Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Calum Builder. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Calum Builder. Pokaż wszystkie posty

piątek, 17 maja 2024

The May’ Round-up: Massaria! Builder! Canaries On The Pole! Slight Deform! Bertheau! Surreal Voyagers! Larrard & Bec! Yaremchuk & Bursov!


Zbiorówka świeżych recenzji równie świeżych albumów z muzyką improwizowaną gotowa do czytania!

Chciałoby się krzyknąć: nareszcie! Nasza ulubiona forma komunikacji z Czytelnikami jakoś w tym roku szwankuje. Jedna zbiorówka łączyła aż dwa miesiące, druga był krótka i wyłącznie skandynawska, a w kwietniu po prostu zabrakło dla niej miejsca! Ale teraz jest! Gorąca, fascynująca, nasycona mnóstwem intrygujących dźwięków!

Przed nami osiem albumów z Niemiec (aż trzy!), Danii, Katalonii, Polski, Francji i pewnego kraju, którego flagi nie wolno pokazywać. A w ujęciu gatunkowym - improwizowany fussion free jazz, kompozycja na depresyjne organy, saksofon altowy i trio smyczkowe, pokaźny pakiet swobodnych improwizacji, która lubią dźwięki preparowane, gęsta smuga dark ambientu, a na koniec dużo jazzu, zarówno skomponowanego, jak i swobodnie improwizowanego. Innym słowy – dla każdego coś miłego!

Welcome to heaven and hell of improvised music!



 

Massaria/ Kneer/ Hertenstein The Absence Of Zero (Setola di Maiale, CD 2023)

Berlinaudio, Berlin, listopad 2021: Andrea Massaria – gitara, efekty, Meinrad Kneer – kontrabas oraz Joe Hertenstein – perkusja, instrumenty perkusyjne. Pięć improwizacji, 45 minut.

Zaczynamy z wysokiego „C”! Oto wielowymiarowe, ponadgatunkowe trio, które łączy równie subtelną, jak i post-psychodeliczną gitarę, żyjącą wedle reguł godnych spuścizny Alana Holdswortha, kontrabas, który balansuje od poziomu masywnego groove po kompulsywny post-barok i perkusję, która smakuje zarówno free jazzem, jak i fussion rockiem. Swoboda dramaturgii, dynamika interakcji, zdrowe emocje soczystych improwizacji, to podstawowe atrybuty Nieobecności Zera.

Pierwsza opowieść doskonale wprowadza nas w klimat opowieści – minimalistyczna gitara na pogłosie, wszędobylski bas i gęsty ścieg perkusji kroją zgrabną, fussion jazzową narrację. Zaraz potem dostajemy się w wir preparowanych fonii, łamanych rytmów i nade wszystko mocy kontrabasowego smyczka, który zaczyna rządzić i dzielić na scenie. Każdy z artystów stawia tu indywidualny stempel jakości, choć konstytucją tria jest zdecydowanie praca kolektywna. Pick-up’owe szmery i błysk talerzy budują z kolei aurę otwarcia trzeciej improwizacji. Ambientowy strumień fonii zostaje tu zgrabnie skontrapunktowany smyczkową pulsacją. Opowieść kreuje urokliwy suspens i zostaje równie udanie podsumowana akcjami perkusisty. Na początku czwartej części każdy instrument staje się perkusjonalnym narzędziem zbrodni. Na etapie rozwinięcia gitara pulsuje, choć jest nad wyraz delikatna, czym buduje niebanalny dysonans w kontekście nerwowych akcji basu i perkusji. Ostatnia odsłona, to rodzaj albumowego résumé. Na starcie małe perkusjonalia i kontrabasowe pizzicato & arco formują się w duet. Gitarowe frazy, zanurzone w głębokim pogłosie, wydobywają się na powierzchnię dopiero po kilku minutach. Na etapie rozwinięcia kontrabasowy smyczek szyje już prawdziwe cuda emocjonalnego post-baroku, podpierając się dobrym drummingiem i zastygłą w didaskaliach gitarą.



 

Calum Builder Renewal Manifestation (Dacapo Records, CD/LP 2024)

Czas i miejsce akcji nieznane: Calum Builder – saksofon altowy, kompozycja, Svend Hvidtfelt Nielsen – organy oraz CRUSH String Collective: Maria Jagd – skrzypce, Pauline Hogstrand – altówka, Oda Dyrnes – wiolonczela. Cztery utwory, 35 minut.

Builder, australijski rezydent Kopenhagi, to artysta o wielu twarzach, a każde jego wydawnictwo wnosi do tego wizerunku nowe wątki. Tym razem saksofonista konfrontuje masywnie brzmiące organy z triem smyczkowym, sobie pozostawiając rolę dętego komentatora wydarzeń na scenie. Efektem jest mroczna, dronowa improwizacja ścisłe … trzymająca się ram kompozytorskich zamysłów Caluma.

Pierwsze dwa utwory, to rozbudowane, kilkunastominutowe ekspozycje, dwa kolejne, to krótkie dopowiedzenia, rodzaj podsumowujących encore. Początek albumu wydaje się być dość spokojny, choć podszyty nerwowym szemraniem instrumentów. Organy dość szybko stawiają tu wielopłaszczyznowy dron, wokół którego snują się strunowe frazy i altowe westchnienia. Z czasem organy schodzą w niższe partie, dzięki czemu cała ekspozycja gęstnieje. Na kolejnym etapie organy zaczynają szukać rytmu, stają się lżejsze, dając asumpt do krótkich, niekiedy wręcz tanecznych zagrywek strings i saksofonu. Otwarcie drugiej opowieści, to już organowy nalot dywanowy. Pełne spektrum akcji pozostaje tu w jurysdykcji organisty. Ów ambient szaleńca sprawia, iż pozostałe instrumenty konają w alkowie. Gdy organy schodzą w niższe rejestry powstaje przestrzeń dla rozśpiewanych akcji strunowców i saksofonu. Za czasem ten ostatni zaczyna parskać, a te pierwsze nerwowo riffować. Pod koniec opowieść lepi się w efektowne crescendo, po czym zgrabnie dogorywa w chmurze nerwowych akcji zaczepnych wszystkich uczestników spektaklu. Trzecia opowieść zostaje oddana w ręce instrumentów strunowych, z kolei ostatnia zdaje się być post-melodyjną, niemal sakralną adoracją. Organy znów wiodą tu prym, strings pozostają na dalszym planie, a saksofon nuci strwożone frazy.



 

Canaries On The Pole It Isn't Really What It's Like (Acheulian Handaxe, CD 2023)

LOFT, Kolonia, wrzesień 2022: Georg Wissel – saksofon altowy, klarnet, Jacques Foschia – klarnet, klarnet basowy, shakuhachi, Mike Goyvaerts – instrumenty perkusyjne oraz Christoph Irmer – skrzypce. Cztery improwizacje, 55 minut.

Kanarki na biegunie, to dalece swobodna improwizacja na cztery akustyczne ośrodki dźwiękowe. Ta niemiecko-belgijska kooperacja ma już za sobą kilka odsłon. Jak zwykle nęci wielobarwnymi, niekiedy sprytnie preparowanymi frazami, cieszy poziomem wzajemnych interakcji, czasami wszakże dręczy brakiem umiaru w ferowaniu akustycznych podwojów. Z pewnością druga improwizacja mogłaby trwać kilka minut krócej.

Album wydaje się być najciekawszy w pierwszej i czwartej odsłonie. Improwizacja jest wtedy wielowątkowa, nie brakuje w niej dynamicznych, ekspresyjnych spiętrzeń, muzycy dobrze czują się także w mrocznych i spowolnionych momentach. Takie free chamber potrafi kąsać urodą, bywa efektownie wyrywne i gibkie, nie stroni też od sytuacji bardziej humorystycznych. Pod względem dramaturgicznym dużo jakości wnosi tu klarnet basowy, z kolei saksofon altowy chętnie staje się zaczynem drobnych pożarów, czy też wchodzi w dialog ze skrzypcami. W drugiej, zdecydowanie nazbyt rozbudowanej części, podobać się mogą fazy preparacji, tudzież budowanie improwizacji metodą call & responce. Ciekawa zdaje się być także melodyjna faza dalekowschodnich zaśpiewów, tak dętych, jak i skrzypcowych oraz finałowa kulminacja, oparta głównie na barkach klarnetu basowego. W trzeciej odsłonie muzycy prowadza ciche, wytłumione gry na małe pola, nie stronią od fraz preparowanych, a ekspresyjne wolty stanowią tu zjawiska incydentalne. Finałowa improwizacja rodzi się z dramaturgicznego zaniechania, lepiona jest niemal z pojedynczych fraz. Z czasem zyskuje pewną dynamikę i poziom interakcji znamionujący pracę mistrzów gatunku.



