Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Asger Thomsen. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Asger Thomsen. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 24 września 2024

Jonas Engel in Brutage duo with Asger Thomsen and in Fogel solo!


Niemiecki saksofonista Jonas Engel będzie gościem 8.edycji Spontaneous Music Festival w Poznaniu. Artysta z Kolonii w kolejny czwartek, 3 października, otworzy imprezę setem solowym na saksofon i elektronikę. Dzień później zagra w sensacyjnie zapowiadającym się duecie ad hoc z pewną tajemniczą, belgijską pianistką.

Nim te doniosłe fakty nastąpią, zanurzamy nasze recenzenckie szpony w jego ekscytującym duecie z duńskim kontrabasistą Asgerem Thomsenem, a potem solowym występie dętym, urokliwie degenerowanym elektroniką.



 

Brutage

Engel i Thomsen odbyli na progu bieżącego roku trasę po Europie, w tym także po Hiszpanii. Z koncertów zagranych w Madrycie, Sewilli i Barcelonie wykroili album. Epizody pierwszy i trzeci trwają tu w okolicach dziesięciu minut, ten andaluzyjski ponad dwadzieścia. Muzyka akustyczna, podana na powabnej kasecie bez jakichkolwiek działań post-produkcyjnych – to uwaga dla tych z nas, którzy z pierwszego odsłuchu Brutage mogą nie wyjść żywi.

Ostro zakończony smyczek na gryfie ciężkiego kontrabasu i kompulsywny saksofon z klejącym się do warg ustnikiem, pełen szorstkich niczym papier ścierny podmuchów zimnego powietrza – to atrybuty artystów na starcie kastylijskiego koncertu. To gra na pozór kameralna, ale połamana, naznaczona piętnem umierającego free jazzu. Nieustający festiwal preparacji sycony kreatywnością niespotykaną w tych szerokościach przestrzeni kosmicznej. Od masywności hałasu do ulotności pojedynczej frazy, od strzępów dźwięku po rozlegle drony. Od kocich pisków po niedźwiedzie westchnienia. Madrycki epizod muzycy wieńczą poświatą rytmu i post-industrialnym krzykiem.

W stolicy Andaluzji zatrzymujemy się na dłużej. Początek nagrania jest delikatny, minimalistyczny, jakby te wszystkie ciężkie epitety, którymi obdarzyliśmy duet przed chwilą nie miały racji bytu. Narracja faluje, czasami nabiera pewnej linearności, zwłaszcza, gdy smyczek zdziera struny, a pozornie spokojny sopran pikuje ku niebu. Pojawia się też post-jazzowe pizzicato, które niesie opowieść balladową doliną. Ów moment wytchnienia daje tylko asumpt do jeszcze bardziej pogłębionych preparacji na obu instrumentach – bywamy zatem w zakładzie szlifierskim, odwiedzamy serwis wulkanizacyjny, aż w końcu płaczemy razem z muzykami nad rozlanym mlekiem. Źdźbła melodii bolą tu bardziej niż sucha para z tuby dęciaka. Improwizację wieńczy samotny smyczek, warczący w trybie minimalistycznym, przypomina stygnącą lawę.

Katalońska puenta zdaje się być najbardziej gęstym epizodem iberyjskich koncertów. Smyczek emanuje harshem, saksofon wyje szmerowym dronem, pojawiają się zabite melodie, duszone w tubie, zeskrobywane ze strun. Całość nabiera intensywności, staje się równie piękna, jak bolesna. Smyczek dociska struny, z tuby dęciaka leje się woda, a może czysta krew. 



 

Fogel

O momencie, w którym powstała solowa płyta Engela wiemy tylko, iż był to dla niego moment yang. Nic nie wiemy o wykorzystanym instrumentarium, ani tym bardziej sposobie, w jaki muzyk wykreował wielowarstwowe, dęte strumienie. Czy nakładał je na siebie i improwizował na bazie poprzedniej warstwy, jak czynił to trzydzieści lat temu Evan Parker, czy bardziej zdał się na ślepy los maszyny, która powtarzała jego kolejne dęte frazy i multiplikowała flow. Efekt wszakże godny jest uwagi i definitywnie ostrzy nam zmysły przed festiwalowym koncertem otwarcia. 

Siedem opowieści trwa tu niespełna trzydzieści minut, zatem doświadczamy jedynie dźwiękowego konkretu. Pierwszą część kreują dwa rytmiczne strumienie szumu, o dalece hydraulicznym brzmieniu. Część druga, to najpierw trzy, cztery rezonujące drony, a potem efektowne, kocie parskanie. Trzeci epizod zdaje się być tkany z fraz post-akustycznych, po czasie staje się intensywny i niemal post-industrialny. Z kolei czwarty lepi się z suchych podmuchów powietrza, które zaczynają sycić się ulotną melodyką i tętnić pewną tanecznością, aż po rezonujące echo. Piąty odcinek śmiało możemy uznać za najbardziej hałaśliwy. Świdrujące drony z każdą chwilą stają się tu bardziej siarczyste i krzykliwe. Przedostatnia historia, to porcje gęstych szumów - jedne zakotwiczone, inne uwolnione, niesione siłą wiatru. Tu opowieść efektownie multiplikuje się i nabiera nerwowego tempa, które nie ustaje także w części finałowej. Rytm zakończenia zdobi dubowe echo i chmura kocich lamentów.

 

Jonas Engel & Asger Thomsen Brutage (Bandcamp’ self-released, Kaseta/ DL). Jonas Engel – instrumenty dęte, obiekty oraz Asger Thomsen – kontrabas, obiekty. Nagrania koncertowe - Madryt, Sewilla, Barcelona, styczeń 2024. Trzy improwizacje, 46 minut.

Jonas Engel Fogel (Bandcamp’ self-released, CD 2023). Jonas Engel – saksofony, być może inne instrumenty dęte, elektronika. Muzyka powstała in a moment of yang, czas i miejsce akcji nieznane. Siedem utworów, 29 minut.

 

 

wtorek, 21 maja 2024

Engel, Bazzicalupo & Thomsen draw Ø!


Niemiecki saksofonista, klarnecista i trębacz Jonas Engel oraz duński kontrabasista Asger Thomsen w najbliższy czwartek zagrają w Dragon Social Club spontaniczny koncert. Na ten występ zapraszaliśmy już kilka dni temu publikując stosowną informację prasową.

Wielu z nas już zatem wie, iż to koncert z cyklu must have dla wielbicieli dźwięków niepokornych, nieoczywistych i zaskakujących. Bezwzględnie warto spędzić czwartkowy wieczór w Poznaniu na Zamkowej 3.

Tymczasem poniżej zagłębiamy się w najnowszą płytę tych niebywałych artystów, tu poczynioną w towarzystwie włoskiego, gitarowego eksperymentatora Andrei Bazzicalupo. Od razu ostrzegamy – płyta jest doskonała, śmiało leży już na półce z najwybitniejszymi dokonaniami bieżącego roku. A jeśli rzeczony koncert będzie choć w połowie tak dobry, jak ten album, to niechybnie czeka nas w Dragonie pasmo nieustających zachwytów.




Płyta, której tytuł, to symbol geometrycznej średnicy, trwa pięć kwadransów. W ich trakcie wystawieni jesteśmy na działanie niezliczonej ilości dźwięków preparowanych, a pokreślenie post-industrial pcha się na usta recenzenta niemal w każdym zdaniu. A jednak można przejść przez tę płytę suchą stopą. Co o tym decyduje? Wiele wskazuje na to, że nade wszystko umiejętność budowania dramaturgii, zdolność sprawiania, iż w trakcie wielominutowego nalotu dywanowego dzieje się naprawdę sporo, ale każda akcja zdaje się być konsekwencją akcji poprzedniej, jakby odpowiedzią na ów atak prymarny.

