Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jan Małkowski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jan Małkowski. Pokaż wszystkie posty

piątek, 9 sierpnia 2024

Warsaw Improvisers Orchestra worked Three Days!


Ostatnia dekada na krajowej scenie muzyki kreatywnej przyniosła prawdziwy wysyp improwizujących orkiestr, które zgodnie z szykanami tradycji przyjmowały nazwę miasta swojej rezydencji. Wszystko zaczęło się w Warszawie i Krakowie, potem był Poznań, Wrocław, Gdynia, Toruń i pewnie gdzieś jeszcze, gdzie oko Trybuny nie sięga, albo pamięć Pana Redaktora zawodzi.

Los tych przewspaniałych inicjatyw jest dalece różny. Niektóre działają niemal regularnie od chwili swojego powstania (Warszawa), inne bardziej incydentalnie (Kraków, Toruń, Gdynia), jeszcze inne trzeba już chyba zapisać do historii zjawiska (Poznań). Wszystkie one wszakże mają jedną wspólną cechę. Polska kultura, kultura miast, których nazwy mieszczą się godnie się w tytule każdej z orkiestr nie były skłonne wydać choćby złotówki na wsparcie ich działalności (jeśli o czymś nie wiemy, chętnie zamieścimy sprostowanie). Jedynie determinacja samych artystów i związanych z nimi amatorów-zapaleńców powoduje, iż kilka z tych orkiestr śmiało można jeszcze okadzić określeniem aktywna artystycznie.

Dziesięciolecie minęło w mgnieniu oka, a rzeczone Orkiestry mają w dorobku ledwie cztery krążki na fizycznych nośnikach*). Dekada poprzednia dała nam debiut Warszawy i Krakowa, obecna debiut Torunia oraz – dokładnie kilka tygodni temu - drugą pozycję w dyskografii Warsaw Improvisers Orchestra **). Zacne, trzypłytowe dzieło studyjne, to wspaniała okoliczność. Zauważmy wszakże, że nagrania czekały na edycję całe siedem lat, a zostały ostatecznie wydane przez … samych muzyków. London Improvisers Orchestra nigdy nie miała lekko, ale jej życie zdaje się być, w kontekście przykładu polskiego, definitywnie usłane różami.

Dość wszakże utyskiwań, z radością sięgamy po Trzy dni – album z każdego punktu widzenia wyśmienity. Tę ryzykowną tezę będziemy za moment uzasadniali konkretnymi przykładami dźwiękowymi. Zapraszamy na prawdziwą ucztę kolektywnie kreowanej muzyki improwizowanej!




W nagraniu albumu uczestniczyło 37 artystów, członków WIO oraz 9-osobowy chór. Na trzech płytach (każdy dokumentuje jeden dzień sesji nagraniowej) zamieszczono dwadzieścia jeden improwizacji. Nic nie wiemy o stopniu ich ewentualnej predefinicji, nie znamy też muzyków odpowiedzialnych za wykonanie danego epizodu. Niewątpliwie część utworów grana jest rozbudowanym składem, część powstała w tzw. podgrupach. Pośród nagrań dominują krótkie formy - większość trwa po kilka minut, ledwie jeden sięga jedenastu, z kolei finałowa ekspozycja, to prawie dwadzieścia minut. Po szczegóły instrumentacji zapraszamy do albumowego credits. Dodajmy jedynie, iż ta gigantyczna armia improwizatorów pracowała pod czujnym okiem dyrygenta i ojca założyciela WIO, czyli Raya Dickaty’ego, angielskiego saksofonisty, osiadłego w Warszawie wiele lat temu.

 

Dzień pierwszy, 50:25

Mistrzami ceremonii otwarcia są kontrabasiści! Budują nerwowe drony odbywając urokliwą podróż od mrocznego post-baroku ku rozedrganej współczesności. Chwile potem, już w drugiej odsłonie dnia pierwszego, pojawia się delikatna, dalece kameralna melodia kreowana przez wiolonczelę i flet. Pozorny ład frontu dyskredytuje rozemocjonowany, coraz gęstszy background orkiestry. Opowieść nabiera rumieńców, gdy do gry wkracza kontrabas z post-jazzowym pizzicato. Na etapie rozwinięcia pojawiają się wielowątkowe strumienie wokalne, które rozbudowują spektrum improwizacji, wspierając się na podobnie frazującej czeredzie instrumentów dętych.

Kolejne dwie opowieści bazują na brzmieniu gitar elektrycznych. Początkowo mglisty, potem dalece spokojny, gitarowy summit w estetyce jazzowego fussion ciekawie bogacony jest szmerem instrumentów perkusyjnych. W czwartej części szyk rytmiczny formuje się tu wokół kontrabasowego groove, wspartego na masywnych perkusjach. Gitary swobodnie uciekają tu w bezmiar post-rockowego frazowania. Flow barwią tajemnicze dźwięki wprost z ludzkich gardeł, a potem silna, definitywnie free jazzowa frakcja dętych.

Piąta odsłona tłumi emocje, a swe życie rozpoczyna w mrocznej ciszy. Nad wyraz pieczołowicie budowana ekspozycja lepi się z rezonujących talerzy, rozedrganych strun, szerokiego wachlarza głosowych incydentów – szmerów, szeptów, kocich lamentów, wreszcie trębackich preparacji. Całość szyta wewnętrznym nerwem rozlewa się coraz szerszym korytem. W szóstej części powracamy do estetyki czwartego utworu – gitarowy zgiełk rocka, basowo-perkusyjny groove, wreszcie deszcz saksofonowych, free jazzowych wyziewów. Pierwszy dzień ciężkiej pracy uroczą klamrą spinają kontrabasy, które powracają w końcowej opowieści. Do koszyczka wspaniałości dorzuca też wiolonczela. Frazy grane naprzemiennie arco i pizzicato płyną od głębokiej krypty po rozgwieżdżone niebo. Wszystko zdaje się tu śpiewać, ale też zgrzytać zębami. W fazie finałowej strunowe melodie szybują naprawdę wysoko – można odnieść wrażenie, że pod ich strumień podłączają się żywe glosy.

 

Dzień drugi, 44:59

Pierwsze dwa epizody drugiego dnia kreowane są rozbudowanym instrumentarium. Początek, to drobna zabawa w dźwięki o nieznanym do końca źródle pochodzenia. Pracuje syntezator, to on jest sprawcą tego małego festiwalu fake sounds! Mroczna, ale odrobinę oniryczna aura jest tu także efektem działań na akcesoriach perkusjonalnych oraz efektownie rozbudowujących się fraz preparowanych prosto z gardeł wokalistów i wokalistek. Narracja systematycznie pęcznieje mocą frakcji dętych, gitar i kolejnego głosu, który tym razem zdaje się nucić jakąś linearną opowieść. Dodatkowej porcji wrażeń dodaje bas, dzięki czemu finał nagrania skrzy się niemal rockową intensywnością. Kolejna opowieść od startu szyta jest na bazie gęsto pracującej sekcji rytmu i dętych, dość melodyjnych zaśpiewów. Intrygująco kształtują się frazy preparowane, które sączą się tuż obok aktywnie pracującej perkusji. Opowieść faluje niczym wzburzony ocean.

Kolejne pięć utworów jest umiarkowanie krótkich i wydaje się być performowane mniejszymi składami. Najpierw perkusjonalny ceremoniał, bogacony szumem z dętych tub i modlitwą kobiecych głosów. Po czasie flow barwią także blaszane preparacje oraz kobiecy, rozśpiewany głos. Epizod czwarty sprawia wrażenie kontynuacji. Znów blaszane oddechy płyną do pary z wokalem. Wszystko szyte jest melodią smutku, wspierane akcjami perkusjonalnymi na dalszym planie. Piąta odsłona jest bodaj najkrótszym odcinkiem trzypłytowego zestawu – basowy groove, saksofonowe okrzyki i całkiem dynamiczna, na poły taneczna narracja. W szóstej części emocje zastygają pod urokiem strwożonych strun i głosów, a także dętych westchnień. Wszystko lepi się tu w nerwowe post-chamber, które nabiera z czasem niemal folkowej śpiewności. W odsłonie siódmej powracamy do basowego groove i dętych ekspresji. Pod ów strumień dynamiki podłącza się także głos i pozostaje w estetyce tych, którzy ów trip zainicjowali. Finał siódemki uroczo grzęźnie w mroku niedopowiedzenia.