 

Slight Deform Still life #2 (Bandcamp’ self-released, DL 2024)

El Pumarejo, L'Hospitalet de Llobregat, listopad, 2023: Ferran Fages – gitara elektryczna oraz Clara Lai – piano elektryczne. Trzy improwizacje, 38 minut.

Kataloński duet powraca do nas regularnie. Still life #2, to wbrew nazwie ich trzecie ujawnienie wydawnicze. Dwa pierwsze bazowały, obok gitary elektrycznej, na brzmieniu fortepianu, tym razem Lai zasiadła za klawiaturą piana elektrycznego. Taka sytuacja zmieniła wiele w tembrze duetu, ale nie zmieniła rzeczy fundamentalnej – to doprawdy wciąż zjawiskowa struga dźwięków.

Pierwsze dwie improwizacje trwają tu przynajmniej po piętnaście minut, trzecia ledwie przekracza pięć. Początek zdaje się być specjalnością barcelońskiego zakładu – doskonale nam znana sekwencja fake sounds, czyli parada dźwięków, których pochodzenia nie jesteśmy w stanie precyzyjnie wskazać. Clara brzmi tu dość syntetycznie, z kolei Ferran skupia się na budowaniu matowo brzmiącego ambientu. Z czasem piano nabiera posmaku post-hammondowskiego, gitara zaś plecie minimalistyczne flażolety, kolejną specjalność zakładu. Druga improwizacja w znaczącej części płynie w chmurze oniryzmu. Piano pulsuje basowo, gitara łapie dubową poświatę, przy czym oba instrumenty frazują wręcz imitacyjnie. Ów piękny moment nabiera dodatkowych barw, gdy narracja niespodziewanie eskaluje. Powrót do jaskini ciemności i mroku jest przez to jeszcze bardziej efektowny. Zakończenie tej odsłony albumu formuje się w płaskie drony, które niespodziewanie nabierają wysokości i melodii. Ostatnia część albumu wydaje się być najbardziej żywym, na poły dynamicznym epizodem. Piano pulsuje tu w niskich rejestrach, z kolei gitara szuka mocy w pogłosie, przy okazji łypiąc do nas niemal post-bluesowym okiem.

 


Bertheau/ Chmiel/ Monchocé Darkness Within (Scatter Archive, DL 2024)

Taborkirche, Kreuzberg, Berlin, listopad 2023: Romain C Bertheau - pipe organ, Jacek Chmiel – elektronika, cytra, dzwony tybetańskie oraz Sylvain Monchocé - flety, saksofon altowy. Jedna improwizacja, 33 minuty.

Z tym międzynarodowym triem zetknęliśmy się całkiem niedawno przy okazji kompaktowego dysku dostarczonego przez Antenna Non Grata. Dziś trio, stanowiące jakże kreatywne połączenie organów, wielobarwnego strumienia elektrokaustyki i instrumentów dętych, zabiera nas na niedługi spektakl do berlińskiego Kreuzbergu. To kolejna mroczna, niekiedy silnie dronowa ekspozycja, znów nasączona po brzegi jakością.

Nim muzycy wydadzą tu pierwszy dźwięk sycić możemy się ciszą oczekiwania, szmerami i oddechami publiczności. Na początek organy ledwie stemplują półdźwiękami martwą przestrzeń koncertu, w tle drżą obiekty, szumią dęte frazy głęboko zanurzone w pogłosie. Mroczne misterium wyczekiwania generuje napięcie godne deathmetalowej introdukcji. Gdy w końcu improwizacja uformuje się w linearny strumień narracji, nastrój staje się wręcz demoniczny. Organowy dron, rozhisteryzowane flety i perkusjonalne inkrustacje, skąpane w elektronicznej pożodze, systematycznie wznoszą się ku górze, po czym napotykają chmarę hałaśliwego ptactwa. Po wytłumieniu narracja osiąga stan nerwowej medytacji. Długiemu pasmu organowego smutku towarzyszą teraz głównie tajemnicze szmery i szelesty. W międzyczasie pada tu deszcz, biją dzwony kościelne, pracuje młot pneumatyczny. Z tego urokliwego chaosu formuje się jakże efektowne crescendo, nasycone dźwiękami niewiadomego pochodzenia. Całość osiąga punkt kulminacyjny w okolicach 30 minuty, po czym zapada w śmiertelny letarg zakończenia.



 

Surreal Voyagers Seeking Mother (Antenna Non Grata, CD 2024)

Musica Polonica Nova Festival 2022, Galeria Dźwięku, Wrocław: Aleksander Wnuk – instrumenty perkusyjne, elektronika oraz Michał Lazar – gitara elektryczna, elektronika. Trzy utwory, 45 minut.

Czas na gęste, smoliste strumienie dark ambientu! Wydanie krajowe, bardziej niż udane, bystrze wpisujące się w sam rdzeń nurtu, który jednocześnie budzi grozę i koi zszargane nerwy.

Pierwszy utwór stanowi tu więcej niż połowę całej płyty i zdaje się być kluczowy nie tylko z tego punktu widzenia. Introdukcja płynie do nas z ciszy i jest dość delikatna, ale od pierwszej sekundy definitywnie mroczna, by nie rzec czarna w swojej ambientowości. Flow nabiera masy i bogatej faktury niemal w mgnieniu oka. W fazie rozwoju dzieje się tu naprawdę wiele, a niemal każda pętla przynosi nowe pasma smolistych dźwięków i kolejne pokłady demonicznego nastroju. Z czasem w potoku zdarzeń coraz wyraźniejsze są frazy gitarowe, jakby wytrącane z gęstego strumienia ambientu. W końcowej fazie utworu trudno nie dosłyszeć wyrazistych plam syntetyki i niemal dubowej poświaty klejącej się do gitary. Druga odsłona wita nas porcją wyżej posadowionego i czystszego w brzmieniu ambientu. W tumulcie zdarzeń zdaje się, że słyszymy coś na kształt sakralnych zaśpiewów. Nie brakuje też niskich, basowych pasm i metalicznego rezonansu. Narracja wszakże wydaje się tym razem być bardziej zbita, odrobinę matowa, a w swej fazie końcowej doposażona w odrobinę melodyki. Finałowa ekspozycja trwa siedem minut i płynie nade wszystko z gitarowego gryfu. Wysokie, czyste frazy lepią się tu do bardziej mrocznych, ale jakby szczyptę relaksacyjnych dźwięków. Ów nieco wampiryczny ambient z czasem staje w miejscu, a potem spokojnie zasypia.



 

François de Larrard & Mathieu Bec Poecordes/ Floating (Bandcamp’s self-released, DL 2024)

Brontosaure, Bron, Francja, styczeń: François de Larrard – fortepian oraz Mathieu Bec – perkusja. Piętnaście kompozycji, 67 minut.

Tym razem oddajemy się w szpony jazzu, niekiedy nawet main-streamowego, przynajmniej z punktu widzenia pianisty, który co do zasady nie opuszcza rejonów klawiatury. W tej odrobinę przewidywalnej i z pewnością zbyt długiej opowieści naszą uwagę nade wszystko przykuwa drummer, którego dobrze znamy z innych, definitywnie bardziej swobodnych wypowiedzi muzycznych.

Ponadgodzinna opowieść podzielona jest na piętnaście części. Początek wyznacza tu jazzowy marsz budowany minimalistyczną melodią i zdrową, drummerską synkopą szyjącą na poły taneczny rytm. W kolejnych równie zwartych i nieprzegadanych opowieściach wrażenia recenzenta falują niczym wzburzony ocean. Od post-romantycznych ballad, tudzież post-bluesowych interludiów i swingujących miniatur, które generują potrzebę ciągłego spoglądania na zegarek, po akcje bardziej urozmaicone, szyte mniej banalnymi środkami wyrazu. W ramach tych ostatnich z pewnością warto zwrócić uwagę na opowieść czwartą, z dobrze zbudowanym suspensem, pełną brzmieniowych niuansów i urokliwie kanciastych form. Podobnymi walorami charakteryzuje się dziewiąty utwór, gdy muzycy emanują dobrze rozumianą agresją i pracują na ciekawej, połamanej rytmice. Opowieść jedenasta bazuje na post-klasyce, która topi się w bardziej mrocznych, molowych klimatach. Muzycy szczególnie dobrze reagują na siebie w utworze trzynastym, z kolei w czternastym bazując na bystrym tempie szyją nam taneczną, efektownie rozhuśtaną ekspozycję.



 

Yuriy Yaremchuk & Ivan Bursov Six States Of Four Wooden (Extra Notes Records, CD 2024)

GITIS Recording Studio, listopad 2023: Yuriy Yaremchuk – klarnet basowy, saksofon sopranowy oraz Ivan Bursov – saksofon tenorowy, klarnet. Sześć utworów, 70 minut.

