Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Alvaro Rosso. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Alvaro Rosso. Pokaż wszystkie posty

piątek, 7 listopada 2025

Discordian Records’ fresh outfit: Live At Penhasco! Rituals Of Modern Decadence! The Advantages Of Extremism!


Dawno nie zaglądaliśmy na bandcampową stronę słynnego barcelońskiego Discordian Records! Definitywnie warto było ponownie wkroczyć do tego uroczego, jakże diabelskiego świata!

Rok bieżący przyniósł dotychczas sześć premier labelu kierowanego przez El Pricto. O jednej pisaliśmy u progu roku, teraz pochylimy się nad trzema, a te dwie ostatnie zostawiamy na jeszcze lepszą okazję.

Przed nami trzy tria z udziałem saksofonów, w tym aż dwukrotnie z naszym ulubionym katalońskim dmuchaczem Albertem Cirerą. Każdorazowo czeka nas porcja soczystej, swobodnej improwizacji, na ogół gęstej od wydarzeń fonicznych, nasączonej dużą ilością prądu i innych tajemniczych elektryczności.

So, welcome to Discordian Home!

 


Dissection Room Live At Penhasco (Discordian Records, DL 2025)

Penhasco, Portugalia, wrzesień 2024: Albert Cirera – saksofon sopranowy i tenorowy, obiekty, Abdul Moimême – gitara elektryczna, obiekty oraz Álvaro Rosso – kontrabas. Jedna improwizacja, 35 minut.

Trio Dissection Room debiutowało fonograficznie kilka lat temu w zacnym portugalskim Creative Sources. Teraz powraca w edycji koncertowej, zarejestrowanej także w tamtejszej części Iberian Peninsula. Jednotrakowy występ przynosi dużo intrygujących, zmiennych w czasie wydarzeń. To kolejna, jakże udana konfrontacja preparowanego saksofonu, gitary elektrycznej o niepowtarzalnym brzmieniu i kontrabasu, który lubi bazować na smyczkowej, nisko osadzonej dramaturgii.

Muzycy na wstępie koncertu formują wspólny, wielowarstwowy dron szorstko brzmiącego saksofonu, gitary, która zdaje się konsumować także zgiełk miasta i wystudzonego smyczka na gryfie kontrabasu. Ta inicjacja przypomina bóle porodowe – bywają gwałtowne, natarczywe, rwane, szarpane, ale też ulotne, migotliwe, rzewne, aż śpiewne. Gitara chętnie sięga po atrybuty post-industral, saksofon broczy w gęstym mule, z kolei kontrabas staje w pozycji chamber. Po upływie kwadransa owe strumienie muzycznej lawy zlewają się w jedno gęste koryto, ale już po kilku minutach opowieść staje się niemal solowym performansem smyczka, któremu towarzyszy jedynie echo poprzedniej eskalacji. Narracja zmienia się teraz z minuty na minutę. Bywa, że przypomina post-jazzowe rozhuśtanie, bywa porcją kameralnych dywagacji z szelestem drobnych preparacji. Po dwudziestej piątej minucie nabiera mrocznych barw, które doposażone są pożegnalnymi melodiami dętymi, ale także dużą nerwowością instrumentów strunowych. Ostatnia prosta niespodziewanie sięga po insygnia free jazzu.

 


Trashed Middle Aged Junksters Rituals Of Modern Decadence (Discordian Records, DL 2025)

Underpool, Barcelona, wrzesień 2024: Albert Cirera – saksofon sopranowy i tenorowy, El Pricto – syntezator modularny oraz Alexis Perepelycia – perkusja, elektroakustyka. Pięć improwizacji, 45 minut.

Przenosimy się do pięknej Barcelony. Tym razem Cirera, znów krwiożerczo preparujący swoje saksofony, spotyka diskordianskiego mistrza El Pricto na syntezatorze modularnym i argentyńskiego drummera o pięknie brzmiącym nazwisku Perepelycia. Nagranie jest gęste niczym guma arabska, nie ma w nim chwili przestoju, trzyma nas w ryzach dramaturgii niczym wąż boa swoją kolejną ofiarę.

Na starcie atakuje nas szorstki, mroczny ambient, drżący, niekiedy migotliwy strumień fonii okraszony jękami z zapchanej tuby saksofonu. Całość przypomina kompulsywny dygot kurzu i brudu. Opowieść ma jednak dynamikę dzięki świetnym, kontrapunktowym akcjom perkusji. Druga część przypomina nerwową balladę szytą drobnymi, rwanymi frazami. Tuba krzyczy, talerze rezonuje, a modularny wydaje się filigranowy, lekki, jakby post-syntetyczny. Kolejne dwie odsłony płyty pokazują dwa oblicza tego tria. Pierwsze jest dynamiczne, ostre, kanciaste, drugie równie nerwowe, skonfudowane, ale lejące się przez ręce niczym pijana nastolatka. Muzycy charczą tu jak stado gruźlików i nie są w stanie zrobić dwóch kroków po kolei. Ostatnia improwizacja trwa prawie siedemnaście minut i to ewidentnie crème de la crème tego szalonego albumu facetów w średnim wieku. Od brudnego, oblepionego czarną mazią free jazzu, przez post-industrialne, mroczne interludia, po końcową flautę saksofonu i modularnego, utrzymywaną przy życiu aktywnym post-drummingiem.

 


Luis Erades/ Yeonathan Shachar/ Juan Pablo Egúsquiza The Advantages Of Extremism (Discordian Records, DL 2025)

Underpool, Barcelona, październik 2024: Luis Erades – saksofon altowy, tenorowy i barytonowy, Yeonathan Shachar – gitara elektryczna oraz Juan Pablo Egúsquiza – kontrabas. Siedem improwizacji, 49 minut.

Pozostajemy w tym samym studiu nagraniowym Barcelony. Skład instrumentalny zbliżony jest do pierwszej z dziś omawianych rejestracji. Estetyka bardzo różnorodna, od kąśliwych strzępów free jazzu, przez szorstki, ale melodyjny post-chamber, po intrygujące eksperymenty, nie bez plam gitarowej psychodelii. Album jest odrobinę nierówny, ale być może dzięki temu jego najlepsze fragmenty definitywnie pozostaną w naszej pamięci.

Pierwsze dwie rozbudowane improwizacje pokazują wyjątkowo szerokie spektrum możliwości brzmieniowych i dramaturgicznych tego tria. Gdy artyści stawiają na moc i determinację, efekt bywa smakowity, gdy szukają oddechu i post-jazzowych grepsów narracja przysiada jak kura na grzędzie. Zdaje się, że ciekawiej bywa tu w najkrótszych, kilkuminutowych epizodach, odpowiednio trzecim i czwartym. Najpierw to dreptający w miejscu, gęsty dron, upstrzony śladami gitarowej psychodelii, potem rodzaj free jazzowej, szorstkiej ballady, która rozbłyska jak piorun na ciemnym niebie. Zaraz po niej trio osiąga lewitujące tempo, a flow zdobi kameralny smutek, szczypta melodii i nie jedyny na tym albumie pokaz wyrafinowanych, saksofonowych preparacji. Album definitywnie największą jakość uzyskuje w finałowej improwizacji. Saksofon charczy teraz jak młot pneumatyczny, a smyczek kontrabasu i gitara frazują wyjątkowo nisko zrywając wielkie płaty mięsa z podłogi. Całość pulsuje złem, lepi się w masywny dron z tajemniczą, elektroakustyczną poświatą.

 

 

 

piątek, 26 stycznia 2024

Cirera & Prats! Duot with Strings!


Kataloński Duot, muzyczne dziecię saksofonisty Alberta Cirery i perkusisty Ramona Pratsa, żyje pełnią artystycznego życia już kilkanaście lat. W dorobku kilka wyśmienitych albumów, niezapomniany koncert na jednym z lokalnych, spontanicznych festiwali i tysiące wspólnych koncertów, także w wersjach poszerzonych (choćby z Andy Moorem).

Dokładnie dwa lata temu, w świetnie nam znanym obiekcie sakralnym w portugalskim Caldas Da Rainha, Katalończycy zagrali wspólny koncert z lizbońskim kwartetem smyczkowym ZARM (w składzie po części urugwajsko-niemieckim). Koncert okazał się być wspaniałym, zatem nic dziwnego, że trafia do nas obecnie w wersji płytowej. A że wydawcą jest polski label, to równie mało zaskakujące. Zatem z dygoczącym sercem i radością przemożną zaglądamy do środka strunowego albumu Duot!




Początek koncertu jest równie kameralny, jak mroczny. Strunowe drony, szmery z tuby saksofonu i deep drums płyną gęstą, leniwą struga aż do momentu, gdy pisk sopranu nie wskaże drogi do pierwszej eskalacji. Posmak free jazzu zostaje jednak efektownie stłumiony nad wyraz kolektywnym pociągnięciem za spust. Druga historia powstaje pod dyktando perkusji, której flow urokliwie kontrapunktowany jest przez kwartet smyczkowy. Sam dęciak wchodzi do gry dopiero po trzech minutach, niejako bocznymi drzwiami. Tymczasem improwizacja sięga ciszy i przez moment daje się nieść kontrabasowym preparacjom. Kilka urokliwie koślawych fraz dokłada też saksofon, po czym narracja, niesiona głównie ekspresją strings, sięga po post-barokową kodę. W trzeciej części preparacyjna aktywność sekstetu nadal daje się we znaki. Narracja dość szybko łapie bakcyla free jazzu i płynie swobodnym strumieniem, w którym najdelikatniejszym elementem okazuje się niepodziewanie saksofon sopranowy. Nie sposób nie odnotować w tej fazie koncertu niebywałych emocji po stronie perkusisty.

Czwarta improwizacja syci się rezonującymi dźwiękami, generowanymi nie tylko przez perkusyjne talerze. Post-kameralna zagrywka dostaje tu skrzydeł dzięki aktywności perkusji (a jakże!), z kolei gaśnie za sprawą saksofonowego dronu. Piąta opowieść trwa najdłużej i niesie ze sobą moc fonicznych i dramaturgicznych atrakcji. Zaczynają strunowce, potem wchodzą nisko posadowione drums, wreszcie niesione emocjami, rozśpiewane skrzypce. Tymczasem saksofonista skupia się na brudnych, gęstych wydechach. Free jazzowe życie znów daje improwizacji drummer. Narracja przygasa na moment za sprawą smutnych melodii strunowych, ale po chwili znów eksploduje. I jeszcze schodzi w mroczną strefę free chamber. Czegóż można chcieć więcej? Nerwowa końcówka płynie wieloma strumieniami – strunowymi dronami, śpiewającymi talerzami i cyrkulacyjnym sopranem. Cóż za emocje! Z kolei koncertowa koda lepi się drżących, wystudiowanych fraz, ale także nabiera wigoru w chwili, gdy perkusista włącza tryb dynamiczny. Finał skrzy się od kolejnych emocji i natrafia na absolutnie zasłużone oklaski.

 

Duot & ZARM Ensemble Duot with Strings (Fundacja, Słuchaj!, CD 2023). Duot: Albert Cirera – saksofony oraz Ramon Prats – perkusja oraz ZARM Ensemble: Carlos “Zingaro” – skrzypce, David Alves – skrzypce, Ulrich Mitzlaff – wiolonczela oraz Alvaro Rosso – kontrabas. Nagrane w Igreja do Espírito Santo, Caldas Da Rainha, grudzień 2021. Sześć improwizacji, 41 minut.


*) niniejsza recenzja powstała na potrzeby portalu jazzarium.pl, ale ... wiele wskazuje na to, iż nie została jeszcze opublikowana 



wtorek, 13 grudnia 2022

The Free Iberian Stories, continuation: The Caldas Concert & A Tiny Bell and Its Restless Friends!


