Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pedro Branco. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pedro Branco. Pokaż wszystkie posty

piątek, 13 czerwca 2025

The Portuguese’ impro way of live: Na Parede! Uivo Zebra! Faustino! Motian & More! Lencastre & Flak! Garuda Trio & Pinheiro!


Dziś krótka zbiorówka z muzyką improwizowaną z ukochanej Portugalii. Przed nami sześć albumów, z których aż cztery zarejestrowano w słynnym klubie SMUP w podlizbońskim Parede. Dokładnie tyle razy pojawi się na omawianych płytach basista i kontrabasista Hernâni Faustino. Dodajmy, iż trzy z prezentowanych albumów są wydawnictwami Phonogram Unit, labelu prowadzonego przez samych muzyków, a jedno nagranie zostało upublicznione w Belgii, pod szyldem, który także doskonale kojarzymy.

Zaczynamy od dość kameralnej, ale intensywnej impro-dramy, w której bierze udział pewien amerykański wiolonczelista (acz osiadły w Lizbonie) i równie nam znany szwajcarski gitarzysta. Potem, jak to często bywa w portugalskich produkcjach, będzie dużo jazzu (nawet z kompozycjami legend gatunku), odrobina gitarowo-saksofonowej abstrakcji i krótki, acz dosadny set solowy na kontrabas. Wśród wykonawców bez zaskoczeń – wszyscy znamy się jak łyse konie. So, welcome to the portuguese impro way of live!



 

Zíngaro, Stoffner, Lonberg-Holm & Madeira Na Parede (4DaRECORD, CD 2025)

SMUP, Parede, marzec 2023: Carlos Zíngaro – skrzypce, Florian Stoffner – gitara elektryczna, Fred Lonberg-Holm – wiolonczela oraz João Madeira – kontrabas. Cztery improwizacje, 42 minuty.

Zaczynamy od nagrania, które zostało upublicznione dość szybko po jego rejestracji, ale jedynie w plikach elektronicznych. Na trwały nośnik trafia dopiero teraz i to jest doprawdy wspaniała wiadomość. Swobodnie improwizowana opowieść na cztery instrumenty strunowe, to bowiem album wyśmienity.

Delikatne introdukcje z błyskiem post-baroku, deformowanego kreatywnością i pokrętną melodyką, kreślone są tu zarówno czystymi frazami, jak i tymi skąpanymi w błocie preparacji. Wszystkie, wyśmienicie unerwione, pozostają w stanie permanentnej interakcji. Trzy instrumenty akustyczne potrafią frazować w tak nieoczywisty sposób, brzmieć tak niecodziennie, iż w wielu momentach trudno jest wskazać, czy to dźwięk skrzypiec, wiolonczeli, czy wysoko zawieszonego, kontrabasowego smyczka. Niestandardowa gitara elektryczna buduje, co oczywiste, intrygujący kontrapunkt, niekiedy dysonans, ale potrafi też idealnie wklejać się w akustyczne strumienie dźwięków. Muzycy płyną w potoku ciągłych zmian - od spokojnego spaceru zielonym wzgórzem, przez ogniste spiętrzenia, aż po mroczne medytacje w głębokiej krypcie. W drugiej improwizacji osiągają doprawdy imponujące tempo, a wiele akcji nasączonych jest zaskakującą dynamiką. Z kolei w trzeciej odsłonie, najdłuższej, bodaj najpiękniejszej, pozwalają sobie dokładnie na wszystko. Z jednej strony jednoczą się w chóralnym śpiewie, z drugiej jęczą pod ciężarem wyjątkowo kreatywnych preparacji. W szczególnie intensywnych spiętrzeniach ratunkiem zdaje się być melodia, którą jest w stanie generować każdy, a która nadaje improwizacji wręcz uloty wymiar. Finałowa opowieść, która początkowo zdaje się płynąć w chmurach, nabiera intrygującej dynamiki, po czym grzęźnie w mule nerwowej nostalgii. Tu wyjściem z impasu jest efektowne, pożegnalne spiętrzenie. Brawura, emocje, nieskończone pokłady ekspresji – wszystkie gaśnie w sposób równie zmysłowy, jak efektowny.



