Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Andrzej Karałow. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Andrzej Karałow. Pokaż wszystkie posty

piątek, 29 sierpnia 2025

The August’ Round-up: Shifa! Türköz & Tuerlinckx! Zwerver! Hera Corp.! Karałow & Noetinger! Martial! New Bone!


Sierpniowa zbiorówka świeżych recenzji wystawiona na widok Waszych pazernych oczu i zasobność Waszych portfeli! Zapraszamy do lektury, a potem na zakupy! Wspierajcie kulturę wysoką, cokolwiek to znaczy!

Dziś osiem albumów z muzyką improwizowaną, ale także z kompozycjami współczesnymi i jazzowymi. A zatem po kolei: londyńskie, post-jazzowe trio, berlińska mantra na preparowane piano i szalony glos, holenderskie trio post-chamber, dwie ekspozycje syntezatora modularnego w tajemniczych duetach prosto z Katalonii i Serbski, duet polsko-francuski ze znaczącym udziałem elektroniki, a na koniec francuska, komponowana muzyka współczesna na instrumenty własnej produkcji oraz garść main-streamowego jazzu prosto z Polski. Nie będziecie się nudzić choćby przez sekundę.

Welcome to heaven and hell of improvised music!

 


Shifa شفاء (Rachel Musson, Pat Thomas, Mark Sanders) Ecliptic (Discus Music, CD 2025)

Cafe Oto, Londyn, luty 2023: Rachel Musson – saksofon tenorowy, Pat Thomas – fortepian oraz Mark Sanders – perkusja, instrumenty perkusyjne. Jedna improwizacja, 46 minut.

Nasza ulubiona scena londyńska, na niej międzypokoleniowe trio wytrawnych instrumentalistów, a w jego wykonaniu soczysta, post-jazzowa improwizacja, w której nie brakuje emocji godnych free, ale także chwil adekwatnej dramaturgicznie zadumy. Nic, tylko wpaść w sidła tej muzyki i czerpać dozgonną przyjemność.

Artyści ruszają do boju w kolektywnym szyku. Pianista zaczyna od trybu inside piano, czyniąc ciekawy dysonans w kontekście linearnych, nasyconych sporymi emocjami akcji saksofonistki i perkusisty. Pierwszy kwadrans, to systematyczne narastanie, realizowane także w podgrupach, ze szczególnym uwzględnieniem free jazzowego duetu piano & drums. Opowieść ma swój wyraźny rytm, a muzycy zdają się czerpać dużą przyjemność z wyważonego eskalowania ekspresji. Po upływie kilkunastu minut zatapiają się w chmurze rezonansu i pozostają w niej na wiele minut, budując wyjątkowo uroczą ekspozycję. Po restarcie ich akcje nabierają bluesowego posmaku i nienachalnej melodyki, o co dba tu każdy. Koniec drugiego kwadransa, to kolejna okazja do pooddychania chłodnym powietrzem. Trzeci kwadrans koncertu pełen jest kompulsywnych zdarzeń - permanentnych turbulencji na werblu i tomach, soczystych, rytmicznych melodii na klawiaturze i sumiastych wyziewów z samego dna dętej tuby. Zakończenie spektaklu zdaje się pozostawać na barkach saksofonu tenorowego.

 


Saadet Türköz & Anaïs Tuerlinckx Le chant des noiseuses (Scatter Archive, DL 2025)

Ausland, Berlin, grudzień 2024: Anaïs Tuerlinckx – fortepian, preparacje oraz Saadet Türköz – głos, teksty. Jedna improwizacja, 38 minut.

Czas na ceremoniał niesionego pogłosem inside piano i głosu jedynego w swoim rodzaju. Pianistce bliżej tu do rytualnego hałasu niż fortepianowego liryzmu, wokalistka śpiewa wszystkimi językami świata, a pokłady ekspresji zgromadzone w jej głowie i gardle zdolne są przenosić góry. Ten niezwykły album trwa ledwie 38 minut, ale można przysiąc, iż to prawdziwa wieczność, która nie ma początku, ani końca.

Delikatny, filigranowy początek, jakby każda fraza czy oddech testowały, jak działa echo. Szmery, szelesty, drżenia i dotkliwe cierpienie płynące zarówno z gardła, jak i ze strun zanurzonych w głębinach piana. Artystki wspinają się na szczyt już w piątej minucie, a potem godzinami zsuwają się z niego w mroczne grzęzawisko. Pianistka wykorzystuje wyjątkowo szerokie spektrum dźwięku, ale jej partnerka zdaje się te parametry podwajać. Śpiewa, recytuje, snuje wokalizy. I niesie nam zdecydowanie złe nowiny. Po kwadransie obie zastygają w błocie ambientu, ale już po kolejnych kilku minutach płoną na stosie post-industrialu. Po tych traumatycznych przejściach wracają do rytuałów początku spektaklu. Piano drży, głos najpierw sięga po bliskowschodnią mantrę, a potem jodłuje i wesoło pokrzykuje. W międzyczasie docierają do nas matowe dźwięki klawiatury, jakby na przekór zastanej konwencji. Ostatnie pięć minut koncertu, to tajemnicze melodie ze strun piana okraszane piskiem wokalistki. Finał jest rozkołysany i dogasa nutą rezygnacji.

 


Zwerver, De Joode & Vatcher Brisky (Bandcamp’ self-release, DL 2025)

Zaal100, Amsterdam, marzec 2025: Henk Zwerver – gitara, Wilbert de Joode – kontrabas oraz Michael Vatcher – perkusja. Siedem improwizacji, 32 minuty.

Trzech holenderskich zakapiorów, weteranów nie jednej improwizowanej batalii w bezpretensjonalnej, równie post-jazzowej, jak post-kameralnej opowieści popełnionej w zacnym przybytku kultury wysokiej miasta rowerów, kanałów i definitywnie dobrych obyczajów. Krótki koncert bez jednego zbędnego dźwięku składa się z sześciu epizodów i ekspresyjnego encore.

