Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Amidea Clotet. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Amidea Clotet. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 7 listopada 2023

Sirulita Records’ new bodies: Fernández & Malfon! Fernández, Clotet & Mazur! Shocron & Ledesma!


Barceloński label Sirulita Records, prowadzony przez pianistę Agustí Fernándeza, nie ustaje w promowaniu muzyki improwizowanej z Półwyspu Iberyjskiego i okolic (zupełnie tak samo, jak pewna krajowa, jakże spontaniczna inicjatywa). W katalogu wydawnictwa pojawiają się zarówno uznane nazwiska (choćby w osobie szefa), jak i spore grono młodych artystów, niekiedy jeszcze na dorobku.

Cztery tegoroczne nowości Sirulity zdają się koncentrować na pierwszej z grup, choć elementów świeżych w nim oczywiście nie brakuje. Jedną z nowości roku 2023 mamy już omówioną (solową płytę Ramona Pratsa), dziś czas na trzy pozostałe. Każda z nich jak zwykle wyjątkowo smakowita – dwie zakotwiczone w Barcelonie, w tym jedna z akcentem polskim, z kolei ta trzecia dopłynęła z dalekiego Buenos Aires. Zapraszamy na odczyt i odsłuch.



 

Breath

Sirulitowy przegląd zaczynamy od nagrania koncertowego, na upublicznienie którego musieliśmy czekać długie cztery lata. Oto bowiem jesienią roku 2019 MMI Festival, odbywający się wówczas w Barcelonie, gościł Agustí Fernándeza i Dona Malfona. Tego drugiego, saksofonistę ukrywającego się pod macho pseudonimem znamy doskonale, był choćby gościem tegorocznej edycji poznańskiego Spontaneous Music Festival. Muzyk ma też w dorobku kilka płyt wydanych w naszej pięknej ojczyźnie. Rzeczony koncert z Barcelony trwa niespełna dwa kwadranse, ale jest tak intensywny i bogaty w wydarzenia, iż emocjami mógłby obdzielić kompletną dyskografię niejednej formacji rocka progresywnego.

Panowie zaczynają z przytupem, budując jeszcze przed upływem piątej minuty prawdziwie free jazzowy szczyt. Najpierw gwiżdżą, ciężko oddychają, uderzają w struny, potem niemal z miejsca formują gęsty strumień dźwiękowej lawy. Słychać, że świetnie czują się w swoim towarzystwie, doskonale na siebie reagują, a każdy zdaje się tu znać kolejny ruch partnera, nim ten zdoła o nim pomyśleć. Malfon do strugi ognia dość szybko dorzuca porcję swoich modelowych preparacji, nie tracąc przy tym dynamiki saksofonowego zaśpiewu. Narracja pachnie post-industrialnie, ale pomiędzy dźwiękami jest jeszcze sporo powietrza. Po kilku minutach ataku następuje rezonujące uspokojenie. Przez moment pianista prowadzi narrację samotnie. Jego partner wraca z armią rezonujących i szumiących przedmiotów, frazując niczym zaklinacz węży. Opowieść zdaje się być teraz delikatna, niemal oniryczna.

Artyści zaczynają szukać brzmieniowych kantów i bardziej zadziornych konstrukcji dramaturgicznych mniej więcej po trzynastej minucie. Emocje rosną do tego stopnia, że zaczynają krzyczeć na siebie. Dodatkowo każdy syci swoją opowieść gigantycznymi porcjami preparowanych dźwięków. Wytłumienie przychodzi jednak dość szybko. Na kilka chwil saksofonista zostaje sam na scenie i łapie podmuchy zimnego rezonansu. Pianista powraca minimalistycznymi frazami wprost z klawiatury. Ocean wzajemnych subtelności zdaje się panować na scenie przez kilka kolejnych minut. Improwizacja kołysze się na wietrze, muzycy cedzą dźwięki i kreują coraz bardziej efektowny suspens, przy okazji skutecznie docierając do dwudziestej minuty koncertu. Nim to nastąpi, otrzymujemy jeszcze krótki passus samotnego tańca na gołych, fortepianowych strunach.

Muzycy przystępują teraz do finałowego aktu koncertu. Znów znajdują w sobie nieskończone zasoby mocy i kreatywności. Free jazz czai się za rogiem, tym razem doposażony w sporą dawkę melodyki i niemałe połacie rytmu. Klawiatura fortepianu kipi teraz post-jazzowymi emocjami, saksofon z kolei łapie ognisty oddech. Narracja wpada w niemal taneczny rytm, budowany frazami pełnymi brudu i krzyku. Gdy ekspresja sięga szczytu, muzycy kończą dzieło. Czynią to na raz, wprost w chmurę rzęsistych oklasków.



Strings Entanglement

Kolejne barcelońskie spotkanie improwizatorów, opublikowane na nowych albumach Sirulity, miało miejsce w maju ubiegłego roku. Tym razem trzy instrumenty strunowe – ponownie fortepian Fernándeza, ponadto gitara elektryczna Amidei Clotet i akustyczna gitara basowa Rafała Mazura. Muzycy improwizują tu zarówno w trio (pięciokrotnie), jak i w duetach (trzykrotnie). Mają jeden cel – doszczętnie zdewastować struny swoich instrumentów. Efekt foniczny jest tu zatem wyjątkowo smakowity.

