Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Charlotte Hug. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Charlotte Hug. Pokaż wszystkie posty

piątek, 1 lutego 2019

London Improvisers Orchestra! Twenty Years On!


Przed nami płyta, która być może … była najważniejszym wydarzeniem ubiegłego roku na europejskiej scenie muzyki improwizowanej. Co niezwykle zaskakujące, przemknęła ona przez roczne podsumowania i adresy odpowiedzialne za promowanie gatunku (sic!) niemal niezauważona. Być może te łamy są jedynymi, które fakt jej wydania w ogóle zauważyły.

Drodzy Państwo - niemal po dekadzie fonograficznego milczenia – najnowsza płyta London Improvisers Orchestra!!! Żeby nie było mało – z okazji XX lecia jej wspaniałego istnienia!




W rozbudowanym liner notes Evana Parkera czytamy zabawną ciekawostkę, iż LIO powstała trochę na znak protestu przeciwko metodom dyrygenckim samego Butcha Morrisa. Przez pierwszą dekadę istnienia formacji, jej koncerty były dość skrupulatnie dokumentowane przez EMANEM Records Martina Davidsona i jego sublabel Psi Records, kierowany artystycznie przez Evana Parkera. Muzycy grali raz w miesiącu w słynnym Red Rose, a płyty zachwycały nasze uszy raz za razem (łącznie było ich dziewięć*), przy czym ta ostatnia HMS Concert, wydana jako cd-r w roku 2012, jest zupełnie niedostępna, osobiście nigdy jej nie słyszałem – kto ma, niech się tym szczęściem podzieli!). Słynny kolorowy budynek został zamknięty bodaj w roku 2007. Orkiestra błąkała się po przeróżnych miejscówkach, a po roku 2010 nawet (chyba?) na pewien czas zamilkła. 

Mniej więcej w połowie obecnej dekady LIO zadomowiła się w londyńskim IKLECTIK i zwyczaj comiesięcznego muzykowania powrócił w całej rozciągłości. Po prawdzie nie wiem, kto stał się w tym czasie głównym organizatorem przedsięwzięcia (w poprzedniej dekadzie był nim, jakby na to nie patrzeć, sam Evan Parker). Muzykowanie szło w najlepsze, jednakże efektów fonograficznych nie mogliśmy dojrzeć na półkach dobrych, nieistniejących sklepów muzycznych.

Szczęśliwie, w obliczu dwudziestolecia istnienia Orkiestry, muzycy zwarli szeregi i wydali własnym sumptem (!) podwójne wydawnictwo, które dziś – uprzedźmy przebieg wypadków – zachwyca nas od pierwszego do ostatniego dźwięku! Przy okazji, tymże faktem edytorskiej determinacji, Londyńczycy zawstydzili wszystkich bez wyjątku wydawców muzyki improwizowanej po obu stronach Wielkiej Wody!

Na płycie 20 Years On znajdujemy – w przeciwieństwie do poprzednich płyt LIO – wybór nagrań z wielu koncertów. Dokładnie 14 fragmentów z 11 koncertów, które miały miejsce w IKLECTIK, między grudniem 2015, a czerwcem 2018. Dwa srebrne krążki, łącznie 67 muzyków, niemal 150 minut wspaniałej muzyki. Zatem wszyscy wielbiciele, tudzież istotnie zainteresowani, niemal natychmiast osiągają stan orgazmu permanentnego (cytując klasyka). Poniżej skomentujemy każdy z utworów zawartych na wydawnictwie, wskazując jego tytuł, czas powstania i personalia dyrygenta, a po pełną listę uczestników wszystkich koncertów odsyłamy pod niżej wskazany adres:


Improvisation, Czerwiec 2018: Spokojna rozmowa muzykantów, dobrych znajomych z podwórka, trochę urwisów, ale artystycznie bardzo odpowiedzialnych. Klimat dość swobodnie traktowanego call & response. Seria małych dźwięków wchodzących w zwinne interakcje. Partia perkusjonalii, narastające bogactwo filigranowych narracji, swobodnych, luźnych wypowiedzi. Kilka ekspozycji, które moglibyśmy określić, znów posiłkując się nomenklaturą Johna Stevensa, mianem more sustained pieces, a po nich spokojne wyciszenie. London Improvisers Orchestra w stanie czystej, wolnej improwizacji, czyli bez dyrygenta!

Sweet Freedom, Terry Day, Grudzień 2015. Zawodzące pasaże strunowców i klasyczne już dziś melorecytacje weterana sceny brytyjskiej, perkusjonalisty Terry Daya – tu, niemal zgodnie z tytułem, dedykowane Sunny’emu Murrayowi i Albertowi Aylerowi. Zdaje się, że cała Orkiestra akompaniuje temperamentnemu liderowi. Łagodne flety, pogodne piano, także moc pięknych, krótkotrwałych eksplozji kolektywnych emocji. Symfoniczne niemalże kontrapunkty, wszystko, by podkreślić słodki wymiar przekazu werbalnego.

Veryan Weston/ Improvisation, Lipiec 2016. Preparacje piano, wspierane przez perkusjonalia i moc elektroakustycznych obiektów. Bijące serce ogniska strunowców, a zaraz potem spokojna narracja dętych, w delikatnej opozycji do tych pierwszych. Przykład lekko rozwichrzonej krainy … łagodności. Także garść upalonych skrzypiec i swingujący saksofon. Bystra, wszakże silnie sterowana improwizacja. W drugiej części fortepian, który wchodzi w stan konfrontacji z rozbudowaną watahą dęciaków. Są i bardzo aktywne gitary. Tuż po tym, jak Weston zdejmuje ręce z pulpitu sterowniczego i puszcza ansambl w słodki żywioł, piękny obraz chaosu swobodnej improwizacji dużego zestawu instrumentalnego. A na sam finał dronowy wielogłos.

