Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Yedo Gibson. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Yedo Gibson. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 31 grudnia 2024

50 Reasons to Remember The Year 2024! Pięćdziesiąt powodów, by zapamiętać rok 2024!


Albums are presented in alphabetic order! Please notice that picture below doesn’t feature all honoured recordings!

Albumy prezentowane są w kolejności alfabetycznej! Proszę zauważyć, iż zdjęcie poniżej nie przedstawia wszystkich wyróżnionych nagrań!



 

Albert Cirera & Florian Stoffner Mow

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2024/02/albert-cirera-florian-stoffner-like-to.html

AMM Aura

(not reviewed yet)

Bobby Bradford/ Frode Gjerstad/ William Roper/ Alex Cline Frice

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2024/11/bobby-bradford-frode-gjerstad-william.html

Burkhard Beins Eight Duos

(not reviewed yet)

Colin Webster Large Ensemble Second Edition

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2024/10/colin-webster-large-ensemble-in-second.html

Czarnoziem Socha

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2024/06/micha-gizycki-in-black-and-white.html

Darin Gray/ Pak Yan Lau/ Steve Noble/ Alan Wilkinson The Worm Turns

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2024/12/the-shrike-records-collection-hazard.html

David Maranha & Rodrigo Amado Wrecks

(not reviewed yet)

Der Dritte Stand, Spontaneous Live Series 015: Live at 7th Spontaneous Music Festival

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2024/10/nowe-albumy-spontaneous-live-series.html

Desarbres Ensemble, Spontaneous Live Series D05: Live at 6th Spontaneous Music Festival 2022

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2024/04/desarbres-ensemble-digitalna-nowosc.html

Dirk Serries At Future Dawn

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2024/08/dirk-serries-in-defiance-of-self-at.html

El Pricto/ Don Malfon/ Vasco Trilla Behenii - Part I

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2024/03/barcelona-five-of-kind-behenii-still.html

Floros Floridis/ Matthias Bauer/ Joe Hertenstein Temporal Driftness

(not reviewed yet)

Gonçalo Almeida States of Restraint

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2024/09/goncalo-almeida-and-states-of-restraint.html

Gosia Zagajewska/ Paulina Owczarek/ Emilio Gordoa, Spontaneous Live Series D06: Live at 5th Spontaneous Music Festival, 2021

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2024/06/zagajewska-owczarek-i-gordoa-na-szostym.html

Hubbub abb abb abb

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2024/09/frederic-blondy-in-two-relative-pitch.html

Ignaz Schick/ Anaïs Tuerlinckx/ Joachim Zoepf Ensemble A

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2024/12/confront-recordings-three-shots.html

Ingel Rild Extreme Entity Workout

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2024/12/discordian-records-strikes-again-ingel.html

Isabelle Duthoit & Ocnos Arkestra Chillar todo el día

(not reviewed yet)

John Butcher/ Florian Stoffner/ Chris Corsano The Glass Changes Shape

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2024/10/butcher-stoffner-corsano-glass-changes.html

John Butcher/ Luigi Marino/ Mark Wastell Parallel Streams

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2024/09/john-butcher-in-two-trios-parallel.html

John Butcher/ Phil Durrant/ Mark Wastell Around the Square, Above the Hill

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2024/12/butcher-durrant-wastell-are-hanging.html

John Butcher +13 Fluid Fixations

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2024/04/john-butcher-13-fluid-fixations.html

Jonas Engel/ Andrea Bazzicalupo/ Asger Thomsen Ø

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2024/05/engel-bazzicalupo-thomsen-draw.html

Kasper T. Toeplitz & Ensemble Phoenix Basel Rupture & Dissipation

(not reviewed yet)

Kaze Unwritten

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2024/02/kaze-is-unwritten.html

Luis Erades/ Diego Caicedo/ Seba Ramírez Death Posture

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2024/10/barcelona-makes-world-go-round-death.html

Magda Mayas' Filamental Ritual Mechanics

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2024/06/magda-mayas-and-her-filamental-play.html

Marcello Magliocchi/ Adrian Northover Time Textures

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2024/09/marcello-magliocchi-adrian-northover.html

Marlies Debacker/ Salim(a) Javaid Convolution

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2024/03/debacker-javaid-in-convolution.html

Marta Warelis/ Florian Stoffner/ Rudi Fischerlehner, Spontaneous Live Series 014: Live at 7th Spontaneous Music Festival

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2024/10/nowe-albumy-spontaneous-live-series.html

Onceim Laminaire

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2024/09/frederic-blondy-in-two-relative-pitch.html

Paweł Doskocz & Wojtek Kurek Wrrr

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2024/09/the-september-round-up-dooom-orchestra.html

Phicus REDOX

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2024/04/hera-corp-new-outfit-phicus-pablo-selnik.html

Phil Durrant & Daniel Thompson Live / Studio

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2024/02/phil-durrant-daniel-thompson-are-live.html

Rudi Mahall/ Florian Stoffner/ Michael Griener Die Exorzistin

(not reviewed yet)

Sharif Sehnaoui/ Tony Elieh/ Adam Gołębiewski Shadowcracker

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2024/03/sehnaoui-elieh-goebiewski-are.html

Slight Deform Still Life #1

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2024/03/barcelona-five-of-kind-behenii-still.html

Sound the Alarm Sound the Alarm

(not reviewed yet)

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2024/03/barcelona-five-of-kind-behenii-still.html

Splitter Orchester splitter musik

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2024/09/splitter-orchester-plays-splitter-musik.html

Ternoy/ Cruz/ Orins The Theory of Constraints

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2024/05/peter-orins-in-two-circum-disc-trios.html

The Void Of Expansion Escaper

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2024/05/the-void-of-expansion-escaper.html

Thuluth (Magda Mayas, Ute Wassermann & Raed Yassin) One Third Of The Sun

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2024/11/al-maslakh-fresh-and-older-thuluth-hic.html

Toc & Paulina Owczarek Psychedelic Jelly

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2024/10/the-circum-disc-new-outfit-psychedelic.html

Tonus Analog Deviation

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2024/12/the-new-wave-of-jazz-axis-tonus-lemadi.html

Tony Buck/ John Edwards/ Elisabeth Harnik/ Harri Sjöström Flight Mode – Live in Berlin 2023

https://www.jazzarium.pl/przeczytaj/recenzje/flight-mode-live-berlin-2023

Vasco Trilla The Bell Slept Long In Its Tower

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2024/10/barcelona-makes-world-go-round-death.html

Warsaw Improvisers Orchestra Trzy Dni

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2024/08/warsaw-improvisers-orchestra-worked.html

Yedo Gibson Conic Tube

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2024/06/the-relative-pitch-spring-is-here.html

Zosha Warpeha Silver Dawn

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2024/06/the-relative-pitch-spring-is-here.html

 

 

piątek, 8 listopada 2024

Portugal' in jazz we trust: Riffs! Understanding Life! Illusions and Lamentations! Come Down Here! Free Baile! The Invisible! Pulsar! Loop Beat!


Współczesna portugalska muzyka improwizowana ma się świetnie - tego na tych łamach nie trzeba specjalnie uzasadniać. W przeciwieństwie jednak do równie uwielbianej przez nas muzyki improwizowanej z Katalonii nie pretenduje do miana ponadgatunkowej wolty, raczej skupia się na otwartej formule jazzu i wszelkich jego swobodnie improwizowanych odmianach.

Wiemy o tym doskonale nie od dziś, a prezentowane poniżej nowości płytowe z udziałem muzyków z południowo-zachodniego krańca Europy aż w sześciu (siedmiu?) przypadkach stanowią koronny dowód w sprawie. Niektóre albumy powstały w Lizbonie, kilka z nich poza Portugalią, niektóre z udziałem muzyków z innych części świata – ale tu, w odmętach trybunowych impresji - świetnie znanych i cenionych.

W zestawie trzy nowości Phonogram Unit, labela prowadzonego przez samych muzyków, dwie petardy z flagowego dla Portugalii Clean Feed Records, kolejne od wydawców z Niemiec i Litwy, wreszcie ostatnia w formule self-released. So, welcome to jazz we trust!



 

José Lencastre/ Hernâni Faustino/ Andrew Lisle Riffs (The Phonogram Unit, DL 2024)

Cossoul, Lizbona, maj, 2023: José Lencastre – saksofon tenorowy, Hernâni Faustino – kontrabas oraz Andrew Lisle – perkusja. Trzy improwizacje, 36 minut.

Klasycznie free jazzowe trio grające riffy! Spotkanie kwiatów portugalskiego wolnego jazzu z angielską, swingującą petardą młodości i kreatywności nie mogło nie zakończyć się czymś definitywnie wartościowym. A zatem bez zaskoczeń, wszakże z dużą porcją radości płynącej z odsłuchu, trwającej dłużej niż albumowe trzydzieści sześć minut.

