Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Elisabeth Coudoux. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Elisabeth Coudoux. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 21 lipca 2026

Elisabeth Coudoux & Emiszatett: Vestis!


Kolektyw artystów związanych z kolońskim Impaktem nie potrafi dostarczyć nagrania, które nie byłoby warte uwagi. Przed nami kolejny dowód w sprawie.

Na studyjnej scenie septet, a w głowach kolektywna improwizacja podparta bliżej niesprecyzowaną notyfikacją (tu nazwaną kompozycją), która tyczy szlak jej strukturalnego kształtowania. Tak przynajmniej donosi albumowe credits.

Szefem przedsięwziecia jest wiolonczelistka Elisabeth Coudoux, a pośród jej partnerów odnajdujemy szerokie grono dobrze nam znanych muzyków, z których przynajmniej dwóch … dojedzie jesienią do Poznania na pewien spontaniczny event. W wymiarze instrumentalnym, poza wspomnianym cello, także puzon, werbel, piano i harmonium, kontrabas i niezwykle istotna w procesie elektronika. Dwie dwudziestominutowe epistoły o dużym ładunku piękna i dramaturgii. Zapraszamy!

  


Inauguracja pierwszej części osnuta jest wokół szumów, szmerów, wdechów i wydechów – wszystko przypomina pracę wielkiego statku parowego. W tle drżą struny i płyną strugi elektronicznego ambientu. Ów kolektywny dark slow motion z czasem zaczyna nabierać masy właściwej, a sam proces staje się wielowątkowy – raz się zagęszcza, innym razem ucina jak spod skalpela, ma impulsywne wzloty i równie efektowne upadki. Poszczególne frazy instrumentalne nakładają się na siebie lub wzajemnie depczą. Wszystko czynione jest z dużą precyzją, ale wydaje się całkowicie swobodne, naturalne, niczym niepodyktowane. Już po kilku minutach septet brzmi niczym wielka orkiestra symfoniczna, w czym spory udział ma elektronika, która prawdopodobnie multiplikuje akustyczne frazy. Bywa, że wszystko tu śpiewa i melodyjnie rezonuje, wpierane czymś na kształt meta rytmu wprost z klawiatury piana. Bywa, że frazy nabierają mocy godnej prenatalnego post-industrialu. Piłowane struny, wydechy puzonu, szmer elektroniki potrafią łączyć się w ekspozycje dronowe. Chwilami aż trudno uwierzyć, iż za ten tygiel zdarzeń odpowiada tylko siedmioro artystek i artystów. W końcu słyszymy nawet syreny alarmowe. Wieńcząca utwór faza urokliwego falling down przybiera postać demonicznej kołysanki, zdaje się płynąć wyjątkowo szerokim korytem, osadzona nade wszystko na melodyjnej, po części onirycznej wokalizie.

Druga ekspozycja pozbawiona jest gry wstępnej - od pierwszej sekundy daje do wiwatu. Głośne cello, nerwowe okrzyki, połamany post-rytm. Zdaje się, że tym razem wylądowaliśmy w maszynowni statku parowego. Masywny common flow dość szybko rozwarstwia się, ale równie zgrabnie powraca do zadanej intensywności. Potem na front wychodzi elektronika, następnie głos, który dyskutuje z każdym napotkanym dźwiękiem, wreszcie piano z klawisza, które także dorzuca nowy wątek. Opowieść na kilka chwil osiąga stadium niemal free jazzowe. Po dziesiątej minucie następuje wystudzenie – narracja przypomina otulone tumanami kurzu pogorzelisko. Nic, tylko zbierać trupy. W kolejnych minutach opowieść przypomina nerwową huśtawkę. Atak post-industrialny strun, puzonu i elektroniki napotyka na kontrę piana i głosu, które starają się łagodzić emocje. W końcu wszyscy nabiera powietrza w płuca, a potem efektownie je wydychają. Wiolonczela eksploduje, wparta tajemniczymi akcjami percussion, wszyscy krzyczą. Ta kompulsywna eskapada zaczyna obumierać mniej więcej dwie minuty przed końcem. Potem już tylko migotliwe światełka ścielą się na mrocznym, zachmurzonym niebie.

