Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Roger Turner. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Roger Turner. Pokaż wszystkie posty

piątek, 19 kwietnia 2024

Alan Tomlinson! The Scatter Archive’ Memorial!


Brytyjski puzonista Alan Tomlinson od kilka tygodni grywa już swoje szalone, zabawne improwizacje na dużym instrumencie dętym, blaszanym w innym wymiarze kosmicznej czasoprzestrzeni. Ziemski okres aktywności zakończył w wieku 76 lat, w połowie lutego bieżącego roku.

Jak doskonałym był muzykiem wie zapewne niewielu, a ci, którzy wiedzą, prowadzą na ogół życie na obszarze Zjednoczonego Królestwa. Tomlinson pozostawił po sobie niewiele nagrań autorskich, częściej znaleźć go można w przeróżnych dużych składach jazzowych, czy improwizujących, takich, jak London Improvisers Orchestra, London Jazz Composers Orchestra, Spontaneous Music Orchestra, czy w większych składach Petera Brötzmanna.

Szkocki net label Scatter Archive szczęśliwie od kilku tygodni uzupełnia naszą wiedzę o dokonaniach artystycznych puzonisty. W krótkim czasie upubliczniono (jedynie w plikach elektronicznych) siedem albumów z koncertowymi nagraniami Tomlinsona. Omawiać je będziemy w odwróconej chronologii, czyli zaczniemy od tych stosunkowo młodych, skończymy na tych, które pochodzą z lat 80., a nawet 70. ubiegłego stulecia. Te najmłodsze omówimy bardziej szczegółowo, te starsze zaawizujemy mniejszą liczbą słów. Wszystko one wszakże godne są skupionego odsłuchu. Jest to o tyle proste, iż nagrania Scatter Archive dostępne są w ulubionej formule internautów, czyli name-your-price!

Zapraszamy do czytania, a nade wszystko słuchania nagrań Alana!



Roger Turner, Sandy Ewen, Arthur Bull & Alan Tomlinson OTO. Roger Turner – perkusja, instrumenty perkusyjne (utwory 1-2, 4), Sandy Ewen i Arthur Bull – gitary elektryczne (1-2,4) oraz Alan Tomlinson – puzon (3-4). Café OTO, Londyn, czerwiec 2017. Cztery improwizacje, 63 minuty.

Nagranie sprzed niespełna siedmiu lat z Cafe Oto, to album patchworkowy – najpierw słuchamy dwukrotnie tria na dwie gitary i efektowną perkusjonalistykę Rogera Turnera, potem wpadamy na ledwie kilka minut w objęcia samotnego puzonu Alana, by naszą bytność w londyńskiej mecce muzyki kreatywnej zakończyć spotkaniem z kwartetem, który konsumuje wszystkie podmioty wykonawcze wieczoru.

Dwudziestokilkuminutowy set tria mieni się wszelkimi kolorami tęczy – z jednej strony kongenialne akcje mistrza Rogera, który bywa tu równie subtelny i filigranowy, jak i drapieżny, z drugiej mnogość ciekawych akcji ze strony obu – mniej nam znanych – gitarzystów. Ci drudzy pracują na pick-up’ach, generują okazjonalnie porcje zdrowego noise, potrafią brzmieć post-industrialnie, ale też świetnie odnajdują się na przedgórzu ambientu, czy w leniwych, ale bardzo kwaśnych, delayowanych zagrywkach. Akcja goni tu akcję, nie ma w nich pustych przebiegów, zwłaszcza w pierwszej, trwającej ponad kwadrans części. W drugim odcinku narracja toczy się w nieco wolniejszym tempie, a muzycy koncentrowani są na preparacjach. Roger ucieka w rezonujące frazy talerzowe, gitarzyści sprzęgają i świetnie interferują. Na koniec drummer zakręca kołem zamachowym i trio wpada w sidła ekspresyjnego szaleństwa.

Krótki epizod solowy, to pokaz artystycznego portfolio puzonisty – burczy jak niedźwiedź, intensywnie oddycha, parska śmiechem, kąsa melodią maszerując na defiladzie, chętnie operuje krótkimi frazami, ale potrafi też intensywnie zadąć. Pod koniec preparuje, a jego instrument sprawia wrażenie delikatnie amplifikowanego. Dobre wejście w set kwartetowy gwarantuje nam perkusista, który przypomina jastrzębia wypatrującego ofiary. Puzon wchodzi do gry z uśmiechem na ustach, gitary strzygą uszy deptając na przetworniki. Kwartet dość szybko osiąga wysokość docelową i skrzy się kalejdoskopem free jazzowych zagrywek. Alan, często schowany za gardą gitar, błyskotliwe komentuje, bywa także, że z ochotą przystępuje do kontrataku. Jego każdorazowy powrót do nurtu głównego opowieści znamionuje wysoki poziom kreatywności. Z kolei demiurg dramaturgii, król Roger perfekcyjnie czuwa nad wszystkim, dzięki czemu narracja płynie strugą permanentnych atrakcji. Ponad trzydziestominutowy set ma rozbudową, spokojna fazę środkową, w której znajduje się dużo przestrzeni dla obu gitarzystów. Ci nie marnują choćby sekundy! Powrót do bardziej dynamicznej ekspozycji anonsuje gdakanie puzonu. Opowieść najpierw sięga po post-industrialną intensywność, potem ucieka w gęsty ambient o nieco onirycznym posmaku. Swoje kilka wyjątkowo cichych chwil ma także perkusista. Na ostatniej prostej gitary zgrzytają, puzon wzdycha, a lekka, perkusyjna pajęczyna oplata wszystko i doprowadza set do szczęśliwego zakończenia. 



 

Alan Tomlinson & Lawrence Casserley 76. Alan Tomlinson – puzon altowy i tenorowy oraz Lawrence Casserley - live processing. Lawrence’s studio, Oxford, wrzesień 2017 (utwór 1), London New Wind Festival, The Warehouse, Londyn, listopad 2021 (utwór 2). Dwie improwizacje, 29 minut.

Solowy puzon poddany live proccesingowi, to zjawisko nieczęste nawet na scenie free impro. Dwa spotkania Tomlinsona z legendą elektronicznej obróbki na żywo, czyli Casserleyem stanowią zawartość niniejszego albumu. Co ciekawe, na okoliczność pierwszego z koncertów ten drugi przygotował notacje graficzne, które, jak sam mówi, miały raczej inspirować niż instruować. Notacje były wariacjami na temat kształtu cyfr siedem i sześć, a sam koncert okazją, by celebrować … 76. urodziny Lawrence’a. Wyszło na tyle smakowicie, iż cztery lata później muzycy powtórzyli ten impro-projekt przy okazji … 80. urodzin procesora. Ta druga okoliczność miała miejsce niespełna trzy lata temu, zatem ów set stanowi najmłodsze nagranie Alana w omawianym dziś zbiorze archiwaliów.

Sama dramaturgia koncertu na żywy instrument dęty i smugę elektroniki, która stanowi syntetyczne odbicie dźwięków akustycznych, nie wydaje się szczególnie zagmatwana. Żywe podmuchy z tuby, na ogół melodyjne, czasami delikatnie chrapliwe, niosą się wysokim wzgórzem przyobleczone w chmurę wnoszącej i opadającej elektroniki. Od niemal czystego ambientu, będącego konsekwencją wpuszczenia puzonu do otchłań silnego echa, po szorstkie, niekiedy zgrzytliwe frazy, będące efektem procesowania dźwięków samego instrumentu, drżenia jego metalowej obudowy i nasączonych wilgocią wentyli. Bywa, że struga puzonowej fonii zostaje tu efektownie multiplikowana, czasami efekt pracy obu artystów śmiało stanowić mógłby soundtrack do filmu wojennego, nawet tego dziejącego się w abstrakcyjnym kosmosie. Narracja bywa tu masywna, często jednak staje się ulotna, mroczna, niepowiedziana. Struktura drugiego koncertu jest podobna, choć można odnieść wrażenie, że zawiera więcej żywych fraz puzonu niż jego elektronicznej dekonstrukcji, a całość wydaje się być bardziej melodyjna, pozbawiona drobinek elektronicznej usterkowości.



 

Alan Tomlinson At The Red Rose. Alan Tomlinson – puzony. The Red Rose, Finsbury Park, Londyn, marzec 2006 (utwory 1,4), kwiecień 2007 (2,3), lipiec 2007 (5). Pięć improwizacji, 21 minut.

Ekstrakt z czterech solowych występów Alana, poczynionych na przestrzeni dwóch lat w nieistniejącym, kultowym klubie The Red Rose, to zawartość tej elektronicznej epki.

To Tomlinson w postaci niemal klinicznej – artysta bardzo teatralny, na swój niepowtarzalny sposób nieco groteskowy. Gdacze, jak kura, burczy niczym duży ssak, nadyma się, chętnie sięga po melodię i nade wszystko bawi publiczność. Nie wiemy, jakie tu stroi miny i przyjmuje pozy, ale śmiech widzów zdaje się być nieodłącznym elementem tych puzonowych solówek. Humor stanowi tu także element dramaturgii, jak choćby w trzecim utworze, gdy można odnieść wrażenie, że Alan defiluje na czele wojska, nucąc francuskie evergreeny. Potrafi też krzyczeć i parskać emocjami, ale i to czyni z uśmiechem na ustach, tonąc w ewokującym pogłosie.



 

Alan Tomlinson, Steve Beresford, Steve Noble Baggage and Boating. Alan Tomlinson – puzony, Steve Beresford – elektronika oraz Steve Noble – perkusja, instrumenty perkusyjne. Baggage Reclaim Event, The 12 Bar Club, Londyn, maj 2002 (utwory 1-3), Boat-Ting Event, Bar&Co, Londyn, maj 2007 (4-6). Sześć improwizacji, 44 minuty.

Czas na jakże zacne trio z udziałem kolejnych legend brytyjskiej sceny free jazz/ free impro. Dwie okoliczności koncertowe, które dzieli długie pięć lat. Po raz kolejny z domieszką elektroniki, albowiem Beresford nie korzysta tu z fortepianu, a pracuje jedynie na kablach.

