Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Balázs Pándi. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Balázs Pándi. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 30 czerwca 2026

Webster, Pándi & Cargill in Chewed Up And Spat Out!


Wnikliwi poszukiwacze medialnych plotek wiedzą być może, iż brytyjski saksofonista Colin Webster będzie główną postacią, zbliżającej się milowymi krokami, dziesiątej edycji pewnego spontanicznego festiwalu w zachodniej części naszego pięknego kraju.

Z kolei jego dobry kolega z Londynu Matt Cargill, najczęściej obsługujący wybuchową elektronikę, będzie wraz ze swoją flagową orkiestrą Sly & The Family Drone gościem letniego cyklu koncertowego w tymże samym dużym mieście, na jednym z głównych jego placów.

Nie tylko z uwagi na te wydarzenia sięgamy dziś po kasetę, na której wspomniani artyści, podparci żelazną ręką węgierskiego perkusisty Balázsa Pándiego, dziergają dla nas wielobarwne płótno soczystego hałasu opartego ma brzmieniu saksofonu barytowego, ciężkiej syntetyki i masywnego drummingu. Będzie głośno, ale to chyba oczywiste.

  


Pierwsze dwa utwory trwają mniej więcej po pięć minut i stanowią rodzaj wprowadzania do gry. Saksofon i elektronika zgrzytają zębami, perkusja szuka rytmu, toczy pętle, ale donikąd się nie spieszy. Całość nasączona jest szorstką, tajemniczą melodyką. Muzycy spoglądają w kierunku ściany dźwięku, ale nie decydują się na kolejny krok. W drugim z utworów solą akcji wydaje się masywny, syntetyczny dron basu, wokół którego panoszy się spazmatyczny baryton i perkusja, która w zasadzie stąpa w miejscu, akcentując kolejne meta septymy uderzeniami po talentach.

Otwarcie trzeciej części, która trwa nieco dłużej niż poprzednie, jest hałaśliwe, kompulsywne, ale przypomina dreptanie w mulistym bagnie. Elektronika brzmi niczym sprzęgająca się gitara, spleciona z barytonowymi podmuchami gorącego powietrza. Z czasem flow robi się istotnie gęsty i tłusty, niczym sfermentowana grochówka. Drobnym wytchnieniem zdaje się być czwarta opowieść. Medytujące drony post-noise pozwalają na chwile oddechu po obu stronach nieistniejącej sceny. Baryton prycha obleczony plastrem przesterowanej syntetyki, perkusja toczy się wartkim strumieniem, ale intrygująco filigranowym. Całość po pewnym czasie zastyga w lawie dogorywającego space-rocka.

Ostatnia część trwa dwanaście minut i pięknie reasumuje potencjał tego nagrania. Początkowo przypomina demoniczną post-balladę, która po perkusyjnym intro i kilku głębokich, dętych wydechach czeka na aktywację elektroniki. Gdy ów fakt w końcu ma miejsce, saksofon wrzuca szósty bieg, perkusja zarysowuje szlak rytmu, a opowieść nabiera definitywnie noise’owej soczystości. W drugiej fazie nieznacznie tłumi się, przechodząc w stan nerwowego rozdygotania. Brzmi post-industrialne, ale w dawno nieczynnej fabryce. Jeszcze tylko kilka akcji w podgrupach i nerwowych spazmów dęciaka, by całość osiągnęła stan śmiertelnego końca.

 

Colin Webster/ Balázs Pándi/ Matt Cargill Chewed Up And Spat Out (Raw Tonk Records, Kaseta 2026). Colin Webster – saksofon tenorowy, barytonowy, Balázs Pándi – perkusja oraz Matt Cargill – elektronika. Nagrane w Hackney Road Studios, Londyn, czerwiec 2019. Pięć utworów, 38 minut.



wtorek, 8 sierpnia 2023

Pray For Your Prey by di Domenico, Almeida, Pándi & Damianidis!


Włoch, Portugalczyk i Węgier debiutowali cztery lata temu pod nazwą własną Cement Shoes. Ich debiutancka płyta Opus Caementicium powstała w warunkach studyjnych Brukseli. Zapewne wtedy zagrali także kilka koncertów. Przynajmniej na jednym z nich uczynili to w kwartecie, z udziałem pewnego greckiego gitarzysty. Ów koncert trafia dziś do nas za pośrednictwem greckiego wydawcy, pomieszczony na czarnym krążku. Nie trwa nawet dwóch kwadransów, ale zdolny jest zmiażdżyć nasze receptory słuchu pięknym, kwaśnym, rozdygotanym, pełnym emocji, efektownie rozimprowizowanym post-fussion. Rozhuśtane piano Fendera, post-punkowy bas elektryczny, masywna perkusja i silnie unerwiona rockowymi spazmami gitara elektryczna. Prawdziwy ogień! Welcome to!