Początek spektaklu wyznacza nisko zawieszony smyczek na strunach basu, szumy dobywające się z uśpionej tuby saksofonu i gołe, szeleszczące struny gitary. Muzycy budują suspens, jakby wyczekiwali na to, co przyniesie mglista przyszłość. Brzmienie instrumentów jest szorstkie, jednocześnie masywne i lekkie. Akcje są krótkie, bywają też długie, frazy raz gęste, innym razem rozrzedzone. Wszystko to sprawia, iż nasze receptory słuchu nastawiają się na wyjątkowe intensywny przekaz. Dźwięki lepią się do siebie, zdają się wchodzić w ciągłe interakcje. Struny basu piszczą pod naciskiem smyczka, tuba wydaje się być otwarta, ale ledwie oddycha, gitara rzęzi i szuka kolejnych źródeł prądy zmiennego. Wystarczy jeden głęboki wydech, by ta maszyna nabrała post-industrialnej masy. Druga opowieść zaczyna się pozornie delikatnie. Rezonujące frazy, przestrzenne echo, pokrętny, post-barokowy klimat … bliski śmierci klinicznej. Gitara trzeszczy ponadgatunkowo, struny basu są delikatnie szarpane, dęciak łapie ostatnie ochłapy dostępnego powietrza. Po czasie warunki gry zaczyna dyktować dron basu, pojawiają się akcenty percussion, a dęty post-melodyjnie zawodzi. Trzecia odsłona, to już prawdziwe odkrycie kart. Smyczek rzęzi jak zdezolowana kosiarka, gitara i dęty budują drony szerokiego pasma przesyłowego. Opowieść nabiera masy industrialnej, definitywnie bez przedrostka post. Co ciekawe, w tym tyglu złych mocy udaje się artystom przemycić strzępy melodii.

Kolejny epizod akustycznego horroru lekko wytraca intensywność. Frazy płyną wyższym pasmem, z nutą rozdygotanego post-chamber osnutego warstwą boleści. Narracja pęcznieje, warstwa kładzie się na warstwie, ale wszystko stoi w miejscu, zatopione na mule bagiennym. Na gryfie gitary snują się drobne akcenty post-rockowe, z kolei dęty (tu klarnet) pnie się na nieznane wzniesienie. Struny basu dygoczą od szarpnięć. Ów tygiel niespodzianek formuje się w efektowne crescendo. Piąta odsłona także z pozoru jest delikatna. Gitara brzmi tu jak klawisze piana, bas pracuje jednocześnie pizzicato i arco, dęty piszczy i skomle. Chamber krwawi, chamber nabiera noise’owej poświaty. Szósta improwizacja na wejściu pachnie czarnym post-barokiem. Flażolety, szmery i szumy dęte. Wszystko zdaje się gęstnieć i nabierać masywności. Narracja skrzy się wieloma ogniskami potencjalnego hałasu. To akustyka zdolna eksplodować prądem wysokiej mocy. Ktoś pokrzykuje, to zapchana tuba?

Siódma opowieść znów wnosi do naszej wiedzy o tytułowej średnicy nowe elementy. Gitara stoi w chmurze sprzężenia, smyczek i dęty lepią się w dron. Wszystko zdaje się teraz być obleczone smutkiem kolejnej fazy mrocznego baroku, któremu już śmiało można przypisać określenie industrialnego. Słyszymy pisk zarzynanych kurcząt, coś definitywnie kona w tubie dętego. Tymczasem gitara zaczyna formować chmurę dark ambientu. Jakiż to cudny kontrapunkt! W przedostatniej improwizacji muzycy zdają się kompilować pomysły dwóch poprzednich epizodów. Dark industrial ambient? A wokół tumany ciszy. Bas kroczy w tempie marsza pogrzebowego, tuba znów rzęzi pod naporem przedmiotów, które ją duszą. Narracja nabiera podskórnej dynamiki. Gitara i bas leniwie riffują. Ta pierwsza wysoko, ten drugi niski. Saksofon dla odmiany zaczyna histeryzować patrząc w zamglone niebo. Ostatni epizod tej niezwyczajnej dramy budowany jest z drobnych elementów. Gitara pracuje na wpółmartwych pick-up’ach, smyczek basu pnie się ku górze, w tubie dętego syczą tajemnicze obiekty, a jego metalowy korpus zaczyna drżeć. Akcenty percussion, to naturalna konsekwencja aktualnego stanu rzeczy. I jeszcze dźwięki jakby z ludzkiego gardła. Na ostatniej prostej smyczek basu zaczyna śpiewać post-barokiem, gitara uciekać w tajemniczą psychodelię, a tuba dętego przypominać wielką grzechotkę. Same cuda.

 

Engel/ Bazzicalupo/ Thomsen Ø (Shrike Records, CD 2024). Jonas Engel – saksofon altowy, klarnet, modyfikowana trąbka kieszonkowa, Andrea Bazzicalupo – gitara, preparacje oraz Asger Thomsen – kontrabas, obiekty. Nagrane w La Renaissance, Lille, Francja, maj 2023. Dziewięć improwizacji, 74 minuty.



środa, 15 maja 2024

Jonas Engel i Asger Thomsen na jedynym koncercie w Polsce w ramach Spontaneous Live Series


(informacja prasowa)

 

Trybuna Muzyki Spontanicznej i poznański Dragon Social Club zapraszają na koncert młodych gniewnych europejskiej sceny muzyki improwizowanej – niemieckiego saksofonisty, klarnecisty i trębacza Jonasa Engela oraz duńskiego kontrabasisty Asgera Thomsena. Sześćdziesiąta pierwsza odsłona cyklu koncertowego Spontaneous Live Series będzie miała miejsce we czwartek 23 maja.

To koncert skrojony dla tych, którzy nieustannie poszukują w muzyce nowych dźwięków, intrygujących pomysłów i zaskakujących splotów okoliczności. I nie potrzebują do przeżycia czegoś niezwykłego znanych i przecenianych nazwisk.



Okazja, by poznać nietuzinkowych artystów godnych bezwzględnego zapamiętania zdaje się być w majowy czwartek przeogromna. Tak się bowiem fantastycznie składa, iż Engel i Thomsen, to niebywale kreatywni muzycy, dla których akustyczny instrument jest jedynie pretekstem do budowania świata dźwięków niezwykłych, czasami jedynych w swoim rodzaju. W ich wypadku określenie „techniki rozszerzone” mówi naprawdę niewiele. To artyści, którzy do nieograniczonej wyobraźni dźwiękowej dodają rzecz krytycznie wartościową – umiejętność kreowania zwartej, logicznej i przemyślanej dramaturgii.

Niemiec i Duńczyk równie precyzyjni i twórczy są w werbalnym opisie sztuki, jaką uprawiają. Jak sami twierdzą „opierając się na swobodnych, improwizowanych strumieniach świadomości, skupiając się na nieziemskich dźwiękach i fragmentarycznych gestach, duet łączy siły, by badać zewnętrzne granice akustycznego potencjału tradycyjnego instrumentarium poprzez samodzielnie opracowaną technikę wykonawczą”.

Dodajmy, iż muzycy w 2023 roku wydali swój debiutancki album Kölschner, a latem 2024 roku wydadzą kolejny, zatytułowany Brutage, nagrany podczas tras koncertowych po Niemczech, Francji i Hiszpanii.

„Kölschner” podkreśla metodę głębokiego słuchania Engela i Thomsena oraz przemyślany sposób, w jaki stali się jedną całością dźwiękową, delikatną, tajemniczą i urzekającą - Eyal Hareuveni, salt-peanuts.eu

Jonas i Asger mają także w dorobku doskonałą płytę nagraną w trio z włoskim gitarzystą Andreą Bazzicalupo, a wydaną w tym roku w angielskim Shrike Records.

https://shrikerecords.bandcamp.com/album/-

 

Spontaneous Live Series, Vol. 61

23 maja 2024, Poznań, Dragon Social Club, Zamkowa 3, godz.20.00

Jonas Engel: saksofon altowy, klarnet, modyfikowana trąbka kieszonkowa

Asger Thomsen: kontrabas

Bilety on-line


Biogramy:

 Asger Thomsen, to basista i kompozytor mieszkający w Kopenhadze. Zajmuje się przede wszystkim współczesną muzyką improwizowaną. Dzięki fizycznemu, zorientowanemu na szczegóły podejściu do procesu muzykowania i bogatej palecie dźwięków – często wzmacnianej przez zastosowanie niekonwencjonalnych technik rozszerzonych, w swojej muzyce dąży do kontrastu i dynamicznego ruchu do przodu. Thomsen dał się poznać jako wszechstronny improwizator nie tylko na scenie kopenhaskiej, ale także w Europie i na świecie. Prowadzi lub współprowadzi projekty takie, jak Litterjug, Rhizom, Rigodon, Autolytic, The Moms oraz własny projekt solowy.