 

Uivo Zebra Deus Montanha (Phonogram Unit, DL 2025)

SMUP, Parede, styczeń 2021: Hernâni Faustino – bas elektryczny, instrumenty perkusyjne, głos, João Svayam – perkusja, instrumenty perkusyjne (także egzotyczne), głos oraz Jorge Nuno – gitara elektryczna, głos. Sześć improwizacji, 53 minuty.

Formacja Uivo Zebra dwie pierwsze płyty wydała w Polsce, w bocianiej inicjatywie wydawniczej. Teraz wraca pod portugalską flagą edytorską. W przeciwieństwie do poprzednich albumów muzyka tria intrygująco uspokaja się, artyści głębiej sięgają do psycho-rockowych medytacji, wielokrotnie płynąc pod prąd naszych oczekiwań i estetycznych skojarzeń. Efekt jest zaskakująco udany, co więcej Deus Montanha śmiało kandydować może do miana najlepszej płyty portugalskiego tria.

Początek albumu jest wręcz ambientowy, budowany czystym pasmem o syntezatorowym posmaku i tym brudnym, który ściele się po podłodze. W tle błyszczą tajemnicze perkusjonalia, a bas zaznacza swoją obecność flażoletami, z których po czasie kleci coś na kształt linearnej narracji. Perkusja i gitara biorą się do pracy dopiero pod koniec utworu, powodując, iż zakończenie się gęste i dość gorące. W drugiej części od startu zarysowany jest powolny rytm basu i perkusji. Gitara nie jest zainteresowana współuczestniczeniem, hebluje na boku i łyka coraz większe porcje kwasu. W drugiej części utworu pojawia się zaskakująca wokaliza, która wytrąca narrację z martwego marszu. W kolejnej odsłonie leniwy flow zdaje się trzymać artystów w gęstym mule. Prowadzi ich od mrocznej inicjacji wprost w smugę kosmicznego pyłu, który smakuje soczystą psychodelią. W czwartym utworze intensywnie pracują gitarowe przetworniki. Opowieść intrygująco pulsuje, nabiera kwasowej mocy i odpływa w niebyt niesiona perkusyjną pętlą. Otwarcie przedostatniej części spoczywa na etnicznie brzmiących perkusjonaliach. Gitara i bas stawiają na minimalizm, a rozkołysana opowieść pięknie ginie w mroku pogłosu. Finałowa improwizacja trwa ponad dziesięć minut i jest piękną, trzymaną na dramaturgicznym suspensie opowieścią pożegnalną – bas swobodnie pulsuje, gitara nabiera dubowej poświaty, a perkusja krąży nad nimi niczym sęp nad gnijącym trupem.




Hernâni Faustino Hide and Seek (Robalo Music, CD 2025)

Penh Asco Arte Cooperativa, listopad 2023: Hernâni Faustino – kontrabas. Jedna improwizacja, 25 minut.

Najsłynniejszy portugalski, improwizujący basista przesiada się teraz na kontrabas i prezentuje nam krótkie, acz nasiąknięte jakością i kreatywnością dzieło solowe. Jednotrakowe nagranie pokazuje pełne oblicze artystyczne Faustino, który równie dobrze czuje się w post-jazzowym pizzicato, jak i w abstrakcyjnym, niekiedy siarczyście melodyjnym arco.

