Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tomas Järmyr. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tomas Järmyr. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 16 grudnia 2025

Yodok III in Nidarosdomen!


Królowie improwizowanego dark ambientu powracają! Pięć lat po poprzednim, wówczas studyjnym ujawnieniu A Dreamer Ascends, Järmyr, Serries i Lo prezentują nowe, tym razem koncertowe nagranie, zgodnie z tytułem powstałe w miejscu zwanym Nidarosdomen.

Jesteśmy w norweskim Trondheim, uczestniczymy w wydarzeniu zwanym Olavsfest, a na dużej scenie dostrzegamy głównie wielkie organy kościelne. To nie przypadek, albowiem Yodok III po raz pierwszy gra dla nas w wersji combo+, a ich gościem jest Petra Bjørkhaug, która za owymi organami zasiada.

Koncert, jak każdy w przypadku tej niezwykłej formacji nie ma początku, nie ma też końca, a podróż jaką odbywamy razem z muzykami mogłaby trwać nieskończenie długo. Tym razem ta niemal metafizyczna wieczność trwa prawie 55 minut. Welcome!

  


Muzyków na scenie witają oklaski. Po chwili z ciszy zapomnianego ambientu zaczynają docierać pierwsze dźwięki. Coś sączy się z gitary, coś lub ktoś nuci melodię rodzącego się, mglistego poranka. Ta ballada udręczonych piechurów nie ma jeszcze tempa, sączy się jak krew z dopiero co otwartej rany. Po pięciu minutach po stronie gitarzysty formuje się pierwsza struga mrocznego ambientu. Słyszymy szelest perkusji, w tle mości się warstwa fonii, być może pochodząca z organów, a na froncie pojawia się dęta, wysoko zawieszona melodia. Flow czteroosobowej orkiestry zaczyna nabierać masy po dziesiątej minucie. Tuba wspina się na palce, a na zestawie perkusyjnym rodzi się narracja kreowana wyłącznie szeleszczącymi szczoteczkami. Chór pokiereszowanych aniołów wspina się na pierwsze wzniesienie – jest ono dość wysokie, ale niespecjalnie skaliste. W okolicach dwudziestej minuty perkusja przechodzi w stadium rozkwitu i zaczyna oplatać wielostrumieniowy ambient pierwszą warstwą rytmu. Po kolejnych pięciu minutach rzeczona perkusja milknie, a na front opowieści forują się całkiem klasycznie brzmiące organy. To swoiste interludium trwa kilka minut, jakby w oczekiwaniu na silniejsze wiatry.

Nowa wspinaczka, nasączona pewną nieoczywistą gotyckością organów, budowana jest bardziej urozmaiconymi metodami. Flow ma teraz wiele warstw, a całkiem istotną jego częścią wydaje ta najniższa, gęsta, basowa powłoka. Migoczą światła rampy, także tło przebiera bardziej mroczną, skomplikowaną fakturę. Na czoło pochodu zaczyna wyraźnie wydobywać się perkusja wybijająca rytualny beat. Kreatorzy ambientu przez moment przegrupowują się, czekając na rozwój akcji scenicznej. Po chwili tuba rozbłyska krzykiem melodii, a organy przystępują do zdecydowanego kontrataku. Perkusja bierze głęboki oddech i przypuszcza frontalny atak. Tuż po czterdziestej drugiej minucie scenę ogarnia spazm wielkiej, epickiej eskalacji.

Po kilku minutach wrzenia narracja zdaje się wchodzić w fazę wystudzania. Organy nadal płyną szeroką strugą, ale perkusja, mimo utrzymywania rytmu, schodzi na drugi plan. Wreszcie, tuż po wybiciu pięćdziesiątej minuty, opowieść pozbawiona znamion wyraźnego rytmu zaczyna płynąć samym ambientem – wielokolorowym, bardzo efektownym, ale odrobinę już pożegnalnym. Gdy wszyscy szykują się na finał, perkusja znienacka wrzuca tryb dynamiczny i wsparta falą organowego wyziewu, wynosi opowieść na definitywnie kompulsywne wzniesienie. Akcja eksploduje, niczym błyskawica na nocnym niebie, ale w kłębach czarnego dymu czai się już nagła śmierć. I wieszczy zaskakujący koniec koncertu.

 

Yodok III Nidarosdomen (Consouling Sounds, CD 2025). Tomas Järmyr – perkusja, Kristoffer Lo – amplifikowana tuba, flugabone, Dirk Serries - gitara elektryczna oraz gościnnie Petra Bjørkhaug – organy kościelne. Nagrane w Nidarosdomen (Trondheim, Norwegia) w trakcie Olavsfest, sierpień 2023. Jedna improwizacja, 54 minuty.



piątek, 10 maja 2024

The Void Of Expansion! Escaper!


Dziś słowami na Trybunie, w niedzielę dźwiękowo w poznańskim Dragonie, w ramach sześćdziesiątej edycji cyklu koncertowego Spontaneous Live Series! Czyż nie piękna to koincydencja? *)

Trzeci album w dorobku duetu The Void Of Expansion przynosi cztery kilkunastominutowe improwizacje, pomieszczone na czterech stronach winylowego, podwójnego albumu, który nazwany został Escaper. Pozornie nie ma tu niczego, czego byśmy wcześniej nie znali. Gitarzysta Dirk Series i perkusista Tomas Järmyr zabierają nas w kolejną dark ambientową podróż, która zdaje się nie mieć początku, ani tym bardziej zakończenia. Ale jak to się dzieje, że znów jesteśmy w tej muzyce całkowicie zakochani, niemal od pierwszego, jeszcze szemrzącego dźwięku?



 

Album otwierają delikatnie szeleszczące talerze. Z gitary zaczyna sączyć się spokojny, ale szorstki w brzmieniu płyn ambientu, który już po kilku pętlach wydaje się płynąć przynajmniej dwoma, jeśli nie trzema strumieniami. Jeden z nich ma masę basową i okazjonalnie snuje się po podłodze. W tle słyszymy jedynie szmer szczoteczek. Wraz z leniwie upływającym czasem gitara zaczyna piąć się ku górze, a perkusja rysować bardziej wyrazisty, drummingowy flow. Całość nie jest jeszcze masywna, ani nawet głośna, ale niespodziewana zmiana dokonuje się tu niemal w ułamku sekundy. Już bowiem po upływie dziesiątej minuty muzycy stają w obliczu efektownej, gitarowej ściany dźwięku i gęstej pajęczyny perkusji. Opowieść gaśnie prawie dwie minuty, choć sama perkusja nie chce się z tym faktem długo pogodzić.

Drugą historię otwiera melodyjna, matowo brzmiąca gitara. Najpierw oddycha i charczy, potem szybko formuje się w strugę groźnych fonii. Perkusista dość długo pracuje tu na basowo brzmiących tomach i w ogóle nie zbliża się do metalowych przedmiotów swojego full drumset. Narracja wydaje się być silnie rozkołysana i nabiera mocy z każdą pętlą. Wzorem pierwszego utworu, w połowie nagrania perkusista zaczyna zagęszczać flow, ale nie forsuje tempa. Sygnał do wzmożenia aktywności daje tu gitarzysta, frazując w coraz wyższych rejestrach. Opowieść z miejsca nabiera demonicznego, niezwykle mrocznego posmaku. Ta historia gaśnie przez kilkadziesiąt sekund przy wtórze umierającego dronu gitary.

Trzecią opowieść na starcie wypełnia bezbarwna cisza. Docierają do nas niemal pojedyncze frazy percussion i drobne smugi kurzu z gitarowego gryfu. Szmery nasilają się przed upływem pierwszej minuty, a zaraz potem rodzi się plama gitarowego, czysto tu brzmiącego ambientu. Coś na kształt linearnej narracji pojawia się jednak dopiero po upływie piątej minuty. Ledwie co uformowany szyk, potrzebuje jeszcze kolejnych dwóch minut, by wejść na drogę bardziej gęstego, zwartego opowiadania. Oto bowiem wtedy gitarzysta zaczyna coś intensywnie budować, nakładać warstwę na warstwie. Jego instrument charczy, skowycze, boleśnie śpiewa. Perkusista dokłada masywne uderzenia, które powodują, iż narracja osiąga stan prawdziwie demonicznej histerii. Flow cały czas narasta, zdaje się przybierać prawdziwie czarne barwy. Perkusista nie tyle tu bębni, co biczuje werbel i tomy swojego zestawu. Na ostatniej prostej łapie punkowy 2-step, po czym cała opowieść ginie niespodziewaną, nagłą śmiercią.

Po takiej wolcie czwarta odsłona Escaper nie może nie zacząć się wyjątkowo delikatnie. Ledwie słyszalne frazy gitary przypominają tu pierwsze promienie słońca po wielodniowej nocy polarnej. Matowa melodia ledwie szeleści, z czasem dochodzi do niej pasmo bardziej szorstkiego ambientu tworząc z pasmem prymarnym ciekawy dysonans intensywności. Pierwsze dźwięki perkusji docierają do nas po wielu minutach. Z czasem opowieść zdecydowanie nabiera mroku - gitara pnie się na szczyt, delikatnie falując, perkusja zaczyna rytualny taniec. Pod koniec gitara brzmi jak gruźlik w zaawanasowanym stadium choroby, tymczasem drumming nagle zamiera, zamieniając się w swobodny potok szumiących szczoteczek i matowo brzmiących talerzy.

 

The Void Of Expansion Escaper (DUNK!Records, 2LP 2024). Dirk Serries – gitara elektryczna, Tomas Järmyr – perkusja. Nagrane w Sunny Side Inc. Studio, Anderlecht, Bruksela, listopad 2022. Cztery utwory, 54 minuty.

 

*) Koncert odbędzie się w niedzielę 12 maja o godzinie 20.00. Dragon Social Club, Poznań, Zamkowa 3.

Szczegóły tutaj:

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2024/05/mroczny-swiat-void-of-expansion-w.html


 

niedziela, 5 maja 2024

Mroczny świat The Void Of Expansion w ramach kolejnej edycji Spontaneous Live Series


(informacja prasowa)

 

Sześćdziesiąta edycja cyklu koncertowego organizowanego przez Trybunę Muzyki Spontanicznej i Dragon Social Club, to prawdziwa gratka dla wielbicieli mrocznych, niekończących się opowieści na mglistą gitarę elektryczną i masywną, rockową perkusję. W niedzielę 12 maja zagra w Poznaniu The Void Of Expansion – niesamowity duet, który tworzą belgijski gitarzysta Dirk Serries i szwedzki perkusista Tomas Järmyr.



 

Do stolicy Wielkopolski powraca gitarzysta, który był headlinerem trzeciej edycji Spontaneous Music Festival, jaka miała miejsce w roku 2019, muzyk, który nie dość, że jest legendą dark ambientu, to od ponad dekady świetne realizuje się na polu muzyki improwizowanej i free jazzowej, skutecznie prowadząc jeden z najciekawszych, najbardziej kreatywnych labeli w Europie – A New Wave Of Jazz.

W formacji The Void Of Expansion Serries kultywuje swoje zamiłowanie do mrocznych, post-rockowych klimatów, ale ubiera się w barwy improwizacji, chwilami nad wyraz swobodnej. To opowieści, które zaczynają się w ciszy i tamże kończą swój żywot, ale na etapie tzw. rozwinięcia kreują wielominutową narrację, której kulminacją jest często spektakularna ściana dźwięku.

Chociaż istnieją oczywiste podobieństwa The Void Of Expansion do niektórych solowych nagrań Serriesa, a także występów na żywo w uznanym YODOK III (członkowie duetu muzykują tu z norweskim tubistą Kristofferem Lo), współpraca Serriesa z Järmyrem wydaje się być dalece odmienna. W swym duchu bliższa jest tradycji improwizacji, wychodzi z nieco innego punktu widzenia, co sprawia, że trudno ją kategoryzować i ubierać w gatunkowe szaty. Dojrzały i hipnotyzujący styl gitarzysty spychany jest w mniej idiomatyczny obszar poprzez niezwykle różnorodną grę perkusisty, który pomimo oczywistego talentu do kontroli tonalnej wyróżnia się także swobodną energią. Efektem jest dzika, eklektyczna, a jednocześnie organiczna kombinacja, która zdaje się mieć nieskończone możliwości.