W ostatnich dwóch utworach dnia drugiego, do armii wokalistek i wokalistów orkiestry dołącza dziewięcioosobowy chór. Pierwsza część definitywnie wspaniałego dyptyku budowana jest niemal wyłącznie głosami. Najpierw kobiece, post-gregoriańskie chorały, potem szept i recytacja, wreszcie kontrapunktujący głos męski. W międzyczasie w tle narasta wokalny dron chóru, który płynie gęstą, ale bardzo jednorodną strugą. Pasma głosowe układają się warstwa na warstwie. Całość pachnie muzyką dawną przeniesioną wbrew woli twórców w czasy nieszczęśliwie współczesne. Pod koniec tej szalonej ekspozycji mamy wrażenie, że wokalne akcje wspierane są dźwiękami instrumentów strunowych. Ostatnia improwizacja na starcie kontynuuje wątek poprzedniczki. Ale potem dzieją się już tylko rzeczy niesamowite! W gęste, wokalne strumienie wkleja się niespodziewanie perkusja, a zaraz po niej dęciaki, które najpierw płyną wraz z chóralnym wielogłosem, a potem przejmują flow i czynią post-kameralne spustoszenie. Akcja jednak staje w miejscu! Po chwili pulsującej ciszy powraca na poły recytujący głos, a flow zaczynają kreować gitary, wybudzona sekcja rytmu i kolejne smugi dętych fonii. Finał także zaskakuje – ulepiony z saksofonów i wielogłosu skrzep nabiera niemal freejazzowej mocy!

 

Dzień trzeci, 40:18

Dzień ostatni orkiestrowych zmagań przynosi cztery zwarte w czasie i przestrzeni improwizacje oraz wielki finał, który wypełnia niemal połowę kompaktowego krążka. Pierwsze z opowiadań lepi się z błyskotliwych strunowych fraz, post-barokowego brudu i mglistych perkusjonalii na dalekim tle. Z czasem flow formuje się w intrygujące, na poły dynamiczne zwarcia w estetyce drum’n’bass. Druga opowieść ucieka w mroczny taniec budowany basem, blaszakami i kolejną porcją kobiecego wokalu, tym razem w formie rytmicznego scatu. Tuż potem powraca basowy groove, dołącza zwinny drumming i rozśpiewane głosy, które cudownie lepią się ze strugą saksofonowych oddechów. Czwartą odsłonę po raz wtóry otwiera perkusja, ale w roli głównej występują kobiece głosy (który to już raz!), śpiewające operowym tembrem. Melodia smutna, niemal żałobna, zostaje efektownie skontrapunktowana dęciakami, których wspomaga kontrabas w trybie pizzicato. Opowieść rozkwita wprost w objęcia post-jazzu.

Finałową ekspozycję inicjuje kontrabas trzymający tryb poprzedniego utworu i rozochocone perkusje. Na tej bazie swoje free jazzowe rozmowy rozpoczynają instrumenty dęte. Niesione korpulentną dynamiką sekcji napotykają na zgraję wokalistek (czy ktoś tu przypadkiem nie kradnie komuś show?). Tym ostatnim definitywnie jest po drodze z tą szaloną załogą. Opowieść nabiera mocy i adekwatnej taneczności, także dzięki kolektywnym pokrzykiwaniom. Tuż przed upływem dziesiątej minuty narracja efektownie gaśnie, wprost w ciszę porannego lasu i rodzących się leniwe gitarowych fraz. Melodie ze strun, gardeł i dętych tub inicjują nowy, niemal folk-rockowy wątek. Otrzeźwiająca kołysanka w rytmie gitar i bassoona mogłaby tu trwać w nieskończoność, gdyby nie inicjatywa kontrabasu, który w mgnieniu oka podrywa orkiestrę do finałowego lotu. Kompulsywny, rockowy drive niesie wszystkich ku wiecznej i jakże głośnej szczęśliwości. Ekspresja tryska ze wszystkich źródeł, zgodnie z tytułem tej opowieści – psychodelic groove machine!

 

Warsaw Improvisers Orchestra Trzy Dni (Bandcamp’ self-released, 3CD 2024). Nagrane w Studio S4/6, Warszawa, 26-28 marca 2017. Dwadzieścia jeden utworów, łącznie 136 minut.

Warsaw Improvisers Orchestra: Ray Dickaty – dyrygent, Albert Stenson – kornet, Antoni Beksiak – elektronika, głos, Antonina Nowacka – głos, Bartosz Tkacz – saksofon tenorowy, flet, Daria Wolicka – flet, Dominik Dodos Mokrzewski – perkusja, Gosia Zagajewska – głos, Hania Piosik – głos, Jacek Mazurkiewicz – kontrabas, fx, Jakub Buchner – gitara elektryczna, Jan Małkowski – saksofon altowy, Jędrzej Łagodziński – saksofon tenorowy, John Cornell – wiolonczela, Kamil Szuszkiewicz – trąbka, Ksawery Wójciński – kontrabas, Łukasz Kacperczyk – syntezator analogowy, Maciej Rodakowski – saksofon tenorowy, Maciej Szwarc – gitara elektryczna, Marcin Gokieli – głos, Michał Fetler – saksofon barytonowy, Michał Kasperek – perkusja, Mikołaj Poncyljusz – gitara elektryczna, Nastazja Babska – saksofon tenorowy, Natan Kryszk – saksofon barytonowy, Olgierd Dokalski – trąbka, Paweł Szpura – perkusja, Piotr Dąbrowski – instrumenty perkusyjne, Piotr Mełech – klarnety, Rafał Dedyński – perkusja, Sabah Al Ani – saksofon altowy, Stanisław Welbel – saksofon altowy, Teo Olter – perkusja, Vitali Appow – bassoon, Wojtek Kurek – perkusja, elektronika, Wojtek Traczyk – kontrabas, Wojtek Więckowski – gitara elektryczna.

The Sound in Space Choir: Bea Rutkowska, Yu Koyanagi, Gosia Wrzosek, Peter Podworski, Basia Herman, Magda Derrien, Krzysztof Magura, Ali Eshqi, Weronika Los.

 

*) Gdynia Improvisers Orchestra wydała album dostępny jedynie w digitalu

**) Warsaw Improvisers Orchestra ma kilka innych wydawnictw, ale tylko w digitalu – m.in. wspaniały występ na Festiwalu Ad Libitum 2016 z gościnnym udziałem Phila Mintona



piątek, 26 lipca 2024

The July’ Round-up: Linae! Costa! Alma Tree! Skerebotte Fatta! Cosmic Cluster! Magee! Constellative! de type inconnu! Chmiel! Kahn!


Zbiorówka świeżych recenzji jeszcze świeższych płyt z muzyką improwizowaną, to crème de la crème naszych werbalnych uniesień muzycznych! W tym roku ta zacna inicjatywa trochę kuleje (czas płynie zdecydowanie zbyt szybko!), ale lipiec będzie miesiącem, w którym ów fakt edytorski ma miejsce!

Przed nami dziesięć soczystych, mięsistych albumów jak zwykle z całego świata, choć tym razem przeważnie w wymiarze europejskim. W ujęciu gatunkowym dużo swobodnie improwizowanego jazzu, garść równie frywolnej kameralistyki, a na koniec trochę eksperymentów, zarówno elektroakustycznych, jak i … wokalnych. Będzie dużo Portugalii, trochę Belgii, Polski, Węgier, Anglii i Francji, a także trzy dalece międzynarodowe duety. Welcome!



 

Linae Continuum - Live at Smup (Phonogram Unit, DL 2024)

SMUP, Parede, Portugalia, 2023: João Almeida- trąbka, Rodrigo Pinheiro – fortepian oraz Vasco Furtado – perkusja. Trzy improwizacje, 44 minuty.

Międzypokoleniowe trio portugalskiego post-jazzu debiutowało fonograficznie całkiem niedawno. Teraz powraca z nagraniem koncertowym i zdaje się zaspokajać potrzeby zarówno miłośników free jazzu, jak i zwolenników swobodnej, ponadgatunkowej improwizacji. Muzycy świetnie budują dramaturgię, wchodzą w niekończące się, zwinne interakcje, osadzając opowieść na żywym, jazzowym groove, jaki kreuje perkusista.

Koncert składa się z trzech wielominutowych improwizacji, z których ta środkowa trwa pełne dwadzieścia minut. Minimalistyczna, kolektywnie lepiona na starcie opowieść dość szybko nabiera tu rumieńców. Perkusja szyje gęsty ścieg, dzięki czemu piano i trąbka mogą płynąć bardzo swobodnym strumieniem. Jeśli narracja syci się dynamiką, ekspozycja tria przyjmuje postać soczystego free jazzu, gdy muzycy hamują, studzą emocje, ich kameralistyka potrafi nabrać walorów wręcz post-klasycznych. Najdłuższa z improwizacji budowana jest niezwykle skrupulatnie, ma wiele faz, a każdy z muzyków możliwość do reprezentacji swej nieograniczonej kreatywności. Frazują na ogół czystym brzmieniem, a jeśli sięgają po dźwięki preparowane, czynią to w momentach uzasadnionych dramaturgicznie, choćby w trzeciej, pozornie najspokojniejszej opowieści wieczoru. Ale i ta historia ma swoje dynamiczne rozwinięcie, pięknie osadzone w tradycji muzyki free.