Thomsen ma silny instynkt tworzenia struktury, która zapewnia kierunek i spójność, nawet w najbardziej swobodnych momentach improwizacji – Bill Meyer, Downbeat

https://asgerthomsen.bandcamp.com/

Jonas Engel jest aktywnym improwizatorem i kompozytorem na młodej europejskiej scenie muzyki kreatywnej. Jego prace i projekty oscylują pomiędzy akustyczną muzyką noise (Solo, Our Hearts As Thieves), elektroniczną muzyką progresywną i kreatywnym jazzem (OWN YOUR BONES, Just Another Foundry). Nieustannie poszukuje wszelkich technik poszerzenia możliwości brzmieniowych instrumentów, aby uzyskać zarówno dźwięk, jak i ciszę. Jonas mieszka w Kolonii i Kopenhadze, gdzie obok własnych zespołów aktywnie uczestniczy w lokalnej scenie muzycznej jako sideman lub współlider w kilku projektach.

Trasy koncertowe i rezydencje artystyczne zaprowadziły go do Ameryki Północnej i Południowej, większości krajów Europy i Bliskiego Wschodu, Chin, Wietnamu, Korei Południowej i Indonezji. Jonas jest stypendystą DAAD, Idella Fondation i Dörken Stiftung oraz laureatem Young German Jazz Award, European Tremplin Jazz Award i Maastricht Jazz Award. Studiował w HfMT Köln i RMC Copenhagen.

https://jonasengel.bandcamp.com/

 

 

środa, 3 kwietnia 2024

Spontaniczna wiosna w poznańskim Dragonie


(informacja prasowa)

 

Trybuna Muzyki Spontanicznej i Dragon Social Club zapraszają na wiosenne koncerty cyklu Spontaneous Live Series. W trakcie sześciu wieczorów posłuchamy w Poznaniu ognistego, punkowego free jazzu w wydaniu brazylijsko-portugalskim, ponadgatunkowego projektu, który łączy improwizatorów z krajów tzw. Grupy Wyszehradzkiej, klasyków improwizowanego dark ambientu, międzynarodowego kwartetu, który kojarzy kwiat iberyjskiej improwizacji z muzykami ze stolicy Niemiec, a także dwie formacje ze znaczącym udziałem muzyków skandynawskich – obie swobodnie improwizujące, jedna w pełni akustycznie, druga z kolei elektro-akustycznie.



 

Wiosenna edycja spontanicznego cyklu koncertowego rozpocznie się we środę 17 kwietnia. Do Dragona wróci wtedy jeden z naszych ulubionych improwizujących saksofonistów Yedo Gibson, a wraz z nim basista Felipe Zenícola oraz perkusista João Valinho. Tego ostatniego, podobnie jak Gibsona, świetnie znają miłośnicy albumów wydawanych przez Trybunę Muzyki Spontanicznej, z kolei Zenícola to m.in. stały uczestnik jednego ze składów Paala Nilssena- Love, czyli New Brazilian Funk. Ta trójka zwie się MOVE i gra wyjątkowo energetyczną muzykę improwizowaną, którą śmiało można otagować takimi określeniami, jak punk-rock, free-funk, noise-rock, czy też skojarzyć z takimi formacjami, jak PainKiller, czy Altered States. Koncert MOVE poprzedzi intrygująca, ponadgatunkowa eksploracja w wydaniu krajowym – zagrają gitarzysta Michał Sember i akordeonista Ryszard Lubieniecki.

Jeszcze w kwietniu, dokładnie 28-ego, do Poznania zawita improwizowany projekt wyszehradzki Quadrilateral Sound Exchange. Pod egidą węgierskiej inicjatywy JazzaJ czwórka artystów z Polski, Słowacji, Czech i Węgier – saksofonistka Paulina Owczarek, obsługujący elektronikę Daniek Kordik, gitarzysta i skrzypek Jan Mikyska oraz perkusista Attila Gyárfás – będzie swobodnie improwizować w formule ad hoc, zatem spotkają się na scenie po raz pierwszy. Obok Bratysławy, Pragi i Budapesztu ważną stacją trasy koncertowej będzie właśnie Poznań. W roli lokalnego suportu wystąpi ad hoc trio – saksofonista i klarnecista Michał Giżycki, gitarzysta Paweł Doskocz oraz perkusjonalista Michał Joniec. Dodajmy, iż projekt przewiduje także warsztaty instrumentalne, które poprzedzą koncert główny wieczoru.

Maj także przyniesie dwa wydarzenia koncertowe. Najpierw w niedzielę 12-ego zagra duet The Void Of Expansion, czyli belgijski gitarzysta Dirk Serries i norweski perkusista Tomas Järmyr. Obaj są bez wątpienia klasykami Improwizowanego dark ambientu, współtworzą m.in. formację Yodok III. To prawdziwa gratka dla wielbicieli mrocznych, niekończących się opowieści na mglistą gitarę elektryczną i masywną, rockową perkusję. Ten koncert, to powrót do Dragona Serriesa, festiwalowego headlinera z roku 2019, którego znamy również z wielu swobodnie improwizowanych nagrań na gitarze akustycznej.

Z kolei 23 maja do Dragona zawita trio swobodnie improwizujących artystów, których zaliczyć możemy do grona młodych gniewnych europejskiej muzyki kreatywnej – japońska pianistka Rieko Okuda, duński kontrabasista Asger Thomsen oraz niemiecki saksofonista Jonas Engel. Z pewnością wielbiciele tzw. technik rozszerzonych i dźwięków posadowionych blisko ciszy będą tego wieczoru zachwyceni.

W wymiarze spontanicznym wiosna, tak jak w kalendarzu gregoriańskim, kończy się w czerwcu. Wtedy to właśnie będą miały miejsce kolejne dwa wieczory z muzyką improwizowaną. Pierwszego dnia miesiąca zagra międzynarodowy, free jazzowy kwartet Gravelshard, który tworzą niemiecki gitarzysta Olaf Rupp, świetnie znani w Polsce przedstawiciele Półwyspu Iberyjskiego – portugalski trębacz Luis Vicente i katalońsko-portugalski perkusista Vasco Trilla, wreszcie niemiecki Amerykanin, kontrabasista John Hugnes.

Na koniec wiosennej przygody czeka nas formacja Teeth, która zabierze nas w zdecydowanie elektroakustyczną podróż. Grupę tworzą Skandynawowie: Anders Filipsen na instrumentach klawiszowych, Herman Müntzing obsługujący elektronikę oraz najbardziej rozpoznawalny w tym gronie, wielokrotny uczestnik spontanicznych wydarzeń w Dragonie, perkusista Håkon Berre. Każdy z artystów w arsenale swoich środków rażenia będzie miał także tzw. obiekty, na ogół amplifikowane. Ten koncert odbędzie się 11 czerwca.

