Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pere Xirau. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pere Xirau. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 3 grudnia 2024

The November/ December’ Round-up: MYL! Belorukov & Džukljev! LBB! Serries in duos! Guy & Mazur! Hyvärinen & Kääriäinen! Olsson! Sly & The Family Drone! Kensho!


Zapraszamy na ostatnią w tym roku zbiorówkę recenzji! Łączone wydanie listopadowo-grudniowe przynosi dziesięć albumów tradycyjnie utrzymanych w estetyce od sasa do lasa!

Tym razem dyktat swobodnej improwizacji będzie bezdyskusyjny. Unikając jazzowych naleciałości (acz nie bez wyjątków) odpłyniemy w bezkres elektroakustyki i instrumentalnych preparacji ze szczególnym uwzględnieniem gitar i instrumentów pochodnych. Ten zestaw recenzji zwieńczymy post-elektroniczną grą w dwa ognie i ekstremalnie wycofaną, minimalistyczną, predefiniowaną improwizacją.

Naszą podróż zaczniemy w Skandynawii (ale bez udziału Skandynawów), potem odwiedzimy serbski Nowy Sad, Francję, Niemcy, Belgię, zahaczymy o Kraków i Helsinki, naładujemy baterie ponownie odwiedzając Skandynawię (tym razem z udziałem Skandynawów), zahaczymy o Zjednoczone Królestwo, by ostatecznie umrzeć snem sprawiedliwego w dalekim Tokio.

So welcome to heaven and hell of multi-coloured improvisation!



 

MYL Trio (Mia Zabelka, Yoko Miura, Lawrence Casserley) Parallel Universes (Setola di Maiale, CD 2024)

Göteborg/ Sztokholm/ Ostrawa, wrzesień 2023: Mia Zabelka – skrzypce, głos, Yoko Miura - fortepian, melodika oraz Lawrence Casserley - signal processing instrument. Sześć improwizacji, 58 minut.

Na dobre otwarcie danie wyjątkowo smakowite! Minimalistyczne, nasączone post-klasycznym sznytem piano, ekstremalnie kreatywne skrzypce doposażane głosem i realizowana na żywo elektronika, która kreuje narrację, ale też transponuje akustyczne frazy na język onirycznej, migotliwej syntetyki. Album konsumuje fragmenty dwóch szwedzkich koncertów tria i kilkuminutowy encore zarejestrowany w Ostrawie.

Pierwszy fragment trwa kwadrans i jest efektownym wprowadzeniem do świata zbilansowanej elektroakustyki. Oniryczna aura, niespieszność, ale też głęboko zakorzeniona wola tworzenia czegoś zaskakującego. Pianistka, to ocean nostalgii, skrzypaczka - bezkres kreatywności, a elektronik – dramaturgiczny rozmach. Pieczołowicie budowana opowieść w fazie wielominutowej finalizacji zapewnia intrygujące spiętrzenie. Kolejne dwie historie są nieco krótsze – ta pierwsza, to rodzaj zabawy z rozkołysanym rytmem, ta druga, lepiona z drobiazgów, zdaje się bazować na dysonansie wystudiowanego piana i zjednoczonych sił skrzypiec oraz live processingu. Czwarta część, najdłuższa w zestawie, to crème de la crème albumu. Delikatny start, nerwowe, rytmiczne rozwinięcie, kreatywny minimal w fazie uspokojenia, a w ramach puenty dodatkowy instrument (melodika) i wejście na poziom intensywnej … medytacji w klimatach AMM. Utwór piąty przynosi dramaturgiczny spokój i garść brzmieniowych niespodzianek, z kolei finałowa opowieść, mimo, iż stanowi koncertowy bis, generuje mnóstwo emocji – od elektronicznych wiwatów, przez skrzypcowe mikro eksplozje, po preparowany falling down z udziałem melodiki.



 

Ilia Belorukov & Marina Džukljev Everything Changes, Nothing Disappears (Acheulian Handaxe, DL 2024)

MSUV, Nowy Sad, Serbia, od grudnia 2002 do lutego 2024: Ilia Belorukov – saksofon altowy, obiekty oraz Marina Džukljev – fortepian, preparacje. Siedem improwizacji, 40 minut.

Ilia i Marina, to artyści, których na tych łamach cenimy i staramy się często o nich pisać. Ten album, to bodaj ich pierwsze wspólne nagranie. Saksofonista, którego znamy także ze świata elektroakustycznego eksperymentu, tu stawia na konkret. Albo jest free jazzowym potworem, albo wysublimowanym preparatorem. Z kolei pianistka zdaje się mieć tysiące twarzy, ale w każdej z nich jest definitywnie przekonywująca. Świetnie radzi sobie zarówno na rozgrzanej klawiaturze, jak i w głębokich odmętach pudla rezonansowego. I jeszcze sygnalizuje wyjątkowo wyczulony zmysł rytmiczny. Innym słowy – świetny album! Spójny, doskonale skonstruowany, choć jest sumą kilku improwizowanych spotkań.

Początek jest minimalistyczny i bazuje na metalicznym rezonansie. Narracja urokliwie pęcznieje, niesiona równym, doboszowym rytmem pianistki. Drugi epizod, to free jazzowy wrzask. Emocje w dętej tubie świetnie tu korelują z narracją piana, realizowaną from inside to outside. Trzecia opowieść jest neurotyczna, pachnie dalekim wschodem, rysowana najgłębszymi strunami piana i saksofonowym bezdechem. Kolejna opowieść także pozbawiona jest dynamiki, ale kasą jeszcze większą urodą. To oniryczna ballada, matowo brzmiąca, sycona minimalistyczną repetycją. Piątka, to kłęby kurzu unoszące się nad free jazzowym pogorzeliskiem. To sekwencja instynktownych preparacji, realizowanych na ekstremalnie połamanej rytmice. Przedostatnia historia sięga po jazz, ale tylko po to, by jego idee zdeptać energią drapieżnej, silnie unerwionej improwizacji. Album wieńczy mroczna, definitywnie piękna koda, osadzona na post-rytmicznych preparacjach strun i dętej tuby.



 

Lenglet/ Bodart/ Bramnk L'humeur des non jours (Circum-Disc, CD 2024)

La malterie, Lille, czerwiec 2023: Philippe Lenglet – gitara akustyczna, elektronika, Samuel Bodart – fortepian preparowany oraz Falter Bramnk – instrumenty perkusyjne, preparacje. Dziewięć improwizacji, 55 minut.

Trójka mniej rozpoznawalnych francuskich improwizatorów upichciła wielominutową improwizację, która warta jest przynajmniej kilku skupionych odsłuchów. Narracja bazuje na dźwiękach preparowanych, podana w dziewięciu częściach ma zgrabnie udramatyzowany ciąg przyczynowo-skutkowy. Ostry, wyrazisty początek, fazę rozbudowanych medytacji i garść eksperymentów w końcowych utworach. Nazwiska muzyków zapisujemy w naszych kajetach grubym flamastrem!

Zgodnie z anonsem dwie pierwsze improwizacje stawiają nas do pionu. Otwierane na raz, wyraziste ekspozycje, rodzaj permanentnie tłuczonej akustyki gitary, piana i instrumentów perkusyjnych. Muzycy świetnie na siebie reagują. Nawet w sytuacjach dynamicznych wyczuleni są na niuanse brzmieniowe, zdolni do riposty w każdym momencie. Począwszy od trzeciej odsłony ich opowieści stają się leniwe, rozwarstwione, osadzone w aurze niedopowiedzenia. Bywają teraz delikatni, dobrze czują się w mroku, w poświacie subtelnego rezonansu. Chętnie wchodzą w strefę minimalizmu, choć incydentalnie przejawiają skłonności do dynamizowania narracji. Ich piąta historia karze zadać pytanie o definicję muzyki konkretnej. W kolejnej części ich egzystencjalny dygot z jednej strony tonie w echu, z drugiej nabiera lokalnej intensywności. Dwie końcowe opowieści, w tym szczególnie ta najdłuższa, przedostatnia, to obszar poszukiwania nowych rozwiązań. Dostajemy garść dźwięków, których pochodzenia nie jesteśmy w stanie precyzyjnie wskazać. Muzycy korzystają zapewne z elektroniki - brzmienie ich instrumentów wydaje się amplifikowane. Chętnie sięgają po smyczki, a arsenał metod preparowania rośnie z każdą chwilą. Ostatnia prosta przynosi drobne spiętrzenie, jakby artyści chcieli nas wybudzić nim wydadzą ostatni dźwięk.



 

Schneider & Serries Schneider Serries (Schneider Collaborations, LP 2024)

The Loundry Room, Hückelhoven, Niemcy, czerwiec 2023: Dirk Serries – gitara elektryczna oraz Jörg A. Schneider – perkusja. Pięć improwizacji, 36 minut.

Belgijskiego gitarzystę Serriesa znamy na tych łamach doskonale – zarówno jak wrażliwego, improwizującego akustyka, jak i dark-ambientowego elektryka. Tu, w duecie z niemieckim perkusistą Schneiderem, mamy niepowtarzalną okazję poznać go jako instrumentalistę niemalże noise rocka. To z pewnością jeden z jego najgłośniejszych albumów.

Pierwsza odsłona albumu świetnie dokumentuje fakty zasugerowane zdanie wcześniej. Noise rockowa gitara skulona w kłębie post-bluesa wraz z samonapędzającą się maszyną circle drums systematycznie buduje tu ścianę dźwięku. To także rodzaj prog-rocka w stanie agonii, w chmurze dogorywającej psychodelii. Kolejny utwór pogłębia ów stan, ciekawie balansując pomiędzy ginącą melodią i kreatywnym hałasem. Ta część albumu przywołuje w pamięci nagrania Fear Falls Burning, ale zagubione w nieznośnym upale południowego Texasu, zatopione w magmie repetycji. Trzecią część wypełnia płonąca gitara hard-rocka, a kumulujący się wokół niej drumming dopełnia miana power duo. W czwartym epizodzie Serries przypomina epigona ambientu, dla którego jedynym ratunkiem jest ucieczka w psychodelię. W ostatniej części jego gitara wpada w wieczną pętlę powtórzenia. Jej brzmienie zagęszcza się z każdą sekundą, skutecznie tłamsząc melodykę, choć samo frazowanie wydaje się najłagodniejsze z możliwych.



 

Christian Vasseur & Dirk Serries Floating Similarities (Creative Sources, CD 2024)

Kapel Oude Klooster, Brecht, styczeń 2024: Christian Vasseur – siedmiostrunowa gitara klasyczna, strojona ćwierćtonowo, głos oraz Dirk Serries - archtop guitar. Siedem improwizacji, 43 minuty.