 


Hugo Costa/ Dirk Serries/ Friso Van Wijck Live At Oude Klooster Kapel Brecht (Subcontinental Records, CD 2024)

Oude Klooster, Kapel, Brecht, wrzesień 2023: Hugo Costa – saksofon altowy, Dirk Serries – gitara akustyczna oraz Friso Van Wijck – instrumenty perkusyjne. Dwie improwizacje, 48 minut.

Kolejne dziś trio łączy Portugalię i Belgię, przy okazji zdaje się być pierwszym spotkaniem artystów w zadanej konfiguracji personalnej. Improwizacja ponownie balansuje pomiędzy free jazzem, a swobodną kameralistyką, wszakże nieosadzona rytmicznie, ani dynamicznie w kontekście gatunkowym, częściej dryfuje w kierunku kameralnym. Opowieść miewa momenty ekscytujące, nie unika wszakże chwil dramaturgicznego zastoju i pytań o dalszą drogę.

Koncert jest nieprzerwanym ciągiem dźwiękowym, podzielonym na dwie wielominutowe ścieżki. Otwarcie, to duet saksofonisty i spokojnie usposobionego gitarzysty. Perkusjonalista wchodzi do gry po kilku minutach i zdaje się koncentrować na budowaniu tła, jakby bez ingerencji w ciąg przyczynowo skutkowy improwizacji. Muzycy sięgają zarówno po frazy czyste, jak i preparowane - wszystko osadzone jest jednak w głębokim pogłosie i niekiedy traci walory brzmieniowe. Po upływie kwadransa improwizacja zastyga w pozie post-balladowej, szczęśliwie gitarzysta sięga wtedy po smyczek i nadaje całości inny, ciekawszy wymiar. Kolejne fazy koncertu, to kilkuminutowa, perkusjonalna celebracja, a potem efektowne, niemal free jazzowe spiętrzenie, które rekompensuje tu wiele. Na etapie wytłumienia narracja osadza się na drobnych, ale bystrych interakcjach, przy okazji stając się drugim trakiem na dysku. Tym razem opowieść klei się dramaturgicznym dysonansem – saksofonista zdaje się brnąć w kierunku open jazzu, z kolei gitarzysta i perkusjonalista tłumią jego zapędy i szukają bardziej kameralnych rozwiązań. Znów wiele dobrego daje tu gitara, która udanie szuka akustycznego ambientu. Zakończenie jest kolejnym spiętrzeniem, ale tym razem dalece mniej intensywnym.



 

Alma Tree (Ra Kalam Bob Moses/ Vasco Trilla/ Pedro Melo Alves) Sonic Alchemy Suprema (Self-released, CD 2024)

CARA OJM Studios, Porto, maj 2022: Ra Kalam Bob Moses (kanał prawy), Vasco Trilla (środek), Pedro Melo Alves (kanał lewy) – wszyscy perkusja, instrumenty perkusyjne. W utworach 2, 5, 8, 13, 15: João Pedro Brandão – saksofon altowy i flet (środek), José Soares – saksofon altowy (kanał prawy), Julius Gabriel – saksofon tenorowy (kanał lewy). Piętnaście utworów, 56 minut.

Moses i Trilla nagrali płytę w duecie w roku ubiegłym i bardzo nam ona przypadła do gustu. W ramach kontynuacji współpracy doprosili do wspólnego muzykowania jeszcze jednego perkusistę i by całość ubarwić prawdziwie free jazzowym sosem – w kilku utworach jeszcze trzech saksofonistów. Efekt jest więcej niż bardzo dobry – prawdziwy kalejdoskopów polirytmicznego drummingu, narracyjnej zwiewności, kreatywności i nade wszystko świetnej zabawy. Album podzielono aż na piętnaście kilkuminutowych epizodów, zatem nudy nie uświadczymy tu choćby przez ułamek sekundy. Równie ciekawy jest układ przestrzenny – na flankach grają Alves i Moses, skoncentrowani na wielowymiarowym drummingu, z kolei na środku sceny posadowiony jest Trilla, którymi długimi fragmentami preparuje swoje instrumentarium – innym słowy uprawia nasz ulubiony no drumming percussion.

Album otwiera spokojny, trójwymiarowy drumming, która ubogacają podawane przez Trillę plamy rezonansu. Na podobnej zasadzie zbudowanych jest jeszcze kilka innych utworów, choćby wyważona czwórka, czy też dynamiczna dwunastka. W drugiej odsłonie płyty muzycy efektownie drżą i szeleszczą, a emocje budują saksofonowe drony. Goście pojawiają się także w części piątej i ósmej, nadając perkusyjnej narracji prawdziwie aylerowskiej melodyki. W kilku momentach albumu Moses nie tylko rytualnie bębni, ale także śpiewa. Tak dzieje się choćby w utworze trzecim i bodaj najlepszym na płycie – trzynastym, który zdaje się być mantrą tanecznej podróży. Na albumie mamy też trzy utwory, których tytuły noszą w sobie nazwiska muzyków. Tu lider inicjuje każdy z epizodów, a partnerzy wchodzą do gry na palcach i pięknie podłączają się pod główny wątek ekspozycji. Nagranie podsumowuje sekstet. Saksofony i flet śpiewają free jazzowe hymny. Strumień narracji jest zrównoważony emocjonalnie, ale ma swój rytm i intrygującą intensywność. Z czasem całość nabiera kolorytu, po czym zastyga w poczuciu dobrze zrealizowanego przedsięwzięcia artystycznego.



 

Skerebotte Fatta & Olgierd Dokalski Molting (Creative Sources, CD 2024)

Quality Studio, Polska, czerwiec 2023: Jan Małkowski – gitara elektryczna, saksofon altowy, Dominik Mokrzewski – perkusja oraz Olgierd Dokalski – trąbka. Siedem utworów, 48 minut.

Krajowy duet free jazzowy uderza po raz trzeci! Tym razem w formule rozszerzonej, jak to często bywa w przypadku working duetów. Przy tej okazji następuje jeszcze jedna zmiana – Małkowski sięga także po gitarę elektryczną i zdaje się, że w wymiarze czasowym gra na niej częściej niż na saksofonie. Każda zmiana bywa rozwojowa, zwłaszcza, gdy do stałego duetu sax & drums dochodzi drugi instrument dęty, ale czy służy efektowi końcowemu, to już pytanie retoryczne.

Początek albumu jest spokojny, post-jazzowy, z nutą barwionego dubem swingu na gryfie gitary. Ciekawie frazuje trąbka - nie wychodzi przed szereg, ale zdaje się zdobić każdy fragment opowieści. Narracja często staje się tu opowieścią duetu trąbka i perkusja, a ów zabieg nierzadkim zjawiskiem także dla innych epizodów płyty. W połowie drugiej odsłony do gry wchodzi saksofon, który w mgnieniu oka podrywa trio do free jazzowego lotu i sprawia, że emocje rosną jak słupek rtęci w trakcie upału. Podkreśleniem tego stanu rzeczy jest intensywna, ostra przebitka, która wypełnia część trzecią. Kolejne trzy utwory, to powrót gitary. Raz jest to jazzowa post-ballada, innym razem umiarkowanie dynamiczna jazda w estetyce … country and western, wreszcie garść intrygujących preparacji na dobrze zaciągniętym ręcznym. Album finalizuje najdłuższa, ponad 10-minutowa opowieść, która mieni się wszelkimi kolorami tęczy. Jej jakość buduje saksofonista i zmysł dramaturgiczny trębacza i perkusisty. Początek jest dość krzepką introdukcją trąbki i perkusji. Saksofon wchodzi na gry wyjątkowo wystudzony. Narracja interesująco rozwija się, sięga po kolejne, free jazzowe atrybuty, pachnie dobrym Aylerem na kilometr. W ramach wieloczęściowej kulminacji przez kilka chwil Skerebotte Fatta znów jest ognistym duetem sax & drums! I takim chcemy go zapamiętać!



 

Cosmic Cluster Live Ruin EP (Bandcamp’ self-release, DL 2023)

Szimpla Kert, Budapeszt, czas nieznany: Christopher Cox – amplifikowany puzon, loops, instrumenty klawiszowe, Heidrich – gitara elektryczna, Zoltán Kovács – kontrabas oraz Attila Gyárfás – perkusja. Pięć utworów, 42 minuty.

Czas na rzadki na naszych łamach wątek węgierski. Amerykański rezydent Budapesztu na amplifikowanym puzonie wraz z gronem rdzennych mieszkańców tamtych ziem zaprasza na intrygujący, psychodeliczny trip, który przynosi sporo emocji, dużo ciekawych brzmień i figur stylistycznych. Ów koncept muzyczny śmiało mógłby popłynąć w kierunku ekspresji godnej Die Like A Dog Petera Brotzmanna, gdyby muzycy kwartetu choć przez moment zechcieli stracić kontrolę nad strumieniem generowanych przez siebie dźwięków.