Pierwszy koncert charakteryzuje się dość matowym, sub-doskonałym brzmieniem, a jego dramaturgia zdaje się bazować głównie na kreatywności Beresforda – muzyk nie szczędzi nam bystrych akcji, czasami brzmi jak gitara, dostarcza niemal post-industrialny background, syci improwizacje porcją niebanalnych sampli. Tomlinson dba tu o humor i melodię, chętnie wchodzi w interakcje z drummerem. Drugi koncert wydaje się wszakże ciekawszy, nie tylko ze względu na czystsze, bardziej selektywne brzmienie. Muzycy sprawiają wrażenie bardziej skupionych na wzajemnych interakcjach, a jakości dodają dynamiczne ekspozycje Noble’a. Puzon płynie tu z niebywałą swobodą, jest delikatnie rozmarzony, na każdym kroku fermentuje kreatywnością.



Alan Tomlinson, Rhodri Davies & Roger Turner At Ryan's Bar. Alan Tomlinson – puzony, Rhodri Davies – harfa oraz Roger Turner – perkusja, instrumenty perkusyjne. Ryan's Bar, Stoke, marzec 2001. Trzy improwizacje, 55 minut.

Kolejne trzy albumy, to występy Alana w towarzystwie Rogera Turnera, chyba jego największego muzycznego przyjaciela, artysty wyjątkowo czułego na niuanse puzonowych ekspozycji naszego dzisiejszego bohatera. Najpierw trio z harfą, pozostającą w rękach kolejnej legendy sceny londyńskiej. Nagranie sprzed ponad 20 lat broni się tu artystycznie niemal każdym dźwiękiem.

Obecność akustycznej harfy determinuje i delikatnie poskramia temperament puzonisty i perkusjonalisty. Improwizacje są tu skoncentrowane na niuansach dramaturgicznych, budowane pieczołowicie i rzadko nastawione na ekspresyjne wyniesienia. Harfa potrafi brzmieć niczym oniryczna gitara, puzon dba o melodie i niezbędną dawkę humoru, z kolei perkusja używa mocy jedynie w skończonej liczbie przypadków. Każdy z muzyków nie szczędzi nam fraz preparowanych, a akcje nasączone delikatnym rytmem powstają jakby przy okazji budowania klimatu opowiadania. Opowieści niepozbawione są szczypty melancholii, pewnego ulotnego rozkołysania, nawet medytacji. W drugiej części harfa przez moment zdaje się brać sprawy w swoje ręce i inicjować kilka akcji zaczepnych, w trzeciej zaś odsłonie muzycy wracają do swoich ulubionych subtelności narracyjnych i nade wszystko … dobrej zabawy.



 

Alan Tomlinson Trio Loft 1993. Alan Tomlinson – puzon, Dave Tucker – gitara oraz Roger Turner – perkusja. Loft, Köln, styczeń 1993. Cztery improwizacje, 63 minuty.

Wspólne muzykowanie z gitarzystą Tuckerem i artystycznym alter ego Turnerem, to bodaj jedyny dla puzonisty przykład stałego składu. W odniesieniu do tej formacji zwykło się bowiem używać określenia Alan Tomlinson Trio. Tu sięgamy po nagrania z początku ostatniej dekady ubiegłego wieku (uwaga, to rzadkość - poczynione poza Wielką Brytanią!). Jeśli jakimkolwiek działaniom artystycznym puzonisty blisko było do ekspresji free jazzu, to ta sytuacja wydaje się być tą najbardziej adekwatną.

Jak przystało na working band, muzycy improwizują tu z dużą swobodą, nie stronią od ryzykownych akcji, wiedząc, że wsparcie partnera może przyjść w każdym przypadku. Alana odnajdujemy w świetnej formie, niczym wilk morski unosi się na falach wzburzonego oceanu i rozdaje salwy puzonowych post-melodii. Bardzo kreatywny jest gitarzysta, chwilami wręcz nadaktywny, ale też daje świetny feedback i nieustannie inspiruje partnerów. Mistrzowska forma dotyka także Turnera – buzuje emocjami, kreatywnością, ale także subtelnościami dramaturgicznymi w wielu kluczowych momentach tego ognistego performansu. Narracja faluje, nadyma się emocjami, raz po raz efektownie wybucha. Bywa chwilami nielinearna i dalece zaskakująca. Drugi set koncertu wydaje się być jeszcze bardziej ekspresyjny, ale też niesie ze sobą błyskotliwą fazę środkową, wypełnioną plejadą drobnych, preparowanych fraz. W fazie rozwinięcia gitara sięga po atrybuty rocka, puzon zdaje się czerpać inspiracje z całego kosmosu muzyki. No i bis, to już prawdziwe szaleństwo. Puzon dmie hejnał z wieży, a potem wszyscy przechodzą do fazy intrygujących rozgrywek na małe pola. Na ostatniej prostej muzycy pokazują, iż siła ich improwizacji tkwi w szczegółach, brzmieniowych subtelnościach. 



 

Alan Tomlinson & Roger Turner London 1989 + LMC 1979. Alan Tomlinson – puzon oraz Roger Turner – perkusja, instrumenty perkusyjne. Tom Allen Centre, Stratford, Londyn, październik 1989 (utwór 1), The LMC, Londyn, wrzesień 1979 (2-3). Trzy improwizacje, 52 minuty.

Na zakończenie przeglądu archiwaliów Alana sięgamy po nagrania najstarsze. Oczywiście u boku puzonisty Roger Turner! Album zawiera jedną wielominutową improwizację z końcówki lat 80. ubiegłego stulecia i dwie krótsze, starsze o kolejne dziesięć lat.

Nagranie młodsze zdaje się być dalece dynamiczne i ekspresyjne, szczególnie w części początkowej i końcowej. Roześmiany i rozśpiewany, wyjątkowo aktywny puzonista i drummer z kreatywnym adhd. Pomiędzy tymi eksplozjami emocji, sekwencjami świetnej, niemal free jazzowej jazdy, dostajemy się w wir ambientu puzonu i rezonansu perkusjonalii, tudzież preparacji czynionych w bezpośredniej bliskości ciszy. Na finał artyści wprost wychodzą ze skóry, by zaspokoić nieliczną publiczność. Puzon śpiewa wniebogłosy, perkusja tonie w ognistych konwulsjach. Nagrania starsze płyną z kasetowym, szumiącym backgroundem w tle. Improwizacja wydaje się tu być chwilami dość minimalistyczna, nastawiona na perkusjonalne subtelności, specjalność zakładu króla Rogera i puzonowe pojękiwania Alana, dźwięki jedyne w swoim rodzaju. Nagrania niosą ze sobą także moc fonii dodatkowych, odgłosów miasta, czy szczekającego psa. Londyński folklor u stop genialnych improwizatorów.




piątek, 17 marca 2023

Pat Thomas, Phil Minton, Dave Tucker & Roger Turner On A Clear Day Like This!


Formacja Scatter powołana została do artystycznego życia trzy dekady temu. Tak przynajmniej zeznaje amerykański label 577 Records, który publikuje album będący przedmiotem naszych dzisiejszych zainteresowań. W trakcie owych trzydziestu lat muzycy dostarczyli tylko jeden dowód rzeczowy potwierdzający ów fakt, publikując w roku 2007 album zatytułowany … Scatter (FMR Records).

Twórcy rzeczonego kwartetu, to dziś legendy muzyki swobodnie improwizowanej, a dwóch z nich, Phil Minton i Roger Turner, to już prawdziwe pomniki wykute w skale. Na właśnie publikowanym koncercie (premiera na koniec marca), który zdarzył się Pewnego Jasnego dnia, Takiego jak Ten, odnajdujemy ich latem pradawnego roku 2017.

Co na londyńskich deskach Cafe Oto mogli nam zaoferować Minton i Turner wiemy doskonale – głos i perkusjonalia. Dodajmy, iż Pat Thomas poza klawiaturą fortepianu używał także elektroniki, a Dave Tucker zarówno gitary akustycznej, jak i elektrycznej. I to właśnie na przecięciu tego, co akustyczne i tego, co elektryczne, tudzież elektroniczne, toczyła się ich koncertowa, niespełna 40-minutowa batalia.



 

Trzydziestoczterominutowy set główny podzielić można śmiało na cztery interwały. Te nieparzyste realizowane akustycznie, te parzyste z wykorzystaniem gitarowego prądu i syntetycznych emocji na komputerowych kablach. Sam początek koncertu zdaje się być doprawdy wspaniały. Muzycy bez jakichkolwiek wstępów wchodzą głęboko w kłębowisko akustycznych dźwięków - kocie piski Phila, perkusjonalne subtelności Rogera, zwinne, post-baileyowskie frazy Dave’a i niemal niesłyszalne dodatki inside piano Pata. Muzycy doskonale się słuchają, wiele fraz budują w oparciu o najdoskonalszą metodę swobodnej improwizacji, czyli stevensowskie call & responce. Pewna nadkreatywność każdego z artystów sprawia, iż narracja podlega ciągłym zmianom, a ta pierwsza, dość wyraźna, ma miejsce w okolicach 8 minuty, gdy na dźwięk pierwszych elektronicznych zdobień improwizacja gaśnie niemal do poziomu ciszy. Nowe wątki budowane są teraz z wykorzystaniem gitary elektrycznej i mnóstwa elektroakustycznych wydarzeń, którym sprzyjają figlarne dźwięki z gardła i bystrego werbla. Opowieść z jednej strony nadyma się rockową mocą gitary, z drugiej napotyka na narracyjne rafy i dramaturgiczne rozdroża. Faluje od samej ziemi po czyste niebo. Gdy artyści brną w drobne interakcje, bywa smakowicie, gdy pracują samotnie lub w podgrupach, flow lubi gubić wewnętrzny rytm i spójność. W tej fazie koncertu mistrzem jakości wydaje się być Minton, ale wiele dobrego robi tu także sprawny powrót na klawiaturę Thomasa, który przy okazji, w okolicach 18 minuty, ponownie kieruje narrację na w pełni akustyczne tory.