Nagranie składa się z odsłony głównej (ponad 26-minutowej) i kilkuminutowej dogrywki. Start jest spokojny, szyty blaskiem talerzy, delikatnym szarpaniem za struny i dętymi westchnieniami. Trio dość szybko nabiera wiatru w żagle niesione perkusyjnymi łamańcami, post-synkopami, a na etapie rozwinięcia zdecydowanie swingującym flow. Szczęśliwie jednym dyskomfortem dla odbiorcy jest tu dość płaskie, zbite brzmienie całości. Po kilkuminutowej przebieżce trio zastyga w kameralnej pozie, zdobionej frazami smyczka, akcentami percussion, post-bluesowym drive’em kontrabasu, a także plejadą flażoletów. Kolejna kulminacja ma nieco inny smak, jest lepiej skomunikowana, dodatkowo upstrzona efektownym solem perkusisty, a na etapie finalizacji staje się definitywnie ognista. Dogrywka stawia na bardzo zbilansowaną dynamikę, na starcie przypomina swobodną kołysankę opartą na smyczku. Z kolei szyk rozwinięcia wydaje się nad wyraz taneczny, znów naznaczony stemplem angielskiej jakości.



 

José Lencastre/ Margaux Oswald/ João Carreiro Understanding Life (The Phonogram Unit, DL 2024)

Namouche Studio, Lizbona, lipiec 2024: Margaux Oswald – fortepian, José Lencastre – saksofon tenorowy i altowy oraz João Carreiro – gitara. Osiem utworów, 31 minut.

Kolejne trio z udziałem lizbońskiego saksofonisty sytuuje się w klimatach bardziej kameralnych, wydaje się być na poły konceptualnym przedsięwzięciem (z silną, literacką inspiracją), ale na etapie rozwoju poszczególnych opowieści nie szczędzi nam post-jazzowych fraz, za które odpowiedzialny jest nade wszystko Lencastre.

Początek pierwszej z ośmiu krótkich opowieści rysowany jest kolektywną kreską, z jednej strony sycony post-klasyczną pianistyką, z drugiej pikanterią dętej ekspozycji. W dalszych odsłonach albumu muzycy dorzucają kolejne powabne elementy tej literacko-muzycznej układanki – zwinne, świetnie skonstruowane akcje inside piano, niezliczone garście jazzowych melodii, wreszcie ekspozycje gitary, zarówno preparowane, jak i te z akcentami czystszego frazowania. Album nabiera szczególnej urody w części środkowej, gdy muzycy szukają mroku, pochylają się na każdą frazą, stawiają na kreatywny minimalizm i świetnie dawkują emocje. Nie unikają ekspresji, ale być może wiedzeni literackimi inspiracjami podejmują szereg zaskakujących decyzji dramaturgicznych, które budują jakość całej opowieści. Finał albumu skrzy się dużą kreatywnością, szczególnie pianistki, być może nasączony jest jednak zbyt dużą dawką jazzowej melodyki ze strony saksofonisty.



 

Dávila/ Almeida/ Furtado Illusions and Lamentations (The Phonogram Unit, CD 2024)

Night Sky Studio, Ahaus, Niemcy, czerwiec 20924: Pacho Dávila – saksofon tenorowy i sopranowy, Gonçalo Almeida – kontrabas oraz Vasco Furtado – perkusja. Siedem utworów, 64 minuty.

Kolejny przykład swobodnego jazzu, niemal modelowy z punktu widzenia dzisiejszej, portugalskiej zbiorówki. Nazwisko saksofonisty wydaje nam się dość obce, po prawdzie i po odsłuchu mówi niezbyt wiele. Co innego kontrabasista i perkusista – jeden jest najpiękniejszym kameleonem współczesnej muzyki improwizowanej, drugi krwistym kawałkiem free jazzowego mięsa, mistrzem post-synkopowanego groove. Album jest odrobinę przegadany, ale dobrze unerwiony, doposażony wieloma porcjami stylowych improwizacji.

Pierwsza odsłona albumu, to free jazzowy blues szyty twardą sekcją rytmu i ulotnym saksofonem tenorowym. Słychać, że muzycy dobrze czują się w sytuacji dynamicznej i swobodnie melodyjnej. Kolejne trzy części startują z pozycji smukłej post-ballady upstrzonej preparacjami, dobrze nabierają tempa na etapie rozwinięcia i bywają puentowane wysmakowanymi akcjami kontrabasu, także z użyciem smyczka. Piąta opowieść bazuje na prostej melodii, przypominającej dziecięcą rymowankę. Szczęśliwie jest finał kipi od ognia dalece dojrzalszej proweniencji. Najlepsze momenty płyty, to dwie ostatnie improwizacje. Pierwsza z nich nie szczędzi nam dźwięków preparowanych (szczególnie w zabrudzonej tubie), druga po części sięga po estetykę free chamber. I znów dużo miejsca pozostaje tu dla kontrabasisty i perkusisty, których ekspozycje zarówno solowe, jak i duetowe są solą tej improwizacji. Nie sposób nie dostrzec także jakości w finałowej akcji saksofonu sopranowego, bazującej na efektownej dynamice.



 

Luís Vicente Trio Come Down Here (Clean Feed Records, CD 2024)

Soundinnovation Studios, październik 2023: Luís Vicente - trąbka, dzwonki, gwizdek, mbira, Gonçalo Almeida – kontrabas oraz Pedro Melo Alves – perkusja, instrumenty perkusyjne, obiekty. Sześć kompozycji, 40 minut.

Luisa Vicente znamy jako wyśmienitego improwizatora, zapewne nieco mniej jako kompozytora piszącego efektowne, po portugalsku smutnie melodyjne tematy, które w krzyżowym ogniu interaktywnych improwizacji jawią się niczym perły na firmamencie światowej sceny jazzowej. Jego trio (w jakże fantastycznym składzie!) właśnie dostarcza nam swe drugie fonograficzne dziecię. Radości, jak za pierwszym razem, całe mnóstwo, nawet wtedy, gdy zmysł kreacji Luisa, Gonçalo i Pedro transponuje na język współczesności taneczną, brazylijską capoierę!

Pierwszy temat podany jest na sporej dynamice – muzycy brną ku nam z melodią we włosach, ciepłym tembrem trąbki i zgrabnym rytmem szytym zwinnym, swingującym pizzicato i delikatną, acz ruchliwą perkusją. Drugi temat oparty jest na soczyście brzmiącym smyczku, a faza improwizacji zdaje się być skoncentrowana na ogrywaniu na tysiące sposobów zadanej melodyki. Trzeci utwór, to anonsowana już capoeira. Intro, a także koda utworu bazują na perkusjonalnych błyskotkach, gwizdku i mbirze, z kolei faza zasadnicza na tanecznym groove kontrabasu i rozśpiewanej trąbce. Ostatnie słowo należy jednak do barokowego smyczka. Utwór czwarty swinguje aż miło – muzycy gnają do przodu w szalonym tempie albo równie wspaniale zwalniają i sięgają po brzmieniowe detale. W piątej części dominują frazy preparowane, tempo jest leniwe, a melodia molowa. Sam temat pojawia się dopiero na ostatniej prostej. Końcowa kompozycja trwa tu jedenaście minut i jest pięknym podsumowaniem całego albumu. Początek zdaje się być szyty ściegiem, który znamy z piątej odsłony. Po niedługiej fazie marszowej cały środek utworu oddany zostaje do wyłącznej jurysdykcji trębacza, który kleci wyłącznie wspaniałe dźwięki. Potem, po kilku głębszych wydechach, opowieść kona w klimatach lizbońskiego saudade, w ciszy zapomnienia, krokami stawianymi na palcach.



 

MOVE Free Baile - Live in Shenzhen (Clean Feed Records, CD 2024)

Shenzhen, Chiny, październik 2023: Yedo Gibson – saksofony, Felipe Zenicola – bas elektryczny oraz João Valinho – perkusja. Sześć utworów, 34 minuty.

Free jazzowy, spazmatyczny krzyk saksofonu, sfuzzowana, permanentnie łamiąca rytm punkowa gitara basowa i perkusja, która ogarnie i spuentuje każdy fragment tego rozgrzanego tygla emocji - to trio znamy doskonale zarówno z debiutanckiej płyty studyjnej, jak i koncertów w naszej części świata. Tym razem brazylijsko-portugalskie combo wyruszyło do Chin i zagrało tam ekstatyczny koncert w dalece rockowych okolicznościach przyrody. Wrzask rozentuzjazmowanego tłumu, kilka prób zaspokojenia potrzeb mniej wymagającego odbiorcy i cała masa improwizowanej jakości. And that’s all!

Muzyka MOVE od startu nie pozwala zapomnieć o mocy rażenia, jaką w sobie nosi! Ich improwizacja, to narracja łamana kołem zębatym, to krzyk kosmicznej energii, ale nie desperacji, raczej radości współtworzenia muzycznego piekła. W pierwszej części szczególnie podobać się mogą saksofonowe preparacje pełne wywrotowych melodii i puenta basisty w formie dalekowschodniej mantry. W części drugiej intryguje ogniste intro Gibsona, które przepoczwarza się w dziki taniec całej trójki. W trzeciej dominuje melodia, która płynie niesiona strugą energii pracującego na wydechu basisty. Szczególnie efektowny moment szyje tu saksofonista. W części czwartej nie brakuje bystrych preparacji z każdej strony, a także saksofonowej puenty nasyconej tajemniczą melancholią. Piątka kona pod jarzmem rytmu, tu generowanego wszystkimi dostępnymi środkami artystycznego wyrazu. Ostatnią odsłonę uruchamia rozdygotany bas. Końcowy taniec zionie ogniem, doprowadza publiczność na skraj śmiertelnej ekstazy!



Dirk Serries/ Rodrigo Amado/ Andrew Lisle The Invisible (Klanggalerie, CD 2024)

Sunny Side Inc. Studio, Anderlecht, listopad 2021. Dirk Serries - archtop guitar, Rodrigo Amado – saksofon tenorowy oraz Andrew Lisle – perkusja. Trzy improwizacje, 57 minut.

Portugalsko-belgijska kooperacja w zakresie muzyki improwizowanej o silnie jazzowej proweniencji pozostaje w stanie permanentnego rozkwitu. Amado jest jednym z dwóch saksofonistów znad Tagu, szczególnie aktywnych w dziedzinie muzykowania z Serriesem. Trio uzupełnia kolejny stały współpracownik belgijskiej sceny, angielski drummer Lisle. W gronie zatem samych dobrych znajomych uciekamy w swobodny jazz na prawie pełną godzinę zegarową. Bo warto!

Każda z trzech rozbudowanych, wielominutowych improwizacji ma swoją dramaturgię, ale też wiele elementów wspólnych – kolektywny, żwawy początek, fazę długoterminowego spowolnienia, udane incydenty w podgrupach i ekspresyjną, niekiedy ognistą finalizację. Saksofon zanurzony jest na ogół we free jazzie, bywa, że płynie bardzo gęstą melodią, gitara, choć typowa dla akustycznej estetyki Serriesa, potrafi zaskakiwać, choćby użyciem smyczka, wreszcie jak zwykle niebywale kompetentny drumming, w tym trio pozbawiony wszakże swingujących synkop, raczej skoncentrowany na budowaniu nieoczywistej dramaturgii i rytmicznym podkreślaniu kolejnych etapów podróży. W pierwszej części szczególnie podobać się mogą smyczkowe preparacje gitarzysty, w drugiej uwagę przykuwa rozbudowana faza dronowa ubogacona melodią saksofonu, dalekowschodnią mantrą gitary i rezonującymi talerzami. Z kolei w części trzeciej nie sposób nie nadstawić ucha nad ekscesami solowymi, szczególnie perkusisty. Swoje kilka samotnych, równie fascynujących chwil ma także saksofonista. Album zostaje urokliwie podsumowany strumieniem wspólnie wydychanej fonii, lepionym wystudiowaną melodyką.



 

William Parker/ Hugo Costa/ Philipp Ernsting Pulsar (NoBusiness Records, CD 2024)

Codarts, Rotterdam, październik 2023: William Parker – kontrabas, Hugo Costa – saksofon altowy oraz Philipp Ernsting – perkusja. Trzy utwory, 50 minut.

Costa i Ernsting muzykują razem od lat, ale okazjonalne spotkanie z legendą free jazzowego kontrabasu zza Wielkiej Wody z pewnością była dla nich czymś szczególnym. Nie mogła z tego nagrania nie powstać dokumentacja fonograficzna, która trafia teraz do nas mocą litewskiego wydawcy. Trzy rozbudowane improwizacje osnute tu są na ogół wokół kontrabasowego groove Parkera, ale zdaje się, że najbardziej ekscytujący moment tej sesji ma miejsce wtedy, gdy ster dowodzenia przejmuje perkusista i perfekcyjnie stymulując dynamikę wynosi całe trio na wyżyny kreatywności.

Nagranie otwiera spokojna ekspozycja kontrabasu, która z miejsca nabiera typowej dla Parkera melodyjnej dynamiki. Perkusja i saksofon wchodzą do gry cedząc w skupieniu każdą frazę, ale dość szybko osiągają na poły taneczną konfigurację. W kolejnych fazach najdłuższej, ponad dwudziestominutowej improwizacji mamy solo kontrabasu, intrygujący passus kameralnej improwizacji w trio osadzonej na ciepłym brzmieniu smyczka, a także post-balladową puentę. Druga odsłona, która trwa odrobinę ponad kwadrans jawi się tu jako ta najciekawsza. Otwarcie spoczywa na barkach basu i perkusji. W grze dość szybko pojawia się smyczek, który pracuje w bardzo zróżnicowanych tempach i ekspresji, a anonsowany w preambule tekstu crème de la crème albumu dzieje się już na etapie rozwinięcia. Ernsting podkręca tempo, płynie coraz szerszym, niemalże polirytmicznym strumieniem. Emocjom sprzyja tu zarówno pęczniejący groove kontrabasu, jak i free jazz altowej tuby. Końcowa improwizacja trwa dziesięć minut i ma nieco folkowy wymiar. Oparta jest na dynamice perkusji, ekspresji saksofonu i … rozśpiewanym, drobnym instrumencie dętym, na którym frazuje Parker. Trio w takiej formule bazuje na rozkołysanym rytmie, który chętnie gmatwa w niemal colemanowskim stylu, niczym sławetne Dancing in Your Head.



 

Hocus Loop Beat (Bandcamp’ self-released, DL 2024)

Genewa/ Zurych, kwiecień 2024: João Almeida – amplifikowana trąbka kieszonkowa, elektronika. Dwie improwizacje, 54 minuty.

Nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy portugalskiego, jazzowego resume nie spuentowali czymś definitywnie niejazzowym, hałaśliwym i bezczelnie ponadgatunkowym! João Almeida w towarzystwie grywa swobodne impro, free jazz czy free chamber, ale gdy zostaje sam na sam z trąbką, przepoczwarza się w brutalnego dekonstruktora dętych fraz, artystę, który kocha noise i uwielbia maltretować nasze narządy słuchu. Tu dostajemy go w dużej, koncertowej porcji. Kto nie da rady, jego strata, kto podejmie trud wysłuchania całości, nagroda może być wielka! A sam tytuł albumu mówi naprawdę wiele o formule tej … improwizacji.

Dwa szwajcarskie koncerty, to kwintesencja hocusowej, zmutowanej trąbki, silnie amplifikowanej, zaplątanej w niekończące się kable czerstwej elektroniki. Wszechobecny noise tworzą tu zgrzyty, pulsacje, rozdygotane stemple sfuzzowanego brzmienia, wdechy i wydechy, kulminacje i małe zgony. Wszystko uformowane jest w pętle, których intensywność sama z siebie kreuje pokraczny, post-elektroniczny rytm. Schemat gry jest stabilny, muzyk wszakże permanentnie modyfikuje brzmienie. Całość przypomina chwilami krwisty drum’n’bass, ale tworzony bez basu i perkusji. Początek drugiego koncertu, to wyziewy trąbki-sygnałówki, która kona w wiecznej pętli bólu i rozpaczy. Sama narracja wydaje się odrobinę bardziej subtelna, wyczulona na pojedyncze akcje hałasu. Strumień fonii jest martwym tańcem, którego ewentualny koniec niczego nie rozwiąże. Muzyk wprowadza tu brzmienia przypominające zarówno silnie sfuzzowaną gitarę, jak i niemal klasycznie elektroniczny white-noise.  Na finał jego trąbka kieszonkowa piszczy wniebogłosy, podczas gdy dołem sunie rzeka wyjątkowo paskudnych rzygowin. Tak, Merzbow byłby z João niepomiernie dumny!

 

 

 

piątek, 14 czerwca 2024

The Relative Pitch’ Spring is here!


Nie dalej, jak w ostatni wtorek zachwycaliśmy się płytą Magdy Mayas Ritual Mechanics, stanowiącą jedną z dziesięciu wiosennych nowości The Relative Pitch Records. Zgodnie z poczynioną wówczas obietnicą dziś sięgamy po pozostałe dziewięć nowych albumów nowojorskiego labelu.

Wygląda na to, iż niektórym albumom poświecimy sporo słów, innym definitywnie mniej. Także chronologia naszego overview nie będzie biec wedle dat publikacji, ale raczej ilości gwiazdek, jakie moglibyśmy przydzielić płytom, gdybyśmy taki niecny proceder uprawiali. Trzeba wszakże przyznać, iż ten wiosenny, relatywny wysyp świeżynek jest w ujęciu ogólnym bardziej niż udany. A Waszą szczególną uwagę pragniemy zwrócić na pierwsze trzy krążki w zestawie!

Pośród omawianych nowości aż sześć, to albumy solowe (od długiego już czasu edytorskie idee fixe wydawnictwa), trzy pozostałe, to zgrabne duety. Jeśli chodzi o tytuły wykonawcze otrzymujemy garść świetnie nam znanych i bezsprzecznie lubianych artystów, a także – jak zawsze - sporą porcję nowych nazwisk do zapamiętania. So, welcome to the world of Relative Pitch!