 

Elisabeth Coudoux Emiszatett: Vestis (Impakt, DL 2026). Pegelia Gold – głos, Marcus Schmickler – elektronika, Matthias Muche – puzon, Philip Zoubek – fortepian, harmonium, Robert Landfermann – kontrabas, Etienne Nillesen – werbel oraz Elisabeth Coudoux – wiolonczela, kompozycja. Nagrane w Maarweg Studio, Köln, Niemcy, listopad 2021. Dwa utwory, 40 minut.



wtorek, 17 marca 2026

Pascal Niggenkemper’ Ensemble Tuvalu goes d'une rive à l’autre!


Pascal Niggenkemper, kontrabasista o niemieckich korzeniach, ale francuskiej rezydencji, od pewnego czasu unika estetyki free jazz/ free impro, koncentrując się na zgłębianiu stylistyk, tudzież estetyk, którym trudno przypisać nazwę, a tym bardziej kierunek gatunkowy. Ale to w sumie świetna wiadomość! A dla zapominalskich trop – prawie trzy lata temu Trybuna omawiała sześciopak Pascala z muzyką niezwykle intrygującą, na ogół komponowaną, po części performatywną, okazjonalnie improwizowaną *).

Nowa podróż Pascala wydaje się definitywnie szalona. To krzyk artysty w obronie świata, który umiera, wyartykułowany wielobarwną muzyką, którą buduje akustyczny oktet, dźwiękowa instalacja, wreszcie konglomerat pieśni i poematów z historii dalekiego świata, ubranych w całkiem współczesne szaty.

Bohaterem dramatycznym albumu jest Tuvalu - polinezyjska wyspa na południowym Pacyfiku, w przyrodzie której szczególnie silnie ogniskuje się proces globalnej zmiany klimatu. Przewiduje się, że sztormy, erozja wybrzeża i wzrost poziomu morza sprawią, że w ciągu kilku dekad wyspa stanie się niezamieszkana, a kraj zniknie z mapy świata.

Ensemble Tuvalu, to oktet złożony z dwóch niemal bliźniaczych instrumentalnie kwartetów, a może jednak czterech duetów – kornetu i trąbki, dwóch klarnetów, dwóch akordeonów, wreszcie wiolonczeli i kontrabasu. Każdy z artystów używa też głosu.

Osiem akustycznych instrumentów, to nie jedyne narzędzia pracy muzyków. Wokół nich, w okolicznościach studyjnych, rozwieszono szesnaście kurtyn dźwiękowych, tworzących przestronną instalację wykonaną z metalu i paneli plastikowych, dodatkowo wyposażoną w wzbudzające rezonatory. Muzycy mogą je aktywować za pomocą pedałów, w ten sposób przekształcając brzmienie instrumentów i głosów w osobliwe akustycznie twory o drżącym, trzeszczącym i klekoczącym anturażu.

Album zawiera kompozycje Niggenkempera, które zdają się stanowić ledwie szkice wypełniane treścią poprzez improwizację i interaktywne akcje muzyków. Rzeczonych kompozycji jest jedenaście, a prawie każda z nich ma także swoją warstwę werbalną/ wokalną, skonstruowaną na bazie tradycyjnych tuwalskich pieśni i poematów. Wykonują je poszczególni członkowie zespołu, pochodzący z różnych, bardziej oczywistych rejonów świata (głównie Europy), transponując je na język im ojczysty. W sześciu przypadkach dramaturgię utworu budują instrumentalne improwizacje duetowe, przy czym duet klarnetów występuje w tej roli trzykrotnie. Dodajmy, iż wydawnictwo d'une rive à l’autre składa się z dwóch krążków. Opisanemu wyżej nagraniu studyjnemu (dostępnemu na CD) towarzyszy nagranie koncertowe dostarczone na płycie DVD.

  


Siedemnastoczęściowa opowieść o Tuvalu ma mroczne, nerwowe otwarcie, łagodną, taneczną, post-folkową część środkową i spinający całość dramatyczny, zgiełkliwy, wręcz hałaśliwy, ale także po części taneczny finał. Zanurzymy się w niej po koniuszek nosa i ucha.

Po kilkudziesięciosekundowym, uroczo chaotycznym otwarciu, pełnym sprawiających wrażenie przypadkowych fraz instrumentów i głosów, muzycy uginają kolana i niesieni nisko osadzonymi smyczkami budują mroczny dron, który efektownie eskaluje. Napięcie potęguje także pierwsza ekspozycja głosowa. W trzeciej odsłonie z zastygłej modlitwy wyłania się dziki taniec. Cięte, dźwiękowe riposty i nerwowy wielogłos, to sedno tej opowieści. W kolejnej części napotykamy na chwilę mrocznego uspokojenia – struny drżą, tajemnicze szepty docierają z głębokiego lasu. Aurę kameralnego ambientu rozpraszają rozśpiewane klarnety, zwiastujące nadchodzącą burzę z piorunami.