Po dobrze przyjętym pierwszym albumie „Ashes and Blues”, wydanym przez wytwórnię A New Wave Of Jazz, The Void Of Expansion kontynuowali działalność wydając album „Governed by Decay” oraz grając efektowny koncert w trakcie DUNK! Festival. Ten ostatni poprowadził duet w stronę dialogu pomiędzy stale rozwijającą się paletą perkusji Tomasa Järmyra, a bardziej powściągliwą i harmonijną postawą gitarowego minimalisty Dirka Serriesa, przechodzącą w mieszankę shoegaze, ambientu, post-rocka i awangardy. Obecnie artyści celebrują dekadę muzykowania w duecie, a europejska trasa koncertowa promuje nowy album „Escaper” (2xLP, Dunk! Records 2024). W jej ramach, poza koncertem w Poznaniu, zagrają także w poniedziałek 13 maja w Łodzi (UV KLUB).

 

Spontaneous Live Series, Vol. 60: The Void Of Expansion

12 maja 2024, godz. 20.00, Dragon Social Club, Poznań, Zamkowa 3

Tomas Järmyr - perkusja

Dirk Serries – gitara elektryczna

Bilety on-line >>> https://kbq.pl/128303

 

Dirk Serries rozpoczął pracę na belgijskiej scenie muzyki industrialnej DIY na początku lat 80. pod pseudonimem VidnaObmana. Podczas, gdy jego pierwsze nagrania zawierały surową muzykę industrialną, jego twórczość stopniowo przesunęła się w stronę muzyki ambient i brzmień plemiennych inspirowanych koncepcjami muzyki prymitywnej. W 2005 roku projekt VidnaObmana został zawieszony, a Serries zaczął realizować prace skupiające się na dronach gitarowych pod nazwą Fear Falls Burning, wydając pod tą nazwą kilkanaście albumów. W tym czasie zaczął także produkować muzykę bardziej zorientowaną na gitarę ambientową w ramach projektu Microphonics.

Mimo, że Serries od dawna osobiście interesuje się muzyką jazzową, dopiero w ostatniej dekadzie skierował swoją twórczość w kierunku free jazzu, wolnej improwizacji i jazzu awangardowego, czego efektem są różne projekty, najczęściej upubliczniane przez label A New Wave Of Jazz.

https://dirkserries.bandcamp.com/album/governed-by-decay

https://dirkserries.bandcamp.com/album/ashes-and-blues

Tomas Järmyr – perkusista ze szwedzkiego Sandviken, osiadły w norweskim Trondheim. Artysta związany na stale lub okazjonalnie z formacji wielu gatunków, w tym także awangardowego rocka, takimi, jak Barchan, Forræderi, LAFT, Motorpsycho, Pet Zoo, Saw, Sunswitch, The MaXx, The Void Of Expansion, WERL, Yodok, Yodok III, czy Zu.

www.tomasjarmyr.se

 

 

środa, 3 kwietnia 2024

Spontaniczna wiosna w poznańskim Dragonie


(informacja prasowa)

 

Trybuna Muzyki Spontanicznej i Dragon Social Club zapraszają na wiosenne koncerty cyklu Spontaneous Live Series. W trakcie sześciu wieczorów posłuchamy w Poznaniu ognistego, punkowego free jazzu w wydaniu brazylijsko-portugalskim, ponadgatunkowego projektu, który łączy improwizatorów z krajów tzw. Grupy Wyszehradzkiej, klasyków improwizowanego dark ambientu, międzynarodowego kwartetu, który kojarzy kwiat iberyjskiej improwizacji z muzykami ze stolicy Niemiec, a także dwie formacje ze znaczącym udziałem muzyków skandynawskich – obie swobodnie improwizujące, jedna w pełni akustycznie, druga z kolei elektro-akustycznie.



 

Wiosenna edycja spontanicznego cyklu koncertowego rozpocznie się we środę 17 kwietnia. Do Dragona wróci wtedy jeden z naszych ulubionych improwizujących saksofonistów Yedo Gibson, a wraz z nim basista Felipe Zenícola oraz perkusista João Valinho. Tego ostatniego, podobnie jak Gibsona, świetnie znają miłośnicy albumów wydawanych przez Trybunę Muzyki Spontanicznej, z kolei Zenícola to m.in. stały uczestnik jednego ze składów Paala Nilssena- Love, czyli New Brazilian Funk. Ta trójka zwie się MOVE i gra wyjątkowo energetyczną muzykę improwizowaną, którą śmiało można otagować takimi określeniami, jak punk-rock, free-funk, noise-rock, czy też skojarzyć z takimi formacjami, jak PainKiller, czy Altered States. Koncert MOVE poprzedzi intrygująca, ponadgatunkowa eksploracja w wydaniu krajowym – zagrają gitarzysta Michał Sember i akordeonista Ryszard Lubieniecki.

Jeszcze w kwietniu, dokładnie 28-ego, do Poznania zawita improwizowany projekt wyszehradzki Quadrilateral Sound Exchange. Pod egidą węgierskiej inicjatywy JazzaJ czwórka artystów z Polski, Słowacji, Czech i Węgier – saksofonistka Paulina Owczarek, obsługujący elektronikę Daniek Kordik, gitarzysta i skrzypek Jan Mikyska oraz perkusista Attila Gyárfás – będzie swobodnie improwizować w formule ad hoc, zatem spotkają się na scenie po raz pierwszy. Obok Bratysławy, Pragi i Budapesztu ważną stacją trasy koncertowej będzie właśnie Poznań. W roli lokalnego suportu wystąpi ad hoc trio – saksofonista i klarnecista Michał Giżycki, gitarzysta Paweł Doskocz oraz perkusjonalista Michał Joniec. Dodajmy, iż projekt przewiduje także warsztaty instrumentalne, które poprzedzą koncert główny wieczoru.

Maj także przyniesie dwa wydarzenia koncertowe. Najpierw w niedzielę 12-ego zagra duet The Void Of Expansion, czyli belgijski gitarzysta Dirk Serries i norweski perkusista Tomas Järmyr. Obaj są bez wątpienia klasykami Improwizowanego dark ambientu, współtworzą m.in. formację Yodok III. To prawdziwa gratka dla wielbicieli mrocznych, niekończących się opowieści na mglistą gitarę elektryczną i masywną, rockową perkusję. Ten koncert, to powrót do Dragona Serriesa, festiwalowego headlinera z roku 2019, którego znamy również z wielu swobodnie improwizowanych nagrań na gitarze akustycznej.

Z kolei 23 maja do Dragona zawita trio swobodnie improwizujących artystów, których zaliczyć możemy do grona młodych gniewnych europejskiej muzyki kreatywnej – japońska pianistka Rieko Okuda, duński kontrabasista Asger Thomsen oraz niemiecki saksofonista Jonas Engel. Z pewnością wielbiciele tzw. technik rozszerzonych i dźwięków posadowionych blisko ciszy będą tego wieczoru zachwyceni.

W wymiarze spontanicznym wiosna, tak jak w kalendarzu gregoriańskim, kończy się w czerwcu. Wtedy to właśnie będą miały miejsce kolejne dwa wieczory z muzyką improwizowaną. Pierwszego dnia miesiąca zagra międzynarodowy, free jazzowy kwartet Gravelshard, który tworzą niemiecki gitarzysta Olaf Rupp, świetnie znani w Polsce przedstawiciele Półwyspu Iberyjskiego – portugalski trębacz Luis Vicente i katalońsko-portugalski perkusista Vasco Trilla, wreszcie niemiecki Amerykanin, kontrabasista John Hugnes.

Na koniec wiosennej przygody czeka nas formacja Teeth, która zabierze nas w zdecydowanie elektroakustyczną podróż. Grupę tworzą Skandynawowie: Anders Filipsen na instrumentach klawiszowych, Herman Müntzing obsługujący elektronikę oraz najbardziej rozpoznawalny w tym gronie, wielokrotny uczestnik spontanicznych wydarzeń w Dragonie, perkusista Håkon Berre. Każdy z artystów w arsenale swoich środków rażenia będzie miał także tzw. obiekty, na ogół amplifikowane. Ten koncert odbędzie się 11 czerwca.

 

Wiosenne koncerty Spontaneous Live Series:

17 kwietnia, Vol. 58 – MOVE: Yedo Gibson - saksofon, Felipe Zenícola – gitara basowa, João Valinho – perkusja + Michał Sember - gitara/ Ryszard Lubieniecki – akordeon

28 kwietnia, Vol. 59 – Quadrilateral Sound Exchange: Paulina Owczarek – saksofon altowy, Daniel Kordik – elektronika, Jan Mikyska - viola da gamba, gitara elektryczna i Attila Gyárfás - perkusja, gardon + Ad Hoc Trio: Michał Giżycki – saksofon, klarnet basowy, Paweł Doskocz – gitara elektryczna, Michał Joniec – instrumenty perkusyjne

12 maja, Vol. 60 - The Void Of Expansion: Dirk Serries - gitara, Tomas Järmyr – perkusja

23 maja, Vol. 61 – Trio: Asger Thomsen – kontrabas, Rieko Okuda - fortepian, Jonas Engel – saksofon, modyfikowana trąbka kieszonkowa

1 czerwca, Vol. 62 – Gravelshard: Olaf Rupp - gitara, Luis Vicente – trąbka, John Hugnes - kontrabas, Vasco Trilla – perkusja

11 czerwca, Vol. 63 – Teeth: Anders Filipsen – instrumenty klawiszowe, Herman Müntzing – elektronika, obiekty amplifikowane, Håkon Berre – perkusja, obiekty, elektronika




piątek, 4 czerwca 2021

Yodok & Pupillo! Stratosphere! Scatterwound! Ringhof! D.L. & Lindholm! The Midira’s dark taste of spring!


Dziś zapraszamy do krainy mrocznego ambientu na spektakle dźwiękowe, które zdają się nie mieć konkretnego początku, a już na pewno nie mają definitywnego końca! Nie będziemy jednak chill-outować w wygodnym hamaku, tudzież raczyć się delikatnymi, młodzieżowymi używkami, raczej stawać będziemy w obliczu egzystencjalnych pytań o miejsce dźwięku w kosmosie i skutki cierpliwego powtarzania fraz aż do ich nieistniejącego końca.

W części przypadków pozostawać będziemy w orbicie muzyków dobrze nam znanych. Przypomnimy sobie, iż nasza ulubiona formacja improwizowanego dark ambientu – Yodok – ma także swoją wersję prymalną, niezakładającą w niej udziału belgijskiego gitarzysty Dirka Serriesa. Tego ostatniego spotkamy jednak na kolejnej płycie, gdzie będzie istotnym Kolaboratotem muzyka ukrywającego się pod pseudonimem Stratosphere. Będzie nim także tajemniczy N, z którym zetkniemy się zresztą chwilę później, na kasecie, która zawiera najnowsze dzieło duetu Scatterwound. Duet ów tworzą zarówno rzeczony N, jak i wspomniany sekundę wcześniej Dirk Serries. Wreszcie na kilka chwil zanurzymy się w projektach, które zagoszczą na naszych łamach zdecydowanie po raz pierwszy, czym uroczo domkniemy prezentację pięciu wiosennych nowości niemieckiego labelu Midira Records.

Emocji zatem nie zabraknie! Uwaga, nie trzeba zakładać ciemnych okularów - z mroku egzystencji nie wyłonimy się choćby na ułamek sekundy!

 


Yodok & Massimo Pupillo  V (Midira, CD 2021)

Pisana po rzymsku Piątka, to studyjne spotkanie oryginalnego duetu Yodok (Kristoffer Lo – amplifikowana tuba i flugabone, gitara barytonowa oraz Tomas Järmyr - perkusja) i włoskiego basisty Massimo Pupillo, którego zapewne pamiętamy choćby z formacji Zu. Muzycy improwizowali przez niemal pełną godzinę zegarową, produkując nieprzerwany strumień dźwiękowy.