Już na starcie albumu dostajemy się w bezkres zakładu mechanicznego – zgrzytania, tarcia, szarpnięcia, paleta strun na stole prosektorium. Część fraz wydaje się masywna, mięsista, inne definitywnie lekkie, niekiedy wręcz filigranowe. Spektrum dźwięku od czerstwego hałasu po mroczną ciszę akustycznego ambientu. W drugiej opowieści gitarzyści budują drony, pianista skacze po strunach. Niektóre fonie przypominają pracę suwnic przemysłowych, inne zdają się być efektem zdzierania glazury z powierzchni płaskich i obłych. Znów dużo prostej mechaniki i urokliwego minimalizmu na etapie finalizacji improwizacji. Trzecia opowieść, to pierwszy duet – piano i gitara elektryczna. Narracja jest tu nad wyraz subtelna, w drugiej fazie eksploduje wszakże mocą perkusjonalnych ekspozycji. Czwarta improwizacja, na powrót w trio, kontynuuje wątek nieco bardziej spokojnej narracji. Bas wibruje, struny gitary kreślą drobne pętle, piano trzeszczy w szwach, ale płynie w wyższych partiach chmur. Opowieść ma tu kilka faz, bywa obłokiem renesansu, bywa leniwą przebieżką po czarnej stronie klawiatury fortepianu, ale też gęstym strumieniem szumów.

Piąta część, to znów duet, tym razem gitarowy. Opowieść jest wyjątkowo mroczna, budowana rezonującymi dronami. Z czasem nabiera jednak pewnej linearności i zdeformowanej melodyki. Kolejna improwizacja, to niemal post-barokowy poemat strun traktowanych delikatnymi smyczkami. Pianista frazuje tu zarówno w trybie inside, jak i outside. To kolejny dowód na to, iż ta trójka improwizatorów szczególnie dobrze czuje się w … spokojnych, subtelnych akcjach. W rekontrze do tezy z poprzedniego zdania – siódma improwizacja, duet piana i basu, powraca do mechanicznej, post-industrialnej estetyki. Z chmury hałasu wyłania się tu opowieść szyta zarówno czystym frazami pianisty, jak i brudem basisty. Nabiera ona z czasem dużego rozmachu dramaturgicznego, doposażona w pewną strukturą rytmiczną. Ostatnia improwizacja, grana w trio, to trzy pasma delikatnych, strunowych post-dźwięków. Koda sponiewieranych strun brzmi tu wyjątkowo pięknie, także nieco metaforycznie.



 

Hiking

Trzecia dzisiejsza opowieść powstała w doskonale nam znanym studiu nagraniowym w stolicy Argentyny. Muzycy ją tworzący, to także nazwiska nam nieobce. Pianistka Paula Shocron ma w dorobku nawet album wydany w Polsce. Z kolei saksofonista Pablo Ledesma znany jest nam z wielu katalońskich publikacji. Ich dalece post-jazzowa podróż, podzielona na dziesięć odcinków, mieni się barwami niemal wszystkich kameralnych odmian muzyki improwizowanej. Bywa agresywna, niemal free jazzowa, bywa także nostalgiczna, a w kilku momentach być może zbyt powściągliwa w okazywaniu emocji.

Artyści startują z pool position. Od pierwszej chwili z dużą mocą krwistego free jazzu – dynamiczne, twarde klawisze i wydęty saksofon altowy. Zaraz potem intryguje nas oddech inside piano i delikatnie rezonujący dęciak w nieco nerwowej post-balladzie. W kolejnych improwizacjach emocje nieco stygną. Pianistka serwuje nam niekiedy frazy post-klasyczne, tempo bywa leniwe, a niektóre ekspozycje, szczególnie saksofonu sopranowego, nieco przesłodzone. Z drugiej wszakże strony należy oddać artystom, iż są konsekwentni w swych wyborach estetycznych, dobrze panują nad dramaturgią całości, a każdą z opowieści są w stanie doprowadzić do intrygująco zagęszczonego stadium. Nie szczędzą nam także preparowanych dźwięków saksofonu, ani minimalistycznych kontrapunktów piana.

Począwszy od siódmej improwizacji Argentyńczycy na powrót przykuwają naszą uwagę niemal wyłącznie udanymi akcjami. W siódmej części pianistka pracuje wewnątrz pudła rezonansowego, z kolei saksofonista prycha i rozsyła fluidy czystej kreacji. Na strunach fortepianu rodzi się teraz filigranowa, jakże urokliwa melodia. Część ósma nosi znamiona nieco burzowej, pełnej nerwowych podrygów z każdej strony. Emocje zdają się tu być bliskie pieśni otwarcia. Część dziewiątą śmiało możemy zaliczyć do albumowych perełek. Preparowane, filigranowe frazy skapane są tu w niespokojnej ciszy. Także pieśń zamknięcia zapisujemy po stronie atutów albumu. Najpierw garść mrocznych preparacji piana i frywolne, acz zawieszone w czasie zadęcia saksofonu. Potem improwizacja rozwija się w urokliwie minimalistycznym trybie, sycona post-jazzowymi westchnieniami dęciaka.

 

Don Malfon & Agustí Fernández Breath (DL, 2023). Don Malfon – saksofon altowy i barytonowy oraz Agustí Fernández – fortepian preparowany. Nagranie koncertowe, zarejestrowane w miejscu zwanym NOTA 79, MMI Festival, Barcelona, październik 2019. Jedna improwizacja, 29 i pół minuty.

Agustí Fernández, Amidea Clotet & Rafał Mazur Strings Entanglement (DL, 2023). Agustí Fernández – fortepian preparowany, Amidea Clotet – gitara elektryczna oraz Rafał Mazur – akustyczna gitara basowa. Nagrane w Estudi Rosazul, Barcelona, maj 2022. Osiem improwizacji, 52 minuty.

Paula Shocron & Pablo Ledesma Hiking (DL, 2023). Paula Shocron – fortepian, instrumenty perkusyjne oraz Pablo Ledesma – saksofon altowy i sopranowy. Nagrane w Estudio Libres, Buenos Aires, listopad 2021. Dziesięć improwizacji, 45 minut.