Na scenie króluje teraz kreatywny minimalizm i dramaturgiczny suspens, ale dość szybko artyści dają się ponieść emocjom i generują dalece energetyczne spiętrzenie. Po niedługim czasie wracają jednak do działań minimalistycznych, zdobionych ptasim gwizdaniem wokalisty i plejadą innych, preparowanych dźwięków. Po 26 minucie do gry wraca gitara elektryczna oraz elektronika, a w roli strażnika dramaturgii świetnie sprawdza się wyjątkowo skoncentrowany i zdolny do akustycznych cudów perkusista. Muzycy zagęszczają szyk, ale ciągle zmieniają zdanie, jakby w wersji elektrycznej Scatter miał do wyboru zbyt wiele rozwiązań i wciąż dywagował na temat dalszego rozwoju sytuacji scenicznej. Zakończenie seta łapie wszakże mnóstwo jakości, a upływa w onirycznym klimacie niemal konceptualnego minimalizmu.

Koncertowa dogrywka nie trwa nawet czterech minut, ale zdaje się być popisem całej czwórki improwizatorów. Na początek akcenty percussion od Rogera i Pata, potem plamy z gitarowych pick-upów Dave’a i gadulstwo Phila. Narracje płynie akustycznym strumieniem głównym i backgroundem rockowej niemalże gitary. Gęsty, dość abstrakcyjny flow, głównie dzięki poprzecznym wtrętom piana, sięga końca przy akompaniamencie równego oddechu wokalisty. 

 

Scatter: Pat Thomas, Phil Minton, Dave Tucker, Roger Turner On A Clear Day Like This (577 Records, CD 2023). Phil Minton – głos, Pat Thomas – fortepian i elektronika, Dave Tucker – gitara akustyczna i elektryczna oraz Roger Turner – perkusja, instrumenty perkusyjne. Nagranie koncertowe, lipiec 2017, Cafe Oto, Londyn. Dwie improwizacje, 37:42.



wtorek, 1 listopada 2022

The Festival Report! Siedemnaste Ad Libitum w dźwiękach i obrazach – Sonic & Visual! *)


Siedemnasta edycja Festiwalu Ad Libitum, który od zawsze kocha improwizację, a od kilku lat jest także otwarty na formuły muzyczne bardziej uporządkowane pod względem dramaturgicznym, wniosła do bogatej już historii imprezy obraz, jak pełnoprawny element scenicznej kreacji. Obraz oczywiście… improwizowany, będący efektem pracy artysty, ale też przetworzeniem wizualnym dźwięków, jakie na scenie Centrum Sztuki Współczesnej w Warszawie zostały nam dane ze strony artystów skupionych na improwizacjach fonicznych.

Impreza została po raz pierwszy rozbudowana aż do czterech dni festiwalowych, z niedzielną kodą, która przeniosła wszelkie ab libitumowe doświadczenia w nowej miejsce - do Promu Kultury na Saskiej Kępie.



Trzy pierwsze dni Festiwalu odbyły się wszakże w starym miejscu, w sprawdzonej w bojach formie trzech koncertów dziennie. Każdy z nich otwierał występ solowy, co zdaje się być dobrym pomysłem na inaugurowanie dnia pełnego szalonych, improwizowanych dźwięków. Początek czwartkowego wieczoru przypadł w udziale bułgarskiej skrzypaczce Bilianie Voutchkovej. Artystka często koncertująca w Polsce rozpoczęła swój set nieco konceptualnie, szukała intrygujących fraz i nieoczywistych dźwięków, preparując brzmienie swego instrumentu. Po pewnym czasie wpadła jednak w urokliwie taneczny trans i bez najmniejszego trudu kupiła sobie przychylność publiczności. Może jedynie szkoda, iż jej występ nie trwał nawet dwóch kwadransów.

Kolejny festiwalowy set był gratką dla fanów swobodnej improwizacji, która tkwi korzeniami we free jazzie, ale także bez trudu łapie zmysłowe konotacje z wolną kameralistyką. Georg Graewe na fortepianie, Frank Gratkowski na klarnetach i saksofonie altowym oraz Fred Lonberg-Holm na wiolonczeli wspieranej delikatną elektroniką, zgodnie z tytułem ich pierwszej płyty (wydanej prawie 20 lat po nagraniu!), zabrali nas do urokliwego świata Trójlinearnej Polaryzacji. Każdy z artystów (na zdjęciu powyżej) dołożył tu cegiełkę do obrazu wyśmienitej, jakże kolektywnej improwizacji, która balansowała pomiędzy kompulsywnym post-free jazzem, a stonowaną, bazującą na niuansach brzmieniowych narracją.

Ostatni koncert pierwszego dnia zdecydowanie przeniósł nas do festiwalowej sfery visual. Edyta Jarząb i Maciej Wirmański – przy użyciu wielu elektroakustycznych i wizualnych narzędzi - zaproponowali dalece konceptualny performance, w trakcie którego więcej pracy miały nasze oczy niż tęskniące za fonią uszy.



Start piątkowego wieczoru, to znów występ solowy. Tym razem Robert Jędrzejewski na wiolonczeli i niekiedy dość rozbudowanej elektronice. Muzyk komentował akustyczne frazy swego strunowca zarówno przygotowanym na laptopie materiałem, jak i działaniami live processing, czyli elektronicznymi dekonstrukcjami fraz granych na żywo. Wszystkie elementy spektaklu intrygująco się zazębiały, tworząc spójną i niebanalną improwizację.

Tymczasem improwizacją, która sięga także po atrybuty wizualne był tego dnia drugi koncert. Po raz pierwszy na scenie spotkali się: Paweł Doskocz na gitarze elektrycznej, Olgierd Dokalski na trąbce oraz obsługujący live electronics i wizualizacje Adam Frankiewicz. Trzeba przyznać, iż był to zdecydowanie najlepszy koncert spośród tych, które reprezentowały festiwalową ideę Sonic & Visual. Bystre, chwilami naprawdę efektowne, żywe improwizacje ze strony preparowanej gitary i delikatnie dekonstruowanej trąbki były tu świetnie wspierane nienachalną, plastyczną elektroniką i obrazem, który był naturalną konsekwencją dźwięków produkowanych przez wszystkich artystów obecnych na scenie.

Final dania drugiego był już w pełni akustyczny i zupełnie niewizualny w rozumieniu głównej idei festiwalu. Czterech wyjątkowej klasy artystów (na zdjęciu powyżej), cztery akustyczne instrumenty i intrygujące, ale statyczne oświetlenie: Elisabeth Harnik na fortepianie, Harri Sjöström na saksofonie sopranowym i sopranino, Wilbert De Joode na kontrabasie oraz Dag Magnus Narvesen na perkusji. Muzycy, którzy w takiej konfiguracji personalnej chyba nigdy ze sobą nie grali, zaprezentowali set wyjątkowej improwizacji. Bardzo kolektywnej, świetnie zbudowanej pod względem dramaturgicznym, perfekcyjnie płynącej od wytłumionych, preparowanych mikro improwizacji do strzelistych erupcji niemal free jazzowej mocy. Nam, pośród publiczności, pozostało jedynie spierać się, który z muzyków zrobił na nas największe wrażenie. I tu każdy miał swojego faworyta. Niżej podpisanemu szczególnie przypadł do gustu holenderski kontrabasista, który rewelacyjnie stymulował do pracy perkusistę, tudzież komentował grę saksofonisty i pianistki, niemal jednocześnie stosując technikę arco i pizzicato.



 

Festiwalowa sobota została zaprogramowana równie interesująco. Najpierw dwa sety z elektroniką i wizualizacją, a potem już prawdziwe trzęsienie ziemi, bez wątpienia dla wielu najważniejszy punkt festiwalu. Ale po kolei – najpierw ukraiński elektronik Myroslav Trofymuk. Artysta budował swoją ekspozycję niczym domek z kart, powoli, z niebywałą precyzją. Muzyk zaczął w chmurze lekkiego ambientu, potem nabrał masy i różnorodności, by przez drum’n’bassową strefę dotrzeć do fazy finałowej, która zdawała się komentować trudną rzeczywistość dnia codziennego. Drugi set dnia, to trio: Michael Fischer – saksofonowy feedback zanurzony w analogowej elektronice, Franciszek Araszkiewicz – live electronics oraz Aleksander Janicki – projekcje wideo, live electronics. Ten epizod festiwalowy miał wiele twarzy. Dużo dobrego wnosił do narracji saksofon, który pracował niczym akustyczne źródło dźwięków podłączone do elektronicznych przetworników, sam muzyk zaś dość rzadko sięgał po tradycyjne metody gry na instrumencie dętym. Pozostała warstwa elektroniczna koncertu często płynęła nisko posadowionymi dronami, chwilami wydawała się odrobinę przegadana i zbyt chaotyczna. Ale jako całość set z dużą swobodą zniósł wszelkie ambiwalencje części publiczności.

Czas na sobotę i okolice godziny dwudziestej pierwszej. Na scenie formacja The Croaks w składzie trzyosobowym (na zdjęciu powyżej), ale z bardzo rozbudowanym instrumentarium: Martin Klapper - amplifikowane obiekty i zabawki, mała elektronika, Martin Küchen – sopranino, saksofon sopranowy, rezonujący werbel, metalowe obiekty oraz Roger Turner – perkusja, małe talerze, metalowe i plastikowe obiekty. Peak wieczoru, szczyt festiwalu, nazwijmy to, jak chcemy. Intensywna, elektroakustyczna, niekiedy wręcz post-industrialna improwizacja, genialnie skomunikowana, wielobarwna, zaskakująca dźwiękiem i formą niemal na każdym etapie dwuczęściowego koncertu. A w środku 76-letni Turner, który nie przestaje zadziwiać – poziomem kreatywności, umiejętnością współpracy w grupie i wciąż doskonałą kondycją fizyczną i intelektualną. Wybitny koncert, któremu zabrakło może jedynie lepszego nagłośnienia niebywałych rzeczy, jakie wykonywał Küchen – Szwed byłą po prawdzie małą orkiestrą, która gra krzykliwego marsza z atomową intensywnością.