 

Wiosenne koncerty Spontaneous Live Series:

17 kwietnia, Vol. 58 – MOVE: Yedo Gibson - saksofon, Felipe Zenícola – gitara basowa, João Valinho – perkusja + Michał Sember - gitara/ Ryszard Lubieniecki – akordeon

28 kwietnia, Vol. 59 – Quadrilateral Sound Exchange: Paulina Owczarek – saksofon altowy, Daniel Kordik – elektronika, Jan Mikyska - viola da gamba, gitara elektryczna i Attila Gyárfás - perkusja, gardon + Ad Hoc Trio: Michał Giżycki – saksofon, klarnet basowy, Paweł Doskocz – gitara elektryczna, Michał Joniec – instrumenty perkusyjne

12 maja, Vol. 60 - The Void Of Expansion: Dirk Serries - gitara, Tomas Järmyr – perkusja

23 maja, Vol. 61 – Trio: Asger Thomsen – kontrabas, Rieko Okuda - fortepian, Jonas Engel – saksofon, modyfikowana trąbka kieszonkowa

1 czerwca, Vol. 62 – Gravelshard: Olaf Rupp - gitara, Luis Vicente – trąbka, John Hugnes - kontrabas, Vasco Trilla – perkusja

11 czerwca, Vol. 63 – Teeth: Anders Filipsen – instrumenty klawiszowe, Herman Müntzing – elektronika, obiekty amplifikowane, Håkon Berre – perkusja, obiekty, elektronika




piątek, 8 kwietnia 2022

Kamarilla! Litterjug! Archer! Carvalhais! Orquesta Inorgánica! Otto! MingBauSet! The April Round-up with quite jazzy mood!


Kwietniowa zbiorówka recenzji świeżutkich płyt, jakie przetoczyły się w ostatnich tygodniach przez redakcyjne odtwarzacze, tym razem pod znakiem jazzu! I to nie tylko tego swobodnego, ognistego, w pełni improwizowanego, ale także – i przed wszystkim! – bazującego na dobrych kompozycjach, bogatych i niebanalnych aranżacjach, zatem na tym wszystkim, co znamionuje jakość we współczesnym jazzie!

Nasza dzisiejsza podróż będzie jednakowoż trochę szalona i nad wyraz kolorowa! Zaczniemy po katalońsku, bystrym septetem naszych dobrych znajomych, a zaraz po nim kopenhaskie trio z polskim akcentem, grające thrash jazz (!) i brytyjski skład trzyosobowy, wypełniony muzykami mniej znanymi w tych łamach. Po nich prawdziwie main-streamowy sekstet z Portugalii (trochę międzynarodowy) z posmakiem dobrego, starego fussion i duża orkiestra z Argentyny, która tak samo kocha jazz, jak i swobodną kameralistykę. Tuż przed końcem totalny hit! Bach zaaranżowany i grany na jazz-rockowo, tu we francuskim wydaniu! Wreszcie na finał improwizacja tria, które obok jazzu stawia także na rockowe emocje i folkowe skale!

So, Welcome to the House Of Fun!

 


Albert Cirera & Kamarilla  Aquella Cosa (Underpool Records, CD 2022)

Kataloński septet pod światłym przywództwem Alberta Cirery (saksofon tenorowy i sopranowy oraz kompozycje, jedna inspirowana chorałem Bacha!), to obok lidera następujący muzycy: Marcel-lí Bayer – saksofon altowy, klarnet i klarnet basowy, Iván González i Pol Padrós – trąbki, Vicent Pérez – puzon, Martin Leiton – bas elektryczny oraz Ramon Prats – perkusja. Dziewięć utworów (prawie 68 minut) zarejestrowano latem ubiegłego roku w Barcelonie (studio UnderPool).  

Jeden z najbardziej innowacyjnych współczesnych saksofonistów, prawdziwy emancypator rozszerzonych technik gry zaprasza nas … na spotkanie z jazzem! Jak najbardziej autorskim, wypełnionym własnymi kompozycjami, świetnymi aranżacjami, wreszcie całą porcją zabawy i czystej radości z grania. Do septetu dobrał sobie dobrych znajomych (także naszych!), świetnych improwizatorów, facetów, co to z niejednego pieca chleb jedli. Efekt w wielu momentach nie może nas nie zachwycać, mimo, iż Cirera trzyma się jazzowych kanonów, niczym tonący brzytwy. W jego muzyce pobrzmiewa echo colemanowskich harmonii i melodii, aylerowskich zaśpiewów i hymnów chwalących uduchowioną egzystencję, wszystko zaś przesycone jest dobrą energią, świetną komunikacją, no i nade wszystkim zmysłem wyjątkowo bystrego kompozytora.

Pierwszy temat Kamarilli pełen jest dynamiki i zwiewnej taneczności, budowanej przez pięć dziarskich instrumentów dętych, które swawolą w rytmie, kreowanym przez elektryczny bas i zwinną perkusję. Druga i trzecia kompozycja, to ulubione momenty recenzenta. Ta druga, poszarpana po colemanowsku, pełna jest melodii i emocji płynących z soczystych improwizacji. Z jednej strony duże porcje ekspresji, z drugiej wręcz wirtuozerska aranżacja dętych eksplozji. Trzecia część, mająca barokową bazę, stawia na preparacje, z których wykluwa się mroczna, post-jazzowa ballada. Kolejna opowieść powraca do dynamiki, nieźle swinguje, początkowo łagodna w brzmieniu, uroczo pęcznieje free jazzowymi emocjami, nie bez colemanowskiego sznytu w tle. Piąta kompozycja pachnie Aylerem, ciągnięta ku górze przez saksofony i zdobiona molowym komentarzem pozostałych, szósta zaś przypomina latynoski evergreen grany do tańca, świetnie zrekapitulowany doskonałą ekspozycją solową puzonu. Siódma część, to ciekawy dysonans. Najpierw zgiełk rozkrzyczanych dęciaków, napotykający na agresywną ripostę sekcji rytmu, a potem zaskakujący krok ku cool-jazzowej balladzie. Przedostatnia kompozycja ma bardziej stabilną dynamikę, bazuje na rytmie, a zdobi ją ponownie solówka puzonu. Wreszcie najdłuższa, ostatnia opowieść, która najpierw jest słodką balladą, potem zaś wpada w szalony rytm i sięga free jazzowego nieba. Sporym zakończeniem są … finałowe oklaski, wygląda na to, iż w trakcie utworu przenieśliśmy się na koncert Kamarilli!

 


Litterjug  Litterjug (Gotta Let It Out, CD 2022)

Międzynarodowe trio, zlokalizowane w Kopenhadze, zwie się jak wyżej wskazano, a tworzą je: Andrius Dereviancenko – saksofon tenorowy i klarnet, Szymon Gąsiorek – perkusja, instrumenty perkusyjne oraz Asger Thomsen – kontrabas, obiekty, kompozycje. Tych ostatnich na płycie bez tytułu jest dokładnie siedem, trwają 37 minut z sekundami, a powstały w Kopenhadze, w miejscu zwanym Panalama (czas akcji nieznany).

Pozostajemy w obrębie jazzowych kompozycji, ale tym razem stanowią one jedynie pretekst do krwistych, free jazzowych, swobodnie realizowanych improwizacji. Muzycy określają swoją muzykę szalonym mianem thrash jazzu, ale po prawdzie brzmienie instrumentów, niemal rockowy temperament wykonawców i moc masy, tudzież konstruktywnej agresji zawartej w dźwiękach i pomiędzy nimi, sprawia, że im dłużej słucha się tej naprawdę świetnej plyty, tym bardziej przyznajemy rację. Yes, indeed, this is truely thrash jazz!