Rozciągnięta w czasie opowieść rodzi się w prawdziwych bólach kreacji, a wszystkie procesy introdukcyjne, aż po przecięcie pępowiny, trwają niemal dziesięć minut! Zaczynają amplifikatory, które szumią i syczą niewykorzystaną mocą. Potem pojawiają się pierwsze pasma ambientu, które niepokoją nastrojem i niemal stoją w miejscu. Pierwsze znaki życia zestawu drummerskiego, to połowa 8 minuty. Akcja właściwa zaczyna ślamazarnie wykluwać się ze skorupy cierpliwości dopiero w połowie 11 minuty, gdy od strony Lo coś zaczyna efektownie podśpiewywać (ach, ta jego tuba!). Po upływie kwadransa do ognia dolewa drummer, który rysuje pętle, ale także preparuje dźwięki. Garść usterkowych brzmień dodaje Pupillo, który jak na razie przysypia, a ciekawiej zaczyna frazować dopiero w połowie 21 minuty. Akcję napędza w każdym razie perkusja, bo ambientowe strumienie z dęciaków wciąż grzęzną w mule narracyjnym. Pojawiają się także tajemnicze dźwięki, które być może pochodzą z gitary barytonowej. Całość wszakże nabiera rumieńców, a moc zdaje się płynąć z każdej strony - bas szeleści brudnym fuzzem, czasami nawet sprzęga się, a perkusja trzyma wszystko w ryzach meta rockowej improwizacji.

Czyste, długie i kojące frazy ambientu pojawiają się na powrót dopiero w okolicach 37 minuty. Ten specyficzny stopping daje jednak sygnał do budowania kolejnego spiętrzenia, które osiąga swój szczyt ledwie po kilku minutach – tuba śpiewa, stopa perkusji bije jak serce wszechświata, a bas dudni dopełniając obrazu najlepszego momentu tego nagrania. W 50 minucie perkusja na kilka chwil milknie, ale towarzystwo nie zdejmuje nogi z gazu. Emocje rosną, drony niskiego i wysokiego rejestru przenikają się wzajemnie. Powrót perkusji wyznacza ostatni dziś atak mrocznych sił! Finałowe fajerwerki, to plejada dźwięków ze strony każdego muzyka, dźwięków, które krzyczą, ale i swobodnie zamierają. Ostatnia minuta drży post-ambientem i ciszą wygasłego drummingu.

 


Stratosphere  Collaborations II (Midira, CD 2021)

Edycja muzyki ambientowej często szczędzi nam szczegółów w zakresie czasu i miejsca powstania danego nagrania, jego trybu realizacji, a także danych personalnych samych artystów. Zatem, któż kryje się pod pseudonimem Stratosphere nie wiemy – być może produkuje on dźwięki wyłącznie za pomocą gitary, być może korzysta także z elektronicznego akcesorium. Dużo więcej wiemy o muzykach, których zaprosił na kolejną edycję swoich Collaborations. W utworze pierwszym wspomaga go kolejny muzyk-anonim Ashtoreth, który koncertuje się na produkowaniu ambientu z przetworzonej elektronicznie wokalizy (zapewne własnej). W drugim utworze pojawia się gitarzysta N, którego znamy m.in. ze współpracy z Dirkiem Serriesem. Ten zaś belgijski gitarzysta posadawia się na płycie w utworze trzecim i wraz z perkusistą Tomem Malmendierem, pozostanie na niej aż do końca. W ostatnim, piątym utworze słyszymy wszystkich artystów, jacy zaprezentowali się w poprzednich częściach, a także – na dokładkę – kolejnego naszego dobrego znajomego ze świata ambientu, gitarzystę Aidana Bakera. Pięć improwizowanych części trwa łącznie prawie 65 minut.

Pierwszą opowieść budują rozlegle strumienie czystego ambientu, udanie wchodzące w zwoje elektronicznie przetworzonego głosu, którego śpiewny flow ciekawie kontrapunktuje post-gitarowe frazy. W tej magmie chill-outu z czasem pojawia się pewien zgiełk niepokoju. W kolejnej części do bazowych fraz gospodarza nagrania dołącza drugi gitarzysta, zatem nie dziwi fakt, iż obaj muzycy budują narrację mnożącymi się wątkami gitarowymi. Epizod rozpoczyna basowy loop, a po kilku jego powtórzeniach całość nabiera odrobinę syntetycznego posmaku i zdecydowanie bardziej mrocznej aury. W ramach uroczych zdobień, na flankach słyszymy garść post-akustycznych dźwięków.

Począwszy od trzeciej części jakość ambientowych ekspozycji definitywnie rośnie, co jest efektem działań nowego gitarzysty, ale także, a może przede wszystkim, intrygujących improwizacji perkusisty, który buduje swoją opowieść akustycznymi frazami, dba o rezonujące talerze, czy generuje garść dźwięków preparowanych na suchej glazurze werbla i tomów. Mroczny nastrój nie opuszcza muzyków, improwizacja nabiera intensywności i w swojej końcowej fazie brzmi, niczym najlepsze wersje formacji Yodok III. Czwarta improwizacja zdaje się być na tle poprzedniczki znacznie łagodniejsza, kreowana dźwiękami zdecydowanie wyżej zawieszonymi. Sam drumming pachnie tu rockową piosenką bez tekstu, a basowe inkrustacje dopełniają obrazu. Szczęśliwie narastająca retoryka ambientu zagęszcza flow i wyrzuca ekspozycję poza nawias rockowych skojarzeń. Ostatnia część, grana już niezłą watahą muzyków, zaczyna się w niemal pogrzebowym tempie. Czyste i zabrudzone fale ambientu, blask talerzy, wokalna mgławica - wszystko to lepi się w strumień dźwięków, który z czasem wstaje z grobu, zaczyna gęstnieć i ponownie pachnieć yodokowym spleenem. Kilkunastominutowa improwizacja ma kilka faz, chwilami sprawia wrażenie, iż powoli zamiera, by na ostatniej prostej znów efektownie nabrać wiatru w żagle.

 


Scatterwound x Duane Pitre  CB (Midira, Kaseta 2021)

Duet gitarzystów – Dirk Serries i N – zagrał onegdaj pewien krótki, ale bardzo intensywny performance w belgijskim Merksem, w miejscu zwanym Zamkiem Bouckenborgh. Dokumentację tego wydarzenia fonicznego usłyszymy na pierwszej stronie kasety. Na drugiej zaś – miks owego koncertu, dokonany przez Duane’a Pitre. Całość odsłuchu nie zajmie nam więcej niż 33 minuty.

Gitarowy, dość grubo ciosany ambient tworzą tu dwa drony. Jeden, wysoko posadowiony, zdaje się stać w miejscu, drugi – mroczny, pełen kosmicznego brudu, pick-up’owych zniekształceń, nadciąga z daleka i raczej nie budzi przyjaznych reakcji. Oba pasma mroku nie zadają pytań i nie czekają na zbyteczne odpowiedzi – one kompulsywnie wyją post-gitarową transcendencją, niepozbawioną posmaku psychodelicznego rocka. Płyną niczym gęsta struga krwi, którą jedna gitara brudzi, drugi zaś stara się filtrować czystszymi frazami. Muzycy kreślą wyjątkowo długie pętle, a w tle budują delayami i przetwornikami prawdziwe piekielny background. Na finał flow łagodnie, rozlewa się w szersze koryta, ale to nie jest rodzaj odrodzenia, to jedynie powolne konanie.

Druga strona kaseta zdaje się ów ciężki trud dwóch gitarzystów od razu silnie skompresować, pozbawić oddechu i sprowadzić do wąskiej strugi syntetycznego, surowego post-ambientu. Całość wydaje się być wyjątkowo daleka od oryginału, stanowi raczej nową narrację zupełnie innego autora. W połowie seta coś delikatnie pulsuje, jak zepsuty mechanizm nieznanego urządzenia. Opowieść zdaje się wybrzmiewać, tracić moc, nabierać niemal dubowej poświaty. W końcu wydaje nam się, iż słyszymy pierwotne frazy gitar, ale umieszczone w takiej odległości od naszych receptorów słuchu, iż mogą one być jedynie złudzeniem.

 


Ringhof  Ballad For Heavy Lids (Midira, Kaseta 2021)

Przed nami kolejna anonimowa postać, Ringhof, która przy użyciu brzmień elektronicznych (wszakże nie bez posmaku naturalnych dźwięków) zabiera nas w intrygującą podróż po bezdrożach ambientu, opowieść uformowaną w jeden strumień dźwiękowy, acz podzielony na cztery części, które łącznie trwają około 35 minut.

Pieśń otwarcia budują fale czystego ambientu, które wykonują jakby drogę odwrotną w stosunku do reguł gatunku. Wraz z upływem czasu, z gęstego, wieloelementowego strumienia zaczynają wyodrębniać się jego poszczególne składniki, by na końcu pozostawić nam jedynie basową pulsację. Opowieść ma bardzo molowy, ale niezbyt mroczny nastrój i bazuje na wielokrotnych powtórzeniach. Kolejna część, do której docieramy bez chwili ciszy, zdaje się być bardziej mroczna, z czasem nabiera też bardzo syntetycznej intensywności. Nie stroni wszakże od blasku bardziej czystych fraz. Muzyk po raz kolejny stawia na szerokie spectrum możliwości brzmieniowych i form ambientowego frazowania – od czystego piekła po siarczyste niebo!

Trzecia część tej samej historii budowana jest zarówno przez basowe, matowe frazy, jak i błękitny niemal ambient. Wszystko tu funkcjonuje na zasadzie pewnego dysonansu brzmieniowego. Górne frazy płyną leniwie, środkowe i dolne pulsują. A na finał znów czeka nas mała dekonstrukcja, pewnego rodzaju rozwarstwienie dźwięków. Ostatni etap tej intrygującej podróży zaskakuje najbardziej - muzyk co rusz dostarcza nam dźwięki, które kojarzyć moglibyśmy z żywą akustyką. Coś pulsuje, ktoś ciągnie za struny, coś innego drży i skwierczy. Oto misterna pajęczyna syntetycznych brzmień, które szukają (udanie!) swych akustycznych korzeni. Ów konglomerat niespodzianek wieńczy fala czystego ambientu, głosząc swój niemal epicki triumf narracyjny. Ale … ostatni dźwięk zdaje się być prawdziwie gitarowy!

 


Jean D.L. & Otto Lindholm  Apophenia (Midira, Kaseta 2021)

Pod ostatnią dziś nowością wydawniczą Midiry podpisuje się dwóch muzyków, z których jeden częściowo ukrywa swoje dane personalne. O samym nagraniu wiemy jedynie tyle, iż powstało podczas trzech nocnych sesji (improwizowanych?), a muzycy używali w ich trakcie gitary i kontrabasu. Zbudowali dalece intrygujący konglomerat mrocznych soundscapes i dronowych pasaży. Podzieli go na siedem odcinków, które trwają łącznie 45 minut z sekundami.

Trzy apofoniczne kwadranse z misterną plecionką dalece fascynujących dźwięków zdają się idealnie reasumować nasze spotkanie z midirowym dark-ambientem. Na początek muzycy serwują nam mroczne pasma niemal czystego ambientu, ale dobywające się jakby z samego dna głębokiej krypty. Wokół bazowego strumienia fonii krążą półdźwięki, urywane frazy, sprawiające wrażenie, jakby źródłem ich pochodzenia były żywe, wręcz akustyczne instrumenty. Flow jest definitywnie wielowątkowy, niepozbawiony tajemniczych szumów i szmerów. W drugiej części słyszymy dźwięki strun basu i gitary. Brzmienie tej drugiej jest delikatnie sfuzzowane. W koniec tej części coś zaczyna podśpiewywać, jakby pijane skrzypce połączone zostały do prądu niewielkiej mocy. Kolejną narrację zdaje się tworzyć głównie gitara, ale jej dźwięk płynie w magmie post-industrialnych mikro hałasów. Opowieść pełna wątków i pomysłów narracyjnych gaśnie pojedynczym, akustycznym dźwiękiem.

