Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Henk Zwerver. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Henk Zwerver. Pokaż wszystkie posty

piątek, 29 sierpnia 2025

The August’ Round-up: Shifa! Türköz & Tuerlinckx! Zwerver! Hera Corp.! Karałow & Noetinger! Martial! New Bone!


Sierpniowa zbiorówka świeżych recenzji wystawiona na widok Waszych pazernych oczu i zasobność Waszych portfeli! Zapraszamy do lektury, a potem na zakupy! Wspierajcie kulturę wysoką, cokolwiek to znaczy!

Dziś osiem albumów z muzyką improwizowaną, ale także z kompozycjami współczesnymi i jazzowymi. A zatem po kolei: londyńskie, post-jazzowe trio, berlińska mantra na preparowane piano i szalony glos, holenderskie trio post-chamber, dwie ekspozycje syntezatora modularnego w tajemniczych duetach prosto z Katalonii i Serbski, duet polsko-francuski ze znaczącym udziałem elektroniki, a na koniec francuska, komponowana muzyka współczesna na instrumenty własnej produkcji oraz garść main-streamowego jazzu prosto z Polski. Nie będziecie się nudzić choćby przez sekundę.

Welcome to heaven and hell of improvised music!

 


Shifa شفاء (Rachel Musson, Pat Thomas, Mark Sanders) Ecliptic (Discus Music, CD 2025)

Cafe Oto, Londyn, luty 2023: Rachel Musson – saksofon tenorowy, Pat Thomas – fortepian oraz Mark Sanders – perkusja, instrumenty perkusyjne. Jedna improwizacja, 46 minut.

Nasza ulubiona scena londyńska, na niej międzypokoleniowe trio wytrawnych instrumentalistów, a w jego wykonaniu soczysta, post-jazzowa improwizacja, w której nie brakuje emocji godnych free, ale także chwil adekwatnej dramaturgicznie zadumy. Nic, tylko wpaść w sidła tej muzyki i czerpać dozgonną przyjemność.

Artyści ruszają do boju w kolektywnym szyku. Pianista zaczyna od trybu inside piano, czyniąc ciekawy dysonans w kontekście linearnych, nasyconych sporymi emocjami akcji saksofonistki i perkusisty. Pierwszy kwadrans, to systematyczne narastanie, realizowane także w podgrupach, ze szczególnym uwzględnieniem free jazzowego duetu piano & drums. Opowieść ma swój wyraźny rytm, a muzycy zdają się czerpać dużą przyjemność z wyważonego eskalowania ekspresji. Po upływie kilkunastu minut zatapiają się w chmurze rezonansu i pozostają w niej na wiele minut, budując wyjątkowo uroczą ekspozycję. Po restarcie ich akcje nabierają bluesowego posmaku i nienachalnej melodyki, o co dba tu każdy. Koniec drugiego kwadransa, to kolejna okazja do pooddychania chłodnym powietrzem. Trzeci kwadrans koncertu pełen jest kompulsywnych zdarzeń - permanentnych turbulencji na werblu i tomach, soczystych, rytmicznych melodii na klawiaturze i sumiastych wyziewów z samego dna dętej tuby. Zakończenie spektaklu zdaje się pozostawać na barkach saksofonu tenorowego.

 


Saadet Türköz & Anaïs Tuerlinckx Le chant des noiseuses (Scatter Archive, DL 2025)

Ausland, Berlin, grudzień 2024: Anaïs Tuerlinckx – fortepian, preparacje oraz Saadet Türköz – głos, teksty. Jedna improwizacja, 38 minut.

Czas na ceremoniał niesionego pogłosem inside piano i głosu jedynego w swoim rodzaju. Pianistce bliżej tu do rytualnego hałasu niż fortepianowego liryzmu, wokalistka śpiewa wszystkimi językami świata, a pokłady ekspresji zgromadzone w jej głowie i gardle zdolne są przenosić góry. Ten niezwykły album trwa ledwie 38 minut, ale można przysiąc, iż to prawdziwa wieczność, która nie ma początku, ani końca.

Delikatny, filigranowy początek, jakby każda fraza czy oddech testowały, jak działa echo. Szmery, szelesty, drżenia i dotkliwe cierpienie płynące zarówno z gardła, jak i ze strun zanurzonych w głębinach piana. Artystki wspinają się na szczyt już w piątej minucie, a potem godzinami zsuwają się z niego w mroczne grzęzawisko. Pianistka wykorzystuje wyjątkowo szerokie spektrum dźwięku, ale jej partnerka zdaje się te parametry podwajać. Śpiewa, recytuje, snuje wokalizy. I niesie nam zdecydowanie złe nowiny. Po kwadransie obie zastygają w błocie ambientu, ale już po kolejnych kilku minutach płoną na stosie post-industrialu. Po tych traumatycznych przejściach wracają do rytuałów początku spektaklu. Piano drży, głos najpierw sięga po bliskowschodnią mantrę, a potem jodłuje i wesoło pokrzykuje. W międzyczasie docierają do nas matowe dźwięki klawiatury, jakby na przekór zastanej konwencji. Ostatnie pięć minut koncertu, to tajemnicze melodie ze strun piana okraszane piskiem wokalistki. Finał jest rozkołysany i dogasa nutą rezygnacji.

 


Zwerver, De Joode & Vatcher Brisky (Bandcamp’ self-release, DL 2025)

Zaal100, Amsterdam, marzec 2025: Henk Zwerver – gitara, Wilbert de Joode – kontrabas oraz Michael Vatcher – perkusja. Siedem improwizacji, 32 minuty.

Trzech holenderskich zakapiorów, weteranów nie jednej improwizowanej batalii w bezpretensjonalnej, równie post-jazzowej, jak post-kameralnej opowieści popełnionej w zacnym przybytku kultury wysokiej miasta rowerów, kanałów i definitywnie dobrych obyczajów. Krótki koncert bez jednego zbędnego dźwięku składa się z sześciu epizodów i ekspresyjnego encore.

Jego początek brzmi szorstko, jest leniwy, ale opowieść szybko nabiera dynamiki. Usłana jest tysiącem małych, zgrzebnych interakcji. Suche struny gitary, dobrze naoliwiony smyczek kontrabasu i błyszczące talerze zestawu perkusyjnego. Utwory drugi i czwarty mają piękne, jakże mroczne introdukcje. Potem akcja robi się zwinna, nieco rozkołysana, zdolna do istotnie jazzowego zgęstnienia. W trzecim, nieco nerwowym epizodzie na gryfie gitary sadowi się źdźbło bluesa. Narracja nabiera tu tempa, a na twarzy Dereka Baileya pojawia się niewymuszony uśmiech. W epizodzie czwartym podobać się może trójstronna rozmowa prowadzona w estetyce call and response, a w piątym zaskakująca nuta swingu. Z kolei szósta szyta jest ze strzępów fonii, choć balladowa, ma w sobie dużo złych emocji. Rzeczony bis, to bodaj najbardziej energetyczny fragment koncertu. Muzycy zanęcają się nad swoimi instrumentami, jakby to miał być ich ostatni koncert.

 


Ilia Belorukov & Nenad Marković Signs of Suspicious Activity (Hera Corp., Kaseta 2025)

kuda.org studio, Novi Sad, Serbia, sierpień i grudzień 2024: Ilia Belorukov – syntezator modularny oraz Nenad Marković – trąbka, preparacje, instrumenty perkusyjne. Pięć improwizacji, 39 minut.

Pierwsza z zapowiadanych przygód syntezatora modularnego. Tu odnajdujemy go w rękach muzyka, którego pierwszym narzędziem pracy jest saksofon (świetnie o tym wiedzą stali czytelnicy tych łamów) i to zdaje się doskonale pomagać mu w budowaniu niebanalnej, niekiedy filigranowej narracji na zwojach analogowych kabli, tu w towarzystwie kompetentnego, preparującego trębacza, doposażonego odrobiną perkusjonalii.

Inauguracja albumu skrzy się od emocji i urokliwie hałaśliwych dźwięków. Syntezator zgrzyta zębami, trąbka przedmuchuje lodowate powietrze. Ten pierwszy potrafi tu brzmieć niczym gitara elektryczna, ta druga jak silnik wysokoprężny. Jeszcze w tej części albumu mamy wrażenie, że słyszymy kołujący śmigłowiec niesiony czystym brzmieniem trębackiej melodii. Drugi utwór, to wielkie drżenie. Tu wydaje się dla odmiany, że modularny ma struny. Trzecia opowieść to zwinna batalia short-cuts – gęsta, świetnie skomunikowana. Początek czwartej części, to krwawy hałas, ale zaraz potem improwizacja grzęźnie w mroku rozkojarzenia, a modularny i trąbka brzmią identycznie, bardzo akustycznie. Ostatni epizod, to prawdziwa perła w koronie. Syntezator przypomina stygnącą lawę, trąbka rozsiewa melodie posuwistym dronem. Opowieść, to medytacja prowadzona tuż przed nosem plutonu egzekucyjnego. Pięknie wystudzona do ostatniego dźwięku.

 


JL Maire & Alfredo Costa Monteiro Estelas (Hera Corp., Kaseta 2025)

Mont Efímer, Barcelona, wrzesień 2024: J.L.Maire – syntezator modularny oraz Alfredo Costa Monteiro – urządzenia elektroakustyczne. Dwie improwizacje, 33 minuty.

Tym razem nasz modular odnajdujemy w okolicznościach definitywnie elektroakustycznych. Dwie rozbudowane improwizacje mienią się tu szeroką paletą na ogół syntetycznych barw. Od pierwszej do ostatniej sekundy słucha się tego wyśmienicie, niekiedy z pewnym zdumieniem co do pomysłowości artystów i uzyskiwanych efektów brzmieniowych.

