezentowanych dziś orkiestr, to zdecydowanie bardziej epickie przedsięwzięcie – dwa niemal bliźniacze instrumentalnie nonety (jeden norweski, drugi polski), czterech improwizujących solistów, dwóch elektroakustycznych instalatorów na taśmach i gramofonach, wreszcie dyrygujący, tym razem pozbawiony instrumentu Gustafsson. Dźwięki koncertu wypełniają prawie całą nominalną pojemność dysku kompaktowego i dzielą się na dziewięć opowieści – od Intro po Outro, poprzez odpowiednio: Lustra, Cienie, Echo, Refleksje i ponownie, ale w lustrzanym odbiciu: Echo, Cienie i Lustra. Znów mnóstwo wrażeń fonicznych i dramaturgicznych, znów podobna uwaga, jak przypadku Ensemble E – ekscytujące niekiedy epizody, na ogół w podgrupach (często nawet w duetach!), nie zawsze łączą się w zwartą, równie intrygującą całość.

Opowieść, zgodnie z tym, co powyżej, można porównać do piramidy. Od otwarcia, poprzez wystudzone, w pełni kontrolowane epizody w podgrupach (bardziej akustyczne Mirrors i Shadows, bardziej elektroakustyczne Echoes), po szczytowe w tym wypadku Reflections, gdzie akcji i emocji jest najwięcej, aż po drogę powrotną, stanowiącą konstruktywną repryzę drogi na szczyt, niekiedy szczęśliwie doposażoną w większą dawkę żywiołowości i improwizowanych mini eskalacji. Bardzo bogate instrumentarium, gigantyczny, 25-osobowy skład generuje w trakcie koncertu mnóstwo dźwięków i sytuacji scenicznych, ale pomiędzy zadanymi tematami pojawia się dużo chwil ciszy, momentów zaniechania i nadmiernej kontroli narracyjnej. Fragmenty nagrania, gdy wykorzystywany jest cały aparat wykonawczy można policzyć na palcach jednej ręki. Tak rzecz się ma w kulminacyjnym, piątym epizodzie, który, tu bez zaskoczenia, jest najciekawszym fragmentem koncertu. Budowanym skrupulatnie, płynącym szerokim spektrum dźwiękowym, uformowanym na pewnym etapie w jakże ekscytujące crescendo. Dużo ciekawych, elektroakustycznych zdarzeń przynoszą obie części Echa, dostarczające wielu brzmieniowych niespodzianek. Na drugim biegunie atrakcji śmiało można usytuować obie części Mirrors, długie, łącznie trwające ponad dwa kwadranse, nadmiernie doposażone w momenty dramaturgicznego zastoju. Nie sposób zatem uniknąć konstatacji, iż orkiestra płynie zbyt często na zaciągniętym ręcznym i szkoda, iż precyzyjne ramy multi-kompozycji nie zostały w procesie wykonawczym nieco poluzowane, a muzycy puszczeni, w skończonej liczbie przypadków, na improwizacyjny żywioł.



piątek, 26 maja 2023

The May’ Round-up: Selva! Lai! Made of Bones! Brick Quartet! Nästesjö & Sandell! Orins! Aphar & Cruz! Yamada! Lingua del Sì!


Majowa zbiorówka recenzji gotowa! Zgodnie z wielowiekową tradycją ekstremalnie multigatunkowa, pełna krwistej improwizacji, doposażona w kilka nowych, intrygujących nazwisk do zapamiętania, goszcząca też całą masę naszych dobrych znajomych! Dziewięć ważnych powodów, by poczytać i posłuchać!

Dziś w zestawie duży pakiet nowości iberyjskich, ponadto akcent kanadyjsko-nowozelandzki, trochę Francji, Szwecji i Szwajcarii. Tym razem bez wątków krajowych, ale pewnego lokalnego muzyka doszukamy się w jednej z iberyjskich propozycji!

Słowo się rzekło, zaczynamy w Lizbonie ponadgatunkową porcją ekspresji, potem post-jazzowa Barcelona, znów Lizbona, tym razem równie psychodeliczna, jak fussion-jazzowa, wreszcie free jazz z Kanady. Po tej porcji dość dynamicznych wydarzeń zapraszamy na swobodnie improwizowany duet ze Szwecji, dwie dalece nietypowe propozycje z Francji (choć niemal same znane nazwiska!), kwantowy eksperyment z Barcelony, wreszcie garść swobodnej improwizacji na instrumentach dawnych, tu z krajowym wydawcą!

So welcome to hell and heaven of free impro!



 

The Selva  Camar​ã​o​-​Girafa (Clean Feed, CD 2023)

Namouche Studios, Lizbona, grudzień 2021: Ricardo Jacinto – wiolonczela, elektronika, harmonium (w jednym utworze), Gonçalo Almeida – kontrabas, elektronika oraz Nuno Morão – perkusja, instrumenty perkusyjne. Sześć utworów, 39 minut.

Portugalskie trio znamy i cenimy od lat, również za to, iż swoją ponadgatunkową propozycję estetyczną ubiera w zgrabne szaty powabnych, melodyjnych, niekiedy wręcz piosenkowych ekspozycji. Nowa płyta nic tu nie zmienia, może jedynie poszerza i tak już pokaźny zasób stylistycznych inspiracji. Od zwiewnej kameralistyki, przez rockowe emocje, aż po post-akustyczne electro. A wszystko przy użyciu wiolonczeli, kontrabsu i perkusji, oczywiście z istotną podpórką elektroniczną.

Pierwsza piosenka łączy urok post-barokowego śpiewu wiolonczeli z mrokiem kontrabasowych dronów. Wyjątkowo powolne otwarcie nabiera tu tempa dzięki świetnej pracy perkusisty. W drugiej opowieści rytmicznie szarpane struny wprowadzają flow w otchłań prawdziwie rockowych emocji, sfuzzowanego brzmienia i skocznej jak oberek dynamiki. W kolejnej części toniemy w post-gitarowych sprzężeniach, syconych dubowym oddechem niekończącej się przestrzeni dźwięku. Czwarta opowieść, to niemal rockowa piosenka (choć bez tekstu). Rytmiczny flow perkusji, stylowy drive kontrabsu i wiolonczela, która pięknie frazuje niemal czystym tembrem. I jak tu nie pójść w kompulsywne tango? W piątej odsłonie muzycy budują niezwykle filigranową narrację, która szybko odnajduje zasadną dynamikę. Owo post-akustyczne drum’n’bass zaczyna nabierać z czasem niemal elektrycznej gęstości. W tle zaś snuje się urokliwy, mroczny ambient. Ostatnią ekspozycję otwiera post-barokowe cello. Gorące westchnienia nabierają tu mocy, niemal tanecznego kroku, łapią dynamikę i kończą efektowny album w strugach rockowej ekspresji. Ot, i cała Selva!



 

Clara Lai  Corpos (Phonogram Unit, CD 2023)

Rosazul Studios, Barcelona, kwiecień 2022: Clara Lai – fortepian, Àlex Reviriego – kontrabas oraz Oriol Roca – perkusja. Sześć utworów, 39 minut.

Corpos, to prawdziwie iberyjska perła – Katalończycy w portugalskich barwach! Trio z fortepianem w roli inicjatora, ogniska zamysłów kompozytorskich - wszystko tworzone jednak w klimacie dalece kolektywnej improwizacji. Do tego klasa każdego z muzyków! Świetny album post-jazzu, który doskonale czuje się także w obszarze dźwięków preparowanych i wszelkich dostępnych technik rozszerzonej artykulacji. Osobne brawa dla kontrabasisty, choć na tych łamach, to fakt oczywisty!

Początek nagrania definitywnie jazzowy, z kontrabasem i perkusją w roli introduktorów i bystrym pianem płynącym wprost z gorącej klawiatury. Już druga odsłona wpycha nas w przestrzeń dźwięków preparowanych – smyczkowy dron kontrabsu, wytłumione deep drums i smutne, minimalistyczne piano w kameralnym suspensie. W kolejnej części pianistka sięga po frazy grany inside, a w utworze czwartym buduje rozległą, choć filigranową, post-klasyczną ekspozycję, wyposażoną w ciekawą, nieco zwichrowaną rytmikę. Kontrabas i perkusja wchodzą do gry po kilku minutach z bujny pakietem dźwięków i ekspozycjami solowymi. Piąta improwizacja zdaje się być kluczową pod każdym względem. Inside piano, zmysłowy smyczek i talerze w rezonansie. Muzycy pokonują długą drogę z głębokiej krypty na deszczową powierzchnię racząc nas cudowną paletą powykrzywianych dźwięków. Popisowa rola przypada tu kontrabasiście, który post-barokowym tembrem buduje mroczny, tłusty flow. W roli wisienki na torcie minimalistyczne frazy pianistki. Finałowa opowieść wydaje się nad wyraz delikatna, pełna rezonujących fraz, rodzaj leniwej post-ballady z fortepianem w roli głównej.



 

Made of Bones  Handgun (Phonogram Unit, CD 2023)

Profound Whatever Studio, Pesinho, październik 2022: Duarte Fonseca - perkusja, João Clemente - gitara, Nuno Santos Dias – waldorf oraz Ricardo Sousa - kontrabas. Dziesięć utworów, 40 minut.

Portugalski kwartet złożony z muzyków o całkiem świeżych dla nas personaliach, to intrygująca zabawa w fussion-jazz z udanymi plamami rocka i post-ambientu, smakowicie wiedziona brzmieniem kwaśnego instrumentu klawiszowego zwanego waldorf. Nagranie, składające się z jednej, trwającej cztery dziesiątki minut improwizacji, podzielonej na dziesięć odcinków, pełne jest dramaturgicznych subtelności, a prowadzone w dalece nieśpiesznym, definitywnie portugalskim tempie.