Piątą opowieść biorą na swoje barki klarnety i akordeony, które kwilą po ptasiemu, komentowane mniej przyjaznymi frazami smyczkowymi. Narracja nabiera teraz podskórnego rytmu, pojawiają się okrzyki i zgrzytanie zębami. W kolejnych dwóch odsłonach muzycy przechodzą definitywnie do lżejszej, bardziej tanecznej, by nie rzec piosenkowej części nasączonej meta folkową estetyką. Po krótkiej introdukcji klarnetów pojawia się śpiew i niemal polirytmiczna taneczność. Łagodność chwili delikatnie kontrapunktują nerwowe akordeony posadowione na backgroundzie.

Począwszy od ósmej opowieści idylla pryska. Najpierw duet akordeonów w szybkiej, jakże emocjonalnej wymianie zdań, potem oktetowa zabawa w pytania i odpowiedzi, okraszona tekstem po japońsku. Kolejna porcje emocji wnosi preparowany duet trąbki i kornetu. Jedenasta opowieść zdaje się być kulminacją hałasu, chaosu i trudnych do opanowania spamów. Szczęśliwie scenę w mgnieniu oka opanowują śpiewacy i tancerze. Rytm jest teraz pokraczny, ale wydaje się nieść szczyptę ukojenia. W opozycji stają jednak dwa kolejne duety – najpierw kameralne, ale strwożone klarnety, potem głośne, zawadiackie cello i bas. Kolejna opowieści jeszcze podnosi temperaturę wydarzenia – struny dygoczą, ktoś krzyczy po niemiecku. Piętnasta opowieść stara się za wszelką cenę koić nerwy długą, teatralną recytacją. Ale emocje nie chcą nas opuścić. Artyści zdają się wyć, krzyczeć, choć brakuje im sił witalnych. Ostatni epizod wystukiwany jest na pudle rezonansowym kontrabasu, szyty dronami, rwanymi frazami, ostatecznie wpada w finałowy afrykański taniec. Śpiew niesie tu nie tylko ludzkie gardło, ale także lekki kornet. Czy końcowa, spokojna recytacja daje nam jakąkolwiek nadzieję?

Po powrocie do rzeczywistości sięgnijcie po obraz i dźwięki z koncertu. Tym razem dwanaście opowieści - tytuły podobne do tych z części studyjnej, ale atmosfera inna. Bardziej rytmiczna, kreowana bez dźwiękowej instalacji, ale kontrapunktowana w wielu momentach intrygująco brzmiącą analogową elektroniką. Publiczność cierpliwie słucha, choć przecież mogłaby się włączyć w ów zawrotny niekiedy taniec.


Pascal Niggenkemper’ Ensemble Tuvalu d'une rive à l’autre (Subran Music, CD/DVD 2026). Ensemble Tuvalu: Ben LaMar Gay - kornet, głos, Louis Laurain - trąbka, głos, Mona Matbou Riahi – klarnet, głos, Joachim Badenhorst – klarnet, głos, Tizia Zimmermann – akordeon, głos, Artemis Vavatsika – akordeon, głos, Elisabeth Coudoux – wiolonczela, głos, Pascal Niggenkemper – kontrabas, głos, kompozycje, instalacja dźwiękowa oraz Jaumes Privat – słowa (w utworze piętnastym). CD nagrane w Südwestrundfun, Baden-Baden, DVD zarejestrowane na żywo w Tollhaus, Karlsruhe – oba wydarzenia w listopadzie 2024. Ścieżka audio - łącznie siedemnaście utworów, 65 minut. Ścieżka video - dwanaście utworów, około 60 minut.

 

*) https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2023/04/pascal-niggenkemper-renaissance-man.html

 


piątek, 26 kwietnia 2024

The Relative Pitch’ winter outfit: Cello Trio! Duthoit & Hautzinger! Space! FC Orchestra! Sikora & Alcorn!