Rinse, Rondo for Orchestra, Ashley Wales, Maj 2016. Rozbudowana, strunowa ekspozycja grana różnymi technikami – naprawdę błyskotliwa! Taniec na szkle! Obok piano wprost z klawiatury, na bogato! Cała narracja w bystrym galopie. W tle jakże spokojne pasaże dęciaków, grane jakby z pięciolinii. Strunowce w kompulsywnych repetycjach, godnych Steve'a Reicha i jego Pociągów. Po uspokojeniu - gęsta, posuwista meta filharmonia. Zdaje się, że fragment precyzyjnie dyrygowany przez mistrza drum’n’bass ze Spring Heel Jack, Ashleya Walesa, to najlepszy jak dotąd odcinek tej płyty! Na finał powrót reichowych repetycji, w tle krwiste, dęte wybrzmiewanie, z którego lepi się finałowych dron.

Improvisation, Marzec 2016. Kolejna, swobodna wycieczka do lasu! Struktura tej pieśni jawi się mniej więcej w ten sposób: wysokie pasmo instrumentów dętych, sucha warstwa strunowej sonorystyki i niskie pasmo dętych. Pełna swobodna wyboru, ale i permanentne skupienie oraz odpowiedzialność za każdy dźwięk. Prawdziwie kolektywna radość tworzenia i konsekwencja w działaniu. Gra cały ansambl, także plamy analogowej elektroniki w gęstej pajęczynie interakcji z żywymi.

Concerto For Charlotte Hug, Alison Blunt, Październik 2016. Panie definitywnie biorą sprawy w swoje ręce. Zjednoczone Królestwo strun i pięknych dźwięków. Narracja rodzi się z samego dna ciszy i błyskotliwie rozbrzmiewa, przy silnym wsparciu klarnetu basowego. Opowieść tkana kobiecą wrażliwością i odrobiną męskiego szaleństwa. Oczywiście przywołana w roli tytułowej Hug jest tu Panią na włościach. Sonorystyka zwinnego gardła, posuwiste półdrony na gorącym gryfie altówki, zapewne także szczypta teatralnej ekspresji. Wataha strunowców idzie po złote runo, mając sprzymierzeńca w preparowanym fortepianie. Zapasy i fajerwerki, eskalacja goni eskalację. Śpiew małych strun i kontrapunkty basu. Na finałowej prostej kolejne pogawędki, także głosowe, z glazurą niskich dźwięków. Brawo!

Drone Study, Tasos Stamou, Grudzień 2015. Tytuł, który obiecuje wiele i spełnia wszystko bez mrugnięcia okiem. Niskie pomruki dwóch kontrabasów i trzech wiolonczeli na dobry początek. Pięknie narastają. Obok szwadron dętych śle równie wyraziste pozdrowienia. Po czym wszystko zwinnie rozwarstwia się, tak do poziomu małych grup, jak i nawet pojedynczego instrumentu. Powrót do wielogłosowej narracji przeprowadzony z saperską precyzją. Dyrygentura naprawdę wysokiego lotu! Po kolejnym rozbiciu szyku, jęki strun, pląsy drewnianych i blaszanych. W 9 minucie mała sekcja sonorystyki z wyciszonych tub. W odpowiedzi strunowce płynące smutnym, niskim barokiem – ale cuda! Finał koncertu muzycy odnajdują w gęstej fakturze kolejnego drona. What a game!




Outside and Inside, Adrian Northover, Lipiec 2017. Drewniane i blaszane w ekstatycznej introdukcji, idą szeroką ławą. Jest i szczypta filharmonicznego zadęcia, i piano, które wraz z kontrabasem knuje skromną, jazzową intrygę. W odpowiedzi trąbki i saksofony punktują bardzo boleśnie. Ciekawe akcenty wiolonczeli w dialogu z saksofonem Northovera (?). Narracja skrzy się bogatymi interakcjami, stylowym call & response, tu i ówdzie także porcją indywidualnych ekspozycji lub duetów. Także kolektywne unisono, na dowód tego, iż zmienność akcji jest cechą dominującą tej dyrygentury. Outside and inside, so go again!

Une Note... Caroline Kraabel, Marzec 2018. Małe akcyjki, zwinne podpowiedzi, dylemat wyższości call & response nad search & reflect. Na początek ledwie kilka instrumentów – flet, viola, piano, gitara… Gdy dochodzą kolejne, narracja buduje się na wielu poziomach, jakby rosła ilość stanowisk dowodzenia. Puzon pięknie eksponuje swoje brzmienie na tle orkiestrowego unisono. Kilka perełek z gryfów małych strunowców. 8 minuta, to zwarty szyk, marsz po rozchełstane szczęście improwizatorów. Swingujące piano, kwilenia sopranowego i pomruki tuby. What ever you want! Skrupulatne, precyzyjne, co do milimetra, zwieńczenie tej historii.

Noel Taylor, Luty 2017. Perkusjonalna introdukcja na trzy ludzkie byty. Małe gierki drewnianych z blaszanymi, zmysłowe, strunowe drony. Piano rozbłyskuje na tle tych ostatnich. Także szczypta melodii, tkanej jakby pod dyktat z kartki. Urokliwie piękne! Dęciaki wchodzą w to, jak w masło! Obok ponownie aktywne perkusjonalia, a zaraz potem fantastyczna ekspozycja z sopranowym w roli głównej. 10 minuta, to moment prawdziwego szaleństwa na gryfach małych strunowców, które brzmią jakby zostały wzmocnione prądem. Także trąbka i kontrabas, i jeszcze tysiąc innych, niemniej udanych pomysłów na rozwój improwizacji. 