Sześć stanów czterech drewniaków – jakże precyzyjny, zasadny tytuł albumu! Dwa saksofony i dwa klarnety w rękach dwóch muzyków pozostających w permanentnym, improwizowanym dialogu w estetyce swobodnego jazzu i niebanalnej kameralistyki. Na ogół w brzmieniach czystych, a jeśli już preparowanych, to czynionych z klasą i umiarem w zakresie stosowania tzw. technik rozszerzonych. W sumie album, że palce lizać, poza drobną uwagą krytyczną, jak zawsze rodzącą się w głowie recenzenta, gdy płyta jest zdecydowanie dłuższa niż nasze ulubione trzy kwadranse.

Pierwsza, kilkunastominutowa improwizacja mówi wszystko o zawartości albumu. To opowieść pełna swobodnego jazzu realizowanego w ciekawej dynamice, w momentach spowolnienia sięgająca po atrybuty kameralne. Techniczna sprawność wykonawcza, niekiedy hacząca o wirtuozerię, zaawansowany zmysł dramaturgiczny, ponadgatunkowa wyobraźnia, całkiem niewymuszona melodyjność i bardzo szeroka paleta barw, to podstawowe przywary muzyków i ich instrumentarium. Artyści mogą tu pozwolić sobie niemal na wszystko, ale zupełnie naturalna w ich wypadku samodyscyplina zdaje się budować dodatkową jakość. W drugiej opowieści odnajdujemy sporo mrocznych klimatów i momentów posadowionych blisko ciszy, w trzeciej z kolei na pierwszy plan sforują się niemal free jazzowe galopady. W kolejnych częściach napotykamy na błyskotliwe dialogi w formule call & responce, wyjątkowo zjawiskowe drony realizowane na nisko ugiętych kolanach (klarnet basowy i saksofon tenorowy!), zreasumowane melodyjną kołysanką, wreszcie w improwizacji końcowej soczyste garście kameralnych subtelności, niepozbawionych wszakże brawurowych zakrętów i fraz odrobinę bardziej zadziornych.

 

 

piątek, 24 listopada 2023

The November’ Round-up: The Beholder's Share! The Bridge! Flora! Almost Invariably! Zyft! Zabelka! Gucik & Kravos! Builder & Choboter!


Listopadowa zbiorówka świeżych recenzji jeszcze świeższych płyt gotowa do czytania! To edycja o dużym ciężarze gatunkowym, pełna zacnych i jakże rozpoznawalnych w świecie muzyki improwizowanej nazwisk. Obok nich znajdziemy także pokaźne grono naszych dobrych znajomych z południowo-zachodniego krańca Europy, i jak zwykle przy tej okazji, kilka nowych person do zapamiętania!

Będzie dużo jazzu w jak najbardziej swobodnym wydaniu, zarówno akustycznych zabaw, jak i psychodelicznych tripów godnych klasyki fussion, będzie kilka oceanów improwizacji wyzwolonej ze wszelkich ram gatunkowych, a także odrobina post-jazzowej kameralistyki.

Nasza marszruta zaczyna się w Londynie. Potem zagramy pod dyktando naszych ulubionych improwizatorów z Półwyspu Iberyjskiego, nie bez przestrzennych akcentów polskich, a zaraz po nich pojawi się wątek amsterdamski i austriacki, ten drugi także w akcentami zamorskimi. Na koniec dwa międzynarodowe duety – pierwszy zakotwiczony w Łodzi, drugi w Kopenhadze.

So, welcome to heaven & hell of improvised music!




Alex Bonney/ Paul Dunmall/ Mark Sanders The Beholder's Share (Bead Records, CD 2023)

Sansome Studios, Londyn, listopad 2022: Alex Bonney – trąbka, syntezator modularny, laptop, Paul Dunmall – saksofony oraz Mark Sanders – perkusja. Trzy improwizacje, 40 minut.

Brytyjskie spotkanie trzech muzycznych pokoleń, ubrane w szaty swobodnie improwizowanego jazzu, intryguje nie tylko z uwagi na klasę muzyków i dramaturgię, ale także wyjątkowo udane łączenie brzmień syntetycznych z akustyką dwóch dęciaków i perkusji. Każda z trzech opowieści budowana jest na starcie przez syntezator modularny i elektronikę, które aranżują przestrzeń ambientowym tłem i sekwencją drobnych, syntezatorowych plam. Dodajmy, iż ów background pozostaje z muzykami na ogół do końca danej ekspozycji. Dopiero na tak przygotowany grunt wchodzi trąbka i czyni interesujące dialogi z saksofonem, wsparte na niebywale kompetentnym drummingu.

Początek nagrania jest prowadzony w wolnym tempie. Elektronika buduje mroczne tło, saksofon snuje melodie, a perkusja formuje stelaż narracji. Smak post-fussion pojawia się dość szybko, choć sama trąbka wydaje pierwsze dźwięki dopiero po upływie kilku minut. Z czasem muzycy osiągają stan stabilnego, nieprzeładowanego emocjami free jazzu. Drugą opowieść otwiera drummer, który inicjuje delikatny rytm. Wokół niego snują się plamy syntetyki i saksofonowe preparacje. Wraz z upływem minut narracja nabiera tempa. W połowie wielominutowej improwizacji muzycy zdają się opadać na samo dno. Przez moment słyszymy jedynie czysto brzmiące dęciaki. W dalszej części nagrania dużo do powiedzenia ma kreatywny perkusista, ale trzeba zauważyć, iż warstwa syntetyczna nie ogranicza się jedynie do budowania tła. Podobnie rzecz się ma w trzeciej odsłonie, gdy kreatywność Bonneya koncertuje się na brzmieniach nieakustycznych. Narracja ma tu wiele twarzy, bywa pokrętna, oniryczna, tajemnicza, bywa też ekspresyjna, stymulowana świetną robotą Sandersa. Finał należy do Dunmalla, który sięga po saksofon sopranowy i nadaje całości jakże dla niego charakterystyczny, post-folkowy sznyt.



The Bridge (Rodrigo Amado, Alexander von Schlippenbach, Ingebrigt Haker Flaten, Gerry Hemingway) Beyond the Margins (Trost Records, CD 2023)

Pardon To Tu, Warszawa, październik 2022: Rodrigo Amado – saksofon tenorowy, Alexander von Schlippenbach – fortepian, Ingebrigt Haker Flaten – kontrabas oraz Gerry Hemingway – perkusja, głos. Trzy improwizacje, 56 minut.

Kolejne – po kwartecie This Is Our Language - międzynarodowe spotkanie mistrzów gatunku zaaranżowane i poprowadzone przez portugalskiego tenorzystę. Choć wiemy z wielu historii, że nazwiska same nie grają, a zaawansowani wiekowo artyści potrafią muzykować na pół gwizdka, przywary te nie dotyczą kwartetu The Bridge! Prawie godzinny zapis koncertu z Warszawy sprzed roku, to kosmiczna jakość free silnie osadzonego w jazzowym idiomie. Całość składa się z czterdziestominutowego seta głównego i dwóch, ponad siedmiominutowych encores.

Faza otwarcia trwa ledwie kilka chwil. Kwartet bez zbędnej zwłoki wpada w strumień kolektywnych improwizacji, które przebierają różne formy, ale stronią od czysto solowych ekspozycji. Świetna komunikacja i bystre interakcje tworzą tu niebywały koloryt. Nie brakuje udanie porcjowanego swingu i melodii, ale nade wszystko free jazzowej ekspresji, którą dostarczają tu wszyscy. W połowie seta ma miejsce kameralne interludium (ze smyczkiem na kontrabasie), a kolejna wspinaczka na free jazzowy szczyt wiedzie bardziej krętą, wyboistą drogą i wydaje się być jeszcze bardziej urokliwa. Improwizacja incydentalnie prowadzona jest w trio, ale tym, który milknie nie jest bynajmniej niemiecki pianista, ale prawie trzy dekady od niego młodszy portugalski saksofonista. Oczywiście wyborną robotę czyni tu sekcja rytmu, która rzadko wychodzi z roli akompaniatora, znajduje jednak kilka znaczących chwil tylko dla siebie. Dwie dodatkowe improwizacje także skrzą się melanżem udanych akcji. Pierwszy epizod nabiera dynamiki z woli saksofonisty, a gaśnie kreatywnością pianisty. Druga dogrywka startuje z pozycji post-swingowej ballady, ale eksploduje prawdziwie aylerowskimi emocjami, jest bowiem rodzajem repryzy nieśmiertelnego Ghosts. Szczególnie zjawiskowy jest dronowy finał, zdobiony wokalizami perkusisty.



 

Marcelo dos Reis Flora (JACC Records, CD 2023)

Blue House Studio, Portugalia, maj 2023: Marcelo Dos Reis – gitara i kompozycje, Miguel Falcão – kontrabas oraz Luis Felipe Silva – perkusja. Sześć utworów, 41 minut.