Swobodne otwarcie koncertu, budowane przez puzon na lekkim pogłosie, masywną sekcję rytmu i jazz-rockową gitarę, obiecuje tu wiele i zdaje się, że w ostatecznym rozrachunku kwartet dowozi nam spory bagaż zadowolenia. Muzyka Cosmic Cluster z łatwością ucieka w bezmiar kwaśnego fussion, ale równie bezceremonialnie tłumi się i koncentruje na brzmieniowych niuansach. Potrafi nabrać gęstości, niemal namacalnej smolistości, ale też oddychać dubem, soczystym ambientem, odrobiną dramaturgicznego westchnienia. Szczególnie ciekawie robi się w dwóch ostatnich utworach, gdy rytmiczny, silnie brzmiący kontrabas zaczyna budować niemal polirytmiczną fakturę rytmu i nieść wszystko wprost w objęcia zdrowej psychodelii. Dalece ekspresyjne jest samo zakończenie albumu, implikujące retoryczne pytanie, czy cały koncert nie mógłby być tu jedną strugą ognistej, niekończącej się the way of no return. Warto taki wariant przerobić przy okazji kolejnej, równie udanej, improwizowanej wycieczki w nieznane.



 

Massimo Magee Live at the Paint Factory (Lurker Bias, Kaseta 2024)

The Old Paint Factory, Brisbane, Australia, grudzień 2023: Massimo Magee – saksofon altowy. Jedna improwizacja, 23 minuty.

Artystyczne losy tego angielskiego saksofonisty śledzimy na bieżąco. Słyszeliśmy onegdaj fantastyczne trio, obcowaliśmy z kilkoma solowymi eksperymentami, teraz zaś czas na występ solowy, ale zagrany na setkę, bez eksperymentów, w okolicznościach koncertowych dalekiej Australii. Duża sala koncertowa, naturalny, niezbyt przyjazny pogłos, to trudna sytuacja dla instrumentu akustycznego. Magee dmie jednak w swój altowy przyrząd z dużą determinacją i plecie nam free jazz najwyższych lotów. Szkoda, że tylko przez 23 minuty.

Massimo zaczyna spokojnym, wyważonym strumieniem altowych fraz, nasyconych melodią i drobną dawką swingu, ale znamionujących burze, która może za chwilę nastąpić. Z dużą gracją i swobodą muzyk wpada w cyrkulacyjny trans i zdaje się pozostawać w nim niemal przez cały spektakl. Czasami zwalnia, incydentalnie nabiera powietrza, ale czyni to wyłącznie z pobudek dramaturgicznych. Potem rusza w tango z jeszcze większą dynamiką. Tańczy, śpiewa, pokrzykuje, nieznacznie tylko modyfikując tembr saksofonu. W połowie opowieści przez kilka chwil muzyk pnie się ku górze, preparuje, a potem hamuje z piskiem opon. Cyrkulacja rządzi sceną w Brisbane, a pierwsze przejawy finalizacji pojawiają się 3-4 minuty przez końcem. Muzyk nabiera powietrza w płuca i … serwuje nam pożegnalny wydech pełen emocji, krzyku i lekko zmutowanego brzmienia.



Constellative Trio Constellative Trio (Label Rives, CD 2024)

The Maison, Francja, czerwiec 2023: Gaël Mevel – violincello, Gianni Mimmo - saksofon sopranowy oraz Thierry Waziniak – perkusja. Jedenaście utworów, 43 minuty.

Constellative Trio, to bodaj najłagodniejsza propozycja w dzisiejszym zestawie – włosko-francuska, kameralna, delikatna w brzmieniu, chwilami bardzo melodyjna, choć w rzewny, dalece melancholijny sposób. Nie oznacza to jednak, iż nagranie pozbawiane jest emocji typowych dla muzyki swobodnie improwizowanej. Wręcz przeciwnie!

Opowieść na sopran, małą wiolonczelę i perkusję składa się z siedmiu rozbudowanych improwizacji oraz czterech miniatur (na ogół krótszych niż minuta), które sprawiają się wrażenie delikatnie zaaranżowanych. Improwizacje bazują często na post-barokowej figurze granej arco, smutnym, wystudzonym saksofonie i nerwowej perkusji, która raz po raz kruszy kameralne odium opowieści. Gdy Mevel przechodzi w tryb pizzicato narracja momentalnie nabiera post-jazzowej krwistości i intrygująco zagęszcza ścieg. Tak dzieje się choćby w trzeciej i piątej odsłonie. W szóstej sopran urokliwie preparuje i sieje rezonujące obłoki. Z kolei opowieści numer siedem i osiem to perełki w zestawie. Konsumują one wszelkie walory albumu – z jednej strony niesione są melodyką dęciaka i strunowca, która smakuje muzyka dawną, estetyką niemalże żałobną, z drugiej kryją w sobie nerw jazzu, wreszcie na etapie rozwinięcia pokazują nowe, jeszcze piękniejsze oblicze tria – mroczne, wystudzone, pełne podskórnych emocji. Dziesiąta improwizacja zaczyna się wyjątkowo leniwie, wręcz przynudza, ale później, bogacona soczystymi frazami każdego z artystów, zdaje się pretendować do miana jedno z najlepszych momentów albumu.




de type inconnu onze.correspondances (Elli Records, DL 2024)

CIRMMT, Montréal, sierpień 2023 i listopad 2021 (utwory 8,9,11): Sylvain Pohu - gitara elektryczna i elektronika oraz Pierre Alexandre Tremblay – gitara basowa i elektronika. Jedenaście utworów, 36 minut.

Przed nami kanadyjskie spotkanie dwóch gitar – basowej i elektrycznej, rozsądnej porcji elektroniki i odrobiny pracy na rozbudowanych zestawach pick-ups. Jedenaście zgrabnych, nieprzegadanych improwizacji, które szukają zarówno intrygujących brzmień, jak i dramaturgicznych niuansów – w obu przypadkach ze świetnym skutkiem.

Album otwierają dwie chmury gitarowych sprzężeń, wokół których skwierczy elektronika. Wraz z rozwojem sytuacji scenicznej przybywa strunowych, niemal akustycznych brzmień. Wątek kontrolowanego frazowania na pograniczu akustyki kontynuuje odcinek drugi, ciekawie doposażony w rytm. W kolejnych opowieściach nie brakuje akcji definitywnie elektrycznych i elektronicznych, ale jakość nagrania tylko na tym zyskuje. Wylistujmy najciekawsze incydenty – elektroakustyczna gra na małe pola, śpiewne, na poły dynamiczne akcje post-fussion, dialogi szemrzącej elektroniki i roztańczonych, gitarowych przetworników, wreszcie garść soczystego, korpulentnego post-electro. Druga część albumu wydaje się nieco spokojniejsza – niesie ze sobą plamy ambientu, garść gitarowych subtelności, a także smakowicie brzmiące preparacje ze strony obu muzyków. Ostatnie dwie opowieści przynoszą spore porcje melodii. Najpierw duet rozśpiewanego basu i przesterowanej gitary rockowej, a potem pożegnalna post-ballada na dwa czysto frazujące strunowce.



 

Jacek Chmiel & Daniil Gorokhov Withering Rituals (Grisaille, Kaseta 2024)

Poschiavo, Szwajcaria, czas nieznany: Jacek Chmiel - elektronika, field recordings, singing bowls, cytra oraz Daniil Gorokhov – puzon basowy. Dwie improwizacje, 47 minut.

Dokonania Jacka Chmiela, elektroakustycznego post-perkusjonalisty (określenie własne redakcji), śledzimy na tych łamach na bieżąco. Tym razem proponujemy duet z bliżej nam nieznanym artystą Daniilem Gorokhovem i jego basowym puzonem. Dwie rozbudowane improwizacje skrzą się tu bezkresnymi paletami ciekawych brzmień, świetnie wkomponowanymi w całość nagraniami field recordings, bystrymi interakcjami i co ważne, całkowitym brakiem dramaturgicznych przestojów. Jeśli pierwsza z opowieści zdaje się być rodzajem pokrętnej medytacji, o tyle druga jątrzy, nie stroni od dynamicznych incydentów i dba o odpowiedni poziom adrenaliny u słuchacza.