Czwarty epizod budowany jest z drobnych, niemal akustycznych fraz, które rezonują ambientowym echem, a komentowane są szeptem, który dociera do nas z bardzo daleka. W piątej części powraca posmak industrialu. Gęste, post-gitarowe strumienie, małe sprzężenia, lejące się przez ręce z czerstwym delayem. W przedostatniej części bas sugeruje post-rockowe frazy, pracuje echo, a gitarowe pick-upy zdają się tańczyć w niemal dubowej poświacie. Utwór kończy cała plejada wysokich, dość kanciastych fraz. W zakończenie płyty powraca czysty ambient, ale znów stawia wiele znaków zapytania. Dubowy pogłos, a nim kawalkada rozśpiewanych dronów o różnej intensywności i chropowatości, która kończy się nagle, wraz z drastycznym wyrwaniem kabla z gniazda zasilania.

 

 

sobota, 14 listopada 2020

Dirk Serries in 2020’ Autumn! A multidimensional overview for your pleasure!


Ultrapandemiczna jesień nie pozwala na organizację w pełni żywych koncertów (choć część festiwali odbyła się jakimś cudem, niektóre nawet ze śladowym udziałem publiczności!!!), ale w jakikolwiek sposób nie ogranicza aktywności edytorskiej muzyków i wydawców, szczególnie w obszarze muzyki improwizowanej, gdzie przecież powstanie każdego nowego nagrania stanowić może pretekst do jego publikacji.

Jeden z absolutnych faworytów redakcji, belgijski gitarzysta Dirk Serries, nie dotarł niestety na czwartą edycję pewnego krajowego festiwalu spontanicznego, ale jakby w zamian za to (a może pomimo tego) dostarczył nam w ostatnich tygodniach prawdziwy ocean dźwiękowych wspaniałości. Dziś pochylimy się nad pięcioma jesiennymi premierami z jego kluczowym udziałem. Płytami tak od siebie różniącymi się, jak tylko różnić się mogą dźwięki powstałe w głowie i pod palcami jednego człowieka.

Zaczniemy improwizowanym dark ambientem naszej ulubionej formacji Yodok III, potem uciekniemy na dwa swobodnie wykreowane sety kwartetowe, które zaprezentują nam m.in. improwizację powstałą w więcej niż jednym wymiarze czasoprzestrzeni (pandemia wymusza nowe rozwiązania w zakresie organizacji spotkań międzyludzkich!). Kolejna płyta przeniesie nas do krainy muzyki minimalistycznej, improwizowanej w oparciu o graficzne notacje, a ostatnia znów zaprosi w bezmiar jedynego w swoim rodzaju dark ambientu, tym razem w klasycznym dla Serriesa wydaniu – na samotną gitarę elektryczną, tu zrealizowanym w pandemicznych okolicznościach tegorocznego września.

 


Yodok III  A Dreamer Ascends (Consouling Sounds, LP/CD)

Tomas Järmyr (perkusja), Kristoffer Lo (amplifikowana tuba i flugabone) oraz Dirk Serries (gitara elektryczna) preferują na swojej drodze artystycznej długie, rozbudowane prezentacje koncertowe, a do studia nagraniowego trafiają raptem raz na kilka lat. Dziś doświadczamy właśnie drugiego z tych przypadków (ORA Studio, Trondheim, Norwegia, grudzień 2017), dodatkowo skrojonego pod wymiar płyty analogowej, zatem wyjątkowo krótkiego, przeto niebywale skondensowanego w zakresie treści i należnych im emocjom. Jeśli brakuje wam czasu na odsłuch koncertowych epopei Yodok III, tu dostajecie ideę tej niebywałej muzyki w prawdziwej pigułce. Dwie improwizacje, łącznie 33 minuty i 20 sekund.

Perkusyjna stopa na bębnie basowym bije sercem tej opowieści. Na prawej flance budzą się do życia dwa pasma ambientu – jedno śpiewa i romantycznie zawodzi, drugie wyje z rozpaczy. Po drugiej stronie sceny pojawia się strumień szorstkich, ale zdecydowanie gitarowych dźwięków. W tle szeleści, pulsuje jeszcze nie do końca rozgrzany amplifikator. Pełnowymiarowy drumming pojawia się w połowie czwartej minuty i zdaje się ciągnąć ambientowe pasma ku wzgórzom ekspresji. W opowieści wciąż pojawiają się nowe elementy, drobne, czasami krótkotrwale (nie bez rockowego posmaku), ale definitywnie ubogacające całość ekspozycji. Wejście narracji na poziom ściany dźwięku możemy ogłosić po upływie siódmej minuty. Przez kolejne siedem minut – choć to trudne do wyobrażenia - muzycy utrzymują się na krzywej wznoszącej, eskalują emocje i poziom ekspresji, aż do efektownego wybrzmienia.

W drugą improwizację wchodzimy niemal niezauważeni, w sam środek dość już intensywnych wydarzeń. Rozgrzana perkusja i kilka syntezatorowych pasm z tuby, zapewne także z gitary, uroczo się ze sobą kotłuje. Opowieść płynie szerokim korytem, można w niej odszukać drobne wątki podszyte tajemniczą nostalgią. Flow nabiera epickości, prawdziwie ekspresjonistycznego rozmachu twórczego. Trzech ludzi zdaje się budować dźwiękowy masyw godny orkiestry symfonicznej. Już jednak po upływie czwartej minuty scenę spowija zaskakująca cisza – drummer milknie, a ambientowe pasma gasną, jak ostatnie promienie słońca w trakcie przedwczesnego zmierzchu. Muzycy bez zbędnej zwłoki zdają się kreować nowy wątek – dron meta syntetycznej fonii stoi niemal w miejscu, a wybudzona z chwilowego letargu perkusja zaczyna kręcić się wokół własnej osi. Żywy drumming w tajemniczej mgławicy. Zimny, bardzo zimny Yodok! Muzycy zdają się mieć kilka chwil zawahania, albowiem dopiero w połowie ósmej minuty zamglona gitara i pasma dość piskliwego ambientu z tuby zaczynają budować coś na kształt narracji właściwej. Pojawia się pasmo basowe, tuż obok niego niemal żywa tuba, która śpiewa melodię. Drumming rośnie w siłę z każdą sekundą. Opowieści przybywa mroku i suspensu. W tym rosnącym tyglu emocji, w połowie trzynastej minuty tuba zaczyna nagle nucić spokojną piosenkę. Dysonans ów pcha opowieść do przodu. Po kilku kolejnych minutach wszystkie dźwięki jednocześnie płaczą i krzyczą. Egzystencjalna pustka i dźwiękowa ściana, która nie ustępuje choćby na krok. Nim wybije dziewiętnasta minuta, przy wciąż aktywnym drummingu, opowieść zaczyna przygasać. Coś gwiżdże, coś piszczy, śpiewa i oddycha – mamy wrażenie, że w miejsce ginącej muzyki pojawia się gwar publiczności, która choć zdematerializowana światowym lockdownem, wciąż pozostaje z muzykami, nawet w pustce studyjnych pomieszczeń. Dźwięk urywa się nagle, słychać tylko irytujący szelest wygaszonego amplifikatora.

 


Ward/ Verhoeven/ Serries/ Roberts  Imaginary Junction (A New Wave Of Jazz, CD)

Zmieniamy klimat gatunkowy (to dziś reguła!) i przynosimy się do … dwóch miejsc jednocześnie! Martina Verhoeven (fortepian) i Dirk Serries (gitara akustyczna) znajdują się w belgijskim Sint-Lenaarts, zaś Cath Roberts (saksofon barytonowy, obiekty) i Tom Ward (flet, klarnet, klarnet basowy) w angielskim Brockley. Obie pary połączone są globalną siecią i aplikacją JackTrip, dzięki czemu słyszą się (i pewnie widzą) w czasie niemal rzeczywistym. Wspólnie zatem improwizują, mimo, iż znajdują się po przeciwległych stronach kanału oddzielającego Imperium Brytyjskie od Starego Kontynentu. W samym środku pandemicznego lata 2020 owa zdalna free impro trwa godzinę zegarową i kilkanaście sekund, a na płycie składa się z dwóch części.

Kwartet binarnej rzeczywistości rusza w bój z pewną nieśmiałością. Muzycy – choć są razem dzięki urokom nowoczesnych technologii – zapewne czują odległości pomiędzy sobą. Ale już pierwsze dźwięki (błysk suchej gitary, szelest strun piana, urywane, dęte frazy) powodują, iż wszelkie wątpliwości natury komunikacyjnej mijają bezpowrotnie. Pierwsza faza improwizacji, to próby nawiązywania wzajemnych kontaktów metodą call & responce. Wystarczy jednak kilka silniejszych uderzeń w czarne klawisze, by kwartet ruszył zwartym szykiem na swoje pierwsze łowy (powagi sprawie dodaje rozśpiewany saksofon barytonowy). Już w połowie 5 minuty muzycy po raz pierwszy szukają własnych oddechów i bawią się z ciszą. Po chwili lepią się w dron i szukają nowej intrygi – ptasi harmider na brytyjskich flankach, a w belgijskim środku deep piano i baileyowska gitara, wszyscy mają tu coś ciekawego do powiedzenia. W kolejnym epizodzie z ciszą po raz pierwszy pojawia się flet, przedmioty na gryfie gitary i piano, które szuka akustycznego ambientu. Nastrój chwili unosi się w powietrzu, niczym baletnica. Po wybiciu 15 minuty kwartet porzuca jednak niuanse dramaturgiczne i rusza w eksplozywne, niemal free jazzowe tango. Gdy artyści znów wytracą moc, tym, który zakłóca pozorny spokój jest masywny baryton. Ów ciekawy dysonans estetyczny prowadzi do wykreowania na niedługą chwilę dalece minimalistycznej improwizacji, która smakować zaczyna estetyką idei Tonus, jakże charakterystycznej dla niektórych przedsięwzięć Serriesa (patrz: inna dzisiejsza recenzja). Flow ciągnie klarnet basowy i piano, gitara i baryton snują komentarze, a reakcje zazębiają się na tyle intensywnie, iż kwartet dość sprawnie osiąga emocjonujący status ognistego post-jazzu. Po osiągnięciu szczytu powraca flet i klimat seta chyli się ku kolektywnego zakończeniu. Tu mistrzynią okazuję się Martina i jej głębokie frazy z pudła rezonansowego piana.

Drugi set otwiera duży klarnet, a opowieść tworzą drobiazgi, które lepią się do siebie w dość nerwowym, niepokojącym trybie. Smyczek i czarne klawisze rysują narrację, która przypomina Different Trains Reicha na lekkich sterydach. Rytm zostaje z nimi przez dłuższą chwilę, po czym rozpływa się w abstrakcjach post-jazzu. Pierwsze skutecznie uspokojenie następuje dopiero w połowie 8 minuty, głównie z inicjatywny klarnetu basowego i piana. Garść akustycznego rozgardiaszu - coś szumi, coś szemrze, kilka stempli piana. Nastrój chwili robi się dalece kameralny, a frazy stają się dłuższe i bardziej wyważone. Ów jakże piękny moment sesji gaśnie do poziomu ciszy w połowie 21 minuty. Finałowa partycja rodzi się z drobnych fonii, znów zaczyna przypominać tonusowe, minimalistyczne gry w kreatywne zaniechanie. Pojedyncze frazy, flet, pianistyczne abstrakcje. Dźwięki nabierają wprawdzie intensywności, ale w ogóle nie szukają dynamiki. Serce narracji obumiera pod ciężarem klawiszy fortepianu.

 


Rubicon Quartet  Crosscurrents (A New Wave Of Jazz, CD)

Okoliczności pandemiczne pozostawiamy w ich niebycie i cofamy się do grudnia ubiegłego roku. W studiu Sunny Side Inc., w brukselskim Anderlechcie, spotykamy muzyków, którzy zwą się Rubicon Quartet. Patrick De Groote (trąbka, bugel), Cel Overberghe (saksofon altowy) oraz uczestnicy poprzedniej improwizacji - Dirk Serries (gitara akustyczna) i Martina Verhoeven (fortepian) będą improwizować przez siedem odcinków - łącznie 56 i pół minuty.