Guilherme Peluci, Luty 2017. Krótka, ale dość szczególna pozycja w zestawie. Wejście piana w towarzystwie chóru szaleńców! Small talks, jazgot preparacji, także głosowych! Suche struny w powolnym marszu. Obok głosy ludzkie, niczym jadowite węże na polowaniu. Konwulsja percussion oraz piękny chaos ludzkiej natury, determinowany krzykiem.

Philipp Waschmann, Maj 2017. Start z poziomu płaskich strun w sonorystycznym dygocie, perkusjonalia i obiekty elektroakustyczne. Małe dźwięki, dzwonki, bardzo aktywne tło – szmery, szuranie, stukanie. Reeds & Brass zdają się wyruszać w podróż ku akustycznej plądrofonii – jakże zmysłowe! Wysoki tembr kontrabasów, symfoniczny rozmach dęciaków. A potem wszystko idzie ku gęstemu, przy wtórze rozgrzanego fortepianu. 9 minuta, znów odzywa się kontrabas, który czyści pole zwinnym pizzicato. Komentarze z innych strun, powolne gubienie tropu w oparach narastającej ciszy.

Collective/Co-operate, Dave Tucker, Grudzień 2017. Puzonowe pomruki z trzech dużych otworów. Obok percussion i suche sonore z tuby. Delikatne piano, dzwonki, rodzaj chamber before the storm. Jakże oryginalna narracja! Nieśmiały saksofon, kolektywne unisono na małych strunach, piano w roli akompaniamentu. Świetny dialog tego ostatniego z altowym. Wreszcie triumfalny powrót puzonów, pasus klarnetów, miliony drobnych fonii, zmiana goniąca zmianę. Smutne, nostalgiczne tony i salwy konwulsyjnego śmiechu.

Steve Beresford, December 2017. Groźne pomruki kontrabasu i jeszcze niżej posadowionej tuby. Po kilkudziesięciu sekundach wchodzą kolejne strunowce, orszak puzonów, klarnet, a także elektroakustyczne preparacje. Z gitar elektrycznych rodzi się gęsta narracja, podpierana salwą perkusjonalii. Pulsacja prądu, a w opozycji oniryczne pasaże strings. Tajemnicza, złowieszczo brzmiąca sytuacja sceniczna. Wysoka ekspozycja altowego, tuż obok komentarz innego drewniaka, a w tle skwierczenie na kablach. Opowieść rośnie w kierunku eskalacji. Szczypta hałasu i dark ambientowe wybrzmiewanie. Efektowny finał jest udziałem Klausa Bru na c melody sax and electronics, o czym dowiadujemy się już po wybrzmieniu, z komentarza scenicznego.


*) więcej szczegółów dyskograficznych odnajdziecie w jednym z rozdziałów monografii Evana Parkera, dokładnie w tym miejscu


czwartek, 3 stycznia 2019

Charlotte Hug! Big and Small Miracles to Listen!


Redakcyjna lista najlepszych płyt roku upubliczniona została dokładnie w ostatni poniedziałek. Cztery z czterdziestu czterech pozycji tam zawartych nie doczekały się jak dotąd recenzji. Czas zacząć dynamicznie nadrabiać zaległości.

Zaczniemy od szwajcarskiej altowiolinistki Charlotte Hug. W trakcie minionego Ad Libitum Festival udowodniła, iż jest nie tylko świetną improwizatorką, ale równie doskonałą dyrygentką, choreografką i plastyczką. Prawdziwa kobieta renesansu!

Dziś zaglądamy do dwóch jej płyt, upublicznionych światu przez Fundację Słuchaj! ostatniej jesieni. Najpierw dwa projekty orkiestrowe na jednym krążku, potem soczysty duet free improv. Dodajmy, iż pierwsze z wydawnictw trafiło na listę 44 najwybitniejszych płyt roku 2018 w jakże subiektywnej ocenie Pana Redaktora.




Son-Icon Music. Orchestra And Choral Works by Charlotte Hug

Naszą przygodę z muzyką wielkogabarytową Charlotte Hug zaczynamy w roku 2011. Na scenie w szwajcarskiej Lucernie, złożona z młodych muzyków orkiestra Lucerne Festival Academy, wykonuje kompozycję Nachtplasmen For Orchestra and Video-score with Son-Icons (w dużej części, wykonuje ją w drodze improwizacji). Trzy części, ta pierwsza dodatkowo także podzielona na trzy fragmenty, 36 minut z sekundami. Pierwsza i ostatnia część jest dyrygowana przez Charlotte, w tej zaś środkowej, muzycy improwizują wedle wskazówek, jak daje im zapis video sound drawings przygotowane przez Szwajcarkę.

Part I. Elektroakustyczny szmer filharmonii. Nie znamy dokładnego instrumentarium, zatem smak szeleszczącej amplifikacji może być tu jedynie… akustycznym złudzeniem. Narracja delikatnie narasta długimi frazami (sustained!), symfoniczny wielogłos w pełnej skali, urocze dźwiękowe bazgroły. W 4 minucie opowieść rozrywa się, za zgodą wszystkich, na pojedyncze niemal głosy. Chór małych strunowców płynie naprawdę wysokim wzgórzem. Kompozycja, malarstwo, improwizacja – w takim oto szyku bojowym. Tuż potem orkiestra wpada w chaos błyskotliwego kolektywizmu. Kompozycja, która zakłada wielką swobodę daną podmiotom wykonawczym. Świetny plan, inteligentna dyrygentura i mistrzowskie wykonanie! – recenzent bazgrze pierwsze podsumowanie. Piękna orkiestracja, moc małych dźwięków silnej filharmonii. Taniec, teatr, zwinne repetycje. Urocza ekspozycja Strings & Tuba! Potem ostry pasaż kontrabasu, pisk pozostałych strun i solowa partia trąbki. Part II. Kolektywna improwizacja pod obraz! Podskoki, półrytmy, swawole watahy skrzypiec, altówek, cokolwiek tam mają w rękach. Grzmoty czeredy dęciaków w ramach komentarza. Złe wichry, dobre podmuchy, jakże istotnie znacząca amplituda emocji. Part III. Znów brzęcząca filharmonia, w oczekiwaniu na coś nieoczywistego. Płynne narastanie, pląsy strunowców, obok dęciaki, które szykują się do lotu. Prawdziwie diabelska kołomyja! Silne głosy wprost z gardeł, które brzmią jak instrumenty dęte, podczas gdy te drugie krzyczą niczym istoty ludzkie. Wybuchają i tłumią emocje niemal w tym samym momencie. Filharmonia w fazie ognistej improwizacji! Jakże gęsty finał, który karze prosić o więcej. Ciszę osiągamy przy cykadach serii dzwonków.

Na osi czasu pojawia się rok 2013. Tym razem jesteśmy w Monachium. Na scenie the via-nova choir Munich, w trakcie imprezy nazwanej Klangspuren Schwaz - Festival for New Music. Kompozycja Inn Cammino for choir and Son-Icons o konstrukcji dramaturgicznej bliźniaczo podobnej do pierwszej na płycie. Trzy części, pierwsza i ostatnia realizowana po batutą Hug, środkowa - wedle wskazań i inspiracji wizualnych. Całość potrwa 16 i pół minuty.

Część pierwsza startuje w pół słowa, w ćwierć dźwięku. Wraz z muzykami zanurzamy uszy w pasażach fonii …zaskakująco podobnych do dziś już słyszanych. Zamiast jednak rozbudowanego zestawu instrumentów, tylko ludzkie głosy (dziewięć, może więcej). Ach te głosy, jakie skale, jakie możliwości, żywe instrumenty chyba tak nie potrafią! Śpiewy, melorecytacje, wszystkie dostępne techniki wydawania dźwięków otworem gębowym, także szelest, rechot i grzmoty. Muzyka toczy się wedle … notacji interaktywnej (patrz: liner notes), zatem nic nie dzieje się tu bez aktywnej roli każdego z wokalistów. No i wizualna stymulacja, jakże uroczy efekt! Sanatorium Pod klepsydrą, Szpital Przemienienia! A potem już tylko część druga, czyli opowieść o tym, jak ptasia orkiestra straszy niegrzeczne dzieci. Błyskotliwa improwizacja wprost spod obrazów Son-Icons. Wreszcie trzecia odsłona kompozycji Inn Cammino, czyli Panie na lewo, Panowie na prawo, a środkiem … także Panie. Chóry anielskie wymieszane z diabelskimi, bez możliwości rozdzielenia strefy wpływów. Pełen pluralizm fonii. Od szeptu do krzyku, od dołu do góry, wszystko wszakże skąpane w akustycznym niebie.




Fulguratio by Charlotte Hug & Lucas Niggli

Warszawski Festiwal Ad Libitum, edycja roku 2016, na scenie Centrum Sztuki Współczesnej - Charlotte Hug – altówka i głos oraz Lucas Niggli – perkusja, instrumenty perkusyjne. Zagrają pięć swobodnych improwizacji z tytułami (ich pierwsze spotkanie sceniczne w duecie), łącznie 41 minut i 50 sekund.

Obliqua fulmina. Rozedrgane talerze, palce i smyczek ślizgające się po gryfie, introdukcja pełna wewnętrznej ciszy. Intrygujący, brudny tembr altówki, skrupulatny, gęsty, choć lekki drumming. Już na początku koncertu Charlotte lubi pohałasować, ma bardzo dynamiczny flow, Lucas jest tuż obok, a moc pierwszego spotkania promienieje z ich twarzy. Nagły stopping i równie błyskotliwy restart. Po chwili głos z ust altowiolinistki gada tym samym językiem, jak strunowy instrument. Także skromne, jazzowe solo perkusji, dobitnie skomentowane szorstkim skokiem po strunach. Paleta artystycznych środków wyrazu Szwajcarki, zarówno w głosie, jak i na gryfie, buduje jakość tego spektaklu. Rumbrum Spiritus. Od pierwszego dźwięku Hug czyni już same cuda. Sonore na gryfie, sonore głęboko w gardle. Lucas trzyma się jazzowego idiomu, dobrze jednak czuje temperaturę koncertu i bystro akcentuje popisy koleżanki. Dużo emocji i potu, wszystko czynione w świetnej komunikacji. Na finał fragmentu niemal galop na gryfie, bez sentymentów dla kogokolwiek. Lacunosus. Małe wichrowe wzgórze, smyk i percussion zdają się tańczyć w powietrzu. Głos i polerka po mokrych strunach. Lucas też przypomina sobie o walorach niekonwencjonalnego wydawania dźwięków. Po dynamizacji kolejne cuda na gryfie i rockowy flow na werblu, z punkowym brudem i barokowym bogactwem repetycji. Finałowa erupcja wyłącznie dobrych emocji. Virga. Szmery, posuwiste ruchy, high viola vs. doom drums. 3-minutowa perła pełna skupienia, a tuż po niej mała burza z piorunami. Perlucidus. Cicha noc, emocje schowane po kieszeniach, smell like ancient! Piękny moment! Kocie odgłosy, pojękiwania altówki, symfonia szczoteczek na werblu. Groźna cisza przed … kolejną burzą. W 5 minucie przepowiednia zaczyna się spełniać. Eskalacja buduje się step by step, znów moc fajerwerków ze strony Charlotte. Chocholi taniec, ekspresja na wizji (kto był, ten pamięta!), ekspresja na fonii. Drumming Lucasa nie zrywa nam włosów z głowy, ale daje radę nieść stąpającą już po chmurach, wyzwoloną i jakże błyskotliwą altowiolinistkę. Na ostatniej prostej głos dominuje na dźwiękiem z gryfu. Tu każdy wariant wygrywa!




poniedziałek, 29 października 2018

Leandre! Hug & KIO! Bittova! Andorra! Bopp! Agnel! Schweizer! Nicols! Melford! Newton! All Women alarmed at Ad Libitum Festival’18!