Jego początek brzmi szorstko, jest leniwy, ale opowieść szybko nabiera dynamiki. Usłana jest tysiącem małych, zgrzebnych interakcji. Suche struny gitary, dobrze naoliwiony smyczek kontrabasu i błyszczące talerze zestawu perkusyjnego. Utwory drugi i czwarty mają piękne, jakże mroczne introdukcje. Potem akcja robi się zwinna, nieco rozkołysana, zdolna do istotnie jazzowego zgęstnienia. W trzecim, nieco nerwowym epizodzie na gryfie gitary sadowi się źdźbło bluesa. Narracja nabiera tu tempa, a na twarzy Dereka Baileya pojawia się niewymuszony uśmiech. W epizodzie czwartym podobać się może trójstronna rozmowa prowadzona w estetyce call and response, a w piątym zaskakująca nuta swingu. Z kolei szósta szyta jest ze strzępów fonii, choć balladowa, ma w sobie dużo złych emocji. Rzeczony bis, to bodaj najbardziej energetyczny fragment koncertu. Muzycy zanęcają się nad swoimi instrumentami, jakby to miał być ich ostatni koncert.

 


Ilia Belorukov & Nenad Marković Signs of Suspicious Activity (Hera Corp., Kaseta 2025)

kuda.org studio, Novi Sad, Serbia, sierpień i grudzień 2024: Ilia Belorukov – syntezator modularny oraz Nenad Marković – trąbka, preparacje, instrumenty perkusyjne. Pięć improwizacji, 39 minut.

Pierwsza z zapowiadanych przygód syntezatora modularnego. Tu odnajdujemy go w rękach muzyka, którego pierwszym narzędziem pracy jest saksofon (świetnie o tym wiedzą stali czytelnicy tych łamów) i to zdaje się doskonale pomagać mu w budowaniu niebanalnej, niekiedy filigranowej narracji na zwojach analogowych kabli, tu w towarzystwie kompetentnego, preparującego trębacza, doposażonego odrobiną perkusjonalii.

Inauguracja albumu skrzy się od emocji i urokliwie hałaśliwych dźwięków. Syntezator zgrzyta zębami, trąbka przedmuchuje lodowate powietrze. Ten pierwszy potrafi tu brzmieć niczym gitara elektryczna, ta druga jak silnik wysokoprężny. Jeszcze w tej części albumu mamy wrażenie, że słyszymy kołujący śmigłowiec niesiony czystym brzmieniem trębackiej melodii. Drugi utwór, to wielkie drżenie. Tu wydaje się dla odmiany, że modularny ma struny. Trzecia opowieść to zwinna batalia short-cuts – gęsta, świetnie skomunikowana. Początek czwartej części, to krwawy hałas, ale zaraz potem improwizacja grzęźnie w mroku rozkojarzenia, a modularny i trąbka brzmią identycznie, bardzo akustycznie. Ostatni epizod, to prawdziwa perła w koronie. Syntezator przypomina stygnącą lawę, trąbka rozsiewa melodie posuwistym dronem. Opowieść, to medytacja prowadzona tuż przed nosem plutonu egzekucyjnego. Pięknie wystudzona do ostatniego dźwięku.

 


JL Maire & Alfredo Costa Monteiro Estelas (Hera Corp., Kaseta 2025)

Mont Efímer, Barcelona, wrzesień 2024: J.L.Maire – syntezator modularny oraz Alfredo Costa Monteiro – urządzenia elektroakustyczne. Dwie improwizacje, 33 minuty.

Tym razem nasz modular odnajdujemy w okolicznościach definitywnie elektroakustycznych. Dwie rozbudowane improwizacje mienią się tu szeroką paletą na ogół syntetycznych barw. Od pierwszej do ostatniej sekundy słucha się tego wyśmienicie, niekiedy z pewnym zdumieniem co do pomysłowości artystów i uzyskiwanych efektów brzmieniowych.

Plejada elektroakustycznych pisków obleczona zostaje na starcie albumu grubą warstwą dubowego echa płynącego zapewne z samych trzewi syntezatora modularnego. Feeria dźwięków formuje się w okazjonalne drony, okraszone drobnymi przepięciami i zgrzytami. Całość przypomina gęsty, zdewastowany, napromieniowany złem ambient zebrany z przegniłych zwłok akustyki. Finał jest efektowny, pulsujący nieistniejącym beatem. Druga improwizacja wydaje się jeszcze groźniejsza, bardziej mroczna, spowita mgłą nieokreśloności. Tu flow jest lepki jak wulkaniczna lawa, a narracja staje się zdecydowanie pokaźną porcją zdrowego hałasu. Z czasem muzycy zdają się zdejmować nogę z gazu i popadać w drobną melancholię. Samo zakończenie zostaje wyczyszczone z brudu, jest szkliste, zaskakująco melodyczne.

 


Andrzej Karałow & Jérôme Noetinger L'ivresse transfigurée (Crossroads Centre, LP 2025)

Andrzej Karałow’s home studio, maj 2024: Andrzej Karałow – fortepian, Roland space echo, oraz Jérôme Noetinger – Revox B77, elektronika. Sześć improwizacji, 41 minut.

Kolejna w dzisiejszej zbiorówce porcja akustyki w zetknięciu z szerokopasmową elektroniką. Sześć zgrabnych opowieści z dobrze zarysowaną dramaturgią. Czasami ich tempo wydaje się zbyt jednostronne, a poziom interakcji między tym, co żywe, a tym co syntetyczne nazbyt śladowy. Ale jako całość ta polsko-francuska kooperacja definitywnie godna jest zapamiętania.