Otwarcie albumu trwa ledwie trzy minuty, a szyte jest ostrym, kolektywnym ściegiem z odpowiednią dawką emocji. Potem artyści zwalniają i zaczynają snuć kwaśną, podszytą dubowym echem opowieść. Okazjonalnie łapią dynamikę, wpadają w zmyślny rytm, sycą improwizację zrównoważoną porcją hałasu. Świetnie czują się w leniwych, choć nerwowych sekwencjach short-cuts (choćby w części czwartej), udanie kreują bardziej melodyjne, jazzowe wątki (m-base’owa gitara w części piątej). W szóstej opowieści najpierw bawią się w małą radiotelegrafię, potem szyją meta balladową narrację, która płynie dość melodyjnym strumieniem. Ciekawie dzieje się części siódmej, która zaczyna się mroku, a klejona jest z drobnych fraz, także sampli. Z czasem opowieść łapie jazz-rockowy drive i zdaje się być jednym z najlepszych momentów płyty. Ostatnie trzy odcinki powracają do leniwego tempa, kreują narrację nadymając dźwięki, a nie szukając dynamiki. Gitara frazuje tu na jazzowo, klawisze płyną strugą ambientu. W końcowej narracji gitarze bliżej jest do estetyki rocka, a waldorfowi do post-psychodelii. Album kończy efektowne spiętrzenie, niepozbawione znamion hałasu.



 

Brick Quartet with Yves Charuest  Passing the Buck (Small Scale Music, DL 2023)

Feu La Passe, Montréal, wrzesień 2015: Jeff Henderson – saksofon altowy, Vicky Mettler – gitara elektryczna, Jacob Desjardins – perkusja, instrumenty perkusyjne, Raphaël Foisy - bas elektryczny, cigar-box-noise-maker & screaming rubber chicken oraz Yves Charuest – saksofon altowy. Trzy utwory, 45 minut.

Ponadkontynentalny, kanadyjsko-nowozelandzki kwartet w towarzystwie znamienitego kanadyjskiego saksofonisty, to kolejna w dzisiejszym zestawie propozycja okołojazzowa. Tym razem wszakże pełna ekspresji, free jazzowych, dętych kawalkad, oparta na sile elektrycznej gitary i takiegoż basu, zatem skora do post-rockowych, tudzież psychodelicznych wycieczek. Koncert ma już osiem lat, ale wiele wskazuje na to, że warto było na niego czekać.

Pierwsze dwie części koncertu są jednym strumieniem dźwiękowym, zatem być może setem głównym spektaklu. Początek jest nieco chaotyczny, rodzaj gry rozpoznawczej. Dość szybko muzycy formują się w szyk free jazzowy, rozhuśtani lekkim wiatrem, ale podążający we wspólnie obranym kierunku. Dwa alty w nieustannej dyskusji, bystra, niekiedy post-rockowa gitara i kompulsywny bas, który tworzy wyśmienitą bazę dla improwizowanych popisów. Jakość brzmienia całego kwintetu nie jest tu perfekcyjna, ale sprzyja free jazzowym emocjom. Pierwsze istotne wytłumienie jest okazją do zmiany numeru traku. Początek drugiej części snuje się na poły hałaśliwymi dronami, nie brakuje w nim ciekawych, preparowanych fraz na gryfach obu gitar. Saksofony krzyczą i dość szybko kierują band ku ekspresyjnemu wzniesieniu. Narracja łyka dużo jazzu, a kończy się niemal brotzmannowską zadumą i melancholią. Finałowa część koncertu wydaje się na tle poprzednich dość filigranowa, przynajmniej w swej fazie początkowej. Leniwe flażolety, saksofonowe oddechy i funkowe grepsy basu, całość zaś doposażona ciekawymi preparacjami perkusisty. Z czasem improwizacja wpada w bystry półgalop, po czym gaśnie nie bez perturbacji związanych z ekspresyjnym zachowaniem gitarzysty.




Johannes N​ä​stesj​ö​/ Sten Sandell  Duo 230204 (Bandcamp’ self-release, DL 2023)

KoncerKirken, Szwecja(?), luty 2023: Johannes Nästesjö – kontrabas oraz Sten Sandell – fortepian i głos. Jedna improwizacja, 31 i pół minuty.

Studyjnym nagraniem tych dwóch wspaniałych szwedzkich improwizatorów zachwycaliśmy się nie dalej, jak kilka tygodni temu. Teraz powracają do nas z nagraniem koncertowym, popełnionym minionej zimy, zapewne w ramach promocji albumu Duo akt I-VIII. Ledwie kwadranse z sekundami, a jaki ładunek emocji i jakości!

Duet nie dość, że jest krótki, to jeszcze wiele jego początkowych minut, to solowa ekspozycja pianisty. Czego tu nie ma? Post-klasyczne intro z klawiatury, leniwe, ale niepozbawione ekspresyjnych zdobień, efektowny półgalop, akcenty inside piano, moc czarnych klawiszy, kilka dźwięków głosowych i na finał części solowej pełnokrwista galopada. Kontrabas budzi się do życia rozśpiewanym, post-barokowym smyczkiem, który wchodzi w filigranowe interakcje z pianem, niczym luźna rozmowa przy porannej kawie. Gdy kontrabas przechodzi w tryb pizzicato, opowieść nabiera post-jazzowego charakteru, zdobiona post-klasycznymi akcjami pianisty. Gdy wraca do arco, improwizacja nabiera cech kameralnej wspaniałości. Narracją rządzi wszakże dyktat ciągłej zmiany i każdy z muzyków czuje się w tej sytuacji bardzo komfortowo, doskonale panując nad indywidualną, jak i duetową dramaturgią. Za zmiany tempa zdaje się tu odpowiadać pianista, za zmiany w gęstości szyku improwizacji – kontrabasista. Pod koniec koncertu flow najpierw wpada w półgalop, potem grzęźnie w mgle dark chamber. Na ostatniej prostej emocje znów idą ku górze, dzięki mocy fortepianowych klawiszy zaczepionych o smugę kameralnego smyczka. Po burzy oklasków artyści serwują nam jeszcze skromny encore, doposażony w sporą dawkę free jazzu.




Peter Orins  Dead Dead Gang (Circum-Disc, CD 2023).

La malterie, Lille, wrzesień 2022: Maryline Pruvost – głos, Indian harmonium, Barbara Dang – fortepian, Gordon Pym – elektronika, obiekty amplifikowane oraz Peter Orins – perkusja i kompozycja (inspirowana tekstem Alana Moore’a Jerusalem). Cztery utwory, 44 minuty.

Kwietniowe nowości francuskiego Circum-Disc zaskakują! Najpierw kwartet dowodzony przez naszego ulubionego muzyka z Francji, który skomponował improwizowaną opowieść, dla której inspirację stanowiła literatura. Dodatkowo do kwartetowego instrumentarium wybrał zestaw dalece nietypowych narzędzi. Z jednej strony Orins określa Dead Dead Gang (świetna nazwa!) mianem wyjątkowo alternatywnej wersji muzyki … pop, z drugiej, w praktyce realizacji, urokliwie grzęźnie w elektroakustycznych, silnie predefiniowanych improwizacjach. Efekt w swej fazie początkowej zdaje się nas zachwycać, jednak dalszej części nagrania brakuje bardziej rozbudowanej dramaturgii i emocji typowych dla swobodnej improwizacji.

Aurę filigranowej, pełnej brzmieniowych subtelności opowieści otwarcia kreują tu typowe dla Orinsa perkusjonalne preparacje (klasa!), plamy inside piano, kobiecy, filigranowy śpiew i męskie szepty, także szczypta harmonium i elektroakustyczne tło. Narracja toczy się nad wyraz leniwie, ale ma swój rytm, a także pewną dramaturgiczną powtarzalność. Ta ostatnia cecha staje się fundamentem kolejnych części albumu, do tego miana kandydować może także niemal konceptualny minimalizm w kreowaniu akcji scenicznej. Osią drugiej części wydaje się harmonium, ale flow nie jest linearny, tworzą go incydentalne skupiska dźwięków. Całość przypomina wystudzony, martwy marsz w nieznanym kierunku. Płyta nabiera nieco wigoru w części trzeciej, ale nie dzieje się tak od razu. Początek utworu wspiera radiowy głos z offu, z kolei zakończenie udanie zdobi pewna ulotna, ale dość mroczna aura, także frazy inside piano i recytacje. Finałowa ekspozycja powraca do formuły minimalistycznej. Orins sugeruje drobny rytm, dobrze pracuje elektroakustyczny background, a wokalistka serwuje nam … wulgaryzmy w języku Szekspira. Rodzaj pokrętnej piosenki w proteście.



 

Léon Aphar & Ivann Cruz  Aphar's Cave (Circum-Disc, CD 2023)

La Renaissance, Lille, październik 2021: Léon Aphar – gitara i głos, kompozycje (z wyjątkiem trzech) oraz Ivann Cruz – gitara i głos. Osiemnaście utworów, 60 minut.

Druga z francuskich nowości zaskakuje jeszcze bardziej! Oto duet gitar akustycznych i zestaw ponadgatunkowych … piosenek. Słucha się tego z niekłamaną przyjemnością (zwłaszcza dynamicznych protest-songów!), z drugiej wszakże strony album jest dość długi i dla impro-fanów może wydawać się w fazie końcowej mniej intrygujący. Ale kunszt instrumentalny i wokalny obu artystów i ich erudycja muzyczna - na kosmicznym poziomie!

Aphar i Cruz dość solidarnie dzielą się tu obowiązkami, każdy z nich ma przestrzeń na gitarowe ewolucje (na ogół prowadzone różniącymi się od siebie strumieniami narracji), każdy swoje do powiedzenia i zaśpiewania. W tej drugiej sferze muzycy często wchodzą w dialog, czasami nawet na siebie krzyczą. Z osiemnastu zaprezentowanych na albumie piosenek doprawdy każda jest inna. Mamy tu rewolucyjne pieśni żalu i udręki, post-folkowe narracje pełne blasku i emocji, bluesowe ballady i piosenki z … niemieckim tekstem. Nie brakuje brudnych, wręcz psychodelicznych brzmień, ani cytatów z klasyki rocka, folku, czy bluesa. Także powykręcanych narracji w stylu pijanej amerikany, tudzież bluzg w stylistyce szantowej. I co najważniejsze, obaj artyści świetnie się bawią racząc nas tym niesamowitym zbiorem … prostych piosenek.