Marcelo Dos Reis sprawia wrażenie artysty, który w ostatnich latach przesunął ciężar zainteresowań z muzyki swobodnie improwizowanej na ekspozycje ubrane w kształtne i powabne kompozycje własne. Najpierw był precyzyjnie skonstruowany album solowy, potem dobrze zaaranżowany duet z Luisem Vicente, teraz muzyk z Coimbry proponuje nam autorskie trio, wykonujące kompozycje, które śmiało możemy określić mianem jazz-rocka! Ów trend nie budzi może nadmiernego entuzjazmu pośród zwolenników free impro, ale przyznać trzeba, że wszystko, czego tknie się Marcelo jest najwyższej jakości.

Pierwsza piosenka ma tu rockowy sznyt, niemal taneczny, acz nasączony jazzem rytm i niewyczerpane zasoby melodii. Zdobią ją efektowna solówka gitarzysty, realizowana na dużej dynamice. Druga i trzecia kompozycja są połączone. Opowieść zaczyna się dwustrumieniową gitarą, zaczerpniętą z duetowej płyty z Vicente. Ambient w tle i swobodna, na początku łagodnie frazująca gitara, której towarzyszy równie precyzyjny motyw basu. Na tym tle swoje małe przełomy realizuje perkusja, a całość pretenduje do miana post-ballady w stanie nieważkości. Po rozwinięciu w rockowy, tudzież jazz-rockowy motyw całość przypomina nagrania Mahavishnu Orchestra i piękne lata 70. ubiegłego stulecia. Czwarta część sprawia wrażenie komentarza do drugiej kompozycji, ma podobną strukturę, wieńczy ją jednak dość ekspresyjne zakończenie. W przedostatnim utworze sekcja rytmu pracuje niemal funkowo. Dynamiczna, na poły taneczna ekspozycja mieni się tu wieloma kolorami, pośród których znów doszukać się można klimatów fussion sprzed niemal pół wieku. Ostatnia opowieść startuje w estetyce bluesowej. Zgrabnie uformowany, wytłumiony motyw idealnie wpisuje się w konwencję farewell song. W drugiej fazie nagrania emocje biorą jednak górę, a melanż jazzu i rocka spina album niebanalną klamrą stylistyczną.



 

Almost Invariably (Luciano Bagnasco, José Lencastre, João Valinho) Almost Invariably (Bandcamp’ self-released, DL 2023)

Estúdio Namouche, Lizbona, styczeń 2023: José Lencastre – saksofon altowy i tenorowy, Luciano Bagnasco – gitara oraz João Valinho – perkusja. Pięć improwizacji, 32 minuty.

Hiszpański Argentyńczyk i para Portugalczyków w post-jazzowym tańcu, który syci się mnóstwem ponadgatunkowych inspiracji. Lubimy takie sytuacje, a nagrania całej trójki śledzimy na tych łamach na bieżąco. Synkopowana estetyka jest tu jedynie punktem wyjścia, bowiem kreatywność muzyków, umiejętność budowania dramaturgii i zdolność kooperacji sprawiają, iż całe nagranie mieni się wyjątkowo efektowną paletą barw.

Słowo się rzekło, otwarcie albumu płynie spokojną strugą lekkiej, jazzowej gitary, masą śpiewnego saksofonu i dobrze konstruowanej narracji drummingowej. Artyści nie idą jednak w tango, szukają ciekawszych dźwięków, preparują i interferują. Już na początku drugiej odsłony gitarzysta włącza mroczny, ambientowy tryb, a narracja nabiera dalece nieoczywistego wymiaru. Swobodna, dość leniwa opowieść szyta jest jednak nerwowym pulsem perkusji, a z czasem nabiera mocy niemalże free jazzowej. Emocje rosną tu wraz z każdym pokonanym kilometrem. W trzeciej części energia wewnętrzna tria zdaje się systematycznie przybierać na wartości. Dynamiczna gitara łapie post-rockowe fluidy, dubowe echa i psychodeliczne naleciałości. Saksofon dba o linearność narracji i odpowiednia dawkę melodyki, nie szczędząc nam oryginalnych przedechów, a perkusja klei wszystko w zwartą całość. Czwarta opowieść delikatnie tonuje emocje, płynie od gęstej post-ballady do open-jazzowej, melodyjnej ekspozycji. Końcowa improwizacja świetnie reasumuje cały album. Na starcie mieni się bystrymi preparacjami, potem formuje w efektowny dron i łapie zarówno dubowe, jak i post-bluesowe zdobienia. Akcja goni tu akcję, a ostatnia prosta kipi od niebywałych emocji.



 

Zyft (Henk Zwerver, Ziv Taubenfeld, Maya Felixbrodt) Triangle Moments (Creative Sources, CD 2023)

Splendor, Amsterdam, czerwiec 2023: Henk Zwerver – gitara akustyczna, Ziv Taubenfeld – klarnet basowy oraz Maya Felixbrodt – altówka. Sześć improwizacji, 37 minut.

Swobodna improwizacja, które czerpie inspiracje z wielu źródeł, która zaskakuje zarówno dramaturgią, jak i brzmieniowymi subtelnościami, zdaje się być każdorazowo zbiorem wyjątkowo atrakcyjnych dźwięków. Drugi album międzynarodowego (i jakże wielopokoleniowego) tria Zyft idealnie wpisuje się w ów model.

Artyści zaczynają swą podróż z dużym ładunkiem energii, sycąc improwizację pewną drapieżnością, czy wręcz hałaśliwością – oto prawdziwe free chamber na sterydach! Narracja zdaje się być efektownie rozkołysana, frywolna, pełna emocji i niemal wirtuozerskich popisów instrumentalnych. W tym tyglu zdarzeń gitarzysta przemyca nam kilka bystrych, post-klasycznych fraz. Druga opowieść budowana jest drobnymi, rwanymi dźwiękami, ma swoją taktyczną dynamikę, ale bywa też mroczna i zamyślona. Muzycy panują nad ekspresją, ale definitywnie lubią puszczać wodze fantazji i wpadać w niemal chocholi taniec. W trakcie długiej narracji jest tu miejsce na urokliwe preparacje violi, strunowe pląsy gitary i klarnetowe pojękiwania. W następnej części pojawiają się kolejne nowe elementy – drony, smyczkowe akcje na gryfie gitary i bolesne śpiewy altówki. Na koniec tego fragmentu narrację tworzą wyłącznie strunowce, a całość smakuje neoklasycznie. Podobnie brzmi część czwarta, w całości pozbawiona brzmienia klarnetu, doposażona jednak akcentami perkusjonalnymi. Dla opisu piątej odsłony śmiało możemy ukryć określenia post-barok, a nawet post-renesans - wszystko wszakże skapane jest tu w nieskończonej kreatywności muzyków. Końcowa improwizacja bazuje na minimalistycznej gitarze, delikatnie roztańczonym klarnecie i kolejnych akcentach percussion, tym razem prawdopodobnie realizowanych rękoma altowiolinistki. Ostatnia prosta, to plemienny rytuał dźwięku – drobne frazy z wielu źródeł połączone swobodnym tańcem, wieńczącym jakże piękną podróż.



 

Mia Zabelka feat. Alain Joule & Tracy Lisk Duos (Setola Di Maiale, CD 2023)

Klanghaus Untergreith/ Sankt Johann, Espace/ Montreal, Dauphin Street Studio/ Philadelphia, maj 2023: Mia Zabelka – skrzypce, głos, kompozycje oraz Alain Joule - violoncello z perkusjonalnym rozwinięciem, kompozycje (utwór pierwszy) i Tracy Lisk – perkusja, instrumenty perkusyjne, kompozycje (utwór drugi). Dwa utwory, 53 minuty.

Austriacka skrzypaczka, kompozytorka i improwizatorka, chętnie korzystająca z własnego głosu, jest ważną postacią europejskiej sceny muzyki eksperymentalnej od dawna. Swoje wydawnictwa upublicznia jednak niezbyt często, zatem nad każdą propozycją pochylamy się z należytą uwagą. Nowa płyta jest zbiorem dwóch duetów w sytuacjach koncertowych (podwójne miejsca ich rejestracji nie do końca są tu zrozumiałe) i przynosi wyjątkowo pokaźną porcję ekspresyjnych, dość jednak hałaśliwych improwizacji. Brzmienie obu koncertów jest definitywnie punkowe, ale nie wiemy, czy to efekt jakości nagrania, czy też … masteringu Lasse Marhauga, który lubi brud i noise.