 

Yedo Gibson Conic Tube

Namouche Studios, Lizbona, luty 2023: Yedo Gibson – saksofon sopranowy (1, 4, 5, 8), saksofon altowy (2, 6) oraz saksofon tenorowy (3, 7). Osiem improwizacji, 44 minuty.

Brazylijski saksofonista nie wymaga w tym miejscu jakiejkolwiek introdukcji. Znamy niemal wszystkie jego nagrania (z których spora część ukazała się, jakże spontanicznie, w Polsce), uwielbiamy jego temperamentny styl gry na instrumentach dętych, ale … nigdy jeszcze nie mieliśmy okazji obcować z Gibsonem w wersji solo. Taka samotna ekspozycja była już zapowiadana przez muzyka od lat - wreszcie stała się faktem. To wspaniała wiadomość dla świata muzyki kreatywnej!

Yedo w połowie nagrań korzysta z saksofonu sopranowego, w obliczu którego zdaje się być nie tylko melodyjnym story-tellerem, ale nade wszystko eksploratorem tzw. technik rozszerzonych, pośród których tą najciekawszą jest dmuchanie w tubę instrumentu, nie zaś w jego ustnik oraz wydobywanie dodatkowo wielu gardłowych dźwięków. W pierwszym utworze jego sopran potrafi brzmieć niemal syntetycznie, równie delikatnie, jak piskliwie. W części czwartej tańczy i śpiewa, w piątej przypomina owadzi rój w locie wnoszącym, wreszcie w ostatniej części muzyk niejako reasumuje sopranowy rozdział i cały album. Wieńczy go prawdziwie niedźwiedziowatym pomrukiem, pełnym rozkołysanej melodii. A nim to nastąpi, prezentuje rozbudowaną sekwencję możliwości brzmieniowych, jakie daje ten mały instrument dęty - wzdycha niczym leniwiec na skraju puszczy, mlaska jak kot, furkocze jak stado gołębi. Na saksofonie altowym Gibson, to artysta kultywujący wielką spuściznę jazzu - z jednej strony blisko mu do Alberta Aylera, z drugiej jeszcze bliżej do Charliego Parkera. Jego instrument ewidentnie swinguje, płynie soczystą melodią i intrygująco zbliża się do granic fire music. Z kolei na saksofonie tenorowym Brazylijczyk staje się prawdziwie free jazzowym zwierzem, który nie odpuszcza choćby na sekundę. Buduje mocne, dronowe pasaże, rży jak koń, śpiewa gęstym, jakże soczystym tembrem, wkładając w to mnóstwo emocji. Potrafi wprawić się w ekstatyczny, polirytmiczny taniec, a na koniec puścić do nas oko. Wszak saksofon, to tylko metalowa tuba, która rezonuje!



 

Samara Lubelski & Marcia Bassett Indexical/Rhizome

Indexical, Santa Cruz, Kalifornia, sierpień 2020 (utwór 1), Rhizome, DC, grudzień 2022 (2): Samara Lubelski – skrzypce oraz Marcia Basssett – gitara. Dwie improwizacje, 43 minuty.

Skrzypce i gitara podłączone pod prąd elektryczny wysokiej mocy, pogłos budujący przestrzeń, która nie ma początku, ani końca, wreszcie artystki o niewyczerpalnych zasobach kreatywności, snujące gęste smugi dark ambientu i soczystej psychodelii ubrane w szaty wyrafinowanej improwizacji. Uwielbiamy takie sytuacje sceniczne!

Pierwsza improwizacja trwa tu prawie dwa kwadranse, a rodzi się z dwóch smukłych, niemal stojących plam ambientu. Ów krzyk, niczym wycie syren alarmowych z czasem przekształca się w dwie strugi płynnej, psychodelizującej narracji. Skrzypce frazują post-akordowo i pną się ku górze, gitara pęcznieje poziomo mrokiem ambientu. Gdy improwizacja nabiera intensywności i skulonej dynamiki, całość brzmi niczym filmowy zapach napalmu o poranku. Niezależnie od stadium rozwoju opowieści, artystki zawsze mają oparcie w chmurze dark ambientu. Skrzypaczka dygocze wtedy ze strachu, a gitarzystka niczym nietoperz zdaje się kołować nad swoją ofiarą. Momenty spowolnień są tu jedynie okazją do łapania oddechu przed powrotem na szlak bezkresnej podróży. Z czasem gitara nabiera post-rockowej powłoki, z kolei skrzypce stają na palcach, krzyczą strugą błękitnego ambientu i zdają się być niebezpiecznie melodyjne. Druga odsłona albumu trwa piętnaście minut z sekundami i formuje się z podobnych, ale nie takich samych elementów. Gitara od startu wydaje się być bardziej nasączona rockiem, czasami wręcz charczy, z kolei skrzypce trzymają się konwencji wysokiego ambientu. W fazie środkowej obie strugi złych mocy na moment stają się niemal bliźniaczo podobne i nad wyraz hałaśliwe. Potem już wszystko zaczyna piąć się ku czarnemu niebu. Owo diabelskie rozkołysanie w okolicach dwunastej minuty zaczyna przygasać. Skrzypaczka i gitarzystka schodzą teraz do niemal pojedynczych fraz. Instrument tej pierwszej skomle, tej drugiej pulsuje delikatnością. 



 

Zosha Warpeha Silver Dawn

Spillway Sound, Nowy Jork (?), czerwiec 2023: Zosha Warpeha - hardanger d'amore & głos. Trzynaście improwizacji/ kompozycji, 44 minuty.

Czas na płytę niezwykłą w dzisiejszym zestawie. Oto artystka, której dane personalne mogą świadczyć o pochodzeniu z dowolnego zakątka wszechświata (w tym wypadku z amerykańskiej Minnesoty), na pięciostrunowym instrumencie z epoki, w trzynastu niezbyt długich utworach (trwających od dwóch do sześciu minut), doposażonych okazjonalnie w medytujący głos i elementy tańca, którego z oczywistych względów nie widać. Uroda tej płyty jest niespotykana w dosłownym znaczeniu tego pokrętnego określenia. Można się w to nagranie zapaść bez reszty i nie znaleźć drogi powrotnej. Brawo Zosha!

Muzyka Warpehy (odmieniamy po słowiańsku, czy może po nordycku?) pełna jest delikatności, ale też emocjonalnej głębi. Bywa minimalistyczna, ale potrafi zgęstnieć i nabrać zaskakującej intensywności. Mnóstwo w niej melodii, ale smutnej, bardzo tęsknej. Wszystko pachnie tu z jednej strony post-barokiem, z drugiej niemal folkową tanecznością. W utworze trzecim brzmienie instrumentu wydaje się być zabrudzone, pełne szmerów i szelestów, na które nakłada się mrucząca wokaliza o tajemniczym, celtyckim (?) zaśpiewie. Szósta opowieść zdaje się unosić w powietrzu - artystka śle nam filigranowe, szarpane frazy, a zaraz potem mikro melodie grane arco. Zarówno ta, jak i kolejna odsłona albumu wydają się wyjątkowo smutne, z kolei w ósmej instrument Zoshy brzmi niczym bałałajka, której dźwięki odbijają się od spokojnego lustra wody. W drugiej fazie albumu zaczynają pobrzmiewać echa muzyki dawnej, niosąc dodatkowe porcje niczym niezmąconego piękna strunowej narracji. Tak dzieje się w siódmej, jedenastej i trzynastej opowieści. Ta ostatnia, nie dość, że wieńczy ów wspaniały album, to zdaje się konsumować całą kruchość Srebrnego Świtu – sprawia wrażenie dziecięcej kołysanki, nuconej z zapartym tchem i trwogą nadchodzącego poranka.



 

Maria Reich Interdependenzen

Berlin i Wilsum, Niemcy, od grudnia 2022 do maja 2023: Marta Reich – skrzypce, altówka (utwory 3,6). Jedenaście utworów, 35 minut.

Kolejna solowa płyta na mały instrument strunowy jest tym razem projektem nieco konceptualnym. To zbiór nagrań dokonanych w różnych okolicznościach przyrody dwóch niemieckich miast, a zarejestrowanych telefonem. Brzmienie bywa zatem surowe, niekiedy zabrudzone gwarem tego, co dzieje się wokół artystki i jej instrumentu. Ale jako całość broni się bez większego problemu, o czym decyduje nade wszystko artystyczna jakość tych krótkich, improwizowanych opowieści.

Melodia i oddech artystki stopiony z otoczeniem, to elementy składowe niemal każdej opowieści. Jeśli post-folk, to surowy, zdeformowany zapachem cywilizacji, jeśli taniec, to zadziorny, energiczny, temperamentny. Te drugi osiągany tu jest równie skutecznie techniką arco, jak i pizzicato – tak dzieje się choćby w opowieści drugiej i piątej. Epizody trzeci i ósmy są dalece mroczne, zdają się dobiegać z podziemnej krypty. Z kolei odsłona szósta zaczyna się w estetyce post-barokowej, ale kończy w prawdziwych, nieludzkich boleściach. Równie udane są historie siódma i dziewiąta, które stawiają na frywolność, intensywność i zapewne dobrą zabawę. Dziesiąta część, to zestaw śpiewów żałobnych, niesionych zarówno smutkiem, jak i dystansem do wszystkiego, co wokół. Finałowa piosenka cedzona jest przez zaciśnięte zęby. To smuga urokliwych post-fonii lepiąca się w drobny, pożegnalny dron.




Maria Bertel Monophonic

Czas i miejsce akcji nieznane: Maria Bertel – puzon, mikrofonowe amplifikacje. Dziesięć utworów, 34 minuty.

Duńska puzonistka umieściła swój duży instrument dęty w bezpośredniej bliskości skomplikowanej sieci mikrofonów, których kolektywna praca efektownie wzmocniła dźwięki puzonowych wyziewów. Choć już w połowie albumu wydaje, że pomysły artystki na budowanie narracji wyczerpują się, to brzmienie puzonu, w wielu momentach przypominające … przesterowaną gitarę elektryczną, musi budzić duży respekt. Co by zatem nie mówić, nazwisko Marii zapisujemy w naszych kajetach i czekamy na kolejne, improwizatorskie ujawnienia.

Pierwszą opowieść buduje masywny dron o dość siarczystym brzmieniu, jakby puzon umieszczony został w wielkim, betonowym tunelu (tak kiedyś eksperymentowali Dead Neanderthals!). Strumień fonii delikatnie się sprzęga, czasami pulsuje basowym pasmem, innym razem artystka zdaje się pochylać nad pojedynczym ruchem wentyla. W drugiej opowieści brzmienie puzonu kojarzyć się może z pracą młota pneumatycznego. Szczęśliwie w potoku zdarzeń słyszymy też oddech żywego człowieka. Od trzeciej odsłony dęciak definitywnie staje się gitarą! Najpierw kompulsywnie iskrzy mocą nieistniejącego zasilania prądem zmiennym, potem wydaje zwierzęce jęki, które wspiera mechaniczny background. W kolejnych częściach przyjmuje postać hałaśliwego drona, sprzęga i rytmicznie zgrzyta zębami, pracuje na przesterach, czasami to niemal powulkaniczne wyziewy gorącego powietrza. W przedostatniej opowieści puzon brzmi już prawdziwie harsh-noise’owo, z kolei w części ostatniej artystka zdejmuje nogę z gazu i snuje mroczne, rezonujące post-drony, popadając w intrygującą medytację. 



 

Sofia Salvo Rotarota

Berlin, marzec 2023: Sofia Salvo – saksofon barytonowy. Osiem utworów, 43 minuty.

Argentyńską barytonistkę gościliśmy w Dragonie roku temu wraz z ognistym kwartetem Colina Webstera i zostawiła po sobie bardzo dobre wrażenie. Równie wyśmienicie radzi sobie Salvo w kolejnym dziś spektaklu jednego aktora. Artystka dba o dramaturgię, opowiada ciekawe historie, być może mniej koncertuje się na niuansach brzmieniowych, ale w niczym nie ujmuje to jakości całemu przedsięwzięciu.

Opowieść Sofii podzielona jest na osiem epizodów, które trwają od czterech do ośmiu minut. Pierwsza odsłona, to barytonowa rozgrzewka – długie, szumiące podmuchy z tuby nabierają tu z czasem bardziej szorstkiego posmaku. Zaraz potem baryton wydaje z siebie masywny wrzask – tembr jest agresywny, ale czysty, niemal wymuskany. Na koniec artystka udanie sięga po drobne, wycyzelowane frazy. W części trzeciej poznajemy mroczne zakamarki barytonowej tuby, z ciszą zastygłą pomiędzy frazami. Czwarta opowieść wydaje się być jeszcze bardziej delikatna i zrodzona w bezpośredniej bliskości ciszy. W kolejnej części Sofia prezentuje nam mantrę mrocznych dronów budowanych na wdechu. Podobnie jak w poprzedniej odsłonie, na etapie rozwinięcia improwizacja wydaje się być odrobinę bardziej żwawa. Szósta opowieść jest dynamiczna, choć tuba początkowo jedynie drży, dopiero potem szuka zagubionej melodyki. Na koniec dostajemy garść wysoko podwieszonych westchnień. Także siódma odsłona tętni życiem. To swobodny jazz bez melodii i nudnych synkop - czysta energia saksofonowego oddechu. Artystka świetnie się tu odnajduje - pokrzykuje na siebie, wypełniona dobrą energią. Finałowa improwizacja zdaje się toczyć od samej ziemi do rozgwieżdżonego nieba. Fikuśne, żywe zawijasy, soczyste brzmienie rozległego, barytonowego spektrum. Opowieść nie ma charakteru pożegnalnego, jedynie pod sam koniec w tembrze saksofonu pojawia się nutka zadumy.



 

Ada Rave In search of a real world

Splendor, Amsterdam, listopad 2022: Ada Rave – saksofon tenorowy i preparacje oraz sopranowy i sopranino (utwór 6). Siedem utworów, 38 minut.

Kolejny, saksofonowy spektakl solo, znów w wykonaniu artystki pochodzącej z Argentyny. Po rezydentce berlińskiej, czas na mieszkankę Amsterdamu. Tym razem w roli naczelnego instrumentu saksofon tenorowy, jednokrotnie zamieniony na mniejszy kaliber, w siedmiu opowieściach skoncentrowanych na preparowaniu instrumentu. Efekty w skończonej liczbie przypadków bardzo interesujące, zdaje się, że nawet bardziej niż albumy Rave poczynione w klasycznie free jazzowych, trzy, cztero-osobowych formacjach.

Na starcie albumu korpus saksofonu drży, a tuba pełna jest ruchliwych przedmiotów. Artystka próbuje wygenerować garść post-melodyjnych fraz. W kolejnej części do drżącej materii zostaje dodany nerwowy oddech. Długie frazy chcą się tu formować w drony, ale na drodze pojawia się gęsta cisza. Narracja jest precyzyjnie zaplanowana, każdy ruch wyważony i głęboko przemyślany. Z czasem rozkołysana melodia łapie piach w szprychy. W trzeciej odsłonie instrument tradycyjnie już drży, wokół panoszy się dużo ciszy, ale flow zdaje się nabierać pewnego wewnętrznego rytmu. Z jednej strony wyszukana melodyka, z drugiej niemal industrialny background budowany masą saksofonowego korpusu. Kolejna opowieść śmiało pretendować może do miana najbardziej udanych fragmentów płyty. Najpierw artystka generuje rezonujące frazy, będące zapewne efektem pocierania instrumentu metalowymi przedmiotami. Potem rodzi się szemrząco-szeleszczący dron. Część piąta, to mantra gruźlika w stadium agonii. Spokojny początek, nerwowe rozwinięcie i wyciszone zakończenie. W szóstej improwizacji Ada sięga po lżejsze odmiany saksofonu, a narracja zdaje się tu przypominać ptasi klangor. Swobodne wydechy niosą dźwięki bardzo wysoko. Całość nabiera rytmu. Finałowa opowieść rodzi się z głębi gwiżdżącej ciszy. Pracują dysze, nerwowy oddech muzyka buduje dramaturgię. Post-melodyjna modlitwa pełna jest boleści i codziennego utrapienia.




Chloë Sobek & Tim Berne Burning Up

Miejsce nieoznaczone, czerwiec 2023: Chloë Sobek – violone oraz Tim Berne – saksofon altowy. Pięć improwizacji, 46 minut.

Po saksofonowych aspirantkach czas na saksofonową legendę gatunku! Berne rzadko grywa w tak kameralnych składach, szczególnie w duetach, zatem do odsłuchu płyty nie sposób było nie zasiąść z wypiekami na twarzy. Album zaczyna się więcej niż obiecująco. Stylowy, typowy dla Berne’a sound altu napotyka tu na kreatywne opowieści prowadzone na równie stylowym instrumencie strunowym. Niestety z czasem z muzyków zdaje się ulatywać energia i kreatywność, i jako całość, to niedługie przecież nagranie zdaje się – wbrew tytułowi – systematycznie usypiać słuchacza.

Zgodnie z anonsem, pierwsza improwizacja to żwawa, swobodnie prowadzona gra na dwa świetnie brzmiące instrumenty akustyczne. Strunowiec najpierw pracuje pizzicato, potem zagłębia w otchłań smyczkowych ekspozycji. Saksofon niezobowiązująco śpiewa, a jego rozhuśtany tembr chwilami grzęźnie w gardle dobrej kreacji. To opowieść post-chamber, która nie zapomina o swoich post-jazzowych korzeniach. Smyczek zwinnie preparuje, a tuba dętego drży i nabiera wilgoci. Drugą odsłonę otwiera porcja ambientu, który lepi się w balladę, której bliżej do post-baroku niż emocji bardziej ognistego jazzu. W dalszej części albumu smutek melodii zdaje się na stale zastępować dramat kreatywności. Muzycy czynią tu kilka udanych akcji, sięgają po metodę call & responce, ale z każdym przebytym metrem ich energia do życia zdaje się przygasać. Pracują na zaciągniętym ręcznym, co szczególnie dotkliwe okazuje się w trakcie ostatniej improwizacji, która trwa aż trzynaście minut. Kameralna kołysanka wisi tu na delikatnym smyczku, podczas gdy alt odlicza już sekundy do wyczekiwanego zakończenia.



 

Kirsten Carey & Aaron Edgcomb Mature Defense Mechanism

Detroit, Nowy Jork, czas nieoznaczony: Kirsten Carey – gitara oraz Aaron Edgcomb – perkusja. Jedenaście improwizacji, 39 minut.

Albumowe credits donosi tu o artystycznym eksperymencie. Zwykliśmy tak nazywać zjawiska, które mają na celu tworzenie nowej jakości, ale obarczone są dużym ryzykiem katastrofy. Mianem eksperymentu bywa także określana sytuacja, w której podejmujemy działania skazane na klęskę, a cenne jest jedynie to, że próbowaliśmy. W odniesieniu do dwóch muzyków odpowiedzialnych za Mature Defense Mechanism, pewne wydaje się to, że artystycznie polegli. Zaprosili nas do brutalnie przewidywalnego świata rocka, post-punka, tudzież młodzieżowej psychodelii i podjęli się karkołomnej próby improwizowania. Obie ścieżki tego albumu zostały nagranie w różnym czasie i miejscu, zatem ta trudna do zwerbalizowania próba eksperymentu została dodatkowo pozbawiona możliwości wzajemnych interakcji, jakie mógłby powstać w trakcie wspólnego muzykowania.

Niedługi album został podzielony na jedenaście piosenek bez tekstu. Gitarzystka frazuje tu niczym młodsza siostra holenderskiego The Ex, perkusista z kolei koncertuje się na dość jednostajnym circle drummingu i nie jest skory wchodzić w bliższy kontakt z gitarowym frazowaniem. Utwory realizowane w trybie dynamicznym dobrze się bronią, choć już po czwartym mamy wrażenie, że arsenał kreatywności jest na wyczerpaniu. W wolniejszych momentach akcja pachnie post-bluesem i ewidentnie cierpi z niedoboru tempa i emocji. Nieco ciekawiej nagranie kształtuje się w dalszej fazie, gdy muzycy pokazują małe, tygrysie pazurki, a ich agresywna narracja udanie sytuuje ich w roli punk-rockowych epigonów.

 

 

środa, 3 kwietnia 2024

Spontaniczna wiosna w poznańskim Dragonie


(informacja prasowa)

 

Trybuna Muzyki Spontanicznej i Dragon Social Club zapraszają na wiosenne koncerty cyklu Spontaneous Live Series. W trakcie sześciu wieczorów posłuchamy w Poznaniu ognistego, punkowego free jazzu w wydaniu brazylijsko-portugalskim, ponadgatunkowego projektu, który łączy improwizatorów z krajów tzw. Grupy Wyszehradzkiej, klasyków improwizowanego dark ambientu, międzynarodowego kwartetu, który kojarzy kwiat iberyjskiej improwizacji z muzykami ze stolicy Niemiec, a także dwie formacje ze znaczącym udziałem muzyków skandynawskich – obie swobodnie improwizujące, jedna w pełni akustycznie, druga z kolei elektro-akustycznie.



 

Wiosenna edycja spontanicznego cyklu koncertowego rozpocznie się we środę 17 kwietnia. Do Dragona wróci wtedy jeden z naszych ulubionych improwizujących saksofonistów Yedo Gibson, a wraz z nim basista Felipe Zenícola oraz perkusista João Valinho. Tego ostatniego, podobnie jak Gibsona, świetnie znają miłośnicy albumów wydawanych przez Trybunę Muzyki Spontanicznej, z kolei Zenícola to m.in. stały uczestnik jednego ze składów Paala Nilssena- Love, czyli New Brazilian Funk. Ta trójka zwie się MOVE i gra wyjątkowo energetyczną muzykę improwizowaną, którą śmiało można otagować takimi określeniami, jak punk-rock, free-funk, noise-rock, czy też skojarzyć z takimi formacjami, jak PainKiller, czy Altered States. Koncert MOVE poprzedzi intrygująca, ponadgatunkowa eksploracja w wydaniu krajowym – zagrają gitarzysta Michał Sember i akordeonista Ryszard Lubieniecki.

Jeszcze w kwietniu, dokładnie 28-ego, do Poznania zawita improwizowany projekt wyszehradzki Quadrilateral Sound Exchange. Pod egidą węgierskiej inicjatywy JazzaJ czwórka artystów z Polski, Słowacji, Czech i Węgier – saksofonistka Paulina Owczarek, obsługujący elektronikę Daniek Kordik, gitarzysta i skrzypek Jan Mikyska oraz perkusista Attila Gyárfás – będzie swobodnie improwizować w formule ad hoc, zatem spotkają się na scenie po raz pierwszy. Obok Bratysławy, Pragi i Budapesztu ważną stacją trasy koncertowej będzie właśnie Poznań. W roli lokalnego suportu wystąpi ad hoc trio – saksofonista i klarnecista Michał Giżycki, gitarzysta Paweł Doskocz oraz perkusjonalista Michał Joniec. Dodajmy, iż projekt przewiduje także warsztaty instrumentalne, które poprzedzą koncert główny wieczoru.

Maj także przyniesie dwa wydarzenia koncertowe. Najpierw w niedzielę 12-ego zagra duet The Void Of Expansion, czyli belgijski gitarzysta Dirk Serries i norweski perkusista Tomas Järmyr. Obaj są bez wątpienia klasykami Improwizowanego dark ambientu, współtworzą m.in. formację Yodok III. To prawdziwa gratka dla wielbicieli mrocznych, niekończących się opowieści na mglistą gitarę elektryczną i masywną, rockową perkusję. Ten koncert, to powrót do Dragona Serriesa, festiwalowego headlinera z roku 2019, którego znamy również z wielu swobodnie improwizowanych nagrań na gitarze akustycznej.

Z kolei 23 maja do Dragona zawita trio swobodnie improwizujących artystów, których zaliczyć możemy do grona młodych gniewnych europejskiej muzyki kreatywnej – japońska pianistka Rieko Okuda, duński kontrabasista Asger Thomsen oraz niemiecki saksofonista Jonas Engel. Z pewnością wielbiciele tzw. technik rozszerzonych i dźwięków posadowionych blisko ciszy będą tego wieczoru zachwyceni.

W wymiarze spontanicznym wiosna, tak jak w kalendarzu gregoriańskim, kończy się w czerwcu. Wtedy to właśnie będą miały miejsce kolejne dwa wieczory z muzyką improwizowaną. Pierwszego dnia miesiąca zagra międzynarodowy, free jazzowy kwartet Gravelshard, który tworzą niemiecki gitarzysta Olaf Rupp, świetnie znani w Polsce przedstawiciele Półwyspu Iberyjskiego – portugalski trębacz Luis Vicente i katalońsko-portugalski perkusista Vasco Trilla, wreszcie niemiecki Amerykanin, kontrabasista John Hugnes.

Na koniec wiosennej przygody czeka nas formacja Teeth, która zabierze nas w zdecydowanie elektroakustyczną podróż. Grupę tworzą Skandynawowie: Anders Filipsen na instrumentach klawiszowych, Herman Müntzing obsługujący elektronikę oraz najbardziej rozpoznawalny w tym gronie, wielokrotny uczestnik spontanicznych wydarzeń w Dragonie, perkusista Håkon Berre. Każdy z artystów w arsenale swoich środków rażenia będzie miał także tzw. obiekty, na ogół amplifikowane. Ten koncert odbędzie się 11 czerwca.

 

Wiosenne koncerty Spontaneous Live Series:

17 kwietnia, Vol. 58 – MOVE: Yedo Gibson - saksofon, Felipe Zenícola – gitara basowa, João Valinho – perkusja + Michał Sember - gitara/ Ryszard Lubieniecki – akordeon

28 kwietnia, Vol. 59 – Quadrilateral Sound Exchange: Paulina Owczarek – saksofon altowy, Daniel Kordik – elektronika, Jan Mikyska - viola da gamba, gitara elektryczna i Attila Gyárfás - perkusja, gardon + Ad Hoc Trio: Michał Giżycki – saksofon, klarnet basowy, Paweł Doskocz – gitara elektryczna, Michał Joniec – instrumenty perkusyjne

12 maja, Vol. 60 - The Void Of Expansion: Dirk Serries - gitara, Tomas Järmyr – perkusja

23 maja, Vol. 61 – Trio: Asger Thomsen – kontrabas, Rieko Okuda - fortepian, Jonas Engel – saksofon, modyfikowana trąbka kieszonkowa

1 czerwca, Vol. 62 – Gravelshard: Olaf Rupp - gitara, Luis Vicente – trąbka, John Hugnes - kontrabas, Vasco Trilla – perkusja

11 czerwca, Vol. 63 – Teeth: Anders Filipsen – instrumenty klawiszowe, Herman Müntzing – elektronika, obiekty amplifikowane, Håkon Berre – perkusja, obiekty, elektronika




wtorek, 11 kwietnia 2023

MOVE ON! Zenicola, Gibson and Valinho in thrash zone!