Reiko Yamada  Interpreting Quantum Randomness (Phonos, LP/DL 2023)

Phonos, Barcelona, październik 2021: Reiko Yamada – syntezator analogowy, media mieszane, notacje graficzne (utwory 1-3,6), Ángel Faraldo – maszyna perkusyjna, obiekty, media mieszane (4,6), Barbara Held - flet (2,3), Andrés Lewin-Richter – media mieszane (5), Artur Majewski – kornet i elektronika (1,3), Ilona Schneider - głos (2,3) oraz Vasco Trilla – instrumenty perkusyjne (3,5). Sześć utworów wedle koncepcji Reiko Yamady i Macieja Lewensteina, 42 minuty.

Precyzyjnie skonstruowana improwizacja w procesie interpretacji kwantowej losowości? Why not! Ciekawych naukowego backgroundu odsyłamy na bandcamp wydawcy albumu, a tu – jak zwykle – skupiamy się na dźwiękach. Sześć elektroakustycznych opowieści, zrealizowanych siłami barcelońskimi (główna kreatorka jest w tej chwili rezydentką tego pięknego miasta), przy drobnym wsparciu krajowym, to intrygująca przygoda dla tych, którzy otwarci są na analogową elektronikę i akustyczne cuda doskonałych improwizatorów. Całość smakować winna szczególnie osobom o dużej wyobraźni, śmiało stanowić bowiem może soundtrack do psychodelicznego horroru. Utwory omawiamy wg opisu płyty, choć w realu nagrania obu stron przezroczystego winyla są zamienione (czyżby efekt kwantowej losowości?).

Pierwszy utwór na płycie budują elektroniczne pulsacje, niektóre dość filigranowe, inne dalece basowe. Na ich tle ściele się kornetowa chmura dźwięków wspartych elektroniką. Z czasem narracja gęstnieje i nabiera niemal post-industrialnego posmaku. Drugi utwór jest w pełni akustyczny i zdaje się być swobodną, delikatną improwizacją na flet i głos damski. Najciekawiej dzieje się w trzeciej odsłonie albumu, gdy do wspomnianego duetu dołącza kornet, perkusjonalia i lekka, syntetyczna powłoka syntezatorowych brzmień. Bystra, czuła na niuanse brzmieniowe i dramaturgiczne, dobrze zaplanowana improwizacja. Druga strona winyla robi zdecydowany krok w mroczne, nieznane przestrzenie fizyki kwantowej. Najpierw dostajemy się w wir bilardowej akcji maszyny perkusyjnej, z czasem wzbogaconej dość subtelnym ambientem. W kolejnej części toniemy w basowych pulsacjach i onirycznych plamach post-ambientu. Narracja nabiera tu mroku i grozy niemal z każdą sekundą. Wreszcie finałowa opowieść, budowana zgrzytającą, usterkową elektroniką, która także z czasem nosić zaczyna znamiona nerwowego dark ambientu.



 

Lingua del Sì  Forbidden Color (Antena Non Grata, CD 2023)

Carovana091, Locarno, maj 2022: Sandra Weiss – bassoon, Rodolphe Loubatière – werbel, Anna-Kaisa Meklin - viola da gamba, Violeta Motta – flety przestawne i hybrydowe. Siedem utworów, 44 minuty.

Albumy dzisiejszej zbiorówki nie przestają nas zaskakiwać choćby na moment. Na finał muzyka swobodnie improwizowana, pełna naszych ulubionych technik rozszerzonych, wykonywana na instrumentach dawnych. Wcale nie subtelna, nie zawsze wyciszona, dalece głęboka i akustycznie dotkliwa. Innymi słowy – sam miód!

Szum pustej przestrzeni, tajemnicze kroki, puste oddechy, pierwsze strunowe boleści i incydentalne podmuchy hałasu z nieznanego źródła - aura otwarcia zadaje pytania i nie daje prostych odpowiedzi. Mechanika metalowych przedmiotów, czerstwej ciszy i kreatywnego minimalizmu. Muzyka dawna dewastowana urokami współczesności. Druga opowieść budowana jest dłuższymi frazami, które pracują z echem, kolejnym instrumentem tej szalonej zabawy z dźwiękiem. Tu kropkę nad „i” stawia masywny bassoon. W trzeciej odsłonie, pośród szumu nieistniejącego morza i pomruku martwych obiektów, odbywa się prawdziwa ceremonia skupienia. Ciężka praca przynosi tu efekt w postaci gęstego post-baroku, która łapie ochłapy ekspresji. Na czele czwartej opowieści viola da gamba, która cierpi katusze. Reszta instrumentów formuje się tu w dron współczujących. W piątej części cała ta szalona orkiestra bierze głęboki oddech, ale jeszcze nie kona. W szóstej z kolei przybiera formę krzyku, który zdaje się płynąć znikąd donikąd. Długie pociągnięcia pędzlem i rytuał gorzkich żali. Końcowa improwizacja stawia na śpiew – viola, bassoon i flet toną w mrukliwej melodii pożegnalnej.

 

 

wtorek, 28 lutego 2023

Johannes Nästesjö on the double bill: solo and duo with Sten Sandell!


Szwedzki kontrabasista Johannes Nästesjö gościł w naszym pięknym kraju minionej jesieni. Zagrał trzy koncerty (w tym oczywiście w poznańskim Dragonie), w trakcie których, obok improwizacji w licznych składach ad hoc, zaprezentował wspaniały set solowy. Dosłownie kilka dni po tej wizycie światło dzienne ujrzała kompaktowa edycja jego ekspozycji na kontrabas solo (a dokładnie – Rękę, Smyczek i Bas), doposażona w duetową prezentację talentu Johannesa, poczynioną w towarzystwie Stena Sandella, jednego z najważniejszych skandynawskich, improwizujących pianistów. Dziś z radością przyglądamy się obu albumom. 



The Hand, the Bow and the Bass

Solowa opowieść Johannesa toczy się w kolejności adekwatnej do tytułu albumu. Najpierw jest ręka, która chwyta za smyczek, potem smyczek, który dotyka strun. Muzyk oddycha, pudło rezonansowe wielkiego instrumentu trzeszczy i szeleści. Pierwsza opowieść, bardzo minimalistyczna, toczy się wedle zadanego werbalnie scenariusza – od kontroli do niekontroli. Narracja budowana z pietyzmem, usiana ekspresyjnymi incydentami, z czasem charakteryzuje się coraz brudniejszym i gęstszym brzmieniem. Kontrabas potrafi tu po kociemu piszczeć, ale także kreować meta ambientowe plamy dźwiękowe. W drugiej części muzyk i jego instrument uginają kolana, burczą, szukają mrocznej poświaty, ale i delikatnego tempa. Dźwięk wydaje się tu być masywny, ale jednocześnie gibki, a nade wszystko pozbawiony dostępu światła dziennego. W kolejnej opowieści zrobiony zostaje krok ku górze – smyczek śpiewa, ale także uderza w struny. Narracja smakuje szarością muzyki dawnej, pęcznieje z każdym krokiem. Kontrabas śpiewa jak baryton, rusza się jak niedźwiedź. W czwartej improwizacji nutka post-baroku - smyczek znów uderza w struny, tym razem czeka jednak na matowe echo. Bukiet wspaniałych brzmień formuje się z rezonansu, szumu i szelestu. W dalszej części ekspozycji pojawia się zawieszone w czasie i przestrzeni pizzicato, które nabiera melodii, wsparte na dźwięku dłoni przesuwanej po korpusie instrumentu.

Piąta opowieść skoncentrowana jest na pojedynczych szarpnięciach za struny i wybrzmiewaniu. To wystudiowane slow motion, pełne gęstej ciszy pomiędzy dźwiękami. Kolejna część początkowo bazuje na podobnym pomyśle, ale tym razem struny uderzane są smyczkiem. Echo rytmicznie pulsuje, leje się coraz gęstszą strugą, formuje w intrygujące spiętrzenia. Po mniej więcej dwóch minutach muzyk przechodzi w tryb głębokiego arco. Z czasem nabiera dynamiki, ale ciężko oddycha, niczym maszyna parowa. Siódma historia, to na starcie niemal konceptualny minimalizm. Szarpnięcie na strunę i cisza. Echo znów pulsuje, a powolna opowieść nabiera melodyjnej zadumy. Muzyk dotyka palcami strun, a jednocześnie jego smyk ślizga się po nich – razem są zdolni budować linearny strumień narracji, który pod koniec utworu przypomina już stado koni w delikatnym galopie. Finałowa improwizacja skrzy się wielobarwnym szczęściem dźwięków preparowanych. Powraca posmak muzyki dawnej. Smyczek szoruje struny – wszystko tu jednocześnie piszczy z bólu i śpiewa z radości. Muzyk korzysta z dobrodziejstwa sekundowych pauz, przy okazji schodzi nisko na kolanach. Kołysze się na wietrze, łyka drobne porcje dynamiki, dusi w sobie emocje, które w dalszej części opowieści wyswobadza. Cisza jest tuż obok, a drogę do jej ostatecznego panowania ściele minimalistyczne pizzicato. 



Duo akt I-VII

Dalece subtelny początek nagrania duetowego tworzą uderzenia w pudło rezonansowe kontrabasu i filigranowe przebieżki po fortepianowej klawiaturze. Artyści dość sprawnie rozpoczynają poszukiwania rytmicznej faktury, ale mają też czas na bardziej abstrakcyjne wtręty dramaturgiczne. Powstały w efekcie tych działań pizzicato walking tli się zarówno post-jazzowym, jak i post-klasycznym płomieniem. Muzycy nabierają tu wigoru dzięki repetycjom smyczka i post-bluesowemu krokowi piana, a dobrze stymulowane emocje prowadzą ich na skraj free jazzu. Początek drugiej części jest także filigranowy – bardzo swobodne frazy z klawiatury i umęczony smyczek, którego meta barokowe smaczki generowane są tuż przy podłodze. Sytuacja dramaturgiczna zmienia się tu jak w kalejdoskopie, co pozwala, szczególnie kontrabasiście, na popis wykonawczej wirtuozerii. Trzecia improwizacja, to jedna z dwóch najpiękniejszych na całym albumie. Na początku tworzą ją preparowane, mroczne frazy kontrabasu, garść dźwięków inside piano, a także mechanika pudeł rezonansowych obu instrumentów. Smyczek dość szybko popada w taneczny krok, ale piano zwleka i szuka emocji na samym dnie. W drugiej części utworu improwizacja nosi już znamiona free jazzu, nie przestaje być jednak niebywale mroczna. Ostatnie słowo należy tu do wyjątkowo nisko posadowionego smyczka i klawiszowych ornamentów.