 

 

wtorek, 13 września 2022

The Relative Pitch and the august’ fresh fruits: Amidea Clotet! Michael Foster! Forbes Graham!


Amerykański label Relative Pitch Records doskonale wpisuje się w idiom pandemicznej nadprodukcji dźwięków w obszarze naszej ukochanej muzyki improwizowanej. Nowych wydawnictw przybywa z każdym miesiącem, a w nieskończonych zasobach pamięci zewnętrznej redakcji właśnie wylądowało osiem premier wrześniowych. Przed nam wszakże do omówienia nowości … sierpniowe! To szczęśliwie tylko trzy tytuły i zaraz z nieukrywaną radością (bo to dobre płyty są!) pochylimy nam nimi nasze uszy i nasze recenzenckie pióro.

W dzisiejszym zestawie dwa albumy solowe i jedno trio, choć na okładce płyty podpisane ledwie jednym nazwiskiem. Wśród podmiotów wykonawczych jedna Katalonka i czworo przedstawicieli amerykańskiej socjety improwizatorów. A na samych dyskach trzy zestawy zaskakujących i intrygujących fonii, niekiedy trudnych w odbiorze, na ogół podanych w swobodnych, choć czasami ustrukturyzowanych improwizacjach. Jedni z walki z materią dźwięku wychodzą definitywnie obronną ręką, inni miewają chwile słabości, ale decydując się na redakcyjne resume, możemy już teraz wszystkie trzy albumy z całą stanowczością zarekomendować!




Amidea Clotet  Trasluz

Amidea Clotet – gitara elektryczna i obiekty; od września do października 2021, La Sexta Baja, Barcelona. Siedem improwizacji, niespełna 42 minuty.

Z ekspresyjną gitarzystką z Barcelony zetknęliśmy się po raz pierwszy kilka miesięcy temu, przy okazji efektownego albumu Spontaneous Combustions, nagranego wspólnie z Agusti Fernandezem. Wiemy zatem, że młoda Amidea traktuje struny gitary elektrycznej silnie zatemperowanym smyczkiem, a dodatkowo zniekształca generowane przez siebie dźwięki bardzo wytrwale pracując na gitarowych przetwornikach. Efekt jej pracy bywa doprawdy piorunujący. Na swoim debiutanckim albumie solowym Katalonka pokazuje także, iż zmysł dramaturgiczny i umiejętność utrzymywania uwagi słuchacza w potoku trudnych, niekiedy agresywnych dźwięków jest jej definitywnie mocną stroną.

Improwizacja otwarcia przypomina tu martwy post-barok, który dekonstruowany jest gitarowymi przetwornikami i mechanicznymi dewastacjami strun. Całość udanie szuka rezonansu, a w swej końcowej fazie przypomina pomruki basu, któremu ktoś odciął zasilanie elektryczne. Druga opowieść także przypomina płynną strugę zagęszczonych, gitarowych wymiotów, jakby struny rozciągane tu były ponad miarę swoich fizycznych możliwości. W trzeciej narracji artystka stawia na pewną dynamikę, nie tylko piłuje struny smyczkiem, ale także dodaje dźwięki szarpane. Całość, choć równie dosadna, jak poprzedniczki, wydaje się jednak lżejsza, bardziej wyczulona na dźwięki zbliżone do tego, czym winna nas obdarzać gitara. Na zakończenie improwizacji słyszymy niemal pojedyncze frazy, które szukają ciszy. Kolejne dwa odcinki, najdłuższe na albumie, to crème de la crème tego zbioru jakże szalonych fonii. Początek czwartej opowieści, to szemrzące, gitarowe pick-upy, rodzaj elektroakustycznej medytacji. Całość nabiera gęstości, ale jednocześnie artystka selekcjonuje nam więcej żywych, niemal akustycznie brzmiących fraz. Wraz ze wzrostem ekspresji, mamy wrażenie, że grają dla nas przynajmniej trzy gitary. Finał tej zmysłowej opowieści przypomina wytłumioną, elektroniczną plądrofonię. W piątej odsłonie gitarzystka jeszcze bardziej skupia się na szczegółach, ale nie gubi przy tym agresji. Pracując blisko ciszy, incydentalnie zbliża się do strefy hałasu. Dewastuje struny, ale jednocześnie do nich przemawia, jakby tuliła je do snu. Buduje rezonujący potok gitarowych post-riffów. W przedostatniej części struny wydają się być zdzierane do gołej skóry, a stukanie po pudle rezonansowym gitary buduje dubowy klimat. Pod koniec instrument Clotet brzmi tu niczym zdewastowana bałałajka. Końcowa improwizacja, to gęste, siarczyste drony. Mroczne podsumowanie doskonałej płyty, w trakcie którego struny gitary ostatecznie konają pod naporem smyczka.



 

Michael Foster  The Industrious Tongue

Michael Foster – saksofon tenorowy i sopranowy, sample i oscylatory; czas powstania nieznany, Nowy Jork, GSI Studios. Dziewięć improwizacji, 45 minut.