Frazy inside piano i filigranowa elektronika przypominająca szmer owada w locie opadającym, to atrybuty otwarcia. Minimalistyczny flow nie zmienia swojego charakteru nawet, gdy pianista przenosi się na klawiaturę, a elektronik plecie intrygujący, mroczny background. Kolejne dwie opowieści zdają się kontynuować zastaną estetykę, przy czym akcje syntetyczne chętniej wychodzą przed szereg. Czwarta odsłona na etapie rozwinięcia wnosi do improwizacji powiew zdecydowanie większej ekspresji. Dwie ostatnie odsłony albumu znów stawiają na minimalizm z preparowanym piano i elektroakustycznymi subtelnościami, które pęcznieją z czasem do poziomu inwazyjnego szumu. Samo zakończenie sprawia wrażenie dramaturgicznego rozdroża. Być może płyta mogłaby zakończyć się kilka minut wcześniej.

 


Vincent Martial La cloche qui résonne (Mazeto Square, CD 2025)

Studio Climax, Loupian, Francja, kwiecień 2024: Vincent Martial (kompozycje), Marc Siffert, Camille Emaille, Bertrand Fraysse, Jean-François Oliver, Fabien Nicol oraz d’Elsa Jauffret – instrumentarium nieokreślone. Piętnaście utworów, 50 min.

Przed nami płyta z materiałem skomponowanym na septet, którego instrumentarium nie jest precyzyjnie wskazane w albumowym credits. Mówi się tam jedynie o instrumentach tradycyjnych (standardowych) i tzw. instrumentach eksperymentalnych, innymi słowy, stworzonych przez kompozytora i autora całości Vincenta Martiala. Ta dość szalona opowieść na tajemnicze dźwięki dęte, niekiedy także strunowe i perkusyjne, dzieli się na siedemnaście epizodów, które trwają od kilkudziesięciu sekund do niespełna sześciu minut. Większość z nich sprawia wrażenie ekstraktów, wycinków większej całości, na ogół imponujących brzmieniem i w skończonej liczbie przypadków niebanalną dramaturgią.

Nagranie skonstruowane jest prawdopodobnie wyłącznie z dźwięków akustycznych, ale w wielu momentach sprawia wrażenie … elektroakustyczne. Szczególnie wtedy, gdy basowe pasma zaczynają pulsować i tworzyć coś na kształt beatu o definitywnie syntetycznym posmaku. Większość ekspozycji ma charakter dronowy, niekiedy bardzo masywny, nasycony zarówno rezonującymi frazami, jak foniami śmiało zasługującymi na miano noise’owych. Nie brakuje także opowieści szemranych, szumiących, będących efektem perorowania tajemniczego instrumentarium. W ważnych dla dramaturgii całości momentach ekspozycje nabierają perkusyjnego, czy wręcz multifonicznego charakteru. Album na dystansie pięćdziesięciu minut usłucha się świetnie, choć być może, gdyby wybrało się z niego kilka wątków i kreatywnie je rozwinęło, dzieło Martiala byłoby jeszcze bardziej intrygujące.

 


New Bone Sorrow (CM Records, CD 2025)

Czas i miejsce nagrania nieznane: Tomasz Kudyk - trąbka, flugelhorn, Marcin Konieczkowicz - saksofon altowy, Dominik Wania – fortepian, Maciej Adamczak – kontrabas, Dawid Fortuna – perkusja oraz gościnnie duet wokalny: Zuza Baum i Jan Piwowarczyk (w dwóch utworach). Osiem utworów, 62 minuty.

Czas na jazz definitywnie mainstreamowy. Formacja z trzydziestoletnim stażem, bodaj jej siódmy album. Kompozycje własne, zarówno lidera, tu trębacza, jak i członków zespołu, improwizacje, kody etc. Wszystko, co kojarzymy z jazzem środka, wszystko, co dla pewnej grupy słuchaczy jest jedynym sensem, tudzież właściwym konglomeratem dźwięków i dramaturgii. Dla niżej podpisanego wszakże kolejnym dowodem na to, że jazz w tej formie nie jest zjawiskiem nadmiernie intrygującym.

Ciekawym pociągnięciem w obliczu melodyjnych, spokojnych, niekiedy ckliwych tematów jest dokooptowanie do kwintetu dwójki wokalistów. W utworze trzecim śpiewają swingującą sambę i nadają leniwej dotąd płycie odrobinę dobrej dynamiki. W utworze ostatnim wprowadzają do nagrania elementy hip-hopowe i drum’n’bassowe, tworząc ciekawy dysonans estetyczny i dramaturgiczny. Zdecydowanie najciekawszym utworem jest tu kompozycja siódma, oparta ma masywnym groove kontrabasu. Gdyby jeszcze solowe ekspozycje pozostałych członków kwintetu miały w sobie więcej ekspresji, być może byłaby nadzieja, że New Bone jest w stanie wyrwać się z jarzma przewidywalności.  




piątek, 30 maja 2025

The May’ Round-up: Minton & Solberg! BonBon Flame! Léandre & Karałow! Wallace! Bagnasco! Arpyies! Nóbrega! Manna! Trzaska & Daktyle!


Na majową zbiorówkę czas najwyższy! Dziewięć nowych albumów obleczonych czerstwymi metaforami redakcji czeka już na Wasz odczyt, odsłuch, a potem zakupy! Śpieszcie się kupować muzykę improwizowaną, tak szybko odchodzi!

Dziś prawdziwie wrzący tygiel nazwisk, emocji, gatunków i nieoczywistych atrakcji. Zaczynamy w Oslo w bardzo gwiazdorskim zestawie personalnym, potem podwojona Francja, ta druga z akcentem krajowym, Ameryka zmieszana z Argentyną, ale albo z Berlina, albo z Hiszpanii, niebanalny i dość nietypowy, podwójny wątek portugalski, wreszcie krajowe albumy z dużą dawką post-akustycznej elektroniki.