Pierwszy duet, to taniec dwóch instrumentów strunowych, przy czym zestaw Alaina Joule jest doposażony perkusjonalnie. Brudne brzmienie, pokaźny ładunek ekspresji, gęsta, interaktywna narracja i kilka definitywnie noise’owych incydentów. Oba strunowce sprawiają wrażenie, jakby były amplifikowane, przez co opowieść nie jest pozbawiona quasi rockowych naleciałości, choć jednocześnie nie stroni od post-barokowych uniesień. Gdy Zabelka sięga po wokal, wydaje się, że przepuszcza go przez jakieś urządzenie elektroniczne. W dalszej fazie tej części albumu muzycy zdają się wkładać w swoje wypowiedzi odrobinę więcej melodyjności i subtelności. Druga improwizacja prowadzona jest w towarzystwie pełnowymiarowego zestawu perkusyjnego. Mimo, iż obraz całości nie przestaje nosić znamion hałasu, opowieść wydaje się bardziej przyswajalna fonicznie. Także głos skrzypaczki jest tu bardziej czysty, choć równie ekspresyjny – czasami przypomina scat, innym razem zdeformowany beat box. Perkusja czasami płynie rockowym szlakiem, bywa też bliska emocji free jazzu. Narracja w wielu momentach sprawia wrażenie bokserskiej wymiany ciosów. Emocji mamy tu doprawdy mnóstwo.



 

Jakub Gucik & Tilen Kravos Infuzja (Antenna Non Grata, CD 2023)

Ignorantka, Łódź, Lipiec 2022: Jakub Gucik – wiolonczela oraz Tilen Kravos – gitara elektryczna. Cztery improwizacje, 48 minut.

Łódzka Ignorantka i jej piwniczna scena, to miejsce spotkania polskiego wiolonczelisty i słoweńskiego gitarzysty, dodajmy, w trakcie jednego z bardziej upalnych dni ubiegłorocznego lata. Spotkania z założenia improwizowanego, nastawionego na wymianę dźwięków nasyconych dużymi porcjami ekspresji. Choć to gitara jest tu amplifikowana, bywa, że z natury akustyczna wiolonczela jest instrumentem głośniejszym i bardziej temperamentnym. W każdym razie blisko pięćdziesięciominutowy koncert wypełnia sporo dobrych emocji i ciekawych zwarć w półdystansie.

Już na starcie muzycy sycą narrację dużym ładunkiem mocy. Rockowe wiosło wiolonczeli płynie po gęstej strudze czerstwego ambientu gitary. Improwizacja ma wyjątkowe szerokie spektrum dźwiękowe, od basowej podłogi po dubowy sufit. Muzycy bardzo chętnie wchodzą w dialog, który często bywa tu serią efektownych kuksańców. Na zakończenie pierwszego epizodu dostajemy garść fraz preparowanych. W podobnym klimacie budowany jest początek drugiej odsłony koncertu. Narracja przybiera tu szaty na poły taneczne - gitara dostarcza strzępy jazzu i bluesa, cello nie stroni od post-barokowych zdobień. Po fazie tłumienia i rozkołysania, opowieść wraca do ekspresji rocka i delikatnie zanurza się w psychodelii. Część trzecia jest bardziej mroczna, odrobinę minimalistyczna. Gucik sięga tu po tryb pizzicato, potem płynie rozśpiewanym arco, co Kravos konkluduje siłą dobrego rocka. Całość dogorywa w mroku ambientu. Czwarta historia, podobnie jak druga, bazuje na pewnej ulotnej rytmice. Trochę fraz imitacyjnych, garść preparacji, szczypta zdrowej psychodelii. Natrafiamy też na całkiem hałaśliwe interludium. Bo tego wieczoru w Ignorantce post-barok zbliżył się do noise-rocka na wyciagnięcie ręki.



 

Calum Builder & Matt Choboter Locusts and Honey (ILK Records, CD 2023)

St. Augustines Church, Kopenhaga, jesień 2020 (?): Calum Builder – saksofon oraz Matt Choboter – fortepian. Dziewięć utworów, 37 minut.

Dzisiejszą marszrutę kończymy w obiekcie sakralnym w Kopenhadze. Delikatnie brzmiący saksofon sopranowy Buildera płynąć tu będzie szeroką strugą pogłosu, a w rolę bystrego interlokutora wcieli się Choboter i jego niebanalny fortepian, traktowany naprzemiennie metodą inside i outside. Dwaj artyści z różnych części świata, zakotwiczeni w stolicy Danii, wtedy otoczeni drutem lockdownu, budują dramaturgię spektaklu z niebywałą precyzją. I bywa, że największe emocje wzbudzają w sytuacji, gdy decydują się pozostawić niektóre dźwięki w sferze ciszy.

Album otwiera fortepianowa introdukcja, budowana zarówno na klawiaturze, jak i gołych strunach. Oniryczna, odrobinę rytmiczna narracja napotyka na romantyczny śpiew saksofonu. Zaraz potem dęciak zdaje się wpadać w stan trwogi, którą implikuje preparowane piano. W kolejnej części saksofonista otwiera szeroko oczy i płynie głębokim, sakralnym oddechem. Post-barokowe początki są tu zaczynem bardzo ekspresyjnego rozwinięcia. Piano pozostaje w roli komentatora. Czwarta część stoi dysonansem – piano dobywa frazy jakby z głębi ziemi, saksofon tańczy w chmurach. Mroczny minimalizm versus post-folkowa melodyka. Piąta historia zdaje się być repryzą drugiej, z kolei szósta nasycona jest melancholijnymi frazami z klawiatury. Saksofon pojawia się tu jedynie na czas puenty. Siódma opowieść należy z kolei niemal wyłącznie do dęciaka. Taniec wokół własnej osi, tajemnicza wokaliza (pianisty?) i nad wyraz dużo kreatywności. W odsłonie przedostatniej mroczne, minimalistyczne piano najpierw budzi trwogę, potem sprawia, iż barwa saksofonowego strumienia robi się wyjątkowo matowa. Na zakończenie podróży muzycy jakby zyskiwali drugie życie. Ich improwizacja zdaje się być bardziej żwawa, intrygująco zagęszczona rozśpiewanymi frazami obu instrumentalistów.



 

wtorek, 27 grudnia 2022

Calum Builder! Murmuration!


Stary rok umiera w konwulsjach, za kilkadziesiąt godzin ostatecznie skona, a nim to nastąpi Trybuna Muzyki Spontanicznej ogłosi 50 powodów, dla których ów szaleńczy rok warto będzie zapamiętać. Na ten moment musimy poczekać do ostatniego dnia grudnia.

Świat nie zna wszakże próżni, bo dziś przed nami płyta, która swą oficjalną premierę będzie miała dopiero w styczniu roku przyszłego, a my postanowiliśmy pozachwycać się nią już teraz.

Towarzystwo na albumie Murmuration odnajdujemy dalece międzynarodowe, ale zdecydowanie zakotwiczone w duńskiej Kopenhadze. Na czele jedenastoosobowego stada … Australijczyk Calum Builder, zdolny saksofonista i jeszcze zdolniejszy kompozytor, którego poprzednim, zrealizowanym także dużym składem, konceptualnym albumem Messe zachwycaliśmy się na tych łamach paręnaście miesięcy temu. Dziś zapraszamy na jego najnowsze dzieło, które - jak sam twierdzi - jest owocem lockdownowej tęsknoty za ziemią ojczystą, czyli kolejnego stadium choroby zwanej syndromem emigranckim.

 


 

Pod batutą dyrygencką kompozytora do wykonania tytułowego Szemrania w trzech aktach, tudzież pięciu częściach staje następujący aparat wykonawczy: dwa saksofony, klarnet basowy, bassoon, dwie trąbki, tuba, altówka, wiolonczela, kontrabas i perkusja z dodatkami.

Akt pierwszy opery tragicznej, rozdział pierwszy, to opowieść o tym, jak z drobnych, niemal niesłyszalnych dźwięków jedenastu instrumentów tworzy się szemrzący dron – wielowarstwowy, dość mroczny, nisko posadowiony, ale niepozbawiony ambientowej struktury. Wraz z upływem czasu w owym strumieniu dźwiękowych zagadek napotykamy na coraz więcej fraz instrumentów, których brzmienie bez większych problemów rozpoznajemy. Mrok zdaje się ustępować miejsca mglistej poświacie, w której możemy dostrzegać już kontury przedmiotów wokół nas. Tymczasem emocje rosną, mamy bowiem wrażenie, że wszyscy artyści dygoczą teraz z zimna. Gdy w końcu postanawiają wziąć głęboki oddech, zupełnie niespostrzeżenie odnajdujemy się już w rozdziale drugim aktu pierwszego. Narracja wydaje się być teraz nieco rozwarstwiona, a przestrzenie pomiędzy frazami doposażone w odrobinę ożywczego powietrza. Na czele pochodu udręczonych staje bassoon. Śpiewa i jakby przypadkiem uspokaja całą orkiestrę, dzięki czemu na moment zostaje sam na scenie. W tle sączą się jedynie dźwięki rezonującego talerza i drobnych incydentów na perkusyjnym werblu i tomach. Takie oto kameralne duo stąpa jak po kruchym lodzie i po niedługim czasie napotyka na strunowe komentarze. Wystarczy tu jednak kilka chwil, by narracja nabrała odpowiedniej gęstości i dynamiki, by jej ekspresja mogła niemal eksplodować. Instrumenty dęte śpiewają lub burczą, tło nawarstwia się i pęcznieje. Przez moment mamy wrażenie, że narracja delikatnie przygasa przy dźwiękach przypominających wibrafon, ale to jedynie pozór, albowiem nerwowe gierki rozpoczynają tu instrumenty strunowe. Nowy dron pełen jest mocy niskich dęciaków – klarnetu basowego, tuby i prowodyra całego zajścia, czyli bassoona. Akt pierwszy kończy się efektownym spiętrzeniem.