Czwarta improwizacja zdaje się koić emocje po obu stronach sceny. Leniwe pizzicato i nostalgia pod palcami pianisty tworzą tu klimat otwarcia. Najpierw toniemy w post-klasycznych westchnieniach, potem wystawieni zostajemy jednak na atak smyczkowej furii. W kolejnej części powracamy do bardziej mrocznej aury. Preparacje smyczka i fortepianu kreują tu morze akustycznych wspaniałości. Johannes pracuje zarówno w trybie pizzicato, jak i arco, a Sten dodaje głębi mocą czarnych klawiszy. Narracja z czasem nabiera zaskakująco tanecznego kroku. W szóstej odsłonie znów pióro recenzenta grzeje się od emocji. Dynamiczne palce pianisty szybko znajdują tu wspólny język z palcami kontrabasisty, który równie dynamicznie szarpie za struny. Po spowolnieniu do gry wkracza smyczek, który nie stroni od repetytywnych grepsów. Ale piano znów ucieka! Wielobarwna narracja ma tu jeszcze kilka punktów zwrotnych, przez moment pozostaje wyłącznie w jurysdykcji kontrabasu, skrzy się także drobnymi, preparowanymi frazami piano, a kończy agresywnym półgalopem. Finałowa improwizacja także nie szczędzi nam wrażeń. Na początek garść niskich, preparowanych dźwięków ze strony obu artystów, potem nerwowy, rytmiczny step, który systematycznie zanurza się w mroku. Smyczek znajduje teraz bezkres brudnych barw, piano syci się siłą czarnych klawiszy. Gaszenie płomienia narracji, jak cały album – perfekcyjnie piękne!

 

Johannes Nästesjö The Hand, the Bow and the Bass (Konvoj Records, CD 2022). Johannes Nästesjö – kontrabas. Inter Arts Center, Malmö, 23 marca 2021. Osiem utworów, 39:35.

Johannes Nästesjö & Sten Sandell Duo akt I-VII (Konvoj Records, CD 2022). Johannes Nästesjö – kontrabas oraz Sten Sandell – fortepian. In-Discourse studio in Malmö, 26 listopada 2021. Siedem utworów, 58:35.



poniedziałek, 7 czerwca 2021

Evan Parker Electro-Acoustic Ensemble! Warszawa 2019!


Elektroakustyczna grupa Evana Parkera powstała prawie trzy dekady temu, jako koncepcja rozwijania swobodnej improwizacji akustycznego tria Parker/ Guy/ Lytton w kierunku brzmień elektronicznych, zarówno generowanych jako pewien rodzaj echa, jak też będących dekonstrukcją żywych dźwięków. Koncepcja zakładała również produkowanie dźwięków syntetycznych jako niezależnego strumienia improwizacji, pozostającego w opozycji do dźwięków akustycznych. Przez lata aparat wykonawczy Electro-Acoustic Ensemble rozstał się, początkowo był ledwie septetem, by na jednej z płyt wydanych pod koniec pierwszej dekady XXI wieku składać się nawet z czternastu muzyków.

Ostatnia dekada nie obfitowała już w nowe edycje bandu (jakkolwiek należy pamiętać o północno-amerykańskiej wersji, która koncertowała na kanadyjskim festiwali w Victoriaville!), co nie było zapewne efektem utraty mocy twórczych Evana Parkera, a raczej splotem okoliczności finansowych i logistycznych. Tym większa zatem radość fanów, iż warszawski Festiwal Ad Libitum był w stanie zorganizować koncert EAE i dodatkowo – po kilkunastu miesiącach - dostarczyć nam go w formie uroczego dysku.

Jesienią 2019 roku na scenie Centrum Sztuki Współczesnej pojawił się tentet, który – jak to ma w zwyczaju elektroakustyczna formacja – składał się z instrumentów akustycznych (dokładnie siedmiu muzyków, z których część wpierała się elektroniką) i tzw. procesorów dźwięku, w tym wypadku trzech - jeden z nich produkował syntetyczne frazy niezależnie od biegu akustycznych improwizacji, dwaj kolejni zgrabnie dekonstruowali flow żywej części orkiestry. Pośród muzyków na scenie odnaleźliśmy zarówno wieloletnich współpracowników Parkera, jak i muzyków, którzy pod szyldem EAE zagrali bodaj po raz pierwszy. Niemal godzinny set wystawił liczną (jeszcze wtedy!) publiczność na konieczność maksymalnego skupienia, w zamian oferując całe mnóstwo wspaniałych wrażeń i niekończące się eksplozje endorfin. Waszemu Recenzentowi nie pozostało zatem nic innego, jak spisać swoje wrażenia z odczytu nośnika fizycznego, jak i sięgnąć do szerokich zasobów pamięci, albowiem był on – oczywiście! – żywym świadkiem wydarzeń w Warszawie, ówczesnej dość ciepłej jesieni.

 


Koncert rozpoczyna się efektowną, dość masywną wiązką dźwięków, podaną na raz przez kilka instrumentów. Wszystko wybrzmiewa odrobiną ciszą i sytuacja powtarza się. Saksofon jako pierwszy inicjuje wątek bardzo powolnej, leniwej narracji. W roli kolejnych inspiratorów podobnych zachowań odnajdujemy trąbkę, kontrabas, falującą elektronikę, a także fortepian. Muzycy zdają się prowadzić grę rozpoznawczą, choć z pewnością przed wejściem na scenę niektóre aspekty dramaturgiczne mieli delikatnie umówione. Muzyka mości się na swoistej sinusoidzie – potrafi być incydentalnie bardzo głośna, chętnie jednak rozpływa się w gęstych strumieniach ciszy. Jak na estetykę tej formacji, muzycy generują jednak dużo dźwięków w jednostce czasu, nie bawią się w minimalistyczne zagrywki, choć wszystko, co dzieje się na scenie, jest efektem ich dużego skupienia i skrupulatnej kreatywności. Flow zdobi spora ilość syntetycznych dźwięków, nie brakuje także fake sounds, generowanych przez instrumenty akustyczne. Do roli wodzireja improwizacji kandyduje oczywiście soprana Parkera. To on zdaje się najpiękniej wzbudzać nowe wątki, tudzież aktywizować pozostałych uczestników spektaklu. Szczególnie wtedy opowieść kipi świetnymi reakcjami. Improwizacja stawia częściej na ekspresyjne zachowania, nie bawi się nadmiernie w narracyjne subtelności, raczej pracuje na wydechu, niż korzysta z jakichkolwiek hamulcy.

Dziewiąta minuta koncertu, to pierwszy peak dramaturgiczny, kolektywnie zdobyty dużym nakładem dźwięków i adekwatnych emocji. Sam szczyt jest krótki, a schodzenie w dół wyjątkowo urocze! W 14 minucie kolejny stempel jakości – sopran tapla się w szerokim strumieniu syntetyki, i jak ma w zwyczaju, inteligentnie wzbudza aktywność kilku kolejnych instrumentów. W kilka chwil później w podobnej roli występuje trąbka, której frazy bystrze rozrzedza koherentny live processing. W 20 minucie w roli kontrapunktu post-klasyczna rejterada pianisty, dobrze wsparta na kontrabasie i pogłosie perkusjonalii. Po tym zaskakującym epizodzie improwizacja na kilka chwil znów oddaje pole sopranowi, który płynie na ramionach delikatnej elektroniki i perkusjonalii. Kolejny akcent piano i opowieść topi się w niemal mrocznej atmosferze, tkanej zarówno przez dźwięki akustyczne, jak i syntetyczne. Z tej chmury ambientu pięknie wyłania się sopran, wsparty na rytmizującym pianie i prowadzi narrację na kolejne, nieznane terytoria.

W okolicach 35 minuty opowieść na moment łapie oniryczną aurę, którą dość dosadnie komentuje rytmiczne bicie w bęben basowy, którego … nie widzimy jednak na scenie. Ów fake sound zdaje się skutecznie przyciągać do siebie inne frazy, czego efektem jest kolejne, acz dość niespodziewane spiętrzenie narracyjne. W roli bystrego komentatora tym razem występuje trąbka, której towarzyszy cała plejada dźwięków live processing, które czerpią z podmuchu saksofonu sopranowego tyle, ile się da. W 40 minucie powracający do żywych dźwięk sopranu pnie się ku górze i szuka kolejnego punktu spiętrzenia. Dobrze wspiera go piano, znów pachnące post-klasyką. Zaraz po tym wydarzeniu improwizacja zdaje się odnajdywać brakujący element tej elektroakustycznej epopei – morze dźwiękowych subtelności, krótkich, urywanych fraz, budowanych na wdechu, korzystających z mocy kreatywnego zaniechania. Przez moment mamy wrażenie, że na scenie pozostają jedynie saksofon i trąbka, spowite w obłok rezonujących dźwięków nieznanego pochodzenia. Śmiało ów moment uznać możemy za najpiękniejszy fragment koncertu.

Ostatnie dziesięć minut, to jakby kolejny wątek tej historii. Dźwięki dzwonów, talerzy, rodzaj nowego ceremoniału, który stara się brać w nawias wszelkie zbyt dosłowne frazy, na ogół pozbawione tajemniczości, jakimi spowita była przez długie minuty scena CSW. Oto prawdziwie mroczna aura, zmysłowo tkana zarówno ambientem akustyki, jak i jej syntetyczną powłoką. Po dłuższej chwili milczenia powraca sopran i postanawia zaciągnąć muzyków na ostatni tego wieczoru szczyt. Parker pracuje swoim słynnym oddechem cyrkulacyjnym, a reszta uczestników zbiera siły na końcowe fajerwerki. Ten peak narracji kipi emocjami, a nawet free jazzem (piano!). Akustyczne frazy wydają się poniewierać swe syntetyczne echo. Ale to właśnie elektronika z nieznanego źródła i obłok milknącej akustyki sprawiają, iż po 57 minucie narracja efektownie przygasa, serwując nam na koniec jedynie plejadę tłumionych, filigranowych fraz.