So, welcome to heaven and hell of improvised music!



 

Phil Minton & Ståle Liavik Solberg True (Nice Things Records, CD 2025).

Blow Out, Kafe Hærverk, Oslo, listopad 2023: Phil Minton – głos oraz Ståle Liavik Solberg – perkusja, instrumenty perkusyjne. Jedna improwizacja, 38 minut.

Głos jedyny w swoim rodzaju, podobnie perkusja i perkusjonalia – oba źródła fonii w strumieniu sugestywnej, świetnie skomunikowanej interakcji. To nagranie koncertowe z dalekiej Norwegii nie mogło nie rozpocząć naszej comiesięcznej zbiorówki. I to z wysokiego c! Definitywnie True!

Filigranowy drumming Solberga i gardłowe modlitwy Mintona otwierają spektakl, w którym nie będzie pustych przebiegów. Brytyjczyk, jak zawsze, ma tu tysiące twarzy - bywa leniwym kociskiem, czupurnym przedstawicielem klanu naczelnych, mówi, śpiewa, gdacze, piszczy, skomle i sepleni. Myje zęby, płucze gardło i mruczy przy goleniu. Na każdą akcję, tudzież ripostę czujnego Norwega, wyczulonego na niuanse, mistrza małych dramatów, ma swoją odpowiedź, tudzież zaczyn nowej fabuły. Razem są w stanie wzniecić ogień w ułamku sekundy, równie wiele czasu potrzebują, by sięgać po pojedyncze farzy, strzępy dźwięków. Ich ekspresja jest tu takim samym narzędziem zbrodni, jak liryzm i głęboko ukryta melodyka, a nawet pokrętna taneczność. W okolicach dziesiątej minuty Minton gwiżdże jak ptak, a towarzyszą mu perkusyjne szczoteczki. Do tego motywu powraca pod koniec improwizacji, mając do dyspozycji talerzowy akompaniament. Po upływie kwadransa gdacze jak kura na grzędzie, świszcze niczym czmiele w locie krzyżowym. W dalszej fazie improwizacji nie brakuje teatralnych inscenizacji, partii kabaretowych, tudzież pijackich dyskusji i ulicznych histerii o zmierzchu. Solberg trzyma dramaturgię w każdym momencie, ma też kilka krótkich epizodów solowych. Finał koncertu jest bardzo ekspresyjny, podrasowany kocią melodią. A potem już tylko standing ovation!



 

BonBon Flamme Calaveras Y Boom Boom Chupitos (BMC Records, CD 2025)

BMC Studio, Budapeszt, luty 2024: Valentin Ceccaldi – wiolonczela, syntezator, Luis Lopes – gitara, syntezator, Fulco Ottervanger – pianino, syntezator, głos oraz Éthienne Ziemniak – perkusja, syntezator. Dziesięć kompozycji, 45 minut.

Pierwsza płyta międzynarodowego kwartetu francuskiego wiolonczelisty była wulkanem emocji, karkołomnych zdarzeń i temperamentnych interakcji. Ta druga nosi wszelkie znamiona debiutu, dodatkowo podlana jest prawdziwie meksykańskim chili. Muzyka do zabawy i tańca na tym albumie zyskuje także pewien ilustracyjny blask, świetnie nadawałaby się bowiem do wypełnienia soundtracku niejednego filmu Jima Jarmuscha, szczególnie umiejscowionego na osi czasu w odległych latach 80. i 90. zabawnego dwudziestego stulecia.

Pierwsza piosenka jest mroczna, ale melodyjna, niemal post-bluesowa, druga i trzecia sięgają po latynoska taneczność i nieprzewidywalność. Całość kąszona jest wokalem wprost z Moulin Rogue, space-rockową, eksplodującą gitarą i odrobiną delikatnej kwasowości. Czwarta historia żywcem wyjęta została z klasycznego filmu noir, zdaje się ilustrować wieczorny spacer złą stroną ulicy. W piątej części cała załoga przesiada się na syntezatory i bawi rytmem. Szósta część, to ragtime’owy klasyk Joplina zagrany po wariacku – noise rock łamany kołem zębatym, slapstickowa melodia do tupania nogą, krok w kierunku oryginału na pianie i finałowy pokaz fajerwerków. W kolejnych utworach tej szalonej płyty mamy jeszcze wystudzoną piosenkę z amerykańskiej prerii, rockową nawałnicę wspartą na brudnym flow syntezatora, a także przykład jak tłuste new romantic zamienia się w post-rockowy walec. Album wieńczy coś na kształt pożegnalnej ballady, której nie brakuje typowej dla BonBon Flamme dramaturgicznej brawury. 



 

Joëlle Léandre & Andrzej Karałow Flint (Fundacja Ensemblage, CD 2025)

Studio S4, Polskie Radio, Warszawa, listopad 2023: Joëlle Léandre – kontrabas oraz Andrzej Karałow – fortepian. Dziewięć improwizacji, 38 minut.

Francuska legenda improwizowanego kontrabasu wydała w Polsce wiele płyt, ale tylko incydentalnie są to nagrania z udziałem krajowych wykonawców. Tym bardziej zatem cieszy płyta z warszawskim pianistą, poczyniona wedle wszelkich reguł swobodnej improwizacji. Muzycy postawili na krótkie formy, kameralną wstrzemięźliwość w zakresie dawkowania ekspresji i siłę czystego, niemal krystalicznego brzmienia. W ich opowieściach nie brakuje niedopowiedzeń, dramaturgicznego zaniechania. To, czego nie zagrali zdaje się tu być równie istotne, jak to, co zagrali.