Teraz dla odmiany zanurzymy się w bezkresie gitarowej akustyki. Serries przesiada się na swój ulubiony archtop, a jego partner Vasseur sięga po instrument klasyczny, ale stroi go dalece nietypowo. Efekt jest więcej niż udany – bystra dramaturgia, moc soczystego brzmienia i niczym nieskrępowana kreatywność, na koniec ubarwiona efektownymi wokalizami.

Muzycy zdają się tu toczyć batalię o najpiękniejszy dźwięk, a zaczynają ją od smyczkowego frazowania. Jedna gitara śpiewa, druga rzęzi jak gruźlik. Moc kreacji jest z nimi w każdym momencie, zarówno wtedy, gdy cedzą dźwięki w trybie minimalistycznymi, jak i wtedy, gdy ekspresja niesie ich na wysokie wzgórze. Lubią rytm, potrafią być naprawdę delikatni, ale nie przestają kąsać ciętymi ripostami. W trzeciej odsłonie śpiewają razem rozdygotaną mantrę, w części kolejnej pachną onirycznym post-bluesem, nie bez autoagresji, by w epizodzie piątym pieścić struny, poszukiwać zjawisk definitywnie post-akustycznych i ostatecznie popaść w intrygującą repetycję. W części szóstej artyści koncentrują się na dźwiękach preparowanych. Najpierw szemrają po kątach, potem nabierają dynamiki i sieją zamęt. Ostatnia improwizacja jest tą najdłuższą i mieni się wszystkimi kolorami tęczy. Flażolety, drobne szarpnięcia, brzmienia niemal gamelanowe, a w ramach reasumpcji wokaliza mezuina, niesiona bystrym rytmem.



 

Barry Guy & Rafał Mazur Harmony in Diversity (Not Two Records, LP 2023)

Alchemia, Kraków, listopad 2021: Barry Guy – kontrabas oraz Rafał Mazur – akustyczna gitara basowa. Osiem improwizacji, 36 minut.

Spotkanie perfekcyjnie brzmiącego kontrabasu i akustycznej gitary basowej, do tego w takim personalnym wykonaniu, nie mogło nie stać się czymś wyjątkowym. Artyści świetnie ze sobą kooperują, doskonale się słuchają, a ich instrumenty bystrze interferują, ale chyba największym zaskoczeniem jest fakt, iż kontrabas i akustyczna basówka potrafią brzmieć na tyle bliźniaczo, że nie zawsze jesteśmy pewni, który z instrumentów odpowiada za dany dźwięk. Muzycy prezentują nam osiem improwizacji, z których ledwie trzy przekraczają pięć minut. Zatem forma, dramaturgia, zapewne także selekcja materiału, to elementy, nad którymi także warto się tu pochylić.

Od startu emocji nie brakuje. Początek tkany jest z drobnych fraz, gdzie arco może oznaczać subtelne szarpnięcie za struny, a rozśpiewane pizzicato maźnięcie zamaszystym pędzlem. To lekko udeptany post-barok, tudzież kameralny post-jazz, niesiony intuicją i kreatywnością jednego muzycznego ciała, rozsiewającego często dźwięki brzmiące imitacyjnie. Muzycy szczególnie dobrze czują się w momentach wzrostu dynamiki i intensywności przekazu. Precyzja wykonania trzyma ich temperament w ryzach, ale i tak wokół każdego unoszą się tumany kurzu. W drugiej części ich wspólne arco śpiewa, a na etapie rozwinięcia pojawia się mnóstw szumów i szmerów. Swoją rolę odrywa tu podskórna warstwa rytmiczna, choć jej linearność bywa zmyślnie komplikowana. Szczególną jakość wnosi czwarta, ponad dziesięciominutowa opowieść. Na jej starcie artyści wydają się agresywni, rozgrzani do czerwoności. Dociskają struny, uderzają w pudła rezonansowe, ale potem zanurzają w gęstwinie preparowanych fraz. Słyszymy delikatne flażolety i niedźwiedzie pomruki, mroczne westchnienia i plamy rezonansu. Ostatnie cztery improwizacje trwają łącznie krócej niż ich poprzedniczka. Dużo w nich drobnych akcji i zaskakujących wolt dramaturgicznych. Perkusjonalne zrywy, melodyjne interwały, post-barokowe zjazdy i podjazdy. Wszystko w kongenialnej komunikacji.



 

Lauri Hyvärinen & Jukka Kääriäinen Pulled Apart by Horses (Bokashi Records, CD 2024)

Helsinki, od grudnia 2023 do stycznia 2024: Lauri Hyvärinen i Jukka Kääriäinen – gitary elektryczne. Pięć improwizacji, 34 minuty.

Naszą gitarową przygodę kontynuujemy w Helsinkach. Na scenie dwóch tamtejszych gitarzystów i zapewne kilogramy przetworników, wzmacniaczy i tego wszystkiego, co służy do stymulowania brzmienia gitary elektrycznej. Efekt pracy artystów jest więcej niż imponujący, choć momentami można odnieść wrażenie, że narzędzie pracy jest tu ważniejsze niż efekt końcowy. Finowie wiedzą jednak, co to umiar, dbają o komfort naszych narządów słuchu, zatem koński album zdecydowanie polecamy, nie tylko dlatego, iż jego odsłuch zajmuje niewiele ponad dwa kwadranse.

Muzycy od startu nie kryją, iż wiele ich akcji bliskich będzie miana hałasu – improwizacje nieustannie sycą przesterami, sprzężeniami, spiętrzeniami i dość syntetycznie brzmiącymi grzmotami. Ich palce są wyjątkowo zwinne, a wzmacniacze ogniste. Na obu flankach narracji nie brakuje ciekawych i zaskakujących brzmień, w czym wiedzie prym lewa strona. Tego typu zjawisk artyści nie skąpią nam szczególnie na początku drugiej i trzeciej części. Za pierwszym razem kroczymy po dnie zamulonego jeziora, za drugim drgamy i dajemy się wieść dubowej poświacie. Efektem każdej z tych akcji jest zdrowa porcja noise guitars na etapie rozwinięcia. Muzycy wskazują nam kilka konotacji gatunkowych, ale jeśli do którejś jest im najbliżej, to zapewne do post-rockowej. W części trzeciej nie szczędzą nam martwych plam ambientu i posmaku post-industrialu. Czwarta odsłona zdaje się być tą najbardziej dynamiczną, pełną dobrej energii i szczypty psychodelii, budowaną także post-gitarowymi pasmami, które brzmią niczym noworomantyczny syntezator. Ostatnia, najkrótsza opowieść, to kłęby gitarowych nerwów, brak zgody na ciszę, prawdziwa burza z piorunami.




Henrik Olsson Hand of Benediction II (Barefoot Records, CD 2023)

Miejsce i czas nieznane: Henrik Olsson – gitara elektryczna, syntetyczne przetworniki, Egil Kalman – syntezator modularny, Jeppe Skovbakke – bas elektryczny oraz Rune Lohse – perkusja. Piętnaście utworów, 40 minut.

Ile dramaturgicznych pomysłów i zasobów niespożytej energii można pomieścić na albumie trwającym niespełna trzy kwadranse? Wedle Henrika Olssona – nieskończenie wiele! Niestygnący temperament, iście zornowska dezynwoltura, nieustanna zmienność akcji i niewyczerpalna, artystyczna bezczelność. Tym karmi się druga edycja Hand Of Benediction – instrumentalnie poszerzona w stosunku do jedynki o syntezator modularny. Oto muzyka, która nie bierze jeńców!

Start mówi tu wiele – połamany, punkowy rytm, roztańczona, ribotowska gitara, czerstwy śpiew syntezatora i elektryczny bas sunący rockowym krokiem. Mimo narracyjnego szaleństwa całość jest ścisłe zaprogramowana, a porcje czasem dalece swobodnych improwizacji dopasowane do struktury i poziomu emocji danego epizodu. Z jednej strony funkowe rytmy, z drugiej intrygujące plamy syntezatora (choćby intro do szóstej opowieści), który wnosi do HOB nowy, niekiedy zagadkowy, ale zawsze wartościowy element. W tej grze wszystko jest możliwe, a nawet wskazane. W ósmej opowieści mamy dyskotekowy motyw syntezatora, funkowy bas, zmutowany hard-rock gitary i perksyjne kłęby dymu. Za każdym rogiem czai się tu niespodzianka – brzmieniowa lub dramaturgiczna, albo obie na raz. W jedenastym epizodzie dopada nas prawdziwie rockowe solo gitary, a w dwóch ostatnich piosenkach dominuje free jazzowa perkusja, której definitywnie po drodze ze srogo usposobionym syntezatorem.



 

Sly & The Family Drone Moon is Doom Backwards (Self-released, LP/DL 2024)

Larkins Farm, wrzesień 2021: James Allsopp – reeds, klarnet basowy, Kaz Buckland – perkusja, elektronika, reeds, Matt Cargill – elektronika, głos, instrumenty perkusyjne, Ed Dudley – elektronika, głos oraz Will Glaser – perkusja, elektronika. Siedem utworów, 33 minuty.

Ten brytyjski band zwykliśmy uważać za dość szaleńcze combo. Rytm, niewyczerpalne złoża ekspresji i spore porcje hałasu, to atrybuty ich dotychczasowych, niezwykle energetycznych performansów. Na nowym albumie Sly pokazują spokojniejsze oblicze. Introdukcje pierwszych sześciu utworów są wyważone, nawet odrobinę liryczne, a moc ich rytmicznej artylerii ukryta jest na backstage’u. Dopiero po kilku minutach polirytmiczne perkusje wchodzą do gry, a wtedy można już tylko tańczyć lub uciekać.

Na starcie pierwszej opowieści pulsuje elektronika, słyszymy perkusyjne talerze i ciepły tembr dęciaka. Po kilku minutach ta odsłona Księżyca nabiera znamion post-jazzowego hippie trip. Każda kolejna introdukcja szyta jest innym ściegiem – czasami to rwane, post-elektroniczne pulsacje, doposażone saksofonem zanurzonym w chmurze pogłosu, innym razem, to plama rezonansu, która napotyka na akustyczne frazy, zagubione w przestrzeni kosmicznej. Bywa, że grę inicjuje tu dęciak, wokół którego panoszy się syntetyka, ścieląc pasmo, po którym za moment przetoczy się rozwarstwiony, wielopłaszczyznowy rytm. Utwór szósty rozpoczynają dzwonki, suche podmuchy saksofonu i elektroniczny szmer backgroundu. Uśpione przez całą ekspozycję perkusje budzą się do życia dopiero w ostatniej, dwuminutowej opowieści. Tu króluje stary Sly - krzyczy, dmie, urokliwie hałasuje w pierwotnym rytuale tańca.