Na starcie artysta pokazuje szeroką paletę swoich możliwości – jego brudny smyczek skacze po strunach, głaszcze je, uderza i poleruje, a on sam, raz za razem, owe struny szarpie palcem wskazującym. Także portfolio fraz silnie preparowanych jest tu bardzo bogate – struny skomlą, poddawane są bolesnym otarciom, a wszędzie wokół panoszą się strzępy zapomnianych melodii, szorstkich, matowych, dojmująco pięknych. Pudło rezonansowe potrafi cierpieć, a smyczek być ostrym jak brzytwa. Od swobodnej agresji po kompulsywną mozolność, od krzyku po odgłos mrocznej ciszy. Po sześciu minutach muzyk zapada się w tej ostatniej, po czym wynurza na powierzchnię soczystym, tanecznym post-barokiem, który natychmiast macza w gęstym oleju. Hernâni świetnie dawkuje tempo, odpowiednio porcjuje emocje i choć lubi zmiany, struktura jego opowieści jest dramaturgicznie stabilna. Nie brakuje w niej post-jazowych westchnień, filigranowych flażoletów, ale także wybuchów ekspresji i mrowia soczystych preparacji. W końcowej fazie nagrania, które jest koncertem, nie brakuje melodii granych obiema technikami. Samo zakończenie uformowane jest w dron, który odbywa drogę od minimalizmu do tanecznej, masywnej mięsistości.

 


 

Motian & More Gratitude (Phonogram Unit, DL 2025)

SMUP, Parede, styczeń 2022 (utwory 1-2), BOTA, Lizbona, marzec 2023 (3-5): José Lencastre – saksofon tenorowy, Pedro Branco – gitara elektryczna, Hernâni Faustino – kontrabas oraz João Sousa – perkusja. Pięć kompozycji (Thelonious Monk, Paul Motian), 53 minuty.

Portugalia kocha jazz! Wiemy to z niejednej opowieści. Tym razem bez dróg na skróty – jeden evergreen Monka i cztery kompozycje Motiana. Tematy, improwizacje, rozciągnięte niekiedy do nastu minut i kody. Rzecz definitywnie dla fanów gatunku, ale my, starzy wyjadacze free impro, śmiało możemy pochylić nad nią nasze zmęczone receptory słuchu. Zwłaszcza, że personalnie mamy tu prawdziwy kwiat portugalskiego jazzu i stylistyk pokrewnych.

Misterioso Monka szyte jest zgrabną synkopą, a nasączone dziarskim bluesem na każdym etapie narracji. Pierwszy z utworów Motiana muzycy rozciągają do dwóch dziesiątek minut. Saksofonowe otwarcie, dynamiczne rozwinięcie, a potem zejście w kameralny minimal z intrygująco wystudzonymi melodiami. Dobrze unerwiony finał sporo tu rekompensuje. Trzecią historię otwiera efektowne solo kontrabasu. Rozwinięcie znów jest dynamiczne, podane z zębem, a potem … ponownie zatopione w nieco przydługiej balladzie. W kolejnym Motianie króluje połamany rytmicznie blues. W ostatniej kompozycji muzycy pomieścili chyba najwięcej jakości. Opowieść osadzona jest w rytmie samby, gitarzysta gra soczystego rocka, a akcje pozostałych muzyków też noszą znamiona ekspresyjnych. Zdrowe emocje towarzyszą nam tu do ostatniej sekundy.




José Lencastre & Flak Cloudy Skies (Phonogram Unit, CD 2025)

Studio Alfarim, czas nieznany: José Lencastre – saksofon altowy i tenorowy, Flak – gitara. Czternaście utworów, 39 minut.

Pozostajemy w towarzystwie Lencastre’a, który tym razem swobodnie improwizuje z gitarzystą o pseudonimie Flak, którego znamy także z licznych eksploracji elektronicznych. Muzycy na albumie pomieścili aż czternaście opowieści, w większości sprawiających wrażenie fragmentów większych całości. Mnożą zatem wątki, nie brakuje im pomysłów, ale nagranie z pewnością byłoby bardziej interesujące, gdyby z owych czternastu opowieści wybrać 5-6 i ciekawie rozwinąć pod względem dramaturgicznym.