Finał siedemnastej edycji Ad Libitum odbył się w niedzielę na wspomnianej już Saskiej Kępie. Yannis Kyriakides i Konrad Smoleński w instalacji audiowizualnej Trackers z udziałem grupy warsztatowej w składzie: Zofia Ilnicka – flet, Piotr Chęcki – saksofon, Jakub Paulski – gitara, Robert Jędrzejewski – wiolonczela, live electronics oraz Franciszek Pospieszalski – kontrabas. Mroczna, zadumana, wizualna i dźwiękowa podróż, w której nie uczestniczył już niżej podpisany, ale która w ocenie innych była pięknym podsumowaniem wyjątkowo udanej – pod każdym względem – edycji festiwalu.


*) tekst pierwotnie opublikowany na portalu jazzarium.pl



piątek, 10 lipca 2020

Hugo Antunes, Agustí Fernandez and Roger Turner with their Perspectrum!


Podczas pożegnalnego spotkania muzyków, wieńczącego drugą edycję Spontanoeus Music Festival – Drumming Now! w poznańskim Dragonie, zapytałem Rogera Turnera o wrażenia z pobytu w Poznaniu, a także samego koncertu, jakim kończył imprezę do pary z Witoldem Oleszakiem. Jowialny, starszy Brytyjczyk odpowiedział nieco kurtuazyjnie, że wszystko mu się niezwykle podobało, samo granie także, choć … w ostatnich latach nigdzie nie grało mu się tak dobrze, jak na pewnym koncercie w Portugalii, kilkanaście miesięcy temu (z ówczesnej perspektywy czasowej).

Dziś zapraszamy właśnie na ów koncert! Jesteśmy mniej więcej w połowie drogi między Lizboną a Porto, w trakcie Jazz ao Centro Festival, w październiku 2016 roku. Miejsce zwie się Convento São Francisco (Antiga Igreja). Na festiwalowej scenie – Hugo Antunes na kontrabasie, Agustí Fernandez na fortepianie oraz Roger Turner na perkusji i instrumentach perkusyjnych. Koncert składa się z setu głównego i drobnego encore, trwa łącznie 49 minut i 16 sekund, a na płycie CD zatytułowanej Perspectrum dostarcza go portugalski label JACC Records (2020). Z radością zaglądamy do środka, by już po kilku chwilach przekonać się, że jakość wspomnień Rogera Turnera była w pełni uzasadniona.




Aura otwarcia mówi nam wiele o tym, co może czekać nas w tak zwanej dalszej rozciągłości – kanciaste preparacje w pudle fortepianu, delikatne szarpanie za struny kontrabasu, wreszcie bystry drumming po krawędziach werbla i tomów. Narracja, budowana z niuansów i dramaturgicznych drobiazgów, płynie do nas trzema rożnymi, a jednak niezwykle bliźniaczymi strumieniami dźwięków. Posadowieni na flankach mistrzowie gatunku (Fernandez na lewej, Turner na prawej) stawiają na preparacje, często wzajemnie się imitując (wszak preparowane piano, to niemal percussion!), środkiem płynie zaś Antunes, portugalski młodziak (choć nad wyraz już artystycznie doświadczony, o czym wiemy na tych łamach bardzo dobrze!), który stawia cele i zwinnie je egzekwuje, nadto bystrze czuwa nad szaleństwami starszych kolegów. Od pierwszej sekundy wszystko odbywa się tu w niemal perfekcyjnej kooperacji, jakby ta trójka grała razem przynajmniej od pół wieku.

W połowie siódmej minuty natrafiamy na krótkie expo małych fraz ze strony każdego z muzyków, a wątek zgaszony zostaje błyskotliwie, niemal na raz. Oto moment, w którym każdy z artystów może zagrać frazę partnera, a trzy akustyczne instrumenty brzmią, jakby były jednym ciałem. Nigdzie się nie śpieszą, na wszystko mają czas, a swobodna improwizacja rodzi się pomiędzy nimi jakby samoczynnie. W połowie dziewiątej minuty Agusti po raz pierwszy używa klawiatury fortepianu, Roger sięga po dzwonki i małe talerze, a Hugo odnajduje smyczek. Wszyscy pięknie nabierają tempa i mocy. Po drodze jeszcze tylko krótka ekspozycja kontrabasu i już w połowie piętnastej minuty trio brzmi niczym post-akustyczna maszyna do cięcia metalu! Repetycja wątku prowadzi ich do fazy wyciszenia i wzajemnego rezonansu. Kilka pięknych chwil obcowania niemal z pełną ciszą, co doskonale rekapituluje smyczek, które zaczyna pośpiewywać na stronie. W tych okolicznościach spektaklu muzycy nie potrzebują jednak więcej niż dwie, trzy minuty, by ów na poły refleksyjny flow wprawić w ruch przypominający pracę maszyny parowej. Już na początku trzeciej dziesiątki minut proponują nam najgłośniejszy, jak dotąd, fragment koncertu, który w ułamku sekundy są w stanie wytłumić niemal do pojedynczego dźwięku. Brawo!

Faza rezonujących preparacji, to krok kolejny, mocno uzasadniony dramaturgicznie. Gdy już wszystkie przedmioty na scenie zaczną na siebie reagować w czysto fizycznym wymiarze, muzycy bez trudu budują nowy wątek. Kontrabasowe pizzicato i garść łagodniejszych preparacji na obu flankach wprowadzają nas do świata open jazzu. Agustí bystrymi klawiszami buduje tu posuwisty rytm i nadaje mu adekwatną dynamikę. Wraz z wybiciem trzydziestej piątej minuty koncertu narracja zdecydowanie jednak stopuje. Talerze rezonują, struny kontrabasu drżą i szeleszczą, a młoteczki piana stawiają mikro stemple jakości. Gra w urywane frazy, taniec tajemniczych przedmiotów na werblu - całość opowieści zdaje się nabierać wymiaru w pełni perkusjonalnego. Faza wieńczenia seta głównego zostaje rozpoczęta! Białe i czarne klawisze piana, subtelne struny basu (jakby każda z nich była osobnym instrumentem), zgrzyty i skrobanki na werblu. Flow gaśnie oddechem z samego dna fortepianu, szumem talerzy, rezonującym pudłem kontrabasu.

Encore! Skromny drumming po samych talerzach, deep piano ekstremalnie minimalistyczne i szarpane struny basu, który ma tu za zadanie – nie po raz pierwszy dziś – stanowić reguły dramaturgiczne. Stylowy chamber post-jazz, garść abstrakcyjnych dźwięków, trochę zadumy i finałowego suspensu. Pojedyncze struny kontrabasu, suche powietrze na flankach, wszystko drży w oczekiwaniu na finałowy grad oklasków.


poniedziałek, 15 czerwca 2020

Martin Küchen in three free bodies! The Croaks, The Stork & The Chimp and Tatakai!


Gdy na brytyjskiej ziemi lat temu ponad pięćdziesiąt, w twórczych bólach, rodziła się muzyka swobodnie improwizowana, pewien szwedzki chłopiec przebywał jeszcze w brzuszku swojej matki.

Dziś, gdy słuchamy go, jako w pełni ukształtowanego artystycznie muzyka, nad wyraz dorosłego przedstawiciela wieku średniego europejskiego jazzu i muzyki improwizowanej, mamy jednak wrażenie, że pomiędzy deskami pewnego londyńskiego Małego Teatru, a szwedzkim, kobiecym ciałem nawiązana została pewna komunikacja.

Saksofonista Martin Küchen, bo o nim mowa, wiedzie swój muzyczny szlak bardzo różnymi, czasami krętymi drogami. Komponuje i gra jazz w mniejszych lub większych składach, od lat także bardzo dziarsko porusza się po obszarze freely improvised music, czyniąc to z gracją mistrza i pewnym sznytem estetycznym, który w naszej redakcji nie może nie kojarzyć się z pionierami gatunku – Trevorem Wattsem i Johnem Stevensem, nade wszystko zaś z ideą Spontaneous Music Ensemble.

Dziś przed nami trzy dowody rzeczowe, iż owa telepatyczna korelacja sprzed pół wieku naprawdę musiała mieć miejsce. Najpierw zupełna świeżynka, trio The Croaks z udziałem mistrza gatunku Rogera Turnera, potem dwie nieco starsze produkcje, obie z istotną partycypacją jednego z naszych ulubionych skandynawskich gitarzystów i basistów – Andersa Lindsjö. Odpływamy zatem w bezmiar muzyki bardzo swobodnie improwizowanej!




The Croaks  One Of The Best Bears!  (Fundacja Słuchaj! ‎, CD 2020)

Na spektakl Żabiego Rechotu zapraszamy do miejsca zwanego BAS, Bandhagen, położonego w stolicy królestwa Szwecji. W połowie kwietnia 2018 roku spotykamy tam trzech niezwykłych artystów: Rogera Turnera (perkusja, talerze, metalowe i plastikowe), Martina Klappera (obiekty amplifikowane, zabawki, mała elektronika) oraz Martina Küchena (sopranino, saksofon sopranowy, werbel perkusyjny, rezonator, metalowe obiekty). Panowie pod nazwą własną The Croaks proponują nam barwną, siedmioczęściową opowieść (tytuły są fragmentami literackimi), która trwa 38 minut i 3 sekundy.