 

Evan Parker Electro-Acoustic Ensemble Warszawa 2019 (Fundacja Słuchaj!, CD 2021). Evan Parker – saksofon sopranowy, Matt Wright – laptop & turntable, Paul Lytton – instrumenty perkusyjne i analogowa elektronika, Richard Barrett i Paul Obermayer – elektronika, live processing, Percy Pursglove – trąbka, Peter van Bergen – klarnety, Mark Nauseef – instrumenty perkusyjne, Sten Sandell – fortepian i syntezator oraz Adam Linson – kontrabas i elektronika.  Koncert zarejestrowany 12 paździenika 2019, 14th Ad Libitum Festival, CSW Warszawa. Jeden trak: 58 minut i 35 sekund


Niniejsza recenzja powstała na potrzeby portalu jazzarium.pl i tamże została pierwotnie opublikowana, jakieś ... kilkanaście godzin temu!



piątek, 29 marca 2019

Nate Wooley! Columbia Icefield and a short overview of the other fresh sounds!


Amerykański trębacz Nate Wooley, to muzyk, którego dokonania artystyczne śledzimy wyjątkowo skrupulatnie. Czas zatem na kolejny odcinek muzycznych przygód z jego udziałem. Ponieważ jednak ostatnie kilkanaście miesięcy nie dostarczyło zbyt wielu nowych nagrań nowojorskiego muzyka, dokonanie skromnego podsumowania zajmie nam ledwie parę chwil.

O nagranych i wydanych w roku ubiegłym w Europie swobodnych improwizacjach (Of Echoing Bronze, KaPSalon) pisaliśmy na tych łamach z należytą starannością, pierwszą z nich umieszczając zresztą na liście 44 najlepszych płyt roku 2018. Tak się składa, że jeśli Wooley rejestruje ostatnimi czasy dźwięki po drugiej stronie Atlantyku, na ogół jest to muzyka komponowana, gdzie proces improwizacji jest tylko pewnym skutkiem działań przedprodukcyjnych. Od takiej właśnie płyty zaczniemy nasz przegląd, przy okazji będzie to wyjątkowo świeże nagranie, albowiem jest z nami dokładnie od pięciu tygodni. W dalszej części omówimy dwie nieco starsze płyty, nagrane w Europie, zatem … swobodnie improwizowane, a na samym końcu dzisiejszej opowieści powróćmy do płyt amerykańskich, po to, by podać dwa ważkie powody, dla których nie będziemy ich szczegółowo omawiać.




Columbia Icefield 

Całkowicie nowy koncept muzyczny Wooleya, to kwartet łączący w sobie brzmienie trąbki (także amplifikowanej), dwóch gitar elektrycznych (w tym jednej pedal steel) oraz perkusji. Dwie jazzowe gitarzystki (Mary Halvorson, Susan Alcorn) i perkusista silnie rockowej proweniencji (Ryan Sawyer). Płyta Columbia Icefield (Northern Spy, CD 2019) zawiera trzy kompozycje Nate’a, które trwają łącznie 53 minuty i 22 sekundy (nagranie studyjne z października 2017 roku).

Początkowo flow narracji tworzą dwa gitarowe pasma. Jedno mocno nasączone jest rytmem, drugie zwinnie repetuje, oba zaś sprawiają wrażenie, jakby tonacja ich ekspozycji delikatnie się rozmywała. Na tym tle pojawia się amplifikowana trąbka, która… wybija rytm, niczym stopa na bębnie basowym. Po pewnym czasie w pasmo trąbki wkleja się żywa perkusja. Kwartet muzyków zdaje się toczyć dziwną mantrę, niepozbawioną posmaku psycho-rocka, kojarzącą się również z estetyką minimalizmu, typowego dla Steve’a Reicha. Pod względem dramaturgicznym dominuje konwulsyjna repetycja. Jedynym wątkiem improwizowanym wydaje się być na ten moment dość aktywny i niebanalny drumming. Reszta składu wydaje się być zanurzona w delikatnie modyfikowanej ścieżce potrójnego rytmu, w tym trąbka, która pracuje niczym generator prądu dużej mocy. Kind of repetitive rock? W 7 minucie ta z pozoru poukładana opowieść wpada niespodziewanie w ostrą kipiel, a rytmiczne strumienie rozmazują się niczym krew na wilgotnej ścianie. Po niedługiej chwili narracja, pełna bogactwa powykręcanego estetycznie fussion jazz-rocka, wytłumiona zostaje siłą elektroakustyki amplifikatora. Pogłos, cała moc w hamulce – trąbka po raz pierwszy brzmi dość czysto, a obie gitary kwilą niemal na stojąco, usytuowane na przeciwległych flankach. Oniryzm, echo, puls umierającego kosmodromu. Steel guitar płacze okazjonalnie. Z tej meta materii dźwiękowej wykluwa się nowa fala rytmu. Ponownie każda z gitarzystek opowiada jakby inną historię, a trąbka i perkusja płyną tuż obok stosunkowo ciepłym strumieniem. Klimat post-fussion, post-rocka, post-jazzu. Tymczasem w tle Nate zdaje się produkować niebanalne pokłady ambientu. W 14 minucie znów gitarowa mantra, także trębacka stopa wprost z pieca amplifikatora. Perkusja gra swoje, a duch Reicha powraca w stanie nienaruszonym. Muzycy krążą nobliwie wokół zadanego zadania rytmicznego, pętlą się dramaturgicznie, brudzą swoje brzmienie. Flow narasta i rozwarstwia się, znów czuć rockiem na dwa kilometry. Wszystkie dźwięki zdają się wpadać wprost do amplifikatora, który po niedługiej chwili gaśnie.

Drugą opowieść zaczynają dwie niezwykle spokojne gitary, brzmiące niczym zmultiplikowany Bill Frisell. Tembr trąbki jest ciepły, by nie rzec ECM-owski. Powolna, sterowana narracja, która nie stwarza specjalnych nadziei na coś bardziej ekscytującego. Drummer wchodzi do gry dopiero w 3 minucie i przybiera szaty przybocznego dobosza. Na gryfach gitar dużo konstruktywnego minimalizmu. Nate opowiada niemal po milesowsku, a wszystko wokół smakuje cool-jazzem. Perkusista zdaje się delikatnie eskalować swój przekaz, gitary wciąż jednak toną w estetyce łagodnego Frisella. Krótki epizod trąbki solo, który nie narusza jednak ogólnej nudy tej części spektaklu. Znów gitary na zaciągniętym ręcznym, trochę szczoteczkowania, spokojna ballada, muzyka niemal ilustracyjna. Na tym tle swoje pięć minut dostaje każda z gitarzystek. Najpierw Halvorson – buduje małe frazy, stara się mącić spokój kwartetu. Z kolej ekspozycja Alcorn stawia na nieco głośniejszy przekaz foniczny, posmak noise, szczyptę konwulsyjnego zamętu. Po chwili w sam środek tej opowieści, za sprawą Sawyera, zdaje się trafiać garść dynamitu. Jeszcze tylko szczypta ambientu i ostatnie dźwięki wprost ze steel guitar.

Trzecią opowieść inauguruje Wooley na sporym pogłosie. Obok małe gitary i sporo ciszy. Dwa, trzy dźwięki z werbla. Dość minimalistyczne intro. Nadmiernie słodka trąbka, friselujące gitary. Opowieść znów zaczyna przypominać odgrzane danie z drugiego epizodu. W 4 minucie szczęśliwie zagęszcza się. Dużo dobrego czyni tu Alcorn, znów aktywizuje się Sawyer, także Wooley i Halvorson dorzucają do ognia. Bodaj najsilniej rozimprowizowany fragment Kolumbijskiego Lodowiska. Posmak furii w wentylach trąbki! Zdaje się, że czekamy na to od ponad pół godziny! Gitary pętlą się małymi frazami. Flow Halvorson dalece rockowy, Alcorn grzmi, a Sawyer zaczyna recytować tekst. Trąbka studzi emocje, choć wokół wciąż sporo niepokoju i nieoczywistości. Całość zdaje się brzmieć nieco memoriałowo. Szczypta brudu z pedal steel, trochę kreatywności na gryfie drugiej gitary. Napięcie rośnie, odrobina epickiego dramatyzmu. Trąbka znów w roli kojącego emocje. Ostatnie 100 sekund płyty, to ponownie moc słodyczy, uspokojenia i parę oddechów rozjeżdżających się psychodelicznie gitar. Duch minimalizmu w swoim królestwie – małe dźwięki, wątki ciszy, milczenie perkusji. Finał bez ekscytacji.




Featuring

Przenosimy się do Europy, by poznać koncertowe oblicze kwintetu, który ukrywa się pod tajemniczym skrótem WLSFW, w którym pierwsze W, to zapewne Phil Wachsmann (skrzypce, elektronika), a ostatnie - Nate Wooley (trąbka). Skład uzupełniają: Paul Lytton (perkusjonalia), Sten Sandell (fortepian) i Floris Floridis (klarnet, klarnet basowy). Płytę Featuring wydała grecka oficyna Puzzlemusik (‎CD, 2018), choć sam koncert odbył w maju 2016 roku na austriackim festiwalu Ulrichsberger Kaleidophon. Spektakl bardzo swobodnej improwizacji podzielono na trzy części, jedną główną i dwie pomniejsze, które traktować można jako podwójny encore. Całość odsłuchu zajmie nam około 41 minut.