Lencastre jest definitywnie zwierzem jazzowym i pokazuje to na każdym kroku – lubi melodię, po frazy preparowane sięga rzadko, ale gdy już to czyni, mają one smak i są dobrze posadowione w strumieniu narracji. Flak jako gitarzysta wydaje się kolorowy, niczym dziecięcy kalejdoskop. Nie stroni od ambientu, na których sadowi intrygujące frazy, niekiedy preparowane, niemal elektroakustyczne, bardzo skromnie sięga po jazz, czasami blues, równie rzadko kieruje się w kierunku ekspresji rocka. Dobrze dba o dramaturgię, daleki jest od nadmiaru ekspresji, udanie kontrapunktuje melodyjnego saksofonistę. W tyglu 2-4 minutowych opowieści na rozwinięcie zasługiwałoby kilka z nich. Trzecia wprowadza elementy percussion, które budują ciekawy, gitarowy flow. W ósmej narracja ma dalece nerwową powłokę, a minimal gitary skonfrontowany jest z zadziornym dęciakiem. W dziesiątej części muzycy kreują opowieść ze strzępów fonii - najpierw imitują się, a potem niesieni melodią nabierają wigoru. W odcinku jedenastym frazują wysoko, dbają o tempo i hamują z piskiem opon. Wreszcie w opowieści dwunastej gitarzysta stawia na drobiazgi, flażolety, a saksofon cedzi frazy na efektownym wdechu.



 

Garuda Trio & Rodrigo Pinheiro Live at SMUP (A New Wave Of Jazz, DL 2025)

SMUP, Parede, marzec 2024: Hugo Costa – saksofon altowy, Rodrigo Pinheiro – fortepian, Hernâni Faustino – kontrabas oraz João Valinho – perkusja. Dwie improwizacje, 51 minut.

Na zakończenie krótkiej, portugalskiej zbiorówki kolejna porcja jazzu, ale tym razem w bardzo swobodnej, rozimprowizowanej formie, który w wielu momentach koncertu przybiera szaty godne free music. Funkcjonujące od pewnego czasu trio koncertuje tu z gościem, który po prawdzie powoli staje się już czwartym do brydża w tym układzie personalnym. Same gorące iberyjskie nazwiska, zatem wszelką introdukcję uznać należy za zbędną. Koncert składa się z dwóch wielominutowych opowieści, z których ta pierwsza trwa dwa kwadranse z sekundami.

Muzycy budują narrację kolektywnie, bazując na szorstkim brzmieniu saksofonu, zrównoważonym, niekiedy post-klasycznym strumieniu piana z klawiatury i dobrze unerwionej sekcji rytmu, którą niesie melodyjny drive basu, śmiało kojarzący się ze estetyką Williama Parkera. Kierunek drogi artystów zdaje się wskazywać na free jazz, ale de facto do stanu gorącej kipieli nigdy nie dochodzi. W roli strażnika emocji występuje tu nade wszystko pianista, który dobrze kontroluje emocje i często wprowadza narrację w bezmiar spokojnego, kameralnego frazowania, zapraszany do akcji przez saksofonistę, który lubi schodzić na drugi plan lub całkowicie milknąć. Szczególnie udane jest drugie kameralne interludium pierwszego seta, gdy akcja kwartetu niesiona lekkim pianem staje się delikatnie rozmarzona. Finał pierwszego seta jest wyłącznym udziałem kontrabasu i perkusji. Z kolei otwarcie drugiej części spoczywa na saksofonie i kontrabasowym smyczku. Narracja kwartetowa formuje się na dobre dopiero po pięciu minutach. Drugi set na etapie rozwinięcia wydaje się bardzo stabilny pod względem dramaturgicznym. Znów melodyjny drive basu, kontrolujące piano, zadziorny saksofon i ogarniająca dynamikę perkusja. Dodatkowe emocje na etapie finalizacji dostarcza powracający smyczek, który schodzi nisko na kolanach, łapie brud w szprychy i wiedze kwartet na finałowe zatracenie.



 

piątek, 18 listopada 2022

The Lisbon Story: The Attic! João Lencastre! Livro das Grutas! José Lencastre! Cláudio de Pina!