Kolejny dziś kwartet zaprasza nas na podróż nieco bardziej przewidywalną estetycznie i dramaturgicznie niż pandemiczny meeting dwóch duetów. Muzycy wciąż będą swobodnie improwizować, jakkolwiek częściej sięgać po stricte jazzowe rozwiązania, w czym celował będzie saksofonista, który najwyraźniej w bardziej uporządkowanej stylistyce czuje się lepiej niż w żywiole emocji, które zdają się pozwalać na wszystko. Pierwsza opowieść potwierdza tezę recenzenta. Krótkie otwarcie gitary, kilka stempli i kwartet rusza kolektywnie w pierwszą, niemal free jazzową podróż. W połowie utworu zaczyna się faza duetowa. Najpierw dość wystudiowany dęty dialog, potem odrobinę ciekawiej w zwarciu piana i gitary, a na finał już naprawdę dobrze w swobodnej rejteradzie na trąbkę i gitarę. Drugą część otwiera podmuch gorącego powietrza z trębackiego wentyla. Po kilku komentarzach kwartet rusza w kolejną eskapadę ociekającą jazzowym ogniem. W drugiej fazie improwizacji muzycy schodzą w okolice ciszy i tutaj także zdają się być bardzo przekonujący. Trzecią opowieść zaczyna solowy saksofon, pracujący niemal samymi dyszami. Posmak suchych strun i trębackich oddechów wkleja się po pewnym czasie. Narracja uroczo się ślimaczy, instrumenty gadają ze sobą o wszystkim i o niczym, a finałowe emocje zawdzięczamy głównie rozochoconym dęciakom. Czwarta część przenosi nas w nieco inne kategorie emocji. Metoda call & responce muzycy budują piękną opowieść, nie stroniąc od preparacji i świetnie na siebie reagując. Gitara dodaje ciepła, piano przestrzeni, zaś trąbka i saksofon nieco balladowego zaśpiewu.

Piąta improwizacja rodzi się w tubach saksofonu i trąbki. Gitara buduje niezobowiązujące tło, parska post-Baileyem, nie stroni od na poły dynamicznego riffowania, a piano liczy czarne klawisze. Mroczna, kolektywna narracja pęcznieje niemal samoczynnie, a gaśnie w jazzie saksofonu altowego. Na starcie kolejnej opowieści preparująca trąbka naprawdę dużo wymaga od siebie. Gitara wchodzi dopiero po minucie, a dość energiczne piano - po kolejnej. Nie brakuje emocji, choć studzą je saksofonowe plastry miodu, które pojawiają się pod koniec opowieści. Wreszcie finałowa narracja – kolejne dobre intro kreuje trąbka. Pierwsze podłącza się piano, ciągnąc za sobą kanciaste i zadziorne wstęgi dźwięków. Saksofon wrzuca kilka śpiewnych fraz, gitara trzyma jarzmo dyscypliny. Tempo rośnie, emocje buzują. Krótkie solo gitary, a zaraz potem, błyskotliwa ekspozycja tria (bez saksofonu), która lepi wszystkie napotkane dźwięki i preparuje je. Tuż przed upływem 9 minuty, od dawna milczący alt daje znak życia i bierze na swoje barki zakończenie płyty. Pozostałe instrumenty godzą się na takie rozwiązania bez wydania choćby jednego dźwięku.

 


Tonus  Monograph 50 (Fort Evil Tapes, Kaseta) *)

Jesienią 2018 roku obchodziliśmy pięćdziesiąte urodziny Dirka Serriesa. Obok wielu nowych płyt, były też liczne koncerty. W ramach odchodów głównych, w belgijskim Rijkevorsel, w świetnie nam znanym klubie De Singer odbył się koncert formacji Tonus, która – czytający te łamy wiedzą to świetnie! – improwizuje w oparciu o notacje graficzne Serriesa (tu, specjalna edycja urodzinowa), przy okazji czyniąc wszystko w rytualnej powolności, w duchu kreatywnego minimalizmu i … dobywając bardzo ciche dźwięki. Zapraszamy na odsłuch koncertu, w trakcie którego Tonus przybrał postać sekstetu złożonego niemal wyłącznie z naszych dobrych znajomych. Na scenie, 13 października pojawili się: Patrick De Groote (trąbka, bugel), Dirk Serries (gitara akustyczna, akordeon), Benedict Taylor (altówka), Martina Verhoeven (fortepian), Nils Vermeulen (kontrabas) oraz Colin Webster (saksofon altowy). Na dwóch stronach kasety pomieściło się dokładnie 73 minuty i 7 sekund muzyki.

Pierwszy set urodzinowego Tonusa skoncentrowany jest na płynnych, trwających frazach (być może stevensowskie sustained piece byłoby określeniem całkiem na miejscu), budowanych przez kolektyw muzyków, drugi zaś set kreują dramaturgicznie pojedyncze akordy fortepianu i wybrzmiewające w ślad za nimi frazy akordeonu, które przedzielane interwałami ciszy, obudowywane są improwizacjami pozostałych instrumentów. Set pierwszy zatem rodzi się w plamach brzęczących strun, które oczekując na to, co może się za chwilę wydarzyć, szukają fonii i wtapiają się w płynący szerokim strumieniem, akustyczny ambient czegoś co nie jest już ciszą, ale nie jest jeszcze narracją właściwą. W owym strumieniu słyszymy większość instrumentów płynących w demokratycznym porządku, ale od czasu do czasu, któryś z nich zdaje się przez moment wybijać na pierwszy plan. Pierwszym tego przykładem jest akordeon, który płynie ledwie słyszalnym półdźwiękiem, a towarzyszą mu oddechy z tuby saksofonu i trąbki. Dopiero po wybiciu 7 minuty na pierwszy dźwięk decyduje się pianistka. Wysyła jeden akord, który plącze się pomiędzy pasmami wyboistej ciszy. W tak zwanym międzyczasie zasadniczy strumień dźwięku wydaje się delikatnie rozwarstwiać. Szczególnie dotyczy to fraz kreowanych przez dęciaki. Swoje trzy bezcenne sekundy ma też altówka i smyk na gryfie kontrabasu, który w połowie 18 minuty wydaje barokowy okrzyk, ale po chwili milknie. W połowie 24 minuty więcej od siebie daje trąbka, znów próbę życia podejmuje smyczek, a zaraz potem saksofon. Narracja serwuje nam mały szczyt, po czym znów opada w kłębowisko ciszy. Wentyle i struny szumią, dysze pulsują, tuby oddychają, młoteczki piana bawią się w perkusjonalia. Po wybiciu 36 minuty połykamy już wyłącznie duże porcje ciszy, a w tle szumi ambient z akustycznej gitary.

Drugi set, zgodnie z zapowiedzią – akord piana, cisza, fraza akordeonu, cisza, budzące się z tejże ciszy mikro improwizacje pozostałych instrumentów i … cisza. Przez cały czas trwania tej części muzycy skrupulatnie trzymają się z góry obranego scenariusza. W ramach części improwizowanej, budowanej przez kontrabas, altówkę, trąbkę i saksofon, dzieje się wszakże sporo, a elementów godnych uwagi odnajdujemy całe mnóstwo. Z upływem czasu można odnieść wrażenie, iż notacja pozostawia owej czwórce improwizatorów coraz więcej miejsca i czasu na bardziej swobodne działania. Dęciaki i strunowce zdają się żyć już własnym życiem, swawolić i pięknieć, jakkolwiek akord piana i fraza akordeonu wciąż przypominają im, gdzie są i do czego zmierzają. Dużo dźwięków zdaje się dostarczać trąbka, której zdecydowanie po drodze jest z altówką. Mimo, iż konwencja utworu chwilami pęta muzykom ręce, narracja pod koniec seta delikatnie pęcznieje, zagęszcza ścieg, a instrumenty dęte zdają się szukać wspólnej płaszczyzny narracji z akordeonem. W fazie ostatecznego wybrzmiewania struny delikatnie skomlą, a trąbka bulgocze na sucho.

 


Dirk Serries  Live At De Loods, Stramproy (NL) (Bandcamp, DL 2020)

Na ostatni dziś spektakl zapraszamy do … wiejskiej stodoły (farmer's warehouse)! Połowa września br., holenderskie Stramproy. Dirk Serries na gitarze elektrycznej w nieprzerwanym strumieniu dźwięków, trwającym blisko 85 minut. Jak sugeruje tytuł, nagranie live, choć brak danych o ewentualnej publiczności.

Gitarzysta rozpoczyna opowieść serwując nam od razu kilka wątków ambientu, które płyną dość szeroką ławicą. Niektóre z nich wydają się lekkie, jak pawie pióra, inne zdają się być odrobinę bardziej syntetyczne w smaku. Wszystko pulsuje do wewnątrz i na zewnątrz w prawdziwe klasycznym dla gatunku wydaniu. Po upływie kilkunastu minut narracja zaczyna zlewać się już do jednego koryta, a wszystkie wątki stają się niemal bliźniacze. Dźwięk przygasa w okolicach 20 minuty i po chwili ciszy Dirk rozpoczynać już może nowy epizod koncertu. Tym razem pasma gitarowego ambientu są bardziej intensywne, migoczą, pulsują, pełne są nerwowych splotów i tajemniczych fraz. Ambientowe Twin Peaks zaczyna panowanie w naszej stodole! Opowieść płynie jednak dość leniwie, a po czasie, wzorem wątku pierwszego, rozpływa się w szerszy strumień. Groza sytuacji wydaje się przygasać, w przeciwieństwie do urody ekspozycji. Nim muzyk postanowi przejść w trzecią fazę spektaklu, z oddali dobiegnie do nas jeszcze coś na kształt meta krzyku, małego stempla kolejnej nierozwiązanej tajemnicy.

Zapowiadany epizod trzeci rozpoczyna swoje mgliste życie po 42 minucie seta. Płynie do nas nieco gęstsze pasmo dźwięków, ale zdecydowanie spokojniejsze niż miało to miejsce w wątku poprzednim. Odrobinę relaksująca, wysoko zawieszona, niemal podniebna eskapada, trochę jak poranny błysk słońca. Moc czystego ambientu wypełnia nam receptory słuchy, a uczucie czysto fizycznej przyjemności definitywnie rośnie. Na kolejny epizod – z pewnością ostatni – czekać musimy aż do początku drugiej godziny koncertu. Po niemal pełnym zejściu do poziomu ciszy Serries buduje nowe pasma, bardziej syntetyczne w brzmieniu, delikatnie zabrudzone, znów wysoko zawieszone. Po raz kolejny pojawia się znany już nam nerw strachu, rodzaj dramaturgicznego niepokoju. Po paru pętlach emocje jednak wygładzają się, a niepewność jutra jakby słabła. Muzyka nabiera dodatkowej przestrzeni, staje się jeszcze bardziej nierealna. Wygaszanie owego relaxing stream muzyk postanawia rozpocząć około siedmiu minut przed ostatecznym zakończeniem, które wyznacza długość zapisanej w elektronicznym pliku ścieżki dźwięku.

 

*) Nagranie Monograficzne, to nie koniec tegorocznych nowości Tonusa. Recenzji pierwszej polskiej płyty formacji, zarejestrowanej podczas jednego z lokalnych spontanicznych festiwali, spodziewajcie się niebawem.

 

 

 

piątek, 20 marca 2020

Yodok III - From Silence to The End! The New Live Performance’ Collection!


Yodok III – niebywała formacja złożona z gitary elektrycznej, amplifikowanej tuby i perkusji - w ciągu mijającej dekady wyniosła improwizowany dark ambient do rangi sztuki. Jesteśmy z nią od pierwszego dźwięku, jaki wydała i dziarsko donosimy o jej wszelkich aktywnościach edytorskich (linki do starych tekstów na końcu dzisiejszej opowieści).

W trudnych czasach zarazy życie muzyczne winno toczyć się dalej. Na przełom września i października trio zapowiada nową płytę (pierwszą studyjną od sześciu lat!) i skromną trasę koncertową. Niektórzy czynią wiele, by zahaczyła ona o Polskę i pewien ambitny festiwal muzyki improwizowanej w Poznaniu. W oczekiwaniu na ów zacny fakt, muzycy w styczniu br. zamieścili na swojej stronie bandcampowej zbiór koncertów (dokładnie ośmiu!), które nie były dotąd publikowane.