Léandre frazuje, jak to ma w zwyczaju, częściej techniką arco, a jej akcje pizzicato, to co najwyżej intrygujące interludia. Karałow pracuje zarówno na klawiaturze – tu bywa niekiedy dość ekspresyjny, jak i w pudle rezonansowym - tu raczej oszczędny i wstrzemięźliwy. Pośród dziewięciu na ogół dobrze unerwionych opowieści szczególnie podobać się mogą cztery z nich. Trzecia improwizacja szyta jest szmerami inside piano i pomrukami kontrabasowego smyczka. Minimalistyczna w formie, pięknie rozkwita na etapie rozwinięcia. Czwartą opowieść buduje rytm, jaki Francuzka wystukuje na pudle swego instrumentu. Akcja pianisty pachnie dla odmiany bluesem. Całość zostaje efektownie rozkołysana śpiewnym smyczkiem i siłą klawiatury. Część ósmą, podobnie jak szóstą, śmiało możemy zaliczyć do bardziej dynamicznych fragmentów albumu. Tu emocje kreują głośne frazy z samego dna fortepianu i wyjątkowo twardo brzmiący smyczek. Finałowa ekspozycja budowana z mozołem, początkowo sprawia wrażenia umiarkowanie spokojnej, z czasem nabiera jednak mocy i wynosi artystów, pracujących wszelkimi dostępnymi technikami, na efektowny szczyt.



 

Eli Wallace, Pablo Vazquez & Marcelo von Schultz Siesta (577 Records, CD 2025)

Kühlspot Social Club, Berlin, maj 2024: Eli Wallace: fortepian, obiekty, Pablo Vazquez – kontrabas oraz Marcelo von Schultz – perkusja. Osiem improwizacji, 45 minut.

Spotkanie amerykańskiego pianisty i argentyńskich kontrabasisty i perkusisty odbyło się w … stolicy Niemiec. Tak, świat to naprawdę mała wioska, zwłaszcza ta improwizowana. Znamy całą trójkę doskonale z niejednego nagrania, zatem i bez słuchania tego albumu wiedzieliśmy, że to musi być naprawdę dobre granie. A po wysłuchaniu? Jesteśmy pewni, to więcej niż dobre granie. Swobodny jazz wymieszany z kreatywną post-kameralistyką, świetnie zinstrumentalizowany i dramaturgicznie spójny. Trio grało w ubiegłym roku w Polsce, niech żałują ci, co nie widzieli (patrz: niżej podpisany).

Muzyczna Siesta w tym wypadku, to osiem improwizacji - niektóre krótkie, ledwie 2-3 minutowe, inne dłuższe 8-9 minutowe. Samo otwarcie trwa nawet krócej niż dwie minuty. Kreśli ją aktywna perkusja, surowo brzmiące klawisze fortepianu i matowy kontrabas, który równie chętnie pracuje jazzowym pizzicato, jak i ponadgatunkowym, dalece intrygującym arco. W kolejnych odsłonach artyści z gracją zawiązują narrację, odważnie sięgają po dźwięki preparowane, a na etapie rozwinięcia nie szczędzą sobie ekspresji i wyrafinowanych interakcji. Ciekawie prezentuje się trzeci epizod, który muzycy zaczynają w trybie leniwego post-bluesa, ale dość szybko osiągają wysoki poziom kreacji szyty rytmem i dobrze dawkowana dynamiką. Świetnie pracuje tu drummer i nie jest to odosobniony przypadek na tym albumie. W utworach piątym i siódmym improwizacja na ogół kołysze się na wietrze dostarczając mnóstwo brzmieniowych subtelności – wysmakowanych preparacji i niebanalnej post-dynamiki. Szósta historia, to pełnokrwisty jazz, znów świetnie posadowiony na drive’ie perkusji. Finałowa ekspozycja łączy dysonujące sfery - nostalgiczny tembr piana z klawiatury oraz plejady szumów i szmerów nasiąkniętych podskórnym rytmem, generowanym przez stronę argentyńską.




Luciano Bagnasco Diaphanous (Plus Timbre, DL 2025)

Okoliczności domowe (?), luty 2025: Luciano Bagnasco – gitara. Sześć utworów, 25 minut.

Artystyczne losy tego osiadłego w Hiszpanii argentyńskiego gitarzysty śledzimy na bieżąco i nie ma w tym fakcie odrobiny przypadku. Muzyk to bowiem niebywale intrygujący, zawsze mający coś ciekawego do zaprezentowania w jakże ogranym idiomie gitary elektrycznej. Nie inaczej jest w przypadku jego nowego, krótkometrażowego albumu solowego.

W krótkim gemie otwarcia Luciano proponuje garść gitarowych sprzężeń, które giną w mroku niedopowiedzenia. W drugiej odsłonie strzępy fonii spływające z tłustego gryfu zaczynają nabierać dubowej poświaty, filtrowane delikatnym delayem. Pokancerowane, jak znaczki pocztowe ze starego klasera, hałaśliwie pulsują, tańczą niczym wróble na rozgrzanym dachu. Trzeci epizod, to czerstwy post-industrial, który w ostatecznym rozrachunku rozpływa się w strudze ciepłej krwi. W kolejnej części muzyk kreuje mikrotonalne farzy, które wpuszcza w pogłos, a potem lepi z nich ogniste pasmo rockowego hałasu, na koniec brzmiące niczym przepalony syntezator. W piątym utworze muzyk serwuje nam wystudzone, technoidalne farzy, które w ułamku sekundy stają się rozbujanymi, czystymi, gitarowymi akordami. Wreszcie ostatni epizod - silnie sfuzzowany gitarowy wyziew nabiera tu z czasem zarówno mocy, jak i podstępnej melodyki. Jakby tłuste robaki wydobywały się z plastra krowiego łajna. Puentą albumu jest sprasowany, matowy ambient, który niczego nie obiecuje.