Opowieść rodzi się w mrocznym echu piana i gitary, ledwie sugerowanego drummingu i ambientowych plam basu. Kwaśny posmak rocka, delikatnie synkopowane pętle basu - wszystko z czasem nabiera tu masy i improwizowanej bezwładności. Muzycy nie wpadają jednak w sidła nadekspresji, świetnie dawkują nam emocje. Piano wybiera drogę wzgórzem onirycznego brzmienia, gitara najpierw pokazuje spektrum swoich możliwości, dopiero potem ciśnie na gaz. Bas tymczasem systematycznie rysuje pierwsze ślady bardziej linearnej narracji, z kolei perkusja perfekcyjnie dba o dynamikę i moc kwartetowego przekazu. W prawdziwe tango idą dopiero po piątej minucie. Flow jest tu gęsty, definitywnie psychodeliczny, ale wcale nie stawia na eskalację poziomu głośności. Druga improwizacja rodzi się w smudze kurzu, szumów i szmerów grzejącego się amplifikatora. Gitarowe struny początkowo giną w gęstym echu, potem zdają się jednak łapać kontakt z rzeczywistością. Spokojny, acz nerwowy strumień fonii nabiera tu masy dzięki intensywnej pracy basu i gitary. Ten pierwszy szuka melodyki, ta druga odpowiedniego poziomu kwasowości. Obrazu dopełnia coraz bardziej zuchwałe piano. Narracja cudownie pętli się, a kontakt z podłożem gwarantują twarde reguły gry sekcji rytmu.

Na starcie trzeciej opowieści pracują gitarowe i basowe pick-up’y. Piano mruczy pod nosem i cedzi dźwięki przez zaciśnięte zęby. Bas stawia na brudne brzmienie, a perkusja na rockowo konstruowaną strukturę rytmiczną, której nie brakuje jednak synkopowanych zdobień. Fussion rock & jazz rusza w marsz po złote runo. Gitara też brudzi brzmienie, a fender łapie kolejne garście ciepłego kwasu. Środkiem sali miarowo przemieszcza się sekcja rytmu, a posadowione na flankach gitara i piano dają do wiwatu. Koncert zdaje się teraz osiągać szczyty swojej ekspresji. Ostatnia improwizacja też stawia na zagęszczony szyk bojowy, ale toczy się w nieco bardziej ospałym tempie. Na początek ambientowe piano, gitara zagubiona w pogłosie i dalece wyważony drumming. Bas pracuje na drugim plamie, snuje zwinne, dość delikatne pętle. Narracja nabiera mocy, ale toczy się na dość dużej wysokości. Piano szuka tu oniryzmu, a gitara porzuca rockowe szaty dla kolejnej dawki powabnej psychodelii. Opowieść bardziej płynie niż galopuje. Bas burczy i trzyma się bliżej podłogi, perkusja dba o rosnącą dynamikę. Oleista improwizacja gaśnie tu wyjątkowo stylowo – w mrok piana, w palenisko gitary, w blask perkusyjnych talerzy.

 

Giovanni di Domenico, Gonçalo Almeida, Balázs Pándi & Giotis Damianidis Pray For Your Prey (Defkaz Records, LP 2023). Giovanni di Domenico – fender Rhodes, Gonçalo Almeida – bass elektryczny, Balázs Pándi – perkusja oraz Giotis Damianidis – gitara. Nagranie koncertowe, Bruksela 2017. Cztery improwizacje, 28 minut z sekundami.



wtorek, 9 sierpnia 2022

Mikołaj Trzaska, Petr Vrba, Mark Tokar & Balázs Pándi at Malá Pardubická!


Free jazzowa grupa wyszehradzka? No, prawie! Polak, Czech, Ukrainiec i Węgier zebrali się ubiegłej jesieni na dwa dni w czeskich Pardubicach i zgodnie z tamtejszą tradycją końskich gonitw nieźle sobie pokłusowali!

Muzycy nagrali całe mnóstwo bystrych dźwięków (zapewne więcej niż dwie godziny!), a potem do dzieła przystąpił dzielny wydawca krajowy, który z tego obszernego materiału wykroił (czasami dosłownie!) ponadgodzinny dysk kompaktowy, regularnego, dwunastocalowego winyla, a dla szczególnie potrzebujących także singla siedmiocalowego i pięciocalowego!

Dziś skupimy się na edycji kompaktowej, ale podkreślamy już na wejściu, iż z całą pewnością warto posiadać wszystko, co powstało w trakcie sesji nagraniowej! Powodów jest wiele, nie są one bynajmniej geopolityczne, tudzież antywojenne. Malá Pardubická, to nade wszystko wyśmienite, free jazzowe mięcho, do tego w wielu fragmentach bardziej niż oryginalnie podane.