Kolejny solowy album w naszej mikro kolekcji nowości zza Wielkiej Wody i znów porcja niebywałych zdarzeń fonicznych. Czy istnieje granica tzw. rozszerzonych technik wydobywania dźwięków z saksofonu? Amerykański muzyk pokazuje, iż only sky is the limit! Na Pracowitym Języku proponuje nam plejadę rozwiązań brzmieniowych, które z jednej strony permanentnie zaskakują skalą swojej innowacyjności, z drugiej mogą być też sporym wyzwaniem dla mniej wprawionego słuchacza. Zwłaszcza te fragmenty improwizacji (zapewne nieco ustrukturyzowanej), w trakcie których artysta doposaża akustyczne frazy gęstymi strugami dodatkowych, niemal syntetycznych dźwięków. Album składa się z ośmiu stosunkowo krótkich improwizacji, pokazujących wysoki poziom kreatywności i wyśmienity warsztat instrumentalny muzyka oraz finałowego, ponad 13-minutowego utworu, pełnego zniekształconych, niemal plądrofonicznych fonii, w trakcie odsłuchu których pojęcie hałas zaczyna nabierać nowego, naprawdę groźnego wymiaru.

W trakcie wspomnianych, pierwszych ośmiu zdyscyplinowanych czasowo utworów muzyk raz za razem podsyła nam dźwięki, których pochodzenia możemy się jedynie domyślać. Wiele jednak wskazuje na to, iż artysta jedynie preparuje dźwięki akustycznego instrumentu. Mamy zatem mechanikę dysz i klasterów, a także hydraulikę tuby, która prawdopodobnie w trakcie improwizacji wypełniana jest różnymi tajemniczymi przedmiotami (silniczki elektryczne?). Słyszymy ruchy zmasowanego powietrza, w strugach których from time to time pojawiają się ochłapy bardziej dźwięcznych fonii, formujących się w rezonujące chmury. Owe gęste powietrze chwilami brzmi, jakby w ciepłej tubie skraplało się, a na studyjną podłogę kapała woda. Z kolei w ósmym epizodzie wszystko brzmi elektroakustycznie, czasami przebierając formę białego szumu. W trzecim i piątym utworze muzyk frazuje zdecydowanie z dźwiękiem i fragmentami zagubionych melodii. Najpierw, na tenorze pokazuje free jazzowy pazur, potem (już na sopranie) frazuje w estetyce wczesnego Trevora Wattsa, jakby przypadkiem trafił na sesję nagraniową Spontaneous Music Ensemble! Finałowa, długa narracja, to już prawdziwy challange! To odgłosy zakładu szlifierskiego, który ktoś podłączył do prądu wysokiej mocy. Część fraz zdaje się mieć żywe korzenie (jakby pies ślinił się na potęgę!), inne przyjmują powłokę syntetyczną i kąsają głośnymi frazami, niekiedy na granicy tolerancji naszych uszu. Pod koniec opowieści muzyk gubi intensywność przekazu i przechodzi do finałowej fazy wielowarstwowych szumów.



 

Forbes Graham  Another Day, Another Vector

Forbes Graham – trąbka, maszyna perkusyjna, elektronika, Brandon Lopez – kontrabas oraz Cecilia Lopez – syntezatory; sierpień 2021, Firehouse 12, New Hampshire. Pięć części, 54 minuty.

Trzecia z nowości, sygnowana nazwiskiem mniej nam znanego muzyka z Bostonu, ale stworzona we trójkę, m.in. z udziałem doskonałego kontrabasisty Brandona Lopeza, to kolejna dawka intrygujących dźwięków, przyobleczona jednak w bardzo dużą, chwilami inwazyjną dawkę elektroniki, płynącą zarówno od strony trębacza, jak i szerokiej palety brzmień syntezatorowych Cecili. Jak to często bywa w takich sytuacjach, w momentach równowagi elektroakustycznej, tudzież lekkiej przewagi żywych dźwięków, nagranie świetnie się broni. Gdy ów balans zostaje zachwiany, a przestrzeń nagrania skrzy się od syntetycznych strumieni dźwiękowych, jakość improwizacji (tu zapewne nieco skomponowanych) zdecydowanie spada. Muzycy, czy też wydawca określają tę muzykę, jako science fiction impro, my – w kontekście brzmienia warstwy elektronicznej – skojarzenia kierowalibyśmy także ku warstwie dźwiękowej gier komputerowych, tych tworzonych w dawnych, w sumie dość analogowych czasach.

Na starcie nagrania muzycy sprawiają wrażenie, jakby chcieli zaprezentować pełne spektrum swojego instrumentalnego oprzyrządowania. Pierwsze skojarzania ze starymi grami komputerowymi, dźwięki godne lądującego helikoptera, ale także garść smakowitych fraz akustycznych, w trakcie których kontrabas brzmi jak harfa. Po kilku minutach elektroniczny kalejdoskop milknie, a sceną rządzić zaczyna trąbka na pogłosie i żywe, masywne frazy dużego strunowca. Całość nabiera rytmiki o posmaku fussion jazzowym. Druga narracja zaczyna się w klimatach wręcz onirycznych. Muzycy lepią rozbudowane frazy, nie bez posmaku industrialnego, ale szefem trakcji zdaje się tu być przede wszystkim kontrabasista. Sporo dobrego można też powiedzieć o trzeciej ekspozycji, znów konstruowanej z dużą dbałością o brzmienia akustyczne. Sam jednak finał utworu, podrasowany elektroniką, przypomina klasyczne drum’n’bass! W czwartej narracji warstwa syntetyczna przejmuje sprawy w swoje ręce i nie bardzo jest nad czym zawiesić ucho. Zdecydowanie najciekawiej dzieje się w części ostatniej. Początek smakuje post-jazzem wtłoczonym w kłęby subtelnej elektroniki, a przypomina berlińskie peregrynacje Jana Jelinka sprzed dwóch dekad. Dużo dobrego płynie ze strony kontrabasu i delikatnie zdekonstruowanego frazowania trąbki. Potem syntetyka zaczyna walczyć o swoje, ale atrybuty akustyczne pozostają w nocy. Zakończenie jest dynamiczne, dość hałaśliwe, z którego kilka chwil możnaby śmiało usunąć bez straty dla percepcji całości.