Trybuna Muzyki Spontanicznej w delegacji!

Po dalece ekscytującym pobycie na Krakowskiej Jesieni Jazzowej, gdzie przez kilka dni rezydował nowy, duży skład Barry Guya For The End Yet Again*), tym razem tradycyjna, coroczna wyprawa do stolicy na ulubiony event redakcji, Festiwal Ad Libitum!

Tegoroczna edycja, choć nieco mniej rozbudowana w zakresie podmiotów wykonawczych, była ze wszechmiar wyjątkowa. Po pierwsze z racji jakości muzyki (co w sumie jest regułą na tym festiwalu; patrz: relacja z ubiegłorocznego spotkania), po drugie zaś – całą imprezę wypełniły swoimi dokonaniami artystycznymi wyłącznie kobiety! Impreza posiadała – jak to ma w zwyczaju – nazwę własną. Tym razem było to dość buńczuczne hasło Women Alarm! W tej zatem sytuacji czasowo-przestrzennej, rola mężczyzn sprowadziła się do zasiadania na widowni. Z tego samego zaś powodu, rola postaci wiodącej nie mogła nie przypaść w udziale francuskiej kontrabasistce Joelle Leandre. Cenimy ją jako wybitną improwizatorkę, znamy też jej temperament, umiejętność stawiania na swoim i jasnego wyrażania poglądów. W dzisiejszych czasach, to niebywale ważna cecha, niezależnie od płciowych konotacji.

Przekaz ideologiczny, to oczywiście rzecz ważna, ale nas na tych łamach zawsze najbardziej interesuje muzyka. Zatem w krótkich, żołnierskich słowach opiszmy wrażenia z odsłuchu sześciu festiwalowych koncertów. Nie będziemy trzymać się chronologii wydarzeń, jakie miały miejsce w warszawskim Centrum Sztuki Współczesnej, albowiem, podobnie jak Leandre, lubimy być krnąbrni i podążać wbrew utartym schematom relacji koncertowych.




Jeśli już padły personalia znakomitej kontrabasistki, zacznijmy od prezentacji dwóch koncertów z jej udziałem. Kończyły one dzień drugi i trzeci, były z pewnością wydarzeniami, na które oczekiwano ze szczególną atencją. Najpierw working band, który artystycznie funkcjonuje już bodaj od czterech dekad – Les Diaboliques! Same legendy gatunku, Panie, które w zwyczajowo męskim świecie swobodnej improwizacji, wyrywały już bruzdy na głębokość Rowu Mariańskiego - szwajcarska pianistka Irene Schweizer, szkocka wokalistka Maggie Nicols i rzeczona Joelle Leandre. Błyskotliwa kreacja, dużo elementów performatywnych, świetna komunikacja i doskonała zabawa po obu stronach sceny. Dla mnie osobiście koncert ten był przede wszystkim pierwszym spotkaniem na żywo z Nicols, kobietą, która dokładnie 50 lat temu grywała już w składzie Spontaneous Music Ensemble Johna Stevensa. I chyba nikogo z obecnych na koncercie nie zaskoczę, jeśli powiem, iż była postacią wiodącą Diablic. Temperament, niebywałe poczucie humoru i warsztat głosowy, który pozwalał jej przejść przez najbardziej zagmatwaną dramaturgicznie opowieść sceniczną. Publiczność oczywiście oszalała, ja osobiście, nie tylko z wrodzonej przekory, delikatnie utyskiwałem na przesunięty w kierunku performansu, ciężar gatunkowy koncertu. Sama muzyka chwilami schodziła na dalszy plan.




Kolejne trio z udziałem Leandre, spełniło już wszelkie moje muzyczne oczekiwania. Tym razem francuskiej kontrabasistce towarzyszyły dwie Panie z drugiej półkuli, Myra Melford - fortepian i Lauren Newton – wokal. W tym składzie grały ze sobą po raz pierwszy (Leandre i Melford grają razem jako Tiger Trio, ale wtedy towarzyszy im Nicole Mitchell na flecie). Muzyka była tu w absolutnym centrum uwagi. Delikatność i precyzja Melford, która choć często schodziła na dalszy plan, była jak demiurg, który dawkuje napięcie i decyduje o wszystkim. Wspaniale wokalnie prezentowała się Newton. Sprawiała wrażenie, że jest w stanie wydobyć z siebie każdy dźwięk. Czuło się także, iż jej warsztat w pełni na to pozwala. Wielki finał festiwalu, z bisem i standing ovation.

Po spełnieniu obowiązku oddania czci najważniejszej personie Women Alarm!, kilka słów poświęćmy teraz dwóm koncertom, które w prywatnej ocenie Pana Redaktora, były definitywnym szczytem artystycznym imprezy.




Najpierw kolejny dowód na poparcie tezy Dereka Baileya, iż prawdziwie wartościowa improwizacja powstaje w momencie, gdy muzycy spotykają się ze sobą po raz pierwszy. Nuria Andorra, katalońska perkusjonalistka i Christiane Bopp, francuska puzonistka, zagrały niebywały koncert. Nuria, która zestawem instrumentalnym przypomina nieco Eddie Prevosta, bywa jednak od niego zdecydowanie mniej przewidywalna. Jej kobiecy temperament i wrażliwość akustyczna, kierowały ją w trakcie występu z Bopp na poziom kreacji być może niedostępny dla części gatunku męskiego. W niczym nie ustępowała jej Christiane, która doskonale wklejała się w zamysły Katalonki, sama przy tym kreując dalece zaskakujące sytuacje akustyczne. Nie była, po męsku, nastawiona na sonorystykę, inspiracji szukała w innych zasobach dźwiękowych puzonu, bez przerwy doprowadzając instrument do sytuacji, w której słyszeliśmy śpiew i mantryczne salwy dźwięków.




Dzień później wielu z nas, obecnych w sali koncertowej CSW, przekonało się, iż naprawdę nie znamy granic możliwości akustycznych fortepianu. Francuska improwizatorka Sophie Agnel zagrała niesamowity, solowy set preparowanego piano. W trakcie całego występu, na strunach jej instrumentu pojawiały się wciąż nowe przedmioty, które dekonstruowały akustykę fortepianu. I co najważniejsze, to nie sam proces niebywale kreatywnej preparacji był największą siłą tej improwizacji, ale przede wszystkim sama dramaturgia koncertu, jej przemyślany, logiczny kształt i fantastyczny finał grany z samej klawiatury, podczas gdy dźwięk każdej struny był silnie zniekształcony przedmiotami, które wcześniej artystka umieściła w pudle rezonansowym. Wspaniały koncert!




Zdecydowanie niebanalny był także czwartkowy koncert Krakow Improvisers Orchestra (uwaga! niedobitki gatunku męskiego na scenie!), która zaprezentowała bardzo interesujący performance (!), będący efektem trzydniowych warsztatów, jakie poczynili jej muzycy pod kierunkiem szwajcarskiej skrzypaczki Charlotte Hug. Teatr, malarstwo i sztuka dyrygowanej improwizacji, to były równoprawne elementy tego smakowitego spektaklu. Jeśli zaś skupimy się na samych dźwiękach, to należy podkreślić, iż orkiestrą dyrygowała zarówno Hug, jak i tradycyjna szefowa KIO, czyli Paulina Owczarek. Instrumentarium orkiestry było, co nie dziwi, bardzo rozbudowane, ale dramaturgia koncertu opierała się przede wszystkim na głosie ludzkim i instrumentach strunowych (rzecz jasna - z dużym udziałem samej Hug).

Wreszcie Iva Bittova i jej solowy … performance na skrzypce, głos, taniec i aktorstwo. Publiczność była zachwycona, wielu widzów przyszło pierwszego dnia festiwalu specjalnie na ten koncert, dla mnie osobiście za mało tu było jednak samej muzyki. Oczywiście koncert oglądało się doskonale, Czeszka perfekcyjnie panowała nad swoim warsztatem, także nad publicznością, a dla wielu był to doskonały spektakl.



*) ten wyjazd nie doczekał się komentarza na tych łamach, ale po spisane wrażenia odsyłamy na osobisty profil Pana Redaktora na najpopularniejszym portalu społecznościowym świata

poniedziałek, 24 października 2016

Mózg Ad Libitum – improwizowana trzydniówka warszawska


Trybuna Muzyki Spontanicznej, gnana nieustannymi porywami szaleństwa, uciekła w kolejną muzyczną delegację! Tym razem celem jej podróżniczej pasji okazała się nasza rubaszna Stolica i aż dwie artystyczne okoliczności.

Pierwszą – drugie z cyklu spotkanie Super Sam +1, organizowane przez Mózg Powszechny, czyli warszawski oddział bydgoskiej korporacji artystycznej Mózg. Drugą – jedenasta edycja wyjątkowego festiwalu muzyki improwizowanej Ad Libitum, tym razem jedynie dwudniowa, ale za to piorunująca intensywnością muzycznych doznań.

Bez zbędnych ceregieli przenosimy się do enklawy warszawskiego Teatru Powszechnego, gdzie od jakiegoś już czasu rezyduje klub Mózg. Jest czwartek wieczór, jesteśmy gotowi na wszystko. Cykl spotkań improwizatorskich nazywa się Super Sam +1, a jego idea jest prosta jak konstrukcja cepa. Najpierw dwa występy solowe, potem duet. Z jednej strony uznany gość zagraniczny, z drugiej postać krajowa, bywa, że także uznana i ceniona. Tu, dziś, artystyczna konfrontacja Evana Parkera i Jerzego Mazzolla.  





Jerzy ubrany na żółto, z klarnetem basowym postawionym na skromnym postumencie. Gra zwinne palcówki. Niczym dostojny karabinier, chlaszcze manetki instrumentu z intensywnością znamionującą wysoki poziom autodeterminacji. Szuka brzmienia, okoliczności do sonorystycznej igraszki z samym sobą. Zamiast ustnika, wkłada gołą rurę do ..ust i zadziwia. Niczym romantyczny beduin wygrywa rytm i wije się jak wąż. Rozgadany muzycznie na wszystkie strony świata, na sam koniec, na małym klarnecie śpiewa pieśń żałobną i czeka, co wydarzy się dalej. Evan wyważony, precyzyjny i skupiony na swoim oddechu okrężnym. Nie idzie na całość, czeka na uspokojenie się wentylatora. Momenty popadania w genialną w jego wykonaniu, ekstatyczną przestrzeń sopranowego misterium, przeplata spokojnymi pasażami, cytując Monka, Dolphy’ego i Lacy’ego. Mniej jadowity niż onegdaj, ale może dzięki temu jeszcze piękniejszy w barwie i klimacie. A potem duetowy finał – Jerzy naprzemienne z klarnetem i klarnetem basowym, Evan wyłącznie na sopranie. Ich zgrabna, symultaniczna opowieść nie trwa długo. Grają jednym głosem, niemal jednym oddechem, jakby ich spotkanie – bezwzględnie pierwsze – wcale pierwszym nie było, jakby się znali od kołyski, dwa zwinne kocury z tej samej matki. Pięknie, wymownie, cieliście. Na bis urocza perełka – wyważona, nienatarczywa, delikatna, acz dosadna. Uciekamy w czarną noc wypełnieni chmielem i artystycznym spełnieniem.




Dzień drugi i trzeci mojej trzydniówki spędzam już w Centrum Sztuki Współczesnej Zamku Ujazdowskiego. Dwa wieczory, siedem koncertów i taka mnogość wrażeń, że jeszcze dziś, w kilkadziesiąt godzin po wybrzmieniu ostatniego występu, nie wiem, który z nich zagotował mi potylicę w stopniu najwyższym. Innymi słowy - doszczętnie zrył mi beret.



Może AMM? Niewątpliwie dla szaleńca zakochanego w idei tej muzyki, koncert Eddie Prevosta i Johna Tilbury’ego musiał być wydarzeń ekscytującym. I był, bez słowa zawahania. Fortepian, wielki bęben, takiż talerz, zawieszony na obszernym stojaku, smyczek i kilka instrumentów, wspomagających fizycznie wyobraźnię artysty. Niewymownie piękne jest TRWANIE tej muzyki. Artystyczny minimalizm wyniesiony do rangi ekscytującego wydarzenia. Ta muzyka płynie niczym okręt bezzałogowy po bezkresnych wodach niekończącego się oceanu. Brak zwrotów dramaturgicznych jedynie eskaluje genialność tej muzycznej narracji. Tilbury pieści każdy dźwięk, dobywa go czasami z wnętrza fortepianu, jest precyzyjny i konweniuje z wybrykami akustycznymi Prevosta w sposób ponadnormalny. Że zacytuję program festiwalu i słowa muzyków – my nie produkujemy nowych dźwięków, my tylko sprawdzamy, jak te, już istniejące, mogą ze sobą rezonować. Prevost traktuje każdy przedmiot smyczkiem, te jelitowe dłuto jest podstawowym narzędziem jego kreacji. Perkusjonalia w jego rękach stają się wielkim, brzmiącym na tysiąc sposobów, instrumentem strunowym. Dźwięki przypominające o podstawowych funkcjach perkusyjnych prędzej dotrą do nas od strony pianisty. Godzinne misterium, sześćdziesiąt minut rytuału ISTNIENIA dźwięku. Jedność, szczelność, transparentność, anarchistyczna wręcz bezkompromisowość przekazu. Gdy muzyka milknie, muzycy jakby zdziwieni tym faktem, lekko oszołomieni, wystawieni na ścianę oklasków, wstają spokojnie z miejsc (razem wszak mają już 154 lata…) i próbują łapać kontakt z realną rzeczywistością. Przed chwilą przebywali w artystycznym niebycie, magicznej chwili tworzenia. Po stronie z krzesełkami niektórym ten stan także się udzielił.




Może Phil Minton i Warsaw Improvisers Orchestra? Tu dramaturgia, zwroty akcji i kolektywny wrzący tygiel pomysłów był naszym permanentnym udziałem od pierwszej do ostatniej minuty koncertu. Na scenie kilkunastoosobowy kwiat polskiej młodzieży improwizującej, pod światłym przewodnictwem polskiego Brytyjczyka Raya Dickaty’ego i najważniejszy męski głos europejskiego free improvisation – Phil Minton. Zapachniało londyńskim Freedom Of The City na kilka kwadransów. A wydarzenia przebiegały mniej więcej tak: na początek w rolę organizatora przestrzeni dźwiękowej wcielił się Minton. Rwaną, ekspresyjną narracją zmieniał kierunki improwizacji i udział w niej poszczególnych muzyków, jakby chciał rozgrzać ich zmysły i wzniecić poziom kosmicznej wręcz koncentracji. Zamierzony efekt osiągnął prawie natychmiastowo. Szczególnie doceniał w tym procesie liczną sekcję wokalną WIO. Na wykonanie kolejnego fragmentu koncertu muzycy... porzucili swoje instrumenty i stanęli w rzędzie. A Minton, mając do dyspozycji kilkanaście młodych i silnych gardeł, zbudował z tego wokalne misterium. Muzycy podzieleni na mniejsze grupy (kryterium podziału stanowiła technika wokalna), co rusz skakali sobie do gardeł i zapełniali przestrzeń dźwiękową lawiną mikrokrzyków, sapnięć, westchnień i chrząknięć, nie brakowało także prób wydawania odgłosów na bardziej konwencjonalny sposób (śpiew!?!). Ten drapieżny chór uciekinierów z zakładu dla pozytywnie obłąkanych do czerwoności rozgrzał atmosferę po obu stronach sceny. Gdy muzycy wrócili do instrumentów, Minton przesiadł się na stanowisko z mikrofonem, a ster przejął Ray Dickaty. Płynnie, dyrygując całym ciałem, przeprowadził muzyków przez dalszą część koncertu. Muzycy złączeni pępowiną z eskalującym wielodźwięk dyrygentem, w watasze, głodni, nienasyceni, pełnokrwiści improwizatorzy w wolnym tańcu, tak pięknym, że aż bolało w trzewiach, udanie zwieńczyli dzień koncertowy festiwalu.