 

Arpyies Iridescente (Whatever Profound, CD 2025)

O’culto da Ajuda, Chinfrim Estúdios and Miradouro de Santo Amaro, Portugalia, czas nieznany: Ana Gonçalves Albino – gitara elektryczna, elektronika, syntezator, instrumenty perkusyjne, kompozycja, Catarina Custódio Silva – rożek francuski, kalimba oraz Maria do Mar – skrzypce, elektronika, instrumenty perkusyjne. Trzy utwory, 41 minut.

Czas na portugalską przygodę elektroakustyczną, tkaną wyłącznie kobiecymi rękoma, przeto delikatną, pełną dramaturgicznych niuansów i brzmieniowych smaczków generowanych całkiem rozbudowanym instrumentarium. Na album składa się krótkie intro, takież resume i zasadnicza, trwająca ponad dwa kwadranse opowieść główna. Album ekscytuje tylko w niektórych momentach. Postaramy się precyzyjnie je wskazać.

Początek pleciony jest niemal wyłącznie brzmieniami nieakustycznymi, mroczny, pełen głosów i równie tajemniczych … odgłosów. Część główna budowana jest na ogół żywym instrumentarium – słyszymy kalimbę, perkusjonalne zdobienia, pobłysk post-ambientowej gitary, farzy dęte, które brzmią jak trąbka, choć albumowe credits wskazują na rożek francuski, no i przed wszystkim skrzypce, które niosą tu największy ładunek kreacji, skutecznie trzymają ciągle chwiejącą się, dość nielinearną opowieść w ryzach narracyjnych. Zdecydowanie najciekawsze momenty seta, to chwile, gdy z wystudzonej medytacji artystki przechodzą do narracyjnych spiętrzeń, drobnych eskalacji i kontrolowanych, krótkotrwałych wybuchów ekspresji. Półgodzinna jazda ma dwie takie chwile, tuż przed dziesiąta minutą i tuż po minucie dwudziestej. Na tle nieco przegadanej części zasadniczej smakowicie prezentuje się albumowa koda. Skrzypce płyną tu z ciszy, elektronika delikatnie pulsuje, gitara topi się w pogłosie, a wysamplowany (?) głos buduje zanurzone w ambiencie zakończenie.



 

João de Nóbrega Pupo Ao Ser Sereno (Colectivo Casa Amarela, Kaseta 2025)

Czas i miejsce nagrania nieznane: João de Nóbrega Pupo – wszystkie dźwięki. Pięć utworów, 44 minuty.

Pozostajemy w Portugalii, tym razem toniemy jednak w odmętach kreatywnego, dobrze sformatowanego ambientu. Opowieść jest zwarta, nieprzegadana (o co bywa trudno w gatunku), podzielona na pięć zgrabnych odcinków, z których ten środkowy trwa prawie dwadzieścia minut, co nie zmienia faktu, iż cały album jest jednym, nieprzerwanym ciągiem dźwięków. Nie pozostaje nam nic innego, jak bezceremonialnie zasłuchać się w tej opowieści.

Album ma spokoje otwarcie zanurzone w mrocznej poświacie, czasami bogacone dźwiękami miasta i delikatnymi skwierczeniami na flankach. Narracja płynie szerokim strumieniem i zdaje się dawać wytchnienie po ciężkim dniu. To jednak pozór, bowiem już po chwili mamy intrygujące interludium, które syci opowieść post-perkusyjnym, elektronicznym stukotem. Ambient wraca w czerstwej, matowej, niemal stojącej w miejscu postaci. Owa mroczna medytacja dostaje dubowej poświaty, co świetnie buduje dramaturgię kolejnych chwil. Raz po raz w grze pojawiają się nowe, niekiedy bardzo żywe fonie (choćby piana), ale giną one w strudze gęstego wątku głównego. Narracja nabiera molowych barw i pewnej post-organowej melodyki. Nie brakuje odgłosów życia, co tylko unerwia i tak już emocjonalną opowieść – słyszymy zarówno przelatujące ptactwo, jak i dźwięk silników odrzutowych, tudzież bijące dzwony i głos, który recytuje. Końcowa partia albumu znów jest bardzo mroczna, dronowa, upstrzona frazami, które moglibyśmy odebrać jako ludzki krzyk.



 

Sokołowski, Stasiewicz & Leszoski Manna (Antenna Non Grata, CD 2025)  

Czas i miejsce akcji nieznane: Kuba Sokołowski - inner piano, obiekty, Paweł Stasiewicz - inner piano, obiekty, głos oraz Paweł Leszoski – programowanie. Cztery utwory, 41 minut.

Jak należy domniemywać, dramat improwizacji zawiązuje się tu we wnętrzach pudeł rezonansowych fortepianów i jest konsumowany/ przeredagowywany procesem programowania. Nagranie, którego bazą są frazy akustyczne zdaje się być poematem syntetycznego, szorstkiego ambientu. Naprawdę niewiele wiemy o istocie dźwięku, a zwłaszcza procesie jego powstawania. Oto przed nami kolejna lekcja.

Otwarcie albumu szyte jest żywym dźwiękiem uderzania, pocierania, ugniatania i rozciągania obiektów i strun. Rytmika upside down, ukryta melodyka cierpiącej materii. Całość nabiera post-industrialnej mocy, zapewne nie bez udziału zjawisk pozakustycznych, pulsuje i w końcu ginie w strudze ambientu. W drugiej odsłonie dronowa ekspozycja zgrzyta niczym piasek między zębami. Rośnie w niej udział fraz syntetycznych, post-akustycznych. Woda zamieci się tu w wino bez udziału sprawczego sił nadprzyrodzonych. Finałowe ukojenie, to tylko pozór. W kolejnej opowieści do kontrataku przystępują zjednoczone siły akustyki. Słyszymy struny, które tańczą w post-rytmie, delektujemy się tajemniczą meldoyka, która łapie równie zagadkowy pogłos. Walka żywego z syntetycznym idzie na całego! Kształt ostatniej historii sugeruje, iż akustyka przeszła do głębokiej defensywy. Modulowany, zgrzytliwy dron, głośny, niemal progresywny step, zaczyna pulsować jak mroczna impreza deep techno. Na finał wraca melodia, brudna, zniekształcona, wyciągnięta chyba wprost z laptopa Fennesza, oczywiście przy blasku zachodzącego słońca. Manna z gorejącego nieba.