Muzycy zapraszają nas do małego zakładu rzemieślniczego. Obróbka skrawaniem, zabawa małymi przedmiotami - wszyscy wydają z nich dźwięki, uderzają w nie innymi przedmiotami, stukają, szlifują i polerują. Dużo dzieje się na werblach, małej powierzchni płaskiej, na której produkuje się dźwięki. Wszystkiemu towarzyszy pogłos dętych oddechów, które z racji bliskości glazury jednego z werbli, zaczynają pracować jak urządzenie prądotwórcze – drżeć, rezonować, trzeszczeć i skrzeczeć. Na wejściu w ów niebywały performance odbiorca wydaje się być nieco zagubiony, zwłaszcza, co do miejsc powstawania dźwięków. Po paru chwilach udaje się jednak ustalić bez pudła rozmieszczenie muzyków na scenie: na lewej flance akustyczny drumming & percussion Turnera, na prawej flance elektroakustyka Klappera, też niezwykle perkusjonalna, po środku zaś dęciak Küchena i jego armia post-perkusyjnych przedmiotów. Muzycy od startu budują gęstą narrację (choć pełną niuansów i drobiazgów akustycznych), w której nie ma miejsca na ciszę i puste przebiegi. Jakby żywy, rozbujany field recordings. Opowieść w sensie dynamicznym zdaje się nakręcać Turner, pomaga mu Küchen, który dmie i rży jak kucyk na wybiegu, ale równie ekspresyjnym elementem tej układanki jest mała elektronika Klappera, która potrafi być głośna, ale nigdy nie wychodzi przed szereg. Wszystko ma tu dalece demokratyczny wymiar, jeśli chodzi o dostęp do przestrzeni scenicznej i kreację na skali potencjometrów. Prawdziwie oświecony kolektywizm realny!

Druga improwizacja wydaje się być nieco wolniejsza, chwilami spokojniejsza. Muzycy z mgławicy fonii wyłaniają coraz więcej szczegółów. Saksofonista momentami zdaje się bardziej preparować dźwięk, niż czyni to jego partner z amplifikowanymi zabawkami. Przez ułamek sekundy brzmi nawet, jak akustyczna gitara basowa. Muzycy słyszą się wzajemnie w sposób wręcz niewyobrażalny – tu nic nikomu nie umyka, żadna akcja nie pozostaje bez odpowiedniej reakcji. Każdy z artystów ma swoje tempo i intensywność gry, każdy szuka nowego pomysłu na dekonstrukcję dźwięków. Każdy wydaje się być inną inkarnacją całkowicie naturalnej perkusjonalności. Trzecią opowieść otwierają zagubione fale radiowe. Rezonują małe przedmioty, a narracja krok po kroku staje się coraz bardziej rozdrobniona, molekularna. Zza kotary wyłania się postać Johna Stevensa – jakże jest dumny z młodszych kolegów! Szczególnie na obu flankach narracji dzieją się prawdziwe cuda – obaj muzycy i ich przedmioty wchodzą w niebywałą elektroakustyczną imitację (w wielu momentach stając się jednym organizmem), wspólnie budują rytm, a potem bezlitośnie go maltretują. Czwarta historia stara się nieco porządkować sytuację dramaturgiczną – drumming Turnera, śpiewne, małe frazy z oddali Küchena, wreszcie percussion Klappera z uroczą poświatą niemal nieistniejącej w tej chwili syntetyki. Ten ostatni jest zwinny niczym kot. Raz klei się do perkusisty, innym razem do saksofonisty. Same fajerwerki!

Piąta partia, muzycy łapią oddech – szczoteczki na werblu, nano melodia w tubie, prychająca post-elektronika. Wszyscy są jednym strumieniem fonii i wyjątkowo im z tym dobrze. Szósta opowieść, to początkowo garść spokoju, wyczekiwania, poszukiwania kolejnych drobiazgów brzmieniowych, mikro fraz, kropli potu. Narracja mimo tego zagęszcza się. Przez moment wydać by się mogło, iż ciągle słyszymy podobne rozwiązania, ale jednocześnie w każdej sekundzie odkrywamy archipelag dodatkowych, elektroakustycznych wspaniałości. Klapper ląduje w kajecie recenzenta z adekwatnym komentarzem: the best ampli-toys player of the world! Klasa Turnera nie wymaga komentarza, to jakby tysięczny dowód rzeczowy w sprawie. Küchen chwilami chowa się za pajęczyną interakcji na flankach, ale za to fantastycznie zdaje się czuwać nad dramaturgią całości. Finał przedostatniej części eksploduje niebywałymi wydarzeniami – lewa flanka rezonuje, drży i piłuje, środek rozbawiony do łez, śpiewa i tańczy, prawa flanka wchodzi na kolejny szczyt – post-percussion in electronics & industrial! Docieramy do siódmej części płyty, która w sumie - jako całość - mogłaby być nieprzerwanym potokiem dźwięków, pod pierwszej do ostatniej minuty. Muzycy znów odnajdują dla nas bukiet drobiazgów, strzępów dźwiękowych, podmuchów schłodzonego powietrza. Na zakończenie spektaklu wszyscy zaczynają się imitować! Wszystkie dźwięki stają się jedną perkusjonalną orkiestrą – lewa akustyczna, środkowa dęta, prawa post-elektroniczna. Cudowny warsztat szlifierski zdaje się pracować całodobowo. Na ostatniej prostej jakby dodatkowy zastrzyk energii – saksofon dmie niczym kwoka, a wszystkie perkusje świata płoną już w ogniu! What a game!




Martin Küchen &  Anders Lindsjö  The Stork & The Chimp  (Konvoj Records, CD 2018)

W roli tytułowego Bociana nasz dzisiejszy bohater, tradycyjnie wyposażony w saksofon sopranowy i sopranino, tudzież podręczny werbel, w roli Szympansa - Anders Lindsjö na gitarze akustycznie i semi-akustycznej (zapewne delikatnie amplifikowanej). Muzycy spotkali się na początku stycznia 2017 roku w szwedzkim Malmö i miejscu zwanym Allmogen. Zagrali sześć swobodnych improwizacji, które trwają 41 i pół minuty.

Na starcie swojej opowieści muzycy sprawiają wrażenie, jakby poprzedni wieczór był dla nich wyjątkowo długi i przeładowany wydarzeniami. Anders liczy wyjątkowo suche struny gitary, nie jest pewien, ile ich ostatecznie posiada na gryfie. Martin piłuje półdrony, szuka niedopitej butelki z kompletnie odgazowaną mineralką. Tuba jego saksofonu jest chyba jeszcze wczorajsza. Zawodzi lirycznie i śpiewa smutne piosenki o ciemiężonych, a może o ciemiężycielach. Muzycy skrzętnie zbierają jednak nadwątlone siły i zaczynają budować narrację. Anders zdaje się szukać inspiracji u Dereka Baileya, Martin skrzeczy wprost w glazurę werbla, brzmi niczym kościste połączenie młodego Trevora Wattsa z równie młodym Evanem Parkerem. Jego sopranino zdaje się sięgać nieba, nawet, gdy tuba zablokowana jest elementem zestawu perkusyjnego, ustawionym dokładnie w tym miejscu sceny, by powietrze wydychane przez instrument napotykało na płaską, niedającą się pokonać powierzchnię. Na finał pierwszego odcinka rozochoceni muzycy serwują nam salwy ekspresji! Tak, jednak żyjemy!

Znów struna po strunie, Anders szuka kreacji i zaczyna próbować tańczyć na gryfie. Tuba saksofonu podśpiewuje, werbel drży tuż obok. Muzycy stymulują się wzajemnie, ślą dźwięki jedno przy drugim, by po chwili być już niemal jednym ciałem. Zrośnięci pępowiną wspólnych doświadczeń kroczą drogą coraz piękniejszej improwizacji. Nie stronią od hałasu, lubią też ciszę, nade wszystko cenią sobie dbałość o szczegóły wykonania niemal każdego dźwięku. Trzecia opowieść jakby pogłębia ów stan drobiazgowości w obyciu artystów. Saksofon nie tylko skrzeczy, ale i wymownie szumi. Gdy styka się z werblem, raz za razem generuje akcenty perkusjonalne. Gitara wciąż nie potrafi zapanować nad suchością w gardle. Gdy dynamika rośnie, znów mamy wrażenie, jakby poirytowany Bailey strofował nadmiernie rozgrzanego Parkera.

Czwarta część dostarcza gitarze odrobinę wzmocnienia (nareszcie!). Dźwięk płynie z drobinkami prądu, modulującymi tembr opowieści. Podmuchy z tuby jakby nabierały szczypty refleksji. Muzycy kołyszą się na wietrze, czują ulgę od stóp po czubek głowy. Martin zdaje się multiplikować dźwięki, jakie wydaje, być może to znów sprawka niesfornego werbla. Anders płynie z nurtem rzeki, podryguje rytmicznie, Martin powtarza frazę. Na początku piątej historii muzyków znów zdaje się dopadać suchość w gardle – świszczące dysze, mdłe struny z małym prądem. Taka bluesowa kołysanka dla prawdziwych łobuzów! Dużo niuansów dramaturgicznych i męskich zapachów. Martin śpiewa porannego bluesa jak pijana Nina Simone, Anders liczy struny, niczym puste kieliszki. Szósta historia wybudza nas z letargu. Dźwięki percussion zdają się docierać do nas z kilku miejsc. Pojedyncze struny, uderzenia w pudło rezonansowe, pokrzykiwania z tuby i gardła, drżący na powrót werbel. Martin znów generuje kilka pasm fonii, mały człowiek-orkiestra! Obaj muzycy nabierają tempa, pot błyszczy na ich czołach. Anders szuka rytmu w post-rockowych skojarzeniach, Martin zostawia mokre plamy na podłodze, dewastuje swój instrument, z którego dysze zdają się odpadać jedna po drugiej. Muzyk i wszystko wokół niego drży i … śpiewa. Anders repetuje post-bluesowymi riffami. Muzycy wpadają w finałowy trans. Już wiedzą, że dziś także czeka ich długi wieczór!