 

 

piątek, 25 lutego 2022

Unintentional Noir! Reviriego! Trilla! Clara Lai! Tàlveg! Fernández & Clotet! The Barcelona’ Taste Makes The World Go Round!


Trybuna Muzyki Spontanicznej zrodziła się z potrzeby niesienia kaganka wiedzy o nowej muzyce improwizowanej, która powstaje w każdym niemal zakątku naszego świata, niekoniecznie tylko w Londynie, czy Nowym Yorku. A może na przykład w Barcelonie? Tak, stolica jak zawsze wolnej Katalonii, jest takim wspaniałym miejscem. Od pierwszych sekund życia tych łamów (niedawno stuknęły im szóste urodziny!) muzyka z tej części Półwyspu Iberyjskiego jest naszym gościem nad wyraz częstym i po prawdzie ukochanym!

Barcelona i jej kreatywna scena muzyczna ma się jak zawsze wyśmienicie! Dziś sześć szybkich dowodów w sprawie. Same nowości, prawie wszystkie datowane już na rok 2022. Na piorunujący początek kwartet z istotnym udziałem naszego ulubionego kontrabasisty z BCN, czyli Àlexa Reviriego, a zaraz potem solowa płyta tegoż artysty, ale na gitarę i elektronikę. W dalszej kolejności czekają - solowe niesamowitości w jakże wyjątkowym wykonaniu Vasco Trilli, kwartet pod dowództwem pianistki Clary Lai z udziałem kolejnych bogów katalońskiej impro sceny, świetnie nam znane trio Tàlveg z drugą małą porcją swoich ujawnień koncertowych, a na sam koniec prawdziwa petarda – duetowa płyta Agustí Fernándeza poczyniona w towarzystwie pewnej szalonej, młodej gitarzystki. Wszyscy artyści i prawie wszystkie nagrania ściśle związane z Barceloną lub jej najbliższym sąsiedztwem. Yes, The Barcelona’ Sound Rules! Welcome!



Pablo Volt/ Luciano Bagnasco/ Àlex Reviriego/ Enric Ponsa  Unintentional Noir (Discordian Records, DL 2022)

Naszą podróż po Barcelonie i okolicach zaczynamy od studia nagraniowego Golden Apple. We wrześniu ubiegłego roku spotykamy tam czwórkę muzyków. Oto oni: Pablo Volt (czasami ukrywający się pod pseudonimem Pope) – trąbka, Luciano Bagnasco – gitara elektryczna, Àlex Reviriego – kontrabas oraz Enric Ponsa – perkusja. Muzycy przygotowali dla nas osiem pikantnych improwizacji, które trwają ponad 48 minut.

Początek nagrania, to jakże charakterystyczne dla sceny BCN zabawy w fałszywe dźwięki. Cztery instrumenty produkują tu frazy, których nie da się jednoznacznie przypisać każdemu z nich. Preparacje, drżenia, szumy i skomlenia, z których wykluwa się, mocą kontrabasowego pizzicato, bystra, post-jazzowa narracja. Jej pewna przewidywalność kończy się w momencie, gdy na gryfie kontrabasu pojawia się smyczek. Efektowne rozwidlenie narracyjne upiększa także zmysłowa gitara, która zgłasza koneksje post-psychodeliczne. Druga i trzecia improwizacja także mają w sobie zaszyty pewien jazzowy nerw, ale obie skrzą się całymi plejadami intrygujących dźwięków. Znów wiele daje tu z siebie smyczek, który pod dłońmi Reviriego potrafi piszczeć i rżeć niczym stado wygłodniałych klaczy. Dużo ciekawego dzieje się także na gitarowych pick-upach. Z kolei trąbka chętnie buduje tu ciepły, jazzowy kontrapunkt, choć równie często tonie w powodzi efektownych preparacji.

W czwartej części akustyczne dewastacje nisko zawieszonego smyczka zaczynają stanowić tu prawa! Pozostali uczestnicy zdają się czerpać z tych incydentów wiele zaskakujących inspiracji, dzięki czemu jakość improwizacji rośnie niemal z każdą pętlą narracyjną. Część piąta płynie dłuższymi frazami, pojawiają się akcenty post-fussion ze strony gitary, ale natychmiast kontrastowane są one mrocznymi preparacjami kontrabasu i trąbki. Muzycy stawiają na emocje, ale równie dobrze czują się w okolicach ciszy. Część szósta niesie ze sobą trochę rockowych emocji dzięki pulsacji kontrabasu, z kolei część siódma skupia się na drobiazgach – gitarowych plamach, które brzmią niczym gong, perkusjonalnych dzwonkach i smyczku, który żłobi dno gęstymi bruzdami. Strefa mroku zdaje się tu dopadać wszystkich. Finałowa improwizacja pięknie reasumuje wkład kontrabasisty w ostateczny kształt dzieła. Duży strunowiec piszczy, wyje, pomrukuje. Świetnie u jego boku zachowuje się czujna na detale brzmieniowe gitara, w tym akurat momencie łapiąca piękny, ambientowy flow. Ostatnia faza improwizacji z jednej strony szuka ciszy, z drugiej nerwowo podryguje, jakby nie do końca pewna, czy to odpowiedni moment na klarowne zakończenie.