Linearna, zwarta, subtelnie skonfigurowana pierwsza część koncertu przypływa do nas z oddali, niczym fale odrobinę wzburzonego oceanu. Wyważona post-elektronika, oddychający puzon i drobne pulsacje o syntetycznym odcieniu. W roli ozdobnika frazy cytry oraz śpiewających kul, których brzmienie zdolne jest przywrócić do świata żywych nawet tych najdotkliwiej umarłych. Te ostatnie, już po upływie szóstej minuty, pięknie wystudzają początkowy impuls życia improwizacji i sprowadzają ją niemal wyłącznie do wymiaru akustycznego. Dwudziestokilkuminutowa opowieść ma swoje mroczne, ale i bardziej słoneczne fazy, które podkreślają dźwięki przyrody – wiatru i lejącej się wody. Wiele dobrego wnosi tu puzonista, który czasami pracuje na pograniczu ciszy, ale raz za razem śle porcje preparowanych dźwięków. Druga opowieść, obok akcentów znanych już z części pierwszej, przynosi szczyptę zaskakująco dynamicznej elektroniki, a także frazy puzonu, który zdają się łapać zabłąkane porcje prądu elektrycznego. Gdy emocje rosną, do akcji znów wkraczają śpiewające kule i kładą nas na łopatki zabójczym suplesem. W końcowej fazie improwizacji w grze pojawiają się … dziecięce cymbałki. Opowieść umiera w potoku repetujących fraz obu artystów.



 

Jason Kahn & Alice Hui-Sheng Chang I Smile When the Sound Is Singing Through the Space (Bandcamp’ self-release, CD 2024)

Ting Shuo Hear Say, Tainan, Taiwan, wrzesień 2023: Jason Kahn & Alice Hui-Sheng Chang – głosy. Osiem utworów, 38 minut.

Amerykańskiego artystę Jasona Kahna znamy głównie z ujawnień elektronicznych. Tutaj spotyka się z artystką z dalekiego Tajwanu i proponuje nam improwizowany dwugłos, nasycony dźwiękami, które trudno czasami zakwalifikować do fraz wydawanymi ludzkimi narządami mowy. W trakcie ośmiu zgrabnie skonstruowanych opowieści bywa naprawdę frapująco, a porównanie całości do spotkania Phila Mintona i jego kobiecego odpowiednika zdaje się być nad wyraz intrygującą metaforą.

Kobieta mówi, deklamuje i sylabizuje, potem krzyczy i złorzeczy, w opozycji mężczyzna, który znęca się nad strunami głosowymi i wydaje onomatopeje w trybu tłumaczenia. Czasami artyści śpiewają imitacyjnie, innym razem wznoszą kocie lamenty, tudzież czynią tygrysie zaloty – pracują ich rzężące gardła i zdarte do krwi przełyki. W potoku niekończących się emocji natrafiamy także na garść odgłosów prawdziwie folwarcznych, nawet owadzich. Jeśli muzycy znów lamentują, to czynią to z dbałością o najdrobniejszą frazę. Jeśli słyszymy śpiewy żałobne, to i odgłosy tortur, jeśli kołysanki i mruczenia, to i mroczne frazy z najgłębszych pokładów przewodu głosowego. Jeszcze tylko chwila melodii i finał, w którym ona śpiewa, a on frazuje niczym zepsuta trąbka na nieistniejącym pogłosie.

 

 

piątek, 9 grudnia 2022

The December’ Round-up: Dead Neanderthals! Teufelskeller! MMTK! Ward! Brûlez les meubles! Gimenez! Trio_io! Trytony!


Grudniowa zbiorówka recenzji świeżych płyt jest już gotowa! Na tyle wcześnie, by móc jeszcze zrewidować Wasze plany przedświąteczne w zakresie zakupu nowych albumów! Kupujcie je bowiem w dużych ilościach, wspierajcie muzyków i wydawców, co by głodem nie przymarli tej srogiej, neo-wojennej i post-pandemicznej zimy!

W tym miesiącu w zestawie nowości same petardy! Dosłownie i w przenośni! Przy odsłuchu pierwszych dwóch albumów być może uszkodzicie swoje narządy słuchu, a zadbają o to artyści wyjątkowo w tej dziedzinie kompetentni - holenderski Dead Neanderthals oraz pewne trio pod wodzą Antona Ponomareva. W dalszej kolejności czeka nas delikatny post-relaks przy … ognistej muzyce kwartetu złożonego z krajowych muzyków oraz solowym, dętym performance pewnego bystrego przedstawiciela Zjednoczonego Królestwa. Następne pozycje w zestawie, to pełnokrwisty jazz – odpowiednio z Kanady (aż dwa albumy) i Argentyny. Na finał zaś naszego spotkania powrót na krajowe podwórko i dwa albumy – najpierw post-kameralne Trio_io, potem podróż definitywnie ponad-gatunkowa, albowiem czeka na nas reedycja pierwszej płyty bydgoskich Trytonów!

Welcome to hell or heaven, as you want!



Dead Neanderthals  Metal (Utech Records, CD 2022)

White Noise Studio, Nijmegen, czas nieznany: Otto Kokke – syntezator oraz René Aquarius – perkusja i głos. Dwa utwory, 43 minuty.

Konceptualna repetycja wyniesiona do rangi sztuki wysokiej, a nade wszystko głośnej! Dwójka Holendrów zaczynała dewastować schematy współczesnej muzyki pod szyldem New Wave of Heavy Jazz, dziś swoją płytę zwie Metal i nie jest to tytuł szczególnie mylący. Syntezatorowe wyziewy w mantrze wiecznego powtórzenia, jednostajny, wręcz punkowy beat perkusji i post-growlowe wrzaski zatopione w czarnej mgle hałasu, to zasadnicze elementy tej układanki. Jak zawsze w przypadku tej formacji, egzystencjalną podróż do krańca świata zaczynamy pełni niepokoju, ale już w trakcie początkowej fazy tej magmy dźwięków, postanawiamy nigdy nie wrócić do punktu wyjścia.

Wszystkie siły połączone, wszystkie obawy rozproszone, to … tekst zdobiący pierwszą część Metalowej opowieści. Stopa i werbel pracują jak maszyna, choć całość jest definitywnie efektem pracy człowieka. Brzmienie zdaje się tu być odrobinę przesterowane. Intensywność beatu stopy sprawia wrażenie, jakby ten element zestawu perkusyjnego był podwójny (metal!), ale to chyba złudzenie foniczne. Tymczasem syntezator płynie post-melodią zapętloną w nieskończoną ilość powtórzeń, a zmutowany głos krzyczy z cokolwiek odleglej planety. Po stronie odbiorcy rodzi się pragnienie, by potencjometr głośności ustawić w pozycji maksymalnej, by chłonąć jeszcze większe porcje tej niemal metafizycznej mocy. W trakcie odsłuchu ponad dwudziestominutowego utworu doszukujemy się zmian w strukturze wielkiej pętli. Być może głosowe wyziewy są bardziej głębokie, tembr syntezatora bardziej siarczysty, a smuga backgroundu bardziej smolista. Ale może tylko nam się wydaje. Ewolucja, całe wnętrze wypełnione treścią, cała wiedza zachowana, to z kolei treść werbalna drugiej odsłony tego horroru. Sytuacja sceniczna ulega minimalnej modyfikacji. Fraza syntezatorowa wydaje się łagodniejsza, bardziej melodyczna, a krzyk bardziej zrównoważony emocjonalnie. Niezmiennie pracuje zaś perkusyjna stopa, bije niczym serce wszechświata w stanie agonii. Po upływie osiemnastej minuty szalony step perkusji gaśnie, pracuje tylko rozmodlony syntezator, z którym dobijamy do końca przy pojedynczych, jakże subtelnych w kontekście całości, uderzeniach w perkusyjny werbel.



 

Teufelskeller  Teufelskeller (WV Sorcerer Productions, LP 2022)

Twilight Lounge Recording Studio, Moskwa, marzec 2021: Anton Ponomarev – saksofony, elektronika, Konstantin Korolev – bas, elektronika oraz Andrey Kim – perkusja. Cztery utwory, 43 i pół minuty.

Freejazzowy saksofonista, który potrafi spazmatycznie wyć do księżyca niczym młody Peter Brötzmann, niebywale kreatywny basista, człowiek w stanie permanentnej zmiany, z instrumentem brzmiącym jak cała historia hardcore-punk, wreszcie perkusista, stary punkowiec, który snuje dynamiczne post-synkopy z gracją Elvina Jonesa! Oto Teufelskeller, nowe trio, które szyje dla nas cztery długie, wyczerpujące impro-opowieści, nie gubiąc kreatywnej koncentracji i energetycznej mocy choćby na ułamek sekundy. 