 

Taku Sugimoto, Masahiko Okura, Wakana Ikeda & Pere Xirau 見性 kensho (Blu-Rei Records, Kaseta 2024)

Ftarri, Tokyo, lipiec, 2024: Taku Sugimoto – gitara, Masahiko Okura – klarnet, Wakana Ikeda – flet oraz Pere Xirau – glockenspiel. Dwie kompozycje, 37 minut.

Kataloński perkusista i perkusjonalista Pere Xirau od pewnego czasu spędza wiele chwil w dalekiej Japonii. Dużo tam muzykuje, a efekt jednego ze spotkań prezentuje w lokalnym (ze swojego punktu widzenia) labelu na przaśnej kasecie magnetofonowej. Obie jej strony zawierają rozbudowane kompozycje konsumujące dźwiękowe plamy gitary, klarnetu, fletu i perkusjonalii poprzedzielane niekończącymi się buforami ciszy. Nagranie ma definitywnie medytacyjny charakter, wynosi ideę minimalizmu do rangi sztuki wysokiej, a nade wszystko uczy cierpliwości – po obu zresztą stronach sceny.

Atrybuty nagrania wylistowane w poprzednim zdaniu szczególnie dobitnie prezentuje strona pierwsza. Tworzą ją pojedyncze frazy fletu i klarnetu, mikro dźwięki z gitary i równie rozlegle w czasie porcje metalicznie brzmiących dźwięków glockenspiel. W początkowej fazie nagrania cisza trwa tu z pewnością dłużej niż ekspozycja instrumentalna. Ta ostatnia na ogół lepi się w krótkotrwały dron realizowany wspólnie przez wszystkich uczestników spektaklu. Wraz z upływem czasu można odnieść wrażenie, że w strudze leniwej narracji pojawiają się nowe, drobne elementy, na ogół z obszaru, za który odpowiedna Xirau. Mantra ciszy, oddechu i wyczekiwania nie ma tu realnego końca. Druga strona kasety zdaje się być odrobinę bardziej … dynamiczna. Porcje ciszy są krótsze, zdarza się, że partie instrumentalne następują jedna po drugiej bez pauzy. W dalszej fazie ekspozycji bywa, że Katalończyk realizuje coś na kształt drummingu. Sam finał grany jest na jednym, dość długim, jak na kanony tego nagrania, posuwistym wydechu.

 

 

piątek, 29 grudnia 2023

Barcelona makes the world go round: Isysxae! Chant! Garcia & Guionnet! Pricto! Nonetheless! AX!


Nic lepszego nie mogło nas spotkać na koniec spontanicznego, umierającego już niechybnie roku 2023 niż zestaw pełnokrwistych nowości z naszej ukochanej Barcelony!

Czeka dziś na nas sześć wyjątkowo smakowitych świeżynek – pewien koncert z poznańskiego Dragona (jakże być inaczej!), dwie premiery nowego labelu Hera Corp., założonego przez Alexa Reviriego (z silnymi akcentami baskijskimi i francuskimi), wreszcie trzy najnowsze dziecięcia Discordian Records, a pośród nich pierwsza solowa płyta El Pricto!

So, welcome and dance to the end of the year 2023!



 

Isysxae Living Systems Decay - Live in Poland (Bandcamp’ self-released, kaseta 2023)

Dragon Social Club, Poznań, Fast Forward 6th Spontaneous Music Festival, październik 2022: Ferran Fages – gitara elektryczna, Tom Chant – saksofon tenorowy i sopranowy oraz Pere Xirau – perkusja. Trzy improwizacje, 14 minut.

Katalońskie trio zagrało na deskach poznańskiego Dragona 32-minutowy set. Na potrzeby albumu muzycy wykroili z niego ledwie trzy fragmenty – niespełna dwuminutowy, niespełna ośmiominutowy, wreszcie niespełna czterominutowy. Oczywiście decyzja artysty bywa rzeczą świętą, niemniej tych, którzy ów koncert widzieli w całości zdaje się dopadać niewymowny żal nieodwracalnej straty. Ów konceptualny minimalizm w zakresie formy zdaje się być jednak znakiem rozpoznawczym Isysxae – ich debiutancki, studyjny album trwał całe … 22 minuty. Wszystkie te dywagacje możnaby puścić w niebyt zapomnienia, gdyby nie drobny fakt, iż muzyka Fagesa, Chanta i Xirau, to jedno z najciekawszych zjawisk na współczesnej, europejskiej scenie free impro.

Pierwsza plama krwi, to post-rockowy wymiot, ulepiony z riffu ciężkiej gitary, kompulsywnego wrzasku saksofonu tenorowego i porcji circle drums, która oplata wszystko niczym gęsta, tłusta pajęczyna. Lepki, siarczysty pomiot dźwięku, zastygająca plama napalmu o zbyt filmowym poranku. Drugi wyziew fonii tworzą preparowane frazy wprost z rozgrzanego werbla, tuba saksofonu rżąca jak dobijany koń, wreszcie gitarowe plamy sprzężeń i narastającego przesteru. Lawa zdaje się tu być już całkowicie zastygła, stygmatyzuje dźwięk, buduje ścianę post-industrialnego hałasu. Zdaje się, że wszystko tu wyje, rozdziera szaty, dotkliwie samokaleczy się. Perkusja w wiecznej pętli, saksofon z tubą ryjącą dziurę w ziemi i gitara w stadium umierającej post-fonii. I to wszystko wydaje się być podejrzanie lekkie, jakby zaczynało unosić się w powietrzu. Trzeci strzęp koncertu w fazie początkowej tonie w echu gitarowej amplifikacji, wdechów wprost do tuby i perkusjonalnych zdobień. Represyjny dub zaczyna pulsować, towarzyszy mu szczebiot rozklekotanej perkusji, z kolei saksofon rysuje pętle niczym pijany lunatyk. Umierający spektakl post-dźwięku przypomina gasnące ognie sztuczne rozproszone w złotym palenisku.



 

Tom Chant Solo (Hera Corp., Kaseta 2023)

La Isla (Kraj Basków?), czas nieznany: Tom Chant – saksofon tenorowy i sopranowy. Sześć improwizacji, 31 minut.

Tom Chant pozostaje z nami, by zaprezentować swoją pierwszą (!) solową płytę. Trzy improwizacje na saksofon tenorowy, tyleż na sopranowy, a wszystko z permanentnym wykorzystaniem tzw. technik rozszerzonych, czyli przekładając na język bardziej zrozumiały – nie będzie melodii, jedynie samo cierpienie. A że barceloński Brytyjczyk, to mistrz tego typu dętych eksploracji, płyta Solo nie może nam nie sprawić gigantycznej radości z odsłuchu.

Pierwsza tenorowa zawierucha zdaje się mieć całkiem naturalistyczny wydźwięk. Przypomina niedźwiedzia w trakcie czynności fizjologicznej, tudzież dzikie koty w pogoni za sforą nieznośnych myszy. Soundtrack do kreskówek Walta Disneya? Muzyk stosuje krótkie odcinki fonii, a oddziela je przerwami na wzięcie oddechu. Pracuje jak żywy człowiek, ale czasami przypomina post-industrialną maszynę do generowania szumów i pisków. Naturalność całej sytuacji scenicznej podkreśla piejący w oddali kogut, z którym muzyk zdaje się wchodzić w drobne interakcje. W części drugiej narracja bardziej skłania się ku onirycznym dronom z odrobiną melodii. Muzyk rzeźbi teraz skałę łyżeczką do herbaty. W części trzeciej można odnieść wrażenie, że Chant szuka granicy akustycznego przesteru, ponownie woli krótkie, urywane frazy. Sopranowa część albumu nie jest bynajmniej bardziej łagodna. Artysta szuka swojego dźwięku, szyje frazy, które przypominają pracę silnika elektrycznego, a może zepsutego wentylatora. Tuba jego instrumentu jest tu chyba zamknięta od pierwszej do ostatniej sekundy. Drżenie powietrza i półwrzask rozgrzanych dysz, a wszystko jakby doprawione posmakiem tajemniczej syntetyki. W finałowej ekspozycji muzyk początkowo szuka echa, a może ściany, od której odbijają się dźwięki jego instrumentu. Można także odnieść wrażenie, że nie tylko generuje dźwięki instrumentalne, ale także przemieszcza się z saksofonem kreując dodatkowe fonie. A na koniec znów przypomina leśne zwierzę szukające ofiary.



 

Miguel A. García & Jean-Luc Guionnet Duo (Hera Corp., Kaseta 2023)

Sala Bastida, Azkuna Zentroa (Bilbao), czas nieznany: Miguel A. García oraz Jean-Luc Guionnet – elektronika, elektroakustyka (instrumentarium nieoznaczone). Dwie improwizacje, 41 minut.

Bask i Francuz, to artyści, których znamy z wielu elektroakustycznych eksploracji, tego drugiego także z soczystych, saksofonowych wycieczek w nieznane. Tu spotykamy obu zaplątanych w niekończące się zwoje kabli. Ich elektroniczny i akustyczny ekwipunek zdaje się funkcjonować w symbiozie, jakkolwiek dźwięki syntetyczne pozostają w dużej przewadze. Estetyka duetu, to może nie jest do końca nasza bajka, ale trzeba artystom oddać, iż z plejady różnorakich, mniej lub bardziej tajemniczych fraz są w stanie budować zwarte, linearne, na poły dronowe improwizacje, które są udaną puentą obu długich, wielominutowych minutowych odcinków.

Pierwsza, nieco dłuższa improwizacja zdaje się unaoczniać tezę zawartą w poprzednim zdaniu w sposób szczególnie dobitny. Muzycy startują z poziomu drobnych, rwanych fonii i swobodnie płyną od szmeru ciszy do mikro eksplozji hałasu. Efektem ich wielominutowych eksploracji jest oniryczny dron, upstrzony plejadą nieinwazyjnych mikro usterek. Druga część wprowadza do zastanej estetyki nowe elementy. Na starcie zgrzyty i piski zdają się być niesione tajemniczym rytmem. Muzycy wchodzą w intrygujące interakcje, dodając raz za razem nowe dźwięki. W połowie improwizacji tłumią elektroakustyczne emocje i na dłuższą chwilę zanurzają się w chmurze martwego ambientu. Z czasem, metodą jaką znamy z pierwszej części, tworzą wspólny, dźwiękowy front, rodzaj półpłynnej lawy pełnej drobnych post-fonii. Tu ostatecznym rezultatem ich prac jest ściana dźwięku, definitywnie pobudowana z materiałów łatwopalnych.



 

El Pricto Moonburnt (Discordian Records, DL 2023)

Miejsce akcji nieoznaczone, Barcelona (?), 2019-2022: Prictopheles - syntezatory, prictar, klarnet i głos. Dziesięć utworów, 32 minuty.