Plejada elektroakustycznych pisków obleczona zostaje na starcie albumu grubą warstwą dubowego echa płynącego zapewne z samych trzewi syntezatora modularnego. Feeria dźwięków formuje się w okazjonalne drony, okraszone drobnymi przepięciami i zgrzytami. Całość przypomina gęsty, zdewastowany, napromieniowany złem ambient zebrany z przegniłych zwłok akustyki. Finał jest efektowny, pulsujący nieistniejącym beatem. Druga improwizacja wydaje się jeszcze groźniejsza, bardziej mroczna, spowita mgłą nieokreśloności. Tu flow jest lepki jak wulkaniczna lawa, a narracja staje się zdecydowanie pokaźną porcją zdrowego hałasu. Z czasem muzycy zdają się zdejmować nogę z gazu i popadać w drobną melancholię. Samo zakończenie zostaje wyczyszczone z brudu, jest szkliste, zaskakująco melodyczne.

 


Andrzej Karałow & Jérôme Noetinger L'ivresse transfigurée (Crossroads Centre, LP 2025)

Andrzej Karałow’s home studio, maj 2024: Andrzej Karałow – fortepian, Roland space echo, oraz Jérôme Noetinger – Revox B77, elektronika. Sześć improwizacji, 41 minut.

Kolejna w dzisiejszej zbiorówce porcja akustyki w zetknięciu z szerokopasmową elektroniką. Sześć zgrabnych opowieści z dobrze zarysowaną dramaturgią. Czasami ich tempo wydaje się zbyt jednostronne, a poziom interakcji między tym, co żywe, a tym co syntetyczne nazbyt śladowy. Ale jako całość ta polsko-francuska kooperacja definitywnie godna jest zapamiętania.

Frazy inside piano i filigranowa elektronika przypominająca szmer owada w locie opadającym, to atrybuty otwarcia. Minimalistyczny flow nie zmienia swojego charakteru nawet, gdy pianista przenosi się na klawiaturę, a elektronik plecie intrygujący, mroczny background. Kolejne dwie opowieści zdają się kontynuować zastaną estetykę, przy czym akcje syntetyczne chętniej wychodzą przed szereg. Czwarta odsłona na etapie rozwinięcia wnosi do improwizacji powiew zdecydowanie większej ekspresji. Dwie ostatnie odsłony albumu znów stawiają na minimalizm z preparowanym piano i elektroakustycznymi subtelnościami, które pęcznieją z czasem do poziomu inwazyjnego szumu. Samo zakończenie sprawia wrażenie dramaturgicznego rozdroża. Być może płyta mogłaby zakończyć się kilka minut wcześniej.

 


Vincent Martial La cloche qui résonne (Mazeto Square, CD 2025)

Studio Climax, Loupian, Francja, kwiecień 2024: Vincent Martial (kompozycje), Marc Siffert, Camille Emaille, Bertrand Fraysse, Jean-François Oliver, Fabien Nicol oraz d’Elsa Jauffret – instrumentarium nieokreślone. Piętnaście utworów, 50 min.

Przed nami płyta z materiałem skomponowanym na septet, którego instrumentarium nie jest precyzyjnie wskazane w albumowym credits. Mówi się tam jedynie o instrumentach tradycyjnych (standardowych) i tzw. instrumentach eksperymentalnych, innymi słowy, stworzonych przez kompozytora i autora całości Vincenta Martiala. Ta dość szalona opowieść na tajemnicze dźwięki dęte, niekiedy także strunowe i perkusyjne, dzieli się na siedemnaście epizodów, które trwają od kilkudziesięciu sekund do niespełna sześciu minut. Większość z nich sprawia wrażenie ekstraktów, wycinków większej całości, na ogół imponujących brzmieniem i w skończonej liczbie przypadków niebanalną dramaturgią.

Nagranie skonstruowane jest prawdopodobnie wyłącznie z dźwięków akustycznych, ale w wielu momentach sprawia wrażenie … elektroakustyczne. Szczególnie wtedy, gdy basowe pasma zaczynają pulsować i tworzyć coś na kształt beatu o definitywnie syntetycznym posmaku. Większość ekspozycji ma charakter dronowy, niekiedy bardzo masywny, nasycony zarówno rezonującymi frazami, jak foniami śmiało zasługującymi na miano noise’owych. Nie brakuje także opowieści szemranych, szumiących, będących efektem perorowania tajemniczego instrumentarium. W ważnych dla dramaturgii całości momentach ekspozycje nabierają perkusyjnego, czy wręcz multifonicznego charakteru. Album na dystansie pięćdziesięciu minut usłucha się świetnie, choć być może, gdyby wybrało się z niego kilka wątków i kreatywnie je rozwinęło, dzieło Martiala byłoby jeszcze bardziej intrygujące.

 


New Bone Sorrow (CM Records, CD 2025)

Czas i miejsce nagrania nieznane: Tomasz Kudyk - trąbka, flugelhorn, Marcin Konieczkowicz - saksofon altowy, Dominik Wania – fortepian, Maciej Adamczak – kontrabas, Dawid Fortuna – perkusja oraz gościnnie duet wokalny: Zuza Baum i Jan Piwowarczyk (w dwóch utworach). Osiem utworów, 62 minuty.

Czas na jazz definitywnie mainstreamowy. Formacja z trzydziestoletnim stażem, bodaj jej siódmy album. Kompozycje własne, zarówno lidera, tu trębacza, jak i członków zespołu, improwizacje, kody etc. Wszystko, co kojarzymy z jazzem środka, wszystko, co dla pewnej grupy słuchaczy jest jedynym sensem, tudzież właściwym konglomeratem dźwięków i dramaturgii. Dla niżej podpisanego wszakże kolejnym dowodem na to, że jazz w tej formie nie jest zjawiskiem nadmiernie intrygującym.

Ciekawym pociągnięciem w obliczu melodyjnych, spokojnych, niekiedy ckliwych tematów jest dokooptowanie do kwintetu dwójki wokalistów. W utworze trzecim śpiewają swingującą sambę i nadają leniwej dotąd płycie odrobinę dobrej dynamiki. W utworze ostatnim wprowadzają do nagrania elementy hip-hopowe i drum’n’bassowe, tworząc ciekawy dysonans estetyczny i dramaturgiczny. Zdecydowanie najciekawszym utworem jest tu kompozycja siódma, oparta ma masywnym groove kontrabasu. Gdyby jeszcze solowe ekspozycje pozostałych członków kwintetu miały w sobie więcej ekspresji, być może byłaby nadzieja, że New Bone jest w stanie wyrwać się z jarzma przewidywalności.  




piątek, 24 listopada 2023

The November’ Round-up: The Beholder's Share! The Bridge! Flora! Almost Invariably! Zyft! Zabelka! Gucik & Kravos! Builder & Choboter!


Listopadowa zbiorówka świeżych recenzji jeszcze świeższych płyt gotowa do czytania! To edycja o dużym ciężarze gatunkowym, pełna zacnych i jakże rozpoznawalnych w świecie muzyki improwizowanej nazwisk. Obok nich znajdziemy także pokaźne grono naszych dobrych znajomych z południowo-zachodniego krańca Europy, i jak zwykle przy tej okazji, kilka nowych person do zapamiętania!

Będzie dużo jazzu w jak najbardziej swobodnym wydaniu, zarówno akustycznych zabaw, jak i psychodelicznych tripów godnych klasyki fussion, będzie kilka oceanów improwizacji wyzwolonej ze wszelkich ram gatunkowych, a także odrobina post-jazzowej kameralistyki.

Nasza marszruta zaczyna się w Londynie. Potem zagramy pod dyktando naszych ulubionych improwizatorów z Półwyspu Iberyjskiego, nie bez przestrzennych akcentów polskich, a zaraz po nich pojawi się wątek amsterdamski i austriacki, ten drugi także w akcentami zamorskimi. Na koniec dwa międzynarodowe duety – pierwszy zakotwiczony w Łodzi, drugi w Kopenhadze.

So, welcome to heaven & hell of improvised music!




Alex Bonney/ Paul Dunmall/ Mark Sanders The Beholder's Share (Bead Records, CD 2023)

Sansome Studios, Londyn, listopad 2022: Alex Bonney – trąbka, syntezator modularny, laptop, Paul Dunmall – saksofony oraz Mark Sanders – perkusja. Trzy improwizacje, 40 minut.

Brytyjskie spotkanie trzech muzycznych pokoleń, ubrane w szaty swobodnie improwizowanego jazzu, intryguje nie tylko z uwagi na klasę muzyków i dramaturgię, ale także wyjątkowo udane łączenie brzmień syntetycznych z akustyką dwóch dęciaków i perkusji. Każda z trzech opowieści budowana jest na starcie przez syntezator modularny i elektronikę, które aranżują przestrzeń ambientowym tłem i sekwencją drobnych, syntezatorowych plam. Dodajmy, iż ów background pozostaje z muzykami na ogół do końca danej ekspozycji. Dopiero na tak przygotowany grunt wchodzi trąbka i czyni interesujące dialogi z saksofonem, wsparte na niebywale kompetentnym drummingu.

Początek nagrania jest prowadzony w wolnym tempie. Elektronika buduje mroczne tło, saksofon snuje melodie, a perkusja formuje stelaż narracji. Smak post-fussion pojawia się dość szybko, choć sama trąbka wydaje pierwsze dźwięki dopiero po upływie kilku minut. Z czasem muzycy osiągają stan stabilnego, nieprzeładowanego emocjami free jazzu. Drugą opowieść otwiera drummer, który inicjuje delikatny rytm. Wokół niego snują się plamy syntetyki i saksofonowe preparacje. Wraz z upływem minut narracja nabiera tempa. W połowie wielominutowej improwizacji muzycy zdają się opadać na samo dno. Przez moment słyszymy jedynie czysto brzmiące dęciaki. W dalszej części nagrania dużo do powiedzenia ma kreatywny perkusista, ale trzeba zauważyć, iż warstwa syntetyczna nie ogranicza się jedynie do budowania tła. Podobnie rzecz się ma w trzeciej odsłonie, gdy kreatywność Bonneya koncertuje się na brzmieniach nieakustycznych. Narracja ma tu wiele twarzy, bywa pokrętna, oniryczna, tajemnicza, bywa też ekspresyjna, stymulowana świetną robotą Sandersa. Finał należy do Dunmalla, który sięga po saksofon sopranowy i nadaje całości jakże dla niego charakterystyczny, post-folkowy sznyt.