Może Charlotte Hug i Lucas Niggli? Tuż przed epopeją WIO, sceną zawładnął szwajcarski duet. Altowiolinistka, wokalistka vs. perkusista i perkusjonalista z rozbudowanym arsenałem zabawek do wydawania dźwięków bitych i szarpanych. Być może postać Charlotte nie jest centralną na europejskiej scenie free improv, ale znajdźcie w ostatnich latach jakąkolwiek płytę Emanem Records ze skrzypcami, na której nie grałaby właśnie Hug. Lucasa też lubimy i cenimy, a na tym festiwalu grał choćby rok temu w bandzie Barry’ego Guya. Trzy kwadranse ich konwulsyjnego występu potwierdziły w pełni to, czego mogliśmy się spodziewać. Ów brak zaskoczenia nie stanowi wszakże jakiegokolwiek zarzutu – wręcz przeciwnie, duetowe, szwajcarskie popisy trzymały klasę tej edycji AL. Ekspresja obu muzyków, dynamika ich improwizacji, świetna komunikacja nie pozwalały umknąć naszej widzowskiej koncentracji choćby na ułamek sekundy. Ostre pazury i lśniące muskuły. Temperament Charlotte co chwilę wzniecał pożary, a Lucas nawet nie próbował ich gasić i sam jeszcze dorzucał do ognia. Niektóre fragmenty byłoby wręcz genialne, gdyby Niggli używał od czasu do czasu zmysłu zaniechania. Muzycy w wyjątkowo uroczy sposób potrafili kończyć każdy fragment improwizacji, co przy poziomie emocji tego występu, nie było zadaniem prostym. Nadprodukcja kokieterii Charlotte i widowiskowości Lucasa (innym słowy, bywało, że altowiolinistkę nieco zagłuszał), być może stanowić mogłaby powód do lekkich dąsów recenzenta, ale chemia całości (wynikająca także z fantastycznego brzmienia instrumentów) spowodowała, iż stawiam koncert szwajcarskiego duetu na piedestale nie niższym niż dwa wcześniej omówione występy.




Może Joëlle Leandre i Bogdan Mizerski? Na scenie dwa potężne kontrabasy, a my czuliśmy się na tym występie, niczym polne koniki na lekko zroszonej łące. Francuska mistrzyni improwizacji we wczesno wieczornej pogawędce z polskim improwizatorem, z którym do tej pory nie miałem okazji się zetknąć (jeśli powinienem, to chętnie posypię głowę popiołem!). Muzycy operowali głównie smykiem, świetnie się ze sobą komunikowali (choć jak mówią dobrze poinformowani, grali ze sobą po raz pierwszy) i delikatnie unosili się nad powierzchnią sceny. Ten niespodziewany efekt osiągali dzięki miękkiej i stosunkowo spokojnej narracji, a także dzięki silnie empatycznej, wzajemnej relacji (słuchali się jak dwa koty na kradzieży!). Energia i humor. Konwulsyjna, piękna drapieżność brzmienia. Rubaszne czapki na głowach i kpiny z francuskości w werbalnych igraszkach Leandre. Ten krótki (w każdym razie minął momentalnie) duet kontrabasowy wyniósł wszakże nasze emocje na nieistniejące drugie piętro budynku Laboratorium.




Może Saadet Turkoz i Zlatko Kaucić? To być może była największa zagadka tego festiwalu. Kaucić ma oczywiście swoją niezaprzeczalną renomę i przynajmniej dwie świetne płyty w katalogu rodzimego Not Two, ale już osoba tureckiej (bardzo wschodnio tureckiej) wokalistki, to karta w tej części improwizowanego świata raczej nie odkryta. Tym większa była zatem nasza oczywista radość słuchania tego koncertu od pierwszej do ostatniej minuty. Eksplozja wyobraźni, talentu i odczuwania kontekstu dramaturgicznego improwizacji stała się udziałem każdego z muzyków. Zlatko improwizował każdym przedmiotem, jaki napotkał na swojej drodze (był drukowany program festiwalu, była woda przelewana z butelki do miski i chlapanie nią po zestawie perkusyjnym). Saadet, choć używała tylko głosu (nie potrzebowała sekwensera!) w ten wielodźwięk perkusjonalny wpisywała się niezmiernie bogatym arsenałem wokalnych środków wyrazu. Choć skala jej głosu nie stanowiła jakiegoś wyjątkowego atutu, to pomysł, wspomniana artystyczna wyobraźnia, wreszcie istotnie teatralne i ekspresyjne zachowanie na scenie, sprawiały, iż dla Kaucicia była tego dnia partnerem wręcz idealnym. A przy okazji trudno było od niej oderwać wzrok.




Z pewnością jednak w stan upojenia artystycznego nie wprowadziły mnie pozostałe dwa koncerty festiwalu. Mógłbym oczywiście popaść w wielosłów i szczegółowo uzasadnić mój, oczywisty w tym wypadku, brak entuzjazmu, ale myślę, że szkoda zarówno czasu mojego, jak i Waszego, na ten proceder. Zatem tylko jedno, dwa słowa o każdym z nich. Występ wokalno-perkusyjny Elmy i Bartłomieja Olesia dobrze podsumowuje rzeczownik pretensjonalność, zaś występ (w tymże samym zestawie instrumentalnym) Jorgosa Skoliasa (ojca) i Antonisa Skoliasa (syna), dwa inne, skromne rzeczowniki – megalomania i nepotyzm.

Za rok rzecz jasna melduję się tu ponownie, z otwartą głową na wiele kolejnych sonicznych szaleństw. Przy okazji - pomysł ze smacznym domowym winem i nieoczywistym ciastem równie udany, jak cała impreza.


A wcześniej, jeszcze tej jesieni, jeśli historia teraźniejszości pozwoli, w warszawskim Mózgu solowe duety z udziałem m.in. Sylvie Courvoisier, Barry’ego Guya i Toshinori Kondo. Wielkie wydarzenia przed nami!