Dwie najnowsze opowieści iberyjskiej serii muzyki swobodnie improwizowanej, generowane producencko w naszym pięknym kraju siłami dwóch inicjatyw, są do Waszej dyspozycji mniej więcej od dwóch miesięcy. Dziś prezentujemy ich zgrzebny opis, wystukany czerstwymi metaforami Pana Redaktora dosłownie przed chwilą. So, welcome and enjoy!



 

The Caldas Concert. Live at Igreja do Espírito Santo

W kolejną, swobodnie improwizowaną podróż po Półwyspie Iberyjskim wybieramy się do miejscowości Caldas da Rainha, położonej mniej więcej 60 km na północ od Lizbony. W obiekcie sakralnym Igreja do Espírito Santo spotykamy pięciu doskonale nam znanych muzykantów – trzech Portugalczyków, jednego Urugwajczyka i jednego Katalończyka. Wyposażeni w gitarę, kontrabas, mały zestaw instrumentów perkusyjnych, saksofon i trąbkę zagrają dla nas jedną improwizację, która potrwa ponad trzy kwadranse.

Narracja od startu formuje się w kolektywny dron akustycznych fonii – zgrzyta smyczek kontrabasu, szeleszczą gitarowe struny, suche oddechy wydają instrumenty dęte, a na werblu broczą w mroku drobne przedmioty. Wszystko przypomina wielką orkiestrę symfoniczną, która stroi się w pocie czoła do prawykonania Święta Wiosny. Kontrabas zawłaszcza tu całe piekło, o wielu sprawach decyduje na wstępnym etapie koncertu, reszta instrumentów ma z kolei do dyspozycji bezkresne niebo. Nerwowa struga dźwięków systematycznie pęcznieje, a pierwsza, dość skromna kulminacja ma miejsce już po upływie trzech minut. Całość zdaje się tu mieć swój wewnętrzny rytm, ale trudno jest wskazać osobę w pełni odpowiedzialną za jego kreowanie. Z czasem narrację ciągnie ku górze repetująca fraza gitarzysty. Trębacz i saksofonista skrzeczą i preparują, kontrabasista skacze po strunach, a tym, który buduje tajemnicze tło wydaje się być perkusjonalista. A to wszystko dzieje się jeszcze przed upływem dziesiątej minuty.

Właśnie pod koniec pierwszej dekady minut artyści decydują się na pierwsze spowolnienie. Tłumią narrację niemal do pojedynczego dźwięku. Nowy wątek bierze na swoje barki gitara, kontrabas wspiera ją przechodząc w tryb pizzicato, a dęciaki budując soczysty dron. Po kolejnych kilku minutach gitara zaczyna snuć meta rockową pętlę narracyjną. Kontrabas w ramach dysonansu stawia grzmiące stemple, a perkusjonalia po raz pierwszy formują coś na kształt drummingowego szyku. Opowieść faluje teraz jak wzburzony ocean, jest gęsta od dźwięków, ale zaskakująco lekka, dobrze wietrzona podmuchami morskiego powietrza. W okolicach 20 minuty do akcji powraca silnie naładowany ekspresją kontrabasowy smyczek i kreuje nie bez udziału pozostałych drobną, ale soczystą kulminację. Tuż po niej zaczyna pracować efektowne echo, budowane masą rezonujących przedmiotów. Tym razem opowieść nabiera pewnej nostalgii i samozadowolenia, przypomina strugę złocistego post-chamber. Ale burza wisi tu w powietrzu! Małe kulminacje odbywają się teraz w podgrupach, a energia potencjalna kwintetu daje nadzieję na eksplozję godną anonsowanego już Święta Wiosny. Improwizacja nadyma się, jak gdyby niewidzialny reżyser wydał okrzyk Akcja! Piłowanie smyczka, charkot instrumentów dętych i gitarowa plątanina post-rytmicznych fraz – całość przypomina galop stada koni po prerii. A w jego tle pracuje armia dźwięków preparowanych, których źródła pochodzenia nie jesteśmy w stanie określić.

Tymczasem koncert trwa już ponad dwa kwadranse i osiąga naprawdę gorący moment, pachnący wręcz free jazzem! Swoje piękne frazy dokłada tu wyswobodzony z kolektywu trębacz. Uspokojenie nadchodzi zupełnie niespodziewanie, a kreśli go post-klasycznie i czysto brzmiąca gitara. W tle oba dęciaki skomlą o łyk wody. W okolicach 38 minuty narracja staje u progu ciszy i stawia pytania o kierunek dalszej drogi. Drobne rezonanse, skromne obtarcia, smugi cienia i błysk szeleszczących przedmiotów. Nagle wprost w ciszę uderza bas, a krótkie, cyrkulacyjne solo proponuje saksofon sopranowy, wsparty jedynie rezonującym talerzem, który po chwili także serwuje nam kilka samotnych dźwięków. Tuż po nich improwizacja zdaje się już przygotowywać do finałowego odliczania. Szmery, szturchnięcia, suche oddechy. W ułamku sekundy wszystko lepi się tu w jeden strumień, który huczy, śpiewa, uderza w płaskie powierzchnie i repetuje. Saksofon i trąbka snują długie frazy, kontrabas schodzi do piwnicy. Muzycy i ich rozgrzane instrumenty dygoczą na silnym wietrze i szukają ostatniej frazy. Dogaszanie płomienia narracji jest dość nerwowe i zostaje zakończone ostrym cięciem edytorskiego skalpela.



 

A Tiny Bell and Its Restless Friends

Najpopularniejsze barcelońskie okoliczności studyjne zwą się Złotym Jabłkiem. Tamże, jakże słoneczną wiosną, pod czujnym, producenckim okiem El Pricto znajdujemy trójkę improwizatorów. Dwaj Katalończycy zabrali ze sobą saksofony i zestaw perkusjonalii, gościnnie zaś pojawiający się Szwajcar przytargał elektryczną gitarę. Wydziergają dla nas dziewięć gęstych jak smoła opowieści, które dość istotnie przekroczą magiczną barierę trzech kwadransów.

Pojedyncze struny gitary, półmrok w tubie saksofonu i drobne, rezonujące przedmioty z arsenału perkusjonalisty, to foniczny obraz pierwszych chwil albumu. Pokraczne figury nowego piękna, short-cuts gitary, które taplają się w metalicznej mgle tła. Swobodny, choć na razie dość filigranowy post-industrial - gatunkowy trop, którego posmaku nie zdołamy zgubić aż do ostatniego dźwięku całego albumu. Wszystko tu huczy i grzmi, i tylko te drobne robaczki skaczące po glazurze werbla, jakby brały w nawias powagę pieśni otwarcia. Na starcie drugiej części pracuje nade wszystko echo, puls ciepła gitarowego wzmacniacza i szelest dźwięków, które zostaną dopiero wydane. Saksofonowe dysze wachlują zimne powietrze, inne drobne, metalowe przedmioty także zakłócają natarczywą ciszę. Dźwięki szarpane, cmokane, tarte i stukane w martwym tańcu, w koślawym rytmie stygnącego strumienia brudu. Preparowane frazy, kreowane mocą niekończącej się palety pomysłów. Narracja gęstnieje, przypomina wielką orkiestrę symfoniczną w stanie totalnej agonii. Wszyscy tu śpiewają, zwłaszcza gitara, która wyje kompulsywnym sprzężeniem traconej mocy.

W trzeciej odsłonie, zupełnie niespodziewanie, flow dostaje się w tryby rytmu. Drummerski step, slajsy zmutowanej gitary i dźwięki saksofonu, które przypominają … saksofon. Przednówek free jazzu, niczym ziemia obiecana. Kanciasty rytm, ulotne frazy, ale doposażone w gigantyczny ładunek ekspresji. I gitara, która znów ma tryliony nowych pomysłów. Po niedługiej chwili przenosimy się na powrót w otchłań pomruków - sumiastych dronów i basowych śpiewów. Oniryczny półmrok, brzęczenia, skomlenia, tarcia i onomatopeje. No i zaskakująca kooperatywa gitary i saksofonu – brzmią identycznie, a rezonans talerza potwierdza metafizykę chwili. Wszystkie dźwięki nadymają się tu, jak ropuchy! Piąta historia, to ledwie strzępy fonii, frazy nerwowo wydzierane z gardła instrumentu. Większość z nich płynie chyba jednak z samego nieba (lub piekła), wszak perkusjonalia, sześciostrunowa gitara i prosty instrument dęty nie są w stanie generować czegoś brzmiącego równie nierealnie. Każdy fonia zdaje się tu mieć innego ojca, ale wszystkie w ułamku sekundy są w stanie kochać jedną matkę. Gra toczy się na wyjątkowo małe pola, a post-industrialny smak w ustach zdaje się być lepki, jak zbyt gęsty olej. Zresztą wrażenie, że przebywamy w małym zakładzie mechaniki pojazdowej towarzyszy nam już od wielu chwil. Narracja i jej elementy składowe są jednak wyjątkowo kompatybilne, bez trudu łączą się w strugi gęstej, jednolitej magmy. Przy okazji gitara brzmi tu niczym przesterowana basówka, z której brzmieniem sprzęga się każda, nawet najdrobniejsza porcja dźwięków pozostałych instrumentów. Pod koniec jednej z najpiękniejszych opowieści perkusjonalista wypuszcza na łowy swoją zdeterminowaną armię wibrujących przedmiotów, dodatkowo czyniąc ów moment najgłośniejszym epizodem tego dźwiękowego szaleństwa.

Szósta historia znów ma półdynamiczny step, niczym trzecia część. Gęsty rytm, szybkie, rewolwerowe interakcje, post-freejazzowy sznyt. Saksofon i gitara znów mają ze sobą romans, nawet na siebie pokrzykują! Siódemka z kolei, to rodzaj wyjątkowo mrocznej ballady, nasyconej niewyobrażalną porcją rezonansu, przypomina przeciąganie liny, która za chwilę pęknie. Znów dostajemy się w wir dźwięków, których pochodzenia nie jesteśmy w stanie odgadnąć. Początek ósmej części oddany zostaje w ręce saksofonu, który coś nuci pod nosem, podczas, gdy reszta załogi ledwie akcentuje swoją obecność. Po chwili już wszyscy rezonują na potęgę. Struga dźwięków ma dość niski ciężar gatunkowy, jakby dziecko na huśtawce zakleiło się watą cukrową i systematycznie traciło oddech. Jeśli do tej pory muzycy stawiali nam setki znaków zapytania i gra w fake sounds bawiła ich po pachy, to w ostatniej improwizacji przechodzą już samych siebie. Coś tu szeleści, brzęczy, szumi, klei się do siebie i piszczy. Post-akustyczna rzeczywistość nie ma już jakiegokolwiek imienia. Pieśń zamknięcia sama jest wielkim znakiem zapytania. Reasumuje jednak podróż doprawdy niezwykłą.

 

Marcelo dos Reis/ Álvaro Rosso/ João Valinho/ Albert Cirera/ João Almeida The Caldas Concert. Live at Igreja do Espírito Santo (Multikulti Project/ Spontaneous Music Tribune Series, CD 2022). Marcelo dos Reis – gitara, gitara preparowana, Álvaro Rosso – kontrabas, João Valinho – instrumenty perkusyjne, Albert Cirera – saksofon oraz João Almeida – trąbka. Nagranie koncertowe, 14 listopada 2020, Grémio Caldense / Igreja do Espírito Santo - Caldas da Rainha, Portugalia. Jeden utwór, 48:38.