Historia każdego koncertu grupy Yodok III wygląda mniej więcej tak samo - od ciszy wyczekiwania na pierwszy dźwięk po finałową ścianę dźwięku. Scenariusz ten sam, wykonanie zawsze inne, wszak mówimy o muzyce improwizowanej! A na scenie wygląda to mniej więcej tak:

Gitara elektryczna, przystawki, przetworniki dźwięku - po lewej stronie sceny, patrząc z perspektywy odbiorcy. Tuba i flugabone (instrument dęty, coś pomiędzy tubą a trąbką) podłączone do amplifikatorów wielkiej mocy, po prawej. Na samym środku, pełnowymiarowy zestaw perkusyjny (…). Gitarzysta nazywa się Dirk Serries i na ogół siedzi na krześle, mając swój iskrzący prądem instrument strunowy rozłożony na kolanach. Tubista, to Kristoffer Lo. W trakcie koncertu na ogół klęczy. Obok leży wielka tuba, która jest dramatycznie okablowana. Muzyk dmie w nią właśnie w pozycji na kolanach i manipuluje potencjometrami. Perkusista - Tomas Järmyr zasiada za zestawem bębnów i talerzy. W jego przypadku trudno o inną pozycję. *)

Zapraszamy do odbycia z nami ośmiu niebanalnych podróży dźwiękowych!




Jazzhouse  45:13 (Kopenhaga, 28.04.2017)

Ciemność sceniczną narusza delikatny ambient gitary, któremu towarzyszy szmer talerzy. W tle coś miarowo dudni, potem przestaje i znów powraca. Pierwsze dźwięki z prawej strony sceny dobiegają do nas w połowie 6 minuty – pasaż Lo brzmi bardziej gitarowo niż ambient Serriesa. Narracja formuje się w dwa strumienie ambientu i towarzyszące im bijące serce stopy perkusyjnej. W połowie 13 minuty tuba**) śpiewa już pełnym gardłem, gitara idzie w ślad za nią, a perkusja dla odmiany milknie. Narracja płynie wytrwale, ma swoją dynamikę, ale pozostaje łagodna i emocjonalnie wyważona. Z czasem narasta, a rolę koła zamachowego zdaje się pełnić przed wszystkim perkusja. Przy okazji prawa flanka zaczyna generować kolejne pasma krzyczącej fonii. Po krótkim wyhamowaniu (perkusja jest czujna!), począwszy od 29 minuty, delikatnie rozhisteryzowana tuba daje sygnał do budowania finałowej ściany dźwięku. Proces ten zajmie muzykom około 10 minut. Każdy z instrumentów dodaje coś od siebie, a gitara dodatkowo nabiera rockowego posmaku. Gdy wreszcie wall of noise wejdzie w fazę szczytową, najgłośniejszym instrumentem na scenie okaże się podłączona pod stertę kabli tuba! Tłumienie rozgrzanego do czerwoności płomienia narracji zaczyna się po upływie 41 minuty koncertu. Na samym jego końcu cichnąca tuba i bijące serce perkusyjnej stopy gaszą światło w sposób kardynalny.




Handelsbeurs  39:51 (HA! Festival, Gent, 29.04.2017)

Z mroku wyjątkowo ciężkiej nocy budzą się dźwięki oblepione porcjami ciszy. Coś grzmi z oddali, ale milknie. Narracja buduje się kolektywnie ambientem gitary, cichym drummingiem po samych talerzach i elektroakustycznymi repetycjami po stronie tuby. Wszystko z delikatną dominacją Serriesa, który snuje piękny chill-out. Opowieść toczy się wyjątkowo stabilnie. Na obu flankach sporo się dzieje, ale muzykom daleko do jakichkolwiek eskalacji. Spirala emocji idzie w ruch dopiero w połowie 18 minuty – tuba płynie szerokim strumieniem, z dużą dawką repetycji, perkusja pracuje w pełnym rynsztunku, a gitara podkręca potencjometr. Po 25 minucie Lo wchodzi w swoją ulubioną fazę amplifikowanego, śpiewnego meta krzyku. Järmyr ma ochotę zatańczyć, a Serries poszaleć na strunach. Efektem działań całej trójki jest zwiewna, lejąca się wyjątkowo szerokim korytem lawa hałaśliwego dźwięku. Od 35 minuty faza flow down dzieje się równie urokliwie – ta uwaga dotyczy nade wszystko tuby, która repetuje z wątkami pobocznymi. Gitara w ambientowej toni, kreśląca piękne meta riffy i łabędzi śpiew dęciaka są z nami do ostatniego dźwięku najkrótszego ze znanych nam, wyedytowanych koncertów Yodok III.




AB  01:15:28 (Dirk Serries' Epitaph event, Bruksela, 08.04.2018)

Sprzęgające się dźwięki generuje najprawdopodobniej sam amplifikator, jakkolwiek udziału sprawczego muzyków nie należy w tym wypadku wykluczyć. Pętlą się i zgrzytają, w tle zaś szeleści skromny ambient. Gitara stawia mikro plamy, brzmiące wszakże bardzo … gitarowo. Narracja tkana z drobiazgów płynie uroczo żółwim tempem. Po 6 minucie tuba zaczyna wydawać dźwięki na poły akustyczne – oddycha i parska, cała drży amplifikacją. Lo, niczym hydra o stu twarzach, jest tu nam w stanie zaserwować każde zdarzenie foniczne! Po kolejnych kilku minutach gitara pulsuje, perkusja zagęszcza ścieg, a tuba repetuje, szumi i krzyczy krótkimi frazami syntetyki. Po kilku kolejnych – tuba wręcz … gwiżdże (Lo, mała orkiestra elektroakustyczna!). Muzycy wchodzą w stan wyższej mocy tuż przed upływem 20 minuty koncertu, nadal wszakże stawiają kroki z rozwagą i pieczołowitością (tuba dmie niczym statek parowy!). Najwyższy bieg zostaje włączony krzykiem tuby z siarczystym posmakiem rocka, a dzieje się to w 27 minucie. Full drumming i soczysty, masywny ambient gitary, dokładają swoje i w 35 minucie następuje apogeum pierwszego wątku koncertu. Po kilku minutach muzycy bystrze się tłumią, a na scenie pozostaje jedynie półdźwięk szeleszczących, jakże żywych perkusjonalii.

Zegar koncertu tyka w niemal zupełnej ciszy. Nowy wątek rodzi się na gryfie gitary, płynie z samego jej dna. Szmer szczoteczek, delikatnie drżące talerze i żywa tuba z oddali - narracja budowana jest na palcach, gently slow motion! Na bardziej aktywne działania muzyków musimy poczekać do 56 minuty – na flankach pęcznieją dwa strumienie ambientu, perkusja dokłada do ognia. Każdy pasmo fonii dodaje milimetr po milimetrze na skali potencjometru. Całość nabiera zarówno mroku, jak i rockowej ekspresji. Znów krzyk tuby wieści zbliżanie się do ściany dźwięku. Ambient rozdziera szaty, perkusja grzmi metalami ciężkimi. Finał koncertu jest niemalże epicki, bardzo efektywny fonicznie. Schodzenie w kierunki ciszy zaczyna się w 72 minucie. Ostatnie dźwięki wydają talerze.




MTC  58:21 (Kolonia, 23.02.2019)

Wprowadzenie do koncertu budują głównie dźwięki syntetyczne i post-syntetyczne – dron martwego ambientu, elektroakustyczne pulsacje i skwierczenia. Przeciwległe flanki okablowanego ambientu ślą rwane frazy inside/outside. Perkusja nieśmiało włącza się do gry talerzami w połowie 6 minuty. Strona, za którą odpowiada Lo niemal zionie pyłem piekielnym - dark & black beauties! Dla odmiany Serries staje na palcach i chce sięgać nieba! Narracja wciąż pulsuje, Lo dorzuca do ognia pomysł na pomysłem – demon wcielony! Opowieść wydaje się dość nietypowa dla Yodoka, głównie z uwagi na niebywałą kreatywność tubisty. Jego instrument śpiewa jak zazwyczaj, ale jednak innym głosem. Po 18 minucie cała trójka dość szybka wpada we wrzątek – szalejący Tomas jest sprawcą tego incydentu! Po kolejnych pięciu minutach stoją już pod ścianą dźwięku – prawdziwe wichry wojny! Nawet ambient gitary rży tu jak stado bawołów! Moc jest z nimi do 27 minuty, gdy kolektywnie postanawiają gasnąć – tuba śpiewa z oddali, a drummer zamiata szczoteczkami w kierunku ciszy. Gdy zostanie sam, pogrąży go mrok, z którego drogę wyjścia wskaże elektroakustyczne skwierczenie na prawej flance.

Talerze i półdźwięk gitary wprowadzają nas w nowy wątek koncertu. Tuba zaczyna delikatnie podśpiewywać, towarzyszą jej zgrzyty i przepięcia mocy, które niczym katarynka zaburzają ład i spokój narracji. Opowieść toczy się powoli, definitywnie w poszukiwaniu czystych form – ambient gitary, śpiew dęciaka, mikro perkusjonalia. Stan pełnej czystości osiągają dopiero w 40 minucie, gdy wszyscy, po obu stronach sceny, wpadamy w repetytywny chill-out. Przy okazji odnotowujemy, iż od wielu chwil nie ma z nami perkusji. Ta ostatnia powraca w połowie 48 minuty i nakręca spiralę emocji. Ściana, do której dążą muzycy, staje przed nimi w 52 minucie. Wszystko zdaje się śpiewać, krzyczeć, meta radośnie zawodzić – galopujący drummer i dwa pasma całkowicie wyzwolonego ambientu. Gasną po osiągnięciu stanu zastygłej lawy.




Verkstedhallen  03:41:25 (As We Fade Out Into The Sweet Stream Of Oblivion, dance/multimedia project, Trondheim, 07-09.05.2018)

Na finał naszych dzisiejszych podróży po niezbadanych przestrzeniach dark ambientu, cofamy się do roku 2018, by uczestniczyć w spektaklu audio-wizualnym pod nazwą własną Yodok IX’ As We Fade Out Into The Sweet Stream Of Oblivion. Dziewiątka w tytule bardzo zasadna, albowiem trójkę naszych bohaterów wspierają ci, których moglibyśmy zobaczyć, gdybyśmy byli tam wtedy, a zatem tancerki (Mari Flønes, Ingeborg Dugstad Sanders, Live Strugstad), mistrz oświetlenia (Ingrid Skanke Høsøien), scenografii video (Pekka Stokke) oraz dźwięku (Håkon Dalen). Ceremonia składać się będzie z czterech odsłon.

Session 07.05.18. Niskie pasmo dźwięków pulsuje miarowo, a wysokie fonie tuby pną się ku górze, by zaraz drastycznie opaść. Cisza, wyjący dzwonek alarmowy, elektroakustyczne repetycje małych fraz i mozolnie budujący się ambient gitary, to kolejne elementy składowe narracji. Pierwszy wzrost aktywności muzyków ma miejsce po 9 minucie (wejście perkusji), a po kilku następnych – pulsary ambientu zaczynają budować flow, który momentami pracę Tomasa nawet zagłusza. Konsekwencja muzyków doprowadza ich do pierwszej tego dnia ściany dźwięku w okolicach 28 minuty, która choć rozlana, zdaje się być wyjątkowo głośna. Wyjście z ciszy, która ją komentuje, następuje w 36 minucie, gdy stopa na bębnie basowym i szemrzące amplifikatory organizują nowy wątek narracji. Budowany jest on w ciepłej aurze elektroakustyki. Po upływie 43 minuty szorstkie i dygoczące z zimna fale ambientu, wspierane talerzami, z inicjatywy Lo obierają kierunek eskalacji. Wszystko wydaje się tu lepić w jeden masywny, dronowy flow, który pnie się ku górze przy wtórze śpiewającej, a potem krzyczącej tuby, a także drummingu Tomasa, który bije na alarm, niczym dobosz. Noise for ever zamiera nagle, jakby ktoś brutalnie odciął zasilanie (plug out!).