Kolejna znacząca, barcelońska postać muzyki kreatywnej z debiutanckim albumem solowym! Oto i El Pricto, muzyk, który już kilka lat temu porzucił saksofon na rzecz instrumentarium elektronicznego – na ogół analogowego, także własnej produkcji. Jego płyta przynosi nam mnóstwo wrażeń. O ile w części pierwszej artysta stawia na umiar i precyzję wypowiedzi, o tle w drugiej uwalnia swój temperament i szyje nam kilka kompulsywnych opowieści w klimatach noise & harsh. Ta druga odsłona solowego Pricto zdaje się być przeznaczona jedynie dla wielbicieli gatunku, reszcie pozostaje zachwyt nad bezgraniczną kreatywnością muzyka.

Początek albumu jest dalece dynamiczny. Tworzy go kilka zwinnie uformowanych warstw trzasków, zgrzytów i drobnych przesterów, którym w tle towarzyszy pasmo ambientu. W kolejnych opowieściach Pricto bogaci flow akcentami perkusyjnymi, którym nadaje okazjonalnie posmak dubowy, a które ciągle wzmacnia strumieniem ambientu. W tym tyglu zdarzeń nie brakuje też pasm, które wydają się być post-akustycznymi melodiami, niczym wspomnienia dawno utraconej młodości. Elektroakustyczna burza śnieżna zaczyna się od utworu numer cztery i wypełnia nasze receptory słuchu aż do ostatniego, znów bardziej stonowanego fragmentu. Muzyk kreuje tu na ogół krótkie, noise’owe frazy, które szereguje w potoki mniej lub bardziej inwazyjnych fonii. Czasami jego narracja przypomina taśmę magnetofonową puszczoną od tył. W ostatniej opowieści melodie utraconej młodości zdają się triumfalnie powracać. Rozdygotany ambient w bogatym bukiecie akcji post-percussion cudownie koi nasze zmysły i pozwala wspominać całe nagranie w bardziej ciepłych kolorach.



 

Nonetheless This Is Not Existing (Discordian Records, DL 2023)

The Golden Apple, Barcelona, wrzesień 2021: João Braz – wiolonczela, Luciano Bagnasco – gitara elektryczna oraz Prictopheles – syntezator, prictar (utwór 5), noise box (3). Pięć utworów, 35 minut.

Wenezuelski magik od analogowej elektroniki zostaje z nami, by wraz z argentyńskim gitarzystą i portugalskim wiolonczelistą zaserwować nam pikantne, swobodnie improwizowane danie o niepoliczalnych walorach smakowych. Gęste, oleiste, ale i lekkie, niemal ulotne. Nade wszystko zaś pokazujące, iż łącznie wody i ognia, tu elektroniki i dźwięków akustycznych, tudzież elektrycznych może dokonywać się w warunkach całkowicie pokojowych, bez jakiegokolwiek rozlewu krwi. Wystarczy klasa samych artystów!

Pierwsze trzy improwizacje możemy tu uznać za rodzaj gry rozpoznawczej, podprowadzenia pod główny utwór albumu, ten czwarty, trwający kilkanaście minut. Najpierw trochę zaskoczeń – syntetyka brzmi tu niebywale delikatnie, podczas, gdy akcje obu strunowców wydają się masywne, twardo brzmiące i niekiedy hałaśliwe. Całość wszakże śmiało możemy zaliczyć do typowego dla sceny Barcelony festiwalu fake sounds. Konia z rzędem temu, kto precyzyjnie wskaże źródła poszczególnych dźwięków. Bywa, że wszystko brzmi tu jak gitara, bywa, że każdy staje się perkusjonalistą. Druga opowieść pachnie eksperymentalnym rockiem – odbiorcy pozostaje wybór najtrafniejszego skojarzenia. King Crimson z okresu Red? Krautrock? Rock in Opposition? Trzecia historia lepi się z drobnych faz wchodzących w wyjątkowo udane interakcje. Wreszcie danie główne, mieniące się niezliczoną ilości kolorów, mające kilka zasadniczych faz. Najpierw to delikatna kameralistyka, potem dark ambient, wreszcie efektowne rozwinięcie, pełne zaskakujących wydarzeń, dźwięków preparowanych i całkiem sporej dawki hałasu. Album wieńczy niespełna trzyminutowa koda, która miast koić emocje, jeszcze je wznieca. Syntetyczne post-percussion, jazzowa gitara i dynamiczne, wiolonczelinowe pizzicato - jakże udane podsumowanie jeszcze bardziej udanej całości.



 

Ehsan Sadigh/ Liba Villavecchia/ Vasco Trilla AX (Discordian Records, DL 2023)

T.U.R.F. (Thriller's Underground Recording Facilities), Barcelona, maj 2021: Ehsan Sadigh – gitara, syntezator gitarowy, Liba Villavecchia – saksofon altowy oraz Vasco Trilla – perkusja. Siedem utworów, 43 minuty.

Na zakończenie przeglądu barcelońskich nowości kolejne trio, tym razem udanie łączące typical bcn sound perkusjonalii i saksofonu z gitarą elektryczną, która na specjalną sesję nagraniową dotarła z dalekiego Iranu. Efekt prac trójki improwizatorów zdaje się być dalece ponadgatunkowy, a międzykontynentalne koincydencje intrygujące, ale trzeba przyznać, iż w mniej dynamicznych ekspozycjach muzycy sprawiają wrażenie przeładowanych pomysłami i potencjalnymi kierunkami, w jakich mogłyby się rozwijać poszczególne improwizacje. Zdecydowanie najciekawiej jest tu w dynamicznych, naznaczonych piętnem psychodelicznego rocka, niekończących się opowieściach z krainy tysiąca i jednej nocy.

I właśnie od takiego, ekspresyjnego utworu zaczyna się album. Gitara bazuje tu na funkowym loopie, perkusja bije rytm, a saksofon zmyślnie ogrywa go jazzowymi strumieniami ekspresji. W utworach parzystych muzycy stawiają na zadumę, rezonujące frazy, saksofonowe drony i gitarę, która wypełnia pustą przestrzeń ambientem, tudzież przeistacza się w syntezator gitarowy, snujący melodyjne opowieści. Z kolei utwory nieparzyste konsekwentnie bazują na rytmie i niosą wiele ciekawszych zdarzeń. Trzecia część, to rodzaj tanecznej narracji z intrygująco połamanym metrum, z kolei w części piątej mamy free jazzowe otwarcie saksofonu i perkusji, pod które podłącza się ekspresyjna gitara niosąca dużo rockowego fermentu. Podobać się może także pieśń pożegnalna, z tym wszakże zastrzeżeniem, iż winna swoje dynamiczne podwoje zakończyć po mniej więcej czterech minutach. Ekspresyjna ostatnia prosta nie jest tu bowiem w stanie zrekompensować kilkuminutowego, dramaturgicznego rozdroża, jakie artyści fundują sobie w trakcie zbyt długiej improwizacji. 

 

 

piątek, 28 kwietnia 2023

The April’ Round-up: Sensitive to Light! Omusue! Brennan! Leib! Bagnasco! Vale! Gonzo! Santa Teresa! Coagulant! Fabriker!


Kwiecień dogorywa, zatem najwyższa pora na comiesięczną zbiorówkę recenzji. Przed nami tradycyjnie moc intelektualnych zaskoczeń, intrygujących brzmień, plejada nowych nazwisk do zapamiętania i równie tradycyjny, recenzencki okrzyk – muzyka improwizowana jest jedna, nie uznaje granic, flag, narodowości, ani nie poddaje się dyktatowi gatunkowych schematów!

Naszą dziesięcioodcinkową podróż zaczynamy swobodną improwizacją w Zjednoczonym Królestwie z akcentem dalekowschodnim. Potem wątek francuski ucieleśniony na ziemi krajowej, po nim skok do Ameryki po garść post-colemanowskiego jazzu, wątek szwajcarski zrealizowany w Argentynie oraz … samotny Argentyńczyk na ziemi hiszpańskiej! Po tych na ogół uporządkowanych akustycznie wydarzeniach uciekniemy w otchłań permanentnego hałasu, albowiem czekają na nas: kreatywny post-rock zmieszany z kompulsywną elektroniką (dwie nowe płyty i nowy label z Portugalii!), white acoustic noise z Barcelony i dwie elektroniczne magmy post-dźwięków w wydaniu krajowym. Nadstawiajcie uszy i bądźcie gotowy na foniczne tortury! Welcome!



Mark Sanders/ Hyelim Kim/ John Edwards  Sensitive To Light (Shrike Records, CD 2023)

Vortex Jazz Club, Londyn, wrzesień 2022: Mark Sanders - perkusja, instrumenty perkusyjne, Hyelim Kim – daegeum oraz John Edwards – kontrabas. Pięć improwizacji, 62 minuty.

Spotkanie dwóch tuzów brytyjskiego free impro, wyposażonych w perkusję i kontrabas, z dalekowschodnią koleżanką posługującą się długim, bambusowym fletem zwanym daegeum, to intrygująca koincydencja, która z jednej strony niesie ocean ciekawych brzmień i zaskakujących interakcji, z drugiej pokazuje, iż ubogie spektrum dźwiękowe prostego instrumentu dmuchanego nie zawsze daje się uzupełnić wielowarstwową narracją wybitnego kontrabasisty i równie znamienitego perkusisty.

Improwizacja otwarcia trwa niewiele ponad trzy minuty i zdaje się być dość energiczną rozbiegówką. Twarde frazy kontrabasu i perkusji napotykają tu na zalotne oddechy fletu, który wije się niczym wąż w gęstych zaroślach. Ten ostatni dość szybko znajduje wspólny język z kontrabasowym smyczkiem. Kolejne cztery improwizacje trwają po kilkanaście minut, dużo w nich przestrzeni, ale także momentów dramaturgicznego zawahania. Z jednej strony bukiet strunowych wspaniałości Edwardsa (jego synkretyczna wariacja arco & pizzicato zdaje się nie mieć równych we wszechświecie), z drugiej punktowa precyzja Sandersa kreują mnóstwo przestrzeni dla rozwoju ciekawych sytuacji scenicznych. Ich opowieść nie jest jednokierunkowa, ale mając u boku lekki, frywolny flet ani razu nie decydują się na free jazzową woltę. Oczywiście nie brakuje dynamicznych spięć i interakcji (to bez wątpienia najlepsze momenty albumu, choćby okolice 10 minuty drugiej części i wiele fragmentów części trzeciej), ale kontrola ekspresji ma tu miejsce na każdym etapie. Zatem tłumiony post-jazz i dalekowschodnia, nerwowa powabność. Ciekawie prezentuje się czwarta improwizacja, która w fazie początkowej stawia na filigranowe brzmienia i niemal ceremonialną powolność. Drżący smyczek sieje tu dramaturgiczny ferment, a gdy trzeba szukać emocji, tryb pizzicato dostarcza odpowiednią dynamikę. Z kolei finałowa narracja zdaje się być zlepkiem porzuconych wątków narracyjnych, śmiało mogłaby w procesie edycji wylądować w koszu. Ostatnia prosta, to nerwowe podrygi samotnego kontrabasisty - próba stawiania pytania o zasadność dalszego rozwijania improwizacji.