Zgodnie z wtorkową zapowiedzią kontynuujemy prezentację nowych płyt powstałych w Lizbonie. Dziś pięć kolejnych świeżutkich smakołyków, pokazujących nie tylko jakość i kreatywność sceny stolicy Portugalii, ale także jej niebywałą różnorodność.

Dwie pierwsze płyty w zestawie emanują swobodnym jazzem - najpierw wycieczka w estetyce more free, potem odrobina kompozytorskiego ładu, ale z improwizacją, jako naczelnym narzędziem pracy. Kolejna podróż, to definitywnie elektroakustyczna, swobodna improwizacja o niekończącej się palecie dźwięków preparowanych. Zaraz po niej saksofony skąpane w elektronice, a na sam koniec … osiemnastowieczne organy i bystre wykony klasyków minimalistycznej awangardy. Oto cała, jak zawsze piękna Lizbona! Welcome!




The Attic (Rodrigo Amado, Gonçalo Almeida, Onno Govaert)  Love Ghosts (NoBusiness Records, CD 2022)

Namouche Studios, styczeń 2020: Rodrigo Amado – saksofon tenorowy, Gonçalo Almeida – kontrabas oraz Onno Govaert – perkusja. Pięć improwizacji, 58 minut z sekundami.

Portugalsko-holenderskie Attic zaprasza na trzecią swoją płytę. To trio, które uwielbia swobodny free jazz, nie stroni od melodii i dobrych emocji. Tytuł nagrania zdaje się ciągnąć naszą uwagę w stronę estetyki Alberta Aylera i po prawdzie w wielu kluczowych momentach narracji posmak mistrza nie schodzi z ust artystów. Z drugiej strony nie sposób nie zauważyć, szczególnie we frazowaniu saksofonisty, iż tego dnia nastrój chwili kierował muzyków w bardziej spokojne rejony niż te, znane z poprzednich sesji, czy koncertów tego tria.

Spokojne otwarcie jest tu dziełem kontrabasu i perkusji. Saksofon wchodzi do gry łagodną melodią i syci narrację balladowym klimatem o nieco bluesowej proweniencji. Improwizacja nabiera wigoru i tempa, zaczyna nawet swingować, a w swej końcowej fazie przekształca się w stonowaną kodę budowaną duetem dęciaka i basu. Początek drugiej improwizacji wydaje się być równie leniwy. Zamyślony Ayler czeka na zapowiadany wzrost emocji, z kolei kontrabasista, a szczególnie perkusista nerwowo wiercą się w miejscu i udanie szukają dramaturgicznych kantów. Z czasem tenor zaczyna systematycznie ciągnąć opowieść ku górze i nie skąpi bardziej zadziornych fraz. Po wyczerpaniu zasobów melodyki oddaje pole kontrabasowi, który plecie zmyślne, nieprzegadane solo. Końcówka nagrania charakteryzuje się dużą kreatywnością drummera, który kontrapunktuje drobne przesilenie melodyczne saksofonisty. Trzecią historię zdecydowanie stawiamy w roli tej najciekawszej. Kameralny początek zawdzięczamy smyczkowi i dęciakowi snującemu mgławe, wysuszone drony. Artyści klecą tu małe modlitwy i chętnie imitują swoje dźwięki. Głęboki drumming z kolei dba o mroczne emocje. Po przejściu w tryb pizzicato narracja nadyma się post-swingiem i niesiona basowym groove nabiera ognistej powłoki. Saksofon imponuje w tym momencie kreatywnością, dba o emocje na każdym korku, a intensywna sekcja rytmu dodaje mu jeszcze skrzydeł. Finałowa improwizacja znów zaczyna się na gryfie kontrabasu, tym razem jednak bez udziału smyczka. Smukłe, delikatne flażolety, struny ledwie głaskane końcówkami palców. Perkusja i saksofon wchodzą do gry dopiero w trzeciej minucie. Leniwa ballada bardziej tu pachnie Komedą niż Aylerem. Mniej więcej w połowie improwizacji artyści w zakamarkach melodii rozpoczynają intensywne poszukiwania dynamiki. Marszowe tempo sprawia, iż masywny groove basu nie ciągnie narracji na szczyt, ale pozwala jej zmysłowo wytłumić się.