Mikołaj Trzaska & Daktyle Transient Riot (Antenna Non Grata, CD 2025)

Laboratory of Culture Adebar, Kołobrzeg, maj 2024: Mikołaj Trzaska – saksofony, Marek Sadowski – perkusja, instrumenty perkusyjne, elektronika oraz Maciej Jaciuk – elektronika, bass-box, sidrax, daxophone, loops. Dziewięć utworów, 45 minut.

Na zakończenie majowej zbiorówki pozostaniemy z syntetycznym, tajemniczym akcesorium, które stanie w szranki improwizacji z bardzo realnym saksofonem, perkusją i całą armią przedmiotów i urządzeń, których jedynym celem jest wydawanie zaskakujących dźwięków. Trójka artystów, mnóstwo pomysłów (niektórych nazbyt wcześnie porzucanych) w trakcie temperamentnego koncertu na polskim wybrzeżu. Nie ma nudy!

Nagranie jest nieprzerywanym ciągiem dźwiękowym, co świetnie buduje jego dramaturgię. Elektroakustyczny, post-perkusjonalny początek inwokuje tu swobodną podróż saksofonu barytonowego w zgrabnie zarysowanej przestrzeni kosmicznej, posadowioną na utrzymującej linearność narracji perkusji. Gdy dęciak łapie rytm, elektronika ucieka w didaskalia, a konsensus osiągnięty zostaje w strumieniu urokliwej melodii. W kolejnych fazach koncertu artyści dość często piętrzą narrację, nadają jej dynamikę, sycą intrygującą ekspresją, ale także mnóstwem brzmieniowych smaczków. Sypią pomysłami jak z rogu obfitości. Toną w onirycznym świecie elektroniki, by za moment wspinać się na efektowne, free jazzowe wzgórze. Ukojeniem bywa medytacja, czyniona z tajemniczą, niemal etniczna melodyką, jak w trakcie odcinka szóstego. Zaraz po nim improwizacja nabiera rytmu, adekwatnej dynamiki i wpada w niemal kompulsywny taniec. I znów melodia zdaje się koić to, co zszargały emocje. Finał w fazie początkowej wydaje się leniwą post-balladą melodyjnego saksofonu, łapiącej rytm perkusji i wyważonej, smakowitej elektroniki w tle. Nim koncert dobiegnie końca czeka nas drobne spiętrzenie i stonowana, dobrze skonstruowana, nieco oniryczna finalizacja.

 

 


piątek, 12 czerwca 2020

Karałow! Przeździecki! Mazzoll! Q-Janicki! Bociani Trójpak Przepyszności!


Recenzja powstała na potrzeby polish-jazz.blogspot i tamże opublikowana została czas jakiś niedługi temu.


Warszawski Bocian lubi mieszać gatunki, łączyć improwizację z kompozycją, unika dróg na skróty, z ptasią gracją omija dramaturgiczne mielizny i artystyczne płycizny.

Dziś omówimy trzy płyty wydane przez Bociana w roku bieżącym i minionym. Spotkamy na nich czterech muzyków, którzy na miejsce artystycznego zdarzenia dotarli z różnych miejsc, mając w buławie dotychczasowej sławy całkiem odmienne doświadczenia muzyczne. Trzy czarne, nieprzegadane krążki (zdaje się, że ów wydawca nie znosi zbyt długich płyt!), które niezależnie od swoich niepodważalnych zalet i prawdopodobnie zupełnie niedostrzegalnych wad, udowadniają ważną tezę dotyczącą szeroko rozumianej muzyki improwizowanej – odwieczna rywalizacja elektroniki i dźwięków akustycznych może śmiało przybierać barwy artystycznej przyjaźni, często przeradzającej się w prawdziwe marsze równości składnika syntetycznego i żywego.




Zaczynamy od niedługiej relacji z festiwalu ambientowego w Gorlicach (2019). Na scenie Andrzej Karałow (grand piano, gitara i efekty) i Jerzy Przeździecki (wszystkie pozostałe dźwięki, zapewne w całości syntetyczne). Ich spotkanie zwie się Pedestal’s Complement (LP 2020), podzielone zostało na dwie części i trwa 26 minut.

Koncert rozpoczyna dźwięk, który brzmi jak elektroakustyczny metronom. Towarzyszy mu delikatne, ostrożne piano z odrobiną preparacji. Szczypta post-elektroniki w służbie post-akustyki – narracja buduje się mozolnie, ale dość swobodnie, bez minimalistycznych naleciałości. W ramach ozdobników puste, brzęczące półakordy gitary, brzmiące niczym replika fortepianu, a także spora ilość dźwięków, dla których trudno wskazać źródło pochodzenia. Piano potrafi pokazać free jazzowy pazur, elektronika, choć chwilami bardzo aktywna, daleka zdaje się być od inwazyjności. Obie sfery dźwięków dobrze na siebie reagują i w przyjaźni realizują, wspomniany w preambule tekstu, marsz równości. Pierwsza strona płyty zdaje się być szczególnie udana po dziesiątej minucie, gdy opowieść ogarnia pewien rodzaj nostalgii i elektroakustycznej zadumy, która realizuje się bez popadania w banał nadmiernej repetycji.