Od startu artyści nie biorą tu jeńców! Dęte wyziewy niczym plaga szarańczy, basowe kłębowisko wirtuozerskich pasaży na dużej dynamice i szybka, rozedrgana perkusja. Gęsta, nielinearna narracja szyta z punkową werwą i post-jazzowym zębem. Druga, najdłuższa, ponad piętnastominutowa pigułka energetycznego szczęścia zaczyna się na wydechu. Bas sieje spustoszenie, pnie się ku górze, a jego spiętrzenia i przełomy zdają się tu stanowić wątek główny narracji, a nie jedynie refren młodzieżowej piosenki. W środku opowieści muzycy serwują nam nieco iluzoryczne rozwarstwienie jakże intensywnej narracji. Saksofon zaczyna tu niemalże śpiewać, ale z wyrazem bólu na twarzy. Początek trzeciej opowieści znów należy do sekcji rytmu – bas szybuje ku niebu, płynie wyjątkowo matowym brzmieniem, perkusja stawia stemple. Saksofon wchodzi do gry po dwóch minutach i przyprawia na ostro. Połamany flow ma tu tysiące efektywnych zakrętów, wszystkie pokonuje jednak na dużej szybkości, z mistrzowską intensywnością. Finałowa opowieść trwa ponad dziesięć minut, na tle poprzedniczek ma jednak kilka realnych spowolnień, a nawet wtrętów post-balladowych. Początek płynie basowym drive’em z dużą dawką melodii i perkusją, która szyje punkowym metrum na dwa. Saksofon znów budzi się do życia po kilku przebiegach i jeszcze dokłada do ognia. W trakcie zapowiadanych spowolnień basista z kolei dorzuca kilka funkowych grepsów. Na ostatniej, długiej prostej trwa już finałowe, rozkołysane … zagęszczanie - połykanie ognia z zamkniętymi oczyma.



 

Małota, Małkowski, Traczyk & Kasperek  Live in Młodsza Siostra (Torf Records, DL 2022)

Młodsza Siostra, Warszawa, maj 2022: Michał Małota – saksofon tenorowy, Jan Małkowski – saksofon altowy i sopranowy, Wojtek Traczyk – kontrabas oraz Miahcł Kasperek – perkusja. Sześć utworów, 42 i pół minuty.

Aylerowska swoboda i melodyka, medytacyjna struktura narracji i dramaturgiczna nieśpieszność budują w Młodszej Siostrze nastrój, kreują klimat free jazzu w jego definitywnie korzennej formule. Jeśli czegoś nam brakuje do pełni wolnego szczęścia, to małych, ognistych eksplozji, które świetnie konstruowany przez artystów suspens przekuwałyby w krwiste emocje fire music.

Otwarcie przypomina poranne śpiewy po ciężkiej, zakrapianej smutkiem nocy. Ognista smuga cienia wije się wokół muzyków i dość szybko przenosi ich w drugi epizod koncertu. Więcej trwogi i desperacji, popartej nerwowym rytmem perkusji, buduje nastrój oczekiwania na pierwsze emocje. Post-bluesowy posmak stawia tu pytania, a ewolucja do stanu kolektywnego free jazzu daje nieśmiałe odpowiedzi. Muzycy nie eskalują tempa, zwłaszcza saksofoniści, którzy lubią kumulować myśli i słowa w barokowych niemal onomatopejach. Zresztą trzeci odcinek tej podróży, po kwartetowym otwarciu, oddaje pole tłusto brzmiącemu smyczkowi na gryfie kontrabasu. Sytuacja nabiera na powrót dynamiki dzięki aktywnemu drummerowi, który wrzuca piąty bieg nie bacząc na dramaturgiczną pozę pozostałych muzyków. Saksofony nie idą jednak na szczyt, ale leją się przez ręce strumieniami post-melodii. Na zakończenie tej części koncertu dostajemy trio z sopranem w roli mąciciela wiecznego spokoju. Czwarta odsłona, to emocjonalna huśtawka. Perkusja kłębi się w sobie z emocji, nerw narracji dygocze, ale improwizacja jakby stała w miejscu, a dywagacje dętych przybierały na sile. Głębszy tryb oddechu wrzuca teraz tenor, który brudnym tembrem sugeruje dalszy kierunek narracji. Reszta idzie z nim jak w ogień. Najlepszy moment koncertu zastyga pod jarzmem wystudzonego smyczka. Ostatnie dwie krótkie improwizacje, to rodzaj koncertowej kody. Najpierw w kwartecie, potem w saksofonowym duecie - zmysłowe, meta melodyjne, dobrze stłumione niemal do ostatniego dźwięku.



 

Tom Ward  Transient Signalling At A Distance (Raw Tonk Records, Kaseta 2022)

Two Ships, The Nest, Hastings oraz SET Lewisham, Anglia, czerwiec-sierpień 2022: Tom Ward – saksofon altowy, flet, klarnet i klarnet basowy. Sześć improwizacji, 36 i pół minuty.

Kolejny brytyjski saksofonista i klarnecista młodego (wciąż) pokolenia zapuszcza się w rejon trudnych, samotnych podróży z dźwiękiem! Tom Ward proponuje nam prawie dwudziestominutowy incydent koncertowy na saksofon altowy oraz pięć mniej lub bardziej enigmatycznych występów w miejscach pozbawionych publiczności, gdzie sięga także po klarnety, a nawet flet. Dodajmy, iż muzyk ten dobrze czuje się w sytuacjach free jazzowych, ale oceanem jego artystycznej szczęśliwości zdaje się być nade wszystko swobodnie improwizowana kameralistyka. Jego solowa płyta dobitnie ów fakt unaocznia.

Muzyk rozgrzewa siebie i publiczność dronowym oddechem saksofonu, krąży po sali niczym sęp poszukujący hipotetycznej ofiary. Huśta się na wietrze, wierci na krzesełku, jakby szukał ekspresji skrytej za teatralną kotarą. W swej ekspozycji pnie się ku górze, ale nie stroni też od westchnień pełnych zadumy. W jego narracji nie brakuje zarówno melodii, jak i hałaśliwych, wysoko zawieszonych fraz. Gdy schodzi w okolice ciszy słyszymy skrzypiące drzwi, gdy szukać zaczyna bardziej rozbudowanych brzmieniowo fraz pod jego strumień fonii podłącza się … jakieś dziecko na widowni. Artysta zdaje się tu stać okrakiem nad dwoistością improwizowanej narracji – robi dwa korki do przodu, a potem krok do tyłu. W części krótkich opowieści (druga strona kasety!) radzi sobie zdecydowanie lepiej. Najpierw serwuje nam krótki set na flecie, swobodnie tańcząc wokół własnej osi nie bez dźwiękowych subtelności. W kolejnej części powraca do altu i choć w tytule sugeruje kołysankę, całość improwizacji urokliwie łapie podmuchy ekspresji. Zaraz potem, w miniaturowej opowieści wydaje kilka zawadiackich okrzyków na klarnecie basowym, po czym niezwłocznie przechodzi do piątej odsłony, gdzie na klarnecie rysuje nam chyba najciekawsze na tym albumie improwizowane bohomazy. Dużo w nich emocji, ekspresji, a także mikro preparacji. W finałowej improwizacji po raz kolejny powraca do saksofonu altowego i snuje intrygującego rozchodniaczka.



Brûlez les meubles  Tardif & L'Appel du Vide (Circum-Disc, CD 2022)

Miejsce i czas nieznany: Louis Beaudoin-de la Sablonnière – gitara elektryczna, Éric Normand – bas elektryczny, Jean Derome – saksofon altowy i flet basowy (pierwsza płyta), John Hollenbeck – perkusja, instrumenty perkusyjne (pierwsza płyta) oraz Tom Jacques – perkusja (druga płyta). Dziewięć utworów, 46 minut oraz dziesięć utworów, 50 minut.

Dwie jazzowe wycieczki do francuskojęzycznej Kanady zapewnia nam tamtejszy working band złożony z bystrego gitarzysty o niezwykle długim nazwisku i basisty, którego nagrania na polu swobodnej improwizacji śledzimy na ogół z zapartym tchem. Ich formacja zwie się zgodnie z tytułem wykonawczym podanym wyżej, a rzeczeni Kanadyjczycy do składu dobierają sobie przy okazji kolejnych albumów różnych współpartnerów. Zatem najpierw kwartet z udziałem najbardziej rozpoznawalnego saksofonisty z tamtej części świata oraz pewnego nieanonimowego perkusisty, potem trio z kolejnym perkusistą, którego znamy – podobnie jak basistę – z orkiestry Le GGRIL. Zgodnie z anonsem obie płyty to jazz pełną gębą - w edycji kwartetowej poszukujący na ogół bystrych konotacji z estetyką Billa Frisella, w edycji trzyosobowej bardziej ukierunkowany na eksplorację dokonań Jima Halla. Być może muzyka skrojona bardziej dla relaksu i mniej wymagającego odbiorcy, ale niemniej wartościowa i stylowa niż wiele swobodnie improwizowanych petard, jakie znamy z tych łamów.