Pardubickie dokonania kwartetu można śmiało podzielić na pewne podgrupy stylistyczne. Mamy zatem pakiet ognistego free jazzu na saksofon, trąbkę i masywną, tłustą sekcję rytmu, mamy niemniej obfity worek muzyki nieco stonowanej, poszukującej innych emocji, bazującej na brzmieniu temperamentnego klarnetu basowego i rozsądnie dawkowanej elektroniki, nierzadko z ambientowym posmakiem (także popartej fantastyczną robotą kontrabasu i perkusji), wreszcie utwory łączące wspomniane wyżej wątki, wyjątkowo udanie asymilujące akustyczne frazy z delikatnym, elektronicznym tłem. Innymi słowy – dla każdego coś miłego!

 


Pierwsze utwory albumu zdają się łagodnie wprowadzać nas do obiecanego piekła. Soczysty, twardy kontrabas, mglista perkusja, preparująca trąbka i podekscytowany klarnet basowy. Muzyka przypomina chłodny wiatr od północy, który dobrze wentyluje upalne powietrze środka lata. Mała elektronika kreuje strugi post-oniryzmu, a rozśpiewany alt nieśmiało zaprasza do zabawy. Ta ostatnia na dobre zaczyna się w drugiej fazie trzeciej improwizacji. Narracja wydaje się leniwa i ulotna, by w ułamku sekundy stać się gęstą i niezwykle masywną. Z jednej strony subtelności elektroniki i kontrabasowego smyczka, z drugiej siła wyrazu drummingu i gotowych na wszystko dęciaków. Czwarta historia, to urokliwe small talks, znów z klarnetem i wyjątkowo wesołą trąbką. Sekcja rytmu stawia zasieki i dobrze dba o nasze emocje. W kolejnej części masywności działań kontrabasu i perkusji sprzyja ognisty alt, który ciągnie narrację wysokim wzgórzem. Z kolei szósta część przypomina pokraczną balladę, pełną niuansów brzmieniowych i niemal modelowej koegzystencji saksofonu i smyczka.

Począwszy od siódmej historii mamy wrażenie, iż muzycy włączają free jazzowy tryb. Oczywiście znów nie robią tego od razu, trochę się z nami droczą, preparują dźwięki, grają leniwe introdukcje, ale jak już dają sygnał do ataku, z pewnością nie planują brać jeńców. W kolejnej części scenariusz wydaje się podobny. Trochę brudnych fraz i sygnał do dynamicznej akcji wprost z żelaznego gryfu kontrabsu i metalowej glazury werbla. Kwartet płynie free jazzem na alt, trąbkę, zamaszyste pizzicato i huraganowy drumming.

Sytuacja zmienia się dość zasadniczo począwszy od dziesiątego epizodu. Dwie kolejne improwizacje brzmią niczym dwa tejki tej samej narracji. Elektroniczny ambient, basowe drony i flażolety. W obu przypadkach narracja intrygująco zagęszcza ścieg i śle nam efektowne pozdrowienia, a zadania (milczącej) trąbki przyjmuje coraz aktywniejsza elektronika. Druga z bliźniaczych improwizacji ma tzw. ciąg dalszy. Po ułamku sekundy zawahania kwartet rusza w bój niesiony altowym zaśpiewem. Nie bez winy są tu także rozkołysane bębny! Kolejne dwie improwizacje kontynuują wątki dęto-elektroniczne. Trąbka obrasta kurzem, a muzycy raz za razem zaskakują nas fakturą dźwięków, czy też zmianami dramaturgii. Swoje dokłada tu dawno niesłyszany klarnet basowy. W trzynastej improwizacji dużo dysonansu - smyczek i saksofon, ale i masywne uderzenia po gryfie kontrabasu, werblu i tomach.

Przedostatnia improwizacja znów zaczyna się ambientem i basowymi zdobieniami, ale rozwija się inaczej niż jej poprzedniczki. Przede wszystkim wraca trąbka i to jest powrót niemalże tryumfalny! Gada z klarnetem i wiedzie opowieść intrygującymi zakamarkami. Finałowa część nie wycisza naszych emocji, ale wręcz je stymuluje. Kwartet wraca na free jazzowe ścieżki, które zdążyliśmy polubić w środkowej części płyty. Nim jednak nastąpi eksplozja, na starcie znów dostajemy porcję wykwintnych preparacji altu i trąbki. W tle snuje się elektronika, passing perkusji koncentruje się na talerzach, a dół basu łypie okiem, po czym bez zbędnej zwłoki podrywa wszystkich do tanga. Free Jazz Quartet still lives!

 

Mikołaj Trzaska, Petr Vrba, Mark Tokar, Balázs Pándi Malá Pardubická Vol. 4 (Gusstaff Records, CD 2022). Mikołaj Trzaska – saksofon altowy, klarnet basowy, Petr Vrba – trąbka, elektronika, Mark Tokar – kontrabas oraz Balázs Pándi – perkusja, instrumenty perkusyjne *). Nagrania zarejestrowano pod adresem Divadlo 29, w czeskich Pardubicach, w dniach 26 i 27 listopada 2021 roku. Płyta CD zawiera 15 improwizacji, które trwają łącznie 66 minut i 8 sekund. Na trzech edycjach winylowych (Vol. 1 - 12”, Vol. 2 - 5” oraz Vol. 3 - 7”) opublikowano kolejnych 14 improwizacji, nie były one jednak przedmiotem niniejszej recenzji.

 

*) opis instrumentalny został poszerzony w stosunku do albumowego credits, gdyż wedle tego, co słyszy recenzent, do generowania dźwięków w trakcie dwóch dni nagraniowych użyto większej liczby akcesoriów muzycznych niż wskazano na okładce płyty.



 

piątek, 26 kwietnia 2019

Cement Shoes! Signs Of The Silhouette! Uivo Zebra! Tatvamasi! Like fiery rock is drowning in improvisation!


Dziś zapraszamy na dynamiczny spacer po górach skalistych, zwanych też w języku obcym rocky mountains. Ponieważ pozostaniemy jednak po naszej stronie Wielkiej Wody, a przywołana nazwa geograficzna ma sens jedynie metaforyczny, przekornie użyliśmy w poprzednim zdaniu małych liter, mając pełną świadomość popełnienia błędu ortograficznego.

Cztery prawdziwie ogniste, rockowe bandy, które kochają improwizację! Przed nami gitary pełne prądu wysokiej mocy, muskularni perkusiści, dynamiczne gitary basowe i typowa dla rocka zmysłowa emocjonalność!

Gdybyśmy zajrzeli muzykom do paszportów, to elementem dominującym w naszej opowieści byłaby zdecydowanie Portugalia. Wszakże nie zabraknie dziś także mocnego akcentu krajowego, którego pewne koneksje artystyczne mogą wskazywać na … zachodni skraj naszego przepięknego kontynentu! Naszą podróż zaczniemy jednak w … Brukseli, a w gronie muzyków nie odnajdziemy gitarzysty. Nie zmienia to jednak w jakikolwiek sposób przyjętych wyżej postanowień. So, Let’s Rock!




Cement Shoes  Opus Caemenicium  (Gaffer Records, CD 2019)

Oczywiście zaczynamy od prawdziwego trzęsienia ziemi! Zatem rzeczona stolica Belgii, okoliczności studyjne i trio o uroczej nazwie Cement Shoes, a w nim sami dobrzy znajomi: Giovanni Di Domenico na klawiaturze powszechnie znanej jako Fender Rhodes (to w miejsce tytułowej gitary), Gonçalo Almeida na elektrycznym basie oraz Balázs Pándi na perkusji. Sześć opusów, swobodnie improwizowanych (być może wedle wcześniejszych wytycznych), 40 minut i 52 sekundy.

Punkt startu wyznacza kwaśny dźwięk klawisza na pogłosie, dochodzący z oddali, mały, póki co, dość skromny drumming i dudnienie basówki – klimat jakby odrobinę surrealistyczny, post-kosmiczny. Narracja jest powolna, narasta w tempie ruchu żółwia po amputacji korpusu. Flow fendera zdaje się być dwutorowy, jakby w oczekiwaniu na nadejście płaszcza psychodelii – rezonans, pogłos, echo post-fussion post-rocka. W 5 minucie narracja zagęszcza się w niezwykle rockowy sposób – pętla narracyjna zdaje się mieć moc całkowicie wyzwolonej improwizacji, która czerpie z całej historii muzyki niepokornej – bas kreśli spirale w estetyce hc/noise, klawisz szlifuje kwaśny punk, a doom drumming dopełnia obrazu całości. Opowieść ciągnie oniryczny, ale i ognisty fender, który rzeźbi w dźwięku niczym trzech Hendrixów po wyjątkowo udanej nocy. Ta ekspresyjna fire music wybrzmiewa mokrym ambientem i płynnie przechodzi do kolejnego opusu. Tu introdukcja jest dalece spokojniejsza, ale jeszcze gęstsza, bardziej nasączona kwasami o nieznanym działaniu. Muzyka schodzi do piwnicy, głównie dzięki basiście, który wbija gryf w ubitą ziemię. Wszyscy muzycy, nisko na nogach, płyną po wieczne, ale i cudowne potępienie. Ta full psycho-acid drama gaśnie tuż po czwartej minucie.

Trzeci opus wybucha ścianą dźwięku gitary basowej, którą recenzent całkiem niedawno słyszał już na płycie Low Vertigo (muzyk wszak ten sam!). Fender skwierczy niczym przepalona gitara, perkusja idzie na całość. Brawo! Piękny, ciekły ołów! W 3 minucie bas znów kręci błyskotliwe pętle, a na klawiszu rodzi się już prawdziwa kipiel – free rock and fire! Na wybrzmieniu prawdziwy doom! Wejście w czwarty opus bardzo płynne, na delikatnie wystudzonej klawiaturze. Bas śpiewa wysoką melodię, drummer wyciera pot z czoła - romantyczny fragment jakże piekielnej całości. Narracja płynie soczystym fussion jazzem i nikt nie robi muzykom wyrzutów z tego powodu. Po paru chwilach fantastycznie się jednak dynamizuje – rock in! Gęsty ścieg kolektywnej, rockowej improwizacji. W 4 minucie bas rzuca wyzwanie wyjątkowo mocnym, niemal doom metalowym passusem, fender zdaje się krzyczeć z rozpaczy, perkusja zaś wbija stemple i nie bierze jeńców! Nagłe wytłumienie i … ambientowy klawisz niemal bezboleśnie przenosi nas do realiów piątego opusu.

Opus numer pięć, jeśli słowo się rzekło - progresywny drumming, coś na kształt solowej ekspozycji. Fender tli się w oddali, jakby go nie było, bas milczy aż do trzeciej minuty. Gdy ten ostatni jednak powraca, wszystko gotuje się z emocji i równie nagle kończy. Szósty, finałowy opus wyziera z gęstwiny sprzężeń, symfonii uszkodzonych przetworników dźwięku. Bas rezonuje amplifikatorem. Ośmiominutowa pieśń zamknięcia toczy się na naszych oczach. Fender szuka nowej drogi, gubi wątki i pętli się ze złości, jest już naprawdę gitarą dużej mocy. Narracja niczym harsh ambient pozwala nam zapomnieć o wszystkim, co przyjemne dla ucha. Z tego tygla nieoczywistości rodzi się zmysłowa ekspozycja post-post-fussion. Trochę jak Return to Forever, tuż po przedawkowaniu. Ściana dźwięku - bas kreśli kwaśne do bólu synkopy. Wszyscy razem pięknie tracą tempo i skutecznie szukają zakończenia.




Signs Of The Silhouette  ‎Wigwam  (Bam Balam, LP 2019)‎

Teraz definitywnie na dłużej pozostaniemy w Portugalii! I to nie tylko po to, by świętować 45 rocznicę Rewolucji Goździkowej. Powodem naszych szczególnych zainteresowań będzie lizboński gitarzysta Jorge Nuno. Zawiesimy ucho i oko nad dwoma składami trzyosobowymi z jego udziałem, które brocząc po kolana w estetyce rockowej, ukochały żmudny proces improwizacji w sposób szczególny. Uwaga, przymiotnik kwaśny oraz rzeczownik psychodelia, będą w poniższych akapitach zdecydowanie nadużywane!

Najpierw szósta już płyta zespołu Signs Of The Silhouette, który tworzą, obok wspomnianego Nuno (gitara elektryczna), także André Calvário na gitarze basowej oraz Joao Paulo Entrezede na perkusji. Na płycie Wigwam dodatkowo wspomagani będą przez Makoto Kawabate na gitarze elektrycznej oraz Eduardo Vinhasa na syntezatorach. Warto dodać, iż stałym członkiem bandu jest też Miguel Cravo, odpowiedzialny na działania wizualizacyjne. Wydana na winylu płyta składa się z sześciu części z tytułami, trwa 48 minut i 3 sekundy.

Rockowy drive, sfuzzowany bas, gitarowa ściana mokrej psychodelii, równie gęstej i lepkiej, jak zmysłowej. Sekcja rytmiczna kroi przestrzeń bez chwili zastanowienia, podczas gdy gitara (czasami dwie) uprawiają acidowe szaleństwo, całkowicie zatracając się w procesie ekspresyjnej improwizacji. Zdaje się przy okazji, że japońska gitara ma dodatkowe porcje prądu. Muzyka smakuje ciężkimi dragami i wyjątkowo lekkimi myślami. Drugi epizod tłumi emocje po obu stronach wyimaginowanej sceny – lekka, ciekła narracja, echo, pogłos, filigranowa ekspozycja gitary, małe sprzężenia, puchowe ściany, piękne, dubowe inkrustacje.

Trzecią opowieść poznajemy w samym środku noise’owego zgiełku. Flow sekcji mocny jak walec drogowy, gitara zaś leży na plecach i cudownie rzeźbi w dźwiękach. Rockowa baza, improwizowana nadbudowa. Więcej emocji, mniej kwasu, rzekłby recenzent, gdyby natychmiast nie musiał zmienić zdania – po wyhamowaniu w okolicach 4 minuty, gitara tryska fajerwerkami, jej gryf ocieka brudem, anarchią, prawdziwie punkową nieoczywistością. Solowa ekspozycja Nuno płynie wyjątkowo wysokim wzgórzem. Mantra rocka, improwizacyjne zdobienia. Na ostatniej prostej przyspieszenie i zwolnienie, raz w dół, raz w górę! Czwarta historia pachnie zdrowym rock’n’rollem! Kwaśny marsz po swoje trzech, a nawet czterech kowbojów! Energia kosmosu, witalność, bezpretensjonalność, ale i zadziorność godna klasyków punk & new wave! Jedna gitara śpiewa, droga śle pociska i rozrabia na całego! Free acid impro rock!

Piąty odcinek od pierwszego dźwięku kłuje w oczy niebywałą urodą! Dub & crazy slow motion! Piękna mieszanka kwasów różnogatunkowych – gitara zdaje się pleść androny, bas szykować do drogi, a perkusja milczeć… W 5 minucie talerze leniwie budzą się do życia, bas rysuje linię melodyczną i doprowadza wszystkich do szczęśliwego zakończenia. Oto i szósta, finałowa ekspozycja – gęsty, energetyczny rock powraca – transowe drum’n’bass, zgiełk dwóch gitar, a może raczej gitary i syntezatora. Atak żywych, wyjątkowo hałaśliwych klonów – parafrazując klasyków. Koniec tej niebywale udanej płyty aż kipi energią, więcej w nim hałasu, niż samej psychodelii, nawet garść melodii na ostatniej prostej, ale w estetyce harsh rocka.




Uivo Zebra  ‎Uivo Zebra (Bocian Records, CD 2018) & Gancho (A Besta, Kaseta 2018)

Jorge Nuno i jego gitara elektryczna zostają z nami! Trio Uivo Zebra tworzą wraz z nim – świetnie nam znany kontrabasista Hernani Faustino, tu z instrumentem swojej młodości, czyli gitarą basową oraz João Sousa na perkusji. Trio debiutowało w roku ubiegłym dwoma wydawnictwami ( w tym jednym, wydanym w Polsce!), które za moment skwapliwie omówimy. Selftitled dysk zawiera pięć utworów, trwa 51 minut i 55 sekund, kaseta Gancho – trzy utwory, trwa 44 minuty i 38 sekund (nazwy wydawców z tytule podrozdziału). Choć muzycy nie precyzują tego na okładkach obu wydawnictw, grać będą muzykę improwizowaną opartą o schematy i rozwiązania typowe dla muzyki rockowej.

Zacznijmy od płyty wydanej przez Bociana. Pojedyncze dźwięki talerzy, dzwonków i dzwoneczków, głęboki drumming, preparacje wymieszane z ciszą na gryfie gitary – start Uivo Zebra czyniony jest w niemal dark ambientowych okolicznościach. Pogłos oczekiwania, echo zwiastujące wydarzenia, które dopiero nadejdą. W trakcie 4 minuty nagrania na horyzoncie pojawia się coś, co możemy uznać za rozpoczęcie tzw. narracji właściwej. Gitara skrzy się dubem, bas pulsuje, perkusjonalia pobrzękują – stuprocentowe impro w gemie otwarcia! Bas zdaje się podawać pierwszy rytm dopiero w 7 minucie, brzmi niezwykle masywnie, na jego tyle gitara sprawia wrażenie puchu unoszonego przez wiatr. Silny, rockowy drive - flying guitar i bas, który nie znosi pustki i cały czas, niezależnie od swojej wiodącej roli rytmicznej, plecie małe improwizacje na gryfie. Epickie, niemal 13 minutowe otwarcie, w finale którego gitara zdaje się osiągnąć poziom pełnej, artystycznej ekstazy.

Druga część startuje niezwykle kolektywnie, zwartym, nieco hałaśliwym, rwanym post-rockowym krokiem. Improwizowana sytuacja, z której wyjście podpowiada estetyka muskularnego hc/punk – gęsto, instynktownie, wyraziście! Bas i gitara snują swoje historie, perkusja naciska na obowiązki narracyjne – prawdziwy power noise! Kolejną część otwiera pulsująca gitara na pogłosie. Sekcja stara się stawiać zasieki i jest w tym niezwykle skuteczna. Narracja mimo to wydaje się nad wyraz spokojna. Po pewnym czasie rodzi się melodyjny wątek – rodzaj upalonego bluesa! Bas rzeźbi w poprzek toku myślenia tria, nieustannie zagęszcza narrację. Gitara tuż obok, from time to time, zdaniem odrębnym akcentuje swój psychodeliczny wymiar dźwiękowej nieskończoności. Spowolnienie sprawia, iż muzyka gęstnieje niemal do stanu magmy. Poszukiwanie zakończenia realizuje bystrym solowym popisem gitarzysta, podczas gdy goła sekcja gna na ostateczne zatracenie!

Czwarta część płyty – gitarowy hałas i sekcja, która brzmi niczym The Rolling Stones wiele lat temu! Wszystko szyte tu jest gęstym, rockowym ściegiem. Niczym Motorhead przepuszczony przez prasę hydrauliczną. Ciasne, dotkliwe, emocjonalne, prawdziwe – heavy rock & noise in impro hell! 8 minuta, to dynamiczny zwrot akcji – świetny pomysł! Na wybrzmiewaniu, tuż potem, dobra robota perkusisty i … upadek w kolejną gęstwinę dźwięków. Epicki, znów niemal 13 minutowy dramat! Tuż po jego wybrzmieniu czas na pieśń finałową: małe dźwięki, drobne pulsacje, gitara, bas i perkusja liżą rany -  jakże potrzebna chwila wytchnienia – po czym zbierają się do ostatniej posługi wobec słuchaczy. Gitara dubuje, bas improwizuje na niezadany temat, perkusja wpada w drobną, ale jakże uroczą kipiel. 3 minuta, rockowy motyw z basu budzi wszystkich do życia. Znów pachnie bluesem i wielokrotnie złamaną miłością. Slowly, but heavy! Gitara łapie psychodelicznego dryla, a sekcja brnie dalej bez udziwnień – toż to nawet mały galop! Widmo finału płyty bynajmniej nie tłumi emocji muzyków – dynamiczna perkusja, rockowy bas i gitara, która pętli się wokół własnej osi, snuje kolejną dobrą opowieść. I znów galop – historia rocka zna takie przypadki! Last minute – piękne gaszenie płomienia, głównie za sprawą, jak zwykle błyskotliwej gitary!




Gancho - ten sam podmiot wykonawczy, być może także miejsce i czas. Startujemy z przytupem, na ostro – precyzyjna sekcja, gitara, który niczym skalpel, tnie krótkie, metaliczne frazy. Mniej rocka, więcej impro jazzu – notuje recenzent, ale sam nie jest do końca przekonany do swoich osądów. Oto bowiem gitara zaczyna swój uroczy, i jakże dla niej typowy, psycho-dance till death! W 4 minucie komplet muzyków czyni dramaturgiczną pętlę, niczym zahartowany w bojach noise band. Na tle poprzednio omówionego nagrania, tembr gitary basowej zdaje się być nieco delikatniejszy, także drumming, nawet w stanie kipieli, nie powoduje, iż ściany naszego salonu odsłuchowego zaczynają pękać. Za to gitara zdaje się mieć jeszcze więcej ognia w sobie. Na finał odcinka, gęsta kipiel w stabilnej dynamice, z gitarą, która płonie po nieboskłon i basem, który dogorywa w znoju improwizacji.

Cześć druga, najdłuższa, ponad 22 minutowa, rusza z kopyta dynamicznym drummingiem, ognistą gitarą (jakże by inaczej) i hardcorowym basem, który świetnie zna swoją rolę. Rockowy flow gaśnie jednak już po 120 sekundach – narracja rozlewa się szerokim korytem, a w niej cudna dubowa gitara, aktywna perkusja i perkusjonalia, bas na dorobku. Restart następuje po 30 sekundach i znów pcha trio w pełny galop - moc kwasu na obu gryfach! 6 minuta wyznaczy kolejne hamowanie, podczas którego sekcja łapie bluesowy flow, gitara tuż obok żyje zaś własnym życiem. Cała narracja zdaje rozpływać się w wyjątkowo słodkiej w tym momencie psychodelii. W 9 minucie bas mąci spokój, tnie punkowe riffy, a zaraz po nich jazzowe synkopy, jakby dawał nowe życie tej opowieści. Uroda kolektywnej improwizacji w rozkwicie! Ciąg dalszy stawia na jeszcze większe uspokojenie – bas kreśli małe pętle, gitara świeci na czerwono, perkusja czyni swoją powinność. Rodzaj chill-outu dla zaawansowanych. Po upływie kwadransa – eksplozja gitary! Trio rusza na kolejny podbój świata! Bystry recenzent notuje w kajecie: ta edycja Zebry mniej nastawiona jest na gęste zwarcia narracyjne, więcej w niej powietrza, luzu i swobody beztroskiego improwizowania. Finał tej części dostarcza jeszcze kilka tropów gatunkowych – szczypta noise, post-elektroniki i harshu. Why not! Rock ma swoje prawa!

Wreszcie finałowy kwadrans – zaczyna go wyjątkowo spokojna gitara, bas, który stąpa małymi frazami, niemal flażoletami, także drżenie talerzy, garść pogłosu i dubu. Muzycy zdają się serfować po niespokojnym oceanie, ale nie wykonują nerwowych ruchów. Wraz z rozwojem sytuacji, bas zaczyna grzmieć i dudnić, gitara przeciwnie – łagodna jak baranek. Rodzi się stabilny flow otwartego jazzu. W 6 minucie bas ogłasza kres tych relaksujących zabaw – jest rytm, jest ogień na gryfie gitary, możemy zatem startować z kolejną eskalacją. Ekspresyjny taniec i fajerwerki, kind of psycho-harsh-post-anything-rock! Ale tu tak naprawdę rządzi improwizujący bas – snuje motyw, łamie go i deprecjonuje, gitara zaś śpiewa na stojąco, a potem gna w kierunku napisów końcowych. Po drodze zdarza się jej jeszcze jedna eksplozja mocy (11 min). Ostatnia prosta jest niezwykle efektowna – fire and psycho as well!




Tatvamasi   Amor Fati (OBUH Records ‎, CD 2017)

Na potrzeby ostatniej płyty dzisiejszego zestawu, opuszczamy Portugalię (choć o niej nie zapominamy!) i przenosimy się do Lublina! Przed nami czwarta płyta kwartetu Tatvamasi, który na potrzeby nagrania Amor Fati, rozrósł się do septetu, a chwilami nawet do oktetu. A zatem skład bazowy: Grzegorz Lesiak – gitara elektryczna (kompozytor całości materiału, który za moment zdekonstruowany zostanie bystrymi improwizacjami), Tomasz Piątek – saksofon tenorowy, Łukasz Downar – gitara basowa i Krzysztof Redas – perkusja oraz goście: Anna Witkowska i Michał Ostrowski – skrzypce, Małgorzata Pietroń – wiolonczela i Wojcek Czern – elektronika oraz produkcja samego nagrania, w słynnym w kilku światach studiu nagraniowym w Regałowie. Sześć utworów, 40 minut bez 14 sekund. A co z tym zachodnim krańcem Europy? Poprzednia płyta Tatvamasi nagrana została w towarzystwie Yedo Gibsona I Vasco Trilli. Pisaliśmy o niej na tych łamach.

Coś mi się stało z Twoją głową. W klimat pieśni otwarcia wprowadza nas trzyosobowa sekcja strunowa, która z prawdziwie góralskim zaśpiewem pięknie podprowadza kwartet tubylców Tatvamasi, którzy jazz-rockowym nerwem zaczynają siać artystyczny popłoch. Zwinny temat, strongly strings, funkująca gitara, bystre harmonie wprost do śpiewania i tupania nogą. Wejście w świat improwizacji odbywa się na barkach gitary, która lubi psychodeliczne wycieczki. Niemniej bystry zdaje się być saksofon, który także lubi funkowe emocje. Skoro był temat i improwizacje, musi być też coda – znów smakuje tu wiatrem od gór! Dziwne rzeczy dzieją się w pudełku z zagadkami. Gitarowe intro, perkusjonalia z basem płyną dość ilustracyjnie, skromny saksofon. Gitara plecie mantrę, reszta pięknie improwizuje. Noszę klucze i świecę lampami. Temat ponownie zadaje sekcja strunowa – znów wydaje się być lekki, skoczny, frywolny, tu barwiony analogową elektroniką. Temat prowadzi też kwartet, co kardynalnie zagęszcza opowieść. Po przejściu w stan zmysłowego wytłumienia, leniwie docieramy do fazy improwizacji – najpierw saksofon, potem dochodzi gitara pełna zdrowego kwasu. Efektem tych wszystkich wydarzeń, nowy flow, któremu najbliżej do żywego, pełnowymiarowego jazz-rocka. Sekcja rytmiczna zdaje się prowadzić całą historię z saperską precyzją, którą pęknie podkreślają jakże śpiewne skrzypce i wiolonczela. Na wybrzmieniu te ostatnie nucą balladę, ale nie jesteśmy pewni, czy można jej słuchać przy dzieciach.

Zacne zajęcia wydają się nie mieć ani sensu ani końca. Zaczyna bas na ugiętych kolanach, z odrobiną preparacji. Saksofon szuka dna tuby, analogowa elektronika zagubionego kabla, jest też wielobarwne percussion – ta pieśń lśni mocą bardzo swobodnych improwizacji. Recenzent aż piszczy nad kajetem. Rockowy dryl narzuca po czasie dynamiczna perkusja. Reszta instrumentów wszakże wciąż miesza i mąci, dzięki czemu narracja budzi powszechną grozę i dramaturgiczny niepokój. Właściwy temat utworu być może jest naszym udziałem dopiero pod koniec 5 minuty. Why not! Życie to nie jest spacer po równinie. Tako rzeczą skrzypeczki i zapraszają do tańca w tonacji odrobinę molowej. Bas i gitara tworzą epicką introdukcję. Funk sekcji rytmicznej daje się nam we znaki po 45 sekundzie, ale tu zmiana stara się gonić zmianę. A może tak szczypta ciekłego metalu?? Nie, z powrotem funky as well! Trochę prawdziwie Zornowskiego eskalowania tempem zmian! Istotne spowolnienie spotyka nas po 4 minucie, ale nie trwa ono długo – znów dynamizacja, okraszona świetnym dialogiem saksofonu i gitary – brud, anarchia i psychodelia. Whaw! Dolina matczynych napomnień. Finał rodzi się pośród sekcji rytmicznej, która snuje niezobowiązujące slow motion. Pod ścieg narracyjny delikatnie, unosząc się na palcach, wchodzą skrzypce i wiolonczela. Taniec zwinnych świerszczy po łące zroszonej wiosennym deszczem. Piękne!