Don Malfon/ Florian Stoffner/ Vasco Trilla A Tiny Bell and Its Restless Friends (Multikulti Project/ Spontaneous Music Tribune Series, CD 2022). Don Malfon – saksofon altowy i barytonowy, Florian Stoffner – gitara elektryczna oraz Vasco Trilla – instrumenty perkusyjne. Nagrane w Golden Apple Studios, Barcelona, późna wiosna 2022. Dziewięć improwizacji, 51:59.

 

*) Uwaga! Autor recenzji jest współwydawcą obu płyt!



niedziela, 30 października 2022

Nowe albumy w iberyjskiej serii Multikulti Project i Trybuny Muzyki Spontanicznej!


(informacja prasowa)


Seria wydawnicza poświęcona iberyjskiej muzyce improwizowanej, stworzona przez poznański label Multikulti Project i Trybunę Muzyki Spontanicznej niemal sześć lat temu, dostarcza nam kolejne dwa intrygujące albumy, powstałe odpowiednio w Portugalii i Katalonii.

Pod numerem katalogowym 027 kryje się koncert swobodnie improwizującego, portugalsko-katalońskiego kwintetu, jaki odbył się w listopadzie 2020 roku w obiekcie sakralnym, położonym w Caldas da Raihna, miejscowości usytuowanej na mapie Portugalii mniej więcej 100 km na północ od Lizbony. Album „The Caldas Concert. Live at Igreja do Espírito Santo” firmuje piątka muzyków w zdecydowanej większości doskonale znana z poprzednich obecności w iberyjskim cyklu Spontaneous Music Tribune Series – Marcelo dos Reis na gitarze (także preparowanej), Albert Cirera na saksofonie tenorowym lub sopranowym i João Valinho na instrumentach perkusyjnych oraz debiutujący w serii – kontrabasista Álvaro Rosso i trębacz João Almeida.



Prawie 50-minutowy koncert, to jednotrakowa, skupiona, niekiedy kameralna improwizacja, która raz za razem nabiera nerwowej powierzchowności, tudzież gęstości i kąsa dźwiękami niebywałej urody, zarówno w sensie muzycznej dramaturgii, jak i w znaczeniu brzmieniowym. Swoją rolę w tym drugim aspekcie odgrywa z pewnością akustyka dużego obiektu sakralnego.

W albumowym liner notes napisanym przez organizatora koncertu, Ricardo Pimentela, czytamy m.in.:

„(…) Elementem sprawczym tego nagrania był młody i niespokojny trębacz z Lizbony João Almeida, który brał również udział w innych (…) projektach i zespołach, takich jak Peachfuzz, Chão Maior, Medusa Unit, Garfo i Hocus - jego najnowszy solowy projekt elektroniczny, wykorzystujący mikser pozbawiony danych wejściowych. Pozostali muzycy zebrani na tę okazję w Caldas da Rainha nie potrzebują prezentacji, są jednymi z najbardziej płodnych artystów w rodzinie free improv w Portugalii - Marcelo dos Reis (gitara akustyczna), João Valinho (perkusja), Alvaro Rosso (kontrabas) i dokooptowany w ostatniej chwili Katalończyk Alberta Cirera (tenor i sopran).

W pięćdziesięciominutowym secie, wysoce perkusyjne arpeggia Dos Reisa, preparowana interpunkcja minimalistycznego zestawu perkusyjnego Valinho, stojący na baczność dron kontrabasowy Rosso, zapadające w pamięć interwały i przeszywające wybrzmiewanie kieszonkowej trąbki Almeidy, wreszcie barokowe i zabawne eksploracje Cirery z przedmiotami systematycznie umieszczanymi w tubie saksofonu, to wszystko dodane do fascynującej akustyki kościoła Espírito Santo (… ), stworzyły crescendo napięć i skrzyżowań, ciszy i chaosu, ten piękny, kameralny moment, który mógłby doskonale podsumować i zilustrować podziw, którego wszyscy wtedy doświadczaliśmy w jednym z najbardziej nierealnych momentów najnowszej historii tego miejsca.”

https://multikultiproject.bandcamp.com/album/the-caldas-concert-live-at-igreja-do-esp-rito-santo



 

Z kolei z numerem 028 odnajdujemy album „A Tiny Bell and Its Restless Friends” nagrany w Barcelonie, w składzie trzyosobowym. Dwóch wyśmienitych lokalsów – nieustannie preparujący instrument, saksofonista altowy i barytonowy Don Malfon (Alfonso Muñoz) oraz mistrz „no drumming percussion” Vasco Trilla – spotykają tu swojego szwajcarskiego kolegę, gitarzystę, którego brzmienie i struktura frazowania zdają się być całkowicie osobne i niespotykane w tej części cywilizowanego świata – Floriana Stoffnera. Nic zatem dziwnego, iż z tego studyjnego spotkania (pod czujnym, realizatorskim okiem samego El Pricto!) powstał album niezwykły. Nazywa się dość zabawnie, ale zdaje się być mroczny i stawia pytania natury bardziej egzystencjalnej niż codziennego użytku. Gęsty, ale jakże swobodny, hałaśliwy, ale jakże skoncentrowany na pojedynczych dźwiękach. Podzielony na dziewięć odcinków, zdolny jest przykuwać naszą uwagę od pierwszej do ostatniej sekundy, mimo, iż trwa znacznie dłużej niż typowe dla intensywnej, całkowicie wyzwolonej improwizacji czterdzieści minut.

Dodajmy, iż dla Stoffnera album ten jest debiutem w spontanicznej serii. Malfon był tu obecny raz, w ramach orkiestry Memoria Uno, u zarania tej inicjatywny wydawniczej. Z kolei Trilla zalicza dziewiątą obecność w iberyjskim przedsięwzięciu Multikulti i Trybuny Muzyki Spontanicznej.

Albumowe liner notes napisała tym razem Anna Frey. Czytamy w nim m.in.:

„Każdy utwór na tym albumie zaczyna się inaczej, jakby muzycy za każdym razem startowali z nowego punktu wyjścia i przyjmowali nową perspektywę. Malfon, Stoffner i Trilla również wykorzystują ciągle zmieniające się, zaskakujące dźwięki, w dziedzinie których każdy z nich ma wyjątkowo bogaty repertuar. To, co pozostaje stałe, to ich wzajemne oddziaływanie. To trio sprawia wrażenie, jakby było formacją istniejącą od dziesięciu lat. To niesamowite, bo nagranie zostało zarejestrowane podczas ich drugiego wspólnego spotkania. W niewymuszony sposób grają zawsze razem (….) Malfonowi, Stoffnerowi i Trilli udało się stworzyć zróżnicowany, zaskakujący, czujny, a przez to bardzo zabawny album.”

https://multikultiproject.bandcamp.com/album/a-tiny-bell-and-its-restless-friends

 

 

poniedziałek, 31 sierpnia 2020

Lisbon String Trio & Luis Lopes! Isotropy!


We wczesnomarcowy, przedpandemiczny koncert w Galerii Monumentalnej Lizbony, wchodzimy przy dźwiękach rezonujących strun, wpadając wprost w objęcia czterech instrumentów, które kreują naprzemiennie posuwiste i urywane frazy. Całość narracji sprawia wrażenie ciszy przed burzą. Struny mniejszych instrumentów (altówka, wiolonczela) zdają się śpiewać niczym dęciaki w locie wnoszącym, tych większych zaś (kontrabas, gitara) czynią drobne pląsy pizzicato, ale nie stronią też od sumiastych zygzaków arco. Mała kameralistyka z lekko zabrudzonym brzmieniem, która potrzebuje ułamka sekundy, by wpaść w kolektywny taniec pełen dobrych i złych emocji. Jeszcze przed upływem 4 minuty flow zagęszcza się, a zadziornym frazom i bystrym reakcjom nie ma już końca. Akustyczna gitara Lopesa pierwsze dźwięki bardziej charakterystyczne dla tego instrumentu wydaje dopiero w połowie 5 minuty. Luis spokojnie czyta grę kolegów, wydaje się, iż posuwa się do przodu o tempo wolniej, ale już po kilku pętlach bez trudu wtłacza się we właściwy nurt emocji. Całość improwizacji nabiera kolorytu, raczej stroni od zachowań minimalistycznych. Kontrabas zdaje się tu dryfować nieco post-jazzowo, gitara szuka inspiracji bardziej klasycyzujących, ale za to viola & cello rozrabiają na całego – free chamber as well! Po wybiciu 12 minuty opowieść nieznacznie spowalnia i przenosi nas w otchłań deep & dark sounds. Małe drony, skromne smagnięcia smyczkiem – narracja schodzi na sam dół i pięknie tłumi się przy kojących dźwiękach wprost z gryfu gitary. Tuż potem kontrabas proponuje garść post-barokowych koincydencji, nastrój jednak nie siada, bo mniejsze strunowce wciąż harcują na potęgę, co więcej – gitara idzie wraz z nimi! W efekcie tego, w okolicach 15 minuty śmiało odnotować możemy prawdziwą erupcję ekspresji. Każdy z muzyków zdaje się tu tracić zmysły w innym tempie, co dodaje opowieści dodatkowego uroku. Po chwili wszyscy, na ostatnim niemalże oddechu, wchodzą w fazę dronową, która trwa zdecydowanie więcej niż kilkanaście sekund. Sygnałem do dynamicznego finalizowania pierwszej części koncertu jest ekspresyjna szlifierka strun na gryfach altówki i wiolonczeli. Choć gitara i kontrabas przez moment zgłaszają votum separatum, kwartet szybko osiąga stan małej burzy z piorunami i dobrze gaśnie po upływie 26 minuty.



Drugi set samotnie zaczyna gitara. Spokojna i łagodna opowieść napotyka na rezonujące struny, tudzież zmysłowe parsknięcia i szarpnięcia. W gardłach mniejszych strunowców znów zdaje się rodzić śpiew! Kontrabas kontrapunktuje wyjątkowo masywnym smyczkiem, a gitara ewidentnie szuka zaczepki. Bardzo swobodne chamber, pełne rozterek i dramaturgicznych dylematów, które leją się muzykom przez ręce, choć czeka na nowe rozdanie, niepostrzeżenie nabiera jednak rozmachu. Mała filharmonia emocji, napiętych strun i posuwistych westchnień. Cello & viola znów dostają ataku adhd! Kontrabas mruczy jak niedźwiedź, a gitara frazuje post-classic. Ów mały, ale jakże uroczy chaos kompozycyjny pcha muzyków ku jeszcze bardziej aktywnym działaniom. Po chwili mamy wrażanie, iż każdy instrument fermentuje dobrą kreacją! Owo improwizowane rozchełstanie prowadzi nas krętą drogą do efektownego finału. Nie brakuje w nim kilku smutnych fraz i … dużych emocji (cello!). Całość gaśnie jednak w mgnieniu oka, przy pełnej jednomyślności dramaturgicznej.

 

Isotropy (Creative Sources, CD 2020). Lisbon String Trio: Miguel Mira – Wiolonczela, Alvaro Rosso – kontrabas i Ernesto Rodrigues – altówka oraz Luis Lopes – gitara akustyczna. Nagrane 7 marca 2020 podczas Small Format Materials Festival, Galeria Monumental, Lizbona. Dwie improwizacje, łącznie 39 minut i kilkadziesiąt sekund.

 

wtorek, 24 marca 2020

Lisbon String Trio! Sediments & Rhetorica!


Ernesto Rodrigues (altówka), Miguel Mira (wiolonczela) i Alvaro Rosso (kontrabas) powołali do życia Lizbońskie Trio Strunowe cztery lata temu, edytorsko zaistnieli zaś w roku 2017, gdy udostępnili światu od razu sześć albumów (bodaj o jednym z nich pisaliśmy na tych łamach). Kolejne epizody dostarczali wielbicielom kameralnej, swobodnej improwizacji dość regularnie, jakkolwiek z nieco mniejszą częstotliwością. W sumie doczekaliśmy się jak dotąd dwunastu płyt tria, przy czym aż w jedenastu przypadkach były to edycje trio +1.  Wydawcą wszystkich płyt w formacie CD jest – co z zrozumiałe – Creative Sources Records.