Tatakai Trio  Happī  (Relative Pitch Records, CD 2018)

Martin Küchen i Anders Lindsjö zostają z nami! Na osi czasu cofamy się niemal dokładnie o rok. Szwedzkie miejsce zdarzenia opisano następującymi słowami: Nordlings Rör, Heby, Uppland. Saksofoniście (sopran, sopranino, werbel) i gitarzyście (tym razem wiosło definitywnie z prądem!) towarzyszy Raymond Strid na perkusji (oj, będzie dobrze!). Trio z japońskiego zwie się Walka, zatem emocje mamy gwarantowane! Osiem improwizacji, 39 minut i 13 sekund.

Już pierwszy kęs gitary smakuje jazzem i bluesem, wspomagają ją skrupulatny, matematycznie precyzyjny drumming, a w tle śpiewny, niepokojący, wysoko zestrojony saksofon. Muzycy płyną szeroki korytem, w zwartym szyku i wyśmienitej komitywie. Pierwszą kipiel free jazzu osiągają tuż przed końcem niedługiej pieśni otwarcia. Drugą opowieść plotą nieco spokojniej – sopranino pląsa po mokrej łące, delikatna gitara rysuje linię basu, a perkusja koncentruje uwagę na talerzach i dzwonkach. Ów pozorny ład i porządek nie przeszkadza muzykom budować narracji gęstej, czerstwej i niepozostawiającej swobody nawet na drobny ochłap ciszy. Saksofon skrzeczy, gitara pachnie blues-rockiem, dynamika perkusji rośnie. Trzecia część na wejściu toczy się niezwykle leniwie, a ceremonia lizania ran idzie w najlepsze - post-jazzowe frazy gitary i saksofonu, perkusjonalna zaduma czyniona za pomocą szczoteczek. Niezobowiązująca gra wstępna trwa ledwie minutę z okładem. Sygnał do ataku daje charkot sopranu, który zapewne korzysta z płaskiego werbla, by wzmacniać efekt brudu na obrzeżach tuby. Rodzi się z tego nieco abstrakcyjny taniec-połamaniec, z gitarą, która szuka obecności Dereka Baileya. Złe duchy odpędza skrzeczący dęciak.

Wejście w czwartą improwizację, znów na spokojnie. Matowe śpiewy o poranku, proste akordy gitary, znów pewna dostojność i nieśpieszność bluesa. Zwolennicy rosnących emocji znów wszakże mogą liczyć na szorstkie, zadziorne, powykręcane i kościste frazy saksofonu. Wytłumienie przychodzi w dobrym momencie, dając sygnał do powrotu estetyki pijanego bluesa. Piątą część zaczyna uderzenie rockowej gitary, ale to ledwie wstęp do … zadumanej ballady, której sercem zdaje się być fantastyczna robota perkusjonalna Strida, pełna emocjonalnych subtelności i szczegółowości. Muzyka rozbłyska barwami niczym dziecięcy kalejdoskop.

Szósta pieśń jest zwarta, skondensowana w treści – prostymi środkami, bez pośpiechu, chociaż pikantnie, z post-bluesową gitarą, rockowym drummingiem i mantrą rozśpiewanego saksofonu. W kolejnej części improwizacja powraca do niuansów, dramaturgicznych szczegółów, drobnych akcji i precyzyjnych reakcji. Werble i tomy drżą, saksofon gdacze po swojemu, pokrzykuje, awanturuje się. Gitara na boku kombinuje i szuka zagubionej na moment poświaty rocka. Tempo i gęstość dźwięków na krzywej wznoszącej, tuż przed ścianą jurnego hałasu. Ósma, ostatnia historia, znów gęsta, ale drobiazgowa. Muzycy niczym wypasione pająki, budują sieć dźwięków i filigranowych pomiędzy nimi połączeń. Gitara ma zapędy taneczne, sopran swawolne, a jazzowa perkusja szuka dynamiki odpowiedniej dla zakończenia opowieści. Finał płyty jest przeto niezwykle efektowny, czyniony w dobrym tempie i równie udanie wytłumiony, w takim momencie, by muzykom nie zabrakło pomysłów na podsumowujące, spokojne, luźne frazy. Saksofon ostatni raz całuje się z werblem, dzwonki dźwięcznie szeleszczą, gitara składa ostatni hołd Baileyowi. Why not!


poniedziałek, 30 września 2019

Webster, Trilla & Dymny! Oleszak & Turner! Spontaneous Live Series and its new editions!



Koncertowa seria wydawnicza, realizowana przez Trybunę Muzyki Spontanicznej pod nazwą własną Spontaneous Live Series, została zainaugurowana wiosną bieżącego roku płytą o numerze katalogowym 001 – Witold Oleszak with Luis Vicente and Vasco Trilla Live at 1st Spontaneous Music Festival. Kilka redakcyjnych słów o jej zawartości można sobie przypomnieć dokładnie w tym miejscu.

Nagranie powyższe wspominało pierwszą, majową edycję Festiwalu w roku 2018. Już w najbliższy czwartek startuje edycja trzecia, nazwana New Wave Of Impromptu, a w tej właśnie chwili przypomnimy sobie … edycję drugą, która pod nazwą własną Drumming Now! odbyła się w listopadzie 2018 roku. Pomogą nam w tym kolejne płyty serii koncertowej, pod numerami 002 i 003. Poniżej garść redakcyjnych impresji na temat obu płyt. Informujemy, że autor niniejszego tekstu oraz strony, którą właśnie wybraliście w wyszukiwarce internetowej, jest ich wydawcą, zatem czytacie i słuchacie na własną odpowiedzialność, najlepiej po … uprzednim zakupieniu obu krążków. Od czwartku w poznańskim Dragonie, a w piątek także w Pawilonie, będzie to zresztą fizycznie możliwe.




Colin Webster & Vasco Trilla with Michał Dymny Live at 2nd Spontaneous Music Festival (Spontaneous Live Series 002, CD 2019). Credits: Colin Webster – saksofon altowy, Vasco Trilla – perkusja i perkusjonalia, w drugim secie także Michał Dymny – gitara elektryczna. Łącznie 53 i pół minuty, zarejestrowane w Dragonie 9 i 10 listopada 2018 roku.

Set pierwszy – duet. Suche oddechy saksofonu, a w tle test sprawności zestawu perkusyjnego – swawolne rozpoznanie walką, rodzaj łaskotania po piętach, znaczą pierwsze w życiu spotkanie sceniczne Szkota i Katalończyka. Na złapanie wspólnego, free jazzowego flow potrzebują ledwie kilkudziesięciu sekund. Zegar dobrej dynamiki bije równomiernie. Galop, wilczy taniec altu w powłoce wielowymiarowego drummingu staje się faktem już po 120 sekundach. Pierwszy break for silence ma miejsce po 7 minucie – zmysłowy rezonans talerzy i cisza na samym dnie tuby. Szelest małych robaczków Trilli brzmi tu niczym wystrzał armatni. W połowie seta swoje bystre solo ma alt, po czym, już z pomocą perkusji, obaj artyści budują nowy, gęstszy strumień dźwięków. Nabierają mocy z błyskiem w oku. Jeszcze tylko kilka istotnych zmian w tempie narracji i set dobija do ostatniego dźwięku.

Set drugi – trio. Na wejściu garść preparacji gitary i saksofonu. Małe frazy, rezonans talerzy – mgława, ale zmysłowa rozbiegówka. Kind of impro ambient! Wątek buduje Dymny, koledzy lepią się do niego, niczym stado szarańczy. Dobra akcja jest ich udziałem niemal po ułamku sekundy. Po 4 minucie woda już wrze w kociołku! Zadziorny alt, mocny drumming i półrockowa gitara, która za moment - po drobnym uspokojeniu - złapie pomiędzy strunami siarczyste pasma dubowej psychodelii. Kolejną fazą seta jest budowanie onirycznego klimatu – Vasco uruchamia armię swoich małych przedmiotów, Michał szuka drugiego dna pudła rezonansowego, a Colin pływa ze śpiewem na ustniku po nieboskłonie kamienicy. Barokowe bogactwo! Po 13 minucie sekwencja dramaturgiczna zdaje się zakreślać pętlę. Zmysłowe small talks w podgrupach mroku i ambientu, psycho przestery na kablach, błysk talerzy. Po czasie dobry moment na free jazzową kipiel odnajdujemy w duecie gitary i saksofonu. Vasco powraca mocą swych perkusjonalnych świecidełek, a finał seta osiąga gęstość ciekłego ołowiu.




Witold Oleszak & Roger Turner Live at 2nd Spontaneous Music Festival (Spontaneous Live Series 003, CD 2019). Credits: Witold Oleszak – fortepian, preparowany fortepian, Roger Turner – perkusja i perkusjonalia. Łącznie niespełna 33 minuty, zarejestrowane w Dragonie 10 listopada 2018 roku.

Delikatny stukot młoteczków fortepianu, które z mozołem szukają głęboko umieszczonych strun. Posępna cisza uśpionych klawiszy. Po prawej stronie przestrzeni fonicznej trwa sprawdzanie gramatury skromnego zestawu perkusyjnego. Małe kroki, krótkie koincydencje dramaturgiczne. Mrok i precyzja każdego ruchu. Muzycy brną ku słońcu, niczym saperzy na polu minowym. Nie przeszkadza im to sukcesywnie rozgrzewać muskuły i zmysły kreacji. Oleszak preparuje i rezonuje, Turner z kocią zwinnością dba o niuanse brzmieniowe i narracyjne szczegóły. Nic tu nie umyka uwadze partnera, nawet w bardziej dynamicznych mikro próbach.  Muzycy świetnie się imitują, czuć w każdym dźwięku, iż znają się perfekcyjnie, że to bracia, choć z różnych matek. Budują opowieść z filigranowych fragmentów, dźwięków, których źródła pochodzenia nie są do końca znane. Które z nich są dziełem pianisty, które perkusjonalisty, to jedynie pytania retoryczne. Po 10 minutach są już przecież jednym, improwizowanym ciałem.