Àlex Reviriego  Dorothea (Finis Africae Colectivo, Kaseta/ DL 2022)

Kataloński kontrabasista, który tak konsekwentnie upiększał nam poprzednią płytę, zostaje z nami i zaprasza na swoje solowe improwizacje, tym razem jednak wyprodukowane przy pomocy innych twórczych narzędzi. Muzyk gra tu na akustycznej gitarze, której dźwięki kąpie w soczystych, elektronicznych plamach, a albumowe credits określają je jako feedback & electronic devices. Nagrania powstały wiosną i latem ubiegłego roku, zapewne w domowym zaciszu. Całość składa się z czterech części pieśni tytułowej, przy czym ostatnia ma podtytuł Demo. Ich odsłuch zajmuje około 36 minut z sekundami.

Ideą tej niebanalnej zabawy w dźwięki jest łączenie brzmienia minimalistycznie frazującej gitary akustycznej z elektroniką, która w trakcie niedługiego nagrania potrafi przyjmować bardzo różnorodne formy. Na samym starcie słyszymy odgłosy otoczenia za oknem i pojedyncze dźwięki gitary, które udanie szukają echa. Muzyk konsekwentnie powtarza frazy, budując spokojną, spójną, niemal relaksacyjną narrację. Elektronika, póki co, przysypia za rogiem. Nadciąga jednak systematycznie, zdaje się mieć coś z letniej burzy, która płynie z oddali i może w niedalekiej przyszłości wyrządzić wiele szkód. Druga część zaczyna się już w obecności syntetycznych dźwięków. Coś skwierczy, coś formuje się w zwarty i nieco rytmiczny szereg zdarzeń. Gitara pojawia się po pewnym czasie i frazuje z coraz większym echem. Jej ambient ściele się na skwierczącej, chropowatej powierzchni electronic devises. W połowie utworu gitarze udaje się wydostać na powierzchnię narracji i kalać nasze uszy czystymi, gitarowymi frazami. Elektronika tymczasem przeformatowuje się w dron, brzmiący początkowo niczym syrena alarmowa, po chwili jednak rozlewający się w metaliczny strumień leniwej fonii. Trzecia część, dość krótka, to połączenie gitarowych, niezdeformowanych akordów z elektroakustycznym backgroundem, który brzmi niczym zapętlone tysiąckrotnie dźwięki strunowe.

Ostatnia, demowa część, to kilkunastominutowa opowieść, którą rozpoczyna gitara, produkująca jednocześnie kilka strumieni dźwiękowych. Brzmi czysto, za tło mając ambientowe plamy, zapewne także powstałe na gitarowych strunach. Warstwa ściele się tu na warstwie, a w tle zaczyna pracować delikatnie skwiercząca elektronika. Gdy wydaje się już, że finał opowieści jest bliski, w okolicach 10 minuty muzyk przypuszcza atak zmutowanej, niemal siarczyście brzmiącej elektroniki. Zakończenie albumu zostawia nas ze znakami zapytania, ale i ochotą na ciąg dalszy tej nowej, muzycznej przygody Katalończyka.



 

Vasco Trilla  Acoustic Masks (577 Records, CD 2022)

Czas na drugą solową płytę w dzisiejszej zbiorówce. Nasz kolejny ulubieniec, perkusista i perkusjonalista Vasco Trilla nagrał siedem nowych utworów, w każdym z nich używając innych akcesoriów zdolnych wydawać dźwięki. Korzystał z różnych elementów szeroko rozumianego zestawu perkusyjnego, tudzież generował fonie wykorzystując do tego nie tylko muzyczne przedmioty. Muzyk szukał nade wszystko intrygujących barw i brzmień. Nie sposób nie zauważyć, iż tym akurat dźwiękom zdaje się być bliżej do konceptualnej muzyki współczesnej niż typowej dla Trilli swobodnej improwizacji. Dylemat ów rozstrzygnie każdy samodzielnie, nam pozostaje przyjemność opisania cudów fonicznych, jakie artysta spreparował w lutym ubiegłego roku, w trakcie dwudniowej sesji nagraniowej w Golden Apple Studios. Dodajmy jedynie, iż jego Akustyczne Maski trwają 35 minut z sekundami.

W podtytule pierwszej opowieści pojawia się określenie for aquaspring. Wita nas mroczny, metaliczny dźwięk czegoś, co przypomina gong, ale nim nie jest. Ważnym elementem kompozycji jest tu także cisza i echo. Inny dźwięk faluje, niczym wprawiana w ruch cienka blacha. Efekt całości ma definitywnie gęstą teksturę. W kolejnej części muzyk wykorzystuje trójkąty alikwotowe. Brzmienie jest tu inne, bardziej delikatne, ale struktura narracji bardzo podobna. Trochę pulsacji i szumiące tło budują intrygujący suspens. Oto Trilla, niczym obleczony w czerń prestidigitator, prowadzi nas do krainy cieni. W trzeciej opowieści pracują trzy metronomy, a sam muzyk koncertuje się na dmuchaniu w plastikową (?) rurę. Efekt po niedługiej chwili zdaje się być bardzo hałaśliwy, niemal fizycznie dotkliwy. W czwartej kompozycji/ improwizacji muzyka używa floor toma i wahadełka zegara, ale my słyszymy dźwięki … strunowe. Rytuał tajemnicy zdaje się tu świecić kolejne triumfy. Oniryczne echo faluje, a muzyk uderza pałeczkami po powierzchni czegoś, co brzmi … jak struny. Fantastyczny efekt brzmieniowy potęguje nasilający się rezonans.