Druga strona winyla kontynuuje ów nieco spowolniony bieg zdarzeń, nabiera posmaku zdrowego, dobrego chill-outu. Muzycy od czasu do czasu czynią gesty, które wskazują na poszukiwanie dramaturgicznej zaczepki, a każda z tych prób liczyć może na bystrą interakcję. Po czasie opowieść nabiera odrobiny rozmachu, ale artystom wciąż nigdzie się nie śpieszy. Kultywują klimat meta ambientu, w który pod sam koniec koncertu tchną jeszcze dodatkową porcję melodyki, co uczyni zarówno finał, jak i cały koncert dalece przyjemnym doznaniem słuchowym.




Odpowiedzialny za świat syntetycznych nieskończoności, Jerzy Przeździecki zostaje z nami, a dołącza do niego pomnikowa postać krajowej, improwizowanej awangardy – Jerzy Mazzoll. Ich wspólne nagranie zwie się Melodnie (LP 2019), składa się z sześciu improwizowanych epizodów, których odsłuch nie zajmie nam więcej niż 27 minut. Wedle skąpego opisu na okładce płyty, Mazzoll będzie grał na klarnecie basowym bez ustnika (po prawdzie, nie wiemy, czy dzieje się tak w każdym utworze), zaś jego partner użyje tuned distortion feedback.

Płytę otwierają masywne dźwięki elektroniki, z których wyłania się brzmienie klarnetu na dużym pogłosie. Być może ów dźwięk akustyczny jest poddawany obróbce metodą live proccesing, być może jednak, to, co słyszymy powstaje w zupełnie inny sposób. Nie jest to jednak dla nas szczególnie ważne, albowiem od pierwszego do ostatniego dźwięku kolejny bociani, jakże kooperatywny marsz syntetyki i akustyki (w tym wypadku, to ostatnie pojęcie wydaje się nieco mało precyzyjne) dostarcza nam niemal wyłącznie pozytywnych emocji. Co ciekawe, w tym tyglu zniekształconych i dramaturgicznie powykręcanych dźwięków, pojawia się nuta folkowego, tudzież orientalnego zaśpiewu, a nawet głos, który próbuje nam coś przekazać na poły werbalnie. Znów nie wiemy, czyja to sprawka, ale – powtórzmy – znów nam się podoba! Dobrym przykładem na owe intrygujące naleciałości stylistyczne niech będą dwie pierwsze Melodnie.

W trzecim utworze napotykamy na ciekawy dysonans – z jednej strony dociera do nas dron post-electro, z drugiej - budowany na dużym pogłosie dron klarnetu, który brzmi tu niczym wypalone ogniem pustynnym didgeridoo! Czwarta opowieść budowana jest przede wszystkim na improwizacji instrumentu dętego. Mazzoll plecie tu zwinną, dosadną i śpiewną opowieść. Z kolei w piątej improwizacji królem polowania jest syntetyka, która harcuje, dudni i grzmi mechaniką szelestu i sprzężenia. Mamy nieodparte wrażenie, że w tym tyglu emocji palce macza także elektronicznie zdekonstruowany klarnet. Na finał tej (znów!) bardzo krótkiej płyty garść świszczącej post-elektroniką klarnetowej zadumy. Długie, smakowite pasaże w poświacie wyjątkowo mglistego poranka, które ucięte zostają sprawnym ruchem post-produkcyjnej brzytwy.




Czas na trzeci już dziś marsz syntetyczno-akustycznej równości, a w roli żywego instrumentu tym razem perkusja! Na płycie Intuitive Mathematics (LP 2020) nie spotykamy jednak duetu, albowiem za wszystkie dźwięki odpowiadał będzie jeden artysta – Qba Janicki. Obok zestawu perkusyjnego, muzyk korzystał będzie z amplifikacji i własnoręcznie wykonanego narzędzia pracy, tzw. deski dźwięków. Dwie strony czarnego winyla, 33 i pół minuty.

Otwarcie płyty obiecuje wiele i bez trudu – w dalszej jej części - obietnice owe spełnia. Świergot małej elektroakustyki - narracja budowana precyzyjnie step by step, żywa perkusja i drobna elektronika na granicy żywego dźwięku. Całość podszyta preparacjami, czasami nawet na granicy przesteru. Rytm, dynamika, emocje żywej perkusji i elektronicznych zdobień. Po fazie syntetycznej eskalacji, która ma miejsce w połowie utworu, bystry powrót do żywego, ale bardziej filigranowego drummingu. Po paru kolejnych minutach narracja gęstnieje, urozmaica swoje brzmienie i zaczyna poszukiwać ciekawych repetycji, by na koniec znów odnaleźć powód do wzmożenia dynamiki.

Drugą stronę otwiera czerstwa, gęsta i repetytywna elektronika. Jakby muzyk w tej samej chwili generował kilka wątków. Żywe pasma pojawiają się od czasu do czasu w tej opowieści, potrafią wszakże bez słowa przenieść się w syntetyczny wymiar. W połowie szóstej minuty aurę nagrania na krótki moment spowija chmura ambientu, która gasi dynamikę ekspozycji. Narracja przypomina w pewnym stopniu post-jazzowe dekonstrukcje Jana Jelinka sprzed dwóch dekad, realizowane wszakże na żywo. Przybywa elektroakustycznych preparacji, udanych powtórzeń, pogłosu post-elektroniki, czyniąc przy okazji ów fragment płyty najbardziej frapującym. Nim muzyk dobrnie do końca swojej historii, po czternastej minucie zaserwuje nam jeszcze plaster harsh & industrial, po czym ze śpiewem na ustach, rozpocznie proces zawija do portu, napotykając po drodze na kilka intrygujących sprzężeń mocy.