Akt drugi, rozdział pierwszy, to w fazie narodzin plejady krótkich dźwięków. Najpierw kreacja spoczywa na barkach tuby i klarnetu basowego. Potem dochodzi perkusja i takie oto trio buduje coś na kształt post-jazzowej narracji. Reszta instrumentów skrupulatnie uplata tymczasem akustyczny background. Gdy wszyscy muzycy nabiorą już powietrza w płuca i napną mięsnie, precyzyjnie zaplanowana ekspozycja free jazzu stanie się naszym udziałem. Po osiągnięciu wyjątkowo spektakularnego szczytu opowieść tłumi emocje w post-kameralnej kołysance. Ale narracji daleko do procesu wygaszania. Do ognia dokłada perkusja, a strunowce idą tu niemalże na wzajemne wyniszczenie. Tymczasem dęta frakcja zaczyna płynąć gęstą strugą unisono, której tembr nabiera jakby durowej tonacji. Rozkwit post-jazzu stwarza tu przedpole dla finałowej eksplozji nerwowej melodyki, pełnej tęsknoty, zadumy, ale i kompulsywnego niepokoju. Trębacze zdają się tu być piewcami złej nowiny, saksofoniści tymi, którzy koją zszargane nerwy. Akt drugi płynnie przechodzi tu w swój rozdział drugi, który kreują niemal same trąbki, płynące dalece molowym strumieniem dźwięków. Zadana historia zdaje się kończyć frazami w pełni improwizowanymi, które bez trudu odnajdują zakończenie.

Akt trzeci opowieści nie ma już podrozdziałów. Ale i on budzi się do życia z podskórnym lekiem, kreowany strunowymi dronami i dętymi powtórzeniami. Rozkołysana narracja stawia tu wiele pytań, ale nie daje odpowiedzi. Splata dygoczące chamber brudnych fraz smyczkowych i czystych, dętych oddechów i małe perkusjonalia, które przypominają delikatnie wzburzony ocean. Wszyscy zdają się teraz spoglądać ku górze, ale grzęzną w powodzi dramaturgicznych rozterek. Długie pociągnięcia pędzlem budują pewną linearność narracji, ale to dygot i skowyt, nie zaś pieśń pojednania. Opowieść przygasa, ale nie umiera, bowiem drummer utrzymuje ją przy życiu. Gęste unisono dętych daje pozór nadziei, przypomina światełko w ciemnym tunelu. Ale wielki finał, tak czy inaczej, broczy w post-kameralnym smutku. Instrumenty strunowe komentują, dęte miarowo oddychają.

 

Calum Builder Murmuration (Barefoot Records, CD/kaseta 2023). Calum Builder – saksofon altowy, dyrygentura i kompozycje, Miguel Crozzoli – saksofon tenorowy, Carolyn Goodwin – klarnet basowy, Sara Bulili-Nowak – bassoon, Erik Kimmestad – trąbka, Håkon Guttormsen – trąbka, Kristian Tangvik – tuba, Barbara Kammer – altówka, Oda Dyrnes – wiolonczela, Piotr Dubajko – kontrabas oraz Jan Kadereit – perkusja, instrumenty perkusyjne. Nagrane w roku 2021, miejsce powstania niewskazane w albumowym credits. Pięć utworów, 41:40.

 


 

piątek, 29 października 2021

Discordian Community Ensemble! Builder’ Messe! GRIFF! Variations On No Particular Theme! Chołoniewski! The Short Story How to Compose the Improvisation!


Ukochana przez nas swobodna improwizacja nie jedno ma imię! Bywa formowana wedle pewnych scenariuszy, bywa precyzyjnie kontrolowana na etapie realizacji, bywa dyrygowana i zapisywana na kartkach papieru. Każda z tych form, jeśli tylko niesie ze sobą odpowiedni ładunek ekspresji, dźwiękowych emocji, tudzież strukturalnych niuansów, bywa na tych łamach skrzętnie omawiana i wpisywana do wielkiej księgi osiągnięć gatunku ludzkiego!

Dziś zapraszamy na nieco przewrotną i dość skromną zbiorówkę recenzji pięciu płyt, na których proces improwizacji został dość precyzyjnie zaplanowany. W każdym jednak przypadku, w dalece odmienny sposób. A zatem kompozycje, które skrupulatnie kreślą ramy aktywności muzyków improwizujących, czasem dzieła wręcz monumentalne, które prowadzą wieloosobowy ansambl przez meandry kreatywności kompozytora. Także pozornie swobodne improwizacje, które są wszakże na tyle istotnie ustrukturyzowane, że niemal można je nazywać kompozycją. Kolejna przygoda dnia dzisiejszego, to definitywnie swobodna improwizacja, łącząca wszakże na scenie instrumenty, które rzadko grywają w takiej konfiguracji i jeszcze żeniąca gatunki, które niespecjalnie się lubią, a zatem płyta, która także znajdzie swoje miejsce w zadanej tematyce. Na koniec ekspozycja solowa, która na etapie post-produkcji została zmiksowana na nowo, można zatem powiedzieć, iż stanowi improwizację skomponowaną ex-post.

Na liście miejsc i wykonawców zarówno nasi świetni znajomi (Barcelona! Berlin!), jak i artyści zupełnie nam nieznani, nie dość, że debiutujący na tych łamach, to jeszcze często zaliczani do grona muzyków klasycznych. Inny słowy, jak zawsze na Trybunie, wrzący tygiel dźwięków, emocji i dysonansów poznawczych! Zapraszamy na odczyt, potem odsłuch, wreszcie na płytowo-plikowe zakupy!

 


El Pricto/ Discordian Community Ensemble  Live At Mixtur Festival (Discordian Records, DL 2021)

Naszą szaloną marszrutę zaczynamy oczywiście w Barcelonie, mając do dyspozycji kompozycje i orkiestrę pod zacnym kierownictwem El Pricto! Na program koncertu składają się dwie pozycje. W pierwszej kolejności utwór Life Metallic skomponowany na potrzeby nowego instrumentu Vasco Trilli (Russian Flat Bells), nastrojonego w tonacji podobnej do tej, jakiej używał Witold Lutosławski w kompozycji Musique Funebre. W dalszej kolejności kilkuczęściowa kompozycja Rumore-forme, inspirowana dokonaniami włoskiego artysty malarza i twórcy noise Luigi Russolo (muzycy wykonują, co do zasady, wyłącznie atonalne dźwięki, które przypominać mają brzmienia własnoręcznie wykonanego instrumentarium tego artysty). Jesteśmy na festiwalu Mixtur w Barcelonie, jaki odbywał się … niespełna cztery tygodnie temu (uroda cyfrowych realizacji płytowych bywa niezaprzeczalna!). Na scenie Discordian Community Ensemble w składzie: Pablo Selnik – flet, El Pricto – klarnet, Tom Chant – saksofony, Pope – trąbka, Vicent Muñoz – tuba, Vasco Trilla – instrumenty perkusyjne, Diego Caicedo – gitara elektryczna oraz Àlex Reviriego – kontrabas. Całość składa się z sześciu części i trwa 44 minuty.

El Pricto nie byłby sobą, gdyby najnowszą produkcję swej sztandarowej formacji nie skonstruował dalece przewrotnie. Najpierw zabiera nas do rajskiego ogrodu, pełnego pięknych, niemal filharmonicznych fraz i specyficznej krainy łagodności. Ów utwór wprowadzający, to przysłowiowe miłe złego początki. Albowiem pięcioczęściowa kompozycja inspirowana Russolo, to doprawdy prawdziwa symfonia noise music, budowana prze armię instrumentalistów, którzy zajmują się niemal wyłącznie preparowaniem dźwięków. Efekt, co oczywiste w wypadku tego wyjątkowego artysty, jest doprawdy wyśmienity!