Kolektywny start pięciu mistrzów gatunku (zapewne nikt z tu obecnych nie ma wątpliwości), bogata instrumentacja (nikt nie chce być postacią drugoplanową), moc wrażeń i emocji po obu stronach sceny od pierwszej sekundy. Piano z klawisza, aktywne percussion, mocne frazy klarnetu basowego, tańczące skrzypce, wreszcie delikatnie przyczajona na prawej flance trąbka – oto zarys sytuacji scenicznej. W pełni wyzwolona improwizacja, inspirowana całym światem nieoczywistych dźwięków. Akcenty chamber, ślady sonore, kiść preparacji. Narracja budowana precyzyjnie, pozbawiona błędnych decyzji. W 4 minucie pierwszy incydent w podgrupie – cudowny dialog Floridisa i Lyttona. Powrót do kwintetu silnie kameralistyczny, definitywnie urokliwy. Dźwięki wydawane przez każdego z muzyków bardzo selektywne (świetna akustyka), kreowane z należytym temperamentem. Nie sposób nie podkreślić ważnej dramaturgicznie roli Floridisa i jego klarnetów – płyną one środkowym pasmem, inspirują, pobudzają, studzą i dyscyplinują całą narrację. Równie aktywny zdaje się być Lytton – choć gra tylko perkusjonaliami i na ogół w wyższych tonacjach, wszędzie go pełno, daje wsparcie każdemu muzykowi. 11 minuta przynosi drobną, ale wyjątkowo błyskotliwą ekspozycję Wooleya. Komentarz Floridisa prowadzi cały kwintet ku eskalacyjnemu wzniesieniu. Tuż potem harmonijne hamowanie, znów na barkach klarnetu basowego. Passus slow motion – ciąg dalszy opowieści - dramaturgicznie ciągnie na czarnych klawiszach Sandell, a w roli wisienek na torcie oba instrumenty dęte. Kolejny epizod – dialog klarnetu i skrzypiec, w ogniu imitacji. Zaraz potem groźne pomruki trąbki, słane wprost na glazurę werbla. Zmiana zdaje się gonić zmianę, a radości z odsłuchu tylko przybywa! Choćby sonorystyczne solo skrzypiec – paręnaście sekund, a ile radości. Po tym epizodzie rodzi się coś na kształt nowej, nieco onirycznej opowieści – nostalgiczny fortepian, narastający flow dęciaków, a po lekkim wygaszeniu – błysk geniuszu trąbki. Tak oto dotarliśmy do 20 minuty koncertu. Na tapecie kolejne dwa zmysłowe mikro dialogi – najpierw klarnet i perkusjonalia, potem skrzypce i piano. Drobna kipiel, suche tłumienie, garść czystych dźwięków, repetująca trąbka, no i ponownie kipiel. Muzycy zdają się być tak silnie rozgrzani, iż chwile gaszenia emocji trwają teraz ledwie kilka sekund, a spodziewany atak fonii nadchodzi jeszcze szybciej niż moglibyśmy się spodziewać. Okazuje się, że pełne tłumienie narracji może odbyć się jedynie za przyzwoleniem klarnetu basowego – moc takiej fonii robi wrażenie na każdym. 26 minuta przynosi piękny solowy fragment z wykonaniu Floridisa, kolejny raz konstytuując tezę o ważkiej roli Greka w całej improwizacji. Wyjście na ostatnią prostą z dużą dozą rozwagi – stylowy stopping idealnie w punkt! Duże brawa!

Pierwsza dogrywka zaczyna się jak cały koncert – bardzo kolektywnie, z sonoryzującymi skrzypcami i trąbką na pierwszej linii ognia. Reszta kontrapunktuje jakże bystrymi reakcjami. Narracja rośnie w oczach, budowana wszakże, jak zwykle, pod bystrym nadzorem klarnetu basowego. Kipiel wszakże nie jest celem muzyków w tym akurat momencie – gęsta meta ballada, pasaż suchego piano, śpiewna trąbka, nostalgiczny klarnet. Drugi encore startuje dość dynamicznie, na barkach perkusjonalii i trąbki. Cały kwintet w mgnieniu oka łapie stosowną dynamikę. Dęciaki na gęsto, piano na ostro - let’s go around! Free jazz as well! Masywność finałowego flow bez trudu tłamsi mistrz ceremonii – klarnet basowy! Great!




Volar

Kolejne, w pełni improwizowane, europejskie spotkanie Wooleya, to nagranie Volar (Spoonhunt, DL 2018), pod którym znów podpisuje się ekscytujący zestaw uznanych muzyków: Rhodri Davies na elektrycznej harfie, Dominic Lash na kontrabasie, Mark Sanders na perkusjonaliach, wreszcie nasz dzisiejszy bohater, tradycyjnie na trąbce. Nagranie z lutego 2017 roku, z angielskiego Derby. Dwa sety, łącznie 42 minuty i 40 sekund.

Nagranie z bliżej nieznanego miejsca, powstałe w dość nieokreślonych okolicznościach, dostępne jedynie w formie elektronicznej na bandcapowej stronie Dominica Lasha. Sporo tajemnic, takaż jest sama muzyka. Swobodnie improwizowana, zarejestrowana dość cicho, tak jakby całe spektrum dźwięków zbierał jeden mikrofon i to usytuowany wcale nie tak blisko muzyków. Całość sprawia wrażenie bootlegu, jakkolwiek zawartość artystyczna spektaklu zdecydowanie każe pisać o tej muzyce i słuchać jej w należytym skupieniu.

Nagranie rozpoczyna czysty dźwięk trąbki, wokół której panoszą się drobne, elektroakustyczne pasma fonii, o nie do końca rozpoznanym źródle pochodzenia (być może to efekt pracy amplifikatora, wspomagającego harfę). Narracja toczy się bardzo leniwie, często po nawet drobnej sekwencji dźwięków, staje ona w obliczu ciszy i szuka rezonansu z głuchą przestrzenią miejsca, w którym odbywa się koncert. Skupienie, subtelne drony trąbki, tajemnicze półdźwięki z obu strunowców, na poły akustyczna post-elektronika - rodzaj kameralnej zadumy nad losem świata ponowoczesnego. Dopiero 5 minuta przynosi pierwsze dźwięki, które natychmiast kojarzą nam się z zestawem instrumentów perkusyjnych, a w 9 minucie odrobinę energiczniej zaczyna pracować elektroakustyka harfy, wspierana uroczym dronem Wooleya. Tuż potem także niezwykle zmysłowy duet tego ostatniego z kontrabasem. Znów pasaż harfy, różne odcienie meta syntetyki. Akcja, choć toczy się w żółwim tempie, jest bardzo zmienna i potrafi zaskoczyć nawet wyjątkowo skupionego odbiorcę. W 12-13 minucie ciekawy passus trąbki, która brzmi niczym harsh-electronics tuż przed awarią agregatu prądotwórczego. Tuż potem piękna, indywidualna ekspozycja kontrabasu traktowanego smyczkiem. Komentarz pulsującego niczym pozytywka Sandersa, także bardzo udany. W 16 minucie muzycy fundują nam (znów zaskoczenie!) odcinek bardzo jazzowego frazowania, z silną ekspozycją trębacza. Następny krok czyniony jest zdecydowanie w kierunku ciszy – szmer elektroakustyki, minimal w rozkwicie. Sam zaś finał seta zdaje się być odrobinę głośniejszy – udany fragment trąbki w strugach smyczkowej fonii, nim narracja zastygnie w punkcie zero.

Drugi, nieco krótszy set rozpoczyna solowa ekspozycja Wooleya. W tle znów szczypta głuchego pogłosu amplifikatora, burczenie kontrabasu, ćwierć drony wprost z glazury jego pudła rezonansowego. Szumy z harfy, szmery z wentyli – cuda wyjątkowo cichej akustyki mroku i zimnego potu. Tajemnicze pasma fonii, oddechy perkusjonalii, niemal field recordings. W 12 minucie delikatnie aktywizuje się Sanders, jest i kołujący nad nim Wooley, także silnie odczuwane drżenie na obu gryfach strunowców – coś na kształt małej eskalacji (to nowość!).Garść free jazzu na finał, który stylowo wybrzmiewa. Dalece intrygujący występ kwartetu, czyniony w ciszy, który aż prosi o ciąg dalszy, szczególnie poczyniony w warunkach większego komfortu akustycznego.


Golden Americanos

Wróćmy na koniec naszej podróży do komponującej na potęgę Ameryki. Wiosna ubiegłego roku przyniosła krążek kwartetu muzyków, którzy winni gwarantować sporą porcję wrażeń. Myślę o płycie Noise Of Our Time (Intakt Records), firmowanej przez kwartet VWCR, czyli Kena Vandermarka, Nate’a Wooleya, Sylvie Courvoisier i Toma Raineya. Nagranie bardzo wysoko ocenione w mediach uznawanych za poczytne w świecie jazzu, w redakcji Trybuny napotkało jedynie na przeciągłe ziewanie Pana Redaktora. Skomponowany materiał, dużo improwizacji, ale stanowczo za mało w niej emocji, intrygujących ekspozycji solowych i kolektywnych eskalacji, by dalej nagraniem tym zajmować cenny czas Czytelników.

Wooley w roku ubiegłym poczynił także kolejny duet ze wspomnianym Kenem Vandermarkiem (Deeply Discounted II / Sequences Of Snow, Audiographic, LP). Nagranie to czeka na odsłuch, jakkolwiek w kontekście trybu pracy nad nagraniem (kompozycje), a także wspomnień z odsłuchu ich poprzednich płyt, muzyka ta nie budzi w naszych głowach szczególnych oczekiwań artystycznych.

Na odsłuch czekają dwa kolejne nagrania trębacza, nie pierwsze u boku saksofonisty Ivo Perelmana. Ich poprzednie dwie płyty zagotowały redakcyjne odtwarzacze, zatem z tym większym mrowieniem w kręgosłupie czekamy na Strings 3 oraz Strings 4, nagrane z Matem Manerim i Matthew Shippem (ten ostatni gra tylko na części czwartej).



poniedziałek, 15 sierpnia 2016

Gratkowski, Konvoj Ensemble, Santos Silva, Leandre, MMM Quartet, Sonic Communion, The Sync, Trzaska, Ochs, KTHXBYE, Made To Break, West Hill Blast Quartet – Rok 2016 w natarciu, czyli zbiorówki letniej odsłona pierwsza


Trybuna niniejszym obwieszcza swój triumfalny powrót z kolejnych niebywałych wakacji, w jeszcze bardziej niż onegdaj, niebywałej Portugalii. Wakacje, poza tradycyjnie zimnym oceanem i gigantyczną ilością piachu na ekstremalnie rozwichrzonych plażach zachodniego wybrzeża, przyniosły także istotne akcenty muzyczne. Co oczywiste, to one interesują nas w tym miejscu najbardziej – a zatem frapujące spotkanie ze wschodzącą gwiazdą europejskiego free improv, Katalończykiem i lizbończykiem w jednej osobie – Albertem Cirerą, które niebawem zaskutkuje większym materiałem o nim właśnie, a także obecność na dwóch koncertach lizbońskiego festiwalu Jazz Em Agosto (Tim Berne, Theo Ceccaldi), o czym także doniosę w stosownym dramaturgicznie momencie.