The Bridge (Rodrigo Amado, Alexander von Schlippenbach, Ingebrigt Haker Flaten, Gerry Hemingway) Beyond the Margins (Trost Records, CD 2023)

Pardon To Tu, Warszawa, październik 2022: Rodrigo Amado – saksofon tenorowy, Alexander von Schlippenbach – fortepian, Ingebrigt Haker Flaten – kontrabas oraz Gerry Hemingway – perkusja, głos. Trzy improwizacje, 56 minut.

Kolejne – po kwartecie This Is Our Language - międzynarodowe spotkanie mistrzów gatunku zaaranżowane i poprowadzone przez portugalskiego tenorzystę. Choć wiemy z wielu historii, że nazwiska same nie grają, a zaawansowani wiekowo artyści potrafią muzykować na pół gwizdka, przywary te nie dotyczą kwartetu The Bridge! Prawie godzinny zapis koncertu z Warszawy sprzed roku, to kosmiczna jakość free silnie osadzonego w jazzowym idiomie. Całość składa się z czterdziestominutowego seta głównego i dwóch, ponad siedmiominutowych encores.

Faza otwarcia trwa ledwie kilka chwil. Kwartet bez zbędnej zwłoki wpada w strumień kolektywnych improwizacji, które przebierają różne formy, ale stronią od czysto solowych ekspozycji. Świetna komunikacja i bystre interakcje tworzą tu niebywały koloryt. Nie brakuje udanie porcjowanego swingu i melodii, ale nade wszystko free jazzowej ekspresji, którą dostarczają tu wszyscy. W połowie seta ma miejsce kameralne interludium (ze smyczkiem na kontrabasie), a kolejna wspinaczka na free jazzowy szczyt wiedzie bardziej krętą, wyboistą drogą i wydaje się być jeszcze bardziej urokliwa. Improwizacja incydentalnie prowadzona jest w trio, ale tym, który milknie nie jest bynajmniej niemiecki pianista, ale prawie trzy dekady od niego młodszy portugalski saksofonista. Oczywiście wyborną robotę czyni tu sekcja rytmu, która rzadko wychodzi z roli akompaniatora, znajduje jednak kilka znaczących chwil tylko dla siebie. Dwie dodatkowe improwizacje także skrzą się melanżem udanych akcji. Pierwszy epizod nabiera dynamiki z woli saksofonisty, a gaśnie kreatywnością pianisty. Druga dogrywka startuje z pozycji post-swingowej ballady, ale eksploduje prawdziwie aylerowskimi emocjami, jest bowiem rodzajem repryzy nieśmiertelnego Ghosts. Szczególnie zjawiskowy jest dronowy finał, zdobiony wokalizami perkusisty.



 

Marcelo dos Reis Flora (JACC Records, CD 2023)

Blue House Studio, Portugalia, maj 2023: Marcelo Dos Reis – gitara i kompozycje, Miguel Falcão – kontrabas oraz Luis Felipe Silva – perkusja. Sześć utworów, 41 minut.

Marcelo Dos Reis sprawia wrażenie artysty, który w ostatnich latach przesunął ciężar zainteresowań z muzyki swobodnie improwizowanej na ekspozycje ubrane w kształtne i powabne kompozycje własne. Najpierw był precyzyjnie skonstruowany album solowy, potem dobrze zaaranżowany duet z Luisem Vicente, teraz muzyk z Coimbry proponuje nam autorskie trio, wykonujące kompozycje, które śmiało możemy określić mianem jazz-rocka! Ów trend nie budzi może nadmiernego entuzjazmu pośród zwolenników free impro, ale przyznać trzeba, że wszystko, czego tknie się Marcelo jest najwyższej jakości.

Pierwsza piosenka ma tu rockowy sznyt, niemal taneczny, acz nasączony jazzem rytm i niewyczerpane zasoby melodii. Zdobią ją efektowna solówka gitarzysty, realizowana na dużej dynamice. Druga i trzecia kompozycja są połączone. Opowieść zaczyna się dwustrumieniową gitarą, zaczerpniętą z duetowej płyty z Vicente. Ambient w tle i swobodna, na początku łagodnie frazująca gitara, której towarzyszy równie precyzyjny motyw basu. Na tym tle swoje małe przełomy realizuje perkusja, a całość pretenduje do miana post-ballady w stanie nieważkości. Po rozwinięciu w rockowy, tudzież jazz-rockowy motyw całość przypomina nagrania Mahavishnu Orchestra i piękne lata 70. ubiegłego stulecia. Czwarta część sprawia wrażenie komentarza do drugiej kompozycji, ma podobną strukturę, wieńczy ją jednak dość ekspresyjne zakończenie. W przedostatnim utworze sekcja rytmu pracuje niemal funkowo. Dynamiczna, na poły taneczna ekspozycja mieni się tu wieloma kolorami, pośród których znów doszukać się można klimatów fussion sprzed niemal pół wieku. Ostatnia opowieść startuje w estetyce bluesowej. Zgrabnie uformowany, wytłumiony motyw idealnie wpisuje się w konwencję farewell song. W drugiej fazie nagrania emocje biorą jednak górę, a melanż jazzu i rocka spina album niebanalną klamrą stylistyczną.



 

Almost Invariably (Luciano Bagnasco, José Lencastre, João Valinho) Almost Invariably (Bandcamp’ self-released, DL 2023)

Estúdio Namouche, Lizbona, styczeń 2023: José Lencastre – saksofon altowy i tenorowy, Luciano Bagnasco – gitara oraz João Valinho – perkusja. Pięć improwizacji, 32 minuty.

Hiszpański Argentyńczyk i para Portugalczyków w post-jazzowym tańcu, który syci się mnóstwem ponadgatunkowych inspiracji. Lubimy takie sytuacje, a nagrania całej trójki śledzimy na tych łamach na bieżąco. Synkopowana estetyka jest tu jedynie punktem wyjścia, bowiem kreatywność muzyków, umiejętność budowania dramaturgii i zdolność kooperacji sprawiają, iż całe nagranie mieni się wyjątkowo efektowną paletą barw.

Słowo się rzekło, otwarcie albumu płynie spokojną strugą lekkiej, jazzowej gitary, masą śpiewnego saksofonu i dobrze konstruowanej narracji drummingowej. Artyści nie idą jednak w tango, szukają ciekawszych dźwięków, preparują i interferują. Już na początku drugiej odsłony gitarzysta włącza mroczny, ambientowy tryb, a narracja nabiera dalece nieoczywistego wymiaru. Swobodna, dość leniwa opowieść szyta jest jednak nerwowym pulsem perkusji, a z czasem nabiera mocy niemalże free jazzowej. Emocje rosną tu wraz z każdym pokonanym kilometrem. W trzeciej części energia wewnętrzna tria zdaje się systematycznie przybierać na wartości. Dynamiczna gitara łapie post-rockowe fluidy, dubowe echa i psychodeliczne naleciałości. Saksofon dba o linearność narracji i odpowiednia dawkę melodyki, nie szczędząc nam oryginalnych przedechów, a perkusja klei wszystko w zwartą całość. Czwarta opowieść delikatnie tonuje emocje, płynie od gęstej post-ballady do open-jazzowej, melodyjnej ekspozycji. Końcowa improwizacja świetnie reasumuje cały album. Na starcie mieni się bystrymi preparacjami, potem formuje w efektowny dron i łapie zarówno dubowe, jak i post-bluesowe zdobienia. Akcja goni tu akcję, a ostatnia prosta kipi od niebywałych emocji.



 

Zyft (Henk Zwerver, Ziv Taubenfeld, Maya Felixbrodt) Triangle Moments (Creative Sources, CD 2023)

Splendor, Amsterdam, czerwiec 2023: Henk Zwerver – gitara akustyczna, Ziv Taubenfeld – klarnet basowy oraz Maya Felixbrodt – altówka. Sześć improwizacji, 37 minut.

Swobodna improwizacja, które czerpie inspiracje z wielu źródeł, która zaskakuje zarówno dramaturgią, jak i brzmieniowymi subtelnościami, zdaje się być każdorazowo zbiorem wyjątkowo atrakcyjnych dźwięków. Drugi album międzynarodowego (i jakże wielopokoleniowego) tria Zyft idealnie wpisuje się w ów model.

Artyści zaczynają swą podróż z dużym ładunkiem energii, sycąc improwizację pewną drapieżnością, czy wręcz hałaśliwością – oto prawdziwe free chamber na sterydach! Narracja zdaje się być efektownie rozkołysana, frywolna, pełna emocji i niemal wirtuozerskich popisów instrumentalnych. W tym tyglu zdarzeń gitarzysta przemyca nam kilka bystrych, post-klasycznych fraz. Druga opowieść budowana jest drobnymi, rwanymi dźwiękami, ma swoją taktyczną dynamikę, ale bywa też mroczna i zamyślona. Muzycy panują nad ekspresją, ale definitywnie lubią puszczać wodze fantazji i wpadać w niemal chocholi taniec. W trakcie długiej narracji jest tu miejsce na urokliwe preparacje violi, strunowe pląsy gitary i klarnetowe pojękiwania. W następnej części pojawiają się kolejne nowe elementy – drony, smyczkowe akcje na gryfie gitary i bolesne śpiewy altówki. Na koniec tego fragmentu narrację tworzą wyłącznie strunowce, a całość smakuje neoklasycznie. Podobnie brzmi część czwarta, w całości pozbawiona brzmienia klarnetu, doposażona jednak akcentami perkusjonalnymi. Dla opisu piątej odsłony śmiało możemy ukryć określenia post-barok, a nawet post-renesans - wszystko wszakże skapane jest tu w nieskończonej kreatywności muzyków. Końcowa improwizacja bazuje na minimalistycznej gitarze, delikatnie roztańczonym klarnecie i kolejnych akcentach percussion, tym razem prawdopodobnie realizowanych rękoma altowiolinistki. Ostatnia prosta, to plemienny rytuał dźwięku – drobne frazy z wielu źródeł połączone swobodnym tańcem, wieńczącym jakże piękną podróż.