Rok 2020 Lisbon String Trio otwarli płytą Sediments, którą nagrali z gościnnym udziałem jednego z naszych ulubionych, iberyjskich drummerów Gabriela Ferrandiniego. Rok poprzedni zaś zamknęli płytą Rhetorica z udziałem innego członka słynnego RED Trio, pianisty Rodrigo Pinheiro. Właśnie o tych dwóch płytach chcemy Wam dzisiaj opowiedzieć.




Sediments, November 18th 2019 live at O'Culto da Ajuda, Lisbon, the Creative Fest XIII, 31:34

Perkusyjne otwarcie - liczeni krawędzi, sprawdzanie jakości naciągu membrany na werblu – i szmer na strunach altówki łagodnie wprowadzają nas w klimat koncertu. Ferrandini od pierwszych chwil szuka narracji, ale póki co, raczej tonie w ciszy oczekiwania. Struny wydają pojedyncze fonie dla podkreślenia owego stanu dramaturgicznego napięcia. Jednak już po 2 minutach śmiało możemy ogłosić, iż narracja została uformowana. Free chamber czynione jest w tempie dalekim od typowego slow motion, w czym zasługa głównie nadaktywnego drummera, która nie pozwala na sekundę zawahania. Następujące po kilku minutach pozorne zejście w obszar ciszy zdaje się być jedynie pretekstem do wzrostu dynamiki opowieści. Gabriel stymuluje i napędza flow, kameralna zaduma, to nie jest jego naturalne środowisko. W 8 minucie na gryfie kontrabasu pojawia się smyczek, dając sygnał do drobnego, barokowego spowolnienia. Tło trzyma jednak … dynamiczny taniec pałeczek perkusyjnych na talerzu. Prawdziwa cisza spowija nas na moment po kolejnych dwóch minutach. Struny oddychają spokojnie, a Gabriel liczy misy i małe talerzyki, które zabrał ze sobą na koncert. Kind of dark chamber in slow motion as well! – notuje bystry recenzent. W upływie 13 minuty viola zaczyna harcować, ale pozostałe smyki trzymają ją w ryzach dramaturgii. Deep drumming wzmaga nastrój tajemniczości. Rozkołysane chamber z czasem nabiera jednak pewnego rodzaju dynamiki – dobre expo staje się udziałem szczególnie altówki. Po 18 minucie łyżkę jazzu i swobodnego drummingu dorzuca Ferrandini. Strunowce w komentarzu kolebią się od prawej do lewej i wiszą w błyskotliwym suspendzie

Ponowne pojawienie się smyczka na gryfie kontrabasu stanowi kolejny stempel jakości. W 23 minucie tempo delikatnie rośnie, co w dużej mierze jest skutkiem aktywności aktówki i perkusji. Nie na długo jednak, albowiem narracja znów staje w miejscu i cudownie rozbrzmiewa - raz rozkwita, innym razem tuli się w wielobarwne pąki. Perkusyjne szczoteczki w galopie, to następny pomysł Gabriela, który doprowadza jednak narrację na skraj … kolejnej ciszy. Pojedyncze struny altówki drżą, te z wiolonczeli płyną wąskim strumieniem. Zwinne szczoteczki, dźwięczne talerze, a także mała polerka strun budują finałową część koncertu. Perkusja w pełnym rozkwicie i lekko zwieszone strunowce kreują zjawiskowe zakończenie, które ma swoje tempo, ale czynione jest delikatnie, niemal na palcach. Brawo!




Rhetorica, July 4th 2018 live at Timbuktu studio, Lisbon, 50:39

Pojedyncze dźwięki klawiszy, strun, smyczków, mała, jakże kameralna rozgrzewka, w trakcie której każdy z instrumentów frazuje odrobinę inaczej. Struny wyswobodzone ze schematów, klawisze piana bardziej w klasycznej toni. Skupienie, któremu towarzyszy wewnętrzny niepokój, aura tajemniczości. Narracja systematycznie narasta, bardzo kolektywnie, z dbałością o niuanse brzmieniowe, rodzaj free chamber z post-jazzowym zębem. Na finał pierwszej z czterech zaplanowanych historii piękne expo ze strony altówki. Introdukcja drugiego epizodu odbywa się na lekkich strunach, przy wtórze deep piano – wszystkie wszakże reakcje na zaciągniętym ręcznym. Filigranowa, ale i mroczna opowieść. Znów perełki na gryfie altówki, piano, które brzmi jak czwarty strunowiec, wreszcie szelest swobodnych preparacji. W drugiej części opowieści nadchodzi czas na smukłe drony wprost ze strun, rodzaj delikatnych macanek z ciszą. Powrót do dynamiki czyniony jest po mistrzowski, przy perfekcyjnej komunikacji. Na finał muzycy stąpają na placach, produkując niemal metafizyczne, mikroskopijne fonie!

Trzecia opowieść budzi się przy pojedynczych frazach klawiszy, a struny akcentują swoją obecność dokładnie w tej samej konwencji. Po chwili piano zapuszcza jazzowego bakcyla, kusi, ale altówka, wiolonczela i kontrabas zachowują bezpieczny dystans. Flow cudownie faluje – od kameralistyki do open jazzu, od open jazzu do kameralistyki. Świetna dramaturgia! Pianista wydaje się ustanawiać tu zasady, pięknie towarzyszy mu alcista, a pozostali muzycy bystrze reagują. Równie błyskotliwa jest kolejna faza – krok ku dynamice, półgalop, w którym muzycy są precyzyjni i dosadni, podobnie jak to miało miejsce w okowach ciszy. W drugiej części najdłuższej historii, garść jazzu spod klawiszy, w komentarzu zaś strunowym moc zmyślnych preparacji, co tworzy intrygujący dysonans estetyczny. Krok do przodu, dwa kroki do tył, raz szybciej, raz wolniej - what ever we want! Gdy piano płynie po klawiszach, strings budują drony, gdy piano postawi na kreatywny minimalizm, te drugie, każde ze smykiem, doprowadzą opowieść do zakończenia wyjątkowej urody.

Wreszcie finał owego studyjnego koncertu – mocne uderzenia w klawisze, szorowanie przedmiotem o przedmiot, dźwięki nad wyraz głośne, jak na kanony tego spotkania. Metoda call & responce – ta jedyna zawsze ma rację bytu! Chamber na wolnym wybiegu, gdy swobodny jazz stoi u bram! Kolejne smyczki stawiają stemple barokowego piękna, piano aktywizuje ruchy. Dynamiczny finał może zaskakiwać, ale zdaje się być najwłaściwszym wyborem artystów. Na koniec definitywny schodzą w mrok wyjątkowo tajemniczej kameralistyki. W roli gaszących światło, smukłe, drobne smyki.


Podziękowania dla Krzysztofa za udostępnienie nagrań!


sobota, 23 lutego 2019

Zyft! Pareidolia! Rowden! Sobanski! Wachtelaer! Schindler! S. Araw Trio XIII! Welf Dorr! The winter collection of a new music, quite fresh and not fully recognized!


Wyczekiwanie na wiosnę, jak co roku, jest niezwykle wyczerpującym zajęciem. Jak powszechnie wiadomo, świat nie należy do ludzi cierpliwych. Czas zatem poczynić stosowne gusła, obrządki i inne czyny nieczyste, by ściągnąć na nasze głowy odrobinę witaminy D.

Na Trybunie mamy kilka swoich sprawdzonych metod. Jedną z nich jest zbiorówka recenzji płyt, które pełne są mniej rozpoznawalnych osobistości świata muzyki improwizowanej, siejących stylistyczne wolty i dostarczających moc nie do końca posłusznych dźwięków.

Zapraszamy do odczytu i odsłuchu nowych nagrań, jakie w trakcie minionych kilku tygodni pojawiły się w redakcyjnych odtwarzaczach. Niektóre zagościły w nich na chwilę, inne na kilka chwil. Jedne są krótsze, inne dłuższe – ale zasada, iż nieprzegadanie improwizacji podnosi jakość nagrania potwierdza się w całej rozciągłości! Uwaga - znów musicie zapamiętać kilka ciekawych nazwisk!

Jeszcze słowo o marszrucie. Zaczynamy w Amsterdamie. Potem Portugalia, Nowy Jork, Zjednoczone Królestwo, Belgia, Niemcy i ponownie Wielkie Jabłko. W tym tyglu muzycznych emocji dwa drobne akcenty krajowe, czynione wszakże na obczyźnie.




Zyft  ‎Midnight Tea Suite (Creative Sources, CD 2019)

Startujemy sesją nagraniową, która miała miejsce w maju ubiegłego roku, w północnym Amsterdamie. Funkcjonujące artystycznie od kilku lat trio Zyft rejestrowało wówczas swoją pierwszą płytę. W studiu znaleźli się, całkiem już z nami obeznani, Ziv Taubenfeld na klarnecie basowym i Henk Zwerver na gitarze oraz debiutująca na tych łamach Maya Felixbrodt na altówce. Sześć swobodnych improwizacji, niewiele ponad 32 minuty muzyki.

Zyft - intrygujące trio, które łączy gatunki, pokolenia muzyków, wstrząsa i miesza, finalnie dostarczając moc dalece błyskotliwych przeżyć artystycznych. Gitara Henka zdaje się znać całą historię jazzu, swobodnej improwizacji, a pewnie i rocka, a nawet bluegrassu. W jednym ciągu improwizacji Zwerver potrafi brzmieć jak Derek Bailey i Django Reinhardt. Klarnet basowy Ziva ma masywny tembr, ale bez trudu pląsa na dużej wysokości, bywa wstrzemięźliwy w okazywaniu emocji, ale zawsze idealnie wyczuwa moment, gdy trzeba zaatakować. Wreszcie Maya i jej doprawdy szalona altówka. Wybuchowa mieszanka kwaśnej kameralistyki, wytwornej sonorystyki, do tego polot, bystry umysł i artystyczna niepokorność wobec męskiej części tria. Narracja toczy się na płycie na ogół warto, jest gęsta od dźwięków, ale jednocześnie lekka, zwiewna, czasami tajemnicza. Od czasu do czasu kąsa semicką kolorystyką.

Na starcie płyty gitara plecie semi-jazzowe frazy, altówka sonoryzuje w tańcu, a klarnet śle drony w dalekim tle. Skupienie, precyzja, skrupulatność i dbałość o pojedynczy dźwięk. Także kocia zwinność w zakresie przechodzenia w stan wzmożonego napięcia dramaturgicznego. Drugi opus lśni bystrym galopem, czynionym z saperską niemal dokładnością. Trzeci – prawdziwa perła! – konsumuje trzy solowe ekspozycje, klejone soczystymi frazami kolektywnej eksplozji. Najpierw skrzy się niezwykłym intro like modular string, potem klarnetowym expose godnym mistrzów gatunku, wreszcie gitarowym rezonansem, z którego wyłania się krótka opowieść o całej historii gitarowego jazzu. Czwarta opowieść rodzi się w mroku i ciszy. Altówka brzmi wręcz barokowo, budzi męską część załogi do figlarnych eskalacji. W mgnieniu oka, studio spowija już jedynie mgliste wspomnienie początkowej ciszy. Szefem piątej improwizacji jest zdecydowanie klarnet basowy. Buduje drony, przedrzeźnia się z altówką, kontrapunktuje gitarę. Gatunkowy melting pot, aż do rozpalenia pełnego płomienia. Finał tej smakowitej płyty, który trwale ledwie 2 minuty z sekundami, jest swoistym podsumowaniem poprzednich trzydziestu. Małe, urywane frazy, zmysłowe call & responce, narracja gęsta od dobrych dźwięków!
  



Pareidolia  Selon le Vent (JACC Records, CD 2018)

Zacne Salão Brazil w Coimbrze i trójka muzyków: João Camões – altówka, Gabriel Lemaire – saksofon altowy i barytonowy, klarnet altowy oraz Yves Arques – fortepian. W drugim secie do tria dołącza Alvaro Rosso – kontrabas. Późna wiosna 2016, formacja ma nazwę własną Pareidolia, a skupiony odsłuch swobodnych improwizacji tria i kwartetu zajmie nam łącznie 30 i pół minuty.

Trzyosobowy koncert spływa z silnie sonoryzujących strun altówki i tuby saksofonu. Piano drzemie w ciszy, potem w skromnej preparacji. Narracja w formie slow & dron, ale dość gęsta, z akcentami percussion z pudła fortepianu. Efektowne, ciekawie akustycznie, wycieczki w kierunku współczesnej kameralistyki - chamber in motion, clearly improvised. Niebanalny dialog strun na gryfie i strun w pudle, nieco wycofany saksofon. Zwinne pasaże altówki, bystra kipiel w tubie, kilka zaskoczeń w dziedzinie preparacji. Szczególnie doskonała zdaje się 13 i 14 minuta seta.

Od pierwszej sekundy seta drugiego wiemy, że do zabawy podłączył się kontrabas. Początkowo, oparty o smyczek, zmysłowo skwierczy. Altówka wchodzi z nim w kameralistyczny dyskurs estetyczny. Przy wsparciu preparowanego ponownie piana, robi się z tego mała burza z piorunami, rodzaj święta wiosny, ale na molowo. W 9 minucie ma miejsce pewien zwrot stylistyczny, który pięknie eksponuje powszechnie znaną tezę, iż lepsze jest wrogiem dobrego. Kontrabas podejmuje jazzowe frazowanie i mimo, iż reszta nie rzuca od razu miłości do chamber, narracja delikatnie dynamizuje się i traci na atrakcyjności. Najpierw jest to krok wręcz free jazzowy, potem zaś – po skromnym wytłumieniu - muzycy otwierają szeroką bramę do estetyki oczywistości ala ECM i czar definitywnie pryska. Wóz improwizacji ciągnie kontrabas i piano. Powrót saksofonu i altówki na ostatnie 120 sekund niewiele już zmienia w odbiorze całości.




Zach Rowden/ Jarrett Gilgore/ Ian McColm  First Lapse (Raw Tonk Records, CD 2019)

Przenosimy się za wielką wodę. Nowojorski fyrtel zwie się Annandale-on-the-Hudson, a w środku odnajdujemy trójkę muzyków, których personalia mówią nam, póki co, dość niewiele: Zach Rowden – bas bezprogowy plus preparacje, Jarrett Gilgore – saksofon altowy oraz Ian McColm – perkusja i perkusjonalia. Lato roku 2017, pięć improwizacji, znów 30 i pół minuty na wyświetlaczu w opcji full time.

Pierwsza pomyłka, to ciekawy przykład free jazzu z bardzo oryginalnym użyciem basu bezprogowego, który pozostaje niemal bez przerwy w stanie intensywnych preparacji, głównie za pomocą smyczka. Towarzystwo ma równie frapujące: saksofon altowy, który niebanalnym i szorstkim brzmieniem, mocno osadzonym w historii gatunku, chętnie wchodzi w śpiewne i rytmicznie powykręcane strumienie dźwięków (często niczym Jemeel Moondoc), wreszcie gęsty, precyzyjny drumming, często akceptujący bijące serce stopy na bębnie basowym (kłania się Tom Bruno i jego legendarny Test).

Płyta zaczyna się brudną, bardzo gęstą narracją, która wykazuje silne ciągoty w kierunku samoeskalowania się. I tak dzieje się – uprzedźmy wypadki – w każdym utworze. Sytuacja sceniczna jest następująca: bas grzmoci, rzęzi i szeleści, perkusja pozostaje w stanie mocnego progresu, a alt często brnie w taniec. Drugi fragment zaczyna się dużo spokojniej, ale i on łapie odpowiedniego dryla! Okazuje się, iż zmysłowe schodzenie w ciszę, za pomocą niskiego drona ze smyka, to także kompetencja tego tria. W czwartym odcinku odnajdujemy ciekawy dialog altu i basu na tle rozgrzanych talerzy. Udana wycieczka w kierunku nieoczywistej sonorystyki. Zwinny, wewnętrznie kompatybilny pokaz czerstwego piękna. Finałowa fraza rodzi się głęboko w tubie altu - syczenie, szelest i rezonans. Obok dudnienie basu, jako zaczyn niebanalnej meta ballady, które wybrzmi smakowitymi dronami. First Lapse - trzydziestominutowy konkret, żadnego zbędnego dźwięku.




Sobanski/ McMurchie/ Lash/ Orrell  For All the Obvious Reasons, Live (European Improvisation Scene, DL 2018)

Powrót od Europy, przed oblicze Zjednoczonego Królestwa i tamtejszy kwartet z istotnym akcentem polskim: Mariusz Sobański – gitara, Jake McMurchie – saksofon, Dominic Lash – kontrabas, Tony Orrell – perkusja. Ubiegłoroczne nagranie z oklaskami trwa godzinę zegarową z sekundami, składa się zaś z trzech improwizacji. Jesteśmy w Bristolu, w ramach serii koncertowej, odbywającej się w Klubie Exchange.

Koncert otwiera wielosekundowy, ambientowy dron, generowany – jak domniemujemy - przez amplifikatory gitary i saksofonu. Po podłączeniu się wszystkich instrumentów, muzycy serwują nam post-rockowe intro, które buduje płynna gitara w estetyce psycho-post-fussion, barytonowe pomruki, aktywny drumming i kontrabas z gęstą powłoką niskich dźwięków. Narracja toczy się od jednego spiętrzenia do drugiego. Każdy zwrot dramaturgiczny dźwiga na swoich barkach silny kontrabas, który po zwinnej rekapitulacji, proponuje nowy potok improwizacji. Chwilami stara się on zgubić rockową powłokę całości, jest nawet skłonny swingować z perkusją. Votum separatum pozostałych instrumentów w tej kwestii prowadzi, od czasu do czasu, do drobnych dysonansów estetycznych. Muzyka toczy się wartko, jakkolwiek nie sposób nie zauważyć pewnego stylistycznego rozgardiaszu. Z jednej strony Lash i jego free jazzowe wręcz ciągoty, z drugiej Sobanski i silne parcie w kierunku post-rocka i ambientowej psychodelii. McMurchie w takich sytuacjach raczej pozostaje na uboczu i nie wchodzi w interakcje. Najmniej wątpliwości zdaje się mieć Orrell, który bębni na temat i trzyma w ryzach rozwój sytuacji na scenie.

Dalece ciekawiej robi się w dalszej części koncertu. Fragment drugi rodzi się w otchłani kontrabasowych preparacji i talerzowej ornamentyki. Gitara intrygująco szumi, szary ambient zdaje się być także udziałem saksofonu. Pójście w funkową dynamikę, być może akurat teraz, nie należy jednak uznać za rozwiązanie optymalne. Ostatnią część koncertu otwiera saksofonista. Wspiera go smyczek uczepiony dolnej części gryfu kontrabasu. Perkusjonalne akcenty plus kilka kropel psychodelii z gitary buduje nam flow, który zdecydowanie karze wskazać go najlepszym momentem koncertu. Płynna lawa, szklisty półtrans, funkowy walking kontrabasu w ramach komentarza, suche plamy wprost z tuby saksofonu. Sam finał nadchodzi dość niespodziewanie.




Mark Bogaerts/ Alec Ilyine/ Dirk Wachtelaer  Siglow Is The Place  (bandcamp, DL 2018)

Wpław przez kanał i jesteśmy w Belgii, być może nawet jest już wtorek. Trio z udziałem perkusisty Dirka Wachtelaera (także obiekty), który systematycznie dostarcza nam nowej muzyki. Obok niego: Mark Bogaerts – głos, saksofon altowy, gitara elektryczna oraz Alec Ilyine – gitara elektryczna lub basowa. Bardzo świeża rejestracja studyjna (Bruksela, listopad 2018). Sześć improwizacji z tytułami, prawie 65 minut.

Dynamiczny początek, wyznaczony przez rockowe intro, free jazzowy saksofon i konsekwentny, precyzyjny drumming. Gęsta, rwana narracja, klimaty fussion i dobrego jazz rocka. Ciekawa gitara, która bez trudu odnajduje wątki psychodeliczne, zwinnie tłumiąc emocje całego tria. Drugi fragment pokazuje, iż muzycy nieźle radzą sobie w cichej sytuacji sonorystycznej, już bez saksofonu, w filigranowym, iście diabelskim marszu pogrzebowym. Jak na skład trzyosobowy, instrumentarium jest dość bogate i w skończonej liczbie przypadków muzycy robią z tego właściwy użytek. W rozbudowanej, kilkunastominutowej, trzeciej improwizacji odnajdujemy intrygujące zestawienie mikro drummingu z ambientowymi wyziewami gitar, z odrobiną kwasu pomiędzy strunami. Jest i szczypta elektroakustycznych zdobień. Intruzem zdaje się tu być jedynie próba slajsowania dźwięku przez jedną z gitar, która zdaje się pasować do całej narracji, niczym pięść do nosa. Szczęśliwie muzycy po 13 minucie łapią zdrowy trans i wychodzą z pata dramaturgicznego obronną ręką.

Kolejne trzy improwizacje toczą się warto, nie brak w nich zdrowych, soczystych wymian dźwięków i zwinnych interakcji. W czwartym dobrym rozwiązaniem jest niemal punkowe przyspieszenie, a po nim głębokie zanurzenie w tłustą psychodelię. Początek piątego utworu nie stroni od zbędnych dźwięków, trochę przypomina The End Doorsów, tuż po wyjściu z dżungli. Finał tej części zdaje się ociekać rockową ekspresją – solówkami gitar i rozbudowanymi partiami perkusyjnymi. Pieśń pożegnalna trzyma klimat psycho and dark ambient, który zupełnie niepotrzebnie komentowany jest werbalnie przez gitarzystę. Jak to już bywa w przypadku muzyki, jaką zasyła nam Wachtelaer – moc dobrych, nawet bardzo dobrych fragmentów i brak stosownej autocenzury w zakresie post-produkcyjnej redukcji mniej udanych fragmentów improwizacji. Okrojenie płyty do trzech kwadransów doskonale podniosłoby ocenę całości.




Catherine Smet/ Dirk Wachtelaer Improvisations (Creative Sources, CD 2018)

Pozostajemy w towarzystwie Dirka Wachtelaera, ale dość radykalnie zmieniamy klimat improwizacji. Tym razem duet z pianistką Catherine Smet. Studyjne nagranie z maja ubiegłego roku. Dziewięć improwizacji, godzina zegarowa i pół minuty.

Improwizacje, to przykład jazzowej kameralistyki, którą niechybnie kojarzyć możemy z klimatami ECM, co na tych łamach nie bywa poczytywane za komplement. Dobra, precyzyjna, bogata brzmieniowo praca perkusisty i stonowana, chwilami ocierająca się o minimalizm, pianistka (zdaje się, że klasycznie kształcona), która zdecydowanie preferuje klawiszowe pasaże niż zanurzanie się w głąb instrumentu i uprawianie preparacji. W toku całej, znów niezbyt krótkiej płyty, intrygujące dźwięki perkusji, bywają często konsumowane przez dość przewidywalną pianistykę, a całość narracji toczy się w kierunku improwizowanego chill-outu, gdzie dźwięki zdają się być bardzo przyjazne dla ucha, ale nie intrygują intelektu słuchacza.

Dość wszak utyskiwania nad oglądem całości, poszukajmy pozytywów, których nie brakuje na płycie. W pierwszej części uwagę przykuwa bardzo skrupulatna i czuła na niuanse brzmieniowe gra Dirka, chwilami udanie nawiązująca do stylistyki Rogera Turnera. W trzeciej wypada pochwalić Catherine, która ciekawie repetuje, stawiając na konsekwentny minimal. W piątej i szóstej improwizacji dominuje jazzowa kameralistyka, nawet z pewną dozą dynamiki. Już jednak dwa kolejne odcinki przenoszą nas w świat wyważonego, skupionego drummingu i fortepianu, który chytrze chowa się za fakturą talerzy i czyni nastrojowe, niebanalne, na poły tajemnicze pasaże, delikatnie zahaczające o obszar preparacji. Podobnie zachowuje się perkusista, a recenzent śmiało oznacza ósmą improwizację, jako najlepszą na płycie. Sam finał nagrania jest powrotem do bardziej dynamicznego, jazzowego frazowania i konwencjonalnej pianistyki. 




Udo Schindler/ Georges-Emanuel Schneider/ Gunter Pretzel  Rhizome (Creative Sources, CD 2018)

Krok na południowy wschód i meldujemy się w Monachium, by dwukrotnie pochylić się nad najnowszymi dokonaniami niemieckiego klarnecisty i saksofonisty Udo Schindlera, który zdaje się być już stałym uczestnikiem naszych okresowych zbiorówek. Zaczynamy od dalece frapującego tria Rhizome, który udanie łączy świat swobodnej improwizacji i współczesnej kameralistyki, także tej głęboko osadzonej w filharmonicznych gmaszyskach. A zatem Gunter Pretzel na altówce, Georges-Emmanuel Schneider na skrzypcach (plus live electronics) oraz Udo Schindler na klarnecie basowym, saksofonie sopranowym i euphonium (zwanym także tubą tenorową). Spotkanie koncertowe miało miejsce w monachijskiej At Gallery ar Toxin pierwszego dnia marca roku ubiegłego. Muzycy improwizowali, w oparciu o pewne ustalenia przedprodukcyjne. Pod dłuższymi improwizacjami podpisała się cała trójka muzyków, pod krótszymi – Schneider (druga) oraz Schindler (czwarta). Całość trwała godzinę zegarową i kilkadziesiąt sekund.

Dłuższe, tytułowe improwizacje (First & Second Rhizome) bazują na strunowych ekspozycjach, które w wielu momentach uroczo topią się w sonorystyce, szczególnie jeśli chodzi o altówkę. Skrzypce zdają się mieć podobne zadania, ale ponieważ muzyk operuje także w zakresie live electronics, czasami efekty jego działań bliższe są elektroakustyce, zawierają także akcenty perkusjonalne. Funkcjonujący na środku sceny Schindler udanie łączy flankowe ekspozycje strunowców, na ogół operuje na saksofonie sopranowym, tworząc rodzaj dramaturgicznego kręgosłupa improwizacji. Dobywa z tuby dęciaka sploty intrygujących dźwięków, brzmi ciekawie i niebanalnie. Na flankach zaś dzieją się prawdziwe cuda. Altówka potrafi zmysłowo pohałasować, skrzypce brnąć w plamy godne jazzowego wręcz fussion. Choć osadzone we współczesnej kameralistyce, raz za razem ostrzą sobie narrację bystrymi zadziorami. Podobnie kontrapunktujący bywa klarnet basowy, który włącza się do gry sporadycznie, ale skutecznie wtedy porządkuje narrację i wprowadza elementy tłumienia gotujących się emocji. W następnej rozbudowanej improwizacji (trzeciej na płycie), muzycy zdają się być jeszcze bardziej skrupulatni, a ich ekspozycje definitywnie filigranowe. Drony, małe dźwięki godne mistycznego posmaku cichej filharmonii. Szumy dęciaka, śpiew strunowców, kind of acid chamber! Mocne zmiany daje w tej części także klarnet basowy.

Nieco odmiennie kształtują się dwie pozostałe, krótkie improwizacje autorskie. Odcinek Schneidera, co nie dziwi, stanowi pasaż elektroakustycznych incydentów, który zdobią suche, sonorystyczne ekspozycje altówki, z dęciakiem, który zdecydowanie pilnuje dalekiego tła. Finałowa część koncertu grana jest przez Schindlera na euphonium. Groźna meta tuba kreśli zwinne pętle, stanowiąc przy okazji doskonałe intro dla płyty, którą omówimy poniżej.




Udo Schindler  ‎Pneuma_Extreme  (Confront , CDr 2018)

Słowo się rzekło, czas na czternaście poematów solowych Udo Schindlera na klarnet kontrabasowy! Live recordings zarejestrowane w miejscu zwanym Salon für Klang+Kunst in Krailing, w 2016 roku.  Czas niezbędny na skupiony odsłuch, to 35 minut i kilkanaście sekund.

Pneuma_Extreme, to bardzo interesujące, choć nieco akademickie ćwiczenie na niebanalne wydawanie dźwięków z instrumentu o gabarytach małego słonia! Wrażeń akustycznych pozostawia wszakże bez liku. Spróbujmy zatem wszystkie je zgrabnie wylistować.

Na wejściu zdaje się, że słyszymy dwa klarnety kontrabasowe. Jeden frazuje, drugi ripostuje, a po jakimś czasie… pojawia się trzeci i płynie wartkim strumieniem. Drugi poemat rodzi się w dronach. Czy tak duży instrument potrafi śpiewać i stąpać na palcach? Odpowiedź musi być twierdząca. Bogactwo brzmienia, godne Ornitology granego przez Anthony Braxtona na saksofonie kontrabasowym. Trzeci – rodzaj małego świdra, w połączeniu z niedźwiedzimi pomrukami. Zdaje się, że samo obcowanie z materią dźwięku może tu być intrygujące – choćby otwieranie i zamykanie dysz. Czwarty – brama do piekła, szorstka, dotkliwa polifonia. Koci śpiew, mysi chrobot. Piąty – perkusyjne klastery i drumming na glazurze tuby. Szósty – semicka pieśń pogrzebowa z zadziorami i kantami. Siódmy – … ciąg studenckich ćwiczeń. Ósmy – ryk maltretowanego wieloryba, wzmacniany przez artystę otworem gębowym. Dziewiąty – masywny … drum’n’bass! Dysze tańczą i śpiewają! Dziesiąty – bojaźń i drżenie, tłusta pulsacja. Jedenasty – znów percussion na dyszach plus biały szum. Dwunasty – rodzaj narracji outside/inside na bardzo krótkim dystansie. Zdaje się, że o instrumencie cbcl wiemy już wszystko! Trzynasty – poszukiwanie ciszy na bardzo dużej wysokości. No i czternasty – tygrysie pląsy, mlaskanie, cmokanie i garść szumu z wyjątkowo suchych dysz. Jakże dużo wrażeń z krążka, który trwa niewiele ponad dwa kwadranse.




S. Araw Trio XIII  ‎Activated Clown  (NNA Tapes, Kaseta 2018)

Po krwistej surowiźnie niemieckiego free improv, definitywnie zasłużyliśmy na odrobinę relaksu. Odnajdziemy ją z muzykami amerykańskimi oraz muzykiem z Polski (prawdopodobnie jesteśmy po drugiej stronie Wielkiej Wody). Pod niezwykle tajemniczą nazwą S. Araw Trio XIII oraz jeszcze bardziej zaskakującym instrumentarium, kryją się: Cameron Stallones – Fender Rhodes, Yamaha DX7, gitara, John Leland – Vdrum-kit, perkusjonalia oraz Tomo Jacobson – Ribban Controler, Yamaha TQ5. Na kasecie znajdujemy dwa utwory (kompozycje? improwizacje?), które trwają łącznie 52 i pół minuty.

Activated Clown, to bystra, swobodna i dalece niebanalna muzyka w estetyce electro, pełna elementów improwizacji, rodzaj bardzo bogato instrumentalizowanego post-techno. Mająca swój nieco nerwowy rytm, niestroniąca od strumieni meta melodii, ale raczej nieprzewidziana do tańca. Muzyka tworzona ze swadą, energią, pełna radości z samego faktu uprawiania materii dźwiękowej. Głównym, by nie rzec jedynym, żywym instrumentem zdaje się tu być gitara, wesoła, frywolna, plumkająca niczym konik polny po zroszonej łące. Narracja toczy się wedle reguł, które nie są do końca jasne. Powykręcana rytmika raczej stawia pytania niż udziela odpowiedzi. Nie brakuje skoków w bok, fonicznych didaskaliów, komentarzy odautorskich. Odnajdziemy w tej electro opowieści momenty udanego tłumienia narracji, drobiny odniesień po estetyki fussion, czy post-jazzu, wiele drogowskazów, które wskazują na dokonania elektroniki z przełomu wieków. Lista inspiracji byłaby zapewne długa, ale niemieckie wątki Jana Jelinka, czy Bernda Friedmanna winny tu paść bezwzględnie.

Jeszcze bardziej frapująca jawi się druga odsłona tria. Narracja staje się jeszcze bogatsza. Zdaje się, że nie słyszymy już trzech muzyków, ale całą orkiestrę (dodajmy, iż muzyka nagrana jest na żywo, czyli bez akcentów post-produkcyjnych, tak charakterystycznych dla sceny elektronicznej). Moc figlarnych ornamentów, podawana w tempie dość statycznym, raczej ku kontemplacji klimatu, nie zaś parkietowych podrygów.  Z czasem opowieść nabiera specyficznego oniryzmu, dostaje lekkiego transu, budowanego przez konsekwentną repetycję. Po 15 minucie robi się nawet dość hałaśliwie. Po 20 minucie, kind of soul-jazz-funk-electro. Dwa długie sety, budowane z mozołem i cierpliwością, zapewne nieznaną twórcom gatunku dwie dekady temu. Odnotujmy, iż na ostatniej prostej ciekawie aktywizuje się gitara. Prawdziwa wisienka na torcie!




Welf Dorr Unit  ‎Blood (Creative Sources , CD 2018)

Na finał dzisiejszej zbiorówki, kęs energetycznego electric jazzu, definitywnie już z Nowego Jorku! Postacią tytułową jest tu Welf Dorr, grający na saksofonie altowym i incydentalnie na klarnecie basowym, zaś wspierają go w formacji Unit: Dave Ross na gitarze elektrycznej, Dmitry Ishenko na gitarze basowej oraz Joe Hertenstein na perkusji. Krwawa płyta składa się z siedmiu kompozycji, w większości autorstwa lidera, trwa 43 minuty i 20 sekund, a została nagrana w okolicznościach studyjnych w 2014 roku.

Płytę otwiera utwór, który moglibyśmy określić, jako dynamiczną, jazz-rockową wariację na temat Lonely Woman Ornette Colemana. Sprawna sekcja, solidne improwizacje saksofonu i gitara, która zdaje się tu mieć najwięcej ciekawego do powiedzenia. Muzycy trzymają się jazzowego schematu temat/ improwizacje/ temat/ coda (z wariacjami), słucha się ich dokonań dalece sympatycznie, można od czasu do czasu coś zanucić i zwinnie potupać nogą. Czas odbiorcy mija bezstresowo, a my doskonale wiemy, że taką muzykę grało się w Wielkim Jabłku równie udanie ćwierć wieku temu (choćby formacja Lost Tribe, czy inne grupy związane stylistycznie z estetyką m-base). Jazz, rock, wiele akcentów funkowych i dramaturgiczna dominacja saksofonu i gitary (basówka gra bodaj jedno solo w trakcie całej płyty, perkusja chyba w ogóle). 

Nieco spokojniejszy zdaje się być numer trzeci, gdy Dorr sięga po klarnet basowy. Nie jedyny raz świetną zmianę daje tu rockowo brzmiąca gitara, która zwinnie pętli się i swawoli. Ta ostatnia także udanie eksponuje się w utworze piątym. Płytę kwartetu wieńczą dwie obce kompozycje. Najpierw James Blood Ulmer i szczypta dobrze zinterpretowanej harmolodyki, z ciekawą strukturą rytmiczną, potem zaś Mel Waldron i balladowy finał płyty, z ciepłym altem, znów niebanalną gitarą i dobrym flowem basu. Roztańczony, nawet rozmarzony jazz dla średnio wymagających.


piątek, 14 września 2018

El Pricto! Triplezero! Anticlan! Sly & The Family Drone! Peixe Frito! Wasteland! MIA! Kern! Total Improvisation Troop! Dalibert! The summary for last days of summer - big excitement guaranted!


Kalendarzowa jesień za pasem, szczęśliwie lato jednak nie odpuszcza. Trudno doświadczyć nudy. Także, w muzyce improwizowanej!

Dziś dziesięć płyt do odczytania. Jak zwykle mieszanka prawdziwie piorunująca – od grind rocka i doom metalu, po elektroakustykę i kojące dźwięki wprost z klawiatury fortepianu. A wszystko naznaczone piętnem improwizacji! Także kolejna porcja nowych nazwisk do zapamiętania. Dzień, jak co dzień na Trybunie!

Katalonia w prawdziwie demonicznym wydaniu, niebanalna Holandia, takaż Anglia, kwiecista Portugalia, szczypta Niemiec, Kanady i Francji. Let’s go and crazy!




El Pricto/ Diego Caicedo/ Javier Garrabella/ Vasco Trilla  Demonology (Discordian Records, 2018)

Wenezuelski saksofonista El Pricto, to prawdziwie renesansowa postać. Szef najważniejszego dla muzyki improwizowanej labelu Barcelony, Discordian Records, uwielbia literackie i artystyczne inspiracje dla muzyki, którą tworzy. Najnowsza pozycja w katalogu zwie się Demonology i jest kompozycją będącą pokłosiem … 72 demonów Ars Goetia, zaczerpniętych z siedemnastowiecznego dzieła The Lesser Key Of Salomon The King. Składa się z tyluż fragmentów, trwających od … 1 do 3 sekund. Muzycy układają z tych mikrofraz dłuższe, muzyczne wypowiedzi. Repetycje, permutacje, skróty i rozwinięcia – gęsta, usiana zasiekami, zdyscyplinowana improwizacja, prowadzona wg precyzyjnych wskazówek kompozytora.

Efekt kipi emocjami, a także precyzją i determinacją w zakresie wykonania koncepcji kompozytora. Dostajemy 25 minutową, dynamiczną, poszarpaną, multigatunkową ekspozycję, budowaną w estetyce, będącej krwistą mieszanką grind-core punk, noise rocka i free jazzu. Polecam szczególnej uwadze graficzny zapis tych mikrokompozycji! Zresztą same tytułu mówią już wiele: black metal, thrash metal, death metal, free, solo, slow doom metal, broken rhythm, blast, beat, grind core, hard core, short loops, latin, epic, extended technique, ha-ha-ha, short growl, drum fill i …żagań (pisane z polskimi znakami diakrytycznymi!).

Historia muzyki zwichrowanej w pigułce! Postmodernistyczna moc wielkiej kreacji - strzelisty saksofon altowy El Pricto, ostra, niemal doom metalowa gitara Diego Caicedo, elektryczny bas Javiera Garrabelli i mocna, zmysłowa perkusja Vasco Trilli. Gdybyśmy zechcieli poszukać całkiem współczesnej, muzycznej inspiracji dla Demonology, to trop może być tylko jeden – Naked City Johna Zorna.




Triplezero 000 (Binary Sorrow/ Antinomia Records, 2016)

Pozostajemy w stolicy Katalonii, ciągle jest z nami Vasco Trilla (perkusja, a także tabla). Obok niego Pablo Selnik na fletach (silnie amplifikowanych) i Denys Sans, odpowiedzialny za elektronikę. Muzyków wspomaga głosem Eric Baule. Formacja zwie się Triplezero. Płyta 000 nie jest może najświeższą pozycją edytorską, dotarła do nas jednak dopiero tego lata. Zawiera, bazująca na skomponowanym materiale, improwizowaną muzykę … death/doom metalową, tworzoną dokładnie przy pomocy instrumentarium, wymienionego wyżej. Przedrostka post możemy w odniesieniu do tej muzyki używać bez ograniczeń. Zajrzyjmy głębiej do tego szalonego przedsięwzięcia artystycznego.

Zaczynamy ścianą post-black metalowego hałasu. Atak dźwięków serwowany naprzemiennie z  pasmami niskiej, złej elektroniki, zdobionymi głosem typowym dla trawestowanego gatunku (teksty Selnika, inspirowane literaturą H.P. Lovercrafta, nie dla osób mniej tolerancyjnych obyczajowo i światopoglądowo). Rodzaj plemiennego rytuału inicjacyjnego. Być może także rodzaj gigantycznego żartu stylistycznego. Kolejne siedem utworów, to krótkie, niekiedy lapidarne perełki noise’ elektroniki z demonicznym głosem i doskonałą perkusjonalistyką Vasco. Slow metal drums, zgiełk fletu na dużym prądzie, brzmiący jak armia gitar elektrycznych, ołowiana elektronika, post-techno zasklepione w krypcie grobowca, interludia noise and industrial, robotyka wirtualnych maszyn, także minuta z czystym dźwiękiem … tabli. What ever you want! Kolejny żywy (i syntetyczny) dowód na monstrualny eklektyzm barcelońskiej sceny muzycznej.

Płytę wieńczy 17 minutowa pieśń tytułowa. Epicka w rozmachu, chwilami genialna w doborze artystycznych środków wyrazu. Pulsujący dron, repetycje, brudny, tłusty sound post-techno. Flet pod wysokim napięciem, elektroakustyka spod dłoni i stóp Trilli, bogata, ciągle zmieniająca się narracja. Wreszcie multiplikująca się tabla, która po 13 minucie, wspierana oniryczną elektroniką, prowadzi nas na pola niemal metafizycznego chill-outu. Na sam finał siarczysta post-elektronika w formie śmiercionośnej mantry. Płyta jedyna w swoim rodzaju, nagrana za pierwszym podejściem, bez post-produkcji!




Anticlan  Volcano Hour (Creative Sources, 2018)

Przenosimy się do Holandii. Na studiu nagraniowym 2/3 power improv trio Albatre (Hugo Costa na saksofonie altowym, Philipp Ernsting na perkusji) w towarzystwie gitarzysty Josué Amadora. Swobodna improwizacja pod nie byle jakim szyldem Anticlan i prawdziwie eksplozywnym tytułem. Dodajmy, obok wybuchów wulkanu, czekają nas także powolne strumienie stygnącej lawy.

Sześć niebywale intrygujących opowieści, zbudowanych przez dobry, uważny, gęsty drumming, gitarę z prądem, lontem do silnie avant-rockowego brzmienia i ze szczyptą zdrowej psychodelii pomiędzy strunami, wreszcie saksofon altowy, który świetnie się z nimi komponuje, choć nie ma zwyczaju wychodzenia przed szereg. Dalece swobodna wymiana dźwięków, lekko zaczepiona w estetyce free jazzu, niestroniąca od rockowych emocji, płynąca szerokim strumieniem od ciszy do hałasu i z powrotem.

Drugi i trzeci fragment skrzy się pięknym, wręcz medytacyjnym klimatem. Uroda gitary eksploduje – minimal deep improve! Amador nie waha się wkraczać w post-industrialną estetykę. W czwartym rośnie poziom decybeli, kind of true power trio. Znów gitara wywołuje wytrysk endorfin u recenzenta. Gdy zamilknie, para sax & drums pięknie ucieka we free jazzowy galop. Costa ma tu swoje pięć minut i perfekcyjnie z tego korzysta. W kolejnej piosence powraca quite stream, zdobiony ornamentami pulsujących strun, przedmuchanych dysz i konwulsyjnej pracy werbla i tomów. Sporo rockowej ekspresji, tu zbyt gwałtownie wyciszonej. Finał umila nam aktywny drumming, wokół którego koncentruje się niespokojny alt i szklista gitara. Świetna płyta!




Sly & The Family Drone  Live at Café Oto (Bandcamp?, 2018)

Mokry od potu karnawał chaosu! To nie jest bynajmniej epitet recenzenta, ale konstruktywna samoocena muzyków. Lubimy na tych łamach stylistyczną egzotykę, niepokorność i zdrowy hałas, zatem czym prędzej odkrywamy karty. Formacja Sly and The Family Drone, to na ogół duet: Matt Cargill – głos, efekty, elektronika i Callum Joshua Buckland – perkusja. Parę dni temu pisaliśmy o ich wspólnej płycie z Dead Neanderthals. Tym razem ich osobna, najnowsza produkcja – koncert z londyńskiej mekki free improve, czyli klubu Cafe Oto! Dwa półgodzinne sety.

Drapieżny, gęsty i bezkompromisowy melanż żywej perkusji i elektronicznych, hałaśliwych pasaży w dalece punkowej estetyce. Równie żywiołowa publiczność w klubie, zdecydowanie podnosi temperaturę spektaklu. Rock and noise improvised as well! Gorący temperament muzyków i główny parametr podlegający procesowi improwizacji, czyli natężenie dźwięku. Triumf artystycznej swobody i naprawdę bezczelnego wykraczania poza dostępne gatunki. Ekstremalizm wyniesiony do rangi sztuki. Prawdziwie chocholi taniec till to death. Ciekawy moment pod koniec pierwszego seta – solowe expose perkusji, na tle drona niskich częstotliwości i zapach upalonego electro!

Choć trudno to sobie wyobrazić, drugi set jest jeszcze gorętszy. Elektronika wsparta samplami płonie dalece intensywniej (żadna gitara nie byłaby chyba w stanie generować takiego przekazu fonicznego!). Pedał gazu wciśnięty maksymalnie. Na finał drummer włącza turbodoładowanie, a na scenie pojawia się wiele przypadkowych instrumentów dętych (wedle słów naocznych świadków, przyjaciele grupy podłączyli się pod występ!). Zgiełk i znój. Cierpienie i odkupienie. Doprawdy, efekt jest frapujący!




Peixe Frito  Jazz From Here. 11.02.1918 (Last Pork Records, 2018)

Zdecydowanie zasłużyliśmy na moment oddechu! Doskonałym wyborem będzie zatem portugalski kwintet Peixe Frito (po naszemu – smażona ryba): Paulo Chagas - flet i saksofony, Luís Guerreiro – trąbka, elektronika, tibetan blow, Paulo Duarte – gitara elektryczna, Alvaro Rosso – kontrabas i Pedro Santo – perkusja. Sześć krótszych opowieści na początek, potem trzy dłuższe.