Prezentowane albumy mają wiele cech wspólnych. Bazują na kompozycjach własnych duetu i cudzych pięcioliniach, koncertują się na zwinnej prezentacji tematu piosenki, a potem jego kolektywnym ogrywaniu, zarówno na poziomie brzmienia, jak i zmiennej dynamiki. Solowe ekspozycje artystów stanowią tu raczej zaskakujące incydenty niż treść narracji. Utwory są dobrze skonstruowane pod względem dramaturgicznym, trwają od czterech do sześciu minut i mimo kilku przesłodzonych fragmentów, dobrze się ich słucha niemal w każdych okolicznościach. Na płycie kwartetowej podobać się może szczególnie środkowa część. Czwarte nagranie kusi nas zmysłową dynamiką i połamanym metrum, udanie czerpie z gitarowych tradycji Billa Frsilela, ale także saksofonowych post-melodii Tima Berne’a. Piątą opowieść buduje dysonans. Narracja grana w duecie saksofonu i perkusji szuka free jazzowych konotacji, z kolei grana w duecie gitary i basu snuje post-kameralne, melodyjne frazy. Oba duety grają tu niemal naprzemiennie. Na podobnej zasadzie zbudowana jest spokojniejsza, szósta odsłona albumu. Na płycie tria mamy dwie kompozycje podpisane przez wszystkich muzyków, zatem zapewne w dużej części improwizowane. I to one winny przykuwać uwagę słuchacza w pierwszej kolejności. W piątym utworze funkowy bas, połamane rytmy i efektowne skoki tempa, tudzież narracyjne zagęszczenia kreują dużą jakość. Utwór dziewiąty staje z kolei w dużej opozycji do całego albumu. Przesycony rockowymi emocjami, ambientowym tłem i basowymi inkrustacjami, z pewnością stanowi najlepszy moment obu prezentowanych tu płyt.



Rocío Giménez López Trío  Un caos lúcido (Bandcamp’ self-released, DL 2022)

Estudio Libres, Buenos Aires, czas nieznany: Rocío Giménez López – fortepian i syntezator, Fermín Suarez – kontrabas oraz Francisco Martí – perkusja. Siedem utworów, 30 minut.

Muzyka improwizowana z Argentyny stawia na krótką formę. To już doskonale wiemy z poprzednich opowieści z Buenos Aires. Album uroczo zatytułowany Jasny Chaos, to pure jazzowe trio fortepianu, kontrabasu i perkusji, które w zasadzie niczym nas nie zaskakuje. Szyje dobre tematy, bogaci je zwinnymi, nieprzegadanymi improwizacjami, sprytnie kondensuje w kilkuminutowych opowieściach intensywnie synkopowaną treść. Ale pośród jazzowej narracji znajdujemy też garść artystycznego fermentu, gdy akustyczne brzmienia piana bogacone są syntezatorowymi pasażami, tudzież preparacjami, z kontrabasowym smyczkiem szukającym jakże melodyjnego dna.

Efektowny groove basu, śpiew czystej klawiatury fortepianu w post-klasycznej tonacji i zwinny rytm perkusji – całość pachnie słoneczną salsą i zaprasza do dobrej zabawy. Drugi epizod zdaje się być bardziej rozmarzony, struktura rytmiczna bardziej pokomplikowana, a ekspozycja basu całkiem intrygująca. W trzeciej części pojawia się syntezator, który razem z fortepianem zaprasza na fussion dance z posmakiem lepszych fragmentów z historii Return To Forever. Jak w każdej narracji, muzycy znajdują tu kilka chwil na solowe improwizacje. W czwartej odsłonie pojawia się kontrabasowy smyczek. Jego post-barok udanie konweniuje z minimalistycznym piano i perkusyjnymi świecidełkami. Zaraz potem dynamiczna, melodyjna, post-ragtime’owa kompozycja wzbogacona perkusyjnymi przygrywkami. Przedostatni utwór stawia na dźwięki preparowane, których drobne porcje dostajemy na początku i w końcowej fazie nagrania. Ballada, która bezskutecznie szuka dynamiki wieńczona tu jest repetującym pasażem czarnych klawiszy. Ostatnia cześć, to już stylowa rozbiegówka bez brzmieniowych poszukiwań, która całkiem dynamicznie sięga zakończenia.



Trio_io  Parts (Szara Reneta, Kaseta 2022)

AM Bydgoszcz, czas nieznany: Zofia Ilnicka – flet, Łukasz Marciniak – gitara elektryczna oraz Jakub Wosik – skrzypce. Pięć utworów, 18 minut.

Katowickie trio, lubiące post-kameralne improwizacje z delikatnie zarysowanym scenariuszem, zaprasza nas na … dogrywkę swojego ostatniego albumu New Animals. Pięć utworów zarejestrowanych w trakcie realizacji rzeczonej płyty wylądowało wówczas w szufladzie, dziś dostajemy je na zgrabnej kasecie magnetofonowej w formie urokliwej miniatury.

Pierwszą opowieść budują gitarowe drobiazgi klejone w rytmiczną strukturę, którą zdobią kameralne śpiewy fletu i skrzypiec. Pod koniec gitara smakuje tu post-americaną. W drugiej części muzycy stoją w miejscu i ślą sobie wzajemnie plejady short-cuts, które zwinnie formują się w strumień coraz bogatszej w improwizowane frazy narracji. Tętnią zżyciem, niczym spacer po zroszonej porannym deszczem łące. W kolejnej narracji wyszukaną rytmikę proponuje flet, gitara plącze się w ambientowych wyziewach, a zabawne pizzicato skrzypiec dodaje całości kolejnej porcji uroku osobistego. Utwór ma swój istotny ciąg dalszy, w trakcie którego gitarowe frazowanie zaczyna przypominać Roberta Frippa i nagrania King Crimson z początku lat 80. ubiegłego stulecia. Czwarta opowieść w ujęciu rytmicznym wydaje się podobna do poprzedniczki, ale artyści sycą ją dużą porcją preparowanych dźwięków. Basowe stemple, flecie wydechy i jęczące skrzypce budują tu narrację, która z czasem zyskuje niemal maszynową post-dynamikę. Ostatnia opowieść wydaje się dość nerwowa. Rozhuśtane frazy, garść preparacji i udany skok ku naprawdę dużym emocjom, zwłaszcza ze strony fletu. Tempo, śpiew i zmyślne wytłumienie, to atrybuty zakończenia.



 

Trytony  Tańce Bydgoskie (Muzyka z Mózgu/ Bocian, CD/ LP 2022 - reedycja)

DEO-Recordings, Wisła, 1991: Tomasz Gwinciński – gitara, fortepian, syntezator, śpiew, Sławek Janicki – kontrabas, saksofon tenorowy oraz Jacek Buhl – perkusja. Dziewiętnaście utworów, ponad 50 minut.

Edytorska niespodzianka roku! Po trzech dekadach mamy ponownie okazję posłuchać debiutu bydgoskich Trytonów. Formacji z pewnością legendarnej, nie tylko dlatego, iż swoim debiutem zainaugurowała nurt yassowy w polskim jazzie i muzyce improwizowanej, ale także dlatego, iż dała początek wielu innym, równie ważnym wydarzeniom na krajowej scenie lat 90. ubiegłego stulecia. Pytanie zasadnicze każdej recenzji - czy ta muzyka broni się po trzydziestu latach pod względem artystycznym? Odpowiedź może być tylko twierdząca! Być może z pespektywy tak wielu lat widać (słychać) jeszcze dobitniej główny walor tamtego nagrania – jego jakże ekspresyjną ponadgatunkowość. Jego warstwa kompozycyjna kotwiczy nagranie w kategorii jazzu (jest klasyk Coltrane’a!), ale album jako całość niesie ze sobą ocean dobrych lub bardzo dobrych skojarzeń, takich jak brytyjski Rock in Opposition i Fred Frith, nowojorski, wczesny Downtown i choćby Arto Lindsay, a nawet całkiem urokliwy posmak późno amerykańskiego No Wave. Z jednej strony niesamowity groove basu Janickiego, z drugiej wielowymiarowa, zaskakująca na każdym kroku gitara Gwincińskiego, jego bystre, taneczne kompozycje, a także sznyt post-klasyczny i pełne garście rockowej psychodelii w niebanalnych improwizacjach. Do tego dodajmy bystry drumming Buhla niepozbawiony jego punkowych, czy nowofalowych korzeni, wreszcie cała masa humoru, studyjnych żartów i brzmieniowych niespodzianek, tak typowych dla yassu tamtych urokliwych lat.