 

Mia Zabelka feat. Alain Joule & Tracy Lisk Duos (Setola Di Maiale, CD 2023)

Klanghaus Untergreith/ Sankt Johann, Espace/ Montreal, Dauphin Street Studio/ Philadelphia, maj 2023: Mia Zabelka – skrzypce, głos, kompozycje oraz Alain Joule - violoncello z perkusjonalnym rozwinięciem, kompozycje (utwór pierwszy) i Tracy Lisk – perkusja, instrumenty perkusyjne, kompozycje (utwór drugi). Dwa utwory, 53 minuty.

Austriacka skrzypaczka, kompozytorka i improwizatorka, chętnie korzystająca z własnego głosu, jest ważną postacią europejskiej sceny muzyki eksperymentalnej od dawna. Swoje wydawnictwa upublicznia jednak niezbyt często, zatem nad każdą propozycją pochylamy się z należytą uwagą. Nowa płyta jest zbiorem dwóch duetów w sytuacjach koncertowych (podwójne miejsca ich rejestracji nie do końca są tu zrozumiałe) i przynosi wyjątkowo pokaźną porcję ekspresyjnych, dość jednak hałaśliwych improwizacji. Brzmienie obu koncertów jest definitywnie punkowe, ale nie wiemy, czy to efekt jakości nagrania, czy też … masteringu Lasse Marhauga, który lubi brud i noise.

Pierwszy duet, to taniec dwóch instrumentów strunowych, przy czym zestaw Alaina Joule jest doposażony perkusjonalnie. Brudne brzmienie, pokaźny ładunek ekspresji, gęsta, interaktywna narracja i kilka definitywnie noise’owych incydentów. Oba strunowce sprawiają wrażenie, jakby były amplifikowane, przez co opowieść nie jest pozbawiona quasi rockowych naleciałości, choć jednocześnie nie stroni od post-barokowych uniesień. Gdy Zabelka sięga po wokal, wydaje się, że przepuszcza go przez jakieś urządzenie elektroniczne. W dalszej fazie tej części albumu muzycy zdają się wkładać w swoje wypowiedzi odrobinę więcej melodyjności i subtelności. Druga improwizacja prowadzona jest w towarzystwie pełnowymiarowego zestawu perkusyjnego. Mimo, iż obraz całości nie przestaje nosić znamion hałasu, opowieść wydaje się bardziej przyswajalna fonicznie. Także głos skrzypaczki jest tu bardziej czysty, choć równie ekspresyjny – czasami przypomina scat, innym razem zdeformowany beat box. Perkusja czasami płynie rockowym szlakiem, bywa też bliska emocji free jazzu. Narracja w wielu momentach sprawia wrażenie bokserskiej wymiany ciosów. Emocji mamy tu doprawdy mnóstwo.



 

Jakub Gucik & Tilen Kravos Infuzja (Antenna Non Grata, CD 2023)

Ignorantka, Łódź, Lipiec 2022: Jakub Gucik – wiolonczela oraz Tilen Kravos – gitara elektryczna. Cztery improwizacje, 48 minut.

Łódzka Ignorantka i jej piwniczna scena, to miejsce spotkania polskiego wiolonczelisty i słoweńskiego gitarzysty, dodajmy, w trakcie jednego z bardziej upalnych dni ubiegłorocznego lata. Spotkania z założenia improwizowanego, nastawionego na wymianę dźwięków nasyconych dużymi porcjami ekspresji. Choć to gitara jest tu amplifikowana, bywa, że z natury akustyczna wiolonczela jest instrumentem głośniejszym i bardziej temperamentnym. W każdym razie blisko pięćdziesięciominutowy koncert wypełnia sporo dobrych emocji i ciekawych zwarć w półdystansie.

Już na starcie muzycy sycą narrację dużym ładunkiem mocy. Rockowe wiosło wiolonczeli płynie po gęstej strudze czerstwego ambientu gitary. Improwizacja ma wyjątkowe szerokie spektrum dźwiękowe, od basowej podłogi po dubowy sufit. Muzycy bardzo chętnie wchodzą w dialog, który często bywa tu serią efektownych kuksańców. Na zakończenie pierwszego epizodu dostajemy garść fraz preparowanych. W podobnym klimacie budowany jest początek drugiej odsłony koncertu. Narracja przybiera tu szaty na poły taneczne - gitara dostarcza strzępy jazzu i bluesa, cello nie stroni od post-barokowych zdobień. Po fazie tłumienia i rozkołysania, opowieść wraca do ekspresji rocka i delikatnie zanurza się w psychodelii. Część trzecia jest bardziej mroczna, odrobinę minimalistyczna. Gucik sięga tu po tryb pizzicato, potem płynie rozśpiewanym arco, co Kravos konkluduje siłą dobrego rocka. Całość dogorywa w mroku ambientu. Czwarta historia, podobnie jak druga, bazuje na pewnej ulotnej rytmice. Trochę fraz imitacyjnych, garść preparacji, szczypta zdrowej psychodelii. Natrafiamy też na całkiem hałaśliwe interludium. Bo tego wieczoru w Ignorantce post-barok zbliżył się do noise-rocka na wyciagnięcie ręki.



 

Calum Builder & Matt Choboter Locusts and Honey (ILK Records, CD 2023)

St. Augustines Church, Kopenhaga, jesień 2020 (?): Calum Builder – saksofon oraz Matt Choboter – fortepian. Dziewięć utworów, 37 minut.

Dzisiejszą marszrutę kończymy w obiekcie sakralnym w Kopenhadze. Delikatnie brzmiący saksofon sopranowy Buildera płynąć tu będzie szeroką strugą pogłosu, a w rolę bystrego interlokutora wcieli się Choboter i jego niebanalny fortepian, traktowany naprzemiennie metodą inside i outside. Dwaj artyści z różnych części świata, zakotwiczeni w stolicy Danii, wtedy otoczeni drutem lockdownu, budują dramaturgię spektaklu z niebywałą precyzją. I bywa, że największe emocje wzbudzają w sytuacji, gdy decydują się pozostawić niektóre dźwięki w sferze ciszy.

Album otwiera fortepianowa introdukcja, budowana zarówno na klawiaturze, jak i gołych strunach. Oniryczna, odrobinę rytmiczna narracja napotyka na romantyczny śpiew saksofonu. Zaraz potem dęciak zdaje się wpadać w stan trwogi, którą implikuje preparowane piano. W kolejnej części saksofonista otwiera szeroko oczy i płynie głębokim, sakralnym oddechem. Post-barokowe początki są tu zaczynem bardzo ekspresyjnego rozwinięcia. Piano pozostaje w roli komentatora. Czwarta część stoi dysonansem – piano dobywa frazy jakby z głębi ziemi, saksofon tańczy w chmurach. Mroczny minimalizm versus post-folkowa melodyka. Piąta historia zdaje się być repryzą drugiej, z kolei szósta nasycona jest melancholijnymi frazami z klawiatury. Saksofon pojawia się tu jedynie na czas puenty. Siódma opowieść należy z kolei niemal wyłącznie do dęciaka. Taniec wokół własnej osi, tajemnicza wokaliza (pianisty?) i nad wyraz dużo kreatywności. W odsłonie przedostatniej mroczne, minimalistyczne piano najpierw budzi trwogę, potem sprawia, iż barwa saksofonowego strumienia robi się wyjątkowo matowa. Na zakończenie podróży muzycy jakby zyskiwali drugie życie. Ich improwizacja zdaje się być bardziej żwawa, intrygująco zagęszczona rozśpiewanymi frazami obu instrumentalistów.



 

piątek, 29 kwietnia 2022

Zwerver, Janssen & Lumley! What's Up!


Piątkowy wieczór, to dobry moment na szybki wypad do Amsterdamu! Klub Zaal 100, to z kolei doskonała miejscówka! Na scenie dostrzegamy trzech bystrych improwizatorów, wyposażonych w akustyczną gitarę, perkusję i kontrabas! Rozsiadamy się wygodnie na małym krzesełku, zamawiamy pierwszego drinka, może coś do palenia i oddajemy się we władanie improwizowanych dźwięków!

 


Pierwsza improwizacja budowana jest na zasadzie pewnego kontrastu – masywnym, gęsty flow kontrabasowego pizzicato i lekką, zwiewną gitarą, w brzmieniu której słychać dalekie echa mistrza gatunku, Dereka Baileya. Na trzeciego bystra perkusja, który lubi dobre synkopy, niebanalne swingowanie, ale i wszelkie zwarcia swobodnej improwizacji. Jazzowa opowieść łapie tu dynamikę, a na koniec także nieco psychodelicznego brudu. Druga część rodzi się bardzo leniwie. Kontrabasowe intro, zdobione gitarowymi strzępami dźwięków, kreuje martwą balladę, która smakuje bluesem z bardzo głębokiego południa. Perkusja wchodzi do gry nieco spóźniona, początkowo pracując głównie na szczoteczkach. Udaje się jej jednak całkiem zgrabnie związać narrację. Ta nadyma się siłą basu, głosem z offu i swobodną gitarą, które zdaje się czerpać inspiracje z tysiąca gatunków. W drugiej części improwizacja efektownie tłumi swoją pozorną intensywność. Muzycy szorują po strunach i krawędziach werbla, po czym wyposażeni w dwa smyczki pięknie łaskoczą dobrze już rozgrzane struny.

Pierwsze dźwięki trzeciego epizodu docierają do nas z pomruku smyczkowego drona. W tle tli się chmura gitarowego pyłu i drżących talerzy. Całość brzmi niczym post-barokowa psychodelia, o ile potrafimy coś takiego sobie wyobrazić. Nurt główny wyznacza tu połamany rytm kontrabasowego pizzicato. Gitara szuka post-klasycznych konotacji, a okazjonalnie piętrzące się tempo płynie wprost z bystrych akcji perkusji. W dalszej fazie improwizacja jest w stanie osiągnąć nawet stan galopu, a gaśnie dzięki urokliwym frazom kontrabasowego smyczka. Ten ostatni sieje także dużo fermentu na początku kolejnej części, co więcej, także na gryfie gitary zaczyna pracować smyczek. Ów nieco szalony duet ryje bruzdy w ziemi, pnie się ku górze, a czasami lewituje bez jasnego kierunku działania. Dopiero wejście w tryb pizzicato sprawia, iż na scenie odradza się perkusja. Zmiana goni tu zmianę, kontrabas zmienia tryb pracy niczym rękawiczki, a gitara efektownie frazuje czerpiąc jednocześnie z post-klasyki, jak i powykręcanych fraz prawdziwie baileyowskich.