Piątą część kreują, zgodnie z tytułem, małe gongi i tu zaskoczeń jest chyba najmniej. Muzyk koncertuje się na small drummingu, a post-metaliczne brzmienie wypełnia nasze uszy delikatnym łaskotaniem. W kolejnej opowieści pojawia się werbel i zegarowe dzwonki. Sakralne echo wzmaga poczucie przebywania w środowisku fake sounds! Recenzent znów słyszy … struny, a jego zdolności percepcyjne zdają się znacząco słabnąć z każdą chwilą tej urokliwej podróży. Muzyk kładzie warstwę na warstwie, a klimat robi się intrygująco post-industrialny. Wreszcie ostatnia, najdłuższa opowieść, w której muzyk wykorzystuje strojone, rosyjskie płaskie dzwony. Na scenie króluje czysty, wysoko podwieszony rezonans. Pracuje echo, grzmi cisza pomiędzy dźwiękami. Muzyk najpierw delikatnie pociera krawędzie dzwonów, potem uderza je pałeczkami. Najpiękniejsze w tej ekspozycji jest niekończące się wybrzmiewanie każdego dźwięku. Ritual spirits rules!

 


Clara Lai  Creciente (UnderPool Records, CD 2022)

Kolejna płyta w dzisiejszym zestawieniu podpisana jest przez pianistkę Clarę Lai, która odpowiada tu także za kompozycje. Na okładce pojawiają się również nazwiska współtowarzyszy jej podróży po bezdrożach improwizowanego post-jazzu: saksofonisty Alberta Cirery, trębacza Ivána Gonzáleza i perkusisty Joana Molla, co zdaje się podkreślać demokratyczny charakter całego kwartetu. Dodajmy, iż album zawiera siedem utworów, z których trzy, to krótkie, swobodnie improwizowane duety Clary i Alberta, pozostałe zaś cztery, to rozbudowane kompo-improwizacje, realizowane w kwartecie. Nagranie powstało na żywo w miejscu zwanym Teatre de l'Aurora, w podbarcelońskim mieście Igualada, w czerwcu ubiegłego roku. Odsłuch całości zajmuje niepełne trzy kwadranse.

Pierwsze dwa utwory, to wspomniane wcześniej skromne czasowo duety. Oba stanowią, zgodnie z tytułami, rodzaj wprowadzenia do bardziej rozległych form narracyjnych. Pianistka pracuje trybem short-cuts, jej frazy są dość tajemnicze, ale łagodne, przy okazji budują intrygującą, nieco pokraczną rytmikę albo toną w poświacie pudła rezonansowego. Z kolei saksofonista od startu efektownie preparuje dźwięki, nie stroniąc od umieszczania w tubie dziwnych przedmiotów. Trzecia część ma swój temat, a zaczyna się od rozbudowanej ekspozycji saksofonu i trąbki. Dopiero po zaprezentowaniu owego tematu, do gry wchodzą piano i perkusja, kreśląc bystry, post-jazzowy flow. Solo pianistki pachnie tu klasyką, z kolei solo trębacza stawia na swobodne skojarzenia. Pomiędzy tymi zdarzeniami kwartet udanie ogrywa nutki zadekretowane przez kompozytorkę. Zakończenie jest długie i dość abstrakcyjne w formie. Czwarty utwór budzi spore ambiwalencje recenzenta. Pierwsza jego część, budowana preparacjami dętych, mrocznym klimatem inside piano zdaje się być najlepszym fragmentem albumu. W połowie jednak nagrania narracja zdominowana zostaje przez main-streamową ekspozycję saksofonu, czyniąc ów epizod mniej ciekawym odcinkiem płyty. Piąta opowieść kontynuuje jazzowy flow, ale jest zmyślnie pokomplikowana, zarówno w warstwie brzmieniowej, jak i narracyjnej, na zakończenie osiągając niemal free jazzowy poziom emocji.

Szósty epizod, to kolejny swobodnie improwizowany duet. Delikatne inside piano i stylowe, wyważone preparacje saksofonu dość sprawnie przenoszą nas do finałowej kompozycji. Rozpoczyna ją solowa ekspozycja pianistki, która szyje flow post-klasycznym abstrakcjonizmem. Oba dęciaki wchodzą do gry stając na palcach, ledwie dotykają dźwięków. Post-jazzowa narracja snuje się bardzo leniwie, a zdobią ją nade wszystko dość głośne frazy fortepianowych klawiszy. Opowieść siłą improwizacji efektownie gęstnieje, czerpiąc moc zarówno z fermentujących fraz saksofonu, jak i ciepłych komentarzy trąbki. Samo zakończenie toczy się znów w dość spokojnym tempie, muzycy zdają się trzymać dłonie na zaciągniętym hamulcu ręcznym, ale wszystko, co czynią ma swoją jakość.



Tàlveg  Live Series II (Bandcamp’ self-released, DL 2022)

Jedyny dziś raz opuszczamy Katalonię i na 17 minut z sekundami przenosimy się do Mediolanu (Milano Jazz Club during JAZZ I AM, początek listopada 2020 roku). Na scenie trio w świetnie nam znanym składzie: Marcel·lí Bayer – saksofon barytonowy, Ferran Fages – gitara elektryczna oraz Oriol Roca – perkusja. Muzycy z wyżej wspomnianego koncertu wybrali dla nas trzy niedługie improwizacje.

Strategia marketingowa tria Tàlveg zdaje się być niezwykle przebiegła. Artyści dawkują nam swoje produkcje naprawdę małymi porcjami, za każdym razem rozbudzając apetyt na coś więcej. Były ep-ki studyjne, teraz mamy serię krótkich albumów koncertowych. Część druga tej serii doskonale reasumuje to, co ma nam do zaproponowania katalońska trójka. Swobodna improwizacja grana na statutowo wolnych obrotach, sycąca się post-jazzowymi klimatami saksofonu i perkusji, ewidentnie zaś zdobiona ponadgatunkową gitarą, jedyną w swoim rodzaju, zarówno w zakresie brzmienia, jak i struktury frazowania, bo i Fages jest taką właśnie postacią – the one and only!