Słowo się rzekło, pieśń otwarcia budowana jest przez rosyjskie dzwonki, które kreują szklisty rezonans, chłonący łagodne, dęte frazy. Narracja przypomina ceremonię zaprzysiężenia kolejnego niepotrzebnego boga. Całość pobrzmiewa nowoczesną klasyką (wysoko zawieszonym smyczkiem na gryfie kontrabasu także!), narasta jak burza, a gaśnie bladym świtem niespodziewanego poranka. Po garści oklasków DCE rusza na wojnę! Szumy, szmery, dęte wyziewy, drżące talerze – matowe błyskawice na czarnym niebie! W strudze brudu, która brnie w kierunku hałasu, pojawiają się także gitarowe sprężenia i dynamizujący akcję mały drumming. Kolejny epizod otwiera gitara i kontrabas. Instrumenty dęte rzeżą, niczym suchotnicy w drodze na Golgotę, a narracja gęstnieje, jak lawa, która nie znajduje ujścia. Ów akustyczny noise reasumuje tu chmura perkusjonalnych niespodzianek Trilli. Następna część, to jakby krok dalej w kreatywnym dewastowaniu dźwięków – niemal black-metalowe wyziewy dęciaków, chrobot gitary, burczenie tuby i nerwowe epizody na werblu. Po chwili smyczek kontrabasu buduje wzniesienie, po którym suną pozostałe instrumenty, obleczone chmurą soczystego hałasu. Emocje pikują, niczym zestrzelone myśliwce. Zaraz potem, i tak już gęsta narracja jeszcze zacieśnia szyk bojowy! DCE pracuje tu niczym zepsuta maszyna tkacka - post-industrialna symfonia brudnych, lepkich fraz, z pokrętną dynamiką, noise’owymi kulminacjami i kolejnym szczytem zbudowanym na barkach kontrabasu. Finał części czwartej (a piątego traku na płycie), to prawdziwy ostrzał artyleryjski, ale to tylko wstęp do ostatniej, ponad 12-minutowej epopei. Tu mamy już chyba wszystko, całą plejadę post-akustycznych dźwięków - perkusjonalne zdobienia, ostre jak brzytwa, dęte skoki mocy, gitarowy wstęp do krainy hałasu, kontrabasowe poślizgi, wreszcie histeryczne półdźwięki z trąbki i tuby. Opowieść znów staje się niebywale gęsta, ale znajduje się w niej miejsce na oddech i czerstwą nostalgię. Akcja zmienia się jak w kalejdoskopie (ach, ten Pricto!), chwilami sięga ściany dźwięku - wielka maszyna ssąco-tłocząca, boleśnie piękna, dotkliwie rezonująca. Wybrzmiewa długo, aż zetknie się z ciszą, którą zmącą brawurowe oklaski publiczności.

 


Calum Builder  Messe (You are where you need to be) (ILK Music, LP 2021)

Pozostajemy w obrębie muzyki definitywnie komponowanej, która stanowi pretekst dla zjawisk w pewnej mierze improwizowanych. Przed nami 21-osobowy ansambl, który udźwiękowi kompozytorski zamysł Caluma Buildera (saksofon altowy, także dyrygentura). Wraz z nim - w okolicznościach obiektu sakralnego w Danii - kolejnych sześciu saksofonistów: Cosimo Fiaschi (sopran), Albert Cirera (sopran), Jonas Engel (alt), Miguel Crozzoli (tenor), Nana Pi Larsen (tenor), Michał Biel (baryton); następnie, także siedmioosobowa sekcja wokalna: Therese Aune (sopran), Susana Nunes (sopran) Thea Wang (alt), Lucie Szabová (alt), João Neves (tenor), Kenneth Reid (tenor), Josh Herring (bas); wreszcie siedmioosobowa sekcja kontrabasów: Jesper Nordberg, Asger Thomsen, Mark Gregersen, Piotr Dubajko, Aurelijus Užameckis, Tomo Jacobson oraz Rafał Różalski. Kompozycja Messe składa się z siedmiu części (niczym siedem dni tygodnia!), trwa 40 minut i jest nieprzerwanym strumieniem dźwięków.

Koncert otwiera sekcja wokalna. Damsko-męski wielogłos śpiewa pieśń sakralną, która inauguruje ceremonię nabożeństwa (cokolwiek to znaczy, w zadanym kontekście muzycznym). Czyste, niemal dziewicze frazowanie zostaje tu skomentowane kawalkadą poirytowanych strunowców, tudzież lekką, nieco czupurną watahą dętych. Opowieść narasta zgodnie z wolą kompozytorską i prowadzi nas do ceremonialnego wyniesienia, które oznajmia pojedynczy dźwięk gongu. Definitywnie uczestniczymy we mszy, nie wiemy do końca, ku czyjej chwale. Głosy zdają się płynąć do nas z samej ciszy, zdobione odgłosami życia, jakie niewątpliwie toczy się obok zadanej struktury muzycznej. Budowany starannie, jakże efektowny wielogłos zdaje się być po czasie wzbogacany dźwiękami sekcji dętej. Wszelkie frazy lepią się do siebie, sprawiając wrażenie, jakby powstawały w jednym, wielkim gardle. Opowieść znów wspina się na szczyt, znów jakże błyskotliwym crescendo. Z czasem odnosimy wrażenie, iż rozśpiewane glosy zaczynają brzmieć niczym instrumenty dęte, i tak dzieje się w rzeczy samej! Saksofonowe podmuchy połykają wokalne frazy, kreując rytuał niepokoju, mroku, a nawet strachu. Oniryczny lot reeds, z gasnącymi frazami głosowymi, zostaje znienacka skomentowany piskiem strun wprost z kontrabasowych gryfów. Oto bodaj pierwszy moment tej niebywałej ceremonii, gdy strumień dźwiękowy tworzony jest przez wszystkich uczestników spektaklu. Tempo dalece nieśpieszne, emocje wszakże czerstwe i namacalne. Całość efektownie pulsuje, aż do osiągnięcia ciszy, którą anonsuje gong.

Po nanosekundzie odpoczynku wędrowcy ruszają w dalszą drogę. Najpierw struny, które dynamicznie riffują, jakby wszyscy szli tu na krwawą wojnę! Głosy zaczynają prowadzić nerwowe rozmowy w pełnej trwodze. Sekcja dęta stawia stemple, niczym gromy z jasnego (a może raczej mrocznego) nieba! Po strunach falują emocje godne wszelkiej maści klasyków noir music. Dość szybko odnajdujemy się w piątej części koncertu, w trakcie której władanie sceną znów przejmują wokaliści. W ten niesamowity wielogłos wkrada się stopniowo nieco afektowana nerwowość. Niemal niespostrzeżenie anielski chór przepoczwarza się tu w diabelski orszak krnąbrnych złoczyńców. Strunowce i dęte tylko na to czekają! W ułamku sekundy przejmują dowodzenie spektaklem. Głosy powoli milkną ustępując miejsca tajemniczej melodii, która zdaje się koić zarówno nerwy, jak i rany. Basowy zjazd do samego dołu zwiastuje zaś nastanie ostatniej części. Tu małe rozdroże - muzycy szukają nowych fraz, preparują dźwięki, ciężko oddychają, jakby nagle znaleźli się w obszarze, który kompozytor przeznaczył na całkiem swobodne improwizacje. Bez zbędnych wszakże ceregieli, na powrót lepią się w jeden strumień dźwiękowy. Narracja schodzi niżej na kolanach i zaczyna przeobrażać się w kompulsywny lament dętych, strunowych i głosowych fraz. Jeszcze tylko kilka saksofonowych, separatywnych westchnień i ostatnia prosta, którą kreują wszyscy muzycy – Orchestra, Tutti!

 


Ingrid Schmoliner/ Adam Pultz Melbye/ Emilio Gordoa  GRIFF (Inexhaustible Editions, CD/LP 2020)

Po dwóch większych składach, nasze zainteresowanie redukujemy do zestawu trzyosobowego. Nagranie z niemieckiego Moers, z kwietnia 2019 roku, zarejestrowane w okolicznościach studyjnych, powstało z woli i mocy sprawczych następujących muzyków: pianistki Ingrid Schmoliner, kontrabasisty Adama Pultza Melbye’ego oraz wibrafonisty Emilio Gordoi. Składa się z pięciu części, które trwają łącznie prawie 54 minuty.

Muzyka tria – zadekretowana jako all music by the musicians - powstała wedle oglądu recenzenta w drodze skomponowanej improwizacji, która ma swoją z góry zadaną strukturę narracyjną, najczęściej kreowaną przez pianistkę. W każdej z pięciu części Ingrid rysuje dramaturgiczny szkielet utworu i konsekwentnie utrzymuje go przy życiu. Jakby dla niepoznaki, utwór otwarcia początkowo jest efektem pojedynczych szarpnięć na struny kontrabasu. Na repetytywny dźwięk piano czekamy do połowy trzeciej minuty, a na pierwsze frazy wibrafonu kolejne dwie i pół minuty. Muzycy maszerują jak wojsko, akordy brzmią coraz donośniej, ale w pewnym momencie narracja zaczyna tracić swoją linearność i rozmazuje się, niczym obraz nieregularnie bijącego serca na kardiogramie. W drugiej części utworu artyści całkiem swobodnie improwizują, ale na koniec zdają się powracać do rytmu początkowego. Kolejna historia już całkowicie spoczywa na barkach pianistki. Wypuszcza ona dwa szybkie strzały z klawiatury i zasłuchuje się w ciszy. Po chwili dołącza pulsujący bas, a na dźwięki wibrafonu (tym razem, to delikatne dzwoneczki), znów musimy trochę poczekać. Narracja płynie spokojnie, nabiera cech medytacyjnych, ale artyści raz za razem podsyłają nam perełki brzmieniowe, w czym celuje Gordoa.