Koncert wieńczy piąta improwizacja, która przykuwa naszą uwagę na prawie pełny kwadrans. Zaczyna się minimalistycznym, leniwym szeregiem spokojnych dźwięków. Drżące struny kontrabsu, gitara w stanie dramaturgicznego zawieszania i drobne akcenty perkusjonalne. W początkowej fazie improwizacji mamy wrażenie, że sekcja gra bluesa, a gitara eksponuje swoje post-jazzowe emocje. Dopiero po czwartej minucie w opowieści pojawia się nowe, lepsze życie. Dynamika, zadziorne pytania i jeszcze bystrzejsze riposty. Post-swingowy galop efektownie przygasa tu wprost w objęcia mrocznego kontrabasu i orszaku gitarowych drobiazgów, tudzież perkusjonalnych ornamentów. Po krótkiej fazie szorowania, muzycy łapią nowego bakcyla narracji i budują jeden z najlepszych fragmentów koncertu. Bas pulsuje, drumming wypełza z nory i kąsa, a gitara skowycze pod naciskiem smyczka. Na ostatniej prostej mamy już dwa smyczki, która sycą zakończenie całkiem dynamicznymi pomysłami.

 

Zwerver/ Janssen/ Lumley What's Up (Self-released, CD 2022). Henk Zwerver – gitara akustyczna, Wim Janssen – perkusja oraz Aaron Lumley – kontrabas. Amsterdam, sierpień 2021 roku, nagranie koncertowe z klubu Zaal 100. Pięć improwizacji, łączny czas – 43:23.



piątek, 21 maja 2021

Raoul van der Weide & Henk Zwerver! Modèles Volatils!


W piątkowy wieczór wybieramy się do Amsterdamu! Po kilku wizytach w zaprzyjaźnionych kofiszopach, na zasadniczą część wieczoru lądujemy w klubie Atellier, gdzie mamy zamiar spędzić urocze chwile z muzyką swobodnie improwizowaną.

Na niewielkiej scenie spotykamy dwie legendy nie tylko lokalnej sceny muzycznej - Raoula van der Weide (kontrabas, cracklebox, instrumenty perkusyjne) oraz Henka Zwervera (gitara). Dziarscy weterani zarażą nas swoją energią i umiejętnością budowania improwizacyjnego napięcia na całe 30 minut z sekundami. Zagrają nam sześć epizodów, a potem nie wypuszczą nas z klubu do samego rana! Jest wrzesień 2020 roku, pandemia nie osiągnęła jeszcze swojej drugiej fali. Wszyscy zdają się być szczęśliwi.



Holendrzy na powitanie proponują nam dwa szybkie, dwuminutowe strzały! Pierwsza porcja emocji - silne, męskie ręce szarpią za struny, próbują je dewastować, każą im wydawać dziwne dźwięki, które z miejsca wzbudzają nasz entuzjazm. Pudło kontrabasu śmiało może okazać się werblem, inne, tajemnicze dźwięki mogą pochodzić z zabawki zwanej cracklebox. Kontrabasowa dynamika, strunowe ślizgawki, gitarowe niuanse, które sypią skojarzeniami z Derekiem Baileyem, ale kompletnie go nie naśladują. Drugi strzał wydaje się być bardziej śpiewny, jakby umocowany w historii jazzu na niedługą chwilę. Masa kontra filigranowość, dysonans, który po chwili staje się już jedną porcją ekspresji.

Trzecia historia budowana jest bardziej skrupulatnie, muzycy dają już sobie więcej czasu na zbudowanie narracji, która spróbuje wbić nas w niewygodne krzesełka dla publiczności. Bas dudni i śpiewa, gra arco, gra pizzicato, ktoś w coś puka i jeszcze ta dziwna zabawka – oj, prawdziwy one man orchestra! Gitara stoi z boku, uboga krewna prosi o prawo do wydania dźwięku, pachnie post-jazzem, a nawet wyuzdaną post-klasyką. Plejada dźwięków rozkołysana na falach śmiertelnego oceanu! Temperament muzyków eksploduje, jak temperatura w środku upalnego lata. Smyczek, akcenty percussion i drobiazgowe repryzy na wybrzmiewaniu. Czwarta część początkowo kreowana jest na wdechu, niemal delikatna, kobieca, nieco frywolna. Gitara pachnie soft rockiem, bas wlecze się leniwie po zbrukanej ulicy. Ta pierwsza buduje narrację szeroką paletą gatunkowych konotacji, ten drugi szyje dynamikę najprostszymi metodami.

Kolejna historia nie dba o niuanse dramaturgiczne, od startu wrzuca nas do kotła piekielnych emocji. Posuwisty smyczek i bystre riffowanie! Półśpiewne frazy kreowane przez wyjątkowe zwinne palce. Plamy percussion, bluzgi cracklebox i kolejny smyczek, także na gryfie gitary. Robi się gęsto, niczym w niewietrzonym od stuleci zakładzie szlifierskim. Muzycy budują flow powtarzając frazy, jak złą mantrę o zmierzchu. Bas znów gra arco i pizzicato jednym pociągnięciem za spust! Piękny moment! Ekspresja free jazzu puka do bram, ale ma nieważną wejściówkę. Neoklasyczne zawijasy i kilka uderzeń w pudło rezonansowe kontrabasu robi swoje.

Nieszczęśliwie dopada nas już finał tej ekspresyjnej improwizacji. Kontrabas kłębi się w sobie, jak rozespany niedźwiadek, struny gitary tańczą i plączą się ze sobą. Plejada short-cuts w oczekiwaniu na jakąkolwiek dramaturgiczną zaczepkę. Gdzieś z boku baru rozsiadł się Bailey. Bije brawo z uznaniem!  W tej opowieści jest chyba wszystko, także posmak porannego jazzu przy pustym kieliszku. Są śpiewy, także na kontrabasie i kilka zdań przerwanych w pół słowa. Emocje zostają jednak z nami do samego końca – finałowe podrygi, post-jazz wylewany za kołnierz i jeszcze grube plastry smyczka! Zostajemy do rana!


Modèles Volatils (Casco Records 007, CD 2021)

 

 

poniedziałek, 20 lipca 2020

Scrambled Harmonies! Stella Art! A Pearl in Fury!


Amsterdamski klub Zaal 100, to jedno z ciekawszych miejsc na europejskiej mapie koncertowej free jazz/ free improv. Trafiamy do niego już w roku 2020, jeszcze przed wybuchem pandemii, a na scenie odnajdujemy frapujący kwintet niemal samych naszych znajomych, ukrywający się pod nazwą własną Scrambled Harmonies: na kontrabasie i małej elektronice - Raoul van der Weide, na perkusji – Onno Govaert, na fortepianie i keyboardzie - Nico Chientaroli, na gitarze – Henk Zwerver, wreszcie na saksofonie tenorowym, jedyny debiutant na naszych łamach - Andrius Dereviancenko.

Płytę wydaną własnym sumptem muzycy nazwali Stella Art (CD, 2020), a składa się ona z sześciu improwizacji, na ogół dość swobodnych (all music by the musicians), które trwają łącznie 44 minuty i 6 sekund.




Od pierwszej pętli narracyjnej muzycy budują gęsty, naładowany dźwiękami flow, acz jednocześnie nad wyraz lekki, zwiewny, upstrzony plamami elektroniki (van der Weide!), pełny perkusyjnego rozgardiaszu, pląsających strun i zawodzącego dęciaka. Opowieść nabiera masy i dynamiki z gracją baletnicy, w ramach bezwzględnie kolektywnych działań muzyków. Kierunek rozwoju ekspozycji, to zdecydowanie free jazz! Drugi utwór otwierają wspólnie kontrabas i fortepian. Ślą nam moc jazzowych abstrakcji. Plamy gitary pasują do nich niemal idealnie. Leniwa początkowo narracja, odrobinę post-balladowa i tu nabiera bystrej dynamiki, szczególnie w momencie, gdy za dźwięki odpowiedzialni są już wszyscy artyści na scenie. W roli szczególnie jątrzącego - saksofon, w roli cerbera dramaturgii - gitara. Formuła open jazzu z czasem zaczyna zionąć ogniem (ach, ten tenor!), by w finale nabrać ciekawego posmaku fussion (pianista przesiada się na keyboard!).

Trzecia historia rodzi w sosie elektroakustycznych preparacji. Van der Weide w formule solo, to wątek, który lubimy i szczególnie cenimy na holenderskich scenach. Pojawiają się suche struny gitary, smyczek na kontrabasie, zwinne pętle saksofonu i mały drumming po krawędziach. Flow gęstnieje (a jakże!), szybko brnąc w kierunku free jazzu, tu wszakże doposażonego w odrobinę zadumy i wieńczącego dzieło artystycznego rozchełstania. Czwartą furtkę do krainy nieskończoności znów otwiera para – tym razem gitara i perkusja! Od startu wszystko kipi tu z emocji – saksofon krzyczy pod niebiosa, a plamy elektroniki rozlewają się szerokim korytem. Kontrabas trzyma fundamenty, gitara znów dobrze szuka jazzu. Opowieść pełna swobody, nieprzewidywalności, ale i akustycznej zadziorności. Znów swoje dokłada bystry keyboard i jak zwykle kocie w ruchach perkusjonalia (ach, ten Onno!). W połowie jednej z dwóch najdłuższych ekspozycji niespodzianka – drastyczne spowolnienie, które już po paru chwilach śle do nas intrygujące plamy psychodelii, strużki post-ambientu, głównie ze strony klawiszy i saksofonu. W tle tej zadymki budzi się rytm perkusji i gitary. Narracja staje w taneczne szranki (kontrabas!), by po niedługim czasie zwinnie ugasić emocje na strunach wybrzmiewającej gitary.