Teraz wszakże czas na comiesięczną zbiorówkę świeżych recenzji z jeszcze świeższych wydawnictw płytowych. Mamy do zebrania cały lipiec i pół sierpnia, a że znów trafia się nam długi weekend, to tym chętniej zajmiemy się malowaniem na zielono (high!), żółto (middle!) i czerwono (low!) dwunastu płyt datowanych na rok 2016 (incydentalnie także 2015), jakie trafiły pod mą strzechę przez sześć wakacyjnych tygodni (niektóre chwilę wcześniej).


Achim Kaufmann/ Frank Gratkowski/ Wilbert De Joode  Oblengths  (Leo Records, 2016)

Ten krążek awizowałem już kilka tygodni temu, gdy blisko siedemnaście tysięcy znaków (ze spacjami) poświęciłem na zgrzebne omówienie istotniejszych dokonań artystycznych niemieckiego saksofonisty i klarnecisty Franka Gratkowskiego.




Wspólnie z Achimem Kaufmannem (piano) i Wilbertem De Joode (kontrabas) tworzy on od prawie piętnastu lat working band, który właśnie ujawnił światu piąte fonograficzne świadectwo wyjątkowości swojej muzycznej propozycji. Trio będące kolejnym światowym dowodem na fiasko koncepcji Dereka Baileya, iżby wartościową improwizacją była jedynie ta, tworzona przez muzyków, którzy spotykają się ze sobą po raz pierwszy. Niezwykle plastyczna, kolektywna improwizacji trzech facetów, którzy wspólnie w życiu zrobili już wszystko i jedyne, czym mogą się wzajemnie zaskoczyć, to szalony kolor t-shirta na porannej próbie dźwięku. Godzina uczty dla naszych uszu, podzielona na pięć ładnie zatytułowanych części. Fragmentom utarczek dźwiękowych na pograniczu ciszy, popełnianych z wrażliwością godną proustowskiej narracji, towarzyszą epizody dynamicznych, instrumentalnych kontrataków, czynionych na adekwatnym poziomie głośności. Te drugie pozostają w mniejszości, wszakże w akceptowalnej dla Waszego recenzenta proporcji.

Oblengths to zgrabna, uporządkowana dramaturgicznie opowieść, wydana przez Leo Feigina i interesująco opisana (w liner notes) przez Kevina Whiteheada, z ciekawą metaforą … tenisową. Wolna improwizacja czasami przypomina grę w tenisa bez siatki, warto zatem, by miała choćby drobny stelaż pomysłu na muzykowanie, a także bogaty asortyment środków dla jego realizacji. Tu doświadczamy tego bezapelacyjnie, a całość konceptu bazuje przede wszystkim na idealnej kooperacji i gigantycznym poziomie porozumienia pomiędzy trójką przyjaciół. Rekomendacja jest zatem oczywista – high!!!


Konvoj Ensemble  Mira (Konvoj Records, 2016)

Konvoj Records, to skandynawska inicjatywa fonograficznego dokumentowania spotkań kolektywnej improwizacji, w gronie bliższych lub dalszych przyjaciół. Nie dalej jak trzy lata temu, miały miejsce narodziny oficyny, a jej początek stanowił krążek powołanego ad hoc Konvoj Ensemble z ficzersowym udziałem Evana Parkera na saksofonach  i Stena Sandella na fortepianie (grand piano), w wymiarze edytorskim wydany pod tytułem Colors Of: . Skład grupy uzupełnili wówczas  – na saksofonach Lotte Anker i Ola Paulsson (wbrew pozorom – mężczyzna!), na klarnetach Liudas Mockunas, na perkusji Anders Udderskog i wreszcie Jakob Riis, odpowiedzialny za elektronikę i procesowanie w czasie rzeczywistym, również producent nagrania, być może także naczelny ojciec tego dziecięcia swobodnej improwizacji. Nagrania zarejestrowano w Malmoe z udziałem publiczności.




Dziś, po onych trzech latach, KE powraca w niezmienionym składzie (Parker i Sandell już na pełnych prawach członkowskich), w rejestracji studyjnej Mira, składającej się z siedmiu części określonych jako Movement, usystematyzowanych w pięć oddzielnych fragmentów muzycznych, każde z dodatkowym podtytułem.  Dokładna lektura rozbudowanych tytułów wskazuje jednoznacznie, iż muzyka swobodnie improwizowana przez septet w okolicznościach studyjnych, została pierwotnie ustrukturyzowana i rozpisana na role, a szaleńcze zapędy zdolnych i kompetentnych improwizatorów biegły po z góry naznaczonych trajektoriach.

Jeśli debiut KE był spontanicznym incydentem koncertowym, to jego następczyni jawi się już jako produkt dalece bardziej przemyślany i nieco mniej spontaniczny, co wcale nie oznacza, iż mniej ciekawy. Jest wręcz odwrotnie. Wiele fragmentów – zwłaszcza w wykonaniu kwartetu dęciaków – jest dalece smakowitych, pełnych uważnych i szczerych, sonorystycznych dyskusji w podgrupach. Elektronika i real time processing stanowią tu raczej elektroakustyczny ornament, a gra pianisty i perkusisty udanie podkreśla istotne zwroty dramaturgiczne.

Mirę malujemy rzecz jasna na zielono (high!), a Konvoj Ensemble zapisujemy w naszych kajetach, jako przykład dalece interesującej, europejskiej muzyki improwizowanej.


Susana Santos Silva/ Lotte Anker/ Sten Sandell/ Torbjörn Zetterberg/ Jon Fält  Life And Other Transient Storms (Clean Feed Records, 2016)

Zdecydowanie pozostajemy w Skandynawii, a dokładnie - teleportujemy się do nieodległej Finlandii. Na zaproszenie Tampere Jazz Happening, portugalska trębaczka Susana Santos Silva skrzyknęła dalece frapujący kwintet z udziałem znanych z poprzedniej opowieści Anker (sax) i Sandella (piano), swojego życiowego partnera Zetterberga (bas) i mniej mi znanego Falta (perkusja). Rejestracja koncertowa na potrzeby radia lokalnego sfinalizowała się w trakcie blisko 50 minut dość swobodnej improwizacji w różnych tempach, o rozbudowanych charakterystykach brzmieniowych.




Muzyka, niczym opowieść o pogmatwanym życiu codziennym i stałej asymilacji faktu bezwzględnej zmienności wszystkiego wokół nas, toczy się zwinnie po tygrysiemu i drąży skalę niewrażliwości, bez przerw na zbędne doładowania wyczerpujących się akumulatorów, gdyż świat stać na naprawdę wiele, jeśli tylko sobie ten fakt wspólnie uświadomimy.

Choć Panny (Panie?) są tu w mniejszości, muzyka ma podskórnie kobiecy wymiar, co oczywiście wcale nie znaczny, że jest delikatna i przegadana. Wręcz przeciwnie. Konkret free improv, bez cienia wątpliwości zielone, po żabiemu, high! Przy okazji – być może – najlepsza dotąd rejestracja w stosunkowo już bogatym życiu artystycznym Susany Santos Silvy.


Joëlle Léandre 10  Can You Hear Me? (Ayler Records, 2016)

MMM Quartet  Oakland/Lisboa (Rogue Art Records, 2015)

Czas najwyższy na dwie stosunkowo nowe propozycje muzyki improwizowanej z udziałem francuskiej kontrabasistki Joëlle Léandre. Te dwie pozycje są ze mną już od wiosny i nieco się przeleżały w odtwarzaczach. Po prawdzie planowałem większy materiał o Leandre, ale ponieważ się doń nie zabrałem, przy okazji tej zbiorówki kilka refleksji i wrażeń ogólnych o muzyce na nich zawartej.




Dziesiątka, to ansamble Leandre egzystujący już czas jakiś, a poruszający się bardziej po obrzeżach muzyki współczesnej niż dryfujący po oceanie muzyki free. Muzyka jest w dużym stopniu zaaranżowana, a fragmenty improwizowane stanowią raczej interludium, wetknięte pomiędzy zestawy nut zapisanych na pulpitach muzyków. W składzie cztery dęciaki (m.in. Cappozzo), rozbudowana sekcja smyczkowa (m.in. bracia Ceccaldi) i takaż sekcja rytmiczna (z gitarą elektryczną!). W wielu momentach Can You Hear Me? naprawdę frapuje moje narządy słuchu, wszakże proporcje kompozycja/ improwizacja (przewaga tych pierwszych) powodują, iż całość oceniam na middle z lekką podpórką ze strony high.




Inny wymiar ma muzyka kwartetu MMM (to druga już edycja tego składu). Rzeklibyśmy, że Panią Leandre wspomagają tu tuzy … awangardy w dosłownym znaczeniu tego nic nieznaczącego pojęcia. Fred Frith (elektryczna gitara) dobiegł tu ze strony rockowej, Alvin Curran (piano, syntezatory, sampling etc.) ze strony muzyki współczesnej, zaś Urs Leimgruber (saxes) z niewyczerpywalnych zasobów europejskiego free improvisation. Płyta nagrana na lizbońskim Jazz Em Agosto dwa lata temu, składa się z pięciu opowieści o tytułach przywołujących rejony/terytoria/dzielnice Oakland i Lizbony. Zatem, być może warto  - tuż po wakacjach w okolicach tej drugiej - podywagować nad wyższością Alfamy nad Bairo Alto, ale ja sam chyba nie zdałbym się na jednoznaczny osąd. Podobnie jest z muzyką kwartetu MMM. Intryguje, wciąga skutecznie do zabawy w intelektualne łamigłówki. Chwilami zachwyca, by zaraz potem zadziwić w niekoniecznie pozytywnym sensie. Z przekory, z zamiłowania do rzeczy nieoczywistych, daję MMM kolor zielony (high!), ale … żeby nie było, że nie ostrzegałem.