Start jest ostry, soczysty, niepozostawiający złudzeń, co do niecnych planów artystów. Kontrabas brzmi tu jak walec, szyje połamany rytm, w tubie tenoru gotuje się free jazz, a perkusja bębni aż miło. Muzycy koncertują się na ogrywaniu bystrej struktury rytmicznej, po czym przepięknie osiągają bolesny padół doskonałych preparacji. W drugiej kompozycji dokładają nieco colemanowskiej melodyki, sycąc improwizację sporą porcją dynamiki. Ich swinging & punky drive niesie ze sobą dużo nerwowej taneczności. Z kolei w trzeciej odsłonie artyści początkowo sprawiają wrażenie, iż bardziej panują nad emocjami. Kolektywny i dość żwawy temat niespodziewanie ugina się tu pod ciężarem basowych strun i zaczyna płynąć powolnym, surowym strumieniem zastygającej lawy. Kilka wyważonych fraz daje oddech i pozwala zebrać siły na finałową eksplozję! Czwarta ekspozycja, to krótka opowieść, tkana smyczkiem, klarnetowym tembrem i całymi plejadami preparowanych dźwięków. Nerwowa dark ballada dla nadmiernie strapionych. Tuż po niej opus magnum tej niezwykłej thrash zone! Zaczyna ją ryjący bruzdy w ziemi, brudny smyczek, a kontynuuje fikuśny rytm, który rzuca nas od ściany do ściany. Ale jakby było mało – faza smyczkowych preparacji doszczętnie niszczy nasze narządy słuchu! Żelazna narracja szyta tu jest permanentną zmianą. Szósta opowieść podkręca tempo, znów pachnie po colemanowsku, melodią zszarganych emocji. Pokrętna taneczność wyprowadza na szczyt saksofon, który daje najlepsze, co ma w tubie. Ostatnia kompo-improwizacja, niczym wisienka na torcie! Znów smyczkowe intro, garść melodii i perkusyjne szaleństwa w tle. Muzycy na finał obrali sobie efektowne wzniesienie - krzyczą, preparują, przedrzeźniają każdą frazę! 

 


Martin Archer Trio  See You Soon Or See You Sometime (Discus Music, CD 2022)

Kolejne trio pochodzi z Wielkiej Brytanii. To muzycy mniej znani na tych łamach, ale powszechnie na tamtych ziemiach rozpoznawalni, szczególnie saksofonista, który pośród wielu aktywności prowadzi także label, wskazany jako wydawca niniejszej plyty. Zatem: Martin Archer – saksofon tenorowy, sopranino i saxello, Michael Bardon – kontrabas i wiolonczela oraz Walt Shaw – perkusja i instrumenty perkusyjne. Muzycy przygotowali dla nas sześć improwizowanych utworów, z których przynamniej część sprawia wrażenie, iż bazuje na materiale skomponowanym. Nie wiemy, kiedy i gdzie powstały te nagrania, wiemy jednak, iż trwają łącznie prawie 57 minut.

Pierwsze trzy improwizacje, bazujące na open jazzowym frazowaniu, budowane są przez artystów niebywale spokojnie, bardzo swobodnie, z dużą dbałością o detale brzmieniowe i dramaturgiczne. Archer zaczyna od saksofonu tenorowego, ale często też sięga po lżejsze odmiany instrumentu, także w trakcie tego samego utworu. Trio zdaje się kreować narrację jakby na przednówku free jazzu. Czasami wystarczy krok, by uciec w ciekawą ekspresję, ale co do zasady, wszystkim się tu donikąd nie spieszy. Opowieść pełna jest otwartych, nieskalonych nadmiarem dźwięków przestrzeni. Nawet jeśli muzycy trzymają się balladowego tempa, to często szyją ścieg całkiem nerwowymi frazami. Gdy stawiają na dynamikę, choćby w trzeciej części, ich półgalop pięknie definiuje się pojęciem kind of free jazz. Wrażliwy kontrabasista snuje tu na ogół jazzowe opowieści, ale gdy sięga po smyczek, jego flow natychmiast nabiera zmysłowego, kameralnego posmaku. Równie stylowy jest tu perkusista, który nie skupia się wyłącznie na drummingu, ale też pięknie koloryzuje w dowolnie zadanej estetyce. W drugiej improwizacji muzycy udanie eksplorują faktury dźwiękowe metodą pytań i odpowiedzi. W trzeciej ciekawie żonglują tempem i technikami gry, nie stroniąc od nieprzegadanych ekspozycji solowych.

Czwarta opowieść ucieka w melodykę neo-folkową, a w grze pojawiają się wiolonczela i saxello. W dwóch ostatnich utworach muzycy wracają do estetyki open jazzu. Improwizację zdobią perkusjonalnymi świecidełkami, udanie prowadzą grę zarówno na wdechu, jak i wtedy, gdy delikatnie puszczają cugle ekspresji. Ponownie nie stronią od preparacji i poszukiwania kameralnych zaułków. W finałowej części szczególnie dobrze realizuje się kontrabasista, która gra w jednym ciągu dramaturgicznym frazy pizzicato i arco. Stabilne tempo daje szansę na dostrzeganie wielu niuansów i wewnętrznej melodyki całej opowieści.

 


Hugo Carvalhais  Ascetica (Clean Feed Records, CD 2022)

Lecimy do Portugalii! Trzy spotkania studyjne w trzech różnych miejscach i sześcioosobowy skład pod kierunkiem kontrabasisty (wyposażonego także w elektronikę) i kompozytora całości Hugo Carvalhaisa. Obok niego: Emile Parisien – saksofon sopranowy, Liudas Mockunas – saksofon tenorowy i klarnet, Fábio Almeida – saksofon altowy i flet, Gabriel Pinto - piano, organy, syntezator oraz Mário Costa – perkusja. Nagranie powstało jesienią ubiegłego roku, zawiera dziesięć kompozycji, których wykonanie zajęło muzykom prawie 50 minut.

Spotkanie z jazzem środka, jaki proponuje nam sekstet Carvalhaisa, to dla miłośnika fire music i swobodnej improwizacji duże wyzwanie estetyczne, po prawdzie w wielu momentach nie do końca akceptowalne, ale muzyka z tego albumu ma przynajmniej dwa atrybuty, które stanowią, iż warto ostatecznie sięgnąć po to nagranie. Narracja wielu fragmentów tej płyty płynie spokojnym, delikatnym, chwilami wręcz przesłodzonym brzmieniem saksofonów i piana, szczególnie akustycznego, ale opowieść cały czas podszyta jest elektroakustycznym backgroundem. To mąci spokój opowieści, buduje ciekawy suspens, wreszcie sprawia, iż całość nie do końca przyobleka szaty jazzowego chill-outu. Czasami owo tło budowane jest przez plamy syntezatora lub organów, które brzmią mrocznie, wręcz złowieszczo, kreując efektowny dysonans w stosunku do nurtu głównego narracji. Biorąc zaś całość propozycji portugalskiego kontrabasisty pod recenzencką lupę, można dostrzec w niej posmak fussion jazzu i całą masę skojarzeń z tego typu muzyką z lat 70. ubiegłego stulecia, w szczególności z wczesnymi nagraniami Return To Forever.

Wśród najciekawszych momentów albumu warto wskazać samo jego otwarcie. Oto dynamiczny fussion jazz z wyeksponowanym, ciepłym, niemal elektrycznie brzmiącym kontrabasem, chwilami powykręcanym metrum, całkiem bogatym pakietem niuansów aranżacyjnych oraz niedługich, solowych improwizacji, często prowadzonych także w duetach. Kolejnym udanym momentem, niemal rodzynkiem w zalewie balladowych, jazzowych opowieści jest utwór czwarty, który rozpoczyna się biciem perkusyjnej stopy i drobnymi preparacjami, potem zaś skrzy się wyjątkowo bystrymi interakcjami pomiędzy muzykami. Wreszcie podoba nam się dziewiąta część. Tutaj dużą rolę odgrywają organy i dynamiczny drumming. W dalszej części utworu swoje dodaje saksofon tenorowy (Mockunas!), który bodaj jedyny raz na płycie przemyca kilka bardziej gorących i ekspresyjnych fraz.

 


Jorge Torrecillas’ Orquesta Inorgánica  Noctámbulos (Neue Numeral, DL 2022)

Najwyższy czas opuścić Europę! Zapraszamy do argentyńskiego Tandil i studia Haciendo Discos na spotkanie z dużym składem dowodzonym (przynamniej w aspekcie kompozytorskim!) przez dobrze nam znanego saksofonistę Jorge Torrecillasa (alt i tenor). Jesienią ubiegłego roku powstało nagranie, w którym uczestniczyli także: Maria Eugenia Irianni – flet, Ana Vocaturo Alfonso – klarnet, Fabian Bullotti – saksofon sopranowy, tenorowy i flet, Sandra Chariatti – saksofon altowy i flet, Aníbal Tobos Vergara – saksofon tenorowy, digeridoo, instrumenty perkusyjne, Enrique Sarraquigne – saksofon tenorowy, Juan Torrissi – saksofon barytonowy, Nahuel Bugarini – gitara, Mario Alba – kontrabas, Dai Grierson – perkusja, Juanita Flores Arce – wokal oraz Alicia Larsen – recytacja. Album trwa 63 minuty z sekundami.