 

João Lencastre  Safe In Your Own World (Phonogram Unit, CD 2022)

Atlântico Blue Studios, październik 2021: Leo Genovese – fortepian, Drew Gress – kontrabas, Pedro Branco – gitara (nie we wszystkich utworach) oraz João Lencastre – perkusja. Osiem utworów/ improwizacji, 36 minut i pół minuty.

Międzynarodowy skład jednego z braci Lencastre, to po prawdzie akustyczne trio, które na czas sesji nagraniowej zostało uzupełnione o elektryczną gitarę. Drummer przygotował tu cztery kompozycje, pozostałe utwory to improwizacje. Szczególnie dużo jakości znajdujemy w tych ostatnich, ale i tematy grane z kartki mają tu swoją moc, bystrą dramaturgię, soczyste improwizacje, a zdobią je intrygujące dysonanse stylistyczne. Dodajmy, iż w utworach drugim i szóstym gitara milczy.

Dwa początkowe utwory na płycie, to kompozycje. Pierwsza z nich smakuje dobrym fussion, podawanym mocnym tembrem kontrabasu i gitary, która lubuje się w ekspedycjach jazz-rockowych.  Druga część jest całkowicie akustyczna, a otwiera ją kontrabas i perkusyjne szczoteczki. Ballada otwartego jazzu podszyta tu jest nerwowym rytmem wewnętrznym. Kolejne epizody, to już improwizacje w kwartecie. Najpierw dostajemy się w wir preparowanych fraz, które zyskują dynamikę dzięki zręcznej robocie perkusisty. Szczególnie podobać się tu może gitara, która nieustannie płynie w poprzek oczekiwań typowego open jazzu. Tuż potem dostajemy się w strefę wyjątkowo smakowitych kąsków – preparacji, rezonujących talerzy, smyczka w śpiewie i gitary płynącej mrocznym ambientem. W części piątej powracamy do materiału skomponowanego, który zdaje się stanowić jedynie pretekst do prawdziwych, improwizowanych szaleństw. Dynamiczna, chwilami agresywna narracja syci się tu zarówno ekspresją rocka, jak i swingującym groove. Skoczny, połamany temat implikuje pasaże świetnie skontrastowanych ekspozycji solowych. Po szóstej opowieści, którą stanowi akustyczna, krótka ballada cieszyć się możemy utworem siódmym, bodaj najlepszym momentem całego albumu. Smyczek, psychodeliczna gitara, w fazie dynamiki całe plejady kanciastych, niebanalnych dźwięków, wreszcie salwy ekspresji płynące ze strony wszystkich muzyków w ramach podsumowania. Finałowa ballada koi tu nerwy, ale też jest efektem całkiem frapujących pomysłów. Przypomina wodospad z leniwą strugą wody, skąpaną w porannym słońcu.



 

Wilfrido Terrazas, Mariana Carvalho & Abdul Moimême  Livro das Grutas (Creative Sources, CD 2022)

Namouche Studios, wrzesień 2018: Wilfrido Terrazas – flety i dzwonki, Mariana Carvalho – fortepian preparowany i głos oraz Abdul Moimême – dwie gitary elektryczne (grające symultanicznie), obiekty. Pięć improwizacji, 69 minut.

Nagranie poczynione wedle formuły live in studio, swobodnie improwizowane, nasączone ogromem intrygujących dźwięków, łączące wytrwane, preparowane frazy piana i fletu z dwoma gitarami stołowymi, zdaje się posiadać nieskończoną liczbę zalet. Być może tą jedną, najważniejszą jest umiejętne korzystanie przez artystów z ogromnego arsenału dźwiękowego i kreowanie bardzo często sytuacji dalece minimalistycznych. W trakcie bardzo długiej sesji (to akurat jedyna wada albumu) raz za razem nasze skojarzenia kierują się w stronę legendarnych AMM, a muzycy wydają się czerpać inspiracje zarówno z gęstego, industrialnego odcinka historii Brytyjczyków, jak i z estetyki minimalizmu, charakterystycznej dla ich współczesnych nagrań.