Guillaume Gargaud/ Patrice Grente/ Thierry Waziniak  Omusue (Torf records, CD 2023)

Le Havre, Francja, sierpień 2022: Guillaume Gargaud – gitara akustyczna, Patrice Grente – kontrabas oraz Thierry Waziniak – perkusja. Siedem improwizacji, 45 minut.

Francuska, w pełni akustyczna, jakże swobodna improwizacja, ale wydana nad Wartą! Post-baileyowska gitara, która nie boi się neo-klasycznych zdobień, wytrawny, czysto brzmiący kontrabas - od post-barokowych, smyczkowych śpiewów, po kompulsywne emocje dalece bluesowej proweniencji, wreszcie punktowa, czujna, świetnie dopowiadająca strunowe kwestie perkusja. Siedem 5-7 minutowych, zwartych opowieści na temat, z dobrą dramaturgią, konstruowanych wedle zasady, iż smakowite, ekspresyjne kwestie warto poprzedzać lekko zadumanymi introdukcjami.

Jakby na przekór zasadzie postawionej w poprzednim zdaniu, początek albumu zdaje się być ognisty niemal od pierwszej frazy. Bystre tempo, kocia zwinność, precyzja każdej akcji i koherentne, niewydumane brzmienie. W tej niebanalnej improwizacji wszystko do siebie pasuje, jakby krojone było jednym cięciem skalpela. I jeszcze oddech post-nowoczesnego flamenco, tudzież renesansowe myśli w ramach wisienki na torcie. W drugiej opowieści muzycy pokazują, iż także ograniczając środki wyrazu są w stanie skutecznie przekuwać uwagę. Równie dobrze radzą sobie w nieekspresyjnej post-balladzie, która nabiera rumieńców dzięki świetnie robocie drummerskiej. W czwartej odsłonie budują wielowarstwową narrację plejadą mniej lub bardziej zadziornych short-cuts. W dwóch kolejnych improwizacjach jeszcze większą wagę przywiązują do detali narracyjnych, a obie formują w zgrabne, post-bluesowe opowieści. W pierwszej z nich zachwyca nas gitara, w drugiej, nie po raz pierwszy, moc akcji na werblu, tomach i talerzach. Finałowa opowieść na starcie wydaje się być końcową balladą, ale – znów bez zaskoczenia – przybiera na ostatniej prostej całkiem ogniste kształty. 



Patrick Brennan Sonic Openings  Tilting Curvaceous (Clean Feed Records, CD 2023)

Manhattan Sky Studios, NYC, wrzesień 2021: Patrick Brennan – saksofon altowy, kompozycje, Brian Groder – trąbka, flugelhorn, Rod Williams – fortepian, Hilliard Greene – kontrabas oraz Michael TA Thompson - trap drums. Czternaście utworów, 50 minut.

Rzadka na naszych łamach okazja zagłębienia się w kreatywną muzykę amerykańską nietworzoną przez znudzone legendy gatunku. Kwintet alcisty Patricka Brennana to solidna porcja dobrze skonstruowanego open jazzu, któremu niewiele brakuje do swobody free, a który koncentruje się na budowaniu dramaturgii dalece oryginalnymi metodami. Jak sam autor zeznaje, czternaście utworów na albumie, to nie tyle kompozycje, co raczej rozbudowane wariacje na temat zadanej struktury rytmicznej. Zatem z dala od melodyjnych tematów, z nieustanie obecną rytmiczną złożonością i dużą dawką wolnej przestrzeni na improwizacje, tu zawsze bardzo konkretne i nieprzegadane. Wreszcie posmak na poły krzykliwego, rozgadanego frazami trąbki i saksofonu, free jazzu rodem spod pióra Ornette’a Colemana.

Już pieśń otwarcia, budowana dętymi dialogami, połamaną rytmiką kompulsywnej perkusji i kontrabasu, daje nam przedsmak emocji. W kolejnych częściach artyści serwują nam swingującą post-balladę, która szybko nabiera rumieńców, zwinną synkopę płynącą na basowym groove, wreszcie graną bez instrumentów dętych post-ragtime’ową zajawkę fortepianu. W piątej części podoba nam się smyczek kontrabasowy, który niesie trąbkę i saksofon niemal do samego nieba. W kolejnych odsłonach albumu prym wiodą dęciaki, których bystre wymiany poglądów często stanowią miarę jakości utworu. Każda opowieść zaczyna się tu inaczej, w każdej muzycy dochodzą do sedna narracji innymi metodami. Na tle całości wyróżnia się dziesiąta część, najdłuższa na albumie. Zaczyna ją saksofon, któremu wtóruje minimalistycznie usposobiona sekcja rytmu. Z jednej strony tradycja jazzu, z drugiej colemanowska swoboda, wreszcie zwarty, marszowy szyk opowieści. W dwunastej części podobać się może rozbudowane basowe solo, a w kolejnej kwaterowe (bez altu) tańce-łamańce. Wreszcie finał, który jest samotnym, altowym, jakże zgrabnym podsumowaniem.



Leib  Mother Hologram​/​Sister Anagram (Neue Numeral, LP/DL 2022)

Czas i miejsce nagrania nieoznaczone: Kevin Sommer - klarnet, Cyrill Ferrari – gitara oraz Lukas Briner - perkusja. Sześć improwizacji/ kompozycji, 41 minut.

Byli już dziś Francuzi wydawani w Polsce, teraz Szwajcarzy upubliczniani przez Argentynę! Rozhuśtany, zdolny do ponadgatunkowych eskapad klarnecista, gitarzysta z instrumentem naładowanym sporą dawką prądu i adekwatnych przetworników dźwięku, wreszcie czujny, czupurny perkusista – wszyscy oni w zestawie pięciu krótkich i jednej długiej improwizacji, które postanowili dopieścić mianem kompozycji.

Słowo się rzekło, pierwsza strona winyla, to pięć wątków, które z jednej strony dobrze się uzupełniają, z drugiej pokazują, iż Szwajcarzy doskonale czują się niemal w każdej zadanej estetyce. Początek, to zmysłowe, kameralne drony, udanie introdukowane syntetycznymi plamami spod gitarowego gryfu. W drugiej odsłonie gęste, post-jazzowe plejady short-cuts, stylowo lepione w zwartą magmę improwizacji. W kolejnym epizodzie powrót do dłuższego frazowania, nasyconego odrobiną udanej psychodelii. Gitara świetnie tu pracuje z klarnetem, nie stroni od ambientowego tła, a utwór finalizuje się leniwym strumieniem drummingu. Jeszcze tylko kilka post-rockowych nacięć na skórze i soczysty strumień klarnetowych, rzewnych post-melodii, a już możemy zanurzać się w drugiej stronie płyty, którą konsumuje blisko 20-minutowa, dalece ponadgatunkowa epopeja. Delikatnie kameralny flow otwarcia dość szybko wpada w gęstą strugę free jazzu, doposażoną silnie sfuzzowaną gitarą. Po pierwszym wytłumieniu muzycy udanie szukają onirycznej, ambientowej psychodelii, a kolejne wzniesienie pokonują z gracją, wypełnieni dalece czystym brzmieniem. W finałowej rozgrywce, zatopieni w ekspresji, częściej sięgają po post-rockowe atrybuty i dubowe echa.



Luciano Bagnasco  Untitled Album (bandcamp’ self-released, DL 2023)

Castillo de Puebla, Hiszpania, marzec 2023: Luciano Bagnasco – gitara elektryczna. Cztery improwizacje, 50 minut.

Argentyński gitarzysta, rezydujący w Hiszpanii, jest stałym uczestnikiem naszych opowiastek o muzyce improwizowanej. Znamy jego efektowne, duże składy (Stopmobil), czy duety, znamy także nasączone mocą gitarowych przetworników, psychodeliczne ekspozycje solowe. Dziś czas na kolejną samotną opowieść Bagnasco, tym razem jednak głęboko zaczepioną w jazzie, post-jazzie, improwizację, która ma swoje korzenie w tradycji gitarowego frazowania.

Pierwsza improwizacja kreśli lekkim pędzlem ramy gatunkowe albumu – jazzowe flażolety, garść post-reinhardowskich harmonii, no i duża biegłość techniczna. Artysta pracuje strunami i pudłem rezonansowym, nie szuka wsparcia w gitarowych przystawkach. Druga opowieść trwa 25 minut i jest z pewnością daniem głównym. Muzyk znów zaczyna od filigranowych fraz, ale tym razem klei narrację z mniej jazzowych monosylab. Zdaje się być teraz bliższy estetyki Dereka Baileya niż historii synkopowanej gitary. Rozbudowana opowieść ma swoje fazy dynamiczne, ma też momenty nie do końca uzasadnionych dramaturgicznie spowolnień. Muzyk nie stroni od dźwięków preparowanych, ale efekty uzyskuje działaniami mechanicznym ma strunach i gryfie. W połowie nagrania w tok narracji wtrąca się intensywny background na sporym pogłosie. Dysonans poznawczy wydaje się być silny, ale muzyk wychodzi z całej sytuacji obronną ręką. Wraca do wątku głównego, a na koniec raczy nas strzępami ambientu i post-psychodelii. Dwie ostatnie narracje zgrabnie reasumują jazzowe dzieło Argentyńczyka. Pierwsza z nich stawia na intrygującą, połamaną, post-rytmiczną fakturę, druga zdaje się być wieńczącą dzieło post-balladą, która niepodziewanie łapie zgrzytliwą dynamikę i kona w pogłosie, znanym ze środkowej części albumu.

 


José Vale  You're My Rendezvous (Coração de Boi, CD 2023)

Centro Comercial Stop, Porto, czas nieznany: José Vale - gitara, FX. Cztery improwizacje, 37 minut.

Kolejna w dzisiejszym zestawie solowa ekspozycja gitarzysty, tu w ewidentnej kontrze do albumu omówionego powyżej. Bez synkop i nadmiaru jazzowych figur, z mocą gitarowych pick-upów, energetycznych, rockowych sprzężeń i pasaży gęstej post-elektroniki. Przy okazji debiut kolejnego Portugalczyka na naszych łamach i nowego lizbońskiego labelu!