Drugi tydzień kwietnia postanawiamy poświecić muzyce improwizowanej z Portugalii. Nasi serdeczni przyjaciele z południowo-zachodniego skrawka Starego Kontynentu nieustannie dostarczają nam wspaniałych nagrań, a naszym jedynym, jakże banalnym problemem jest nadążanie z recenzjami.

Zaczniemy od iście punkowej, tudzież thrashowej petardy tria o nazwie własnej MOVE (z pokaźnego zestawu portugalskich nowości wiosennego wysypu płyt Clean Feed Records), w kolejnym zaś trybunowym ujawnieniu (po wtorku wszak jest zawsze piątek) pochylimy się nad trzema jeszcze zimowymi premierami Phonogram Unit. Dodajmy, dla zbudowania odpowiedniej dramaturgii edytorskiej, iż oba portugalskie wątki połączy tym razem pewien brazylijski basista!

MOVE, to trio masywnego, elektrycznego basu Felipe Zenicoli (otóż i rzeczony Brazylijczyk!), rozwrzeszczanego saksofonu Yedo Gibsona i furiackiej perkusji João Valinho. Konotacji gatunkowych czeka nas tu doprawdy mnóstwo - od hard core punk w najlepszym wydaniu, prawdziwie amerykańskim, przez zornowskie, thrashmetalowe wersje standardów… Ornette’a Colemana, po dzikie, post-rockowe improwizacje zarówno godne najcięższych wersji King Crimson, jak i kilku japońskich produkcji z okolic Altered States. Ale MOVE, to nade wszystko niebywała energia, moc dynamicznych improwizacji, po prostu ogromny cios między oczy! Dwa kwadranse i ledwie jedna minuta, tylko na temat, z przytupem i wolą kreatywnego niszczenia … naszych estetycznych przyzwyczajeń!



 

Pierwsze dźwięki Miasta nie pozostawiają złudzeń! Będzie ostro! Kłębowisko dźwięków na basowym gryfie, pierwsze wrzaski saksofonu i perkusyjny heart-attack! Gęsta narracja od startu nie bierze tu jeńców, ma wszakże intrygujące interludia, czy to w rytmie reggae, czy funk, czy wreszcie w formie nerwowej post-ballady. A wszystko naznaczone zornowską regułą ciągłej zmiany. Surowa, krwista, wysoce energetyczna mieszanka zdrowych, punkowych emocji. Drugą opowieść otwiera free jazzowe duo saksofonu i perkusji. Wbija kilka ołowianych gwoździ i czeka na wejście basu! Ten nie daje długo na siebie czekać - demoluje scenę i przez moment stawia stemple jedynie w towarzystwie perkusji. Przy okazji brzmienie instrumentów staje się jeszcze brudniejsze, bardziej matowe, sączy się niczym rana zdarta do gołej skóry. Powrót saksofonu oznacza tu pożar, którego nie da się już ugasić.

Trzecia narracja jeszcze podkręca potencjometr kompulsywnej dynamiki. Basowy loop, saksofonowe parskanie, które dość szybko staje się spazmatycznym wrzaskiem i perkusyjne stygmaty. Całość pachnie najlepszymi momentami w dumnej historii formacji Big Black, ale nam wcale nie brakuje teraz metalicznej gitary Steve’a Albiniego. W drugiej fazie nagrania dynamika spada, a MOVE zaczyna przypominać doom metalowy walec, który miażdży wszystko, co napotyka na swojej drodze. Początek czwartej części, to saksofonowe oddechy, dające wszystkim kilka nanosekund odpoczynku. Po chwili maszyna rusza funkowym szlakiem, usianym gęstym circle drummingiem. Pokraczny taniec w rozhuśtanym tempie, chwila spowolnienia i funkowe, niemal noise’owe podsumowanie z drobną melodią, sączącą się pomiędzy powybijanymi zębami.

Finałowa opowieść ma tu prawie dziesięć minut, ale nie stroszy piór rozbudowaną introdukcją. Otwarcie jest w pełni kolektywne, choć jeszcze nie w tempie galopującym. Bas pulsuje wysokim napięciem, saksofon krzyczy złe nowiny, a perkusja stawia stemple w równych odstępach czasu. Trochę funkowania w wersji very hard i drobne spowolnienie, które kreuje przestrzeń dla efektownych, gęstych preparacji saksofonowych. Dęciak najpierw wyje jak zarzynany wół, potem rzewnie śpiewa. Tymczasem perkusja i bas ryją bruzdy w ziemi, ale także sycą opowieść drobinami melancholii. Finałowy atak następuje po szóstej minucie, ale jego tango zdaje się broczyć w mroku. Bas pracuje na pewnej wysokości, buduje post-jazzową narrację, saksofon znów krzyczy całym arsenałem swej mocy, a perkusyjne zasieki wieńczą dzieło zniszczenia.

 

MOVE The City (Clean Feed Records, CD 2023). Felipe Zenicola – bas elektryczny, Yedo Gibson – saksofony oraz João Valinho – perkusja. Zarejestrowane w Desterro Club, okolice Lizbony (?), czerwiec 2022 roku. Pięć utworów, 31 minut.



piątek, 28 stycznia 2022

Almeida, Gibson, Melo Alves, Trilla & Vicente as Dog Star!


Pięciu szalonych muzykantów, przyjaciół i kompanów od niejednej sytuacji, spotkało się w małym studiu nagraniowym na krańcu świata przy okazji sesji nagraniowej trójki z nich, czynionej na potrzeby  pewnego renomowanego wydawcy. Pierwszego dnia muzykowali we trzech, drugiego dnia doszedł ten czwarty, a gdy trzeciego dnia pojawił się ostatni z nich, wiedzieli już, że muszą zagrać pełnym kwintetem, choćby po to, by sprawić sobie noworoczny prezent. Po pierwszym secie, który przeciągnął się do niemal dwóch kwadransów, wiedzieli już doskonale, iż to spotkanie nie może skoczyć się na jednej improwizacji. Zostali tam na dłużej. I dobrze się stało!

 


Otwarcie zafundowali sobie po portugalsku leniwe i wypełnione całą masą wolnej przestrzeni na wypadek każdego zdarzenia fonicznego. Z mgły ciszy jako pierwszy wyłonił się dron budowany przez perkusistów. Zaraz potem dwa dęte kocury zaczęły wydawać z siebie pierwsze parsknięcia. Tło zaś wypełniało się basowymi burknięciami, którym początkowo bliżej było do akustycznego przesteru, niż do muzycznego frazowania. Dźwięki całej piątki szybko jednak zaczęły lepić się w magmę rezonujących fraz, przy okazji generując plejady fake sounds, w tworzeniu których każdy z ich jest przecież mistrzem nad mistrzami. Puentą fazy otwarcia okazał się zaś smyczek, który pojawił się na gryfie kontrabasu i podjął próbę budowania pierwszych zrębów narracji właściwej.

Po niedługim czasie, gdy wszyscy zeszli już do samego dołu, na wyjątkowo nisko ugiętych kolanach, pierwsza etiuda mogła być uznana za zakończoną, albowiem przestrzeń studia wypełniły niemal wyłącznie drżące talerze. Ciąg dalszy rodził się jednak niemal samoczynnie. Trębacz i saksofonista gaworzyli na stronie, perkusiści siłowali się na ręce i drżeli, całość zaś lamentowała i formowała się w post-industrialne plamy oleju. Znów tym, który szukał zbędnego ładu i równie nieoczekiwanego porządku okazał się kontrabasowy smyczek, poszukający zagubionych melodii z dzieciństwa.

Tuż przed upływem dwudziestej minuty wiele wskazywało na to, iż nadchodzi długo oczekiwana przerwa na kawę. Zdanie odrębne wyrazili jednak obaj perkusiści i opowieść zaczęła się na nowo! Drżącym ściegiem, głębokim rytmem i kontrabasem, który nie odpuszczał. Gdy pod ten strumień zimnego powietrza podłączyły się oba dęciaki, improwizacja eksplodowała ogniem dawno niespotykanym w tej części świata. Wielkie crescendo, huśtane porywami zimowego, oceanicznego wiatru zmiotło jednak wszystkich z pokładu, a jedynym tłem stała się milcząca cisza.

Drugą, dość zwartą czasowo historię rozpoczęły dwie perkusje. Dzwonki, rezonujące talerze, a po chwili cicha trąbka, nieśmiała, pełna obaw o los świata i zalotny, rozśpiewany saksofon sopranowy, skory do tańca i dynamicznych swawoli. A gdzie kontrabas? Siedział pod miotłą i skrupulatnie budował smyczkowy dron. Potrzebował kilku głębszych oddechów, by porwać kwintet na niemal free jazzowe wzniesienie. Po krótkiej ciszy, bez pytania innych o zdanie, tenże sam kontrabas barokowym skowytem rozpoczął część trzecią. Tymczasem reszta muzykantów stała pod ścianą i bawiła się w small jokes, taką grę na małe pola, z główną rolą trąbki, która wzniosła efektownie brwi ku niebu. Leniwa ballada snułaby się tu zapewne do samej kolacji, gdyby nie kontrabas, który trybem pizzicato postanowił podgrzać atmosferę capstrzyku. Trąbka i saksofon dołożyły do rodzącego się ognia pełne garście preparowanych dźwięków. No i perkusje, prawdziwe byki ze złotymi rogami! Zabawa zaczęła się na całego i trwałby do białego rana, gdy nie zmyślna koda zaserwowana przez dęciaki.

Ostatni epizod zaczęli na raz, bez zbędnych ceregieli. Z melodią, dynamiką i śpiewem na ustach. Coleman pod rękę z Aylerem stali z boku i bili brawa wszystkimi kończynami! Ta improwizacja tylko pozornie pięła się jednak ku górze. Pierwsze nerwy wyszły spod strun kontrabasu, który zaczął dzielić kwintet na podgrupy tematyczne. Najpierw saksofon z perkusją! Ale jazda! Potem kontrabasowe, niemal rockowe przełomy! Także duet dęty, eksplodujący free jazzem! No i smyczek, który zdawał się podkręcać atmosferę samym spojrzeniem! W międzyczasie dwie perkusje stanęły na sztorc i także ruszyły w duetowe tango! Nie musiało upłynąć wiele sekund, by w tym tyglu emocji zrodził się finałowy galop, kreowany już definitywnie przez wszystkich uczestników szalonej ceremonii! Ostatnie 120 sekund, to burza, która mogłaby nigdy nie przeminąć, gdyby nie kolektywny rozsądek wszystkich. Skończyli na raz, tak, jak epizod ten zaczęli.

 

Dog Star (Almeida/ Gibson/ Melo Alves/ Trilla/ Vicente) Dog Star (Multikulti Project/ Spontaneous Music Tribune Series, CD 2021). Gonçalo Almeida – kontrabas, Yedo Gibson – saksofon sopranowy, altowy i tenorowy, Pedro Melo Alves i Vasco Trilla – perkusja i instrumenty perkusyjne, Luis Vicente – trąbka. Nagrane 10 stycznia 2021, Sound Innovation Studios, Povoa De Além, Portugalia. Cztery improwizacje, łączny czas – 60:24.

 

Uwaga! Autor recenzji jest współwydawcą tej płyty!



wtorek, 18 stycznia 2022

Santos Silva, Gibson & Trilla – Fish Wool in Cerkno! *)


Naprawdę wiele wskazuje na to, iż muzycy z Półwyspu Iberyjskiego stają się powoli niemal stuprocentowymi gwarantami jakości w szeroko rozumianej, europejskiej muzyce improwizowanej. Każdy rok dostarcza nowych dowodów rzeczowych w sprawie, w czym zasługa zarówno krajowych wydawców, jak zagranicznych wielbicieli muzyki z tamtej części świata. Dodatkowo zaś, jeśli na jednej scenie renomowanego festiwalu w słoweńskim Cerkno stają Susana Santos Silva, Vasco Trilla i Yedo Gibson, wyposażeni w trzeźwą trąbkę, kosmiczne perkusjonalia oraz roztańczony saksofon, to możemy być pewni, że będzie naprawdę dobrze!

 


Koncert na dysku kompaktowym podzielony został na cztery części, z których pierwsza, ponad 20-minutowa, zdaje się mówić wszystko o muzyce tria, kreatywności jej twórców, a także jej definitywnej ponadgatunkowości. Otwarcie jest całkiem dynamiczne – posadowione na przeciwległych flankach instrumenty dęty zanoszą się śpiewnym rechotem, niczym para jurnych koni, środkiem zaś płynie aktywna, pełnowymiarowa perkusja. Od razu w głowie odbiorcy rodzą się skojarzenia ze słynną Konferencją Ptaków Dave’a Hollanda i nie jest to mylny trop! Trzeba wszakże od razu zaznaczyć, iż Fish Wool, mimo swego oczywistego potencjału, nie jest tu skore do ucieczek w obszar niczym nieskrępowanego free jazzu. Dużo w tej muzyce powietrza, dramaturgicznego suspensu, a także niemałych obszarów ciszy, która dzieli fragmenty często zmieniającej się, swobodnie improwizowanej narracji. Artyści bez zmrużenia oka zmieniają tu free jazzowy napęd na post-kameralną zadumę, a w momentach, gdy Gibson zaczyna wysoko śpiewać na sopranie, stają się kapelą niemal neo-folkową, roztańczoną, wesołą, skorą go figli i okazjonalnych przyśpiewek.

Rozbudowana, wielominutowa narracja dzieli się także na epizody grane w duetach (zwłaszcza dętych – choćby efektowna polifonia w okolicach 12 minuty), a także krótkie, ale wybornie treściwe odcinki solowe (choćby ten trębacki już po 6 minucie). Do rozbudowanych, dętych dialogów swoje dokłada, jak zwykle nad wyraz kreatywny Trilla. W procesie improwizacji wspomaga go cała armia dzwonków, elektrycznych robaczków, tudzież innych tajemniczych przedmiotów, zdolnych niemal samodzielnie budować narrację. Dodajmy, iż każdy z artystów świetnie realizuje się także w drobnych, wyciszonych, preparowanych dźwiękach. A pierwszy odcinek koncertu, niechybnie z woli drummera, łapie na zakończenie zmysłowy, prawdziwe free jazzowy wiatr pod skrzydła, gaśnie jednak dalece kameralnymi metodami.

Kolejne dwa fragmenty koncertu są nieco krótsze, w dużej mierze budowane przez filigranowe, często post-folkowe peregrynacje Gibsona. Najpierw jego sopran tańczy na tle dronowej ekspozycji perkusjonalii. Dysonans tej sytuacji scenicznej jest doprawdy pozorny. Ta część narracji przypomina wystudzoną balladę, z objęć której muzycy wychodzą kilkoma bardziej ekspresyjnymi okrzykami. Finał drugiej części grany jest bez trąbki, z frazami płynącymi wprost z gardła saksofonisty. Trzecia improwizacja, najkrótsza, to kolejny popis Gibsona. Preparuje on dźwięki, gra bez ustnika, rechocze i rzęzi. Narracja tkana jest tu z drobiazgów, także szelestu wytłumionych perkusjonalii.

Finałowa część koncertu rozpoczyna się niebywałą, solową ekspozycją Santos Silvy. Artystka zaczyna ją na poziomie mechaniki dysz, potem zaś uruchamia całe plejady oddechów i przedechów, chwilami nieźle przy tym hałasując. Jej partnerzy wracają na kilka chwil, by podprowadzić opowieść pod krótki, ale bardzo tajemniczy epizod Trilli. Muzyk wydaje dźwięki prawdopodobnie z instrumentu strunowego, który brzmi niczym pozytywka. Narracja wraca na zasadniczy tor znów nie bez post-folkowych naleciałości. Nim koncert dobiegnie końca, czeka na nas jeszcze błyskotliwa przebieżka instrumentów dętych po całkiem niezłym wzniesieniu, a zaraz potem, tuż po powrocie perkusji, znów ledwie po dwóch, trzech mocniejszych oddechach, improwizacja dmie w rogi i strzela free jazzowymi petardami. Rozhuśtana melodyka finału pachnie tu Albertem Aylerem, w czym zasługa całej trójki tych niesamowitych artystów.

 

Fish Wool feat. Susana Santos Silva, Yedo Gibson & Vasco Trilla Live In Cerkno (Fundacja Słuchaj!, CD 2021 *). Susana Santos Silva – trąbka, Yedo Gibson – saksofon sopranowy i tenorowy, Vasco Trilla – perkusja. Nagrane na żywo, w trakcie 24-edycji Festiwalu Jazz Cerkno, 18 maja 2019 roku. Cztery improwizacje, czas trwania – 52:36.

 

PS. Edycja nagrania z Cerkno napotkała tym razem na kilka drukarskich chochlików. Nazwisko pochodzącego z Brazylii saksofonisty, to bez wątpienia Gibson, zaś sam koncert, wbrew opisowi na okładce płyty, odbył się w roku 2019, nie zaś 2018, wszakże definitywnie na 24-edycji tego festiwalu. Po wiarygodne dane warto zajrzeć na stronę festiwalową www.jazzcerkno.si

 

 *) niniejsza recenzja powstała na potrzeby portalu jazzarium.pl i tamże została pierwotnie opublikowana, bodaj w tygodniu ubiegłym