Utwory trzeci i czwarty budowane są na solidnej postawie rytmicznej. Oczywiście tą, która machinę dynamiki wprawia w ruch jest pianistka. Obie impro kompozycje zdają się być intrygującymi wariacjami na temat Different Trains Steve’a Reicha. Piano repetuje, wspiera go burczący kontrabas, który nie waha się sięgnąć po smyczek, z kolei wibrafon stawia na bardziej delikatne, ale nieczyste, preparowane frazy. Całość z czasem, mimo zadanej struktury rytmicznej (medytacyjnej!), rozpływa się, rozwarstwia, jak ciasto krojone w poprzek linii brzegowej. Ważnym elementem utworu wydaje się być warstwa brzmieniowa, szczególnie wibrafonu, który chwilami nabiera niezwykle siarczystego tembru, przez co całość narracji smakować zaczyna akustycznym post-industrialem. W czwartej opowieści pianistka zaczyna od dźwięków preparowanych, ale echo klasyka minimalizmu dopada ją po niedługim czasie. Nerwowy meta rytm, basowe pulsacje i akcenty percussion wprost ze sztabek wibrafonu dyktowane w niezłym tempie - improwizacja zdaje się kręcić się niczym kolorowy kalejdoskop, zaskakując nas każdą pętlą narracyjną, z czasem nabierając na poły syntetycznego brzmienia. Na finałową opowieść (o której nie wspomina okładka płyty) czekać musimy przy dwuminutowym akompaniamencie ciszy. Muzyka powraca i sprawia wrażenie dalece interesującej repryzy pierwszego utworu. Powtarzane frazy, gra ciszą, medytacyjny dystans na froncie dźwięku. Ów muzyczny dead man walking wiedzie nas na skraj tej doprawdy niezwykłej płyty. Końcowe frazy kreowane są przez narowisty smyczek, zdystansowaną klawiaturę i tajemnicze rytuały wibrafonu. Brawo!



Maneri/ Kalmanovitch/ Jacobson/ Osgood  Variations On No Particular Theme - Part 1 (Gotta Let It Out, LP 2021)

Kolejna płyta w dzisiejszym zestawie najbliższa jest swobodnej improwizacji, ale skonstruowana została na tyle przewrotnie, iż świetnie pasuje do kompozytorskiego szlaku naszej podróży. Oto na scenie spotykają się dwie bardzo kameralnie nastawione do świata altówki, frazująca definitywnie jazzowo perkusja i wielowymiarowy kontrabas, który równie dobrze snuje tu smyczkowe improwizacje, jak i swinguje wedle zadanej estetyki. Także tytuł płyty sugerować może, iż ta kwartetowa opowieść ma w sobie zaszytą pewną konceptualną myśl. W roli orędowników free chamber – altowioliniści Mat Maneri oraz Tanya Kalmanovitch, w roli jazzowych wichrzycieli – Kresten Osgood na perkusji i sprawca całego zamieszania - Tomo Jacobson na kontrabasie. Nagranie studyjne powstało w miejscu zwanym The Village Recordings, w nieokreślonym czasie, a składa się z pięciu improwizacji, które trwają łącznie 35 minut.

Pierwsza część nagrania sprawia wrażenie pewnej gry rozpoznawczej. Altówki posadowione na przeciwległych flankach rzewnie łkają, podśpiewują, zalotnie mrużą oczy. Kontrabas z trybie pizzicato i koherentna, synkopująca perkusja budują zaś bazę dla dalszych improwizacji. Kameralne westchnienia wpadające w melodyjne turbulencje i dynamiczny, czupurny bas oparty na rytmicznych frazach perkusji. W drugiej części na gryfie kontrabasu pojawia się smyczek. Improwizacja zyskuje na urodzie, choć jeszcze silniej rysuje się tu ów estetyczny dysonans, który kreuje już teraz sama perkusja. Post-barok zatopiony w zwinnym drummingu trwa w najlepsze! Trzy strunowce pięknie lepią tu w jeden dronowy pomruk, który po niedługiej chwili efektownie gaśnie niemal do pojedynczych dźwięków. Improwizacja odradza się w bólach – skowycie strun, zmysłowych preparacjach, krótkich, rwanych ochłapach fonii.

Trzecia część trzyma dysonansowy klimat. Rzewne opowieści altówek niesione są na dramaturgiczny szczyt masą i energią sekcji rytmu. Szczególnie efektownie frazuje tu kontrabas, który zdaje się być w tej części bystrym przewodnikiem stada. Jego dynamiczne expo zostaje efektownie skomentowane poirytowanymi frazami altówek. W części czwartej kwartetowy koncept definitywnie osiąga swoją najwyższą wartość. Najpierw smyczek kontrabasu żłobi brudzę w ziemi i rzęzi. Altówki podejmują wyzwanie i post-barokowe trio płynie w bezmiarze mrocznej komnaty. Perkusja wytrwale gra swoje, budując kolejny dysonans estetyczny. W tej fazie nagrania flow najpierw szuka dynamiki, potem raz za razem zbacza z obranej drogi, łyka pełne garście niepokoju i robi się interesująco nerwowy. Instrumenty drżą i tańczą niczym baletnice na tafli kruszącego się lodu. A zaskoczeń cały czas przybywa – choćby wtedy, gdy nagle altówki frazują pizzicato, a kontrabas zagłębia się w meandrach kompulsywnych preparacji. Finał płyty stawia na minimalizm – echo, rezonujące talerze, mroczna akustyka melodyjnych smyczków. Improwizacja dogasa jak świece na delikatnym wietrze. Perkusyjny werbel zdaje się milczeć, podkreślając ideologiczny triumf swobodnej kameralistyki.

 


Tomek Chołoniewski  Music To Make Your Body Suffer (Bocian/ Bołt/ CD 2021)

Solowa płyta przedwcześnie zmarłego perkusisty z Krakowa, to kolejny przyczynek do dyskusji o komponowaniu procesu improwizacji, tu wszakże dokonywanego niemalże wspak. Najpierw był koncert, w trakcie ubiegłorocznej, pandemicznej jesieni, w ramach lokalnych obchodów odwołanej Krakowskiej Jesieni Jazzowej. Ów występ Tomka można obejrzeć na dołączonym do zestawu nośniku DVD. My jednak skupiamy się na ścieżce audio. Wedle opisu płyty muzyk zmiksował nagranie live i dokonał niejako re-kompozycji improwizowanego materiału. Na krążku CD słuchamy go w pięciu częściach, które trwają 26 minut z sekundami.

Chołoniewski świetnie buduje dramaturgię swojego live-impro-mixu, dba o detale, stosuje bardzo szeroką paletę artystycznych środków wyrazu. Zaczyna tajemniczymi dźwiękami smyczka, chmurą rezonujących talerzy, aurą czerstwej, ale jednocześnie zwiewnej elektroakustyki. Dronowe smugi i metaliczne inkrustacje, pełne wzlotów i upadków na kolana. Ów bogaty flow brzmi niczym dark ambient przepuszczony przez maszynkę do mielenia mięsa, pełny preparowanych i zgrzytliwych fraz. W kolejnej części muzyk buduje chmurę innego rodzaju ambientu, która wisi nad głowami, niczym obłok radioaktywnych zanieczyszczeń. Szuka zadry i prowadzi nas na skraj noise’owej estetyki. W trzeciej części zdaje się, że wspólnie dotykamy sacrum. Dramaturgiczne wyniesienie, pełne rezonujących odgłosów, a potem głęboki skok w industrialne profanum, skrzeczące preparowanymi dźwiękami nieznanych przedmiotów, które prawdopodobnie znalazły się na glazurze werbla.

Część czwarta, to kwintesencja mixu – kroki na scenie, ludzkie odgłosy, w tle post-industrialny hałas. Po czasie muzyk opuszcza na te foniczne igrzyska chmurę ambientu, niczym płaszcz czarnoksiężnika. Narracja schodzi w ciszę, a potem odradza się wyłącznie elektroakustycznymi dźwiękami. Ostatnia część, dla kontrastu, zdaje się skupiać na żywych, akustycznych frazach. Small drumming po metalicznych miseczkach, preparacje, ugniatanie przedmiotów na perkusyjnych akcesoriach. W trakcie utworu znów pojawia się fala ambientu, tym razem dość mrocznego. Finałowa ekspozycja w pełni akustycznych prac na szumiącej powierzchni werbla i tomów domyka ów intrygujący spektakl jakże nieoczywistych figur dźwiękowych.