W dalszym toku opowieści pojawiają się frazy grane na pełnym oddechu, z klawiszy, z werbla i talerzy. Są i dźwięki z samego dna fortepianu, zmysłowe podrygi czystych szczoteczek perkusyjnych bez kontaktu z glazurą naciągów, oliwienie młoteczków, głaskanie i liczenie strun, szorowanie i czyszczenie talerzy na matowy połysk, wreszcie dźwięki suchych dzwonków. W drugiej fazie drugiej części seta muzycy brną w taniec, niczym para wiecznych kochanków, którym nie jest dane ostateczne spełnienie. W trzeciej części muzycy zdają się rozkładać pojedyncze dźwięki na elementarne molekuły. Nie stronią od dialogu w estetyce call & responce, czy też minimalistycznej repetycji. Na finał Witek decyduje się na spacer po zupełnie martwych już klawiszach, Roger toczy swoje małe, skrupulatne gierki. Plastry rezonansu, szum i spiekota podróży w poszukiwaniu ostatniego dźwięku, aż można śpiewać do fortepianu.


*****

Colin Webster i Witold Oleszak będą gośćmi wspomnianej wyżej trzeciej edycji Festiwalu, od 3 do 6 października 2019 roku w Poznaniu. Każdy z nich pojawi się na scenach festiwalowych aż czterokrotnie.




środa, 14 listopada 2018

Spontaneous Fest in Drumming Now! That’s how it went!


Druga edycja Festiwalu Muzyki Spontanicznej w poznańskim Dragonie za nami. Tym razem – z racji wybitnej reprezentacji perkusjonalistów – nazwana została Drumming Now!

Trzy dni wypełnione swobodnie improwizowaną muzyką, dużo wrażeń po obu stronach sceny. Nie sposób nie skomentować na tych łamach właśnie tych kwestii. Z oczywistych względów komentować nie będę spraw organizacyjno-bytowych samej imprezy. Może jedynie słowo o drobnych ambiwalencjach organizatorów, związanych z frekwencją na poszczególnych wydarzeniach koncertowych. A zatem dwa wnioski, które muszą tu być wyartykułowane: po pierwsze, także w obszarze free improve, wciąż najbardziej lubimy piosenki, które znamy, po drugie – we współczesnych czasach zasadniczo nie chodzimy tłumnie na biletowane koncerty. Muzyka ma być za darmo? Ogromna obłuda.




Dzień pierwszy festiwalu otworzył koncert Poznańskiej Orkiestry Improwizowanej (zwanej także na potrzeby tej imprezy – Poznan Improvisers Orchestra). Wyjątkowo nie odbył się on w Klubie Dragon, lecz w miejscu zwanym, bardzo celnie zresztą - Schron. Ansambl istnieje dokładnie rok, rozwija się dynamicznie, a skupia głównie młodych absolwentów poznańskich szkół muzycznych. Tym razem, z racji włączenia koncertu w szranki festiwalowe, Orkiestrą po raz pierwszy dyrygował gość, a w samym jej składzie pojawiło się kilku kolejnych gości. Na scenie zatem w sumie widzieliśmy i słyszeliśmy blisko 30 muzyków. Byli to stali członkowie POI: Borys Słowikowski - dyrygentura / bębny obręczowe, Marcin Góral – perkusja, Paweł Doskocz - gitara elektryczna, Fryderyk Szulgit - gitara elektryczna, Rafał Rybarczyk - gitara elektryczna, Hubert Karmiński - gitara basowa, Karol Firmanty – elektronika, Dawid Dąbrowski – elektronika, Jeff Gburek – elektronika, Maciej Łukacz - saksofon barytonowy, Damian Drozd - saksofon tenorowy, Weronika Kulesza – kornet, Adam Teresa – kornet, Michał Giżycki – klarnet, Ostap Mańko – skrzypce, Dominika Szelążek – akordeon, Martyna Gibes – wokal oraz Slasia Wilczyńska - lira korbowa. W ramach zaś rozbudowanej sekcji gości: Yedo Gibson - dyrygentura / saksofon, Vasco Trilla – perkusjonalia, Michał Dymny - gitara elektryczna, Maciej Karmiński – perkusja, Piotr Mełech – klarnet, Bartosz Wrona – wokal.

Na blisko godzinny występ złożył się 45 minutowy set pod batutą Yedo Gibsona oraz dwa krótkie encores, gdy w rolę dyrygentów wcielili się Borys Słowikowski i Rafał Ziąbka. Szczególnie ekscytujący był set zasadniczy. Brazylijski saksofonista miał mniej więcej dwie godziny na to, by poznać muzyków i określić metody współpracy. Efekt przeszedł moje najśmielsze oczekiwania. Yedo, choć dużą część koncertu jedynie przyglądał się muzykom lub grał na saksofonie sopranowym, zdawał się czuwać nad każdym dźwiękiem, jaki pojawiał się na scenie. Gdy wreszcie gestami zaczął stymulować wydarzenia foniczne, cała Orkiestra wręcz uniosła się w powietrzu! Z mojej perspektywy, szczególne brawa należą się wokalistom. W wielu momentach ich temperament niósł muzyków naprawdę wysokim wzgórzem. Brawo! Koncert zwieńczyły dyrygenckie miniatury Borysa i Rafała. Precyzja, skupienie, także niebanalny efekt końcowy.




Pierwszy dzień festiwalu zakończył – już w Dragonie – koncert tria Florian Stoffner (gitara), Rudi Mahall (klarnet basowy) i pierwsza z drummerskich legend na festiwalu – Paul Lovens. Koncert w Poznaniu był jednym z czterech w trakcie polskiej trasy koncertowej, która promowała ich debiutancki krążek Mein Freud Der Baum. 50 minutowy set bardzo skupionej, prawdziwie molekularnej, jakże swobodnej improwizacji. Klasa obu niemieckich improwizatorów zdaje się być poza wszelką dyskusją, zatem wielu z nas skupiało uwagę przede wszystkim na szwajcarskim gitarzyście. I to był właściwy wybór. Świetna komunikacja ze starszymi kolegami, brawura techniczna i wielka wyobraźnia.




Czas na drugi dzień festiwalu i wciąż rosnące emocje. Do grupy festiwalowych gości, którzy grali w secie orkiestrowym, dołączyli dwaj młodzi i szalenie groźni Brytyjczycy – saksofonista Colin Webster i perkusista Andrew Lisle. Pierwszym zaś koncertem tego dnia było prawdziwie premierowe spotkanie tegoż właśnie Webstera z Vasco Trillą. Muzycy, którzy poznali się dwie godziny przed koncertem, zagrali świeży, dynamiczny set, który trwał około 30 minut. Muzycy zaliczyli wszystkie poziomy ekspresji, byli jak dzikie zwierzęta, właśnie, co wypuszczone z klatki, ale potrafili także zwinnie przepoczwarzać się w przebiegłe kocięta, które szukały na scenie sonorystycznych inspiracji. A zatem Colin i Vasco – czekamy na ciąg dalszy tak udanie rozpoczętej współpracy!




Zaraz potem spotkanie dwóch gitar elektrycznych – Michała Dymnego i Pawła Doskocza, z perkusją – Andrew Lisle’a. Młodzi polscy muzycy w trakcie poprzedniej edycji Spontanicznego Festiwalu zagrali trio z holenderskim drummerem Onno Govaertem. Tu, w dynamicznym, niemal psychodelicznym zderzeniu z lwem wprost z Londynu, pokazali moc ekspresji i improwizacji. Trzy kwadranse wyłącznie na temat, dobra komunikacja (pod koniec seta Andrew świetnie pociągnął narrację na talerzach) i niebanalne zakończenie.




Na koniec drugiego dnia festiwalu, nie ostatni na tej imprezie dowód, iż telepatia nie jest pojęciem teoretycznym. Doskonały duet Yedo Gibson i Vasco Trilla. Być może był to już ich dwusetny koncert, ale jeśli pozostaną w takiej formie, to mogą śmiało zagrać jeszcze … dwa tysiące koncertów. Yedo na sopranie wyczyniał cuda, grał całym ciałem, nosem, ustami, brzuchem i nogami. Jego sopran tańczył, drżał, krzyczał i dudnił. Vasco towarzyszył mu przy każdym dźwięku. Dobywał ze swojej magicznej walizki przedmiot za przedmiotem, by sprawić przyjacielowi choćby jedną niespodziankę. Yedo na finał zadął wprost w jego werbel. I naprawdę stali się wtedy jednym, muzycznym ciałem!





Dzień ostatni i aż cztery koncerty. Dwa tria stworzone ad hoc i dwa working duety. Sobota miała rozpocząć się dwoma duetami sax&guitar. Perkusiści nie pozwolili jednak na takie rozdanie. Skoro ten festiwal nazywa się Drumming Now!, to żaden koncert nie może się obyć bez perkusjonalii! A zatem tria – najpierw Michał Dymny, Colin Webster i Vasco Trilla, potem Paweł Doskocz, Yedo Gibson i Andrew Lisle. Dwa debiutanckie składy i moc niebywałych, często zaskakujących dźwięków. Muzycy wybornie radzili sobie we free jazzowych galopach, ale najciekawiej było wtedy, gdy tłumili emocje i poszukiwali się wzajemnie niemal pojedynczymi frazami. I znów Derek Bailey triumfował zza grobu ze swoją pokrętną tezą o jakości prymarnej improwizacji. Trudno wskazać miejsca szczególnie udane w trakcie obu 40 minutowych setów, bo było ich zbyt wiele. W oczy i uszy rzucała się świetna komunikacja, doskonałe, wzajemne słuchanie się i reagowanie na poczynania partnerów. Każdy z tej szóstki muzyków dawał z siebie naprawdę dużo i zmysłowo cementował kolektywne improwizacje.