Piątą improwizację kreuje solowy saksofon. Długie wprowadzenie najpierw stawia na klimat, potem na budowanie wstępnej fazy narracji właściwej. Sekcja rytmu wchodzi do gry wyposażona w dynamiczny smyczek. W mgnieniu oka dostajemy się we wrzący tygiel free jazzowych emocji (powrót piana zdaje się czynić cuda!). Finałową opowieść animuje perkusja. Ciche struny gitary, plamy saksofonu, jakże piękne wybudzenie! Open jazz na dużym luzie, bez dyktatu czegokolwiek. W roli siejącego dramaturgiczny ferment niezastąpiony Govaert! Piano stawia jednak na spokój, a gitara na akompaniament. Swoje dokłada kontrabas i doczepione do niego obiekty. Opowieść zaczyna pulsować i budzić emocje. Last minute, to kolejna już tego wieczoru mała eksplozja free jazzu. Szybko zbudowana, jeszcze szybciej zgaszona do poziomu pojedynczego dźwięku.



sobota, 23 lutego 2019

Zyft! Pareidolia! Rowden! Sobanski! Wachtelaer! Schindler! S. Araw Trio XIII! Welf Dorr! The winter collection of a new music, quite fresh and not fully recognized!


Wyczekiwanie na wiosnę, jak co roku, jest niezwykle wyczerpującym zajęciem. Jak powszechnie wiadomo, świat nie należy do ludzi cierpliwych. Czas zatem poczynić stosowne gusła, obrządki i inne czyny nieczyste, by ściągnąć na nasze głowy odrobinę witaminy D.

Na Trybunie mamy kilka swoich sprawdzonych metod. Jedną z nich jest zbiorówka recenzji płyt, które pełne są mniej rozpoznawalnych osobistości świata muzyki improwizowanej, siejących stylistyczne wolty i dostarczających moc nie do końca posłusznych dźwięków.

Zapraszamy do odczytu i odsłuchu nowych nagrań, jakie w trakcie minionych kilku tygodni pojawiły się w redakcyjnych odtwarzaczach. Niektóre zagościły w nich na chwilę, inne na kilka chwil. Jedne są krótsze, inne dłuższe – ale zasada, iż nieprzegadanie improwizacji podnosi jakość nagrania potwierdza się w całej rozciągłości! Uwaga - znów musicie zapamiętać kilka ciekawych nazwisk!

Jeszcze słowo o marszrucie. Zaczynamy w Amsterdamie. Potem Portugalia, Nowy Jork, Zjednoczone Królestwo, Belgia, Niemcy i ponownie Wielkie Jabłko. W tym tyglu muzycznych emocji dwa drobne akcenty krajowe, czynione wszakże na obczyźnie.




Zyft  ‎Midnight Tea Suite (Creative Sources, CD 2019)

Startujemy sesją nagraniową, która miała miejsce w maju ubiegłego roku, w północnym Amsterdamie. Funkcjonujące artystycznie od kilku lat trio Zyft rejestrowało wówczas swoją pierwszą płytę. W studiu znaleźli się, całkiem już z nami obeznani, Ziv Taubenfeld na klarnecie basowym i Henk Zwerver na gitarze oraz debiutująca na tych łamach Maya Felixbrodt na altówce. Sześć swobodnych improwizacji, niewiele ponad 32 minuty muzyki.

Zyft - intrygujące trio, które łączy gatunki, pokolenia muzyków, wstrząsa i miesza, finalnie dostarczając moc dalece błyskotliwych przeżyć artystycznych. Gitara Henka zdaje się znać całą historię jazzu, swobodnej improwizacji, a pewnie i rocka, a nawet bluegrassu. W jednym ciągu improwizacji Zwerver potrafi brzmieć jak Derek Bailey i Django Reinhardt. Klarnet basowy Ziva ma masywny tembr, ale bez trudu pląsa na dużej wysokości, bywa wstrzemięźliwy w okazywaniu emocji, ale zawsze idealnie wyczuwa moment, gdy trzeba zaatakować. Wreszcie Maya i jej doprawdy szalona altówka. Wybuchowa mieszanka kwaśnej kameralistyki, wytwornej sonorystyki, do tego polot, bystry umysł i artystyczna niepokorność wobec męskiej części tria. Narracja toczy się na płycie na ogół warto, jest gęsta od dźwięków, ale jednocześnie lekka, zwiewna, czasami tajemnicza. Od czasu do czasu kąsa semicką kolorystyką.

Na starcie płyty gitara plecie semi-jazzowe frazy, altówka sonoryzuje w tańcu, a klarnet śle drony w dalekim tle. Skupienie, precyzja, skrupulatność i dbałość o pojedynczy dźwięk. Także kocia zwinność w zakresie przechodzenia w stan wzmożonego napięcia dramaturgicznego. Drugi opus lśni bystrym galopem, czynionym z saperską niemal dokładnością. Trzeci – prawdziwa perła! – konsumuje trzy solowe ekspozycje, klejone soczystymi frazami kolektywnej eksplozji. Najpierw skrzy się niezwykłym intro like modular string, potem klarnetowym expose godnym mistrzów gatunku, wreszcie gitarowym rezonansem, z którego wyłania się krótka opowieść o całej historii gitarowego jazzu. Czwarta opowieść rodzi się w mroku i ciszy. Altówka brzmi wręcz barokowo, budzi męską część załogi do figlarnych eskalacji. W mgnieniu oka, studio spowija już jedynie mgliste wspomnienie początkowej ciszy. Szefem piątej improwizacji jest zdecydowanie klarnet basowy. Buduje drony, przedrzeźnia się z altówką, kontrapunktuje gitarę. Gatunkowy melting pot, aż do rozpalenia pełnego płomienia. Finał tej smakowitej płyty, który trwale ledwie 2 minuty z sekundami, jest swoistym podsumowaniem poprzednich trzydziestu. Małe, urywane frazy, zmysłowe call & responce, narracja gęsta od dobrych dźwięków!
  



Pareidolia  Selon le Vent (JACC Records, CD 2018)

Zacne Salão Brazil w Coimbrze i trójka muzyków: João Camões – altówka, Gabriel Lemaire – saksofon altowy i barytonowy, klarnet altowy oraz Yves Arques – fortepian. W drugim secie do tria dołącza Alvaro Rosso – kontrabas. Późna wiosna 2016, formacja ma nazwę własną Pareidolia, a skupiony odsłuch swobodnych improwizacji tria i kwartetu zajmie nam łącznie 30 i pół minuty.

Trzyosobowy koncert spływa z silnie sonoryzujących strun altówki i tuby saksofonu. Piano drzemie w ciszy, potem w skromnej preparacji. Narracja w formie slow & dron, ale dość gęsta, z akcentami percussion z pudła fortepianu. Efektowne, ciekawie akustycznie, wycieczki w kierunku współczesnej kameralistyki - chamber in motion, clearly improvised. Niebanalny dialog strun na gryfie i strun w pudle, nieco wycofany saksofon. Zwinne pasaże altówki, bystra kipiel w tubie, kilka zaskoczeń w dziedzinie preparacji. Szczególnie doskonała zdaje się 13 i 14 minuta seta.

Od pierwszej sekundy seta drugiego wiemy, że do zabawy podłączył się kontrabas. Początkowo, oparty o smyczek, zmysłowo skwierczy. Altówka wchodzi z nim w kameralistyczny dyskurs estetyczny. Przy wsparciu preparowanego ponownie piana, robi się z tego mała burza z piorunami, rodzaj święta wiosny, ale na molowo. W 9 minucie ma miejsce pewien zwrot stylistyczny, który pięknie eksponuje powszechnie znaną tezę, iż lepsze jest wrogiem dobrego. Kontrabas podejmuje jazzowe frazowanie i mimo, iż reszta nie rzuca od razu miłości do chamber, narracja delikatnie dynamizuje się i traci na atrakcyjności. Najpierw jest to krok wręcz free jazzowy, potem zaś – po skromnym wytłumieniu - muzycy otwierają szeroką bramę do estetyki oczywistości ala ECM i czar definitywnie pryska. Wóz improwizacji ciągnie kontrabas i piano. Powrót saksofonu i altówki na ostatnie 120 sekund niewiele już zmienia w odbiorze całości.




Zach Rowden/ Jarrett Gilgore/ Ian McColm  First Lapse (Raw Tonk Records, CD 2019)

Przenosimy się za wielką wodę. Nowojorski fyrtel zwie się Annandale-on-the-Hudson, a w środku odnajdujemy trójkę muzyków, których personalia mówią nam, póki co, dość niewiele: Zach Rowden – bas bezprogowy plus preparacje, Jarrett Gilgore – saksofon altowy oraz Ian McColm – perkusja i perkusjonalia. Lato roku 2017, pięć improwizacji, znów 30 i pół minuty na wyświetlaczu w opcji full time.

Pierwsza pomyłka, to ciekawy przykład free jazzu z bardzo oryginalnym użyciem basu bezprogowego, który pozostaje niemal bez przerwy w stanie intensywnych preparacji, głównie za pomocą smyczka. Towarzystwo ma równie frapujące: saksofon altowy, który niebanalnym i szorstkim brzmieniem, mocno osadzonym w historii gatunku, chętnie wchodzi w śpiewne i rytmicznie powykręcane strumienie dźwięków (często niczym Jemeel Moondoc), wreszcie gęsty, precyzyjny drumming, często akceptujący bijące serce stopy na bębnie basowym (kłania się Tom Bruno i jego legendarny Test).