Trzynastu artystów, osiem bogatych w improwizowane wydarzenia kompozycji, całe mnóstwo pomysłów, niemal w każdym przypadku udanie przetransponowanych w zgrabne interwały muzyczne - w trakcie odsłuchu Orkiestry z Argentyny nie grozi nam chwila nudy! Oto, jak kipiący emocjami, wytrawny jazz spotyka się z wyrafinowaną kameralistyką, która uwielbia taplać się w zmysłowej improwizacji. Ośmioro muzyków władających czeredą instrumentów dętych (mnóstwo fletów!), rozbudowana sekcja rytmu i kobiece głosy, choć incydentalne, to dobrze umiejscowione w dramaturgii całości. Nic, tylko się zasłuchać!

Początek podróży od razu wystawia nas na działanie dynamicznej i ekspresyjnej narracji. Freejazzowe wyziewy z gitary, radosny temat grany tutti, rockowe przełomy i częste zmiany tempa godne Johna Zorna, wreszcie kameralne interludia z bogatym orszakiem fletowych zdobień. Pojawia się też wokal, a na koniec post-psychodeliczne solo gitarzysty. Druga opowieść bazuje najpierw na instrumentach dętych, które prowadzą kameralną improwizację pełną pytań i odpowiedzi. W połowie nagrania narrację udanie przejmują gitara i kontrabas. Trzecia historia, silnie ustrukturyzowana wolą kompozytora, zagłębia się w brzmienia bliskie tzw. trzeciego nurtu w muzyce. Z kolei czwarta powraca do estetyki dynamicznego jazzu, bogato zdobionego improwizacjami, szczególnie saksofonów i gitary, w konsekwencji których zakończenie pełne jest ekspresyjnego free. Kolejne trzy kompozycje, znów pozostawiające muzykom dużą przestrzeń na improwizację, czerpią inspirację z kameralnych zainteresowań kompozytora. W piątej ciekawa mieszanka – kontrabas ciągnie w kierunku jazzu, gitara ku psychodelii, saksofon woli chamber, a na koniec głos recytuje tekst w jakimś skandynawskim języku! W szóstej części rządzą flety, opowieść zdaje się być dość mroczną, a w jej tle skrzą się preparowane frazy. Siódma opowieść pachnie cool-jazzem, zdobionym frisellowską gitarą, w ósmej zaś, tej na zakończenie, powraca jazzowa estetyka - to kolektywna narracja z saksofonem w roli przewodnika improwizacji.

 


Otto  Danses (Circum-Disc, CD 2022)

Na Stary Kontynent wracamy z przytupem, by pośpiewać i potańczyć przy nieśmiertelnych kompozycjach Jana Sebastiana Bacha! Na jazzowy i rockowy warsztat jego piękne, jakże improwizowane (!) melodie wzięli: Ivann Cruz – gitara elektryczna oraz Frederic L’Homme – perkusja. Nagrania powstały ubiegłej wiosny we Francji, w trakcie trzech ciepłych majowych dni. Trzynaście utworów mistrza baroku trwa tu około 50 minut.

Na tych łamach nie jesteśmy szczególnie biegli w interpretacjach muzyki Bacha, preferujemy raczej naturalne wykonania, najlepiej na instrumentach z epoki, ale … to, co zrobili francuscy improwizatorzy z kompozycjami mistrza baroku nie może nie budzić naszej powszechnej radości. Oto bowiem otrzymujemy muzykę z rockowym zębem (perkusji), wirtuozersko wykonaną (przez gitarę), kipiącą jazzowymi emocjami, a nade wszystko zwiewną, taneczną, melodyjną, w pełni bachowską wizję dobrej zabawy z dźwiękami. Pośród trzynastu utworów ledwie dwa trwają dłużej niż cztery minuty. Reszta to dobrze skrojone piosenki bez tekstu, na ogół zgrabnie konsumujące bachowską melodię, zmysłowo i filigranowo improwizowane, trzymające się formy i dramaturgicznej dyscypliny. W tych dwóch pozostałych muzycy efektownie odpływają w zaświaty, ale o tym już w kolejnym akapicie.

Początek albumu ma rytm, stonowane, nieco frywolne emocje, pachnie bluesem i bachowską melodyką, która w ostatecznym rozrachunku dominuje. W drugiej części gitara nabiera rockowego, sfuzzowanego brzmienia, z kolei w trzeciej, to perkusja łamie konwencje, bystrze miesza rytm i kręci urocze pętle. Czwarta opowieść trwa sześć minut i po raz pierwszy pokazuje nieco psychodeliczne oblicze gitary. Oto ballada z nerwowym rytmem perkusji, w trakcie której Bach pojawia się dopiero pod koniec narracji. Piąta etiuda pachnie jazzem i podobnie, jak kolejna opowieść, zbudowana jest na dysonansie rytmicznym. Perkusja gna do przodu, gitara śpiewa leniwym głosem. Siódemka dokłada do obrazu całości prawdziwie rockowy rytm i całkiem bystre tempo. No i ósemka, prawie 14 minut! To tu Cruz i L’Homme pięknie odpływają w psychodeliczne zaświaty. Post-rockowa ucieczka w trans i medytację. Gitara śpiewa rozlewającym się tembrem, a echa Bacha mogą być dostrzegalne jedynie w trakcie samego zakończenia tej szalonej podróży. Ostatnie cztery części, to urocze miniatury. Znajdujemy w nich rockowy drive z riffami, całe pasma niskich, niemal basowych pochodów gitary, także delikatnego walczyka do tańca i wreszcie prawdziwie barokową, końcową balladę zagraną czystym tembrem, filigranową, znów idealną do śpiewu i dobrej zabawy.

 


Ming Bau Set (Gerry Hemingway / Vera Bauman / Florestan Berset)  Yakut's Gallop (Fundacja Słuchaj, CD 2021) *)

Amerykański perkusista Gerry Hemingway, choć jest legendą jazzu i free jazzu, nie przestaje poszukiwać nowych artystycznych środków wyrazu. Śmiało sięga w takich okolicznościach po swobodną improwizację. Trio MingBauSet, uzupełnione przez dwójkę młodych muzyków ze Szwajcarii, doskonale wpisuje się w ów wątek jego twórczości. A zatem Gerry - perkusja, głos i harmonika, Vera Baumann - śpiew oraz Florestan Berset eksplorujący możliwości brzmieniowe gitary elektrycznej. Ich nagranie powstało w szwajcarskim Stalden (we wrześniu 2020 roku), trwa 53 i pół minuty, składa się z sześciu epizodów. 

Jeśli mielibyśmy osadzić gatunkowo improwizację, jaką proponuje nam trio Ming Bau Set, to wskazać winniśmy na wiele tropów. Z jednej strony odnajdujemy tu oczywiście bagaż dziedzictwa free jazzu, tudzież konceptualnej, jazzowej improwizacji spod znaku Anthony’ego Braxtona (Hemingway spędził w jego kwartecie tyle lat, iż piętno mistrza nie może nie być elementem jego warsztatu). Z drugiej strony prawdziwy powiem młodości, która płynie szerokim strumieniem gitarowej, post-rockowej, a nawet psychodelicznej improwizacji i jakże intymnej, neo-folkowej wokalistyki, która bazuje na ekspresji, ale sięga też po bardziej wyrafinowane środki wyrazu.