Colin Webster i Andrew Lisle – choć zaliczamy ich zdecydowanie do młodej generacji brytyjskich improwizatorów – mają w dorobku wiele płyt, zarówno duetowych, jak i w triach i kwartetach. Znają się doskonale, wiedzą, że grając razem mogą pozwolić sobie na wszystko. Podczas wcześniejszych występów na scenie Dragona, zarówno Webster, jak i szczególnie Lisle, zdawali się nie odkrywać wszystkich kart, w niektóre improwizacyjne spięcia wchodzili z delikatną tremą. Tu, w swoim bazowym duecie, dali prawdziwy popis. Webster stąpał po krawędziach chmur, Lisle był tuż obok niego. Zażartowałem w kuluarach, że powinniśmy na kolejne edycje festiwalu zaprosić kilku bardziej uznanych saksofonistów w Europie i na świecie, ale nie po to, by grali w Dragonie, ale żeby usiedli wśród publiczności i posłuchali, jak świeżo i odkrywczo można grać na saksofonie altowym. Brawo Colin!




Wielki finał festiwalu. Wszelkie słowa zachwytu nad muzyką, jaka zabrzmiała do tej pory, od tego momentu można było już włożyć pomiędzy kartki historii. To, co pokazali na scenie Dragona Witold Oleszak (fortepian preparowany) i Roger Turner (perkusjonalia), kompletnie zdewastowało nasz obraz muzyki swobodnie improwizowanej. Turner - 72-letni drummerski geniusz, piękna klamra spinająca festiwal, który rozpoczął się m.in. koncertem z udziałem Paula Lovensa. Roger grał niuansami, drobnymi, akustycznymi incydentami. Po chwili wiedzieliśmy już, dlaczego jego instrument musi być tak skrzętnie skonstruowany i równie szczegółowo nagłośniony. Tu grał każdy drobiazg, wszystko miało swój sens dramaturgiczny, do tego świetnie konweniowało z tym, co wyczyniał tuż obok, dzięki swej buzującej wyobraźni, przyczajony na lewej flance Witek. Najspokojniejszy, najbardziej wyważony koncert festiwalu postawił nas na baczność. Oklaskom nie było końca.



Festiwalowe foty by NoFuck. Wszystkie prawa niezastrzeżone!


czwartek, 8 listopada 2018

Drumming Now! with Lovens! Turner! Trilla! Lisle! Stoffner! Mahall! Oleszak! Webster! Gibson! and others!


“Drumming Now! 2. Spontaneous Music Festival – Live in Dragon 2018” startuje za kilka godzin! Zapraszamy do lektury, jak najbardziej zaktualizowanego, programu koncertów.


8 Listopada, 2018

Schron (ul. Kościuszki 68)  19.30  (wstęp wolny)
Poznan Improvisers Orchestra conducted by Yedo Gibson feat. Vasco Trilla, Piotr Mełech, Michał Dymny, Maciej Karmiński & Bartosz Wrona

Dragon (Zamkowa 3) 21.30  (bilety)
Florian Stoffner g/ Rudi Mahall bcl/ Paul Lovens dr

9 listopada, 2018

Dragon 19.00 (bilety)
Colin Webster sax/ Vasco Trilla dr
Andrew Lisle dr/ Paweł Doskocz g/ Michał Dymny g
Yedo Gibson sax/ Vasco Trilla dr

10 listopada, 2018

Dragon 18.00  (bilety)
Michał Dymny g/ Colin Webster sax
Paweł Doskocz g/ Yedo Gibson sax
Colin Webster sax/ Andrew Lisle dr
Roger Turner dr/ Witold Oleszak p.


Poniżej prezentujemy omówienie każdego z festiwalowych dni, opublikowane na najpopularniejszym portalu społecznościowym tej galaktyki. Tuż po nich, jeszcze skromne zaproszenie do odsłuchu audycji radiowych, poświęconych wydarzeniu.




Dzień pierwszy

Zaczynamy we czwartek o godz. 19.30 w Klubie Schron (Kościuszki 68). Zagra Poznańska Orkiestra Improwizowana, zwana też na cześć swych słynnych poprzedniczek - Poznan Improvisers Orchestra.

Ansambl funkcjonuje już prawie rok, zagrał szereg niezwykle ciekawych koncertów, z udziałem naprawdę licznej publiczności. Grał w Domu Tramwajarza, Kołorkingu, także na ulicy Św. Marcin i na … statku w Cigacicach! Przez orkiestrę przewinęło się już kilkudziesięciu muzyków, a w rolę dyrygentów wcielali się Borys Słowikowski, Witek Oleszak i Rafał Ziąbka. Nawet raz Orkiestra zagrała … bez dyrygenta!

Występ czwartkowy będzie jednak szczególny. Po pierwsze, gdyż otwiera trzydniowe święto muzyki improwizowanej w Poznaniu, po drugie, gdyż w związku z ideą przewodnią imprezy, będzie miał wyjątkowo rozbudowaną sekcję rytmiczną, po trzecie wreszcie, dyrygować POI będzie po raz pierwszy gość – brazylijski saksofonista Yedo Gibson. Muzyk, który blisko dekadę prowadził The Royal Improvisers Orchestra w Amsterdamie, miał także okazję wielokrotnie praktykować z samą The London Improvisers Orchestra! We wspomnianej,  rozbudowanej sekcji rytmicznej zagra także kolejny gość Festiwalu, doskonały perkusista kataloński Vasco Trilla. Kolejnymi gości w składzie będą gitarzysta Michał Dymny, klarnecista Piotr Mełech, wokalista Bartosz Wrona i perkusista Maciej Karmiński.

Około godziny 20.30 przenosić się będziemy już do miejsca docelowego Festiwalu, a zatem klubu Dragon (Zamkowa 3). Zapewne nie później niż o 21.30 rozpocznie się tam koncert niezwykłego tria free improve. Zagrają - szwajcarski gitarzysta Florian Stoffner, którego znamy choćby z doskonałej płyty z Albertem Cirera oraz niemieccy mistrzowie gatunku – Paul Lovens na perkusji (jak zwykł to określać na płytach: selected and unselected drums and cymbals) oraz Rudi Mahall na klarnecie basowym.

Emocje na scenie zatem gwarantowane!!! Nie może Was zatem zabraknąć!

W ramach zaś przygotowań własnych do koncertu, obejrzyjcie fragmenty koncertów The Royal Improvisers Orchestra pod batutą Yedo Gibsona.






Dzień drugi

Tego dnia zobaczymy dwóch perkusistów, tyluż saksofonistów i gitarzystów. Dwa duety, jedno trio pomiędzy – wzorowa symetria! Startujemy o godzinie 19.00 w Dragonie. Zaczniemy od prawdziwego trzęsienia ziemi, a potem będzie jeszcze groźniej!

Jeśli prawdziwa jest teza Dereka Baileya, iż najlepsza improwizacja rodzi się podczas pierwszego spotkania muzyków, to koncert Colina Webstera i Vasco Trilli będzie świetną okazją, by to zweryfikować. Na to niezwykłe spotkanie wszyscy ostrzymy sobie pazurki.

Tuż potem Michał Dymny i Paweł Doskocz, na swych elektrycznych gitarach, wysadzą w kosmos Andrew Lisle’a i jego perkusję, a zaraz potem całą dragonową publiczność! A może kolejność zdarzeń będzie dokładnie odwrotna. Jeśli pamiętacie koncert Michała i Pawła z Onno Govaertem, w trakcie wiosennej edycji naszego festiwalu, wiecie doskonale czego się spodziewać. Dla Andrew będzie to pierwszy kontakt z tymi muzykami!

No i wielki finał dnia drugiego – Yedo Gibson i Vasco Trilla. Ci akurat muzycy znają się doskonale, zagrali razem kilkaset koncertów. Jak twierdzą obaj, są już od dawna jednym muzycznym ciałem. Przy okazji tego koncertu będziemy mieli doskonałą sposobność, by przekonać się, że telepatia nie jest zjawiskiem teoretycznym.

A w ramach przygotowań do tego dnia, obejrzyjcie proszę duet Michała Dymnego z … Vasco Trillą. Kto wie, może i oni zagrają razem w trakcie tego niezwykle … spontanicznego festiwalu!





Dzień trzeci

Zaczynamy już o 18.00. Bądźcie punktualni, albowiem czeka nas ogromna porcja muzyki swobodnie improwizowanej!

Na początek dwa duety saksofonowo-gitarowe. Najpierw Colin Webster zagra z Michałem Dymnym, potem zaś Yedo Gibson z Pawłem Doskoczem. Dla wszystkich będą to pierwsze spotkania sceniczne. Saksofony będą głośne, a gitary podłączone pod bardzo wysokie napięcie! A może będzie zupełnie inaczej… Na tym festiwalu nie możemy być niczego pewni. Choćby dlatego, że tuż obok nich krążyć będzie niezwykle niecierpliwy Vasco Trilla. Może podłączy się pod pierwszy duet, może pod drugi. A może …. zagra koncert solowy. Na te wszystkie wydarzenia przeznaczamy dwie godziny zegarowe. Bądźcie czujni i przygotowani na wszystko!

Po godzinie 20 czekają nas finałowe koncerty dwóch duetów, które pracują ze sobą od wielu już lat. Być może mniej zaskakujących wydarzeń dla nich samych, więcej przykładów realnej telepatii dla nas. Najpierw Colin Webster i Andrew Lisle. W duecie potrafią być sonorystycznie liryczni, ale i prawdziwie free jazzowi, aż krew się leje po scenie.

Wreszcie wielki finał festiwalu „Drumming Now!” - koncert Rogera Turnera i Witolda Oleszaka. Mały zestaw perkusyjny oraz fortepian preparowany i … niepreparowany. Pracują razem od ośmiu lat, nagrali dwie płyty. Wciąż im jednak mało! To z pewnością będzie niezwykłe wydarzenie!

W ramach przygotowań do koncertu finałowego festiwalu, proponujemy fragment bardzo świeżego występu Rogera Turnera, z sierpnia tego roku, z legendarnego klubu londyńskiego „Vortex”. Obok niego na scenie Evan Parker i John Edwards!





Media

Link do wydarzenia:


Jam Session, Radiowa Dwójka, audycja z dnia 26.10:


Wiek Awangardy, Radio Afera, audycja z dnia 6.11: