Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Phil Minton. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Phil Minton. Pokaż wszystkie posty

środa, 8 października 2025

Screaming Echoes 9. Spontaneous Music Festival! The report from the event!


Było już sporo po dwudziestej drugiej w pierwszy październikowy piątek, gdy na scenie poznańskiego Dragon Social Club zapowiedziano występ kwartetu Lava, który miał domknąć drugi dzień imprezy. Tymczasem na czterech białych krzesełkach, na wprost dwóch mikrofonów niespodziewanie zasiadło czworo wokalistów – od lewej do prawej: Almut Kühne, Jaap Blonk, Isabelle Duthoit i Phil Minton. Zajęli nam ledwie kwadrans, klecąc wszakże definitywnie historyczne ad hoc story, powstałe z inicjatywy ich samych, w momencie, gdy okazało się, że najstarszy z nich dotarł do Poznania jednak dzień wcześniej. Po kompulsywnym występie i huraganie oklasków, na scenie w końcu pojawił się anonsowany Lava Quartet, choć i on w zaskakująco odmiennym personalnie zestawieniu.

 


Dziewiąta edycja Spontaneous Music Festival poświęcona została improwizowanej wokalistyce, czy może lepiej rzec, sztuce wydawania dźwięków wyłącznie własnym ciałem. Czworo gości głównych, do tego piętnastka instrumentalistów, trzy dni koncertowe, dwanaście (a w sumie trzynaście) setów i moc zaskoczeń, zarówno tych personalnych, jak i typowo artystycznych. Organizatorowi o poziomie tych ostatnich nie wypada opowiadać, ale też próżno szukać w trakcie całej imprezy występu, który przynudził, tudzież nie wyrwał choćby kilku włosów z głowy (nawet jeśli ich w ogóle nie posiadamy).

Francuzka Isabelle Duthoit ukradła serca wszystkich bodaj na wieczność. Dylematem każdego pozostanie jedynie to, który z jej trzech (a w sumie czterech) performansów zachwycił najbardziej. Ten solowy był starogreckim dramatem, podkreślonym czarną kreacją artystki, uplecionym wspaniałą dramaturgią i porcją dźwięków, których chyba nikt poza Isabelle nie potrafiłby wydobyć z najgłębszych trzewi drobnego, kobiecego ciała. Jej kwartet z łódzkimi Wężami Kobro (Aleksandra Chciuk na fortepianie, Michał Rupniewski na skrzypcach, Paweł Sokołowski na saksofonach) kleił się do ostatniego dźwięku, świetnie zbilansowany wokalnie (Chciuk także śpiewała!) i ubarwiony klarnetowymi ekspozycjami Duthoit. Wreszcie duet z angielskim gitarzystą Danielem Thompsonem. Symfonia minimalizmu syconego jednak niebywałymi emocjami, precyzyjną dramaturgią i istotnością każdej frazy.

 


Jaap Blonk z Amsterdamu wystąpił w dwóch składach ad hoc. Najpierw we czwartek w kwartecie z poznańskim triem Sumpf (Paweł Doskocz na gitarze elektrycznej, Patryk Daszkiewicz i Piotr Tkacz – elektronika i elektroakustyka), potem kolejnego dnia w trio z irlandzkim pianistą Paulem G. Smythem i grającym na gitarze elektrycznej Łukaszem Marciniakiem. Oba sety były intrygująco głośne, dobrze skonstruowane, podkreślające w wymiarze elektroakustycznym ekspresję wokalnych igraszek Holendra. W drugim z setów Blonk używał także elektroniki i był pełnoprawnym noise’makerem do pary z gitarzystą. Zupełnie przy okazji, perfekcyjnie zorganizowany starszy Pan był pierwszym w historii festiwalu muzykiem, który przyjechał z … własnym terminalem płatniczym.

Niemka Almut Kühne doskonale dopełniła spektrum wokalne festiwalu. W jej eskpozycjach nie brakowało bowiem melodii i śpiewu. Wystąpiła czterokrotnie. W pierwszej kolejności usłyszeliśmy ją w trio z angielskim altowiolinistą Benedictem Taylorem i grającym na gitarze akustycznej Pawłem Doskoczem. Dwaj ostatni muzykują razem już od kilku lat, co było wyśmienicie słychać w kolektywnych zwarciach obu instrumentów strunowych, w trakcie których Almut zdawała się pozostawać nieco w cieniu. Najpiękniej trio frazowało wszakże w okolicach ciszy, gdy każdy dźwięk, każda fraza była na wagę złota. Drugi występ Kühne, to bazowa formacja Lava Quartet, w której miejsce nieobecnego kontrabasisty Gonçalo Almeidy wypełnił niemiecki saksofonista Julius Gabriel. Lava w tym wymiarze personalnym, to zupełnie inny band. Każda chwila ich post-kameralnego koncertu była jak spokojna rzeka, której końca nie widać. Ów spektakularnie urokliwy występ zwieńczył drugi dzień festiwalu. Następnego dnia Almut zaprezentowała się w duecie z katalońską pianistka Jordiną Millą, czyli na scenie zameldowała się dokładnie połowa kwartetu Lava. Tu królował minimalizm, wystudzona melodia, zarówno czyste frazy, jak i te fenomenalnie preparowane.

 


Kwartetu festiwalowych wokalistów i wokalistek dopełnił sam Phil Minton. 85-latek pojawił się w Poznaniu w świetnej formie, zarówno artystycznej, jak i fizycznej. W piątek zaprezentował się w wokalnym summicie zupełnie niezapowiedziany, w sobotę wraz z portugalskim organistą Davidem Maranha i pracującym na laptopie Gerardem Lebikiem fantastycznie zakończył festiwal. Set ostatni świetnie kontrastował z dominującą akustyką poprzednich festiwalowych wydarzeń, niósł niepokój, mroczne drony organów elektrycznych i niewyczerpane pokłady mintonowych gwizdów, oddechów i metaforycznych melodii.

Pośród dwunastu zaplanowanych setów festiwalowych jedynie trzy pozbawione były atrybutów wokalnych, a wszystkie umiejscowione zostały w line-up’ie ostatniego dnia. Najpierw solowy występ saksofonisty Juliusa Gabriela, który wystąpił w zastępstwie chorego Almeidy - wyśmienity set na saksofon tenorowy i sopranowy. Szczególnie podobać się mogły jego dynamiczne pasaże na większym z dęciaków przy eksplozywnym zastosowaniu oddechu cyrkulacyjnego. Kolejny członek Lava Quartet, niemiecki perkusista Wieland Möller improwizował z kolei w ad hoc duecie z Łukaszem Marciniakiem. I tu znów mogliśmy poczuć się zaskoczeni. Znany z subtelnej narracji w ramach kameralnej Lavy perkusista stanął w szranki niemal noise-rockowej wymiany ciosów z wyjątkowo dynamicznie usposobionym gitarzystą. Ich opowieść miała kilka faz, a wieńczyła ją post-psychodeliczna drama, w trakcie której Łukasz pracował na kolanach manipulując gitarowymi przetwornikami.

 


Last, but not least tej opowieści, trio Paul G. Smyth na fortepianie, Benedict Taylor na altówce i Daniel Thompson na gitarze akustycznej. Panowie, wbrew pozorom, improwizowali w takim składzie po raz pierwszy. Sprawiali wrażenie, jakby niczego innego w  swym dotychczasowym życiu nie robili. Akustyczna magia każdego dźwięku (brawa dla Bartka Olszewskiego za fenomenalne nagłośnienie całego festiwalu!), ocean wyłącznie udanych interakcji i niekończąca się falanga fraz, także tych, który artyści ostatecznie nie zagrali. 

Do zobaczenia za rok!

 

*) zdjęcia własne nieobjęte jakimikolwiek prawami autorskimi

1. Almut, Jaap, Isabelle, Phil

2. Isabelle

3. David, Phil, Gerard

4. Paul, Daniel, Benedict



wtorek, 30 września 2025

Screaming Echoes 9. Spontaneous Music Festival 2025! Let’s go!


Startujemy w najbliższy czwartek 2 października o godzinie 19.00. Trzy festiwalowe dni, dwanaście koncertów, na scenie dziewiętnaście artystek i artystów z całego świata. Nie przegapcie choćby jednego dźwięku!

Poniżej pełny program festiwalu (także na załączonych grafikach), ważne informacje organizacyjne oraz sylwetki wszystkich artystek i artystów.

Very Welcome!

 


Dragon Social Club, Poznań, Zamkowa 3

PROGRAM:

>>> 02.10. Dzień 1 Czw. 19:00

1. Isabelle Duthoit solo

2. Jaap Blonk + Sumpf (Piotr Tkacz, Paweł Doskocz, Patryk Daszkiewicz)

3. Isabelle Duthoit + Węże Kobro (Aleksandra Chciuk, Paweł Sokołowski, Michał Rupniewski) 

>>> 03.10. Dzień 2 Pt. 19:00

1. Almut Kühne + Benedict Taylor / Paweł Doskocz duo

2. Ad hoc: Isabelle Duthoit + Daniel Thompson

3. Ad hoc: Jaap Blonk + Paul G. Smyth + Łukasz Marciniak

4. Lava Quartet (Almut Kühne, Jordina Millà, Gonçalo Almeida, Wieland Möller)

>>> 04.10. Dzień 3 Sob. 19:00

1. Gonçalo Almeida solo

2. Ad hoc: Łukasz Marciniak + Wieland Möller

3. Ad hoc: Almut Kühne + Jordina Millà

4. Paul G. Smyth / Benedict Taylor / Daniel Thompson

5. Phil Minton / David Maranha / Gerard Lebik

 

Bilety:

Karnet na 3 dni: 240 zł normalny / 220 zł ulgowy*

Bilet na pierwszy dzień: 80 zł normalny / 70 zł ulgowy*

Bilet na drugi dzień: 100 zł normalny / 90 zł ulgowy*

Bilet na trzeci dzień: 100 zł normalny / 90 zł ulgowy*

* po okazaniu ważnej legitymacji studenckiej, legitymacji uczniowskiej lub dowodu osobistego w przypadku 60+.

Bilety do kupienia online >>> https://kbq.pl/175362

Organizatorami Festiwalu są Fundacja Mały Dom Kultury, Trybuna Muzyki Spontanicznej i Dragon Social Club.

Patronat medialny: Radio Afera, ImproSpot, Radio Jazzkultura.

Partner Festiwalu: Moon Hostels & Apartments

Dofinansowano ze środków budżetowych Miasta Poznania. #poznanwspiera

 


Isabelle Duthoit (Francja) – głos, okazjonalnie klarnet

Isabelle to głos, dwie ręce i pieśń całego ciała. W tej pieśni odradza się zwierzęcość, archaiczna delikatność, elegancja dzikiej energii. „Z brzucha? Z gardła? Czy to możliwe, że struny głosowe mogą wytwarzać takie dźwięki, że ciało jest zdolne do tak nieludzkiej chropowatości – i to bez żadnego nagłośnienia?” (David Sanson). Isabelle od zawsze interesowała się głosem — od 20 lat rozwija osobistą i unikalną technikę wokalną. Język przed językiem, rodzaj glosolalii. Śpiew, który wyrasta z oddechu i krzyku. Duthoit współpracuje z licznymi artystami międzynarodowej sceny eksperymentalnej: Dieb13, Angelica Castello, Martin Tétreault, Franz Hautzinger, Hamid Drake, Michael Zerang, Phil Minton, Luc Ex, Thomas Lehn, Lê Quan Ninh, Jacques Di Donato, Sophie Agnel, Steve Heather, Andy Moor, eRikm i innymi. Jest członkinią zespołów Hiatus, Système Friche, Where is the Sun, Uruk.

Phil Minton (Anglia) – głos

Jeśli festiwal muzyki improwizowanej poświęcony jest sztuce wokalnej, to listę zaproszonych gości nie sposób nie zacząć od Mintona. Od wielu dekad najważniejszy artysta wokalny brytyjskiej i europejskiej sceny free impro. Skala jego możliwości głosowych zdaje się nie mieć granic. Zaczyna się od post-operowej melodii, przechodzi przez gardło i przełyk, a kończy w bezmiarze jelita grubego. Wirtuoz, ale i komik. Pieśniarz, anegdotysta, najlepszy biesiadnik, partner największych w gatunku. Lubi występy solowe, ale chyba najlepiej czuje się jako wokalista improwizujący w zespołach, czy orkiestrach. Wielu kompozytorów pisało utwory, które szczególnie wykorzystują jego rozbudowane techniki wokalne i improwizacje. Tworzy wiekopomny kwartet z Veryanem Westonem, Rogerem Turnerem i Johnem Butcherem, a także duety z wszystkimi wymienionymi wyżej. Świetnie pamiętamy jego występ dekadę temu na warszawskim Ad Libitum wraz z Warsaw Improvisers Orchestra.

Jaap Blonk (Holandia) – głos

Samouk, kompozytor, wokalista, poeta i artysta wizualny. Na początku lat 80. odkrył siłę i elastyczność swojego głosu i rozpoczął długofalowe badania fonetyki i możliwości ludzkiego organizmu. Obecnie stał się specjalistą w tworzeniu i wykonywaniu poezji dźwiękowej oraz wyjątkowym improwizatorem wokalnym, wspieranym przez silną i nieskrępowaną osobowość sceniczną. Regularnie występuje i prowadzi warsztaty na całym świecie. Z biegiem lat stal się równie biegły w obszarze „live electronics”. Jego muzyka ukazała się na 30 płytach CD wydanych przez własną wytwórnię Kontrans. Wiele innych nagrań, a także około tuzina książek z jego twórczością wizualną, zostało opublikowanych w kilku krajach.

Almut Kühne (Niemcy) – głos

Internetowe zasoby informacyjne donoszą, iż Almut jest nade wszystko wykonawczynią Muzyki Nowej. Cokolwiek to znaczy, bez wątpienia predestynuje artystkę do eksplorowania świata muzyki swobodnie improwizowanej. Poznaliśmy ją w Dragonie dwa lata temu, zaparła nam dech w piersiach i byliśmy pewni, że jeszcze do nas powróci.

Klasycznie kształcona, najpierw jako pianistka, potem śpiewaczka. Dość szybko stała się członkinią Berlińskiej Młodzieżowej Orkiestry Jazzowej, a jej pierwsze doświadczenia z muzyką nieco bardziej niepokorną, to występy z zespołem Georga Graewe’ego Sonic Fiction na Nickelsdorfer Konfrontationen i Total Music Meeting.

Kühne wydała dwa albumy pod własnym nazwiskiem w wytwórni Unit Records. Brała również udział w nagraniu płyty z Oratorium Bożonarodzeniowym Bacha z Drezdeńskim Chórem Kameralnym i Orkiestrą Gewandhaus. Wykonywała również utwory wokalne Graewe’ego, Johna Cage'a, Luigiego Nono, Helmuta Lachenmanna, Ondreya Adamka i Michaela Edwarda Edgertona. Można ją również usłyszeć na albumie Petera Ehwalda „Septuor de grand matin” (2019) i wielu innych.

Na deskach Dragona Almut wystąpi z kwartetem Lava, mamy także wobec niej poważne plany w zakresie tajemniczych, a jakże kreatywnych formacji „ad hoc”.

Gonçalo Almeida (Portugalia) – kontrabas

Opowiadanie kim jest ów fantastyczny Portugalczyk rezydujący w Rotterdamie w kontekście improwizowanej sceny Dragona i Trybuny Muzyki Spontanicznej jest zupełnie zbyteczne. Grał u nas wielokrotnie, w przeróżnych konfiguracjach osobowych i stylistycznych. Free jazzowe Multiverse, doom metalowe Low Vertigo, post-kameralna Selva, multigatunkowy Spinifex. No i Lava Quartet, dwa lata temu, to był prawdziwy cios pomiędzy oczy. W portfolio wydawniczym Spontaneous Music Tribune znajdziemy przynajmniej sześć albumów z udziałem Almeidy, zarówno na kontrabasie, jak i gitarze basowej.

Gonçalo, to muzyk wyjątkowy, prawdziwy człowiek renesansu, czego się nie tknie, niczym Król Midas zamienia w muzyczne złoto. Zagra w wyjątkowym kwartecie Lava, a specjalnie na potrzeby naszego festiwalu przygotuje i wykona swój nowy program solowy na kontrabas.

Jordina Millà (Katalonia) - fortepian

Pianistka, kompozytorka i improwizatorka pochodząca z Katalonii, od dłuższego czasu rezydująca w Austrii, nieustannie zgłębia muzykę swobodnie improwizowaną, nie stroni też od estetyki muzyki współczesnej. Wprowadzona została w świat improwizacji przez Agustí Fernándeza. Wydała uznane albumy, takie jak solowy spektakl „Males Herbes”, duetowy „When Forests Dream” z rzeczonym Fernándezem, czy też dwa albumy z Barrym Guyem - „String Fables” dla krajowej Fundacji Słuchaj! oraz „Live in Munich” dla monachijskiego ECM Records.

Członkini zespołu Barry'ego Guya The Blue Shroud Band i innych formacji, współpracuje z takimi muzykami jak: Mats Gustafsson, dieb13, Vini Cajado, Maurizio Takara, Gonçalo Almeida, Almut Kühne, Wieland Möller, Kenji Herbert, Lucas Niggli, Axel Dörner, Sofia Labropoulou, Christian Reiner, Lukas König, Núria Andorrà i Sònia Sánchez.

Na deskach Dragona artystka wystąpi z kwartetem Lava, mamy także wobec niej poważne plany w zakresie formacji „ad hoc”.

Wieland Möller (Niemcy) - perkusja

Jest berlińskim perkusistą, artystą dźwiękowym i performerem działającym w obszarze jazzu, muzyki improwizowanej i tańca współczesnego. Klasycznie wykształcony na uczelniach po obu stronach Atlantyku.

Występował między innymi na Buenos Aires Jazz Festival, Jazz International Rotterdam Festival i innych, a także koncertował w Niemczech, Holandii, Hiszpanii, Portugalii, Argentynie i Islandii, także w Polsce. Jako muzyk i kompozytor, brał udział w projektach i spektaklach tanecznych i teatralnych, między innymi na Biennale Berlin 2018, Junge Deutsche Oper Berlin, Gripstheatre, Reykjavik Dance Festival i Prague Dance Festival. Współpracował m.in. z Kazuhisą Uchihashi, Markusem Stockhausenem, Klaasem Hekmanem, Tobiasem Deliusem, Julyenem Hamiltonem, Ingo Reulecke i Okwui Okpokwasili.

Na deskach Dragona muzyk wystąpi z kwartetem Lava, mamy także wobec niego poważne plany w zakresie formacji „ad hoc”.

  


Paul G. Smyth (Irlandia) - fortepian

Mądrzejsi od nas donoszą, iż Paul, to „objawienie… jego podejście do fortepianu jest absolutnie oryginalne” (The New York City Jazz Record) i być może „jeden z najwybitniejszych współczesnych pianistów” (The Free Jazz Collective). My zaś wiemy nade wszystko, iż wydał definitywnie doskonale albumy z Peterem Brötzmannem, Evanem Parkerem, Chrisem Corsano i Johnem Russellem w wytwórni Weekertoft, którą założył wspólnie z rzeczonym Russellem w 2016 roku. A że przyjazd do Poznania, to jego pierwsza wizyta w tej części świata, nasza radość nie ma granic.

Paul od czasu trasy koncertowej z Charlesem Gayle'em w 1999 roku współpracował z takimi sławami, jak Derek Bailey, Evan Parker, Peter Brötzmann, Keiji Haino, Barry Guy, Wadada Leo Smith, John Russell, John Edwards, Chris Corsano, Lol Coxhill, Charles Hayward, John Butcher, Hannah Marshall, Mark Sanders i Damo Suzuki, a także wieloma innymi. Był członkiem tria syntezatorowego Boys Of Summer („dźwięk pogrzebanego żywcem Johna Carpentera” – Le Cool Magazine), kompozytorem występującym w National Concert Hall, komponował muzykę do teatru i występował w 18 krajach.

Benedict Taylor (Anglia) - altówka

Tego wspaniałego altowiolinistę gościliśmy na deskach Dragona kilkukrotnie - grywał z orkiestrą Tonus, Poznańską Orkiestrą Improwizowaną, w secie solowym, czy też duetach z Pawłem Doskoczem. Jego powrót na Spontaniczny Fest to zatem całkiem naturalna kolei rzeczy.

Benedict Taylor jest improwizatorem i kompozytorem, aktywną postacią w brytyjskim i europejskim świecie nowej muzyki. Opisywany jako „wirtuoz współczesnej altówki”, koncentruje się w swojej twórczości improwizacji, a także komponowaniu na potrzeby występów na żywo, filmów, teatru, tańca współczesnego, instalacji artystycznych i projektów albumów koncepcyjnych.

Jako improwizator występował i nagrywał zarówno w „working bandach”, jak i w ramach formacji „ad hoc” z takimi artystami jak: John Butcher, Blanca Regina, Keith Tippett, Evan Parker, Terry Day, Tom Jackson, Lauren Kinsella, Daniel Thompson, Lawrence Upton, Alex Ward, Cath Roberts, Renee Baker, Paul Dunmall, Neil Luck, Paweł Doskocz, John Edwards, Ivor Kallin, Hannah Marshall, Chris Cundy, Kit Downes, Yves Charuest, Alexander Hawkins, Tom Challenger, Tetsu Saito i innymi.

Daniel Thompson (Anglia) – gitara akustyczna

Radary Trybuny Muzyki Spontanicznej namierzyły tego artystę dobrą dekadę temu. Mnóstwo wody musiało jednak upłynąć w Tamizie i Warcie, by ten wyjątkowo gitarzysta trafił na deski Dragona. To cudowna wiadomość!

Daniel, to bodaj najważniejszy uczeń legendy brytyjskiej, improwizującej gitary – Johna Russella. Można usłyszeć i zobaczyć go występującego solo, a także w wielu improwizowanych sytuacjach oraz długoterminowych kolaboracjach lub „working bandach”. Daniel występował i/lub nagrywał ze Steve’em Noblem, Caroline Kraabel, Maxem Reedem, Evanem Parkerem, Johnem Edwardsem, Benedictem Taylorem, Tomem Jacksonem, Videm Drašlerem, Eddiem Prevostem, Johnem Butcherem, Neilem Metcalfe, Ianem McLachlanem, Kay Grant, Marcello Magliocchim i Alanem Wilkinsonem, żeby wymienić tylko najważniejszych.

Daniel jest nie tylko muzykiem, ale także założycielem i dyrektorem artystycznym „Empty Birdcage Records”, wytwórni specjalizującej się w wydawaniu albumów z muzyką swobodnie improwizowaną.

Davida Maranha (Portugalia) – organy elektryczne

Czołowy przedstawiciel portugalskiej sceny awangardowej, multiinstrumentalista, najczęściej organista. Jego metoda twórcza, to powoli ewoluujące i minimalistyczne utwory elektroakustyczne, koncentrujące się na zwrotach harmonicznych i alikwotach, wykorzystujące proste wariacje w rytualistycznym ujęciu. To także obsesyjny umysł stojący za formacją Osso Exótico, która funkcjonuje artystycznie od 1990 roku. Grupa ma siedzibę w Portugalii, ale w ostatnich latach zyskała uznanie w całej Europie. W ubiegłym roku Maranha szczególnie zachwycił albumem „Wrecks”, nagranym wspólnie z portugalskim mistrzem freejazzowego saksofonu Rodrigo Amado

Gerard Lebik (Polska) - elektronika

Na freejazzowym etapie jego kariery warto wymienić następujące składy: Erase (z Michałem Trelą i Jakubem Cywińskim), Slug Duo (z Kubą Sucharem), Foton (z Arturem Majewskim i Wojciechem Romanowskim) i veNN Circles (z Piotrem Damasiewiczem i Gabrielem Ferrnadinim). Potem nastąpił etap improwizacji elektroakustycznej, gdzie partnerami Lebika byli m.in. Jérôme Noetinger, Kazuchisa Uchihashi, Noid, Eryck Abecassis, Lotte Anker i Paul Lovens. Jako instrumentalista lub artysta dźwiękowy Lebik występował na prestiżowych imprezach i festiwalach na całym świecie.

  


Sumpf, to pomiot artystyczny o nierozpoznanej do końca proweniencji, który pojawił się na improwizowanej mapie Poznania więcej niż dekadę temu. Po nagraniu dwóch albumów zapadł w wieloletni, zimowy sen. Teraz muzycy wracają niesieni radością ponownego wspólnego tworzenia. Każdy z nich zdaje się być na innym etapie swojej drogi artystycznej, ale jako nieznośny Sumpf wciąż warci są każdej sekundy Waszej uwagi. Zapraszamy do fauny i flory meta kosmicznej elektroakustyki.

Na festiwalowej scenie zagrają wspólnie z wokalistą i performerem Jaapem Blonkiem!

Patryk Daszkiewicz - człowiek ukrywający się za projektem DMNSZ. Udziela się również w innych mniej lub bardziej enigmatycznych projektach takich, jak Sumpf, Kakamina, czy Strętwa. Często eksperymentuje z różnymi technikami nagrań i pozostającymi po nich artefaktami. Wykorzystuje dźwięki będące na skraju rozpoznawalności. Pulsujące buczenie głośników, szumy z kasety, sprzężenia zwrotne, czy skwierczenie przewodów elektrycznych.

Prowadził autorską audycję radiową „Radio Bluszcze” emitowaną na falach Radia Kapitał (Warszawa) i Lahmacun (Budapeszt). W latach 2012-2015 współorganizował w Poznaniu cykl koncertów improwizowanych "Warsztat dźwięków". Grał m.in. na festiwalach DYM, FRIV, OSA, DNA i... Spontaneous Music Festival.

Piotr Tkacz – gra na gramofonie przedmiotami codziennego użytku i nieużytku. Współtworzy(ł) takie składy jak Sumpf, Kurort, Radioda, Lata, Tirips czy Revue svazu českých architektů. Oprócz tego improwizował z takimi muzykami, jak Patryk Lichota, Herman Müntzing i Adam Gołębiewski, Sabine Vogel i Yannick Franck oraz Seiji Morimoto i Eric Wong. Z tymi ostatnimi nagrał album, który wydało Inexhaustible Editions. Tkacz jest także animatorem kultury, publicystą i didżejem, a w wolnych chwilach zapalonym kuchcikiem.

Paweł Doskocz – Gitara, często preparowana. Używając preparacji szuka nowych możliwości brzmieniowych instrumentu. Skupia się na graniu muzyki improwizowanej, a inspiracje czerpie z wielu źródeł. Współtworzył Bachorze, Strętwę oraz Sumpf. Dotychczas miał okazję grywać z wieloma muzykami z kraju i z zagranicy oraz zagrać na festiwalach poświęconych muzyce eksperymentalnej czy improwizowanej. Grywał na: Ad Libitum, Nowy Wiek Awangardy Festival, Art of Improvisation Creative Festival, Jazz Ring, Musica Privata, Katowice JazzArt Festival, FRIV Festival, Avant Art Festival, bERLIN SOLO oraz Spontaneous Music Festival.

Współpracował m. in. z: Marta Warelis, Alan Wilkinson, Emilio Gordoa, Matthias Müller, Jasper Stadhouders, Paweł Szpura, Hubert Zemler, Wojtek Kurek, Vasco Trilla, Yedo Gibson, Onno Govaert, Seppe Gebruers, Andrew Lisle, Vasco Furtado, Colin Webster, Dirk Serries, Benedict Taylor oraz z Donem Malfonem.

Makemake, Trio_io, Perforo, czy El Topo – nawet średniozaawansowany miłośnik krajowej sceny muzyki kreatywnej kojarzy te nazwy. A na nimi wszystkim stoi Łukasz Marciniak, gitarzysta, który gościł na deskach Dragona wielokrotnie, ale w ramach spontanicznego festiwalu będzie debiutantem. Cieszymy się ogromnie, pamiętając choćby jego doskonały flow w trakcie ubiegłorocznej edycji Festiwalu Ad Libitum, gdy u boki Mii Zabelki i swojej stałej partnerki Oli Rzepki zgrał jakże intrygujący set, dziś dostępny zresztą na kompaktowym dysku.

Łukasz Marciniak - Gitarzysta, kompozytor, improwizator. Aktualnie pracuje w zespole Trio_io grającym współczesną muzykę kameralną. Jest członkiem El Topo - zespołu badającego zawiłość strun, oraz ryzyko bębnów i czyneli, także współtwórcą Perforto - duetu strunowego na preparowany fortepian i gitarę elektryczną, oraz najnowszego trio Attack of the Mugatu - na gitarę, wiolonczelę i kontrabas. Autor muzyki do filmów i performance. W działaniach solo i koncertach swobodnej improwizacji - pracuje nad własnym językiem artykulacji.

Węże Kobro - to osobliwe trio gościło u nas już ubiegłej jesieni. Było tajemniczo, kameralnie i minimalistycznie – z lekkim odurzeniem w tle. Efekt? Piorunujący. Nie mieliśmy wątpliwości: Węże muszą wrócić na festiwal. Tym razem pojawią się w kwartecie, w towarzystwie Isabelle Duthoit!

Zespół powstał w przestrzeni działu Muzykaliów Biblioteki Uniwersytetu Łódzkiego, gdzie spotykał się na sesje nagraniowe i próby. Trójka niezwykle utalentowanych muzyków – Aleksandra Chciuk (głos, fortepian), Paweł Sokołowski (saksofon) i Michał Rupniewski (skrzypce) – regularnie spotyka się w tym miejscu, by tworzyć i dzielić się swoją muzyką inspirowaną zarówno tradycją awangardy, jak i eksperymentem.

Węże Kobro, to zespół balansujący na granicy dźwiękowej abstrakcji i dzikości, inspirujący się pionierami europejskiej sceny muzyki improwizowanej, ale także czerpiący z łódzkiej tradycji awangardy plastycznej, minimalizmu i unizmu. Każdy występ jest unikalny, zupełnie improwizowany i pełny niespodziewanych intuitywnych zwrotów utkanych w ciągłą narrację tworzoną przez troje zasłuchanych w siebie ludzi.

Aleksandra Chciuk - artystka interdyscyplinarna, porusza się na styku sztuk wizualnych, dźwięku, choreografii tworząc performatywne, multimedialne spektakle. W muzyce swobodnie improwizowanej grę na fortepianie preparowanym łączy z obiektami dźwiękowymi i perkusjonaliami. Przy ich pomocy buduje osobne, głębokie narracje. Immersyjność, organiczność, środowiska akuzmatycznej recepcji to wyróżniki jej audiowizualnych prac. Chętnie działa w kolektywach. Założyła kobiecy kolektyw Pełnia, współtworzy duet artystyczny z Kubą Krzewińskim a od dwóch lat Węże Kobro. Zespół traktuje jako jeden organizm, gdzie tak samo ważna jest dla niej wymiana intuitywnej, co intelektualnej natury. W listopadzie br. wydała album „Minor Civilization” nakładem Antenna Non Grata, gdzie po raz pierwszy wiodącą rolę pełni głos artystki.

Michał Rupniewski - skrzypek, z doskoku eksploruje także inne instrumenty, ostatnio też altówkę. Swobodną improwizację grał, obok duetu z Ryszardem Lubienieckim, w zespołach Hybrida Conclusio, Dźwięk-bud, a ostatnio Węże Kobro. Od 2012 tworzy festiwal Musica Privata.

Paweł Sokołowski – mieszkający w Łodzi improwizator i animator lokalnej sceny muzycznej. Gra na saksofonach (tenor, sopran, sopranino) i syntezatorze modularnym. Przez lata nawiązywał współpracę artystyczną z muzykami z całego świata. Ostatnimi czasy gra głównie z Michałem Rupniewskim, Aleksandrą Chciuk i Ryszardem Lubienieckim. Prowadzi cykl koncertów o nazwie „Prekambr” i jest organizatorem festiwalu Musica Privata.

 

 

 

piątek, 22 sierpnia 2025

Screaming Echoes 9. Spontaneous Music Festival 2025


(informacja prasowa)

 

Wielkie święto muzyki improwizowanej w Poznaniu jak zwykle w pierwszy weekend października! Dziewiąta edycja Spontaneous Music Festival zwie się „Screaming Echoes” i odbędzie się w Dragon Social Club od 2 do 4 października 2025 roku.

 

Historia muzyki kreatywnej dowodzi, że nade wszystko wielbimy saksofonistów, gitarzystów, pianistów czy perkusistów. Ale czy równie uważnie przyglądamy się dokonaniom artystek i artystów eksperymentujących z własnym głosem? Tych, którzy potrafią wydobywać dźwięki nie tylko ustami, lecz dosłownie każdą częścią ciała? Ich sztuka bywa wymagająca – nierzadko wiąże się z ogromnym wysiłkiem fizycznym, nie wspominając już o konieczności uruchomienia potężnych zasobów muzycznej wyobraźni. A jednak efekt tych działań potrafi przenieść słuchacza wprost do nieba freely improvised music!

Dlatego na tegorocznym Spontaneous główną rolę zagra głos! Przyjrzymy się jego znaczeniu w żywiole improwizacji oraz temu, jaką energię wnosi w różnorodne konfiguracje instrumentalne.

Dziewiąta edycja najwspanialszego impro-festu w tej części świata będzie równie krzykliwa, jak zanurzona w tajemniczym echu!

  


Do świata improwizowanej wokalistyki zaproszą nas cztery wyjątkowe postacie: Isabelle Duthoit z Francji, Almut Kühne z Niemiec, Jaap Blonk z Holandii i the one and only Phil Minton z Anglii. Ich „dragonowe” aktywności będą miały różny wymiar – wystąpią solo, zagrają w swoich regularnych formacjach, czy też – jak to zwykle w Poznaniu – zostaną wtłoczeni w wir tajemniczych składów kleconych „ad hoc”.

Oczywiście nie tylko głos będzie pobrzmiewał z sali koncertowej Małego Domu Kultury. Do udziału w Festiwalu zaprosiliśmy szerokie grono wybitnych instrumentalistów, improwizatorów i nadzwyczaj kreatywnych muzyków z całej Europy. Ze Zjednoczonego Królestwa przyjadą gitarzysta Daniel Thompson i altowiolinista Benedict Taylor, z Irlandii pianista Paul G. Smyth, z naszego ukochanego Półwyspu Iberyjskiego organista David Maranha, kontrabasista Gonçalo Almeida (obecnie mocniej związany z Rotterdamem) i pianistka Jordina Millà (dziś bardziej wiedeńska), a z Niemiec perkusista Wieland Möller.

Jak zwykle dragonowe deski uginać się będą pod ciężarem improwizacji muzyków polskich, w tym tych jak najbardziej poznańskich – zagrają pianistka Aleksandra Chciuk, saksofonista Paweł Sokołowski, skrzypek Michał Rupniewski (filary łódzkiego festiwalu Musica Privata), gitarzysta Łukasz Marciniak z Katowic oraz nasi lokalsi – gitarzysta Paweł Doskocz, Patryk Daszkiewicz na instrumentach elektrycznych oraz Piotr Tkacz na gramofonie i przedmiotach.

Występy solowe, duety, tria, może nawet kwartety „ad hoc” i aż pięć formacji, którym można przykleić etykietę working bandów – Lava Quartet (Almeida, Kühne, Millà, Möller), Węże Kobro (Chciuk, Sokołowski, Rupniewski), Sumpf (Doskocz, Tkacz, Daszkiewicz) i dwa tria bez nazwy własnej Minton/ Maranha/ Lebik oraz Thompson/ Smyth/ Taylor.


DOKŁADNY PROGRAM JUŻ NIEBAWEM!


Poznań, Dragon Social Club, Zamkowa 3, 02-04.10.2025

Bilety:

Karnet na 3 dni: 240 zł normalny / 220 zł ulgowy*

Bilet na pierwszy dzień: 80 zł normalny / 70 zł ulgowy*

Bilet na drugi dzień: 100 zł normalny / 90 zł ulgowy*

Bilet na trzeci dzień: 100 zł normalny / 90 zł ulgowy*

* po okazaniu ważnej legitymacji studenckiej, legitymacji uczniowskiej lub dowodu osobistego w przypadku 60+.

Bilety do kupienia online >>> JUŻ WKRÓTCE!


Organizatorami Festiwalu są Fundacja Mały Dom Kultury, Trybuna Muzyki Spontanicznej i Dragon Social Club.

Patronat medialny: Radio Afera, ImproSpot, Radio Jazzkultura.

Partner Festiwalu: Moon Hostels & Apartments

Dofinansowano ze środków budżetowych Miasta Poznania. #poznanwspiera



 

piątek, 30 maja 2025

The May’ Round-up: Minton & Solberg! BonBon Flame! Léandre & Karałow! Wallace! Bagnasco! Arpyies! Nóbrega! Manna! Trzaska & Daktyle!


Na majową zbiorówkę czas najwyższy! Dziewięć nowych albumów obleczonych czerstwymi metaforami redakcji czeka już na Wasz odczyt, odsłuch, a potem zakupy! Śpieszcie się kupować muzykę improwizowaną, tak szybko odchodzi!

Dziś prawdziwie wrzący tygiel nazwisk, emocji, gatunków i nieoczywistych atrakcji. Zaczynamy w Oslo w bardzo gwiazdorskim zestawie personalnym, potem podwojona Francja, ta druga z akcentem krajowym, Ameryka zmieszana z Argentyną, ale albo z Berlina, albo z Hiszpanii, niebanalny i dość nietypowy, podwójny wątek portugalski, wreszcie krajowe albumy z dużą dawką post-akustycznej elektroniki.

So, welcome to heaven and hell of improvised music!



 

Phil Minton & Ståle Liavik Solberg True (Nice Things Records, CD 2025).

Blow Out, Kafe Hærverk, Oslo, listopad 2023: Phil Minton – głos oraz Ståle Liavik Solberg – perkusja, instrumenty perkusyjne. Jedna improwizacja, 38 minut.

Głos jedyny w swoim rodzaju, podobnie perkusja i perkusjonalia – oba źródła fonii w strumieniu sugestywnej, świetnie skomunikowanej interakcji. To nagranie koncertowe z dalekiej Norwegii nie mogło nie rozpocząć naszej comiesięcznej zbiorówki. I to z wysokiego c! Definitywnie True!

Filigranowy drumming Solberga i gardłowe modlitwy Mintona otwierają spektakl, w którym nie będzie pustych przebiegów. Brytyjczyk, jak zawsze, ma tu tysiące twarzy - bywa leniwym kociskiem, czupurnym przedstawicielem klanu naczelnych, mówi, śpiewa, gdacze, piszczy, skomle i sepleni. Myje zęby, płucze gardło i mruczy przy goleniu. Na każdą akcję, tudzież ripostę czujnego Norwega, wyczulonego na niuanse, mistrza małych dramatów, ma swoją odpowiedź, tudzież zaczyn nowej fabuły. Razem są w stanie wzniecić ogień w ułamku sekundy, równie wiele czasu potrzebują, by sięgać po pojedyncze farzy, strzępy dźwięków. Ich ekspresja jest tu takim samym narzędziem zbrodni, jak liryzm i głęboko ukryta melodyka, a nawet pokrętna taneczność. W okolicach dziesiątej minuty Minton gwiżdże jak ptak, a towarzyszą mu perkusyjne szczoteczki. Do tego motywu powraca pod koniec improwizacji, mając do dyspozycji talerzowy akompaniament. Po upływie kwadransa gdacze jak kura na grzędzie, świszcze niczym czmiele w locie krzyżowym. W dalszej fazie improwizacji nie brakuje teatralnych inscenizacji, partii kabaretowych, tudzież pijackich dyskusji i ulicznych histerii o zmierzchu. Solberg trzyma dramaturgię w każdym momencie, ma też kilka krótkich epizodów solowych. Finał koncertu jest bardzo ekspresyjny, podrasowany kocią melodią. A potem już tylko standing ovation!



 

BonBon Flamme Calaveras Y Boom Boom Chupitos (BMC Records, CD 2025)

BMC Studio, Budapeszt, luty 2024: Valentin Ceccaldi – wiolonczela, syntezator, Luis Lopes – gitara, syntezator, Fulco Ottervanger – pianino, syntezator, głos oraz Éthienne Ziemniak – perkusja, syntezator. Dziesięć kompozycji, 45 minut.

Pierwsza płyta międzynarodowego kwartetu francuskiego wiolonczelisty była wulkanem emocji, karkołomnych zdarzeń i temperamentnych interakcji. Ta druga nosi wszelkie znamiona debiutu, dodatkowo podlana jest prawdziwie meksykańskim chili. Muzyka do zabawy i tańca na tym albumie zyskuje także pewien ilustracyjny blask, świetnie nadawałaby się bowiem do wypełnienia soundtracku niejednego filmu Jima Jarmuscha, szczególnie umiejscowionego na osi czasu w odległych latach 80. i 90. zabawnego dwudziestego stulecia.

Pierwsza piosenka jest mroczna, ale melodyjna, niemal post-bluesowa, druga i trzecia sięgają po latynoska taneczność i nieprzewidywalność. Całość kąszona jest wokalem wprost z Moulin Rogue, space-rockową, eksplodującą gitarą i odrobiną delikatnej kwasowości. Czwarta historia żywcem wyjęta została z klasycznego filmu noir, zdaje się ilustrować wieczorny spacer złą stroną ulicy. W piątej części cała załoga przesiada się na syntezatory i bawi rytmem. Szósta część, to ragtime’owy klasyk Joplina zagrany po wariacku – noise rock łamany kołem zębatym, slapstickowa melodia do tupania nogą, krok w kierunku oryginału na pianie i finałowy pokaz fajerwerków. W kolejnych utworach tej szalonej płyty mamy jeszcze wystudzoną piosenkę z amerykańskiej prerii, rockową nawałnicę wspartą na brudnym flow syntezatora, a także przykład jak tłuste new romantic zamienia się w post-rockowy walec. Album wieńczy coś na kształt pożegnalnej ballady, której nie brakuje typowej dla BonBon Flamme dramaturgicznej brawury. 



 

Joëlle Léandre & Andrzej Karałow Flint (Fundacja Ensemblage, CD 2025)

Studio S4, Polskie Radio, Warszawa, listopad 2023: Joëlle Léandre – kontrabas oraz Andrzej Karałow – fortepian. Dziewięć improwizacji, 38 minut.

Francuska legenda improwizowanego kontrabasu wydała w Polsce wiele płyt, ale tylko incydentalnie są to nagrania z udziałem krajowych wykonawców. Tym bardziej zatem cieszy płyta z warszawskim pianistą, poczyniona wedle wszelkich reguł swobodnej improwizacji. Muzycy postawili na krótkie formy, kameralną wstrzemięźliwość w zakresie dawkowania ekspresji i siłę czystego, niemal krystalicznego brzmienia. W ich opowieściach nie brakuje niedopowiedzeń, dramaturgicznego zaniechania. To, czego nie zagrali zdaje się tu być równie istotne, jak to, co zagrali.

Léandre frazuje, jak to ma w zwyczaju, częściej techniką arco, a jej akcje pizzicato, to co najwyżej intrygujące interludia. Karałow pracuje zarówno na klawiaturze – tu bywa niekiedy dość ekspresyjny, jak i w pudle rezonansowym - tu raczej oszczędny i wstrzemięźliwy. Pośród dziewięciu na ogół dobrze unerwionych opowieści szczególnie podobać się mogą cztery z nich. Trzecia improwizacja szyta jest szmerami inside piano i pomrukami kontrabasowego smyczka. Minimalistyczna w formie, pięknie rozkwita na etapie rozwinięcia. Czwartą opowieść buduje rytm, jaki Francuzka wystukuje na pudle swego instrumentu. Akcja pianisty pachnie dla odmiany bluesem. Całość zostaje efektownie rozkołysana śpiewnym smyczkiem i siłą klawiatury. Część ósmą, podobnie jak szóstą, śmiało możemy zaliczyć do bardziej dynamicznych fragmentów albumu. Tu emocje kreują głośne frazy z samego dna fortepianu i wyjątkowo twardo brzmiący smyczek. Finałowa ekspozycja budowana z mozołem, początkowo sprawia wrażenia umiarkowanie spokojnej, z czasem nabiera jednak mocy i wynosi artystów, pracujących wszelkimi dostępnymi technikami, na efektowny szczyt.



 

Eli Wallace, Pablo Vazquez & Marcelo von Schultz Siesta (577 Records, CD 2025)

Kühlspot Social Club, Berlin, maj 2024: Eli Wallace: fortepian, obiekty, Pablo Vazquez – kontrabas oraz Marcelo von Schultz – perkusja. Osiem improwizacji, 45 minut.

Spotkanie amerykańskiego pianisty i argentyńskich kontrabasisty i perkusisty odbyło się w … stolicy Niemiec. Tak, świat to naprawdę mała wioska, zwłaszcza ta improwizowana. Znamy całą trójkę doskonale z niejednego nagrania, zatem i bez słuchania tego albumu wiedzieliśmy, że to musi być naprawdę dobre granie. A po wysłuchaniu? Jesteśmy pewni, to więcej niż dobre granie. Swobodny jazz wymieszany z kreatywną post-kameralistyką, świetnie zinstrumentalizowany i dramaturgicznie spójny. Trio grało w ubiegłym roku w Polsce, niech żałują ci, co nie widzieli (patrz: niżej podpisany).

Muzyczna Siesta w tym wypadku, to osiem improwizacji - niektóre krótkie, ledwie 2-3 minutowe, inne dłuższe 8-9 minutowe. Samo otwarcie trwa nawet krócej niż dwie minuty. Kreśli ją aktywna perkusja, surowo brzmiące klawisze fortepianu i matowy kontrabas, który równie chętnie pracuje jazzowym pizzicato, jak i ponadgatunkowym, dalece intrygującym arco. W kolejnych odsłonach artyści z gracją zawiązują narrację, odważnie sięgają po dźwięki preparowane, a na etapie rozwinięcia nie szczędzą sobie ekspresji i wyrafinowanych interakcji. Ciekawie prezentuje się trzeci epizod, który muzycy zaczynają w trybie leniwego post-bluesa, ale dość szybko osiągają wysoki poziom kreacji szyty rytmem i dobrze dawkowana dynamiką. Świetnie pracuje tu drummer i nie jest to odosobniony przypadek na tym albumie. W utworach piątym i siódmym improwizacja na ogół kołysze się na wietrze dostarczając mnóstwo brzmieniowych subtelności – wysmakowanych preparacji i niebanalnej post-dynamiki. Szósta historia, to pełnokrwisty jazz, znów świetnie posadowiony na drive’ie perkusji. Finałowa ekspozycja łączy dysonujące sfery - nostalgiczny tembr piana z klawiatury oraz plejady szumów i szmerów nasiąkniętych podskórnym rytmem, generowanym przez stronę argentyńską.




Luciano Bagnasco Diaphanous (Plus Timbre, DL 2025)

Okoliczności domowe (?), luty 2025: Luciano Bagnasco – gitara. Sześć utworów, 25 minut.

Artystyczne losy tego osiadłego w Hiszpanii argentyńskiego gitarzysty śledzimy na bieżąco i nie ma w tym fakcie odrobiny przypadku. Muzyk to bowiem niebywale intrygujący, zawsze mający coś ciekawego do zaprezentowania w jakże ogranym idiomie gitary elektrycznej. Nie inaczej jest w przypadku jego nowego, krótkometrażowego albumu solowego.

W krótkim gemie otwarcia Luciano proponuje garść gitarowych sprzężeń, które giną w mroku niedopowiedzenia. W drugiej odsłonie strzępy fonii spływające z tłustego gryfu zaczynają nabierać dubowej poświaty, filtrowane delikatnym delayem. Pokancerowane, jak znaczki pocztowe ze starego klasera, hałaśliwie pulsują, tańczą niczym wróble na rozgrzanym dachu. Trzeci epizod, to czerstwy post-industrial, który w ostatecznym rozrachunku rozpływa się w strudze ciepłej krwi. W kolejnej części muzyk kreuje mikrotonalne farzy, które wpuszcza w pogłos, a potem lepi z nich ogniste pasmo rockowego hałasu, na koniec brzmiące niczym przepalony syntezator. W piątym utworze muzyk serwuje nam wystudzone, technoidalne farzy, które w ułamku sekundy stają się rozbujanymi, czystymi, gitarowymi akordami. Wreszcie ostatni epizod - silnie sfuzzowany gitarowy wyziew nabiera tu z czasem zarówno mocy, jak i podstępnej melodyki. Jakby tłuste robaki wydobywały się z plastra krowiego łajna. Puentą albumu jest sprasowany, matowy ambient, który niczego nie obiecuje.



 

Arpyies Iridescente (Whatever Profound, CD 2025)

O’culto da Ajuda, Chinfrim Estúdios and Miradouro de Santo Amaro, Portugalia, czas nieznany: Ana Gonçalves Albino – gitara elektryczna, elektronika, syntezator, instrumenty perkusyjne, kompozycja, Catarina Custódio Silva – rożek francuski, kalimba oraz Maria do Mar – skrzypce, elektronika, instrumenty perkusyjne. Trzy utwory, 41 minut.

Czas na portugalską przygodę elektroakustyczną, tkaną wyłącznie kobiecymi rękoma, przeto delikatną, pełną dramaturgicznych niuansów i brzmieniowych smaczków generowanych całkiem rozbudowanym instrumentarium. Na album składa się krótkie intro, takież resume i zasadnicza, trwająca ponad dwa kwadranse opowieść główna. Album ekscytuje tylko w niektórych momentach. Postaramy się precyzyjnie je wskazać.

Początek pleciony jest niemal wyłącznie brzmieniami nieakustycznymi, mroczny, pełen głosów i równie tajemniczych … odgłosów. Część główna budowana jest na ogół żywym instrumentarium – słyszymy kalimbę, perkusjonalne zdobienia, pobłysk post-ambientowej gitary, farzy dęte, które brzmią jak trąbka, choć albumowe credits wskazują na rożek francuski, no i przed wszystkim skrzypce, które niosą tu największy ładunek kreacji, skutecznie trzymają ciągle chwiejącą się, dość nielinearną opowieść w ryzach narracyjnych. Zdecydowanie najciekawsze momenty seta, to chwile, gdy z wystudzonej medytacji artystki przechodzą do narracyjnych spiętrzeń, drobnych eskalacji i kontrolowanych, krótkotrwałych wybuchów ekspresji. Półgodzinna jazda ma dwie takie chwile, tuż przed dziesiąta minutą i tuż po minucie dwudziestej. Na tle nieco przegadanej części zasadniczej smakowicie prezentuje się albumowa koda. Skrzypce płyną tu z ciszy, elektronika delikatnie pulsuje, gitara topi się w pogłosie, a wysamplowany (?) głos buduje zanurzone w ambiencie zakończenie.



 

João de Nóbrega Pupo Ao Ser Sereno (Colectivo Casa Amarela, Kaseta 2025)

Czas i miejsce nagrania nieznane: João de Nóbrega Pupo – wszystkie dźwięki. Pięć utworów, 44 minuty.

Pozostajemy w Portugalii, tym razem toniemy jednak w odmętach kreatywnego, dobrze sformatowanego ambientu. Opowieść jest zwarta, nieprzegadana (o co bywa trudno w gatunku), podzielona na pięć zgrabnych odcinków, z których ten środkowy trwa prawie dwadzieścia minut, co nie zmienia faktu, iż cały album jest jednym, nieprzerwanym ciągiem dźwięków. Nie pozostaje nam nic innego, jak bezceremonialnie zasłuchać się w tej opowieści.

Album ma spokoje otwarcie zanurzone w mrocznej poświacie, czasami bogacone dźwiękami miasta i delikatnymi skwierczeniami na flankach. Narracja płynie szerokim strumieniem i zdaje się dawać wytchnienie po ciężkim dniu. To jednak pozór, bowiem już po chwili mamy intrygujące interludium, które syci opowieść post-perkusyjnym, elektronicznym stukotem. Ambient wraca w czerstwej, matowej, niemal stojącej w miejscu postaci. Owa mroczna medytacja dostaje dubowej poświaty, co świetnie buduje dramaturgię kolejnych chwil. Raz po raz w grze pojawiają się nowe, niekiedy bardzo żywe fonie (choćby piana), ale giną one w strudze gęstego wątku głównego. Narracja nabiera molowych barw i pewnej post-organowej melodyki. Nie brakuje odgłosów życia, co tylko unerwia i tak już emocjonalną opowieść – słyszymy zarówno przelatujące ptactwo, jak i dźwięk silników odrzutowych, tudzież bijące dzwony i głos, który recytuje. Końcowa partia albumu znów jest bardzo mroczna, dronowa, upstrzona frazami, które moglibyśmy odebrać jako ludzki krzyk.



 

Sokołowski, Stasiewicz & Leszoski Manna (Antenna Non Grata, CD 2025)  

Czas i miejsce akcji nieznane: Kuba Sokołowski - inner piano, obiekty, Paweł Stasiewicz - inner piano, obiekty, głos oraz Paweł Leszoski – programowanie. Cztery utwory, 41 minut.

Jak należy domniemywać, dramat improwizacji zawiązuje się tu we wnętrzach pudeł rezonansowych fortepianów i jest konsumowany/ przeredagowywany procesem programowania. Nagranie, którego bazą są frazy akustyczne zdaje się być poematem syntetycznego, szorstkiego ambientu. Naprawdę niewiele wiemy o istocie dźwięku, a zwłaszcza procesie jego powstawania. Oto przed nami kolejna lekcja.

Otwarcie albumu szyte jest żywym dźwiękiem uderzania, pocierania, ugniatania i rozciągania obiektów i strun. Rytmika upside down, ukryta melodyka cierpiącej materii. Całość nabiera post-industrialnej mocy, zapewne nie bez udziału zjawisk pozakustycznych, pulsuje i w końcu ginie w strudze ambientu. W drugiej odsłonie dronowa ekspozycja zgrzyta niczym piasek między zębami. Rośnie w niej udział fraz syntetycznych, post-akustycznych. Woda zamieci się tu w wino bez udziału sprawczego sił nadprzyrodzonych. Finałowe ukojenie, to tylko pozór. W kolejnej opowieści do kontrataku przystępują zjednoczone siły akustyki. Słyszymy struny, które tańczą w post-rytmie, delektujemy się tajemniczą meldoyka, która łapie równie zagadkowy pogłos. Walka żywego z syntetycznym idzie na całego! Kształt ostatniej historii sugeruje, iż akustyka przeszła do głębokiej defensywy. Modulowany, zgrzytliwy dron, głośny, niemal progresywny step, zaczyna pulsować jak mroczna impreza deep techno. Na finał wraca melodia, brudna, zniekształcona, wyciągnięta chyba wprost z laptopa Fennesza, oczywiście przy blasku zachodzącego słońca. Manna z gorejącego nieba.




Mikołaj Trzaska & Daktyle Transient Riot (Antenna Non Grata, CD 2025)

Laboratory of Culture Adebar, Kołobrzeg, maj 2024: Mikołaj Trzaska – saksofony, Marek Sadowski – perkusja, instrumenty perkusyjne, elektronika oraz Maciej Jaciuk – elektronika, bass-box, sidrax, daxophone, loops. Dziewięć utworów, 45 minut.

Na zakończenie majowej zbiorówki pozostaniemy z syntetycznym, tajemniczym akcesorium, które stanie w szranki improwizacji z bardzo realnym saksofonem, perkusją i całą armią przedmiotów i urządzeń, których jedynym celem jest wydawanie zaskakujących dźwięków. Trójka artystów, mnóstwo pomysłów (niektórych nazbyt wcześnie porzucanych) w trakcie temperamentnego koncertu na polskim wybrzeżu. Nie ma nudy!

Nagranie jest nieprzerywanym ciągiem dźwiękowym, co świetnie buduje jego dramaturgię. Elektroakustyczny, post-perkusjonalny początek inwokuje tu swobodną podróż saksofonu barytonowego w zgrabnie zarysowanej przestrzeni kosmicznej, posadowioną na utrzymującej linearność narracji perkusji. Gdy dęciak łapie rytm, elektronika ucieka w didaskalia, a konsensus osiągnięty zostaje w strumieniu urokliwej melodii. W kolejnych fazach koncertu artyści dość często piętrzą narrację, nadają jej dynamikę, sycą intrygującą ekspresją, ale także mnóstwem brzmieniowych smaczków. Sypią pomysłami jak z rogu obfitości. Toną w onirycznym świecie elektroniki, by za moment wspinać się na efektowne, free jazzowe wzgórze. Ukojeniem bywa medytacja, czyniona z tajemniczą, niemal etniczna melodyką, jak w trakcie odcinka szóstego. Zaraz po nim improwizacja nabiera rytmu, adekwatnej dynamiki i wpada w niemal kompulsywny taniec. I znów melodia zdaje się koić to, co zszargały emocje. Finał w fazie początkowej wydaje się leniwą post-balladą melodyjnego saksofonu, łapiącej rytm perkusji i wyważonej, smakowitej elektroniki w tle. Nim koncert dobiegnie końca czeka nas drobne spiętrzenie i stonowana, dobrze skonstruowana, nieco oniryczna finalizacja.

 

 


wtorek, 9 maja 2023

King Übü Örchestrü & Roi!


King Übü Örchestrü, jedna z najważniejszych europejskich orkiestr muzyki improwizowanej, funkcjonowała artystycznie od początku lat 80. ubiegłego stulecia do pierwszych lat nowego millenium, a uciekła w niebyt po śmierci jednego z założycieli, saksofonisty i klarnecisty Wolfganga Fuchsa. Stanowiła ciekawą przeciwwagę dla innych tego typu przedsięwzięć na Starym Kontynencie, zawsze pozostawała w cieni Globe Unity Orchestra, ale była też innego rodzaju tworem artystycznym. Estetycznie śmiało porównać ją można do London Improvisers Orchestra, choć ta druga powstała prawie dwie dekady później. Daleki zatem od free jazzu, KUO to ansambl, który czuł się w oceanie kolektywnych, bardzo swobodnych improwizacji jak ryba w wodzie, sycił swoje narracje niebanalnymi brzmieniami, lubił także flirtować z innymi dziedzinami sztuki, choćby z teatrem (wszak nazwa orkiestry zobowiązuje). Pozostawił po sobie ledwie kilka płyt, a każdą z nich warto znać i delektować się każdym jej dźwiękiem.

Ku naszej wielkiej radości King Übü wraca i to niemalże w oryginalnym składzie, w którym odnajdujemy muzyków z Niemiec, Anglii i Szwajcarii, w tym dwóch nowych załogantów, świetnie nam znanych mistrzów swobodnej improwizacji – saksofonistę Stefana Keune’a i puzonistę Matthiasa Muche. Skład orkiestry uzupełnia znamienity gość – wokalista Phil Minton. Ich nowe nagranie pochodzi z roku 2021, zarejestrowane zostało na koncercie, a wydane (w niełatwym procesie edytorskim) przez brytyjskie FMR Records, teoretycznie z datą 2022, faktycznie wystawione na publiczny poklask dopiero w roku bieżącym. Zapraszamy do świata cudownych, jedynych w swoim rodzaju dźwięków, generowanych przez kilkunastoosobowy skład, który muzykuje bez udziału dyrygenta, a skala predefinicji jego improwizacji pozostaje ukryta w mroku tajemnicy.



Na scenie dużej sali koncertowej odnajdujemy jedenastu muzyków – wokalistę oraz dziesięciu instrumentalistów, którzy dzierżą w dłoniach (tudzież ustach) pięć narzędzi dętych (w tym aż cztery blaszane), cztery strunowe (niektóre wspomagane elektroniką) oraz zestaw perkusjonalny, doposażony w akcesoria zdolne generować tajemnicze, post-akustyczne dźwięki. Koncertowa opowieść składa się z dwóch rozbudowanych improwizacji.

Pierwsza z nich rodzi się w ekstremalnym skupieniu – plamy drobnych, rwanych fraz, głównie strunowych i głosowych, incydentalnie dętych płyną po dywanie pulsującego, ambientowego tła z posmakiem elektroakustyki. Dźwiękowe rozmowy, bystre interakcje, szeroki bukiet dalece kontrolowanej intensywności i dramaturgicznego ładu. Muzycy frazują na ogół stosując niekonwencjonalne metody artykulacji, które zwykliśmy nazywać dźwiękami preparowanymi. Pracują z dużą swobodą, pełni meta teatralnej podniosłości, perfekcyjnie nasłuchają, co w trawie piszczy, kreują interakcje na bazie brzmieniowych podobieństw, ale także starają się naśladować dźwięki natury, co zawsze było jedną z konstytucji KUO. Podobnie, jak budowanie narracji stymulowanej ciągłą zmianą. Także sam proces przeprowadzania zmian, praca w podgrupach i sposoby reagowania zdają się tu być świetnie przemyślane i nieskore do jakichkolwiek błędów, czy działań niekontrolowanych. Narracja incydentalnie potrafi tu gęstnieć i nabierać pewnej pokrętnej hałaśliwości, ale takie fragmenty koncertu, to raczej interludia, nie zaś krew improwizacji. Najważniejszy jest kolektyw, praca w grupie, wzajemne interakcje, niekoniecznie zaś ekspozycje solowe. Po upływie kwadransa muzycy zdają się konstruować nieco dłuższe strumienie dźwiękowe, jakby głęboko oddychali i sycili się wonią natury. Sami finał pierwszej części jest wyjątkowo urokliwy fonicznie – odrobinę melodyjny, budowany wszakże z półdźwięków i szumów.

Drugą odsłonę spektaklu anonsuje gong i głosowe lamenty Mintona. Wokół kłębią się nerwowe, dęte westchnienia, które przybierają postać dronów. Druga improwizacja zdaje się być jeszcze bardziej poddana dyktatowi ciągłej zmiany. Przez moment flow ciągnie tu mrocznie brzmiący kontrabas, potem dostajemy się w chmurę szumów i instrumentalnego gadulstwa, napotykamy także na momenty onirycznej ciszy. Z kolei faza dłuższych artykulacji zdobiona jest przez efektowne burknięcia tuby, wsparte na strunowych zdobieniach. Kameralne pociągnięcia pędzlem melodyjnych strunowców i dęte pokrzykiwania pięknie ścielą nam przestrzeń pod kilka duetowych akcji – głosu i wspomnianej tuby, potem zaplątanej w elektronikę gitary i puzonu, wreszcie saksofonu i skrzypiec. Intrygująca jest także krótka faza dętych, niemal ptasich dyskusji półsłówkami. Po upływie 20 minuty orkiestra na moment efektownie rozkwita wiedziona aktywnością perkusjonalisty, po czym staje po kolana w gęstej ciszy. Zaczyna się budowanie finałowego, niezwykle zmysłowego, acz bardzo cierpliwego, temperowanego crescendo. Od leniwych oddechów, przez plejadę shots-cuts kreowane już na pewnej rytmicznej bazie, po eksplozję instrumentów dętych, niesioną ku górze ekspresją wokalisty. Ognisty finał zostaje tu perfekcyjnie doprowadzony do śmiertelnej ciszy, która ewokuje burzę oklasków.

 

King Übü Örchestrü Roi (FMR Records, CD 2022/23). Mark Charig – kornet, Hans Schneider – kontrabas, Erhard Hirt – gitara, elektronika, Paul Lytton – instrumenty perkusyjne, akcesoria akustyczne, Stefan Keune – saksofon sopranowy, Matthias Muche – puzon, Axel Dörner – trąbka, Melvyn Poore – tuba, Phillipp Wachsmann – skrzypce, elektronika, Alfred Zimmerlin – violincello oraz w roli gościa Phil Minton - głos. Nagranie koncertowe, Dialograum Kreuzung, St. Helena, Bonn, wrzesień 2021 roku. Dwa utwory, 62:10.

 

piątek, 17 marca 2023

Pat Thomas, Phil Minton, Dave Tucker & Roger Turner On A Clear Day Like This!


Formacja Scatter powołana została do artystycznego życia trzy dekady temu. Tak przynajmniej zeznaje amerykański label 577 Records, który publikuje album będący przedmiotem naszych dzisiejszych zainteresowań. W trakcie owych trzydziestu lat muzycy dostarczyli tylko jeden dowód rzeczowy potwierdzający ów fakt, publikując w roku 2007 album zatytułowany … Scatter (FMR Records).

Twórcy rzeczonego kwartetu, to dziś legendy muzyki swobodnie improwizowanej, a dwóch z nich, Phil Minton i Roger Turner, to już prawdziwe pomniki wykute w skale. Na właśnie publikowanym koncercie (premiera na koniec marca), który zdarzył się Pewnego Jasnego dnia, Takiego jak Ten, odnajdujemy ich latem pradawnego roku 2017.

Co na londyńskich deskach Cafe Oto mogli nam zaoferować Minton i Turner wiemy doskonale – głos i perkusjonalia. Dodajmy, iż Pat Thomas poza klawiaturą fortepianu używał także elektroniki, a Dave Tucker zarówno gitary akustycznej, jak i elektrycznej. I to właśnie na przecięciu tego, co akustyczne i tego, co elektryczne, tudzież elektroniczne, toczyła się ich koncertowa, niespełna 40-minutowa batalia.



 

Trzydziestoczterominutowy set główny podzielić można śmiało na cztery interwały. Te nieparzyste realizowane akustycznie, te parzyste z wykorzystaniem gitarowego prądu i syntetycznych emocji na komputerowych kablach. Sam początek koncertu zdaje się być doprawdy wspaniały. Muzycy bez jakichkolwiek wstępów wchodzą głęboko w kłębowisko akustycznych dźwięków - kocie piski Phila, perkusjonalne subtelności Rogera, zwinne, post-baileyowskie frazy Dave’a i niemal niesłyszalne dodatki inside piano Pata. Muzycy doskonale się słuchają, wiele fraz budują w oparciu o najdoskonalszą metodę swobodnej improwizacji, czyli stevensowskie call & responce. Pewna nadkreatywność każdego z artystów sprawia, iż narracja podlega ciągłym zmianom, a ta pierwsza, dość wyraźna, ma miejsce w okolicach 8 minuty, gdy na dźwięk pierwszych elektronicznych zdobień improwizacja gaśnie niemal do poziomu ciszy. Nowe wątki budowane są teraz z wykorzystaniem gitary elektrycznej i mnóstwa elektroakustycznych wydarzeń, którym sprzyjają figlarne dźwięki z gardła i bystrego werbla. Opowieść z jednej strony nadyma się rockową mocą gitary, z drugiej napotyka na narracyjne rafy i dramaturgiczne rozdroża. Faluje od samej ziemi po czyste niebo. Gdy artyści brną w drobne interakcje, bywa smakowicie, gdy pracują samotnie lub w podgrupach, flow lubi gubić wewnętrzny rytm i spójność. W tej fazie koncertu mistrzem jakości wydaje się być Minton, ale wiele dobrego robi tu także sprawny powrót na klawiaturę Thomasa, który przy okazji, w okolicach 18 minuty, ponownie kieruje narrację na w pełni akustyczne tory.

Na scenie króluje teraz kreatywny minimalizm i dramaturgiczny suspens, ale dość szybko artyści dają się ponieść emocjom i generują dalece energetyczne spiętrzenie. Po niedługim czasie wracają jednak do działań minimalistycznych, zdobionych ptasim gwizdaniem wokalisty i plejadą innych, preparowanych dźwięków. Po 26 minucie do gry wraca gitara elektryczna oraz elektronika, a w roli strażnika dramaturgii świetnie sprawdza się wyjątkowo skoncentrowany i zdolny do akustycznych cudów perkusista. Muzycy zagęszczają szyk, ale ciągle zmieniają zdanie, jakby w wersji elektrycznej Scatter miał do wyboru zbyt wiele rozwiązań i wciąż dywagował na temat dalszego rozwoju sytuacji scenicznej. Zakończenie seta łapie wszakże mnóstwo jakości, a upływa w onirycznym klimacie niemal konceptualnego minimalizmu.

Koncertowa dogrywka nie trwa nawet czterech minut, ale zdaje się być popisem całej czwórki improwizatorów. Na początek akcenty percussion od Rogera i Pata, potem plamy z gitarowych pick-upów Dave’a i gadulstwo Phila. Narracje płynie akustycznym strumieniem głównym i backgroundem rockowej niemalże gitary. Gęsty, dość abstrakcyjny flow, głównie dzięki poprzecznym wtrętom piana, sięga końca przy akompaniamencie równego oddechu wokalisty. 

 

Scatter: Pat Thomas, Phil Minton, Dave Tucker, Roger Turner On A Clear Day Like This (577 Records, CD 2023). Phil Minton – głos, Pat Thomas – fortepian i elektronika, Dave Tucker – gitara akustyczna i elektryczna oraz Roger Turner – perkusja, instrumenty perkusyjne. Nagranie koncertowe, lipiec 2017, Cafe Oto, Londyn. Dwie improwizacje, 37:42.



piątek, 5 czerwca 2020

John Butcher! Finally Crucial & Blasphemious, Not Old & Fictional! The Next Four of a Kind!


John Butcher, podobnie jak Agustí Fernández, ukończył w roku ubiegłym 65 lat, zatem także i on – zgodnie z maksymą filmu Wielkie Piękno – nie ma już czasu na robienie rzeczy, które nie sprawiają mu przyjemności.

Here it is! Przed nami cztery swobodnie improwizowane spektakle dźwiękowe z minionych dwunastu miesięcy, nagrania, w trakcie których ów wspaniały, brytyjski saksofonista nie zmarnował choćby minuty! Dodatkowo w każdym ze spotkań towarzyszyli mu prawie wyłącznie inni bogowie zjednoczonego królestwa wolnej improwizacji, zatem radość z odsłuchu płyt będzie nam dana na wieczność! Kolejnym z powodów do ekscytacji może być też fakt, iż poza pierwszym przypadkiem, wszystkie pozostałe, to inauguracyjne spotkania muzyków w danej konstelacji personalnej.

Zapraszamy na cztery upojne wieczory do Londynu! Welcome to London!




Last Dream Of The Morning (Butcher/ Edwards/ Sanders) ‎ Crucial Anatomy  (Trost Records, CD 2020)

Jeśli celebrować samo dobro, to najlepiej w londyńskim Café Oto! Środek lata roku 2018, na scenie: John Butcher – saksofon sopranowy i tenorowy, John Edwards – kontrabas oraz Mark Sanders – perkusja. Od czasu pierwszej płyty w tym składzie, muzycy funkcjonują pod nazwą własną Last Dream Of The Morning. Koncert podzielono na trzy części (po prawdzie są jednym strumieniem dźwiękowym), trwa 57 minut bez kilku sekund.

Wibrujący werbel, drżące struny kontrabasu, posuwiste wichry powietrza z tuby saksofonu tenorowego – a new modern free jazz trio wyrusza na łowy. Każdy z muzyków, w tym momencie dziejów świata i historii gatunku, zdaje się funkcjonować niczym model spod paryskiego Luwru! We trzech, w mgnieniu oka budują narowisty flow - dynamiczni, pewni siebie i artystycznie bezczelni! Samozwańczym mistrzem ceremonii stara się być nade wszystko Edwards, który wyposażony w rozgrzany smyczek i zwinne palce cyrkowca, co rusz stawia partnerów do pionu i proponuje zmianę kierunku improwizacji. Tu sięga po swój post-barokowy przedmiot rażenia już po upływie trzeciej minuty. Stopping zdaje się być świetnie zaplanowany (jakby na dwa razy) i wyjątkowo efektowny – artyści drżą, parskają, biją w dzwonki. Krótkie solowe expo kontrabasu, suche oddechy saksofonu, błysk talerzy – faza wzajemnego przekomarzania się, złote akcje i platynowe reakcje. Bez nadmiernego pośpiechu muzycy dochodzą do momentu, w którym zwinna repetycja smyczka ogłasza start drugiej, zasadniczej części koncertu.

Tenże smyczek i małe percussion - bez udziału saksofonu - budują nową opowieść. Sopran wchodzi do gry po krótkiej pauzie, pełen wewnętrznego krzyku i pikantnych emocji. Edwards piłuje glazurę gryfu, a trio w mig osiąga stan galopu. Saksofon tłumi jednak ogień narracji i prowadzi ją do bram ciszy – przed nami faza małej gry w pytania i odpowiedzi. Muzycy kołyszą się na wietrze i szukają cienia. Smyczek nie opuszcza pulpitu dowodzenia, perkusjonalne igraszki budują background, a saksofon - często dziś sięgający po dramaturgiczne pauzy - czeka aż duet osiągnie fazę jurnego kłusu i będzie mógł rozbłysnąć pełnią swej urody. Po niedługiej chwili artyści robią nawrotkę i gnają jakby w przeciwnym kierunku, tym razem niesieni energią kontrabasowego pizzicato. Po 19 minucie, nie pierwsze i nie ostatnie, solo Edwardsa ze smyczkiem w roli głównej, potem faza ciszy i rezonansu wielu przedmiotów płaskich, także suche parsknięcia dysz – what a beauty free chamber! Po 26 minucie muzycy szukają dramaturgicznego szczytu, ale na drodze do końca części zasadniczej jeszcze parokrotnie zmienią zdanie wiedzeni sygnałami z gryfu kontrabasu, odbędą kolejny rytuał duetowy, pooddychają czerstwą ciszą, zbudują kilka matowych dronów. Gdy powróci saksofon tenorowy, niesieni mocą własnego temperamentu i emocji na scenie, wpadną w czeluść rezonujących przedmiotów, przy okazji rozpoczynając ostatni akt spektaklu.

Któż może kręcić spiralą narracji, jeśli nie smyczek! Tuż obok tenor decyduje się na kilka efektownych piruetów na dużej wysokości, a perkusja zdaje się zbierać siły na efektowne zakończenie. Muzycy budują masywny flow, przez moment także bez udziału saksofonu (prawdziwe hard-core jazz duo!). Na finał ostateczny Butcher sięga ponownie po saksofon sopranowy i proponuje zmysłowy taniec godowy! Nim zabrzmi huragan oklasków, muzycy zdążą jeszcze nabrać dynamiki i błyskotliwie wyhamować, oddać parę sekund Sandersowi na separatywną dygresję, wreszcie wprawić saksofon w stan finałowego skowytu, który przy wtórze repetującego kontrabasu, zwieńczy dzieło.




Beresford & Butcher  Old Paradise Airs  (Iluso Records, ‎CD 2020)

Z Café Oto czeka nas żabi skok do Iklectik! Maj 2019 roku, koncert dwóch dostojnych Panów: Steve Beresford - fortepian, elektronika i obiekty oraz John Butcher – saksofon sopranowy i tenorowy. Sześć improwizacji, 52 minuty.

Muzycy zaczynają od pewnego rodzaju challange’u, zwłaszcza dla recenzenta – Steve pulsuje czerstwą elektroniką, skomle na kablach, a obok John tańczy na sopranie, śpiewa o utraconych szansach na akustyczny flow, jakby na przekór introdukcji partnera. Szczęśliwie pieśń otwarcia nie trwa nawet trzech minut, a my z perspektywy czasu wiemy, że dalej będzie tylko lepiej. Dobrym przykładem na to jest druga improwizacja – zaczyna się delikatnie, małymi plamami syntetyki i suchymi dronami saksofonu tenorowego. Deep impro świetnie buduje klimat koncertu. Akcje zaziębiają się, reakcje czynione są zawsze w punkt. Po 7 minucie Steve brzmi, jakby grał na electric piano, nie bez skromnych preparacji (chwilami słychać nawet gołe struny fortepianu!). John sięga po sopran i śle zmysłowe trele. Narracja pełna jest zmian i wolt stylistycznych. Moc kreacji zdaje się być po stronie pianisty (w ujęciu statystycznym, w 75% udanej), dużo dobrego komentarza i dramaturgicznej przekory odnajdujemy zaś po stronie saksofonisty.

Trzecia improwizacji, to paleta elektronicznych zgrzytów, odgłosów strun i dźwięków tajemniczych zabawek w rękach Beresforda. Butcher komentuje sopranem po ptasiemu, jak sowa, też zdaje się dobrze bawić sytuacją sceniczną. Szuka preparacji, definitywnie chce dotrzymać kroku partnerowi w zakresie kreatywności. Ten zaś przez moment brzmi jak … gitara. Czwarta improwizacja rodzi się z fortepianowych preparacji, które nie bez użycia klawiatury budują ciekawą introdukcję. Świetnie w tę magmę szeleszczącej akustyki na styku syntetyki wchodzi rozbudzony tenor. Muzycy budują najlepszą jak do tej pory opowieść. Przybywa akcentów elektroakustycznych, ale flow toczy się nad wyraz płynnie. Gdy w końcu nabiorą dynamiki, posiądą specyficzny post-ragtime’owy rytm, opowieść zdobiona bystrymi frazami saksofonu dobije do końcowej przystani.

Piąta część znów zaczyna się solowym intro Steve’a. John wybudza tenor z letargu melodyjnymi frazami. Steve odpowiada preparacjami. John zmienia instrument na sopran. Swoje dokłada elektronika. Życie jak w kalejdoskopie – improvised variety! Czas na finał, który daje wiele i tyleż rekompensuje z perspektywy całego nagrania. Preparacje fortepianu i ptasia ekspresja saksofonu sopranowego budują piękny, w pełni akustyczny fragment koncertu. Rośnie tempo, buzuje ekspresja, ale nie brakuje też zaskakująco nostalgicznych fraz obu muzyków. Gadają ze sobą, szczerzą zęby, jakby chcieli powiedzieć, że nie ważne jak zaczynali, ważne, jak kończą! Na ostatniej prostej Beresford nie byłby sobą, gdy nie jątrzył swoimi elektronicznymi zabawkami, kończąc płytę równie doskonałą, jak i w kilku momentach delikatnie nierówną.




Minton/ Butcher/ Robair  Blasphemious Fragments  (Rastascan Records, CD 2019)

Początek lipca 2017 roku, Snap Studios, a nim trzech tytanów tańców swobodnych: Phil Minton – głos, John Butcher – saksofon sopranowy i tenorowy oraz Gino Robair – perkusja, elektronika i fortepian. Jedenaście improwizacji, niemal 53 minuty.

Zaczynamy odrobinę wirtualnie – ktoś stroi radioodbiornik, w tle szumi cicha syntetyka, saksofon sopranowy śle strzeliste, ale urywane frazy. Minton zdaje się milczeć, ale już drugą opowieść otwiera całkowicie samodzielnie. Szoruje dno gardła, podobnie, jak Robair glazurę suchego werbla. Butcher budzi się po dłuższej chwili i zwinnie włącza do spaceru leniwych niedźwiedzi po gęstwinach lasu. Muzycy niechybnie są w fazie gry wstępnej – produkują drobne frazy w oczekiwaniu na reakcje partnerów. Demokracja ludowa w zakresie dostępu do przestrzeni dźwiękowej - każdy z muzyków zdaje się czuwać na granicy swojego terytorium, zdolny do podjęcia czynności preparowania dźwięków. Otwarcie kolejnej części przypada werblowi, który drży i rezonuje. Do życia budzi się saksofon sopranowy, a ekspresja głosu tonie w jękach. Minton zdaje się być na granicy załamania nerwowego. Oj, dobry to aktor! Dęciak i głos tego ostatniego lepią się do siebie, perkusjonalia płyną niemal w pełni akustycznym strumieniem. Czwarta historia kontynuuje ową strategię – tenor zatopiony w podwójnym półśpiewie i small drumming po paru chwilach przeistaczają się w zmysłowego post-bluesa!

Piątą opowieść (najdłuższą na płycie) rozpoczyna jednoczesny chrobot gardła i werbla. Wejście tenoru determinuje wzrost dynamiki, a poziom emocji w ułamku sekundy osiąga poziom krzyku. Tuż potem krótki epizod w duecie John i Gino, a w ramach komentarza – cudowna eksplozja dźwięków w gardle Phila. Wreszcie faza zmysłowej medytacji grupowej: saksofon stęka, głos szumi, perkusjonalia na poły syntetyczne pulsują, a na wybrzmieniu wszyscy generują drony. Brawo! Szósta historia dla odmiany bardzo skondensowana – elektroakustyka, stemple sopranu, śpiew szeroką skalą (!) i … akustyczne dźwięki piana. Ten ostatni instrument, bystrymi preparacjami, wprowadza nas do kolejnej komnaty pełnej dźwiękowych cudów. Akustyczne zabawy w pobliżu ciszy: szum z gardła, ptasie zaloty saksofonu, gołe struny – ethno free improv! Po chwili zwinne przejście w gęstszą sieć preparacji – maszyna ssąco-tłocząca w fazie pracy organicznej, garść elektroakustycznych niespodzianek! Ósma historia trzyma post-industrialną poświatę – szumy, gwizdy, krowie pomruki (raczej ze strony Gina!). Pomysł zdaje się gonić pomysł, a zabawa nie mieć końca.

Dziewiąta improwizacja ma być może za zadanie gasić emocje – dzwonki, spirytualne wyniesienie, jęki skazańca i saksofon niechybnie spóźniony na ceremonię. Trochę drummingu w ramach podniesienia temperatury, plamy preparacji, ale tempo definitywnie w konwencji very slow motion. Cóż zatem czynić, trzeba uderzyć w dzwony i upuścić trochę krwi. Od razu lepiej! Butcher dynamicznie podskakuje na tenorze, Robair coś równie ekspresyjnie ugniata na werblu, Minton gdacze i pogwizduje. Muzycy budują posuwiste strumienie dźwiękowe, charczą i imitują się wzajemnie, znów szukają bluesa i znów go odnajdują. Na poły rytmiczny szum sprawnie podprowadza muzyków pod pieśń zamknięcia. Tuba saksofonu szumi, głos wydaje dźwięki jakby półscatem, werbel trzeszczy, a wszystko to w poszukiwaniu utraconej przed wiekami melodyki. Na ostatniej prostej salwy emocji, no i burza jedynie wirtualnych oklasków, wszak z muzykami nie ma publiczności.




Thomas/ Butcher/ Solberg ‎ Fictional Souvenirs  (Astral Spirits, Cassette/CD 2019)

Wracamy do Iklectik! Znów lipiec 2017 roku i kolejna trójka improwizatorów, co to z niejednego pieca chleb jedli: Ståle Liavik Solberg – perkusja i instrumenty perkusyjne, John Butcher – saksofon sopranowy i tenorowy oraz Pat Thomas, którego znamy głównie jako pianistę, ale który także (to jakaś plaga!) lubi otaczać się dziwnymi przedmiotami, które wydają dźwięki, na ogół syntetyczne, zatem cytując wprost z okładki płyty, będzie produkował fonię korzystając z przedmiotów o nazwach: Moog Theremini oraz iPad Based Electronics. Koncert podzielony na sześć części trwa prawie 50 minut.

Ilustracyjna, nieco oniryczna elektronika buduje klimat otwarcia, pomiędzy jej zęby wplata się skromny drumming. Pomruki saksofonu sopranowego stają się naszych udziałem dopiero po upływie dwóch minut. Od samego startu koncertu Thomas lubi wtrącać do narracji drobne dźwięki ze swoich elektronicznych zabawek, często się popisuje, nie bywa jednak nadmiernie inwazyjny, choć wtręty rytmicznego techno w bystry flow improwizacji mogą być uznane za zbyteczny mezalians. Butcher początkowo zdaje się pozostawać w opcji separatystycznej do aktywności Thomasa, ale po kilku okrążeniach, daje się wciągnąć w ten wrzący tygiel zaskakujących pomysłów dramaturgicznych. Podobnie zachowuje się Solberg. Szczęśliwie, dla jakości koncertu, już w drugiej jego części wątpliwości obu muzyków pękają niczym bańka mydlana. Nie brakuje w niej krótkich chwil ciszy, elektroakustycznej zabawy w żywe i syntetyczne perkusjonalia. Saksofon tenorowy kupuje ten deal i snuje spokojne, wyważone pasaże.

Zupełnie niepostrzeżenie muzycy przechodzą do środkowej fazy koncertu, którą z perspektywy całości uznać winniśmy za zdecydowanie najbardziej udaną. Część trzecią rozpoczynają małe perkusjonalia, sycząca elektronika i upodabniające się do tej drugiej prychy i przedechy z tuby i wilgotnych dysz tenoru (typical beauty of Butcher!). Świetną zmianę daje Solberg, nad wyraz subtelny zdaje się być Thomas. Dobra komunikacja w grupie powoduje, iż faza call & responce okazuje się wyjątkowo udana. Po niej dronowe preparacje, które trzymają poziom. Na finał odcinka jakby nowy wątek ciekawie kontrapunktowany repetycją elektroniki. Czwarta część jeszcze bardziej zanurza się w szczegóły. Syntetyka syczy i szeleści, niczym samo zło, saksofon sopranowy pętli się i buduje długie frazy, talerze perkusyjne brzęczą i rezonują same ze sobą. Emocje rosną, dynamika także, choć tempo wcale nie wydaje się szczególnie wysokie. Recenzent notuje na boku, iż to pewnie najlepszy moment koncertu. Niechybnie ma rację.

Piąta część, mimo asysty dobrego percussion, początkowo ginie w elektronicznej kotłowaninie. Dysonans brzmienia, rozterki serca. Butcher ratuje sytuację delikatnie wchodząc w interakcje z jednym i drugim. Mistrzowskie wyczucie dramaturgiczne Johna czyni tu niemal cuda – łagodny dialog dęciaka z elektroniką wysokich częstotliwości wyprowadza narrację na prostą, a nadprogramowej jakości dodają jej ornamenty perkusyjne, podawane jakby zza kulis, ale wyjątkowo trafne i świetnie skorelowane z tym, co na scenie. Tymczasem Thomas nie może nie pokazać nam kilku kolejnych syntetycznych zabawek w akcji. Niespodziewanie jednak milknie, robiąc miejsce na krótki, ale jakże błyskotliwy duet akustycznych instrumentów. Brawo Wy! Zakończenie utworu robi się prawdziwie free jazzowe, inkrustowane gwoździami elektroniki. Ostatni akord koncertu otwiera dość rozbudowane intro Solberga. Thomas proponuje dźwięki, które przypominają instrument strunowy. Butcher miłośnie parska i uśmiecha się od prawej do lewej. Improwizacja nabiera nieco onirycznych barw. John buduje flow, Pat stoi z bloku, a z odsieczą idzie Ståle (good boy!). W końcu cała trójka bierze się do bardziej zdecydowanych działań, przez ułamek sekundy wręcz tańczą walczyka (!). Ostatnia prosta brzmi jednak jak kosmodrom. Thomas jest czujny i po swojemu kończy album, który oddany w ręce dobrego mix-mastera dałby się z pewnością zredukować z bardzo dobrych 50 minut do 35-40 minutowej perełki.