Zaczynamy od Coltrane’a na delikatnym speadzie, z dobrą ekspozycją gitary elektrycznej. Cała zresztą płyta, budowana jest na ciekawym kontraście akustycznych ekspozycji i dźwięków elektronicznych/ elektrycznych (gitary). Dominują spokojne, nieśpieszne improwizacje (poza jednym wyjątkiem). Oniryzm często wykorzystywanej ciszy, stemple nieinwazyjnej psychodelii, intrygujące dźwięki dęte, precyzyjna sekcja rytmiczna. Żmudna, skupiona narracja, przykład skrupulatnego rzeźbienia w skale improwizacji. Z jednej strony szczypta kameralistycznego zadęcia (szczególnie Chagas na flecie!), z drugiej - niebanalny posmak fussion, gdy trąbka łączy się w procesie generowania dźwięków z elektroniką.

Siódmy fragment, Swing From The Zone, bodaj najdłuższy na płycie, jest też fragmentem najbardziej dynamicznym. Rasowy free jazz tryska po ścianach! Quasi semicki taniec, rozbujała, wyzwolona porcja dobrze upalonego fussion jazzu. Chwilami nawet z elementami funky. Na finał tej naprawdę udanej płyty, kolejne dwa utwory w delirycznym, spokojnym, acz naładowanym dobrą psychodelią klimacie. Powabna sonorystyka kontrabasu, zwinna elektronika i wyraziste ekspozycje dęte.




Parlato/ Chagas/ Lenglet/ Gibbs  Wasteland (Setola Di Maiale, 2018)

Paulo Chagas zostaje z nami (flet, obój, zabawki dźwiękowe, … woda), ale tym razem towarzyszyć mu będzie bardziej międzynarodowe towarzystwo: Rosa Parlato – flet, elektronika, głos, Philippe Lenglet – gitara elektryczna, obiekty oraz Steve Gibbs – gitara klasyczna, 8-strunowa, głos. Siedem rozbudowanych, dość swobodnych improwizacji elektroakustycznych.

Wasteland, to kolejny i nie ostatni dziś przykład łączenia dźwięku żywego z syntetycznym, tu z delikatną przewagą tych pierwszych. Flet, obój, dwie dychotomiczne gitary i kilka zwojów kabli. Szczypta egzotyki, nieco kontrowersyjne wokale, zabawy dźwiękowe, ale i poważne dyskusje na temat. Płyta długa (ponad 70 minut), nie w każdym momencie aż tak intrygująca, by nadstawiać ucha (mało kompromisu na etapie selekcji materiału). Także kilka momentów akceptujących zbyt łatwe dźwięki, jak na wymagania recenzenta.

Skoncentrujmy się wszakże na plusach. W drugim utworze niebanalna ekspozycja fletu, na tle … lejącej się wody. W kolejnym, udany pasus klasycyzującej improwizacji z dobrze tłumionymi emocjami (obój w roli głównej). W czwartym intrygujący, nowy dźwięk (hichiriki?) na tle dość pasywnych gitar. Sonorystyka dętych daje punkty dodatkowe do oceny końcowej. W piątym - sekwencja naprawdę udanych interakcji elektroakustycznych. Także dobry dialog gitary akustycznej i sonoryzującego oboju. A w utworze finałowym zdaje się, że wreszcie cały kwartet dramaturgicznie trybi! Akademickie naleciałości idą w odstawkę, rośnie kreacja i pomysły na rozwój narracji. Ciekawy przykład minimalizmu w procesie improwizacji. Szczypta psychodelii na gryfie gitary elektrycznej, kilka dobrych dźwięków z kabli i nieoczywistych zachowań dęciaków.




Ensemble MIA ‎Live 2016 (Creative Sources, 2017)

Portugalska scena muzyki improwizowanej zdaję się specjalizować w dużych składach, zwinnie poruszających się po oceanie swobodnej muzyki bez scenariusza. Ensemble MIA, to kolejny przykład. Rejestracja z Festiwalu Encontro de Musica Improvisada de Atouguia de Baleia, z roku 2016. Aparat wykonawczy jest ogromny – ponad 60 muzyków, podzielonych na sześć improwizujących składów, każdy z innym przewodnikiem/ dyrygentem. Nie będziemy ich wszystkich wymieniać (każdy z uczestników przedsięwzięcia pojawia się na scenie maksymalnie dwukrotnie), zainteresowanych odsyłamy do sieci globalnej. Może jedynie wskażmy personalia kilku bliższych nam muzyków, takich, jak Luiz Rocha, Alvaro Rosso, Sarah Claman, Miguel Mira, Karoline Leblanc, Bruno Parrinha, Jean-Marc Foussat, Mia Zabelka czy po raz kolejny goszczący w tej zbiorówce Paulo Chagas.

Pierwsza historia, dyrygowana zwinnie właśnie przez Zabelkę, toczy się w atmosferze elektroakustycznego rezonansu, z ciekawą ekspozycją instrumentów strunowych, a w dalszej części perkusjonalnych. Druga – pod przewodnictwem Marka Lotza – eksponuje dęciaki na tle elektrycznych gitar, zawiera także niebanalne preparacje piana i moc przeróżnych głosów obojga płci. Trzecia (F. Choiselat) funkcjonuje na zasadzie kontrastu – z jednej strony rytm, melodia i bystry puzon, z drugiej rozwichrzone eksplozje werbalne, wszystko zaś bogato zinstrumentalizowane. Czwarta (N.Taylor) startuje kameralistyką akustycznych gitar, by po pewnym czasie napotkać hałaśliwe symfoniczne interludia. Sam finał tej akurat improwizacji jest wyjątkowo dynamiczny, przynajmniej na tle pozostałych wydarzeń spektaklu. Początek piątej opowieści (S.Corda) także smakuje dobrą kameralistyką, która płynnie przechodzi w rytualny taniec godowy z okrzykami i wrzaskami (może także publiczności). Wreszcie finał (F.Simoes) – triumfalny powrót elektroakustyki, przy wtórze nadpobudliwych dęciaków, zadziornych strunowców i kolejnych rytualnych śpiewów, czynionych w asyście puzonu.

Mnóstwo intrygujących improwizacji nieco traci na wartości z uwagi na jakość samej rejestracji koncertu. Dźwięk jest mało selektywny, niemal monofoniczny, a brzmienie całości pozostawia wiele do życzenia. Bardzo szkoda. 




Kern  Mittendrin (Creative Sources, 2017)

Przystanek Niemcy i studyjna rejestracja tria Kern: Edith Steyer – saksofon altowy i klarnet, Yorgos Dimitriadis – perkusja oraz Matthias Müller – puzon. Dziesięć improwizowanych opowieści, mających na wejściu status composed by.

Przykład wyjątkowo zgrabnej i świetnie wykonanej improwizacji ustrukturyzowanej. Rodzaj free jazzu delikatnie zakotwiczonego. Średnie pokolenie europejskich improwizatorów, kariery w trakcie stabilnego wzrostu. Czegóż chcieć więcej? Tempo, emocje, sonorystyka – genialny puzon (dla Matthiasa to już norma, patrz: poprzednie recenzje na tych łamach), idący za nim krok w krok dobry, wyrazisty, niebanalny saksofon altowy (na dwa krótkie fragmenty zamieniony na klarnet) i precyzyjny, niezachowawczy drumming. Różnorodne, intrygujące, akceptowalne na każdym poziomie percepcji opowieści, niepozbawione także szczypty klasycyzującego zadęcia, charakterystycznego dla wykształconych akademicko muzyków niemieckich. Szczególnie udane zdają się być dłuższe fragmenty, bardzo swobodnie improwizowane. Trzeci odcinek serwuje nam zwinne synkopy, przykład dobrego jazzu bez niskich częstotliwości. Piąty zdaje się być wyjątkowo śpiewny, szczególnie dotyczy to puzonu, który błyskotliwie mutuje brzmienie. W kolejnym, puzon swoim wyjątkowym tembrem sprawia wrażenie, jakby muzyk korzystał ze wsparcia elektronicznego.

Finałowe odcinki Mittendrin konstytuują wysoką jakość całego nagrania. W siódmym muzycy improwizują w estetyce call & response, są czujni i świetnie na siebie reagują. W ósmym utworze, o jakże adekwatnej nazwie Polar, dają przykład pięknego deep sonore. Czujemy prawdziwy chłód arktyczny. Brawo! Tuż po nim kolejna perła sonorystycznego slow motion. Na sam już finał temat grany z kartki, ale wyjątkowo stylowy.




Total Improvisation Troop  Karma Moxie (atrito-afeito, 2018)

Wracamy do poszukującej elektroakustyki. Kanadyjska pianistka Karoline Leblanc i kolejna pozycja w katalogu labelu, przez nią prowadzonego. Septet zwie się dość buńczucznie Total Improvisation Troop, personalnie zaś to: Alexandre St-Onge – bas elektryczny z asystą komputera, Anne-Françoise Jacques – amplifikowane obiekty rotujące, Karoline Leblanc – fortepian i taal, Lawrence Joseph – gitara elektryczna, efekty, Paulo J Ferreira Lopes - talerze, Peter Burton - kontrabas, Vergil Sharkya – syntezator, efekty. Pięć dość zwartych, w formie i czasie, swobodnych improwizacji.

Troje muzyków odpowiada tu głównie za dźwięki akustyczne, czworo zaś za elektroniczne lub elektryczne. Ta wojna sprzymierzonych nie do końca prowadzona jest na równych prawach. Innym słowy, świat syntetycznych dźwięków jest tu w przewadze, nie tylko ilościowej, ale także dramaturgicznej. Przykład skupionej, uważnej narracji, chwilami nieco akademickiej. Kind of contemporary improve. Wiele udanych preludiów ze strony piana, kontrabasu czy perkusjonalii zdaje się gubić trop w trakcie konfrontacji z dość natarczywym i inwazyjnym światem syntetyki. Choćby w drugim utworze, gdy zwinna improwizacja inside piano natrafia na zgrzyty i plamy nieznoszącej sprzeciwu elektroakustyki. Karolina dzielnie trzyma stery improwizacji, jednak orszak obiektów, płaszczyzn i kabli nie odpuszcza choćby na moment. Wszystko brzmi trochę, jak soundtrack do polskich filmów fantastycznych z lat 70. ubiegłego stulecia.

Nieco ciekawsza zdaje się tu być druga część płyty, choćby fragment czwarty, gdy niebanalne piano snuje wartościowe opowieści, a elektroakustyka ogranicza się do kreślenia tła narracji. W części finałowej druga strona medalu proponuje coś na kształt syntetycznej perkusji w dalekim planie. Żywe instrumenty odnajdują wtedy skrawek przestrzeni dla siebie i nie marnują czasu.




Melaine Dalibert ‎ Musique Pour Le Lever Du Jour (Elsewhere Records, 2018) ‎

Na finał dzisiejszej zbiorówki płyta niezwykła. Niemal idealne zwieńczenie karkołomnych opowieści o dziwnych płytach. Komponowana muzyka na fortepian, godna wszelkich kanonów muzyki, którą zwykliśmy określać mianem minimalistyczej. Kompozytor i wykonawca pochodzi z Francji, nazywa się Melaine Dalibert. Jedna godzina i jedna minuta strukturyzowanego chill-outu!

Music for the daybreak. Czyli dźwięki na czas odpoczynku. Muzyk stosując dwa, trzy algorytmy, sekwencje dźwięków, buduje niebywały klimat nagrania. Bez zbędnej intelektualnej głębi, czy rozbudowanego słowa pisanego w zakresie ideologii, tak charakterystycznego dla muzyki współczesnej, pianista proponuje nam podróż jedyną w swoim rodzaju. Długie dźwięki, miękki rezonans, cisza i ukojenie. Pokonywany dystans czasowy buduje jakość. Jedyne, co możemy stwierdzić na temat przebiegu narracji, to fakt, iż zdaje się, że w drugiej połowie nagrania przerwy pomiędzy dźwiękami są nieco dłuższe, jeszcze silniej akcentując minimalistyczny i relaksacyjny charakter całości. Piękna muzyka!