Niedługi album w dużej mierze konsumuje pierwsza, ponad 20-minutowa improwizacja, rodzaj prezentacji możliwości brzmieniowych, ale nade wszystko dramaturgicznych muzyka. Sprzężenia, przestery i elektroniczne pulsacje uformowane w spójną całość, sycone dronowymi ekspozycjami, bliskie rockowego hałasu w dobrym rozumieniu tego pokrętnego sformułowania. W ramach narracyjnych smaczków dubowe preparacje i garść zaskakujących eksperymentów pod koniec utworu. Trzy kolejne części, to raczej krótka forma, każda pokazująca potencjał artysty w nieco innym wymiarze. W pierwszej z nich po serii post-elektronicznych zgrzytów i mikro hałasów, muzyk wplata w wątek główny coś na kształt post-metalowej solówki, płynącej na intrygującym backgroundzie. W kolejnej części narracja budowana jest długimi frazami, które przypominają kulę śnieżną. Tu puentą nagrania zdaje się być bluesowa, post-balladowa ekspozycja z wyraźnym okiem puszczonym w kierunku słuchacza. Wreszcie ostatnia improwizacja, stanowiąca rodzaj swobodnej wariacji w stylu americana, tu podana intrygującym, niemal usterkowym brzmieniem.



 

Gonzo  Gonzo (Coração de Boi, Kaseta/ DL 2023)

Ermo do Caos and Sonoscopia, Porto, styczeń 2022: Daniel Sousa – saksofon altowy, live processing, sample, João Almeida - no-input mixing board, FX, José Vale - gitara, FX, Miguel Fernandez – perkusja, sample oraz Aleksandra Nygaard Djordjevic - głos (utwór 9). Jedenaście utworów, 38 minut.

Gitarzysta Vale z poprzedniego albumu zostaje z nami, a dołącza do niego trzech równie młodych, bezczelnych, definitywnie bezkompromisowych artystów, którzy uwielbiają kreatywny chaos i improwizacyjny zamęt pełen mocnych, post-rockowych i elektronicznych brzmień. Pośród nich dobrze nam znany trębacz, który tu, w tyglu trudnych do opanowania emocji, pracuje jedynie za pulpitem mikserskim, takim, co to nie ma nic na wejściu.

W cudownym piekle, jakie gotuje nam kwartet Gonzo, wita nas głos z japońskiego radia. Tymczasem dźwiękowa nawałnica startuje bez zbędnej zwłoki, pełna zornowskiego przepychu (i saksofonowego wrzasku!), nie bez kreatywnej nadprodukcji dźwięku charakterystycznej choćby dla japońskiego Altered States. Rockowy zgiełk, elektroniczna masywność niskich częstotliwości i free jazzowy spleen zmutowanego saksofonu, to główne elementy składowe tej bajki. Krótkie opowieści nie szczędzą nam wyrazistych, elektronicznych zgrzytów, dobrze zaplanowanych usterek i wszystkiego tego, co zbuntowana młodzież epoki post-nuklearnej lubi najbardziej. Flow gęstnieje tu z każdym oddechem, a najciekawiej robi się pod sam koniec. W siódmej opowieści saksofon i perkusja cudowanie broczą w post-elektronicznej magmie, w ósemce wszyscy chłoniemy ochłapy hard ambientu, w dziewiątce  z kolei pojawia się wokal i bogaty bukiet sampli. Dziesiąta opowieść cuchnie dobrym rockiem, syci się gitarowym fuzzem, a kona w oparach gęstego ambientu i czerstwego pogłosu. Album ma jeszcze kilkudziesięciosekundową kodę, o której nie wspomina bandcamp, a która zdaje się być czystym hałasem!




Santa Teresa  Catholic Euphoria/Heaven Annihilates (Santa Teresa, Kaseta/ DL 2023)

Czas i miejsce nagrania nieoznaczone: Pere Xirau - werbel oraz Àlex Reviriego – kontrabas. Dziewięć improwizacji, 26 minut.

Kontynuujemy wątek młodzieżowy i zagłębianie się w improwizacji, której naczelnym zadaniem jest kreowanie ekstremalnie dotkliwych zdarzeń fonicznych. Tym razem młodzież z Barcelony, która postanowiła przekonać nas, że z kontrabasowego gryfu i glazury perkusyjnego werbla można generować niezmierzone połacie w pełni akustycznego hałasu. A wszystko werbalnie spięte sakralnym żartem.

Na starcie albumu czeka na nas porcja pisku będącego efektem dociskania strun smyczkiem, tudzież palcami, udanie przybrudzona drżeniem małych przedmiotów, które przemieszczają się z woli muzyka po werblu. Gęsty dron post-akustyki ma tu swój urok i foniczną uporczywość. W drugiej części role się odwracają – bas drży, werbel piszczy jak osika, a narracja zdaje się być mozolnym wspinaniem na wysoką górę. Trzecia historia dzieje się na wysokości, a brzmienie obu instrumentów przypomina lot upalonych czmieli. Kolejna narracja wydaje się być bardziej mechaniczna, skoncentrowana na uderzeniach i rozrywaniu na strzępy nieznanej materii. W dalszej kolejności natrafiamy na zgrzytliwy szum plejady opadających ptaków, a zaraz po nich na rezonujące chmury post-dźwięków, uformowane w mroczną mantrę. W części siódmej powraca mechanika, pojawia się także styropian, który sprawdza jakość naciągów werbla. Zaraz potem ma miejsce udana kooperacja drżących strun i szeleszczących przedmiotów. Wreszcie finał tej krótkiej, ale jakże dobitnej fonicznie płyty, budowany ochłapami dźwięków elektronicznych (nieznanego pochodzenia). Jakby wzięcie w nawias całej akustycznej warstwy nagrania - ponad sześć minut white post-noise, w formie elektronicznych pulsacji i końcowego, gęstego szumu.



Coagulant  Map of the Dusk Until Its Replacement (Antenna Non Grata, CD 2023)

PSSR std, London, lato/ jesień 2022: Fabio Kubic/ Coagulant – wszystkie dźwięki zebrane dzięki mikrofonom środowiskowym i feedbackowi. Dwie opowieści, 73 minuty.

Dźwięki otoczenia zebrane specjalistycznym sprzętem i poddane (lub nie) post-produkcyjnej obróbce, a następnie zaprezentowane na nośniku fizycznym w postaci dwóch ponad półgodzinnych setów mrocznych, post-ambientowych dronów. Tak werbalnie należałoby podsumować ów niesamowity konglomerat dźwięków. Z jednej strony to przetworzony głos świata realnego, z drugiej jednak coś, co śmiało mogłoby pretendować do miana soundtracku do śmierci klinicznej. Możesz śmiało zanurzyć się w tym po koniuszki ucha, miej jednak świadomość, że może to być droga bez powrotu.

Pierwsza opowieść ma bardzo jednorodną strukturę. To dron wyjątkowo mrocznego ambientu, w którym koegzystują różne pasma szumów i kosmicznie brzmiących wyziewów, czasami sycone basowymi pasmami, innym razem delikatnie unoszące się ku górze. W tle tego akustycznego szaleństwa zdaje się toczyć prawdziwe życie, a wiele może nam w tym zakresie podpowiedzieć wyobraźnia. Dźwięki wprost z głębin świata, w bezmiarze ginącej czasoprzestrzeni. Zgodnie ze słowami samego artysty, ów album to rodzaj psychoakustycznej manifestacji. Druga opowieść jest bardziej urozmaicona dramaturgicznie. Początkowo przypomina szum wiatru, ma bardziej kłębiastą strukturę i jest umiarkowanie statyczna. Potem formuje się w bezkresny ogon ambientu, który raz za razem zmienia kolor skory. Jest mroczny lub bardzo mroczny. Pojawiają się basowe pulsacje, wyższe pasma niemal śpiewnego meta krzyku. Ambient z wnętrza ziemi, dwa oblicza umierającego zmierzchu. Podroż jedyna w swoim rodzaju.



 

Fabriker (101)  Delirus​-​a (Antenna Non Grata, CD 2023)

Czas i miejsce nagrania nieoznaczone: Kamil Kasprzyk – wszystkie dźwięki. Osiem opowieści, 50 minut.

Na zakończenie dzisiejszej doprawdy szalonej marszruty oddani zostajemy we władanie syntetycznego walca dźwięków, generowanych zapewne głównie przy użyciu analogowej elektroniki. Kilkudziesięciominutowy nalot dywanowy podzielony na kilka części, których groźnie i desperacko brzmiące tytułu mówią nam wszystko o tej porcji czerstwego, niemal egzystencjalnego hałasu.

Nagranie Fabrikera dalekie jest od preferencji estetycznych niżej podpisanego, ale nie sposób nie oddać tej magmie dźwięków swoistego uroku i ewidentnej siły fonicznego rażenia. Ów rodzaj desperacji, konsekwentnego ekstremizmu winien budzić szacunek odbiorcy, jakkolwiek dla wielu dotarcie do ostatniej frazy może okazać się wyzwaniem ponad ich możliwości. Poniżej nie skupimy się na poszczególnych częściach albumu, raczej rzucimy dla zachęty kilkoma skojarzeniami, jakie powstały w zdruzgotanym mózgu odbiorcy. W trzeciej części karmieni jesteśmy drżącym strumieniem fonii, która przypomina zmultiplikowany szum zepsutego odbiornika telewizyjnego. Brzmienie odcinka czwartego przypomina z kolei prace młota pneumatycznego, który bezskutecznie próbuje skruszyć skałę. Piąta narracja zdaje się być soundtrackiem do filmu pokazującego męczeńską śmierć cywilizacji post-industrialnej. Siódma opowieść mogłaby stanowić intro do ultra metalowego koncertu i symbolizować rockowe gitary stojące w płomieniach. Także ostatnia część może kojarzyć się z gitarą, tu silnie sprzęgającą się, skowycząca przed ścianą płaczu. Oj tak, wytrwali niech będą tu sowicie nagrodzeni!

 


wtorek, 11 października 2022

Fast Forward 6. Spontaneous Music Festival 2022 – the report from the accident!


Szósta edycja Spontaneous Music Festiwal w poznańskim Dragonie – zgodnie ze swym tytułem „Fast Forward” – minęła niebywale szybko, a z punktu widzenia emocji po obu stronach sceny, z pewnością zbyt szybko.

Wspomniane wyżej „obie strony” sceny, to oczywiście jedynie dziennikarska metafora. Tak się bowiem fantastycznie złożyło, iż w trakcie ostatniego aktu festiwalu muzycy usiedli wśród publiczności, a ponieważ pełnoprawnym uczestnikiem minimalistycznej podróży była także wszechobecna cisza, każdy na widowni czuł się twórcą koncertu, wydając moc nieartykułowanych, filigranowych dźwięków, które stawały się elementem spektaklu, podobnie jak syrena przejeżdżającego samochodu i inne odgłosy z klubu i miasta.