Na starcie muzycy serwują nam mały spektakl fake sounds, pełny dętych oddechów i akcentów percussion z mgławym, post-ambientowym tłem. Narracja faluje, płynie od gęstych, kompulsywnych fraz do zagubionych, minimalistycznych oddechów elektroakustycznej ciszy. Pianistka dba o szczegóły, filigranowo preparuje, ale nie ma też problemu z wyrażaniem zdecydowanego stanowiska wprost z klawiatury. Flecista dmie i nadyma się, często ciągnie narrację ku górze, nasączając ją nerwem życia. Z kolei instrumentarium gitarzysty stanowi o tu o całej, jakże bogatej reszcie zdarzeń fonicznych – od onirycznego ambientu po hałaśliwe zgrzyty i bolesne obtarcia. Mimo braku instrumentu perkusyjnego, improwizacja raz za razem śle sygnały na poły rytmiczne, w projekcji których często dochodzi do imitacji brzmienia gitary i piana. Druga opowieść zdaje się podkreślać majestatyczne, leniwe tempo narracji, metaliczne frazowanie pełne rezonansu i dramaturgiczne samoograniczanie się muzyków. W trzeciej części pojawia się więcej emocji. Mnogość dźwięków preparowanych ze strony wszystkich uczestników podróży na pewien czas istotnie zagęszcza flow, który płynie od jednego skoku napięcia do drugiego. Tą, która drobnymi, filigranowymi frazami bierze ów pomysł w nawias niedopowiedzenia jest wyśmienicie pracująca pianistka. W kolejnej części muzycy plotą coraz dłuższe frazy, a w tle dalece onirycznej narracji pojawia się tajemniczy, dalekowschodni zaśpiew. Gdy w sukurs tak kreowanej improwizacji przychodzi jeszcze post-industrial taste, opowieść intrygująco gęstnieje (nie bez udziału głosu!). Finałowy, najkrótszy epizod powraca do estetyki fake sounds, którą artyści przywitali nas prawie godzinę temu - szeleszczące papierki, długie frazy nieznanego pochodzenia i dość niespodziewane, post-jazzowe wtręty z klawiatury. Końcowe dźwięki stawiają znaki zapytania, gubią wątki i wciąż podsyłają nowe rozwiązania. Oto improwizacja, która mógłby się w zasadzie nigdy nie skończyć.



José Lencastre  Inner Voices (Burning Ambulance Music, CD 2022)

Toolate Studio, od września 2020 do marca 2021: José Lencastre – saksofon altowy i tenorowy (utwory 1-8), saksofon altowy (9-10) oraz Ary – projekt dźwiękowy (1), Moog Sonic 6 (2, 3, 10) oraz real time fxs, syntezator modularny (9-10). Dziesięć utworów, 43 i pół minuty.

Drugi z braci Lencastre zaprasza nas na płytę w jego dorobku dość szczególną. Po części solową, ale graną na dwa lub więcej głosów, po części wspieraną smugami elektroniki, w końcu także realizowaną w duecie z analogowym syntezatorem. Album składa się z dwóch zasadniczych części. Najpierw dostajemy saksofonowe wielogłosy umoczone w delikatnym, elektronicznym sosie, a potem dwie rozbudowane improwizacje grane już w formule live. Każda z części trwa trochę ponad 20 minut. Dodajmy, iż zarówno w sensie brzmieniowym, jak i dramaturgicznym obie strony albumu dość zasadniczo różnią się do siebie.