Płyta zaczyna się dość dynamicznie, pokazując w kilka chwil wszystkie istotne atrybuty tria, jakie omówiliśmy w poprzednim akapicie. Po uzasadnionym dramaturgicznie spowolnieniu narracja skutecznie szuka ciszy i buduje suspens oparty na brzmieniu gitary. Druga opowieść, to bodaj najlepsze kilka minut całej płyty. Trochę preparacji na werblu, nerwowy splot gardłowych dźwięków i zadziorna, grająca w poprzek nurtu głównego gitara. Całość doposażona zostaje tu w pakiet emocji nieobliczalnej improwizacji. Trzeci utwór, to ledwie miniatura, ale także stawiająca przy dokonaniach tria duży plus. Klei się z gitarowych pick-upów, dźwięków harmoniki i oddechu przestraszonej wokalistki. Kolejne trzy opowieści, każda trwająca powyżej dziesięciu minut, mają już problem, by na stałe przykuć naszą uwagę. Dużo w nich ciekawych rozwiązań, dramaturgicznych spięć, ale także momentów zawahania, czy też nadmiernego żonglowania stylistyką. W piątej części narracja przez moment zamienia się w soczysty ambient, ale kierunek podróży zostaje szybko zmieniony. Z kolei w ostatniej improwizacji dużo do powiedzenia ma gitarzysta, ale nie może się samookreślić. Post-rockowe, swobodne pasaże z dubowym echem zdobi jazzowymi gresami, które burzą nastrój chwili. Oddać wszakże należy muzykom, iż narracyjne mielizny potrafią każdorazowo przekuwać w bystre, intrygujące zakończenia.

 

*) recenzja powstała na potrzeby portalu Jazzarium.pl i tamże została pierwotnie opublikowana

 


wtorek, 9 lutego 2021

Albert Cirera! Al començament de la cinquena dècada de vida!


Stały bywalec tych łamów, kataloński saksofonista Albert Cirera latem ubiegłego roku skończył 40 lat. Niestety hucznych obchodów nie było, a zaplanowana trasa koncertowa składająca się z … czterdziestu solowych występów (w tym w Dragonie) z oczywistych względów nie doszła do skutku. Jakby zupełnie przy okazji, w trakcie owego fatalnego roku 2020 nowe płyty Alberta omijały odtwarzacze redakcji. Na szczęście tuż u progu nowego roku, wydawnictwa te ostatecznie do nas dotarły.

Dziś zatem mała prezentacja - cztery nowości, czyli skromne podsumowanie dokonań edytorskich Cirery w roku ubiegłym (dla ścisłości, jedna z płyt ukazała się na samym końcu roku poprzedniego). Najpierw zupełnie świeże trio na nazwie The Moms, które jest pokłosiem przebywania od niemal dwóch lat muzyka z Igualady w stolicy Danii, Kopenhadze, gdzie skrzętnie pobiera lekcje muzyki (jakby ich potrzebował). Potem fantastyczne wspomnienie z pobytu muzyka w Polsce, w czerwcu 2018 roku i duet z angielsko-szwajcarskim perkusistą Nicolasem Fieldem, stanowiący niejako uzupełnienie doskonałej płyty tychże muzyków nagranej w trio (z Rafałem Mazurem, Five Spontaneous Ones, Not Two Records). Wreszcie na zakończenie dwa nagrania Alberta (pierwsze koncertowe, drugie studyjne), które powstały w trakcie jego … wakacji w Argentynie, w listopadzie 2019 roku.

Zapraszamy do wzmożonego odczytu i odsłuchu! Panie i Panowie, Albert Cirera na progu piątej dekady życia! Feliç aniversari!

 


The Moms  Kalipedia (Thomsen Bandcamp, CD 2020)

Słowo się rzekło, naszą interkontynentalną podróż zaczynamy w Kopenhadze. W roku 2019, zapewne w okolicznościach studyjnych, powstało nagrania tria w składzie: Albert Cirera – saksofon tenorowy i sopranowy (plus obiekty), Asger Thomsen – kontrabas (plus obiekty) oraz Taus Bregnhøj-Olesen – gitara elektryczna (plus circuit bent effect pedals). Muzycy bardzo swobodnie (i niezwykle intensywnie) improwizowali przez niemal pełne 40 minut, a efekty swojej pracy zaprezentowali nam w jednym strumieniu dźwiękowym.

Od pierwszej nanosekundy nagrania muzycy włączają pełną moc swoich akustycznych instrumentów, tajemniczych obiektów, amplifikatorów i niczym nieograniczonej wyobraźni. Zapraszają nas na szczególny spektakl fake sounds, na obcowanie z dźwiękami, które czasami przypominają żywe fonie, ale po pewnym czasie przestajemy już w takie cuda wierzyć! Saksofon śle drony, coś boleśnie jęczy pod smyczkiem na strunach kontrabasu. Post-gitarowa elektroakustyka przetworników buduje gęstą ciecz, która stygnie jak ołów, a czasami rozlewa się, jak wielkie wiadro pomyj. Niektóre dźwięki zdolne są tu wchodzić na poziom jakże błyskotliwego hałasu, albowiem post-acoustic noise jest tu jednym z ważniejszych drogowskazów dla płynącej czerstwym strumieniem improwizacji. Suwnice przemysłowe, uszkodzone taśmociągi, dźwigi wysokościowe w trakcie tracenia równowagi, smugi jakże mrocznego post-industrialu. Deadly poison stream of clever impro!

Siódma minuta nagrania zdaje się być pierwszą bramą, po przekroczeniu której prawo do generowania żywych dźwięków zostaje radykalnie ograniczone. Dron masy krytycznej kontrabasu wyznacza tu ramy wszystkiego. W połowie 15 minuty kilka nanosekund oddechu, poluzowania rygorów dronowych, nawet przez chwilę słychać dźwięki prawdziwej gitary, a poszczególne warstwy narracji zdają się być podawane w odrobinę bardziej selektywny sposób. W 20 minucie słyszymy krzyk generowany nadmiarem prądy zmiennego, a także wyjątkowo intensywne rwanie strun kontrabasu. Short-cuts nerwowego strunowca czynią opowieść jeszcze bardziej upiorną. Bruzdy w ziemi i na nieboskłonie, choć te drugie już z woli saksofonu. W połowie 24 minuty krótkie, ale very hard expo kontrabasu, stanowiące mały punkt zwrotny. Koledzy wracają bardzo szybko, ale cała narracja zdaje się delikatnie tłumić swoją masywną ekspresję. To faza bardziej selektywnych akcji i dobrych interakcji. Preparacje, smykowe smugi cienia i mikrofrazy z gitarowych przetworników. Zaczynają liczyć się drobiazgi, klimat i uroda pojedynczych niespodzianek dźwiękowych. Nastrój grozy i multi-intesywności powraca jednak ze zdwojoną siłą. Wszystko zdaje się tu oddychać tembrem wyjątkowo nisko posadowionego, preparowanego kontrabasu. Jakby dla przeciwwagi słyszymy dźwięki, za które odpowiadać może saksofon sopranowy. Narracja nabiera cech transu, jeszcze efektowniej kalecząc nasze narządy słuchu. Ktoś krzyczy, ale może to być już efekt działania naszej fake imagination! Głębokie bruzdy w ziemi wiodą narrację na koniec 37 minuty, kiedy to muzycy postanawiają rozpocząć proces gaszenia płomienia improwizacji. Piszczą, szeleszczą, prychają i piłują struny. Ostatnie westchnienia, gasnące światła, smyczek na gryfie kontrabasu, który ostatecznie umiera.

 


Nicolas Field & Albert Cirera  Live At Dragon (FMR Records, CD 2019)

Z radością lądujemy w poznańskim Dragonie, dokładnie w połowie czerwca 2018 roku. Na scenie obok Cirery, wyposażonego tradycyjnie w dwa saksofony, Nicolas Field na perkusji. Muzycy znów swobodnie improwizują, ich występ trwa 43 minuty, ale tym razem, choć to nieprzerwany ciąg dźwięków, na dysku podzielony zostaje on na cztery części.