Jean-Luc Cappozzo/ Douglas R. Ewart/ Joëlle Léandre/ Bernard Santacruz/ Michael Zerang  Sonic Communion (The Bridge Sessions, 2015)

The Sync (Sylvaine Hélary, Fred Lonberg-Holm, Eve Risser, Mike Reed)  The Sync (The Bridge Sessions, 2016)

Pozostańmy jeszcze na kilka chwil przy Leandre, tudzież także przy Cappozzo. Przed nami dwa dalece interesujące krążki nowego wydawnictwa The Bridge Sessions. Most w tytule odrobinę metaforyczny, ale istotnie trafny, gdyż ta francuska (?) inicjatywa koncentruje się – jak domniemuję z tychże dwóch incydentów – na łączeniu estetyki francuskiego free improv z jego amerykańską odpowiedniczką.




Pierwszy z dysków to ciekawe spotkanie rzeczonych Joëlle Leandre (kontrabas) i Jean-Luca Cappozzo (trąbka, flugelhorn) z kumplami zza wielkiej wody, Michaelem Zerangiem (perkusja), Bernardem Santacruz (kontrabas) i ewidentnie tu kluczowym Douglasem R. Ewartem (dęciaki, obiekty brzmieniowe). Chcąc nie chcąc, z takiej układanki powstał nam absolutnie intrygujący kwintet na dwa dęciaki, dwa kontrabasy i zmyślny zestaw perkusyjny. Przez niespełna godzinę Panowie i Pani snują nam czerstwą, ale jakże konkretną opowieść, chwilami metaforyczną, o wielokulturowych punktach odniesienia. Mentalnie dominują tu wszakże Amerykanie, a zwłaszcza plemienny estetycznie Ewart, który drobnymi preparacjami oraz oryginalnym instrumentarium dmuchanym, wprawia całą machinerię w delikatny trans i nie pozwala, by nastrój zadumy i pokrętnej ciekawości, cóż przyniesie kolejna chwila muzykowania, opuścił choćby na moment, zarówno muzyków, jak i słuchaczy. Bardzo trafny tytuł wydawnictwa, zatem High bez zbędnej dyskusji.




Formacja The Sync, to szósty katalogowy numer mostowego labelu. Tym razem zderza się w nim kobiecy, całkiem francuski temperament flecistki (Sylwia, także amplifikacje i głos) i pianistki (Ewa, także preparacje) z żelazną, iście amerykańską konsekwencją i odpowiedzialnością za czyny, wiolonczelisty (Fryderyk, także amplifikacje) i perkusisty (Michał). Trzy wytrawne dania o różnym poziomie intensywności procesu improwizacji i głośności dobywanej z instrumentów. Osobiście wolę, jak para na parę, kwilą na pograniczu ciszy (fantastyczny początek) niż zatracają się w galopadzie sprzężeń i nadmiernych amplifikacji (tak w okolicach połowy drugiego fragmentu), ale całość kupuję bez krzty głębszej zadumy, bo to świetna muzyka jest i tyle dyskusji w tym temacie! High!

Sesje Mostowe do uważnego śledzenia, od dziś do odwołania.


Mikołaj Trzaska  Delta Tree (Kilogram Records, 2016)

Lubiony muzyk krajowy Waszego recenzenta, Trzaska po ojcu, z imienia Mikołaj, wstąpił w tym roku w stan błogosławionej 50-i  i zapewne nie tylko z tej okazji zaprezentował światu, w wydaniu krajowym i zagranicznym, swą pierwszą solową płytę. Rzecz stała się możliwa dzięki jego uroczemu wydawnictwu Kilogram Records, a i także, zapobiegliwości i trosce koleżanki małżonki Oli.

Delta Tree przynosi szesnaście miniatur na trzy ulubione dęciaki Mikołaja, czyli alt (10 incydentów), baryton (jeden) i klarnet basowy (pięć).




Kilka wieków temu, pisząc kolejną recenzję płyty Lestera Bowie w pozycji na kolanach, lojalnie ostrzegałem, iż poziom mojego entuzjazmu dla dokonań muzyka jest tak duży, iż generuje ryzyko całkowitej utraty obiektywizmu.

Gdy myślę o Mikołaju i jego muzyce, winienem wydać z siebie ostrzeżenie o podobnym charakterze. Na Delcie podoba mi się wszystko, rajcuje każdy dźwięk, intryguje każda nuta nostalgii i zadumy tryskająca z rur Mikołaja, zniewala oczywista uroda tej muzyki.

Bardzo zatem na zielono i mocno w kierunku high! I do następnych urodzin, Mikołaj!!!


Jones Jones (Larry Ochs, Mark Dresser, Vladimir Tarasov)  The Moscow Improvisations (Not Two Records, 2016)

Moskiewskie spotkanie na szczycie, podsumowujące niewątpliwe katastrofy wywołane przez lata zimnowojenne. Odznaczeni za męstwo i waleczność na polu boju, synowie wuja Sama – Ochs, wspaniały saksofonowy artylerzysta i Dresser, kompetentny saper, kontrabasista kontra Tarasov, postsowiecki werblista, obwieszony medalami za czyny swoje i niekiedy cudze.




W blichtrze wielkogabarytowej stolicy mocarstwa, cała trójka jakieś siedem lat temu popełnia koncert, który dziś trafia do nas dzięki operatywności polskiego labelu z Krakowa. Niechże zatem my, niczym zimnowojenna ofiara, zaczerpnijmy choć drobne przyjemności z kaprysów historii.

Nowak, Nowak, to propozycja, która zapewne znajdzie wielu orędowników i plenipotentów, ale ja osobiście delikatnie pomarudzę, gdyż od muzyków tego kalibru (myślę zwłaszcza o przybyszach z zachodniej półkuli) oczekiwałbym więcej. Tarasov w roli gospodarza stara się być uprzejmy i często zaprasza gości do intensywniejszej gry, jednak jego drumming odbieram w wielu momentach jako mało stymulujący. Ochs zdaje się być nieco speszony moskiewskim przesytem gościnności, Dresser zaś niby szuka zaczepki, ale w sumie sprawia wrażenie faceta, który przyszedł się tu najeść, a potem zdążyć na ostatnie metro. Zatem, tylko poprawnie, tylko middle, no może w trakcie trzeciego fragmentu, w pobliżu mogłoby się delikatnie zazielenić (…high).


KTHXBYE  Details (Raw Tonk Records, 2016)

Uwaga! Tajny szyfrogram na stronie Trybuny! Cóż może kryć się za tajemniczym KTHXBYE???

Szczegóły (Details) są następujące: na saksofonie Colin Webster, na gitarze elektrycznej Stian Larsen, zaś na perkusji Brage Tromoenen. Trójka młodych facetów bliżej nieokreślonej proweniencji (gitarzysta ma skośne oczy!), z dużym zapałem postanowiła pohałasować. Rzecz dzieje się w Londynie, co może sugerować anglosaski rodowód tenorzysty, choć z wyglądu raczej przypomina jurnego Skandynawa. Służby wywiadowcze Trybuny ustaliły jedynie, iż jest on londyńskim rezydentem. Innych Szczegółów brak.




Całość rejestracji ma długość winylową, zatem śmiało mogę zachęcić was do zmarnowania tych drobnych 40 minut na odsłuch pomysłu na muzykę w wykonaniu KTHXBYE. Nie jest on ani szczególnie odkrywczy, ani nie spowoduje specjalnego mrowienia w okolicach kręgosłupa, ale w sumie, czemu nie… Podobają mi się urywane frazy tenoru, perkusista ciekawie obrabia rytmicznie materiał kolegów. Może jedynie gitarzysta pozostaje jeszcze na etapie rockowego szarpidruta, choć z niewątpliwym zacięciem do hałasowania. Jakkolwiek cała przyszłość przed nim. Niech będzie middle z lekką podpórką high!


Made To Break  Before The Code: Live (Audiographic Records, 2016)

Niespełna dwa lata temu miałem okazję być na swoim ostatnim koncercie Kena Vandermarka. Rzecz działa się w poznańskim Dragonie, w ramach epigonalnego festiwalu Nowy Wiek Awangardy.

Kena widziałem na żywo jakieś trzy tysiące razy. W ubiegłej dekadzie napisałem około siedemnastu tysięcy entuzjastycznych recenzji jego płyt (wszystkie dostępne w archiwach Trybuny!). Ale dwa lata temu powiedziałem: basta!




Made To Break to koncepcja Vandermarka połączenia drive’owego grania na saksofonie, przy wtórze basu elektrycznego i dynamicznej perkusji, z… analogową, kablową elektroniką.

Domyślacie się, że koncert tejże koncepcji dwa lata temu kompletnie mi się nie podobał. Teraz jakiś szaleniec postawił ten słaby koncert nudnej i wtórnej formacji … wydać na płycie.

Nie zaskoczę was krwistym low, nieprawdaż?


West Hill Blast Quartet  Live At Brighton Alternative Jazz Festival 2015 (Foolproof Projects, 2016)

W sumie tytuł formacji mówi nam wszystko o tej muzyce. A słowo blast zdaje się być w tym miejscu bardziej kluczowe niż… personalizujący całość kwartet. Ale fakt, bezdyskusjnie  to właśnie czterech ludzi odpowiada za pół godziny freejazzowego hałasu, poczynionego w ubiegłym roku w Brighton, przy wtórze oklasków garstki szaleńców, a zamieszczonego na krążku wydawcy o intrygującej nazwie Foolproof Project.




Panowie i Pani zabrali ze sobą na ów gig trzy tony instrumentów (tak przynajmniej wynika z opisu płyty). Nie wiem wszakże, ile z nich ostatecznie użyli. Nie wiem…. bo prawie nic na tej płycie nie słychać. Kasetowa, monofoniczna jakość nagrania odbiera mi jakiekolwiek chęci, by coś Wam o West Hill Blast Quartet opowiedzieć.

Pozostańmy zatem przy tym braku informacji i zakreślmy sążniste low!