Na starcie wydaje się, że zanurzeni jesteśmy w pieczarze elektroakustycznych pomruków. Nagle nadlatują jednak dwa, a potem nawet trzy saksofony i zaczynają swój melodyjny, wielogłosowy taniec. Rytm wiecznej pętli, bardzo swobodny, niekiedy radosny, realizowany na ogół na sporej dynamice, niepozbawiony jest także pewnego folkowego posmaku. W drugim utworze brzmienie saksofonów ulega delikatnemu zabrudzeniu, a flow nabiera gorętszego wymiaru, podsycanego elektronicznym backgroundem. W kolejnej części wraca czysta śpiewność, do gry podłącza się także elektroniczne pasmo niskiej częstotliwości. Opowieść zyskuje na ekspresji, zatem możemy już - być może - używać w stosunku do niej określenia free jazz. Czwarta odsłona gubi tempo, zyskuje natomiast silny pogłos. Piąta, szósta i siódma narracja wydają się wyjatkowo skoczne i lekkie, zupełnie pozbawione wsparcia elektronicznego, choć i tu pojawia się znane nam już pasmo basowe. Ósma narracja, która kończy wielogłosowy śpiewnik definitywnie zdejmuje nogę z gazu i brnie w kierunku balladowym, nabierając nieco medytacyjnego charakteru. Dwa ostatnie utwory na płycie, to już żywa improwizacja, prowadzona przez saksofon altowy, w interakcje z którym wchodzi nieinwazyjny syntezator modularny. Elektronika pozostaje tu w pozycji odpowiadającej na pytania, płynie wartkim, post-rytmicznym strumieniem i dobrze uzupełnia pętle narracyjne dęciaka. Tempa są na ogół umiarkowane, czasami delikatnie nerwowe, częściej jednak na poły medytacyjne. Całość silnie posiłkuje się post-elektronicznym echem.



Cláudio de Pina  Avant-Garde Organ (9musas, CD 2022)

Ajuda Parish, czas nieznany: Cláudio de Pina - osiemnastowieczne organy (pipe organ), kompozycje - La Monte Young, György Ligeti, Mauricio Kagel oraz John Cage. Trzynaście utworów, 74 minuty.

Na zakończenie lizbońskiej mini-zbiorówki dzieła wyżej wymienionych klasyków minimalizmu wykonywane na organach i doposażone w całe mnóstwo dźwięków, jakie towarzyszyły grze na dużym instrumencie piszczałkowym. Zatem są z nami odgłosy trzeszczenia krzesła, zamykania i otwierania drzwi, także przemieszczania się muzyka, a może nie tylko jego. Te dodatkowe efekty dźwiękowe szczególnie uwypuklają się w trakcie wykonania cage’owskiego 4:33, którego partytura, jak świetnie wiemy, jest pustą kartką. Ów pasaż post-sakralnego field recordings wieńczy zresztą cały koncert, który wydaje się być jednym ciągiem przyczynowo-skutkowym następujących po sobie dźwięków instrumentu i otoczenia.

Na początek muzyk proponuje nam kompozycje Le Monte Younga. Matowy, jakże oniryczny klimat, ale także dużo akcji w jednostce czasu, przynajmniej jak na kanony mistrza minimalizmu. Długie frazy płyną tu zarówno dołem, jak i górą, zdają się być podniośle, ale także nieco slapstickowe. Artysta proponuje nam także dużo gry z ciszą, które to fragmenty nasyca dźwiękami otoczenia. Jeśli jednak szukamy na koncercie prawdziwego oblicza minimalizmu, to dostarcza go fragment wykorzystujący kompozycje Ligetiego. Dźwięki zdają się tu stać w miejscu i czekać na niechybną śmierć. Oto narracja, która zachęca do głębokiego słuchania i ekstremalnego skupienia. W części Kagela dostajemy całe plejady krótkich, wręcz urywanych fraz. Tu także fauna i flora otoczenia organów wnosi do narracji więcej zdarzeń fonicznych niż sam instrument. W części Cage’a pojawia się więcej życia, ale też mrocznych, wręcz ponurych klimatów. Także frazy filigranowe i zaskakujący posmak ethno. Nim koncert wejdzie w finałową fazę cage’owskiego bezdźwięku, artysta serwuje nam jeszcze drobny powrót do Younga. Tu z kolei mamy wrzenie, że organy namiętnie śpiewają.