Nim jednak dotarliśmy do owego na poły socjotechnicznego wydarzenia muzycznego, szesnastu muzyków z Barcelony, Berlina, francuskiego Dijon i kilku polskich miast zafundowało nam jedenaście setów krnąbrnej, wyjątkowo rozsianej stylistycznie, niekiedy szczerej do bólu improwizacji, budząc niemal w każdym przypadku spontaniczny entuzjazm odbiorców.

Koncert otwarcia, co staje się już powoli tradycją poznańskiej imprezy, przypadł w udziale jednemu artyście. Tym razem był nim stały uczestnik spontanicznych festów, perkusjonalista Vasco Trilla. Półgodzinny set magicznych fonii zawierał w sobie wiele elementów, które znamy z repertuaru dźwiękowych tricków muzyka, zatem szczególnie do gustu przypadła nam finałowa sekwencja na tabli, rzadziej przez niego wykorzystywanej, pięknie wkomponowana w ciąg dramaturgiczny spektaklu.

Kolejnym stałym punktem programu Spontanicznego Festiwalu są składy ad hoc, których ideą jest łączenie na scenie muzyków, którzy wcześniej nie grali ze sobą w danej konfiguracji personalnej. Na dobry początek zatem kameralna wycieczka z udziałem flecistki Zofii Ilnickiej, kontrabasisty Àlexa Reviriego i trębacza Timothée Quosta. Pełen niuansów brzmieniowych spektakl szyty był niezwykle emocjonalnym ściegiem i zdobiony intrygującymi interakcjami.

Po niedługiej chwili na scenie ponownie pojawił się Quost (już wcześniej doposażony w analogową elektronikę), tym razem wraz z Benem Whitehillem (gitara i cała armia przetworników, tudzież innych urządzeń dekonstruujących dźwięk) oraz Laure Boer, której elektroakustyczne akcesoria zajmowały wielki stół (obok dużego instrumentu strunowego własnej produkcji, artystka używała choćby analogowego telefonu, który sprzęgał z gitarowym wzmacniaczem). Ten spektakl trwał ledwie dwa kwadranse i kilka minut, ale pozostawił po sobie taką moc wrażeń, iż ich opis mógłby stanowić osobisty tekst. 

 


Piątkowy dzień był najbogatszym dniem festiwalowym – zarówno w ujęciu ilościowym (aż pięć setów), jak i przede wszystkim jakościowym. Na jego początek ad hoc trio w składzie: Patryk Daszkiewicz (taśmy, elektronika analogowa), Pere Xirau (preparowany small drum kit) i Àlex Reviriego (kontrabas). Kolejny na festiwalu elektroakustyczny spektakl błyskotliwie balansował między dronowym pasażami, a niemal post-industrialną rytmiką, która także była ważnym elementem koncertu.

Kolejne kilkadziesiąt minut na dragonowej scenie oddane zostało we władanie Bilianie Voutchkovej. Bułgarska skrzypaczka z Berlina najpierw zaprosiła nas na performatywne … słuchowisko! Preparowane skrzypce, głos, szumiące „speakers” i Lena Czerniawska, która recytowała swoje poezje zarówno w formule live, jak i odtwarzała wcześniej przygotowane materiały dźwiękowe, lepione potem w intrygujące pętle. W drugiej części Lena zajęła się grafiką realizowaną na żywo, Biliana zaś zaprosiła na scenę Vasco Trillę. Zagrali kilkunastominutowy set świetnie skomunikowanych improwizacji, który należałoby skomentować pytaniem retorycznym - kto brzmiał na scenie bardziej spektakularnie.

Trzeci, a tak naprawdę czwarty set wieczoru przypadł w udziale kolejnej formacji ad hoc, tym razem całkowicie dętej. Flety Zofii Ilnickiej, saksofony Toma Chanta i Michała Biela, kreatywność każdego z artystów, wreszcie świetna komunikacja wewnętrzna sprawiły, iż doświadczyliśmy jednej z najbardziej udanych chwil festiwalowych. Posadowiona na środku sceny flecista zdawała się rozdawać karty, raz za razem wypuszczając saksofonistów ku stromym podjazdom i karkołomnym zjazdom. Ci radzili sobie perfekcyjnie, zwłaszcza w momencie, gdy jednocześnie sięgnęli po saksofony sopranowe.

Final piątkowego wieczoru i kataloński Phicus – festiwalowy headliner Ferran Fages na gitarze, Àlex Reviriego na kontrabasie i Vasco Trilla na perkusji. Muzycy grają ze sobą w tym składzie prawie 6 lat, nagrali cztery plyty, ale te dźwięki, które zaserwowali nam w Dragonie być może były najlepszymi momentami w dotychczasowej historii tria. Tę śmiałą tezę potwierdzili także same artyści. Wybuchowa gitara, która z czasem nabrała niebywale psychodelicznego posmaku, kreatywny na każdym etapie seta kontrabas i perkusja, która eksplodowała jakością szczególnie w najbardziej dynamicznych momentach koncertu. Od mrocznego post-ambientu, po ścianę post-rockowego hałasu, i z powrotem! Phicus był wszędzie!

 


Sobotni koncert otwarcia, to ad hoc kwartet: Pere Xirau (preparowany small drum kit), Michał Biel (saksofon barytonowy i sopranowy), Eric Bauer (elektronika) oraz Mateusz Rybicki (klarnet i saksofon tenorowy). Muzycy po kilku rozpoznawczo-badawczych frazach ochoczo wzięli się do pracy i dość szybko, niesieni temperamentem saksofonistów, osiągnęli niemal free jazzowy szczyt. Potem improwizacja stała się bardzo skupiona, płynęła długimi pasażami, które świetnie łączyły akustyczne preparacje i niebanalną, kreatywną elektronikę.

Drugi sobotni set zapowiadany był jako najgłośniejszy punkt festiwalowego programu i tak też się stało w istocie. Kolejne trio z Barcelony – Isysxae - nie może pochwalić się jeszcze dorobkiem godnym Phicusa, ale w dragonowej formie śmiało może dożyć starości. Ferran Fages na gitarze, tu jeszcze głośniejszej niż dzień wcześniej, mocno pracującej na sprzężeniach i atonalności, dziki, free jazzowy saksofon tenorowy, a potem sopranowy w rękach Toma Chanta i masywna, gęsta, ale niepozbawiona niuansów brzmieniowych perkusja Pere Xirau. Choć muzycy stawiali w trakcie 35-minutowego seta na intensywność, w jego trakcie nie brakowało momentów kompulsywnego tonowania emocji.  

Po dźwiękowym horrorze Isysxae nasze uszy pragnęły czegoś bardziej subtelnego i tak też się stało w secie przedostatnim dnia ostatniego. Carina Khorkhordina – trąbka oraz Eric Bauer – akcesoria elektroakustyczne zaprezentowali nam coś na kształt niemal teatralnego performance’u, w którym dźwięk nie był wcale elementem najważniejszym. Czasami zdawał się być jedynie tłem dla artystowskich akcji, ruchów na scenie i zabawy przedmiotami. Część publiczności kupiła ten gig masywnymi oklaskami, część zachowała pewną wstrzemięźliwość w projekcji zachwytu.

Finałowy koncert festiwalu, to sygnalizowany na wstępie Desarbres Ensemble w składzie: Ferran Fages (kompozytor i nieruchomy dyrygent), Tom Chant – saksofon sopranowy, Carina Khorkhordina – trąbka, Michał Biel – saksofon barytonowy, Mateusz Rybicki – klarnet i Àlex Reviriego – kontrabas. Minimalistyczna epopea dźwięku i ciszy była doskonałym podsumowaniem szóstej edycji festiwalu – koiła nerwy po pokaźnych porcjach wspaniałego hałasu, była definitywnie performatywna i wspaniale wciągnęła do gry – czasami mimochodem – także publiczność. Ta ostatnia w tym roku dopisała, choć dziwnym zrządzeniem losu najmniej liczna była w trakcie ostatniego dnia, który miał przecież miejsce w samym środku jesiennego weekendu.

 

Zdjęcia produkcji własnej, pozbawione praw autorskich:

1) Zosia, Alex & Timothee

2) Tom, Zosia & Michał

3) Isysxae: Ferran, Tom & Pere


*) raport ukazuje się jednocześnie na łamach jazzarium.pl



środa, 7 września 2022

Fast Forward 6.Spontaneous Music Festival 2022! The full line-up is ready!


Szósta edycja Spontaneous Music Festival będzie jak zwykle imprezą niepokorną, mieszającą gatunki i siejącą artystyczny ferment. Znów będzie świętem muzyki improwizowanej - trzy festiwalowe dni, od czwartku do soboty, dwanaście setów i kilkunastoosobowe grono muzyków z Katalonii, Francji, Niemiec i Polski. Edycja z nazwą własną „Fast Forward”! Tegorocznym headlinerem będzie Ferran Fages, kataloński improwizator, kompozytor i gitarzysta. Drugą znamienitą artystką tego wydarzenia będzie bułgarska skrzypaczka Biliana Voutchkova. A w tak zwanym międzyczasie wydarzy się niemal wszystko – solowe otwarcie, stałe składy improwizujące, klecone ad hoc tria i kwartety, wreszcie minimalistyczna kompozycja na kwartet instrumentów dętych i kontrabas. 

Zainicjowany wiosną 2018 roku Spontaneous Music Festival, kreatywna inicjatywa Trybuny Muzyki Spontanicznej oraz poznańskiego Dragon Social Club, na stałe wpisał się w krajobraz muzyki improwizowanej w Polsce. Od początku stawia na młodych, krnąbrnych artystów, unika znanych i powtarzalnych, ceni sobie otwartość, gotowość na wyzwania artystyczne, stawia na składy ad hoc, czyli pierwsze muzyczne spotkania sceniczne, nie stroni od festiwalowych projektów kompozytorsko-dyrygenckich, nade wszystko zaś gwarantuje jakość improwizacji na każdym etapie rozwoju sytuacji scenicznych, w niezmiennie niebywałych akustycznie przestrzeniach Małego Domu Kultury w Dragonie.  

Szczegółowy line-up tegorocznej edycji wygląda następująco:



Sylwetki artystów, jacy wystąpią na deskach Dragona:

Ferran Fages – gitara (Barcelona, Katalonia). Phicus, Isysxae i Tàlveg, to tria, z którymi pracuje na stałe. W każdym jego gitara brzmi inaczej i ma inne zadania do wykonania. Dwa z nich zobaczymy na scenie festiwalowej. Fages, to także wielka historia europejskiej muzyki elektroakustycznej, zarówno tej improwizowanej, jak i komponowanej. W jego przebogatym portfolio znajdujemy płyty takich wydawców, jak Another Timbre, Potlatch, Creative Sources, Entr’acte, Inexhaustible Editions, Discordian Records, Raw Tonk, a także iberyjska seria Trybuny Muzyki Spontanicznej i Multikulti Project, Bocian i Monotype Rec.

https://bandcamp.com/tag/ferran-fages

Tom Chant – saksofon tenorowy i sopranowy (Barcelona, Irlandia). Na przełomie milenium, u boku Eddie Prevosta i Johna Edwardsa, wyznaczał nowe trendy na londyńskiej scenie free impro. Od początku nie stronił od muzykowania w dużych składach, będąc ważnym elementem The Cinematic Orkiestra (jest nim do dziś!), często grywał też z London Improvisers Orchestra. Od ponad dekady związany z Barceloną - pierwsze lata Discordian Records, to niemal wyłącznie jego improwizowane produkcje. Wybitny improwizator, funkcjonujący nieco na uboczu świata, ale dostrzeżony w iberyjskiej serii Trybuny Muzyki Spontanicznej.

https://bandcamp.com/tag/tom-chant

Vasco Trilla – perkusja, instrumenty perkusyjne (Barcelona, Katalonia/Portugalia). Aktywny na scenie muzyki improwizowanej od ponad dekady, z bogatą płytoteką (w Polsce wydał mnóstwo płyt, tylko pod szyldami Trybuny Muzyki Spontanicznej czeka już na dziesiąty tytuł!). Jeden z najważniejszych europejskich innowatorów perkusji i instrumentów perkusyjnych. Na naszym festiwalu grał już trzykrotnie, zawsze zaskakując brzmieniem i rozwiązaniami dramaturgicznymi. Stały członek tria Phicus, ma w dorobku albumy m.in. z Marsem Williamem, Martinem Küchenem, Mikołajem Trzaską, Szilardem Mezei, Andreą Centazzo, Timem Daisy. Prawdziwymi akustycznymi majstersztykami są jego liczne albumy solowe.

https://bandcamp.com/tag/vasco-trilla

Àlex Reviriego – kontrabas (Barcelona, Katalonia). Kolejny innowator ze stolicy Katalonii. Pod naciskiem jego drobnego ciała wielki instrument strunowy kona, wydając dźwięki rzadko spotykane nawet na najbardziej eksperymentalnych scenach noise (wystarczy sięgnąć po jego solowe nagrania). Muzyk wielu talentów, wytrawny improwizator, także free jazzowy, jeden z ulubionych partnerów El Pricto i Discordian Records w dużych, ponadgatunkowych projektach. Stały członek tria Phicus, wielbiciel mrocznych dźwięków, które uprawia m.in. pod szyldem Inhumankind, czy też Tholos Gateway (z Vasco Trillą i Colinem Marstonem).

https://bandcamp.com/tag/%C3%A0lex-reviriego

Pere Xirau – perkusja, instrumenty perkusyjne (Barcelona, Katalonia). Zdecydowanie najmłodszy z tegorocznego zaciągu barcelońskiego. Studiowanie w lokalnym i kopenhaskim konserwatorium zaprowadziło go … w mroczne zaułki awangardy, ekstremalnych, niekiedy radykalnych eksperymentów. Skutki tych podróży poznamy w trakcie koncertu Isysxae, inne, bardziej subtelne jego wcielania w trakcie improwizacji „ad hoc”. 

https://isysxae.bandcamp.com/releases

Timothée Quost – trąbka, elektronika, głos (Dijon, Francja). Improwizator i kompozytor, który rozwija osobiste podejście do instrumentu poprzez interakcje z urządzeniami wzmacniającymi i zniekształcającymi jego brzmienie. Zaczynał w duecie Astragales (założonym z Pierre’em Juillard), potem pracował w zespołach takich, jak kwintet Escargot czy trio QUAM! Ma też w dorobku dwa jakże efektowne albumy solowe „Before Zero Crossing” oraz „Flatten The Curve”. To właśnie w tej formule zachwycił nas ubiegłej jesieni w Dragonie! Teraz zagra w trio z Whitehillem i Boer.

http://www.tquost.com/home

Benjamin Whitehill – gitara, elektronika, field recordings (Berlin, Wielka Brytania). Związany ze stolicą Niemiec od dekady, gitarowy trubadur i outsider, wielbiciel swobodnych improwizacji i eksperymentów z dźwiękiem. Wykorzystuje gitarę w zakresie jej potencjału fakturalno-perkusyjnego, preparuje jej brzmienie i łączy z innymi akcesoriami, nie tylko elektronicznymi. Techniki rozszerzone, „feedback” i rezonujące przedmioty, to jego ulubione zabawki. W trio z Quostem i Boer będzie miał szanse poznać kolejne.

https://benjaminwhitehill.bandcamp.com/

Laure Boer – elektronika, instrumenty tradycyjne, instrumenty perkusyjne, głos (Berlin, Francja). Multiinstrumentalistka, której muzyka inspirowana jest z jednej strony hałasem, z drugiej tradycyjnym folkiem. Jej występy to hipnotyczne improwizacje skupione wokół tradycyjnych instrumentów, własnoręcznie wykonanych urządzeń elektronicznych i głosu, śpiewającego lub recytującego w ojczystym francuskim. To tętniący życiem wszechświat, równie wrażliwy, jak brutalny. W trio z Quostem i Whitehillem czeka nas z pewnością prawdziwe szaleństwo!

https://laureboer.bandcamp.com/releases

Biliana Voutchkova – skrzypce, głos (Berlin, Bułgaria). Klasycznie kształcona artystka, swoje liczne talenty rozwija zarówno na polu muzyki komponowanej, performance i sztuk audio, jak i w swobodnej improwizacji. Stałym elementem występów jest jej głos, który idealnie lepi się z preparowanymi frazami skrzypiec. Jej najważniejsze obecnie aktywności, to Splitter Orchestra, Trickster Orchestra, United Berlin, Solistenensemble Kaleidoskop, Voutchkova/Thieke duo, czy Jane in Ether. W roku bieżącym artystka realizuje autorski projekt DUOS2022, który na deskach Dragona przeobrazi się w … trio z instrumentami perkusyjnymi Vasco Trilli i live drawing, tudzież słowem Leny Czerniawskiej. Solą jej dorobku artystycznego są genialne albumy solowe – „Modus Of Raw” i “Seeds of Songs”.

https://bilianavoutchkova.bandcamp.com/

Lena Czerniawska – grafika, poezja, live drawing (Berlin, Polska). Rysowniczka, pisarka, improwizatorka i eksperymentatorka, która próbuje bardziej szukać niż znaleźć, bo „kto znalazł, źle szukał”. Jej ekspresyjne, mroczne grafiki zdobią okładki wielu fantastycznych płyt z muzyką improwizowaną.

https://lenaczerniawska.weebly.com/

Eric Bauer – elektronika, także w wersji „extended” (Berlin, Niemcy). Przygodę z eksperymentującą elektroniką zaczynał od solowych ekspozycji. Później mierzył siły w duetach i większych formacjach. Szuka dialektyki pomiędzy dynamiką i statyką dźwięków, lubi zadawać pytania i nieustannie szukać odpowiedzi. Nic nie łączy go z ikonami niemieckiego free jazzu o takim samym nazwisku.

https://ericbauer.bandcamp.com/

Carina Khorkhordina – trąbka (Berlin, Rosja). Artystka jest nie tylko trębaczką, ale także fotografką. Rezyduje w Berlinie od ośmiu lat. Obecnie pracuje nad serią performansów „site-specific” w przestrzeni publicznej miasta we współpracy z różnymi muzykami. Łączy te zainteresowania z możliwościami dźwiękowymi trąbki, nagraniami terenowymi, dokumentacją wideo i fotografią. W obszarze muzyki improwizowanej i eksperymentalnej, jej podstawowe aktywności, to m.in. duet z Ericiem Bauerem, kwartet Slurge (Eric Bauer, Burkhard Beins, Wolfgang Seidel) i Klub Demboh.

https://www.khorkhordina.org/

https://tmrwlabel.bandcamp.com/album/carina-khorkhordina-eric-bauer

Zofia Ilnicka – flet (Katowice, Polska). Kompozytorka i improwizatorka od wielu lat związana z wykonawstwem muzyki nowej i improwizowanej. Odważnie eksploruje zaawansowane techniki wykonawcze, zatem wydaje się być idealnie skrojona na potrzeby naszego festiwalu. Zaangażowana w wiele ciekawych projektów, takich jak Trio_io, Layers, Space Welders, Brzoska Kolektyw, Kraków Improvisers Orchestra. Współpracowała z Landjugendorchester NRW, Filharmonią Pomorską oraz Toruńską Orkiestrą Symfoniczną.

https://antennanongrata.bandcamp.com/album/trio-io-new-animals

Michał J. Biel – saksofon barytonowy (Kopenhaga, Polska). Performer i kompozytor, w przeszłości silnie związany z poznańską i wrocławską sceną muzyki improwizowanej. Obecnie zajmuje się tworzeniem kompozycji instrumentalnych, prac taśmowych oraz muzyki konkretnej. Współtworzy grupę kompozytorską Ensemble Ektòs, ściśle współpracuje z Francesco Toninellim, współtworzy duety instrumentalne z Cosimo Fiaschi, czy Michaelą Tucerową, jest członkiem formacji Szymona Gąsiorka - Pimpono Ensemble oraz E/I.

https://michalbiel.bandcamp.com/

Mateusz Rybicki – klarnet (Wrocław, Polska). Improwizator związany ze sceną muzyki improwizowanej i poszukującego jazzu, twórca muzyki teatralnej i filmowej. Duże portfolio ciekawych kolaboracji, m.in. z takimi artystami, jak Alexander Von Schlippenbach, Peter Brötzmann, Tristan Honsinger, Joëlle Léandre, Zlatko Kaučič, Steve Noble, Tristan Honsinger, Axel Dörner, czy Mikołaj Trzaska. Ma w dorobku dziewięć płyt, z których na szczególną uwagę zasługuje „Beauty/Resistance” nagrana razem ze wspomnianymi Léandre i Kaučičem. Jego styl gry jest charakterystyczny, w czytelny sposób odnosi się do tradycji jazzu, czerpie też z ducha muzyki etnicznej i klasycznej.

https://bandcamp.com/tag/mateusz-rybicki

Patryk Daszkiewicz – taśmy, efekty (Poznań, Polska). Artysta ukrywający się za projektem DMNSZ. Udziela się również w innych mniej lub bardziej enigmatycznych przedsięwzięciach, takich jak Sumpf, Kakamina, czy trio Strętwa z Maciejem Maciągowskim i Pawłem Doskoczem, także improwizuje w różnych konfiguracjach. W pracy z dźwiękiem skupia się na operowaniu z zastaną przestrzenią i środowiskiem dźwiękowym. Eksperymentuje z różnymi technikami nagrań i pozostającymi po nich artefaktami.

https://soundcloud.com/demonszy

https://plazach.bandcamp.com/album/str-twa