Nowojorski The Relative Pitch Records permanentnie dba o to, by nie było nudy w naszych muzycznych odtwarzaczach. Pierwsze tygodnie nowego roku przyniosły pięć premier, wszystkie udostępnione zostały w poręcznym formacie dysku kompaktowego - niektóre z nich na okładkach mają jeszcze wygrawerowane daty 2023, z kolei oznaczenia bandcampowe każą zaliczyć wszystkie płyty już do roku 2024.

Najważniejsza wszakże jest muzyka, a tej dobrej lub bardzo dobrej w katalogu amerykańskiego labelu nigdy nie brakowało. W zestawie otrzymujemy koncert na trzy rozszalałe, improwizujące wiolonczele, francusko-austriacką parę (nie tylko na scenie), która kocha tzw. techniki rozszerzone, szwedzkie trio dalece swobodnego post-jazzu, wreszcie dwie produkcje typowo amerykańskie, nie tylko z uwagi na narodowość ich twórców, ale także dość … przewidywalny splot wydarzeń artystycznych.

Welcome!!!



 

Tomeka Reid, Isidora Edwards & Elisabeth Coudoux Reid/Edwards/Coudoux

Wiesbaden, DARA String Festival, sierpień 2021: Tomeka Reid, Isidora Edwards oraz Elisabeth Coudoux – wiolonczele. Cztery improwizacje, 62 minuty.

Trzy wiolonczele w dłoniach trzech temperamentnych wiolonczelistek z trzech różnych kontynentów i ponad godziny koncert będący nieprzerwanym strumieniem dźwiękowym, doposażony w niepowtarzalne brzmienie gibkich strunowców i gęste zwoje improwizacyjnych interakcji. Czegóż chcieć więcej!

Dla wygody słuchaczy spektakl podzielony został na cztery odcinki, z których ten pierwszy trwa prawie dwa kwadranse. Jego początek jest dalece minimalistyczny, klejony z drobnych fraz, preparacji, szmerów i oddechów zanurzonych w mroku oczekiwania na to, co za moment może się wydarzyć. Wiolonczelistki pracują w dużym skupieniu, skoncentrowane na brzmieniu, ukrytej melodyce i budowaniu zwinnej dramaturgii. Okazjonalnie frazują w podgrupach, raz za razem uwalniając pokłady ekspresji, ale zdaje się, że mają pod pełną kontrolą przebieg całej improwizacji. Jej intensywność faluje niczym wzburzone morze. Artystki frazują na ogół arco, ale zdążają im się interludia kreowane w trybie pizzicato. Drugi odcinek koncertu najpierw skupia się na drobnych, preparowanych dźwiękach, potem eksploduje z siłą dotychczas niespotykaną. Po osiągnięciu szczytu opowieść opada w objęcia melodii i postępującego mroku. Trzecia część niesie ze sobą duży ładunek energii wewnętrznej, ale płynie w umiarkowanie spokojnym tempie, nasycona molową nutą, ale i na poły taneczną rytmiką. Przez krótką chwilę artystki rozmawiają ze sobą metodą call & responce, a ten epizod finalizują dalece emocjonalnym dociskaniem strun. Ostatnia odsłona zaczyna się na poziomie ciszy, lepi się z drobnych fraz, nie bez gorzkiej melodyki. Po pewnym czasie w gęstwinie mrocznych zakamarków budzą się bardziej zadziorne frazy, wzmagane uderzaniami smyczków po strunach. Finał koncertu mieni się mnóstwem wydarzeń. Zdaje się, że wiolonczelistki mają tu pomysł na kolejną godzinę koncertu.



 

Isabelle Duthoit & Franz Hautzinger Dans le Morvan

GMEA Central National de Creation Musicale d’Albi-Turn, luty 2021: Isabelle Duthoit – klarnet, głos oraz Franz Hautzinger – trąbka ćwierćtonowa. Jedenaście improwizacji, 64 minuty.

Morvan, to nazwa francuskiej miejscowości, w której pomieszkują Isabelle i Franz. Ona dysponuje głosem o nieskończonych możliwościach, jest w stanie wydać z siebie każdy dźwięk, równie skuteczna jest w wykorzystywaniu atrybutów sonorystycznych klarnetu, on, mistrz trąbki ćwierćtonowej, od lat jest synonimem najwyższej jakości w obszarze dźwięków trębackich wydawanych tzw. technikami rozszerzonymi. W życiu prywatnym są parą, na scenie muzyki improwizowanej nie występują wszakże równie często. Dziś ślą nam album wyjątkowy w obszarze brzmienia, pełen niespodzianek, dramaturgicznych wolt i … obrazów, jakie powstają w naszej wyobraźni. Być może odrobinę za długi, zwłaszcza w kontekście przyswajalności fonicznej niektórych ich popisów. Ale album definitywnie udany, permanentnie intrygujący, nawet przy wielokrotnym odsłuchu.

Ów niebywały festiwal fake sounds, gdy źródła wielu dźwięków możemy jedynie domniemywać, zaczyna się na poziomie mikro fraz i zdaje się być próbą udowodnienia, iż głos ludzki i dźwięk trąbki mogą być do siebie podobne, jak dwie krople wody. W drugiej odsłonie mamy fale ambientu, które płyną z gardła i trębackich wentyli. W trzeciej sytuacja dramaturgiczna ulega dalszemu zagęszczeniu, bo do świata fonii dołącza klarnet. Artyści chwilami sprawiają tu wrażenie, jakby egzystowali w fazie snu głębokiego i wydawali dźwięki, których istnienia nie są do koca świadomi. Wybudzają się w części piątej, gdy krzyczą, wrzeszczą i rozdzierają szaty. W szóstej spuszczają powietrze z opon, w siódmej wydają dźwięki definitywnie gastryczne (trąbka także!) oraz plejadę fonii wprost z ogrodu zoologicznego, w końcu w ósmej, dronowymi ekspozycjami starają się ściągnąć nad Morvan burzę z piorunami. Dziewiąta improwizacja trwa tu kwadrans i przynosi kolejne karkołomne akcje z obu stron. Najpierw cisza i definicja nano-dźwięku, potem kocie mruczenia i drobne plamy ekspresji oddzielone wydatnymi pauzami, wreszcie rytm oddechu i trębackich westchnień skończonych w stadium … galopu. W przedostatniej opowieści muzycy zdają się deformować każdy dźwięk, który są w stanie wydać swoim bogatym instrumentarium. Dźwięki z samego dna gardła, post-akustyczne jęki trąbki, kocie piski i metalowe rzężenia. Isabelle jest tu wygłodniałą kocicą, Franz nienasyconym niedźwiedziem na żerowisku. Emocje sięgają zenitu. Finał, to akcenty perkusyjne, energetyczne przepięcia mocy i przemożna chęć, by z tą parą szaleńców pozostać na dłużej. A jednak!



 

Space Embrace the Space

Atlantis Studio, Sztokholm, styczeń 2023: Lisa Ullén – fortepian, Elsa Bergman – kontrabas oraz Anna Lund – perkusja. Osiem improwizacji, 45 minut.

Szwedzki, swobodnie improwizowany jazz, na klasycznie zinstrumentalizowane trio, które lubi emocje free, chętnie sięga po mrok i moc czarnych klawiszy, które buduje narrację z gracją, nie siląc się na dramaturgicznie ekstrawagancje. Wszystko wydaje się tu być stworzone po to, by sprawiać czystą radość z odsłuchu. Nagranie nie odkrywa niczego szczególnego, niczego, czegośmy onegdaj nie słuchali, ale mimo to buduje napięcie i nie nudzi choćby przez moment.

Otwarcie albumu płynie wprost z czarnej strony fortepianowej klawiatury i błyszczących, perkusyjnych talerzy. Artystki potrzebują tu ledwie kilka sekund, by zewrzeć szeregi i dziarsko ruszyć we free jazzowy galop. Podobnie czynią w trzeciej improwizacji, którą bogacą dodatkowe akcje łamiące rytm i stawiające narrację w poprzek zastanym konwencjom. Piano nabiera tu posmaku post-romantycznego, perkusja zaś serwuje bystre solo. Tymczasem druga i czwarta opowieść zdają się nade wszystko koić emocje i przybierać postać zgrabnych post-ballad. Ta druga sięga także po dźwięki inside piano, choć kończy się w tempie dalece nieballadowym. Piąta improwizacja trwa tu kilkanaście minut i rości sobie pretensje do bycia tą najważniejszą. Artystki dawkują nam intensywność, potrafią frazować bardzo filigranowo, ale wszystkie swoje akcje prowadza w dalece interesującej dynamice, dzięki czemu długa improwizacja mija w mgnieniu oka. Szczególnie podobać się może środkowa, mroczna, spowolniona faza nagrania. Ostatnie trzy utwory trzymają się konwencji dynamicznej, przeplatanej balladowymi westchnieniami. Znów dużo tu mrocznych, niepowiedzianych fraz oraz nisko osadzonych, dynamicznych akcji, tętniących groove basu i piana. W finałowej części spora rola przypada kontrabasowemu smyczkowi, który niesie emocje osadzając się na zgrabnych rytmie.  Swoje dokłada aparycja inside piano.



 

Fully Celebrated Orchestra Sob Story

Czas i miejsce akcji nieznane: Jim Hobbs – saksofon altowy, kompozycje, Taylor Ho Bynum – trąbka, Ian Ayers – gitara, Luther Gray – perkusja oraz Timo Shanko – bas. Dziesięć utworów, 41 minut.

Tu szefem przedsięwzięcia jest alcista, muzyk bynajmniej nie anonimowy, a jego ważnym kolaborantem świetny trębacz, kojarzony na ogół z częstym partnerowaniem Anthony’emu Braxtonowi. Album przynosi dziesięć zgrabnych tematów, często do tańczenia i śpiewania, na ogół ciekawie rozwijanych na etapie improwizacji, szczególnie tych kolektywnych. Jako całość Sob Story jest jednak upiornie przewidywalna i odrobinę zbyt eklektyczna. Choć miejsce akcji nie jest na okładce wskazane, muzyka pachnie na kilometr Nowym Jorkiem, jest nasączona downtownowym sznytem, godnym lat 90. ubiegłego stulecia.

Pierwszy temat prowadzony jest w marszowym, żwawym tempie, zdaje się być post-romantyczny w barwie i nowojorski w ciekawym łamaniu zadanej na wstępie rytmiki. Śmiało moglibyśmy nazwać go Aylerem w stanie uśpionej kreatywności. Kolejne ekspozycje stawiają na taneczność i prostotę przekazu, a dominują w niej improwizacje prowadzone raczej w formule solowej. W czwartej części intensywnie swingujemy do niezbyt wyszukanej melodyki, ale podoba się może ekspresja gitarzysty. Po smutnej balladzie, w części szóstej dostajemy się w wir kameralistyki z soczystym smyczkiem na gryfie basu. Na etapie kolektywnych improwizacji dzieje się tu dużo dobrego. Siódma opowieść, to zabawna samba, trochę funky i dużo gęstego groove. W ósmej interesujące jest saksofonowe solo, ale sama ekspozycja swinguje bez ikry. Dwie ostatnie opowieści, to niemal piosenkowe ballady, kind of smooth Ayler, a oczekiwania recenzenta, że puenta albumu uratuje ogólny wizerunek nagrania okazują się płonne.



 

Catherine Sikora & Susan Alcorn Filament

Zurcher Gallery, maj 2022: Susan Alcorn - pedal steel guitra oraz Catherine Sikora – saksofon tenorowy. Trzy improwizacje, 64 minuty.

Album dwóch uznanych amerykańskich artystek wydaje się być przykładem typowego dla pewnych obszarów muzyki improwizowanej braku umiaru. Panie budują tu wiele ciekawych akcji, dbają o dramaturgię, ale formuła ich swobodnych improwizacji, zakres brzmieniowych możliwości, być może także ograniczone zasoby kreatywności, sprawiają, iż album po dwóch kwadransach mógłby się spokojnie skończyć. Trwa niestety ponad cztery takie interwały.

Nagranie koncertowe jest tu nieprzerwanym ciągiem dźwiękowym. Początek sporo obiecuje - łączy post-jazzowy, dobrze kontrolowany flow saksofonu z ambientowymi plamami gitary. Drobne spiętrzenia free jazzowe dobrze robią dramaturgii, podobnie jak niezbyt częste dyskusje prowadzone drobnymi, urywanymi frazami. Gdy Alcorn ucieka w typowe dla swego instrumentu slajsy, melodykę w estetyce post-americana, zasoby środków Sikory, by sytuacji nadać stempel większej jakości nie są zbyt rozległe. Niestety im dalej w las, tym więcej w artystkach zadumy, balladowej powolności, a mniej ciekawych interakcji. Pod tym względem bardziej interesująca wydaje się być sama końcówka koncertu, odrobinę oniryczna, psycho-bluesowa, z intrygującymi saksofonowymi spiętrzeniami.