Płyta zaczyna się brudną, bardzo gęstą narracją, która wykazuje silne ciągoty w kierunku samoeskalowania się. I tak dzieje się – uprzedźmy wypadki – w każdym utworze. Sytuacja sceniczna jest następująca: bas grzmoci, rzęzi i szeleści, perkusja pozostaje w stanie mocnego progresu, a alt często brnie w taniec. Drugi fragment zaczyna się dużo spokojniej, ale i on łapie odpowiedniego dryla! Okazuje się, iż zmysłowe schodzenie w ciszę, za pomocą niskiego drona ze smyka, to także kompetencja tego tria. W czwartym odcinku odnajdujemy ciekawy dialog altu i basu na tle rozgrzanych talerzy. Udana wycieczka w kierunku nieoczywistej sonorystyki. Zwinny, wewnętrznie kompatybilny pokaz czerstwego piękna. Finałowa fraza rodzi się głęboko w tubie altu - syczenie, szelest i rezonans. Obok dudnienie basu, jako zaczyn niebanalnej meta ballady, które wybrzmi smakowitymi dronami. First Lapse - trzydziestominutowy konkret, żadnego zbędnego dźwięku.




Sobanski/ McMurchie/ Lash/ Orrell  For All the Obvious Reasons, Live (European Improvisation Scene, DL 2018)

Powrót od Europy, przed oblicze Zjednoczonego Królestwa i tamtejszy kwartet z istotnym akcentem polskim: Mariusz Sobański – gitara, Jake McMurchie – saksofon, Dominic Lash – kontrabas, Tony Orrell – perkusja. Ubiegłoroczne nagranie z oklaskami trwa godzinę zegarową z sekundami, składa się zaś z trzech improwizacji. Jesteśmy w Bristolu, w ramach serii koncertowej, odbywającej się w Klubie Exchange.

Koncert otwiera wielosekundowy, ambientowy dron, generowany – jak domniemujemy - przez amplifikatory gitary i saksofonu. Po podłączeniu się wszystkich instrumentów, muzycy serwują nam post-rockowe intro, które buduje płynna gitara w estetyce psycho-post-fussion, barytonowe pomruki, aktywny drumming i kontrabas z gęstą powłoką niskich dźwięków. Narracja toczy się od jednego spiętrzenia do drugiego. Każdy zwrot dramaturgiczny dźwiga na swoich barkach silny kontrabas, który po zwinnej rekapitulacji, proponuje nowy potok improwizacji. Chwilami stara się on zgubić rockową powłokę całości, jest nawet skłonny swingować z perkusją. Votum separatum pozostałych instrumentów w tej kwestii prowadzi, od czasu do czasu, do drobnych dysonansów estetycznych. Muzyka toczy się wartko, jakkolwiek nie sposób nie zauważyć pewnego stylistycznego rozgardiaszu. Z jednej strony Lash i jego free jazzowe wręcz ciągoty, z drugiej Sobanski i silne parcie w kierunku post-rocka i ambientowej psychodelii. McMurchie w takich sytuacjach raczej pozostaje na uboczu i nie wchodzi w interakcje. Najmniej wątpliwości zdaje się mieć Orrell, który bębni na temat i trzyma w ryzach rozwój sytuacji na scenie.

Dalece ciekawiej robi się w dalszej części koncertu. Fragment drugi rodzi się w otchłani kontrabasowych preparacji i talerzowej ornamentyki. Gitara intrygująco szumi, szary ambient zdaje się być także udziałem saksofonu. Pójście w funkową dynamikę, być może akurat teraz, nie należy jednak uznać za rozwiązanie optymalne. Ostatnią część koncertu otwiera saksofonista. Wspiera go smyczek uczepiony dolnej części gryfu kontrabasu. Perkusjonalne akcenty plus kilka kropel psychodelii z gitary buduje nam flow, który zdecydowanie karze wskazać go najlepszym momentem koncertu. Płynna lawa, szklisty półtrans, funkowy walking kontrabasu w ramach komentarza, suche plamy wprost z tuby saksofonu. Sam finał nadchodzi dość niespodziewanie.




Mark Bogaerts/ Alec Ilyine/ Dirk Wachtelaer  Siglow Is The Place  (bandcamp, DL 2018)

Wpław przez kanał i jesteśmy w Belgii, być może nawet jest już wtorek. Trio z udziałem perkusisty Dirka Wachtelaera (także obiekty), który systematycznie dostarcza nam nowej muzyki. Obok niego: Mark Bogaerts – głos, saksofon altowy, gitara elektryczna oraz Alec Ilyine – gitara elektryczna lub basowa. Bardzo świeża rejestracja studyjna (Bruksela, listopad 2018). Sześć improwizacji z tytułami, prawie 65 minut.

Dynamiczny początek, wyznaczony przez rockowe intro, free jazzowy saksofon i konsekwentny, precyzyjny drumming. Gęsta, rwana narracja, klimaty fussion i dobrego jazz rocka. Ciekawa gitara, która bez trudu odnajduje wątki psychodeliczne, zwinnie tłumiąc emocje całego tria. Drugi fragment pokazuje, iż muzycy nieźle radzą sobie w cichej sytuacji sonorystycznej, już bez saksofonu, w filigranowym, iście diabelskim marszu pogrzebowym. Jak na skład trzyosobowy, instrumentarium jest dość bogate i w skończonej liczbie przypadków muzycy robią z tego właściwy użytek. W rozbudowanej, kilkunastominutowej, trzeciej improwizacji odnajdujemy intrygujące zestawienie mikro drummingu z ambientowymi wyziewami gitar, z odrobiną kwasu pomiędzy strunami. Jest i szczypta elektroakustycznych zdobień. Intruzem zdaje się tu być jedynie próba slajsowania dźwięku przez jedną z gitar, która zdaje się pasować do całej narracji, niczym pięść do nosa. Szczęśliwie muzycy po 13 minucie łapią zdrowy trans i wychodzą z pata dramaturgicznego obronną ręką.

Kolejne trzy improwizacje toczą się warto, nie brak w nich zdrowych, soczystych wymian dźwięków i zwinnych interakcji. W czwartym dobrym rozwiązaniem jest niemal punkowe przyspieszenie, a po nim głębokie zanurzenie w tłustą psychodelię. Początek piątego utworu nie stroni od zbędnych dźwięków, trochę przypomina The End Doorsów, tuż po wyjściu z dżungli. Finał tej części zdaje się ociekać rockową ekspresją – solówkami gitar i rozbudowanymi partiami perkusyjnymi. Pieśń pożegnalna trzyma klimat psycho and dark ambient, który zupełnie niepotrzebnie komentowany jest werbalnie przez gitarzystę. Jak to już bywa w przypadku muzyki, jaką zasyła nam Wachtelaer – moc dobrych, nawet bardzo dobrych fragmentów i brak stosownej autocenzury w zakresie post-produkcyjnej redukcji mniej udanych fragmentów improwizacji. Okrojenie płyty do trzech kwadransów doskonale podniosłoby ocenę całości.




Catherine Smet/ Dirk Wachtelaer Improvisations (Creative Sources, CD 2018)

Pozostajemy w towarzystwie Dirka Wachtelaera, ale dość radykalnie zmieniamy klimat improwizacji. Tym razem duet z pianistką Catherine Smet. Studyjne nagranie z maja ubiegłego roku. Dziewięć improwizacji, godzina zegarowa i pół minuty.

Improwizacje, to przykład jazzowej kameralistyki, którą niechybnie kojarzyć możemy z klimatami ECM, co na tych łamach nie bywa poczytywane za komplement. Dobra, precyzyjna, bogata brzmieniowo praca perkusisty i stonowana, chwilami ocierająca się o minimalizm, pianistka (zdaje się, że klasycznie kształcona), która zdecydowanie preferuje klawiszowe pasaże niż zanurzanie się w głąb instrumentu i uprawianie preparacji. W toku całej, znów niezbyt krótkiej płyty, intrygujące dźwięki perkusji, bywają często konsumowane przez dość przewidywalną pianistykę, a całość narracji toczy się w kierunku improwizowanego chill-outu, gdzie dźwięki zdają się być bardzo przyjazne dla ucha, ale nie intrygują intelektu słuchacza.

Dość wszak utyskiwania nad oglądem całości, poszukajmy pozytywów, których nie brakuje na płycie. W pierwszej części uwagę przykuwa bardzo skrupulatna i czuła na niuanse brzmieniowe gra Dirka, chwilami udanie nawiązująca do stylistyki Rogera Turnera. W trzeciej wypada pochwalić Catherine, która ciekawie repetuje, stawiając na konsekwentny minimal. W piątej i szóstej improwizacji dominuje jazzowa kameralistyka, nawet z pewną dozą dynamiki. Już jednak dwa kolejne odcinki przenoszą nas w świat wyważonego, skupionego drummingu i fortepianu, który chytrze chowa się za fakturą talerzy i czyni nastrojowe, niebanalne, na poły tajemnicze pasaże, delikatnie zahaczające o obszar preparacji. Podobnie zachowuje się perkusista, a recenzent śmiało oznacza ósmą improwizację, jako najlepszą na płycie. Sam finał nagrania jest powrotem do bardziej dynamicznego, jazzowego frazowania i konwencjonalnej pianistyki. 




Udo Schindler/ Georges-Emanuel Schneider/ Gunter Pretzel  Rhizome (Creative Sources, CD 2018)

Krok na południowy wschód i meldujemy się w Monachium, by dwukrotnie pochylić się nad najnowszymi dokonaniami niemieckiego klarnecisty i saksofonisty Udo Schindlera, który zdaje się być już stałym uczestnikiem naszych okresowych zbiorówek. Zaczynamy od dalece frapującego tria Rhizome, który udanie łączy świat swobodnej improwizacji i współczesnej kameralistyki, także tej głęboko osadzonej w filharmonicznych gmaszyskach. A zatem Gunter Pretzel na altówce, Georges-Emmanuel Schneider na skrzypcach (plus live electronics) oraz Udo Schindler na klarnecie basowym, saksofonie sopranowym i euphonium (zwanym także tubą tenorową). Spotkanie koncertowe miało miejsce w monachijskiej At Gallery ar Toxin pierwszego dnia marca roku ubiegłego. Muzycy improwizowali, w oparciu o pewne ustalenia przedprodukcyjne. Pod dłuższymi improwizacjami podpisała się cała trójka muzyków, pod krótszymi – Schneider (druga) oraz Schindler (czwarta). Całość trwała godzinę zegarową i kilkadziesiąt sekund.