Session 08.05.18.  Przestrzeń drży post-elektroniczną głębią, Lo manipuluje przetwornikami, a wszystko wydaje się być rozsiane dużym pogłosem. W okolicach 10 minuty tuba zaczyna śpiewać, brzmiąc nad wyraz gitarowo. Pierwsze uderzenie w talerz ma miejsce chwilę później – misterna plecionka, komentowana flanką Lo, która brzmi niczym syntezator. Z czasem wszyscy muzycy nabierają masy i mocy, pełni syntetycznej zadumy. Idą ku górze, ale szczyt narracji osiągają dość szybko i bez typowych dla Yodok parametrów dobrego hałasu. Następuje cisza, która drży suchym werblem i matowymi talerzami, a potem odnajduje ambient gitary, który na kilka chwil całkowicie przejmuje dowodzenie. Lo szuka zaczepki dużym prądem, ale nie jest zbyt konsekwentny. Narrację zdają się budować teraz szczoteczki, w tle których systematycznie, ale ślamazarnie budują się nowe ambienty. Serries zanurzony jest w mroku, Lo w zadumie, a całość zdaje się nabierać wręcz dubowego, rozkołysanego posmaku. Wybicie 50 minuty koncertu przypomina już nalot dywanowy, a powstająca jakby mimochodem ściana dźwięku zdaje się być wyjątkowo urokliwa. Ambient gitary pulsuje, perkusja grzmi pełnym, rockowym rynsztunkiem, a tuba rozdziera się melodyjnie wniebogłosy. Flow finalizuje się znów metodą plug out.

Afternoon Session 09.05.18.  Coś płynie, coś plumka, dźwięki lekkie, jak pawie pióra. Gitara szuka prądu, tuba realizuje pre-dźwięki, perkusja czyni podobnie. Intro zdaje się być wyjątkowo tajemnicze i mroczne, nawet jak na kanony Yodok. W połowie 7 minuty świst z tuby na mega pogłosie budzi nawet umarłych. Po 13 minucie ambient Serriesa pulsuje, ambient Lo grzmi, fermentuje na potęgę, a deep drumming rodzi się w bólach. Sukcesywnie budowany flow gaśnie niespodziewanie po 24 minucie bez noise’owego orgazmu. Nowy wątek rodzi się na suchym werblu i w pieczarze tuby. Gitara nabiera czerstwości, masy i siły niejako przy okazji. Flow, choć wielobarwny, realizuje się bez udziału perkusji. Gdy ta ostatnia w końcu wejdzie do gry i po raz pierwszy tego dnia przyjmie pełny zakres obowiązków, narracja ruszy w kierunku ściany dźwięku. Finał, na który składają się dwa wyraźne wątki, skrzy się epickością i mocą rażenia w połowie 46 minuty. Gaśnie równie błyskotliwie.

Premiere 09.05.18.  W migoczącej małym prądem ciszy coś budzi się do martwego życia. Suche oddechy inside/outside, pre-syntetyczne peregrynacje. Oto ambient, który rodzi się w bólach. Gdy w końcu włączy się deep drumming, wszystkie dźwięki zioną już mrokiem i niepokojem. Tuba swoją arię śpiewu, przy akompaniamencie elektroakustyki, zaczyna po upływie 10 minuty. Moc staje się udziałem wszystkich po 16 minucie – od lewej: dark ambient, deep drums and blues & green ambient! Nie bez akcentów fonicznej histerii, flow wspina się na szczyt, ale go nie osiąga. Zaskakujące spowolnienie następuje w połowie 21 minuty. Syntetyczna cisza migocze i repetuje tuż potem. Narrację plecioną z mikro elementów i meta percussion buduje Lo samodzielnie. Źródła dźwięku zdają się krążyć po scenie – ambient płynie tym razem środkiem, percussion snuje na lewej flance, a tylko elektroakustyczna repetycja Lo zdaje się być na swoim miejscu. Narracja pęcznieje wyjątkowo wolno, a każdy krok stawiany jest dalece rozważnie. Przed upływem 40 minuty tuba już śpiewa, oślepiając światłem mglistego poranka, ambient gitary osiąga coraz gęstszą teksturę, a prawa flanka sprzęga się i czerstwieje. Flow płynie bardzo szerokim strumieniem, ale mimo włączenia full drummingu, daleki jest od poziomu hałasu typowego dla tej fazy koncertu Yodoka. Szczyt następuje po 47 minucie, gdy tuba zaczyna skrzeczeć na poły syntetycznie, gitara atakuje ambientem, który przypomina rockowe riffy, a pełnokrwiste bębnienie zwiastuje nadchodzący finał. Ten dzieje się znaną już z tego wydawnictwa metodą plug out.


Wszystkie nagrania dostępne są na stronie https://yodokiii.bandcamp.com/


*) cały tekst dostępny tutaj:

Inne recenzje płyt Yodok III:

**) nie wiemy dokładnie, w których momentach koncertu muzyk, miast tuby, używa flugabone (przy wysokim poziomie amplifikacji trudno to zdiagnozować bez obrazu), zatem dla czystości przekazu werbalnego, recenzent za każdym razem wspomina jedynie o tubie, mimo, iż za dany dźwięk może odpowiadać akurat … flugabone.


czwartek, 7 marca 2019

Dirk Serries: In Ambient We Trust!


Ostatnimi czasy belgijski gitarzysta Dirk Serries zdaje się koncentrować na muzyce improwizowanej, na rozwijaniu edytorskiej inicjatywy A New Wave Of Jazz, ale … wiele wskazuje na to, iż wciąż ciągnie wilka do lasu!

Jako Vidna Obmana, a potem Fear Falls Burning, stał się klasykiem muzyki określanej, nie bez przyczyny, mianem dark ambient. Najpierw stosując akcesoria elektroniczne, potem zaś gitarę elektryczną, wyniósł te niekończące się pasma płynnych dźwięków do rangi sztuki wyjątkowej. W ubiegłym roku płytą Epitaph, wydaną u progu 50 urodzin, symbolicznie pożegnał się z tą stylistyką.

Nowy rok zdaje się przeczyć tym artystycznym postanowieniom. Oto bowiem na przestrzeni 7 tygodni ukazują się aż cztery tytuły z istotnym udziałem Serriesa, które śmiało umieszczają nasze receptory słuchu w niebywałej otchłani mrocznych dźwięków, pośród kawalkady dronów, które w takim samym stopni nie mają naznaczonego początku, jak i zdefiniowanego końca.

Pierwsza z omawianych dziś płyt miała swoją premierę pod koniec stycznia, druga w lutym, a dwie kolejne oficjalnie staną się historią gatunku już 15 marca! A na połowę kwietnia zapowiadana jest premiera nowej płyty Fear Falls Burning!





Yodok III  ‎This Earth We Walk Upon (Consouling Sounds, CD 2019)‎

O formacji zwanej Yodok III czytelnicy tej strony wiedzą dokładnie wszystko! This Earth We Walk Upon, to ich siódme wydawnictwo, w tym piąte zarejestrowane na koncercie. Na scenie obiektu zwanego Dokkhuset (Trondheim, Norwegia), spowici w mgłę i mrok, pojawiają się: Tomas Järmyr - perkusja, Dirk Serries - gitara elektryczna oraz Kristoffer Lo – tuba i flugabone (przypomnijmy: silnie amplifikowane). Październik 2016 roku i 63 minuty nieprzerywanego czymkolwiek, niesamowitego strumienia dźwiękowego.

Introdukcja prowadzona jest na talerzach i werblu, nie rodzi się w otchłani rozgrzewających się amplifikatorów, jak to ongiś bywało. Pierwsze dźwięki gitary Dirka, bardzo delikatnym zresztą strumieniem, pojawiają się dopiero po upływie 120 sekund, co zdaje się być skutkiem faktu, iż Tomas na moment zamilkł. Muzyka kroczy do nas wyjątkowo małymi krokami, jak zawsze jednak z samego dna ciszy. Po upływie kolejnej minuty, słyszymy dźwięki tuby, ale być może, to tylko drżenie talerzy drummerskich. Muzycy, choć płyną, zdają się stąpać po wyjątkowo cienkiej powłoce lodowej. W 6 minucie, najprawdopodobniej ze strony gitary, dociera do nas nowe pasmo mikrodronowe. Towarzyszą mu dźwięki, które moglibyśmy uznać za preparację talerza. Krok po kroku, repetycja za repetycją, narracja buduje się z mozołem i potem na czole. Tuba definitywnie rodzi się dopiero w 12 minucie i osadza na prawej flance, gdzie pozostanie do końca spektaklu. Mijają kolejne minuty, a narracja wciąż nie wychodzi ze stadium prenatalnego, jest wyjątkowo cicha i spokojna, pomimo dużej aktywności Tomasa. Poczynania jego partnerów delikatnie przybierają na sile dopiero w 20 minucie – na obu flankach zdają się płynąć swoiste meta melodie, przez moment nawet wspólnym strumieniem. Po trzech kolejnym minutach, na tle rozbrzmiewającej ciszą tuby, dociera do nas coś na kształt drobnego spiętrzenia energii, metalicznego zadzioru na gryfie gitary. Tuż obok nierozpoznane do końca źródło dźwięku pulsuje.

W 25 minucie recenzent już chyba śmiało ogłosić może wyjście ze strefy ciszy – Dirk dodaje nowy strumień fonii, dźwięk tuby także gęstnieje i zdaje się wchodzić w dialog z perkusją. W 30 minucie, po skromnym wytłumieniu, ta ostatnia milknie i rozpoczyna się nowa rozmowa na skrzydłach sceny. Ów moment moglibyśmy określić mianem dark folk, tuba brzmi bowiem nad wyraz akustycznie. Po chwili zostaje sama i śpiewa pieśń odkupienia. Dirk zdaje się stać w miejscu, Tomas jedynie opiera się o talerz. Spod niego wyłaniać zaczyna się szczególny rodzaj rytmu, jakby Szwed zwoływał nieobecnych na sabat. Tuba proponuje nową warstwę narracji, gitara czyni to samo – jakby układali stos, plama na plamie. 40 minuta, to kolejny przejaw rosnącej aktywności Dirka – proponuje wciąż nowe partie fonii. Tomas gra rytm, ale nie nadużywa mięśni rąk, Kristoffer cudownie repetuje. Być może właśnie w tej chwili spektakl osiąga swoją foniczną pełnię. Eksplozja urody, mrocznej witalności, moc nowych pąków i strzelistych łodyg. Marsz po wieczne szczęście w tonacji molowej - dark & sad ambient w rozkwicie! 46 minuta i obie flanki zdają się zwiększać moc na wejściu! Definitywnym kierunkiem narracji staje się kulminacja! Tomas i jego perkusja pokazują masywny, rockowy pazur! Do ściany dźwięku Yodok III dociera około 55 minuty. Elementy składowe tejże są następujące: post-rockowy ambient gitary, doom metal perkusji, wreszcie psychodeliczne post-fusion tuby! Trzy strumienie fonii w pełnym rozbłysku! Stopowanie następuje w połowie 60 minuty koncertu. Jest jednak bardzo nieradykalne, wręcz ślamazarne. Gaszenie płomienia toczy się wedle wskazań rytmicznych demonicznej stopy na bębnie basowym. Tuba ciągnie melodię, gitara zatopiona w ambiencie. Gdy stopa milknie, drony na obu skrzydłach wydają z siebie ostatnie westchnienia.




The Void Of Expansion Governed By Decay (Dunk!Records, LP + CD 2019)‎

Jeśli Serries i Järmyr, w trakcie mrocznych i pełnych niepokojących dźwięków, muzycznych podróży, zagubią gdzieś tubistę Lo, nie tracą rezonu i występują jako duet. Także on ma swoją historię, spisaną srebrnymi literami na tych łamach, a zwie się The Void Of Expansion. Przed nami ich trzecie wydawnictwo, niezwykle efektywne edytorsko, albowiem składa się z winyla i płyty kompaktowej. Dwie strony tego pierwszego i jeden trak tego drugiego, dają nam łącznie 68 i pół minuty muzyki, zarejestrowanej w okolicznościach studyjnych, w dobrze nam znanym miejscu – brukselskim studiu Sunny Side, w maju 2017 roku.

Pierwszy dźwięk gitary dociera do nas z prawdziwych głębin amplifikatora, niemal z drugiej strony membran. Pod spodem zdaje się płynąć inny dron, który przypomina meta drumming i brzmi wysokimi dźwiękami. Bynajmniej jego sprawcą nie jest jednak Tomas. Pierwszy bowiem sygnał życia od perkusisty otrzymujemy dopiero po 120 sekundach (i są to drżące talerze). Jego ruchy zdają się być bardzo plastyczne, a struktura narracji od startu gęsta, ale stosunkowo delikatna. Mniej więcej w 7 minucie flow duetowej ekspozycji osiąga już poziom głośności, który pozwala nam uznać introdukcję za zakończoną (przy okazji, omawiany przed momentem koncert Yodoka, potrzebował na ów proces niemal 30 minut). Ekspozycja gitarzysty jest już niezwykle bogata – płynie dołem, górą i samym środkiem! Po 12 minucie perkusista wpada w pierwszą, rockową kipiel, która jakże udanie kontrapunktuje falę posuwistych dronów partnera.  Te zaś zaczynają ciekawie się rozwarstwiać, dzielić na mniejsze jednostki przesyłowe. Pierwsza opowieść tłumi się po ustaniu działań perkusyjnych, gdy drony zdają się odpływać w niebyt. VOE – rodzaj wariacji na temat Yodoka, muzyka bardziej intensywna, gęstsza, nawet czupurna – notuje bystry recenzent.

Poszarpana, delikatnie sprzęgająca się pętla na gryfie gitary wprowadza nas w drugą opowieść. Jak pozytywka puszczona w ruch, będzie z nami do samego końca. Szuka wewnętrznego rytmu i repetuje.  Płynny, brudny i zadziorny flow, z odrobiną noise na brzegach. Tomas wkracza do akcji po 90 sekundach, i to on zaczyna budować narrację tej części, systematycznie dorzucając do ognia. Dirk wypuszcza pasmo czystego ambientu, która niczym mgła, opada na pierwotną pętlę, a dzieje się to w 6 minucie. Nowy dron wisi, trwa niczym wielogodzinne medytacje AMM, potem pęcznieje i szuka zwady. Wsparcie drummerskie, solidne, choć bez fajerwerków. Ilość składowych narracji rośnie, także po stronie aktywności Tomasa. Kierunek – eskalacja! Szczyt muzycy osiągają po 15 minucie. Monumentalna, epicka narracja, która po paru chwilach bezboleśnie przechodzi w stan wygaszania. Talerze samodzielnie wieńczą proces.

Trzecia opowieść wita nas głuchą ciszą, pustym tembrem amplifikatorów. Pierwszy dźwięk przypomina wysoko zawieszony sygnał alarmowy, które niesie wyłącznie złe wieści. Uprzedźmy przebieg wypadków – zostanie on z nami po kres tej historii. W tle rodzi się wyjątkowo skromny drumming. W 4 minucie dron gitarowy, uprzednio zagubiony w przestrzeni kosmicznej, staje się naszym udziałem. Demonicznie kroczy i rozwarstwia się na mniejsze partie fonii. Tomas intensywnie czyści werbel drummerskimi szczoteczkami. Silent ambient as well! Pierwsza burza zaczyna grzmieć w oddali około 13 minuty. Masywny dron zaczyna niepokojąco falować outside & inside. Narracja buduje się wyjątkowo mozolnie, ale cierpliwość i konsekwencja są udziałem obu muzyków. W 20 minucie flow przypomina ciecz, na kilka chwil przed całkowitym zgęstnieniem. Dirk zdaje się tworzyć trzy, a nawet cztery wątki jednocześnie. Tomas krąży wokół własnej osi i dynamizuje przekaz. Muzyka, step by step, osiągać zaczyna stan wrzenia. Eskalacja wyjątkowej urody, pełna noise’owego chaosu sytuacyjnego i metalowego bębnienia. Stopowanie, choć znów dość nagłe, zdaje się być wyjątkowo stylowe. Ostatnie dźwięki, to chrobot werbla i … sygnałówka, która towarzyszy muzykom od pierwszej sekundy tej opowieści.




Scatterwound  M.N (Midira Records, CD 2019)

Na dwa koncerty przenosimy się do dużego obiektu sakralnego w niemieckim Bochum (Christuskirche). Najpierw na scenie pojawia się dwóch gitarzystów. Pierwszym z nich jest Dirk Serries, drugi zaś ukrywa się pod tajemniczym szyldem N. Dociekliwy Pan Redaktor w mig ustala, iż faktycznie nazywa się on Hellmut Neidhardt i po części pełni tu rolę gospodarza. Muzycy przyjmują imię Scatterwound i wyposażeni w znacznych rozmiarów amplifikatory, tudzież stoły mikserskie, zajmą nam dokładnie 37 minut i 57 sekund, by opowiedzieć swoją historię jednym, gęstym strumieniem mrocznych dźwięków. Rzecz dzieje się w lutym 2017 roku.

Szelest ciszy, drżenie murów, krew amplifikatorów – po 90 sekundach po prawej stronie sceny zaczyna łomotać pierwszy z gitarowych dronów. Ten po lewej czyni podobnie, ale z pewnym opóźnieniem. Ten wcześniejszy zdaje się delikatnie smakować syntetyką, jest szorstki w dotyku i zabrudzony, jakby na lekkim przesterze, ten późniejszy - czysty jak łza dziewicy. Oba zjawiska foniczne płyną szerokim strumieniem, falują niczym połać chłodnego oceanu. Narracja jest nieco monotonna, ale intensywna, gęsta, chwilami ocierająca się o noise, zwłaszcza po prawej stronie. Jej flow narasta, ale zmienność w czasie i przestrzeni przyjmuje mikroskopijne rozmiary.

Dopiero w 19 minucie opowieści recenzent ponownie chwyta za pióro. Gitarzysta posadowiony na prawej flance (najprawdopodobniej ów tajemniczy N) delikatnie zdejmuje nogę z gazu. Gitarzysta na lewej flance (najprawdopodobniej Dirk) niemal niezauważalnie wygasza swój puls. Dwie minuty później tenże ostatni muzyk bierze głębszy oddech i rusza w nową podróż. Brudzi swoje brzmienie, wpuszcza do strumienia fonii opiłki post-harsh-electronics. Prawa strona narracji poddaje się odwrotnemu procesowi – czyści brzmienie i snuje typowy, ambientowy flow. Być może wszakże, cała operacja, to jedynie efekt zmiany parametrów na stole mikserskim. Ciąg dalszy opowieści ponownie nabiera cech dużej stabilności i artystycznie uzasadnionej monotonii. Fluktuacja zdarzeń w obu strumieniach gitarowej mocy jest dalece filigranowa, choć przyznać trzeba, że lewa strona wykazuje się większą aktywnością. Z czasem ów proces pogłębia się, a prawa strona zdaje się stać już w miejscu. W efekcie scenę obezwładnia jeden silny strumień fonii, z elementami hałasu, niczym rozlewająca się, gorąca lawa. Dark & black harsh ambient. Od 35 minuty następuje wygaszanie opowieści. Prawa strona tli się niczym pogorzelisko, lewa bezceremonialnie milczy. Po całkowitym wybrzmieniu i chwili zawahania – moc jakże zasłużonych oklasków z drugiej strony sceny.




Thisquietarmy / Dirk Serries / Tom Malmendier  Hell (Midira Records, CD 2019)

Mija kolejnych osiem miesięcy, jesteśmy ponownie w obiekcie sakralnym w Bochum! Serriesowi towarzyszą tym razem: Eric Quach na gitarze (pod artystycznym szyldem Thisquietarmy) oraz Tom Malmendier na perkusji. Ich wersja Piekła potrwa 41 minut i 11 sekund. Będzie, co chyba oczywiste, nieprzerwanym ciągiem dźwięków.

Od pierwszego śladu fonii – perkusyjny puls, drżenie jednej z gitar, plamy z drugiej. Z jednej strony spokój, z drugiej - mgła przed oczyma i mrowienie w kręgosłupie. Filigranowa narracja, budowana przez dwa systematycznie, ale relaksująco narastające drony gitarowe - jeden jakby nieco mosiężny, drugi skromny, jakby nieśmiały. Jeśli ten pierwszy grzmi szorstkim tembrem, to drugi pętli się na gryfie. Flow obu rośnie sukcesywnie, z blaskiem oniryzmu. Perkusista, zatopiony w kreowaniu swojego świata, pełnego improwizowanego blichtru, prawdziwie wyzwolonego drummingu, zwinnie przedziera się przez fonie dronów, zdaje się dyktować tempo, stymulować dynamikę, pchać ów dark ambientowy strumień dźwięków ku niespodziankom, jakie przynieść może sytuacja sceniczna. Gitara Erica topi się w ciągłych zmianach, szuka nowych wątków i jest niecierpliwa. Gitara Dirka stawia na spokój i konsekwencję w działaniu. Każda z nich na swój separatywny styl, a wspólnym dla nich mianownikiem jest budowanie skały na fundamencie perkusyjnym. W 13 minucie perkusista milknie, pozostawiając obu dronom czas na wybrzmienie i rozpoczęcie nowej części opowieści. W chmurze talerzowego rezonansu, post-elektroniczny spleen zdaje się na moment gasić płomień narracji.

Odbiorca nie zaznaje jednak ciszy, albowiem z prawej strony sceny swe życie rozpoczyna nowa opowieść - spokojna, wolnostojąca, pulsująca, ciemna, ale i relaksująca. Na tym tle perkusista rozpoczyna preparować dźwięki elementów składowych swojego zestawu drummerskiego. Piękna, żywa, tryskająca urodą fonia. W tak zwanym międzyczasie do gry wchodzi druga gitara – buduje coś na kształt repetytywnej post-elektroniki. Tak oto, w tyglu kościelnej meta rzeczywistości, doświadczamy trzech strumieni o ponadgatunkowej różnorodności. W 18 minucie wszystkie te wątki zaczynają się pętlić, współgrać ze sobą, akustycznie interferować. Jakże doskonały moment koncertu! Lewa gitara pełna psychodelii, prawa po uszy zatopiona w ambiencie, po środku eksplozja kreacji ze strony perkusji! W 21 minucie Tom dynamizuje opowieść, jego maszyna drummerska zostaje puszczona w ruch. Rytm, tempo i cuda na obu flankach! Po kolejnych trzech minutach perkusja tłumi się dość mocno i wtapia w bezmiar gitarowych dronów. Pozostanie już w tym stanie do końca koncertu, od czasu do czasu, akcentując wyczyny gitarzystów talerzowymi ornamentami lub salwami werblowych mikro eskalacji.

Królestwo ambientu obejmuje bezwarunkowe panowanie na scenie. Choć doświadczamy być może najspokojniejszego fragmentu koncertu, emocje zdają się buzować na scenie. 21 minuta i na tle pulsujących dronów pojawia się gitarowe frazowanie, kind of guitar dark chill-out, co tworzy fantastyczny dysonans estetyczny. Fale ambientu zalewają umocnienia na brzegach. Wszystko wokół zdaje się poddawać temu zjawisku i rezonować. Flow narracji gęstnieje, pęcznieje, rozrasta się niczym pajęczyna. Każdy dźwięk na scenie zdaje się zlewać do jednego strumienia. Ściana dźwięku staje się udziałem wszystkich uczestników spektaklu. Z Nieba do Piekła! Perkusji udaje się incydentalnie przebijać na powierzchnie gęstej skorupy narracji, wychylać głowę ponad powierzchnię oceanu harsh ambientu. Wyciszenie, pulsacja, ambient, cisza. Sekwencja działań toczy się nad wyraz wartko. Oklaski na koniec zdają się brzmieć niemal metafizyczne.


Linki do recenzji ambientowych prac Dirka Serriesa: