Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mette Rasmussen. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mette Rasmussen. Pokaż wszystkie posty

piątek, 23 czerwca 2023

The Relative Pitch’ spring outfit: Scott Fields! Glass Triangle! Likht! Melting Mind!


Czas najwyższy na wiosenny pakiet nowości amerykańskiego Relative Pitch Records! Cztery albumy, każdy wydaje się zupełnie inny, zatem nudy nie uświadczymy!

Dla każdego coś miłego: rozbudowany skład Scotta Fieldsa, który nie pierwszy raz zaskakuje artystycznym rozmachem, trans-atlantyckie trio Glass Triangle w obsadzie niemal gwiazdorskiej, mocno doposażone w łobuzerskie obiekty, zgrabny duet skrzypiec i perkusjonalii, wreszcie włoska (choć z Francji) porcja wyjątkowo hałaśliwej ściany dźwięku! Welcome!



 

Scott Fields Ensemble Sand

Alte Feuerwache, Kolonia, luty 2022: Axel Lindner i Carolin Pook – skrzypce, Annegret Mayer-Lindenberg – altówka, Katharina Hoffmann i Scott Roller – wiolonczele, Jonas Gerigk i Miles Perkin – kontrabasy, Tal Botvinik, Sergio Sorrentino i David Stackenäs – gitary elektryczne, Daniel Agi i Norbert Rodenkirchen – flety, Frank Gratkowski – klarnet, Salim Javaid – saksofon altowy, Matthias Schubert – saksofon tenorowy, Udo Moll – trąbka, Matthias Muche – puzon, Melvyn Poore – tuba, Shiau-Shiuan Hung i Arturo Portugal – instrumenty perkusyjne, Tamara Lukasheva, Hanna Schörken i Sophie Tassignon – głosy oraz Scott Fields – dyrygentura i kompozycje. Dziewięć utworów, 73 minuty.

Dwudziestu instrumentalistów, trzy głosy kobiece i dyrygent, to aktorzy dzieła nazwanego Piasek. Towarzystwo międzynarodowe, pod wodzą amerykańskiego gitarzysty, muzykuje w niemieckiej Kolonii, realizując dalece epickie przedsięwzięcie. Składa się nań dziewięć modularnie skonstruowanych, mozaikowych kompozycji, często wyposażonych w melodie i niekiedy skrajne tonacje, pozostawiających wszakże sporo przestrzeni dla improwizacji. Całość zgrabnie spina iście matematyczna precyzja kompozytora. Nagranie chwilami przypomina naszą ulubioną braxtonowską złożoność, czasami zdaje się być skoczne, meta melodyczne, niczym nagrania Henry Threadgilla. Gdyby tylko z prawie pięciu kwadransów nagrania usunąć kilka przesłodzonych, post-kameralnych momentów ze śpiewem, wyszłaby płyta niemalże doskonała.

Album otwierają wystudzone, wibrafonowo brzmiące perkusjonalia, także głos, smyczki, mała gitara i filigranowe dęciaki. Kameralny nastrój zostaje tu zburzony prądem gitar elektrycznych. Drugi utwór jest skoczny, melodyjny, doposażany wtrętami post-barokowymi, tudzież urokliwymi preparacjami instrumentów dętych i strunowych. Trzecia narracja bazuje na wielogłosie, zwinnie kontrapunktowanym instrumentalnie. Do kameralnie strwożonej narracji swoje dokładają tu gitary i flety. W kolejnej opowieści prym wiodą tuba i flety. Roztańczoną opowieść wzmacniają orkiestrowe, iść braxtonowskie przełomy. W drugiej fazie nagrania do głosu dochodzą saksofon i perkusja, dzięki czemu scenę opanowuje gęsty klimat post-jazzu. Piątą, dość spokojną opowieść otwierają z kolei gitary. Znów sporo wokali i ciekawe, nisko podwieszone pasaże strunowe. Gdy do gry wchodzi tuba i wibrafonowe brzmienia, nagranie ciekawie rymuje się z braxtonowską koncepcją Ghost Trance Music. Szósty utwór stawiamy na czele listy ulubionych momentów albumu. Dużo ekspresji na starcie (flety!), sporo gry na małe pola i udane akcje wokalne. Jest faza swobodnie improwizowana, ciekawy dwugłos śpiewu i gitarowe pasaże, wreszcie dynamiczna finalizacja, realizowana prawdopodobnie całym zestawem instrumentalnym. Siódemka, to krótki odpoczynek przy chyboczących się frazach strunowych i głosowych. Ósma narracja, to kolejne albumowe crème de la crème. Smyczki, frazy grane pizzicato, wielogłos i dużo dobrej mocy w niskich partiach. Dźwięki preparowane i ekspresja gitar elektrycznych, wreszcie bogate zakończenie, nie bez jazzowych wtrętów. Ostatnia opowieść na starcie zdaje się być pożegnalną balladą, ale niespodziewanie nabiera formę bogato instrumentalizowanego strumienia dźwiękowego granego unisono. Z czasem zaczyna to przypominać koncepcję Sustained Piece Johna Stevensa. Ostatnia prosta pełna jest zaskakujących wydarzeń, ale skłania się ku bardziej kameralnym incydentom.



 

Glass Triangle Blue and Sun-lights

Figure 8 Recording, Nowy Jork (?), czas akcji nieznany: Zeena Parkins – harfa elektryczna, obiekty, Mette Rasmussen – saksofon, obiekty, głos oraz Ryan Sawyer – perkusja, obiekty. Dziesięć utworów, 51 minut.

Legenda nowojorskiej awangardy, kompetentny, post-rockowy drummer często muzykujący z Nate’em Wooleyem i skandynawska, jakże gorąca postać ekspresyjnego saksofonu zagrali ze sobą nie po raz pierwszy. Ich poprzednia płyta podobała nam się, zatem sięgając po nową liczyliśmy na dalszy krok w kreowaniu ciekawych, improwizowanych sytuacji. W ocenie niżej podpisanego tak się jednak nie stało. Poszczególne utwory mają mnóstwo intrygujących rozwiązań na wejściu, natomiast w toku narracji okazuje się, że muzyków rozsadza nadmiar pomysłów. Często zmieniają tempa, żonglują stylistykami, pod drodze gubiąc umiejętność budowania zwartej dramaturgii. I jeszcze można odnieść wrażenie, że w wielu momentach pośród muzyków nie ma zgody, co do poziomu ekspresji, z jaką wykonują dany utwór, czy nawet jego fragment. W potoku powyższych ambiwalencji skupmy się zatem na fragmentach, dla których warto jednak po tę płytę sięgnąć.

W pierwszym utworze szczególnie intrygująco brzmi harfa, która przypomina gitarę pracującą na dubowym pogłosie. Narracja dość szybko zaczepia się tu o rytm i mimo licznych zmian w zakresie frazowania, zwłaszcza harfy, udanie realizuje zamysł dramaturgiczny. W drugiej odsłonie pojawia się posmak nowojorskiego Downtown typowy dla lat 90. ubiegłego stulecia. Stylowy post-jazz kreowany wieloma metodami. W trzeciej części artyści sięgają po atrybuty godne free jazzu i czują się w tej roli całkiem swobodnie. Bardzo zmysłowa wydaje się czwarta opowieść, mroczna, post-ambientowa, pełna rezonansu i post-gitarowych flażoletów harfy. W piątej części, szczególnie w fazie początkowej, flow budują drony i preparacje. Ostatnia z tych kategorii dźwiękowych bogaci narrację także w utworze siódmych i dziewiątym, gdy harfa efektownie frazuje na gitarowych pick-upach. Końcowa opowieść trwa ponad dziesięć minut i konsumuje ambiwalencje wyartykułowane w poprzednim akapicie. W fazie środkowej osiąga interesujący poziom dynamiki i zdaje się być najlepszą częścią utworu.



 

Nava Dunkelman & Gabby Fluke-Mogul Likht

GSI Studios, Manhattan, Nowy Jork, czas akcji nieznany: Nava Dunkelman – instrumenty perkusyjne oraz Gabby Fluke-Mogul – violin. Jedenaście improwizacji, 44 minuty.

Skrzypce i perkusja (tu zwana, nie wiedzieć czemu, skromnym percussion), to nieczęsty duet w muzyce swobodnie improwizowanej. Dlatego lubimy takie sytuacje! Dużo emocji, ekspresji, niekiedy folkowych, niekiedy wręcz rockowych, kilka momentów kameralnego zatrwożenia (z dużą dawką dźwięków preparowanych!) i dużo naprawdę dobrego muzykowania. Co ciekawe, recenzentowi podobają się szczególnie utwory parzyste!

Artystki wchodzą w album z przytupem– ekspresyjny drumming i rozhuśtane skrzypce, wsparte gardłową melorecytacją. Druga narracja stawia na delikatność i dużą frywolność w sposobie budowania dramaturgii, z kolei trzecia – bardzo rozciągnięta w czasie – syci się różnymi emocjami. Nie brakuje w niej suspensu, brudnych, preparowanych fraz, nieco lamentu w skrzypcowym zaśpiewie i dalece ekspresyjnego finału. Czwarta improwizacja, to pierwsza z tych wyjątkowo udanych sekwencji parzystych – tu z dynamiką godną rockowego bandu! Piąta odsłona, to miniatura, zgrabny przerywnik, podczas gdy szósta stawia na mechanikę tarcia i rezonujące metale. Siódma część, to garść post-folkowych emocji realizowanych prostymi metodami, z kolei ósma, to filigranowe perkusjonalia i skrzypcowe zgrzytanie zębami, pełne boleści, posadowionych dość blisko ciszy. W części dziewiątej skrzypce śpiewają i łkają, a perkusjonalia świszczą jak czmiele. Wreszcie dziesiąta opowieść, chyba w tej konfiguracji najpiękniejsza. Początek syci się estetyką muzyki dawnej, przypomina ukrzyżowanie grzeszników. Dźwięki balansują na linie i budzą egzystencjalną niemalże grozę. Finałowa improwizacja zdaje się być repryzą gemu otwarcia. Dynamika, soczysty drumming, skrzypcowe riffowanie i post-folkowe emocje.

   


 

Melting Mind At Grnd Zero

Lyon, październik 2019: Virginia Genta – amplifikowany i procesowany saksofon sopranowy, Michele Mazzani – gitara elektryczna i elektronika, David Vanzan – elektronika oraz Matteo Poggi – elektronika. Jeden utwór, 31 minut.

Włosi we francuskim Lyonie zagrali dziewięćdziesięciominutowy set. W pierwszej jego sekundzie zbudowali elektroniczną ścianę dźwięku, inkrustowaną przetworzonym rykiem saksofonu, tudzież gitary i trwali w niej (najprawdopodobniej) aż do ostatniej sekundy swego performance’u. Nie mamy w tym zakresie stuprocentowej pewności, albowiem muzykom udało się zarejestrować jedynie 31 minut tego egzystencjalnego wrzasku. Nagrywali koncert na kasecie magnetofonowej i … zapomnieli przełożyć ją na drugą stronę.

Z czysto muzycznego punktu widzenia nie da się o tym nagraniu wiele napisać. Gigantyczna porcja hałasu, w której raz na milion sekund można usłyszeć dźwięki, które być może nie są efektem działań elektroniki, a pochodzą z tuby saksofonu, czy też gryfu gitary. To wielki zakład przemysłowy w płomieniach, gdzie zarówno natura już martwa, jak i ta, jeszcze żywa dokonuje swojego żywota. Kto wskaże, czym 12 minuta nagrania rożni się tu choćby od 24 minuty, liczyć może na sowitą nagrodę. Pozostaje zatem być szczęśliwym, iż Włosi zapomnieli przełożyć kasetę na drugą stronę.



 

piątek, 24 lutego 2023

The Relative Pitch’ January outfit: Quartet, Duo and Trio!


Amerykański The Relative Pitch Records dostarcza nowych płyt każdego miesiąca i czyni to z godną podkreślenia konsekwencją edytorską. W styczniu podrzucił nam trzy nowości (choć po prawdzie jedna z nich datowana jest na sam koniec grudnia). W zestawie odnajdujemy soczysty aylerowsko-coltrane’owski free jazz w doborowej obsadzie, ostatni odcinek serii DUOS2022 naszej ulubionej bułgarskiej skrzypaczki oraz amerykańskie trio swobodnego post-jazzu, niepozbawione meta bluesowego posmaku i rockowej ekspresji. Pierwszy i trzeci album dostajemy w formie dysku kompaktowego, duet zaś, tak jak poprzednio, jedynie w plikach elektronicznych.



Rasmussen/ Flaherty/ Rowden/ Corsano  Crying in Space

Firehouse 12, New Haven, czerwiec 2019: Mette Rasmussen – saksofon altowy i obiekty, Paul Flaherty – saksofon altowy i tenorowy, Zach Rowden – kontrabas oraz Chris Corsano – perkusja, instrumenty perkusyjne. Trzy improwizacje, 42 minuty.

Na omawianym, transatlantyckim albumie, nie mogło zabraknąć emocji gorącego free jazzu – ze strony amerykańskiej wyjątkowy saksofonista, prawdziwy outsider i weteran fire music, doskonały drummer już chyba średniego pokolenia i świetnie zapowiadający się młokos kontrabasu, a ze strony europejskiej najważniejszy kobiecy głos ekspresyjnego, post-brotzmannowskiego saksofonu. Początek koncertu, to aylerowski klimat podany w chill-outowym tempie – nisko osadzony, kontrabasowy smyczek, niezobowiązujący circle drumming i dwa saksofony wysoko wznoszące głowy. Narracja gęstnieje tu głównie za sprawą dynamizującego się smyczka, dzięki czemu dęciaki mają przestrzeń, by spontanicznie eksplodować. Niektóre ich oddechy zdają się być jednak przesycone nutą nostalgii, co szczególnie uwypukla się w momencie, gdy Paul i Mette zostają sami na scenie. W ramach puenty tej sytuacji dramaturgicznej dostajemy perkusyjne solo i czekamy na efektowny powrót smyczka. Następująca tuż potem faza rezonującego post-ambientu skomentowana zostaje wysokim lotem jednego z altów, prawdopodobnie w wykonaniu Mette.

Drugą odsłonę koncertu otwiera rzeczona Dunka, która prowadzi ponad czterominutowe intro. Najpierw prycha, potem śpiewa i nawołuje partnerów, by szybkiej włączali się do walki, nie unika typowych dla Vandermarka zabaw rytmicznych. W połowie piątej minuty post-aylerowski, tu może nawet bardziej post-coltrane’owski kwartet wraca do gry. Improwizacja kołysze się na wietrze, pięknie stymulowana kontrabasowym smyczkiem. Spokojny półgalop spowalnia w okolicach dziesiątej minuty, dając przy okazji chwilę wytchnienia saksofonistce, a na krótszy moment także kontrabasiście. Ta faza koncertu zdaje się mienić mroczną, kameralną aurą, a zostaje spuentowana tajemniczymi dźwiękami wracającej na scenę Mette. Niektóre z nich przypominają dmuchany instrument klawiszowy, a towarzyszą mu dźwięki … ptaków. Zakończenie drugiej części albumu nabiera onirycznego, dalekiego od napięcia fire music klimatu, dodatkowo podkreślanego niskim dronem smyczka. Na bis kwartet od pierwszego dźwięku rusza w ekspresyjną podróż, a jego opowieść zdaje się być silnie nasycona frazami Aylera, jego melodyką, pewną podniosłością, ale i narracyjną lekkością. Orkiestra tutti swobodnie płynie na bazie roztańczonego smyczka, ale ponieważ to encore, improwizacja systematycznie przygasa i przepoczwarza się w rozśpiewany duet saksofonów.



 

Biliana Voutchkova & Charmaine Lee  I am going to make an attempt to describe what you mean to me (DL)

Okoliczności domowe obu artystek, 2022: Biliana Voutchkova – skrzypce, głos, dyktafony, field recordings oraz Charmaine Lee – głos, elektronika. Pięć utworów, 19 minut.

Finałowa edycja duetowej serii Voutchkovej, to wyjątkowo urokliwy zbiór miniaturowych opowieści, tkanych z drobnych fraz, niekiedy strzępów dźwięków, a nawet post-dźwięków, ale nasyconych emocjami po sam brzeg. Jednocześnie owa nieco performatywna narracja, w której posadowiono dużo fonii wprost z tzw. otoczenia, wydaje się być gęsta, niemal bolesna, zarówno dla tych, które te dźwięki tworzyły, tudzież preparowały, jak i dla całej reszty, która zasłuchuje się w intrygującym efekcie końcowym.  A że w trudzie i znoju rodzić się potrafi prawdziwe piękno, wiedzą być może nieliczni.

Elementy składowe tej tajemniczej, niekiedy mrocznej podróży, to rozedrgane, surowe, niemal mechanicznie brzmiące skrzypce, czasami śpiew, a może cichy krzyk przez zaciśnięte gardło, głos, który recytuje drobne like haiku poems, nieinwazyjna elektronika w tle i spory zbiór elektronicznych dekonstrukcji, tak głosu, jak i być może pozostałych dźwięków, bywa, że w smaku całkiem post-industrialnych. Ostatnie ze zjawisk dociera do nas szczególnie dobitnie w drugiej opowieści, która pod koniec przypomina niepozbawione usterek, delikatne post-techno. W trzeciej odsłonie broczymy po kolana w mroku głuchego post-ambientu, słyszymy kroki i skrzypcowe drony, prawdziwy festiwal tłumionych zmysłów. W czwartej części narracja nabiera tajemniczego, dalekowschodniego posmaku – dziwne odgłosy, elektroakustyczne zdobienia i kolejny mały poemat werbalny. W finałowej ekspozycji powraca industrial taste. Skrzypce jęczą, elektroniczny background pogrąża się w chaosie. Foniczne życie umiera, znów nie bez werbalnego komentarza.



 

Susan Alcorn, Patrick Holmes & Ryan Sawyer  From Union Pool

Union Pool, marzec 2022: Susan Alcorn - pedal steel guitar, Patrick Holmes – klarnet oraz Ryan Sawyer – perkusja. Trzy improwizacje, 40 minut.

Koncert amerykańskiej trójki improwizatorów został na albumie zaprezentowany w trzech częściach. Set główny, czyli dwa pierwsze i początek trzeciego utworu, stanowią nieprzerwany ciąg zdarzeń fonicznych i trwają niespełna pół godziny. Po nich następuje coś na kształt bisu, który trwa dość długo, ale muzycy w jego trakcie nie są w stanie zarysować realnej dramaturgii i zdają się tonąć w twórczym chaosie. Trochę szkoda, bo pierwsze dwa kwadranse, pełne efektownych wzlotów i kilku drobnych upadków, cieszyć mogą ucho każdego fana swobodnej, choć usianej jazzowymi i post-bluesowymi wtrętami, dalece kolektywnej improwizacji.

Początek spektaklu jest umiarkowanie spokojny, usiany matowym brzmieniem gitary i klarnetu, tudzież blaskiem rezonujących talerzy zestawu perkusyjnego. Muzycy dość sprawnie wchodzą w pierwsze interakcje, choć nie forsują nadmiernego tempa. Nie stronią od melodyki, slajsowanych fraz gitary i dynamiki charakterystycznej dla rockowego drummingu. Szczególnie intrygująco brzmią w krótkich, ekspresyjnych spiętrzeniach – gitara rzęzi wtedy post-rockiem, klarnet wspina się na palce i kreuje drobne cudowności, a perkusja, najbardziej w tym gronie rozsądna, dba o odpowiedni ład dramaturgiczny. Z kolei w chwilach wytchnienia w improwizacji nie brakuje jazzowych wypełniaczy i odrobiny kreatywnej psychodelii. W części drugiej znajdujemy się dość płynnie, a największym wydarzeniem jej wczesnej fazy jest ognisty duet klarnetu i perkusji. Powrót gitary oznacza tu zejście w tłumione, post-bluesowe zagrywki. Choć narracja faluje niczym wzburzony ocean, od krwistego free jazzu po improwizowaną americanę, muzycy bez większych problemów docierają do końca tzw. części zasadniczej, która przypada mniej więcej na czwartą minutę trzeciego utworu. Potem następuje zejście w chmurę oklasków, a po nim próba budowania nowego wątku. Muzycy tańczą na linie, hałasują, krzyczą, sieją meta rockowy popłoch, ale niemal każdy pomysł porzucają po kilkudziesięciu sekundach.



wtorek, 25 czerwca 2019

Desprez & Rasmussen! Lopes & Guillotine! Nuno! Azul! Stapp & Morris! Torn! KaMaSz! Strętwa! The Real Guitar City as june summary!


Krajowy czerwiec tym razem w aurze tropikalnych upałów, tudzież braków w zakresie wody pitnej i … tradycyjny ból głowy redakcji z nadmiaru bardzo dobrej improwizowanej muzyki! Czas na czerwcową zbiorówkę recenzji płyt świeżych i bardzo świeżych!

Dziś w roli głównej gitara we wszelkich jej wymiarach. Będzie głośno, będzie też spokojnie, raczej mniej rocka, więcej swobody i zdrowego pomyślunku. Zaczynamy od zeszłotygodniowej premiery płytowej, potem jeszcze siedem innych, niemal tak samo pachnących, wydawnictw (ledwie jedna datowana na roku ubiegły). Najpierw miting francusko-duński, potem blok płyt z Portugalii, a następnie po dwa wątki amerykańskie i polskie.




Julien Desprez/ Mette Rasmussen  The Hatch (Dark Tree, CD/LP 2019) ‎

Na początek naszej dzisiejszej opowieści niezwykle świeży duet – Desprez (gitara elektryczna) i Rasmussen (saksofon altowy) – postaci bardzo już medialnych, jak na reguły europejskiej muzyki improwizowanej i prawdziwie energetyczna porcja dźwięków, której nadali zgrabny tytuł Właz. Przy okazji odnotujmy powrót do działalności edytorskiej francuskiego Dark Tree Records (Happy to see you again, Bertrand!). Siedem bardzo swobodnych historii o istocie dźwięku, których odsłuch zajmie nam dokładnie trzy kwadranse bez dwóch sekund (koncert z września 2016 roku - Music Unit, Montreuil, Francja).

Roztańczony, free jazzowy alt i gitara z dużym prądem, która z lisią zręcznością pląsa wokół i zwinnie improwizuje – oto aktorzy, z którymi skaczemy w ogień żarliwego free improv, granego z dużą klasą, wyczuciem formy, budowanego w atmosferze bardzo dobrej komunikacji wewnętrznej. Sowity duet, mocny przekaz, brak dramaturgicznych wątpliwości – już po minucie muzycy bez trudu wchodzą w pierwsze mikroeskalacje, kreują dźwięk, który ma brzmienie, siłę wewnętrzną i nieodparty urok osobisty. Po kolejnej minucie pierwsze garście hałasu i rytm, który podaje Julien. Mette tańczy wokół niego, zalotnie spogląda w stronę gitarzysty i zdaje się być po brzegi ust naładowana emocjami. Po chwili przerwy już niemal gada do niego przez ustnik, a alt, niczym taśma przesyłowa, ubarwia narrację dętym … notokiem. Gitarzysta nie pozostawia tego bez reakcji – tryska różnorodną fonią, aż iskrzy na scenie. Liczy ołowiane struny, kreuje nowe plamy hałasu, wchodzi w krótkotrwałe imitacje, a na finał buduje zmysłowy dron. Trzecia historia zdaje się być sucha na wiór – alt mimowolnie prycha, gitara grzmi i mruczy. Kierunek działania – preparacje. Dość szybko narracja osiąga niemal industrialną gęstość. Od ciszy po hałas, pasmo jedynie słusznych decyzji dramaturgicznych. W 6 minucie symfonia wysokich dronów, potem odrobina zalotnych spojrzeń – szorstka, męska zabawa obojga płci.

Czwartą opowieść buduje czysty, ekspresyjny alt. Gitara podaje rytm i brzmi niczym czereda groźnych basów. Oto początek ballady dla złych. Z każdą sekundą sieć dźwięków gęstnieje, nabiera brudu i smoły w brzmieniu. Alt ciągnie ku górze coraz intensywniej, niemal spirytualnie. Na gryfie kawalkada wydarzeń, mrok fonii, która rozbłyska ogieniem. Corowy numer płyty kończy się krzykiem, poprzedzonym paradą hałasu i eksplozją temperamentów obu muzyków. Chwila odpoczynku tuż potem – dialog krótkich fraz, gitara niczym maszyna wysokoprężna (tu nie ma dźwięku, którego nie można by zagrać), alt raczej dba o niuanse brzmieniowe, ale w ramach kropki nad „i” daje do wiwatu! Szósta historia znów stawia pióro recenzenta do pionu – dynamiczny potok suchych westchnień wprost z rozgrzanych dysz altu zostaje świetnie komentowany przez filigranowe, metaliczne dźwięki z gryfu. Mette ciągnie flow pod sklepienie niebieskie, potem Julien łamie go zmyślnym meta rytmem. Tańce, swawole i obopólne drony na wytłumieniu. Wreszcie sam finał tej ekscytującej podróży – parada szumów z tuby i milczącego amplifikatora. Efektowne intro, z którego wyłania się post-industrialna kawalkada coraz bardziej wilgotnych fonii. Po krótkim stoppingu, zabawa w sonorystykę użytkową, tuż nad gęstym strumieniem modulowanego basu. Last minute – szorstki tembr altu ginie w siarczystym dronie, budowanym przez zakrzywione fale radiowe, wprost z umęczonej gitary, odciętej od zasilania.




Guillotine  Guillotine  (Clean Feed, CD 2019)

Przed nami melanż portugalsko-francusko-norweski, wydany, co widać powyżej, w kraju tej pierwszej nacjonalizacji. Pod jakże ostrym tytułem własnym spotykamy trzech muzyków: Luís Lopes – gitara elektryczna, Valentin Ceccaldi – wiolonczela (uwaga! podłączona pod prąd wielkiej mocy!) oraz Andreas Wildhagen – perkusja. Nagranie z czerwca ubiegłego roku, Golden Poney Studios w Lizbonie. Cztery improwizacje, 42 minuty i 4 sekundy.

Choć spodziewamy się po Gilotynie sporej dawki zdrowego hałasu (co w istocie rzeczy stanie się naszym udziałem), pierwsze trzy minuty upływają nam w potoku ambientowej niemal ciszy, budowanej na talerzach zestawu perkusyjnego. Gitara i cello na finał tej zaskakującej rozbiegówki uderzają w dzwon narracji niezwykle silnie i pieśń otwarcia toczyć się może właściwym torem. Pierwsze wrażenia są nie dość, że rockowe, to wręcz kraut-rockowe. Wiolonczela brzmiąca niczym metalowa basówka, rozchełstana gitara, skora do wszelkich figli, masywna perkusja. Na przeciwległych flankach oba strunowce toczą małą wojnę, kto głośniej. W 9 minucie, to gitara milknie jako pierwsza. Po dwóch minutach powraca, a siła rażenia tego powered power trio zdaje się być jeszcze większa. Wybrzmiewanie też z nutą zaskoczenia – najpierw harsh-ambient, potem klimat z Woodstock, tego właściwego, sprzed 50 lat. Druga część nie może nie zacząć się łagodnie. Cello prycha pizzicato, leniwe talerze komentują. Znów muzycy potrzebują niemal trzech minut, by wejść na wyższy poziom obrotów. Pierwsza w taniec idzie - oczywiście - wiolonczela! Kardynalny rytm ze smyka nie pozostawia wątpliwości. Gitara kłębi się i swawoli, perkusja trzyma sztamę z cello. Piękna, zdrowa, rockowa kipiel w strumieniu swobodnej improwizacji! Emocje i ponadgatunkowa przepychanka trwa parę chwil, a pojednanie smakuje wyrafinowanym noise!

Trzecia historia rodzi się z ciszy i szumu wystudzonych amplifikatorów. Obcierki i polerki, czekanie na sygnał do wzmożenia aktywności. Proces zdaje się być cokolwiek przewlekły. Gitara szuka inspiracji na południu Iberia, talerze tyczą szlak donikąd. Rodzaj meta ballady, granej the day after. Bogata ekspozycja cello na tle leniwego szczoteczkowania. Sygnał do ataku zostaje dany dopiero w 8 minucie. I znów leje się rockowa krew – rytm ze smyka, psycho-guitar, drive drumming i finał w hałasie. Czas na zmyślnego rozchodniaczka, mniej niż pięć minut, które rozpoczyna cello frazując na jazzowo. Narracja toczy się na delikatnie złamanym rytmem, z drobną synkopą. Dobre momenty perkusisty, śpiewająca gitara i czas na gaszenie płomienia, swobodnie rozbujanego na ostatniej prostej Orgasmic Dance.




Jorge Nuno/ Rômulo Alexis/ Victor Vieira-Branco/ Rafael Cab  Connection (Creative Sources/ Big Papa Records, CD 2019)

Kontynuujemy wątek portugalski. Gitarzystę Jorge Nuno poznaliśmy niedawno przy okazji jego ogniście rockowych, psychodelicznych improwizacji. Dziś zapraszamy na spotkanie z całkiem wyswobodzoną improwizacją. Przenosimy się do brazylijskiego Sao Paulo, gdzie muzyk bardzo skutecznie poszukiwał interesujących Koneksji artystycznych. W ramach kwartetu towarzyszyli mu w tym zacnym dziele: Rômulo Alexis – trąbka i elektronika, Victor Vieira-Branco – wibrafon oraz Rafael Cab – perkusja. Nagrania studyjne (data nieznana), pięć utworów, 42 minuty i 9 sekund.

W ramach introdukcji wytłumiona gitara i rezonujący wibrafon prowadzą niebanalny dialog. Po minucie brudna trąbka, wsparta perkusyjnymi zgrzytami, burzy ład i sieje dobry ferment. Rodzaj fussion grane bez pięciolinii, z ambicjami w zakresie dalece swobodnej improwizacji. Oryginalna, post-psychodeliczna gitara w towarzystwie dalece kompetentnych instrumentalistów. Bez pośpiechu, na dużym luzie, no i trąbka, która już na starcie brzmi niczym upalony klarnet basowy (muzyk będzie siał podobny dysonans poznawczy niemal przez całą płytę). Drugi numer skaluje dynamikę, a muzycy ochoczo ruszają na podbój świata. Aktywny drumming, szybki wibrafon, riffująca gitara, która zaczyna już poszukiwać dubowej przestrzeni. Na finał tej trzyminutówki ostra kipiel na gryfie. Trzeci numer zaczyna trębacz. Jego instrument brzmi tym razem, jak baby toy, gumowa kaczka. Ponownie bystry perkusista i swawolny gitarzysta budują dobry flow. Wokół moc tajemniczych, post-akustycznych dźwięków. Nuno zdaje się stać nieco z boku, raczej stymuluje młodszych kolegów do improwizacyjnych bojów. Na finał tej części gra jazzowe duo z wibrafonem.

Część czwartą, choćby z racji długości trwania, uznać można za kluczową Koneksję. Na wejściu trąbka brzmi jak trąbka! Dwa słowa ze strony wibrafonu i przyczajona gitara, która grzeje piec. Po niemal trzech minutach Nuno daje sygnał do gęstego galopu. Garść psychodelii, trąbka, która już zdążyła zamienić się w saksofon sopranowy, wreszcie czupurna meta sekcja wibrafonu i perkusji. Free rock like fired fussion! W okolicach 7 minuty małe wytłumienie i bardzo udane poszukiwanie nowej formy. Szczypta ambientu z gitary i bukiet bardzo swobodnych improwizacji pozostałych instrumentów. W 10 minucie na gryfie strzeliste wichry wojny – prawdziwy popis Nuno, który stanowi introdukcję to kolejnego galopu. Na finał odcinka improwizacyjne rozlewisko wyłącznie udanych dźwięków. Ktoś podśpiewuje, ktoś bawi się przetwornikami gitarowymi. Brawo! Wreszcie pieśń zamknięcia, również rozbudowana czasoprzestrzennie. Trąbka, gitara na dużym pogłosie, oddech wszechświata. Dla przeciwwagi aktywny drumming i zmysłowe tło wibrafonu, który brzmi niczym marimba. Zmiana goni zmianę. Ogień i woda, krzyk i dub. Po 6 minucie plamy psychodelii, a finałowe wytracanie mocy pod światłym przewodnictwem, doskonałego na całej płycie, trębacza! Ostatnie dźwięki należą do gitary, swobodnie płynącej na nostalgicznym pogłosie.




Carlos Bica & Azul  ‎Azul In Ljubljana (Clean Feed, 2018)

Po trzech porcjach sporych emocji, definitywnie zasłużyliśmy na kilka chwil jazzowego relaksu. Przed nam trio Azul, któremu szefuje od dawien dawna portugalski kontrabasista Carlos Bica. W dziele budowania dobrych melodii i zwinnych, niezobowiązujących improwizacji, wspomagają go - niemiecki gitarzysta Frank Möbus i amerykański drummer Jim Black (onegdaj ikona improwizowanej perkusji). Koncert ze słoweńskiej Ljubljany z roku 2015, dziesięć kompozycji (!), 54 i pół minuty.

Piłkę do gry wprowadza ciepło brzmiący gitarzysta, który nie jedno piwo wypił w towarzystwie Billa Frisella. Wtóruje mu kontrabas, prowadzony bardzo silną ręką i dość prosty, para rockowy drumming. Muzycy z godnym podkreślenia ładem i spokojem, grają coś na kształt bluesa, któremu nigdzie się nie śpieszy. All that jazz z gitarą, która w fazie improwizacji potrafi pokazać lwi pazur. Drugi utwór brzmi niemal pop-rockowo, można podśpiewywać i tupać nogą, ale dramaturgii wydarzeniu znów dodaje iskrzącą na zakrętach gitara. Trzecią historię można skwitować określeniem dobry jazz użytkowy. Na czwartą, najdłuższą, zdecydowanie warto jednak nadstawić ucha – bas zwinnie repetuje temat, gitara płynie szczeliną transu, z posmakiem zadumy i kiściami saudade pomiędzy strunami. Prosta, wyjątkowo urokliwa i niezwykle melodyjna ekspozycja. W piątej piosence warto podkreślić pojawienie się smyczka na gryfie kontrabasu. Po chwili wstępu trio idzie w półgalop, zwinnie kreowany przez mocny flow basu i delikatnie psychodelizującą gitarę. W improwizacjach muzycy osiągają nawet stan pełnego galopu. W kolejnym utworze jest dokładnie odwrotnie - temat budzi nas do życia, improwizacje zaś usypiają.

O ile siódmą kompozycję znów możemy zapisać po stronie nudy, o tyle sam finał płyty, jego trzy ostatnie akordy, to bez wątpienia perły w tej nieco ciernistej koronie. Ósma kompozycja, to dwuminutowa galopada, niemal speedowa gitara, full drumming i kontrabas, który ma jeszcze czas, by parę razy ciekawie zapętlić narrację. W kolejnej pieśni intrygująca jest linia melodyczna kontrabasu, a gitara, która znów przypomina Frisella, na ostatniej prostej delikatnie eksploduje. Wreszcie sam finał – znów bardzo dynamicznie, z progresywnym drummingiem i doskonałą linią melodyczną gitary, która lekko zmutowała swoje brzmienie. Ekspresyjne, rockowe solo dla podkreślenia ładunku emocji, jakie niesie zakończenie płyty.




Ben Stapp/ Joe Morris Feat. Stephen Haynes  ‎Mind Creature Sound Dasein (Fundacja Słuchaj! ‎CD, 2019)

Duży krok przez Wielką Wodę i jesteśmy w studyjnej części słynnego amerykańskiego Klubu Firehouse 12. Młody adept sztuki improwizacji (poniekąd uzurpujący sobie prawo do tytułowania go twórcą muzyki zawartej na płycie), tubista Ben Stapp (także euphonium i inne przedmioty akustyczne), jego starszy kolega, co ważne dla przebiegu dzisiejszej opowieści - gitarzysta, Joe Morris i wspierający obu Panów w czterech utworach, kornecista Stephen Haynes. W listopadzie 2017 roku muzycy zarejestrowali 11 fragmentów, których odsłuch zajmie nam 63 minuty i 6 sekund.

Tuba bywa zaskakującym akustycznie zwierzem instrumentalnym, tu zamiennie stosowna z jej odrobinę tylko mniej masywnym wydaniem, czyli euphonium, zatem moc wrażeń fonicznych będzie z nami od pierwszej do ostatniej minuty płyty. Zaczynamy bawolim porykiwaniem na skraju puszczy i szczyptą wciągania nosem dość chłodnego jeszcze powietrza. Na przeciwległej flance (tu, lewej), spokojna gitara o delikatnie zabrudzonym brzmieniu. Dęty dron i klasycyzująca gitara – pieśń otwarcia za nami. Drugi utwór trzyma klimat wstępu, pachnie nawet lekko wygłodniałym jazzem. Swobodna wymiana poglądów i myśli. Trzecia część zaprasza nas w głąb gęstego lasu – szczypta sonore z tuby, która po chwili brzmi jak saksofon, obok Morris, który liczy struny na gryfie i rysuje meta pętle. Duża zmienność akcji, technik artykulacji i sposobów prowadzenia dialogu. Kreatywność Stappa na krzywej wznoszącej – pod koniec odcinka sprawia wrażenie, jakby grał przynajmniej na trzech instrumentach.

W czwartym odcinku do gry wchodzi kornet (uczyni to jeszcze trzykrotnie i dodajmy od razu – każdorazowo podnosząc jakość improwizacji, który choć jest – wedle słów wydawcy – zaplanowana, to jednak w praktyce sprawia wrażenie dalece swobodnej). Pierwsza piosenka w trio jest dość dynamiczna – tuba stawia na innowacje, gitara na tradycję, kornet zaś ochoczo podśpiewuje. W kolejnym – więcej spokoju, artystycznego lenistwa i niebanalnego niechlujstwa. Stapp dmie w euphonium, Haynes całuje zimne powietrze, Morris ślizga się po strunach i szuka psychodelii. W szóstym epizodzie powracamy do formuły duetu – strumienie niskich pasm dźwięków, trochę zabawy i dużo luzu. W siódmym znów do gry wchodzi kornet – ze strony wszystkich muzyków więcej agresji, wysokich, zadziornych fonii, odrobina preparacji. Na flankach ciężka praca, po środku (kornet!) dzikie igraszki. Morris zdobi opowieść wąskim pasem transu.

Kolejne trzy opowieści, to znów duet. Ósmy razi spokojem ducha i stylowością narracji, dziewiąty wprowadza nowy akcent – Morris sięga po smyczek i brzmi jak stylowe, barokowe skrzypce. Gdy ten ostatni wpada w taniec, jego partner zdaje się rozdzierać szaty i zmysłowo prosić o łyk wody. Moc ekspresji jest udziałem obu artystów. W dziesiątym euphonium złorzeczy, gitara (jak bałałajka) śle wyłącznie pozytywny przekaz. Wreszcie rozbudowany finał tej chwilami doskonałej płyty – kilkanaście minut emocji, na powrót w trio! Garść filigranowych ekspozycji - gitara atakuje z zaskoczenia, kornet czyści wentyle, dęciak snuje epicką opowieść bez tytułu. Zdaje się, iż mistrz Bill Dixon stoi na kurtyną i bije gromkie brawa. W 6 minucie gitara nabiera siarczystości, dęciak popada w trans, a kornet snuje piękne, dixonowskie zakończenie. Liczenie strun gitary w ramach dźwięków ostatnich.  




David Torn/ Tim Berne/ Ches Smith  Sun Of Goldfinger (ECM Records, CD 2019)

Kontynuujemy wątek amerykański. Jeden z naszych historycznie ulubionych saksofonistów, Tim Berne, w towarzystwie swoich niemalże stałych partnerów, z których gitarzysta - David Torn (także elektronika i live-looping) - zdaje się tu być postacią najważniejszą. Formułę tria uzupełnia perkusista Ches Smith (także elektronika i tanbou). Panowie grają w trio dwa dość swobodnie improwizowane utwory (choć zapewne nie bez scenariusza), które na płycie przedzielone zostały inną, rozbudowaną kompozycją Torna. W tej części wzięli także udział: Craig Taborn na fortepianie (również elektronika), dwóch gitarzystów – Mike Baggetta i Ryan Ferreira oraz smyczkowy Scorchio Quartet. Nagrania pochodzą z lat 2015 i 2018 – łączny czas, to 69 minut bez trzech sekund.

Bogata w dźwięki i rozwiązania dramaturgiczne narracja toczy się na triowych utworach na wielu płaszczyznach, kreowana przez bardzo zmienne parametry aranżacyjne. Gitara obrośnięta elektroniką, syntetyczno-akustyczny drumming z niebanalnymi elementami percussion, wreszcie saksofon altowy, jedyny w swoim rodzaju, natychmiast rozpoznawalny, choć w warstwie dźwiękowej niczym niezaskakujący dla obeznanych w temacie. Jeśli pamiętamy flirty Berne’a z elektroniką w ramach takiej choćby formacji, jak Science Friction, nic na tej płycie nie powinno być dla nas nadmiernie obce. Muzyka toczy się bardzo plastycznie, decyzje podejmowane są kolektywnie, a cała trójka czuje się doskonale w formule improwizacji. Tu, począwszy od 5 minuty, flow opowieści gęstnieje z sekundy na sekundę, głównie z inicjatywy alcisty. Każdy z muzyków, sukcesywnie, dokłada do tej wspólnej historii własne, ciekawe wątki. Po 13 minucie masywność dźwięków każe nazwać całość niemalże free jazzowym industrialem. Warta podkreślenia jest także harsh-rockowa ekspozycja Torna (17-18 minuta).
  
Introdukcja drugiej części, tej skomponowanej, jest czyniona z niezwykłym, niemal filharmonicznym rozmachem. Instrumenty smyczkowe grają temat, reszta komentuje i sieje stylistyczny ferment. Z narracją zasadniczą mamy do czynienia po upływie 5 minuty. Jeśli trio grało na bogato, to w rozbudowanej formule mamy już prawdziwie barokowy przepych, a całej opowieści (ponad 22 minuty), z pewnością dobrze zrobiłyby nożyce cenzorskie. Szczęśliwie w drugiej części utworu, trio zasadnicze przejmuje stery i ucho bardziej wymagającego odbiorcy ma się czym nacieszyć. Świetne zmiany daje Berne, ciekawie i wysoko eksponuje się gitara, a Smith sięga po etniczny instrument perkusyjny tanbou i dolewa oliwy do ognia. Warto też skupić uwagę nad onirycznymi, półambientowymi przebieżkami gitary (16-18 minuta), a także docenić, iż każdorazowe użycie elektroniki (uwaga dotyczy całej płyty) znamionuje rozwaga i artystyczna wyrazistość.

Na finał płyty (znów ponad 20 minut) powraca formuła tria. Znacząca część tej opowieści toczy się leniwie, nieco ślamazarnie, ale niepozbawiona jest momentów godnych uwagi. Alt zaczyna brudnym brzemieniem, nie brakuje ambientu i dobrze stosowanego pogłosu. Oczywiście wciąż pomysł goni tu pomysł, czasami warto by było powściągnąć kreację, ale nagrania słucha się bardzo dobrze. Muzycy zagęszczają flow dopiero po 11 minucie. Po kolejnych kilku minutach delikatnie stopują i rozpoczynają budować nową opowieść, która sukcesywnie gęstnieje aż do osiągnięcia stanu ciekłego ołowiu, dodatkowo podszyta połamanym rytmem syntetyki. Na finał scenę opanowuje ogień emocji, a dźwięki pachną dobrym noise. Gaszenie płomienia spoczywa na barkach altu – Berne, jak zawsze, jesteś tu mistrzem!




KaMaSz - Kądziela/ Mazurkiewicz/ Szmańda  Eight rocks from grandma's box (Multikulti Project, CD 2019)

Finiszujemy w ramach dzisiejszej zbiorówki świeżynek, czas zatem na akcenty krajowe! Marek Kądziela – gitara i elektronika, Jacek Mazurkiewicz – kontrabas i elektronika oraz Krzysztof Szmańda – perkusja i instrumenty perkusyjne, czyli trio KaMaSz i Osiem skał odnalezionych w skrzynce babci (dodajmy, po czteroletnim leżakowaniu). Muzycy donoszą, iż all music composed by, my zaś niezwłocznie uzupełniamy – in fully improvised way. Odsłuch całości zajmie nam 42 minuty i 14 sekund.

Pierwsza skała składa się z iskierek gitary, mocnego tembru kontrabasu i talerzowych zdobień, dozowanych z dużą swobodą i sporą dawką powietrza. Flow trzyma w rękach kontrabas, gitara udanie szuka psychodelii, a całość stanowi zaczyn do fussion jazzowej przebieżki. Narracja budowana ze smakiem, bardzo kolektywnie. Druga skała, a także – uprzedźmy przebieg wypadków – siódma skała odwołuje się do jazzowego idiomu, pachnie swingiem i śmiało nadaje się do tańca i tupania nogą. To dźwięki, które słyszeliśmy już na wielu płytach, mniej lub bardziej utytułowanych kolegów naszych muzyków. Zatem z radością przechodzimy do omówienia tych mniej przewidywalnych odcinków kamaszowych fonii. Trzecia skała zdaje się ginąć w elektroakustyce gitary i kontrabasu. Smakuje analogiem, mgławym ambientem, dobrym pomysłem gitarzysty, nie do końca podchwyconym przez partnerów.

Prawdziwe dobro na tej płycie zaczyna się od skały czwartej - gitarowe plamy zanurzone w elektronice, pojedyncze grzmoty basu, zwinne perkusjonalia.  Kądziela cudownie rozpływa się w psychodelii, a sekcja rytmiczna, niczym klasycy brytyjskiego drum’n’bass, zabiera nas w podróż bez wytyczonego punktu docelowego. Piąta skała daje wytchnienie, budowane ambientem, biciem półrytmu i kontrabasem, traktowanym smyczkiem. Mantra snuje się wokół pokrętnych myśli i dobrych intencji. Mazurkiewicz zdaje się grać na upalonym syntezatorze, co stanowi niebanalny podkład pod rockowe pasmo Kądzieli. Szósta skała wynurza się z ciszy - rezonujące misy, talerze i inne tajemnicze przedmioty. Szmańda ma swoje pięć minut i nie zmarnuje choćby sekundy.

Siódma skała została już skomentowana, czas zatem na finał płyty, który niespodziewanie jest dynamicznym, psycho-rockowym rozchodniaczkiem. Kontrabas proponuje nawet funkowe pochody, na które świetnie reaguje zadziorna i skora do rozróby gitara. Ognisty finał bardzo dobrej płyty, która wyższy status osiągnęłaby niechybnie po kasacji drugiej i siódmej skały. Wybrzmiewanie ciepłą elektroniką i suchą elektryką też zapisujemy po stronie kamaszowych aktywów.




Strętwa Dno (Plaża Zachodnia, Kaseta 2019)

Jeśli na dwóch ostatnio omówionych płytach elektronika była dodatkiem, to na tej płycie będzie ona już sercem i mózgiem narracji, nie bez wszakże kreatywnego udziału gitary, która jest przecież dzisiejszym bohaterem głównym. Strętwa sięga Dna (bynajmniej nie w wymiarze artystycznym!) w składzie: Maciej Maciągowski - syntezator modularny, Paweł Doskocz - preparowana gitara oraz Patryk Daszkiewicz - samplery i czarne myśli (!). Nagrano podczas improwizowanych sesji pewnych ciepłych dni w 2017 roku, w poznańskim Dragonie. Cztery odcinki, 28 minut z sekundami.

Pieśń otwarcia buduje robotyka gitary z prądem, tworzącej dron w towarzystwie masywnej syntetyki. O ile gitara zdaje się śpiewać, o tyle syntetyka trwa, niczym niezniszczalne od ponad 50 lat dźwięki formacji AMM. Myśli i sample, niezależnie od odcienia chwili, siedzą zaś w samym środku opowieści i dygoczą nieśpiesznie. Modular not full string trio w czerstwej powłoce Dna – gęstwiny, zarośla, ślimaki. Drugi odcinek toczy się pod dyktando małej, drobnej, meta melodycznej gitary. Subtelna narracja, okraszana perkusjonalną syntetyką w fazie skromnych preparacji. Jakby dwie dekady temu laptopowy Christian Fennesz miksowany był przez post-technoidalnego Jana Jelinka. Wieczne pętle, choć grane chyba na żywo, sprośna uroda repetycji, zgrzyty post-elektroniki. Pod koniec nagrania modularna ekspozycja delikatnie spycha gitarę na boczny tor, ale tylko delikatnie.

Syntetyka w trakcie trzeciej historii trzyma się mocno. Puste echo trwania dźwięków. Gitara rodzi się z samego wnętrza metafizycznego już Dna. Rysowanie strun za progiem, oniryzm narracji lepiącej się w kwaśny dron. Tuż obok wysokie pasma syntetyki – leksykalnie kategoria noise in progress! Wreszcie czwarta opowieść – u jej progu grzmoty syntetyki, mruczenie gitary traktowanej perkusjonalnie. Z kolejnej płaszczyzny Dna jakby rodziło się nowe pasmo post-gitarowego drona. Pokrętny beat post-post-techno w ramach komentarza. Na ostatniej prostej już tylko syntetyka, z bijącym sercem na zgliszczach żywych dźwięków. 


wtorek, 5 września 2017

Zwerv! Dos Reis! Lencastre! Sousa! Rybicki-Kozera! Rasmussen! Shepherds Of Cats! Aging! Hanslip! Sloth Racket! Sobanski! – Kolejna porcja świeżych owoców dla wciąż gnijących warzyw!


Lato ma się definitywnie ku końcowi. Wrzesień trzeźwiąco oblewa nas deszczem od pierwszych swych godzin, przynajmniej na wschód od świata ciepłego. Definitywny zatem czas na kolejną zbiorówkę recenzji z nowych płyt. Do podsumowania kolejne cztery miesiące i ćwierć setki płyt z muzyką improwizowaną.

Dziś wszakże według nieco innej formuły – do omówienia wybrałem bowiem jedynie jedenaście z nich. Bo są świeże, niosą ciekawe dźwięki, a ich autorami są muzycy na dorobku, którym się chce, i którym udaje się być nowatorskimi lub choć trochę oryginalnymi.

Po omówieniu tych pachnących świeżaków, dwie dość długie listy pozycji, których tym razem nie omówimy. Pierwszą, bo czasu zabrakło, choć same one warte są tego, by do nich kiedyś powrócić. Drugą – bo to po prostu dość słabe (wtórne) płyty są...

Trybuna Muzyki Spontanicznej nieodwracalnie stawia na młodych, tych mniej znanych, ale za to krwiście intrygujących!




Raoul van der Weide/ George Hadow/ Henk Zwerver/ Ziv Taubenfeld/ Luis Vicente  Zwerv - Live (Creative Sources, 2017)

Krnąbrne deklaracje, to ponoć sól dziennikarstwa, a wyjątki od reguły -  proza życia. Pierwsza dziś płyta, to artystyczne zderzenie trzyosobowej młodości, jak najbardziej licującej ze stawianiem na nowe nazwiska w muzyce improwizowanej, z parą doskonałych weteranów. Kwintet zwie się Zwerv, a jego nazwa na wprost wynika z personaliów mało znanego, choć wiekowo zaawansowanego gitarzysty i chyba siły sprawczej tej inicjatywy – Henka Zwervera. Wspomaga go inny niemłodziak, kontrabasista Raoul van der Weide (także perkusjonalia). Horda młodzieży w składzie, to Ziv Taubenfeld na klarnecie basowym, George Hadow na perkusji i jeden z naszych ulubieńców, Luis Vicente na trąbce. Koncert z amsterdamskiego Zaal 100 dostajemy w sześciu trakach, a trwa on niewiele ponad trzy kwadranse.

Muzyka od samego startu jest gęsta, ma zwartą, kolektywną fakturę. Jeśli klarnet dmie bardziej melodycznie, to trąbka woli sytuacje sonorystyczne (dęciaki atakują separatywnie, na przeciwległych flankach). Rozbudowana sekcja rytmiczna pędzi samym środkiem przestrzeni akustycznej i zdolna jest do wielkich czynów improwizatorskich (dużo dźwięków w jednostce czasu). Świetnie odnajduje się w tym wrzącym tyglu pomysłów gitarzysta, który lubi wyjść na czoło i stawiać wymagania młodszym od siebie. Kontrabasista także ma tu kilka wartościowych, indywidualnych incydentów (doskonale kooperuje z gitarą, choćby w pierwszym fragmencie). W trzeciej części narracja silnie usadawia się w jazzie i czuć nawet kropelki swingu na czołach muzyków (tu i w wielu momentach kapitalnie pracuje klarnecista), a gitara plecie błyskotliwe historie w klimatach niemal reinhardowskich. W czwartej części, na zasadzie kontrastu, muzycy ponownie uciekają w gęste free improv, a w piątej Zwerver wręcz przypomina kolejną reinkarnację Dereka Baileya! Zadziorny, kolektywny zryw, znów odrobinę swingujący (ach, ta sekcja!). Finałowa rozbiegówka pachnie swobodą i deklaratywnym podejmowaniem jedynie słusznych decyzji artystycznych. Świetna robota dęciaków (konwulsyjny duet Vicente z gitarą!). Burza oklasków po wybrzmieniu. Wielopokoleniowy, międzynarodowy kwintet w swobodnej zabawie w improwizację, umoczoną po kolana w dobrym jazzie. Brawo!




Marcelo dos Reis  Cascas (Cipsela Records, 2017)

Być może jeden z najciekawszych europejskich muzyków improwizujących młodego pokolenia, portugalski gitarzysta Marcelo dos Reis, gości na tych łamach z każdą swoją nową płytą. Nie inaczej jest z jego pierwszą płytą solową!

Cascas (tak nazywał go Ojciec w czasach, gdy był dzieciakiem) przynosi siedem odrębnych stylistycznie opowieści na preparowaną i niepreparowaną gitarę akustyczną z nylonowymi strunami. Swoisty koncert własnych życzeń! Piękne historie, zmysłowo zagrane i perfekcyjnie zrealizowane pod względem akustycznym.

Początek dynamiczny, wręcz rockowy, aż chciałoby się zanucić buntowniczą pieśń o utracie wolności. Melodia, harmonia, akustyczny zadzior. Druga opowieść w barokowej, bogatej stylistyce, pełnej flażoletów i konstruktywnych repetycji. Kunszt, technika gry, wyobraźnia zdają się być tu znacznie ważniejsze od samego procesu improwizacji, który na Cascas jest raczej ornamentem, zdobieniem, a nie celem samym w sobie. Trzecia – smyczek na strunach, klimat muzyki dawnej. Rezonans, znów repetycja. Mięsista, urocza historia. Cudownie pętli się i eskaluje. Czwarta – pustynne, arabskie skale, coś na kształt dalekowschodniego dubu. Pętle na strunach i samogrające pudło rezonansowe gitary. Jakby grały trzy instrumenty! Orkiestra solowa! Piąta – niczym harfa, zmyślna mandolina. Strunowa epopeja o niepoliczalnych płaszczyznach piękna. Znów odrobinę barokowa, niemal mantryczna w sposobie narracji, aż chciałoby się wejść pomiędzy struny. Chyba najwspanialszy fragment płyty! Szósta i siódma – jeśli którekolwiek części Cascas są do siebie podobne, to właśnie dwie ostatnie na płycie. Nieco folkowe w aurze, pełne bogactwa brzmieniowego, utkane cekinami i złotymi literami. No i odrobina smutku na pożegnanie. Saudades lśniące zachodzącym słońcem. Doskonała płyta!




José Lencastre Nau Quartet  Fragments Of Always (FMR Records, 2017)

Twardo trzymamy się mojej ulubionej Portugalii. Czas na pure jazzowy kwartet! Pianistę Rodrigo Pinheiro i kontrabasistę Hernaniego Faustino znają chyba wszyscy, którzy choć trochę siedzą w gatunku. Zapewne inaczej jest w przypadku braci Lencastre. Joao jest perkusistą, zaś Jose saksofonistą, a przy okazji także liderem Nau Quartet, którego pierwszą płytę mam przyjemność w tej właśnie chwili recenzować. Dwanaście ścieżek, blisko godzina zegarowa studyjnej rejestracji z grudnia ubiegłego roku. Wydaje zacne FMR Records!

Pierwsze sześć utworów (all music by the musicians, ale improwizacje uprawiane wedle przygotowanych scenariuszy), to suita z krótkimi, muzycznymi Aforyzmami. Płynna narracja czterech równorzędnych partnerów, z silnymi inklinacjami do free (czy Nau w nazwie należy rozumieć, jako Now, czyli współczesny? – zapytuje dociekliwy recenzent). Kompetencji nie brakuje, bystrości i przytomności w procesie improwizacji także. Zwinne, filigranowe pasaże wprost z klawiatury fortepianu, potężny tembr kontrabasu na granicy przesteru (kanon u Faustino), uroczy sound altu, enigmatyczny i konkretny dramaturgicznie, wreszcie aktywna perkusja, dość bystra i gadatliwa. Kolejne pół tuzina kompozycji na płycie, to już odrębne, często rozbudowane opowieści, zwłaszcza 17 minutowy fragment tytułowy. Gęsta, kolektywna i bardzo sprawna improwizacja. W jedności siła, choć najwięcej do powiedzenia ma tu pianista (nawet ma wystawne solo). Ciekawie gra Jose, jakby się ślizgał po dyszach (slide sax?). Fragment kolejny, to intrygująca, molekularna ekspozycja, trochę w klimatach upalonej chamber music (z pewnością, to najlepszy fragment płyty). Tańczący wąż, tytuł kolejnej pieśni, to chyba epitet przynależny świetnie improwizującemu alciście. Saksofonista z każdą minutą płyty zwinnie się eskaluje, ma coraz więcej do powiedzenia i udaje mu się nawet zagadywać pianistę! Rozgrzany, szaleje na scenie, zdecydowanie jest już tu królem polowania. Dwa ostatnie fragmenty, to udane próby tłumienia emocji i dedynamizacji narracji. Prawdziwie jazzowa kameralistyka. Świetna robota!




Gigantiq feat. Pedro Sousa  Rooms Over Views (Grain Of Sound, 2017)

W ramach ostatniego już dziś akcentu portugalskiego, niezwykle pasjonujące spotkanie progresywnej i niebanalnej elektroniki formacji Gigantiq (personalnie - Nuno Moita i André Gonçalves) z  improwizującym saksofonem tenorowym, w rękach młodego, ale już niebywale sprawnego i kreatywnego muzyka, jakim jest Pedro Sousa (szukaj stosownego feature na tych łamach, opisującego jego dorobek artystyczny).

Płyta zawiera siedem rozbudowanych improwizacji. Elektronika i żywy instrument świetnie się uzupełniają (zwłaszcza, gdy ten drugi w skowycie sonorystycznym doskonale wkleja się w dźwięki generowane na kablach lub tak zwinnie je imituje, iż nie potrafimy wskazać, które z nich pochodzą od żywego instrumentu), nie stronią również od wchodzenia w improwizacyjne zwarcia. Zdarzają się fragmenty bardziej ilustracyjne, ale nie burzą one bardzo pozytywnego stosunku recenzenta do całości materiału muzycznego.

Rooms Over Views, to przy okazji kolejne świadectwo jakości muzycznych poczynań Pedro Sousy. Muzyk ten nie ma jeszcze w dorobku wielu nagrań, ale każde następne wnosi coś nowego do naszej wiedzy o jego umiejętnościach, wyobraźni muzycznej i pomyśle na uprawianie improwizacji, zarówno tej o jazzowej proweniencji, jak i tej, dla której inspiracją jest muzyka elektroniczna, czy noise-rockowa. Jeśli ktoś nie kojarzy jeszcze tego nazwiska, koniecznie proszę je zapamiętać. 




Rybicki/ Kozera  Xu (Multikulti Project, 2017)

Czas na krajowego świeżaka, baa, z udziałem muzyków, których personalia zapewne większości z nas są całkiem nieznane. Mateusz Rybicki na klarnecie i klarnecie basowym oraz Zbigniew Kozera na kontrabasie. Incydentalnie muzycy będą też korzystać z perkusjonalii (kalimba). Dziesięć swobodnych improwizacji, 33 minuty rejestracji z Wrocławia, sprzed dwóch lat.

Przyczajony klarnet, silny kontrabas i zestaw mikropowieści, punktów zapalnych, enigmatycznych zaczynów do rozbudowanych porcji improwizacji (być może na koncertach). Sporo udanych wycieczek w kierunku free, bez skrępowania i artystycznych wątpliwości. Skupienie, dokładność i adekwatność. W mojej ocenie muzycy lepiej realizują się w szybszych narracjach. Te spokojniejsze nie ustrzegają się nieuzasadnionych chwil zadumy i dramaturgicznego zawieszenia. Klarnecista lubi poszaleć, choć nie zawsze starcza mu odwagi. Kontrabas zwinnie płynie przez płytę, szkoda jedynie, ze muzyk nie zabrał ze sobą na nagranie smyczka. Ciekawy kontrapunkt estetyczny wprowadza w bodaj dwóch fragmentach kalimba. Jest lekka w brzmieniu, delikatnie tajemnicza i niedookreślona.

Ta niezwykle kameralna muzyka dużo zyskuje przy bliższym, niejednokrotnym odsłuchu. Odcinek szósty ma zaszyty w sobie trans, pachnie miętową mantrą, co jest zasługą głównie kontrabasisty. Świetny numer! Na finał dwie kalimby. Czekamy na ciąg dalszy!.




Mette Rasmussen/ Tashi Dorji/ Tyler Damon  To The Animal Kingdom (Trost Records, 2017)

Nim na rozbudowany finał dzisiejszej zbiorówki przeniesiemy się do Zjednoczonego Królestwa, na krótki moment zabawimy w Kanadzie.

Tam bowiem zarejestrowano nowe nagranie Mette Rasmussen. Saksofonistka ta zalicza się do sporego już grona skandynawskich kobiet, który zgłębiają świat free jazzu, dmąc w mocne dęciaki. Dziewczyny mają niezłą promocję ze strony starszych kolegów, na ogół się je chwali, a samej Mette nawet przypina etykietę odkrywcza. Pan Redaktor jest dalece wstrzemięźliwy w ferowaniu tego typu wyroków, ale płyty tej Pani śledzi dość skrupulatnie.

W rzeczonej Kanadzie Mette zagrała niezwykle ekspresyjny koncert free w bardzo ciekawym towarzystwie. Na perkusji amerykański młodziak Tyler Damon, a na gitarze elektrycznej…. prawdziwe odkrycie!!!! Facet nazywa się Tashi Dorji i pochodzi z Bhutanu (czy ktoś wie, gdzie leży ten kraj? Tak, tak, w sercu Himalai!). Książkę możnaby z miejsca napisać, cóż muzyk ten wyprawia na gitarze podłączonej do prądu. Jest siłą, mocą i napędem tej eksplozywnej improwizacji. Gra wszystko, co mu ślina na język przyniesie i dodatkowo, raz po raz, wpada w konwulsyjny, rytmiczny trans, który uroczo dewastuje nasze oczekiwania, co do przebiegu narracji. Dotrzymać mu kroku, tak w aspekcie muzycznym, jak i emocjonalnym, nie jest łatwo, ale Mette daje radę, co być może stanowi dla niej wyjątkowy komplement.

Muzyka iskrzy, eksploduje i ryje nam beret, jakże konstruktywnym hałasem. Wydał Trost Records, zatem nie powinniście mieć problemu z zakupem tej płyty. Zróbcie to koniecznie! A ja tymczasem zagłębię się w dyskografię Tashiego. A nie jest ona mała.




Shepherds Of Cats & David Andrew McLean ‎ Shepherds of Cats & David McLean (Tombed Visions, 2017)

Kasetowy label z Manchesteru Tombed Visions wciąż dostarcza nowej i intrygującej muzyki. Tu powracamy do angielsko-polskiej trupy artystycznej Shepherds Of Cats. Ich poprzednią płytę, z gościnnym udziałem puzonisty Guntera Heinza, omawialiśmy na jednej z poprzednich zbiorówek. Dziś dostajemy długi zestaw dźwięków (2 CD-r), nagrany zresztą koncertowo we Wrocławiu, gdzie gościem grupy był angielski saksofonista David McLean, przy okazji szef wydawnictwa.

Muzyka Shepherds jest wielowymiarowa, multigatunkowa i dalece eklektyczna, równie bogata w wydarzenia, jak rozbudowane jest używane przez muzyków instrumentarium (Adam Webster – wiolonczela, głos, Jan Fanfare – gitara elektryczna, głos, loops, Aleksander Olszewski - perkusjonalia, głos, dęciaki, Dariusz Błaszczak – syntezator, loops, David McLean – saksofon tenorowy, syntezator, inne dęciaki oraz Maciek Piątek - videoprocessing). Tu każdy dźwięk ma rację bytu, każdy pomysł artystyczny jest akceptowalny. W porównaniu do poprzedniczki, SOC + McLean zdaje się być bardziej dynamiczna, istotnie w wielu momentach post-rockowa (częste używanie bardzo rytmicznych perkusjonalii), z dużą porcją nieco zwariowanej (pozytywnie) improwizacji na dowolny temat, a także, co stanowi tu już zasadę, znaczącym udziałem melodeklamacji. Dużo wnosi do tej zabawy McLean, który potrafi dynamizować poczynania zespołu ostrymi i bystrymi pasażami swojego ognistego saksofonu.

Jeśli to nagranie ma jakąś wadę, to jest nim jego długość. Skrócenie płyty choćby o połowę (trwa prawie 140 minut) znacznie podniosłoby jej wartość.




Aging ‎ Suitable For Night (Tombed Visions, 2017)

Kolejna nowość z Tombed Visions, także z udziałem Davida McLeana na saksofonie tenorowym. Formacja nazywa się Aging, a skład jej uzupełniają: Andy Patterson – kontrabas, Jon Perry – perkusja oraz Sebastien Perrin – saksofon tenorowy, fortepian. Tym razem muzyka wydana została na kasecie i dla przeciwwagi (patrz: wyżej) trwa niewiele ponad 30 minut. To bodaj trzecia pozycja w dyskografii Aging.

Płyta zawiera trzy skomponowane i wykonane na rockowo, w zasadzie bez improwizacji, nowe standardy (tak przynajmniej brzmią) i jeden szalony fragment w zdrowej konwencji silnie rozwichrzonego free (dodatkowo z damskim głosem). Cała płyta to jakby opowieść o jednej rozrywkowej nocy grupy zagubionej we wszechświecie młodzieży, gdzie jest czas na dojście (pierwszy), czas eksplozywnej zabawy w podejrzanym damskim towarzystwie (drugi, tytułowy, ów rozwichrzony) i wreszcie czas na wybudzenie (trzeci, Pocałunek Mokrego Asfaltu), a potem trudną drogę do domu (czwarty).

Gdyby cała płyta powstała w estetyce tytułowego fragmentu, recenzent byłby niezwykle zadowolony. Niestety stanowi on wyjątek. Mało zadziorny, nieco sztampowy wodewil w typie The Lounge Lizards, wersja dla mniej wtajemniczonych.




Mark Hanslip ‎ Church (Tombed Visions, 2017)

Czas na ostatnią dziś premierę TV. Ponownie kaseta, znów niewiele ponad 30 minut muzyki, którą firmuje młody i ciekawy saksofonista Mark Hanslip. Do pomocy wziął sobie trójkę muzyków: pianistę Stephena Grew (znamy go choćby ze wspólnych nagrań z Trevorem Wattsem), gitarzystę Eda Williamsa (gra tylko na pierwszej stronie) i człowieka obsługującego laptopa – Alexandra Cutterige’a. Tytuł płyty nie ma ukrytych treści. Nagranie powstało bowiem w obiekcie sakralnym.

Muzyka jest stuprocentowo improwizowana, zawiera dźwięki silnie osadzone w estetyce free, zakorzenione zarówno w jazzie, jak i muzyce współczesnej. Bogata w świetne duetowe ekspozycje saksofonisty i pianisty, dodatkowo wspierane niebanalnym szarpaniem strun przez gitarzystę. Dużo w tej muzyce przestrzeni, dystansu do granych dźwięków i po prostu jakości.

Trochę dramaturgicznego fermentu, nie do końca przypadającego mi do gustu, dostarcza tu facet z komputerem (zwłaszcza na drugiej stronie, gdy brak gitarzysty sprawia, że ma dużo przestrzeni do zagospodarowania). Wydaje mi się, że jego ewentualny brak dodałby tej muzyce wartości.




Sloth Racket  Shapeshifters (Luminous Label, 2017)

Pozostajemy w Manchesterze! Siostrzany label Luminous proponuje nam nagranie kwintetu, który funkcjonuje pod nazwą własną Sloth Racket. A w jego składzie saksofonista tenorowy Sam Andreae (poznaliśmy się przy okazji poprzedniej prezentacji nowości z Tombed Visions – ABC Trio), saksofonistka barytonowa Cath Roberts, gitarzysta Anton Hunter, kontrabasista Seth Bennett i perkusista Johnny Hunter (brat?).

Cztery bardzo zwinne, kompetentne i dalece kolektywne free improvisations (choć za każdym z traków autorsko ukrywa się barytonistka), grane także w podgrupach (choćby świetny dialog tenoru i kontrabasu w pierwszym fragmencie). Muzyka bywa zarówno zadziorna, jak i wyciszona i melancholijnie niemal melodyczna (sporo interesujących dialogów obu saksofonów, np. w drugim numerze). W części finalnej muzycy chętnie brną w prawdziwie freejazzową eskalację. Całe nagranie mieści się w trzech kwadransach, jest zatem nieprzegadane i nie zawiera w sobie zbędnych przystanków scenariuszowych.

Muzyka, która póki co, nie stawia recenzenta do pionu, ale która ma swój niezaprzeczalny, dalece bezpretensjonalny urok. Nazwiska zapisane w kajecie, podobnie jak nazwa formacji, ku świetlanej przyszłości tej muzyki i tych muzyków.




Sobanski/ Orrell/ Anstey/ McMurchie  Texturologie (European Improvisation Scene, 2017)

Na finał dzisiejszej zbiorówki świeżych owoców, kolejna płyta z Anglii, także realizowana po części przez … polskiego muzyka (tamże zresztą od lat osiadłego). Myślę o gitarzyście Mariuszu Sobańskim, który doświadczony na polu awangardy rocka, coraz chętniej zapuszcza się w meandry swobodnej improwizacji.

Przed nami koncertowe nagranie z maja br. (Festiwal Gateway to Another Dimension), poczynione przez Mariusza przy wsparciu saksofonisty Jake’a McMurchie, kontrabasisty Paula Ansteya i perkusisty Tony’ego Orrella.

Cztery dość dynamiczne, chwilami hałaśliwe improwizacje, naznaczone rockowym sznytem i niebanalną psychodelią (głównie z inspiracji gitarzysty). Muzyka płynie zwartym strumieniem, improwizacje muzyków przeplatają się wzajemnie i zwinie uzupełniają. Rytm i pokrętna melodyka są tu stałymi elementami składowymi, co pozwala muzykom unikać płycizn i zawieszania narracji. Kolejna płyta, kolejne nazwiska do zapamiętania!


****

Lista płyt, które mniej lub bardziej mi się podobały w ostatnich miesiącach, ale jak dotąd ich nie zrecenzowałem:

Daniel Levin/ Ingebrigt Hĺker Flaten/ Chris Corsano  Spinning Jenny (Trost Records, 2017)

Daniel Levin Quartet  Live At Firehouse 12 (Clean Feed, 2017)

Mat Maneri/ Evan Parker/ Lucian Ban  Sounding Tears (Clean Feed, 2017)

CP Unit  Before The Heat Death (Clean Feed, 2017)

Fred Frith, Hans Koch  You Are Here (Intakt Records, 2017)


Lista płyt, których nie zrecenzowałem, bo słuchając ich, nie usłyszałem dźwięku, który byłby dla mnie czymś nowym i intrygującym:

Ballister  Low Level Stink (Dropa Disc, 2017)

Zack Clarke  Random Acts Of Order (Clean Feed, 2017)

Johannes Bauer/ Peter Brötzmann  Blue City (Trost Records, 2017)

Peter Brötzmann/ Heather Leigh  Sex Tape (Trost Records 2017)

Peter Brötzmann/ Steve Swell/ Paal Nilssen-Love  Live In Tel Aviv (Not Two Records, 2017)

Lean Left (Ken Vandermark, Terrie Ex, Andy Moor, Paal Nilssen-Love)  I Forgot To Breathe (Trost Records, 2017)

Tim Daisy/ Michael Thieke/ Ken Vandermark  Triptych (Relay Recordings, 2017)

Ken Vandermark/ Klaus Kugel/ Mark Tokar  Escalator (Not Two Records, 2017)

Eric Revis Quartet  Sing Me Some Cry (Clean Feed Records, 2017)