Dłuższe, tytułowe improwizacje (First & Second Rhizome) bazują na strunowych ekspozycjach, które w wielu momentach uroczo topią się w sonorystyce, szczególnie jeśli chodzi o altówkę. Skrzypce zdają się mieć podobne zadania, ale ponieważ muzyk operuje także w zakresie live electronics, czasami efekty jego działań bliższe są elektroakustyce, zawierają także akcenty perkusjonalne. Funkcjonujący na środku sceny Schindler udanie łączy flankowe ekspozycje strunowców, na ogół operuje na saksofonie sopranowym, tworząc rodzaj dramaturgicznego kręgosłupa improwizacji. Dobywa z tuby dęciaka sploty intrygujących dźwięków, brzmi ciekawie i niebanalnie. Na flankach zaś dzieją się prawdziwe cuda. Altówka potrafi zmysłowo pohałasować, skrzypce brnąć w plamy godne jazzowego wręcz fussion. Choć osadzone we współczesnej kameralistyce, raz za razem ostrzą sobie narrację bystrymi zadziorami. Podobnie kontrapunktujący bywa klarnet basowy, który włącza się do gry sporadycznie, ale skutecznie wtedy porządkuje narrację i wprowadza elementy tłumienia gotujących się emocji. W następnej rozbudowanej improwizacji (trzeciej na płycie), muzycy zdają się być jeszcze bardziej skrupulatni, a ich ekspozycje definitywnie filigranowe. Drony, małe dźwięki godne mistycznego posmaku cichej filharmonii. Szumy dęciaka, śpiew strunowców, kind of acid chamber! Mocne zmiany daje w tej części także klarnet basowy.

Nieco odmiennie kształtują się dwie pozostałe, krótkie improwizacje autorskie. Odcinek Schneidera, co nie dziwi, stanowi pasaż elektroakustycznych incydentów, który zdobią suche, sonorystyczne ekspozycje altówki, z dęciakiem, który zdecydowanie pilnuje dalekiego tła. Finałowa część koncertu grana jest przez Schindlera na euphonium. Groźna meta tuba kreśli zwinne pętle, stanowiąc przy okazji doskonałe intro dla płyty, którą omówimy poniżej.




Udo Schindler  ‎Pneuma_Extreme  (Confront , CDr 2018)

Słowo się rzekło, czas na czternaście poematów solowych Udo Schindlera na klarnet kontrabasowy! Live recordings zarejestrowane w miejscu zwanym Salon für Klang+Kunst in Krailing, w 2016 roku.  Czas niezbędny na skupiony odsłuch, to 35 minut i kilkanaście sekund.

Pneuma_Extreme, to bardzo interesujące, choć nieco akademickie ćwiczenie na niebanalne wydawanie dźwięków z instrumentu o gabarytach małego słonia! Wrażeń akustycznych pozostawia wszakże bez liku. Spróbujmy zatem wszystkie je zgrabnie wylistować.

Na wejściu zdaje się, że słyszymy dwa klarnety kontrabasowe. Jeden frazuje, drugi ripostuje, a po jakimś czasie… pojawia się trzeci i płynie wartkim strumieniem. Drugi poemat rodzi się w dronach. Czy tak duży instrument potrafi śpiewać i stąpać na palcach? Odpowiedź musi być twierdząca. Bogactwo brzmienia, godne Ornitology granego przez Anthony Braxtona na saksofonie kontrabasowym. Trzeci – rodzaj małego świdra, w połączeniu z niedźwiedzimi pomrukami. Zdaje się, że samo obcowanie z materią dźwięku może tu być intrygujące – choćby otwieranie i zamykanie dysz. Czwarty – brama do piekła, szorstka, dotkliwa polifonia. Koci śpiew, mysi chrobot. Piąty – perkusyjne klastery i drumming na glazurze tuby. Szósty – semicka pieśń pogrzebowa z zadziorami i kantami. Siódmy – … ciąg studenckich ćwiczeń. Ósmy – ryk maltretowanego wieloryba, wzmacniany przez artystę otworem gębowym. Dziewiąty – masywny … drum’n’bass! Dysze tańczą i śpiewają! Dziesiąty – bojaźń i drżenie, tłusta pulsacja. Jedenasty – znów percussion na dyszach plus biały szum. Dwunasty – rodzaj narracji outside/inside na bardzo krótkim dystansie. Zdaje się, że o instrumencie cbcl wiemy już wszystko! Trzynasty – poszukiwanie ciszy na bardzo dużej wysokości. No i czternasty – tygrysie pląsy, mlaskanie, cmokanie i garść szumu z wyjątkowo suchych dysz. Jakże dużo wrażeń z krążka, który trwa niewiele ponad dwa kwadranse.




S. Araw Trio XIII  ‎Activated Clown  (NNA Tapes, Kaseta 2018)

Po krwistej surowiźnie niemieckiego free improv, definitywnie zasłużyliśmy na odrobinę relaksu. Odnajdziemy ją z muzykami amerykańskimi oraz muzykiem z Polski (prawdopodobnie jesteśmy po drugiej stronie Wielkiej Wody). Pod niezwykle tajemniczą nazwą S. Araw Trio XIII oraz jeszcze bardziej zaskakującym instrumentarium, kryją się: Cameron Stallones – Fender Rhodes, Yamaha DX7, gitara, John Leland – Vdrum-kit, perkusjonalia oraz Tomo Jacobson – Ribban Controler, Yamaha TQ5. Na kasecie znajdujemy dwa utwory (kompozycje? improwizacje?), które trwają łącznie 52 i pół minuty.

Activated Clown, to bystra, swobodna i dalece niebanalna muzyka w estetyce electro, pełna elementów improwizacji, rodzaj bardzo bogato instrumentalizowanego post-techno. Mająca swój nieco nerwowy rytm, niestroniąca od strumieni meta melodii, ale raczej nieprzewidziana do tańca. Muzyka tworzona ze swadą, energią, pełna radości z samego faktu uprawiania materii dźwiękowej. Głównym, by nie rzec jedynym, żywym instrumentem zdaje się tu być gitara, wesoła, frywolna, plumkająca niczym konik polny po zroszonej łące. Narracja toczy się wedle reguł, które nie są do końca jasne. Powykręcana rytmika raczej stawia pytania niż udziela odpowiedzi. Nie brakuje skoków w bok, fonicznych didaskaliów, komentarzy odautorskich. Odnajdziemy w tej electro opowieści momenty udanego tłumienia narracji, drobiny odniesień po estetyki fussion, czy post-jazzu, wiele drogowskazów, które wskazują na dokonania elektroniki z przełomu wieków. Lista inspiracji byłaby zapewne długa, ale niemieckie wątki Jana Jelinka, czy Bernda Friedmanna winny tu paść bezwzględnie.

Jeszcze bardziej frapująca jawi się druga odsłona tria. Narracja staje się jeszcze bogatsza. Zdaje się, że nie słyszymy już trzech muzyków, ale całą orkiestrę (dodajmy, iż muzyka nagrana jest na żywo, czyli bez akcentów post-produkcyjnych, tak charakterystycznych dla sceny elektronicznej). Moc figlarnych ornamentów, podawana w tempie dość statycznym, raczej ku kontemplacji klimatu, nie zaś parkietowych podrygów.  Z czasem opowieść nabiera specyficznego oniryzmu, dostaje lekkiego transu, budowanego przez konsekwentną repetycję. Po 15 minucie robi się nawet dość hałaśliwie. Po 20 minucie, kind of soul-jazz-funk-electro. Dwa długie sety, budowane z mozołem i cierpliwością, zapewne nieznaną twórcom gatunku dwie dekady temu. Odnotujmy, iż na ostatniej prostej ciekawie aktywizuje się gitara. Prawdziwa wisienka na torcie!




Welf Dorr Unit  ‎Blood (Creative Sources , CD 2018)

Na finał dzisiejszej zbiorówki, kęs energetycznego electric jazzu, definitywnie już z Nowego Jorku! Postacią tytułową jest tu Welf Dorr, grający na saksofonie altowym i incydentalnie na klarnecie basowym, zaś wspierają go w formacji Unit: Dave Ross na gitarze elektrycznej, Dmitry Ishenko na gitarze basowej oraz Joe Hertenstein na perkusji. Krwawa płyta składa się z siedmiu kompozycji, w większości autorstwa lidera, trwa 43 minuty i 20 sekund, a została nagrana w okolicznościach studyjnych w 2014 roku.

Płytę otwiera utwór, który moglibyśmy określić, jako dynamiczną, jazz-rockową wariację na temat Lonely Woman Ornette Colemana. Sprawna sekcja, solidne improwizacje saksofonu i gitara, która zdaje się tu mieć najwięcej ciekawego do powiedzenia. Muzycy trzymają się jazzowego schematu temat/ improwizacje/ temat/ coda (z wariacjami), słucha się ich dokonań dalece sympatycznie, można od czasu do czasu coś zanucić i zwinnie potupać nogą. Czas odbiorcy mija bezstresowo, a my doskonale wiemy, że taką muzykę grało się w Wielkim Jabłku równie udanie ćwierć wieku temu (choćby formacja Lost Tribe, czy inne grupy związane stylistycznie z estetyką m-base). Jazz, rock, wiele akcentów funkowych i dramaturgiczna dominacja saksofonu i gitary (basówka gra bodaj jedno solo w trakcie całej płyty, perkusja chyba w ogóle). 

Nieco spokojniejszy zdaje się być numer trzeci, gdy Dorr sięga po klarnet basowy. Nie jedyny raz świetną zmianę daje tu rockowo brzmiąca gitara, która zwinnie pętli się i swawoli. Ta ostatnia także udanie eksponuje się w utworze piątym. Płytę kwartetu wieńczą dwie obce kompozycje. Najpierw James Blood Ulmer i szczypta dobrze zinterpretowanej harmolodyki, z ciekawą strukturą rytmiczną, potem zaś Mel Waldron i balladowy finał płyty, z ciepłym altem, znów niebanalną gitarą i dobrym flowem basu. Roztańczony, nawet rozmarzony jazz dla średnio wymagających.