Artyści postanawiają nie bawić się w jakieś narracyjne przymiarki i od razu idą w bystre tango! Trzymają tempo i ekspresję pod kontrolą, ale dobrze dbają o poziom naszych emocji. Field dyktuje warunki w zakresie dynamiki, Cirera w zakresie eskalowania improwizacji. Gdy trzeba obaj znajdują chwilę na oddech i zaczerpnięcie dodatkowych inspiracji, które to momenty saksofonista okrasza drobnymi, incydentalnymi preparacjami. Ich działania noszą znamiona doskonale skomunikowanych i realizowanych przez pełnej zgodzie, co do obrazu dramaturgii całości. Wzajemnie się stymulują. Nicolas jest cały czas w gazie, drumminguje, szeleści i dudni glazurą werbla i tonów, Albert sięga od czasu do czasu po dłuższe, dronowe frazy, czym zdaje się jeszcze napędzać tempo improwizacji. W każdej z czterech wyodrębnionych części koncertu jest czas na spowolnienie i szukanie mrocznych, ale spokojniejszych fraz. W tej pierwszej, po chwili wytchnienia, muzycy serwują nam wyjątkowo ognisty odcinek. Gdy saksofon milknie, każdorazowo flow trzyma perkusja, a na dysku zmieniają się numery traków. Druga odsłona rodzi się wysokim, rozśpiewanym tembrem saksofonu sopranowego. Muzycy znów idą na tango – dancing in the big rain, dopieszczane niemal coltrane’owskim zaśpiewem saksofonu. Faza preparacji i studzenia drummingu ma tu miejsce po wybiciu piątej minuty. W tej części koncertu narracja zdaje się nabierać dużego luzu, a przestrzeni dla bardzo swobodnych improwizacji przybywa.

W trzecią część znów wchodzimy na samotnych barkach drummera. Tempo delikatnie spada, a saksofon z zamkniętą tubą zaczyna łkać, skomleć, niemal lewitować. Field nie pozwala jednak narracji stracić istotnych parametrów dynamiki. Ciągnie Cirerę za uszy i zaprasza na kolejną intensywną przebieżkę po zboczach stylowego free jazzu. Samouspokojenie następuje po 6 minucie i przenosi obu artystów w otchłań preparacji i rezonansu. Improwizacja głęboko oddycha i bez udziału saksofonu przechodzi do fazy finałowej. Najpierw dostajemy się w mrok intensywnego brudu, płynącego wprost z tuby, jakby dęciak brnął po kolana w błotnistym szlamie. Na bazie wciąż aktywnego drummingu Albert czyści jednak swoje brzmienie i zaczyna kolejny, sopranowy taniec. Początkowo brzmi jak Lacy, potem topi się już w post-Coltrane'ie. Gdy narracja osiągnie już w pełni ogniste parametry, muzycy jak za dotknięciem czarodziejskiej batuty rozpoczynają stopniowy, zrównoważony odwrót. Gasną równie efektownie, jak przed momentem płonęli.

 


Albert Cirera/ Omar Grandoso/ Pablo Díaz  Fortuït (Nendo Dango Records, DL 2020)

Skok przez Wielką Wodę i jesteśmy w Argentynie! Koncert na żywo w Estudio Libres (Buenos Aires?), połowa listopada 2019 roku. Naszemu saksofoniście towarzyszą: Pablo Díaz na perkusji oraz Omar Grandoso na puzonie. Jedna swobodna improwizacja, która trwa niespełna 34 minuty.

Bez zbędnych wstępów zagłębiamy się w potok intrygujących dźwięków. Saksofon i puzon rozpoczynają koncert ekspozycjami dronowymi. Przy okazji coś jest ugniatane na suchym werblu i piszczy z kocim temperamentem. Po niedługiej chwili dęciaki zaczynają bawić się w dwa ognie, a perkusja budować szkic narracji. Jeszcze przed upływem czwartej minuty trio brnie do przodu z całkiem przyzwoitą dynamiką. Po kolejnych dwóch minutach muzycy stopują, niespodziewanie biorą w ręce dziecięce zabawki i zaczyna się efektowny, delikatnie kakofoniczny, lunaparkowy show, który wieńczy parada szumów i pomruków. Po kolejnych kilku minutach powraca perkusja i inicjuje rozpoczęcie budowy nowego wątku improwizacji. Diaz rysuje półrytmiczne pętle, a Cirera i Grandoso imitują się i płyną wspólnym strumieniem. Muzycy potrzebują ledwie kilku bardziej zadziornych fraz, by zwinnie przejść w fazę na poły ognistego free jazzu, stymulowanego świetnym drummingiem. Także zejście w okolice cisy i rozpoczęcie fazy preparacji, tudzież dętych pomruków artyści zdecydowanie mogą zapisać po stronie osiągnięć tego wieczoru.

Muzycy przez dłuższą chwilę postanawiają pozostać w sferze cichych, mrocznych fraz. Rezonują talerze, syczą głuche tuby, prychają puste dysze i leniwe wentyle. Puzon i saksofon od czasu do czasu ślą bardziej zadziorne dźwięki, ale sjesta zdaje się trwać dalej. Niespodziewanie narracja przybiera szaty, na poły melodyjnej, molowej ekspozycji czystych, akustycznych fraz. Tym, który ostatecznie wyrywa muzyków ze stanu melancholii okazuje się zadziorny puzon. Najpierw cedzi świetną ekspozycję duetową z perkusją, a potem podrywa do lotu saksofon sopranowy, który właśnie pojawił się na scenie. Trio znów z gracją i dramaturgiczną precyzją przechodzi najpierw w fazę open jazzu, a potem free jazzu, po raz kolejny pokazując, iż świetnie potrafi ważyć proporcje otwartej, dynamicznej narracji i smukłych, wyciszonych faz preparowania dźwięków. Nim wybije ostatni dźwięk artyści serwują nam jeszcze duet sopranu i perkusji, a potem wejście w niezwykle efektowną i uroczo brzmieniową fazę finalizacji. Najpierw zwinne, perkusjonalne błyskotki, potem short-cuts z puzonu i zmysłowe, ambientowe drony z tuby saksofonu. Muzycy kończą koncert schodząc do pojedynczych dźwięków, które nie mogą nie zderzyć się z ciszą, a potem z oklaskami.

 


             

Alexis Perepelycia & Albert Cirera  La Melodía del Idioma (Nendo Dango Records, DL 2020)

Osiem dni później Albert Cirera spotyka się w La Rana Estudio (Rosario) z perkusistą Alexisem Perepelycią. Grają trzy epizody, które trwają łącznie 25 minut.

Muzycy proponują otwarcie, które skutecznie kieruje ich w estetykę swobodnego, realizowanego na dużym luzie free jazzu. Albert najpierw śle kilka rozpoznawczych dronów na saksofonie tenorowym, potem zmienia instrument na sopranowy. Alexis od początku stawia na dużą aktywność i chwilami bystrą dynamikę. Wszakże, jako duet raczej mają skłonności do tłumienia ekspresji niż jej eskalowania. W drugiej improwizacji coś pojawia się w tubie saksofonu i dęciak zaczyna intrygująco rzęzić. Na werblu tańczą jakieś drobne przedmioty, a ich dźwięk dobrze koreluje z preparacjami saksofonisty. Muzycy najpierw medytują, potem w kontrolowany sposób wybuchają. Drony saksofonu szybują po niebie, talerze perkusyjne zdają się szukać podobnego kierunku. Na koniec, po uprzednim, krótkim expose perkusji, obaj muzycy toną w ekskluzywnej ciszy i rezonują małymi dźwiękami.

Ostatnia część nagrania zaczyna się w ciszy, jaką artyści spotkali już pod koniec poprzedniej improwizacji. Oniryczna aura, leniwa powolność w oczekiwaniu na pomysł dramaturgiczny. Tygryski budzą się jednak z letargu i zaczynają budować posuwistymi meta dronami najlepszą narrację tego spotkania. Najpierw brną w skromne, ale urocze imitacje, potem kręcą pętle i eskalują poszczególne ich elementy składowe. Saksofon dość szybko wpada w efektowną kipiel, perkusja najpierw lśni w rezonansie, a potem nabiera wiatru w żagle. Muzycy dyktują dobre tempo, ich post-free-jazz płynie szerokim korytem. Na samo zakończenie Alexis ciągnie flow na samych talerzach, a Albert wyje do księżyca, niczym ranny kojot.