Pierwszy fragment toczy się z oddechem ciszy na plecach. Narracja w formule stand-by, z leniwymi dronami saksofonu, szelestem perkusyjnych talerzy i gitarowymi flażoletami, brzmiącymi bardzo metalicznie, zapewne w efekcie specjalnego strojenia gitary. Druga opowieść składa się z dwóch części. Najpierw duet saksofonu i perkusji, próbujący wybudzić improwizację z letargu. Tłumiona dynamika zdaje się skrywać tysiące niemal free jazzowych emocji, których ujawnienie nie jest jednak celem artystów. W połowie nagrania ster przejmuje samotna gitara, która zaprogowymi frazami wypełnia martwą przestrzeń sali koncertowej. Trzeci wycinek mediolańskiego koncertu trwa najdłużej i jest grany pełnym triem. Początek zdaje się być kontynuacją gitarowych fraz z poprzedniego fragmentu. Obok szeleszczą perkusyjne szczoteczki, a z tuby dęciaka wyłania się syczenie, jakby nad uchem artysty przelatywała mucha. Misterium zaniechania budowane jest tu w perfekcyjny sposób. Dead ballad z mikro melodią saksofonu i szklistą barwą gitary snuje się po podłodze, mając za tło rezonans nielicznych talerzy perkusyjnych. Po mniej więcej pięciu minutach narracja dostaje delikatnego wiatru w żagle. Staje się nerwowa, pełna niepokoju, jakby muzycy szykowali się do skoku w meandry ekspresji. Ten jednak nigdy nie nastąpi, przynajmniej nie za życia tego Tàlvega.



 

Agustí Fernández & Amidea Clotet  Spontaneous Combustions (Sirulita Records, CD 2021)

Dzisiejszy spacer po Barcelonie obfitował, jak dotąd, w wiele umiarkowanie spokojnych epizodów muzycznych. Na finał podróży trzeba wszakże uderzyć w dzwon! O niezbędną porcję agresji, hałasu i nieprzerwanego potoku preparowanych dźwięków fortepianu i gitary elektrycznej zadbają: pianista Agustí Fernández i gitarzystka Amidea Clotet. Na trwającą prawie 58 minut płytę składa się osiem swobodnych improwizacji. Pierwsza z nich, to nagranie koncertowe z maja ubiegłego roku, z Festiwalu MMI, siedem pozostałych to ekspozycje studyjne, powstałe pomiędzy grudniem 2020, a kwietniem 2021 roku (Estudi Les Orenetes, Sant Pere de Vilamajor).

Od pierwszej sekundy tego nagrania wiemy chyba wszystko o intencjach muzyków! Chcą nas zmiażdżyć mocą swych dźwięków i energią swojej kreatywności! Szybkie, hałaśliwie przebiegi po strunach. Agusti zanurzony w pudle rezonansowym, Amidea ze smyczkiem, którym piłuje metalowe struny. Piano skrzeczy, gitara trzeszczy - siarczyste strugi fonii skrzą się ze zmienną intensywnością. Całość zdaje się mieć dziką, rytualną dynamikę. Raz za razem muzycy serwują nam kilkudziesięciosekundowe spowolnienia, definitywnie stanowiące ciszę przed kolejną burzą. Po ich rychłym końcu nieustannie prześcigają się w szorowaniu i piłowaniu strun, w basowych burknięciach, ale także w mrocznych zaśpiewach i poszukiwaniu drobnych, okazjonalnie czysto brzmiących fraz. Druga, już studyjna improwizacja, kontynuuje dzieło zniszczenia! Oba instrumenty pracują trybem perkusyjnym, systematycznie uderzając po strunach. Mimo użytej siły i zapalczywości każdy z muzyków znajduje tu ułamki sekundy na zaimponowanie nam drobną, urokliwą frazą. Trzecia i czwarta improwizacja dają wszystkim jakże oczekiwane chwile wytchnienia! Muzycy szukają echa i rezonansu, pracują trybem oszczędnym, uroczo mruczą w akustycznym dark ambiencie. Jeśli w tej fazie albumu decydują się na bardziej agresywne dźwięki, to otulają je grubymi plastrami ciszy. Wreszcie osiągają niemal pełną symbiozę foniczną - rwane struny piana brzmią bliźniaczo do miażdżonych strun gitary.

Piąta improwizacja przywraca nam nerw strachu! Piano tnie jak skalpel, gitarowy smyczek kołuje z piskiem opon! To pierwsze przypomina stado koni w galopie, ta druga industrial machine head! Zwinne palce i twarda głowa, to najważniejsze atrybuty obojga artystów. No i bystry zmysł sytuacyjny, albowiem z dużej chmury hałasu zejść do pojedynczego dźwięku, to sztuczka niemal cyrkowa. Szósta opowieść przypomina ściskanie strun i ugniatanie ich zwłok na porowatej powierzchni. Pianista tańczy na strunach, gitarzystka ślizga się po cienkim lodzie i wesoło podskakuje. Następna porcja dźwięków wydaje się jeszcze gęstsza. Kanciaste fonie podawane z mozolną dynamiką. Kolejna lekcja z mechaniki tarcia i piłowania! Słychać nawet odgłosy pojedynczych strun. Na początku ostatniej improwizacji słyszymy przemysłowe suwnice, hałaśliwą symfonie żeliwnych strun. Po kilku pętlach muzycy odpuszczają i przenoszą nas do krainy wiecznego rezonansu. Tymczasem narracja, zdaje się, że całkiem niespodziewanie, zaczyna efektownie narastać, niczym wielkie crescendo, ostatni oddech, aż po pisk udręczonych strun obu instrumentów.