W trakcie odsłuchu aż dziewiętnastu utworów (dodajmy, iż kilka z nich, to ledwie kilkunastosekundowe wtręty basu i gitary) możemy doszukiwać się wielu ciekawostek, wolt stylistycznych i wyjątkowo dobrze dobranych, instrumentalnych inkrustacji (fortepian, moog, saksofon), ale także bystrych, niemal pop-rockowych piosenek (choćby ta wieńcząca cały album). A jeśli mielibyśmy wskazać wyjątkowo udane momenty, to zacząć winniśmy od siódmej odsłony. Gitara początkowo brzmi tu wyjątkowo twardo, cedzi funkowe frazy niczym elektryczny bas. Szybko do gry właczają się rozśpiewany syntezator i rozwrzeszczany saksofon, po czym wszyscy udaja się w jakże psychodeliczną podróż w nieznane. W dziewiątej części smyczek na kontrabasie kusi brudnym post-barokiem, a jazzowa ekspozycja brzmi niczym zmutowane Modern Jazz Quartet. Dwunasta opowieść to Nieudane Black Sabbath - post-psychodeliczny marsz pogrzebowy z siarczystą gitarą. Z kolei klasyk Coltrane’a zaczyna się rockową eksplozją, a kończy zwinną, swingującą solówką gitary. Piętnasta część przypomina jazzową piosenkę, która nagle, w samym środku nagrania, ucieka w kwaśne igraszki z dźwiękiem. Wreszcie siedemnasta opowieść, która tempem i ekspresją przypomina początek albumu, taneczny i jakże frywolny, a efekt całości buduje tu brudne brzmienie wszystkich instrumentów i prawdziwie post-rockowy drive.



 

czwartek, 16 września 2021

Skerebotte Fatta! Kyaness! Crunch! DWBH! Duo Libertaire! I/O! Il Sogno! The September Summary as good, as always!


Dobrej muzyki improwizowanej nigdy za dużo! Tak przynajmniej zdają się myśleć artyści i ich szaleni wydawcy (czasami, to te same osoby!). Nowe dźwięki płyną do nas wyjątkowo szerokim korytem, zatem nie pozostaje nam nic innego, jak zaprezentować comiesięczną zbiorówkę świeżych recenzji jeszcze świeższych płyt!

Dziś słodka siódemeczka! Gatunkowy melting pot - garść free jazzu, dużo swobodnej improwizacji, szczypta zmyślnych reinterpretacji Monka, odrobina elektroniki, która dobrze wspiera akustyczne frazy, wreszcie duża porcja zmysłowej post-psychodelii. W gronie artystów zarówno nasi dobrzy znajomi, jak i czereda muzyków, którzy na łamach Trybuny debiutują.

Zaczynamy po polsku, bo definitywnie warto! Potem szwedzka Grecja, brytyjski konkret, dużo Francji, Portugalia, a na koniec międzynarodowe trio z Danii z ważnym akcentem polskim!

Zapraszamy na odczyt, potem odsłuch, a finalnie na zakupy! Kupujcie płyty z muzyką improwizowaną, traktujcie to, jak bardzo ważny obowiązek!

 


Skerebotte Fatta  Appaz (For Tune Records, CD 2021)

Zaczynamy od dobrze nam znanego duetu, który tworzą saksofonista Jan Małkowski oraz perkusista Dominik Mokrzewski. Muzycy swoją nową płytę nagrali pod koniec listopada 2020 w warszawskim studiu WerMik. Zamieścili na niej sześć swobodnych, free jazzowych ... kompozycji własnych, których tytuły to nazwiska ich ognistych idoli, pisane wspak. Całość trwa 39 minut z sekundami.

Duet warszawskich muzyków zdaje się być bardzo konsekwentny na swojej drodze artystycznej. Muzycy nie wywarzają bram, nie rozciągają … rozszerzonych technik wydobywania dźwięków ponad miarę zdrowego rozsądku. Grają swoją, duchową, niemal spirytualną odmianę free jazzu, która czerpie garściami z historii gatunku, ale też nadają jej własny, jakże indywidualny sznyt. Być może, to zasługa niebywałej cierpliwości w budowaniu ekspresyjnych narracji, dużej melodyjności i rytualnego, prostego, ale jakże uroczego bębnienia. Na tej swobodnej, niemal lekkiej, ale jakże ognistej płycie (fire music, to bardzo dobry trop!) muzyków stać chyba na wszystko. Także na to, by free jazzowa ekspresja nie była tu celem samym w sobie, a jedynie środkiem do osiągniecia bardziej złożonych zamierzeń dramaturgicznych.

Płytę otwiera bystra ballada, inspirowana Brötzmannem, początkowa dalece wystudzona, pod koniec kipiąca emocjami, masywnym rytmem i niebanalną melodyką. Druga historia, to pieśń dla RayD (Dickaty’ego), budowana wysoko zawieszonym saksofonem i niemal rytualnym drummingiem. Z kolei Ayler stawia na śpiewność i taneczność. Emocje buduje zmyślnie wybijany rytm i melodyjny brud rodzący się w tubie dęciaka. Kolejna inspiracja to … Zappa. Minimalistyczna, bardzo spirytualna narracja nabiera mocy nie bez udziału krótkiej, solowej ekspozycji perkusji. Muzycy skaczą tu w ogień po długich przygotowaniach i jakże uroczą płoną! Następny jest Braxton, który w wersji warszawiaków wydaje się być zaskakująco prostą narracją. Saksofon leni się przez cały utwór, perkusja dla kontrastu idzie w półgalop. Szósty Lloyd rodzi się w ciszy, a pełnego blasku nadają mu rozbrykane perkusjonalia. Saksofon po fazie kolejnego lenistwa rozpala tu ogień jakże krwistego zakończenia. Finał płyty, to popis perkusisty, który buduje filigranowy, jakże nerwowy flow godny tytułowego Benninka. Saksofon pozostający nieco w tle, na sam koniec wypuszcza całe połacie melodyjnych, tanecznych fraz wprost z sopranowej, małej tuby.

 


Oda Dyrnes & Zoe Efstathiou  Kyaness (Alkekung Records, LP 2021)

Po ognistych, męskich frazach czas na kobiece, jakże zmysłowe improwizacje, których dostarczają - grecka pianistka Zoe Efstathiou i norweska wiolonczelistka Oda Dyrnes. Nie znamy daty, ani dokładnego miejsca (prawdopodobnie Szwecja) rejestracji sześciu swobodnych improwizacji, pełnych pięknych, niemal wyłącznie preparowanych dźwięków. Wiemy natomiast, iż płyta Kyaness trwa niespełna 32 minuty.

Od początku spektaklu dłonie obu kobiet spoczywają na strunach, które drżą i produkują dźwięki, tworzące strumień gesty, kanciasty, odrobinę jednak leniwy, doposażony plejadą kobiecych, dalece niemęskich subtelności. Artystki szorują struny, układają na nich dziwne, nieznane przedmioty, lubią klimat dobrze wentylowanego zakładu szlifierskiego. Pięknie dbają o niuanse, ale wcale nie stronią od zachowań noszących znamiona dynamicznych. Ich konsekwencja i determinacja sprawiają, że permanentnie molestowane struny zaczynają śpiewać, jęczeć, głęboko oddychać i w bojaźni budować zmysłową improwizację. Choćby w trzeciej części, gdy mała zabawa w dobrze skorelowane ze sobą short-cuts przeistacza się w działania niemal mechaniczne - masywne szarpnięcia i subtelne uderzenia, testy rozciągliwości strun, a pośród nich nieco przypadkowy dźwięk fortepianowego klawisza.

Piąta improwizacja wydaje się w tym niedługim zestawie muzycznych historii kluczowa, trwa bowiem ponad dziesięć minut i składa się z trzech części, wydzielonych sekundowymi porcjami ciszy. Najpierw garść półdźwięków z piana, bardzo filigranowych, wzbogacona matowym brzmieniem szarpanych strun cello. Kolejny wątek budowany jest przez jakże kameralny suspens – cello stęka, a piano drży nie tylko preparowanymi dźwiękami. Wreszcie trzeci wątek - dwie bystre przebieżki po strunach piana i wiolonczeli, ale prowadzone w różnych tempach. Pierwszy z instrumentów pięknie tu śpiewa czystym rezonansem. Ostatnia improwizacja, niezbyt długa, rodzaj płytowego resume – skromne zabawy z echem i rezonującymi strunami, które aż gwiżdżą z zadowolenia. Zupełnie tak samo, jak recenzent!

 


Hutch Demouilpied/ Matt Hutchinson/ Sue Lynch Crunch (Empty Birdcage Records, DL 2021)

Teraz na 27 minut przeniesiemy się do londyńskiego Vortexu, by odczytać nagranie swobodnie improwizującego tria w składzie: Hutch Demouilpied – trąbka i flety, Matt Hutchinson – fortepian oraz Sue Lynch – saksofon tenorowy i klarnet. Trzy części zarejestrowane zostały w czerwcu 2019 roku, w ramach świetnie nam znanej imprezy Mopomoso (album dedykowany jest pamięci Johna Russella).

Muzycy wchodzą w swobodną improwizację z marszu, bez specjalnych przygotowań mentalnych – abstrakcyjne piano wprost z klawiatury, saksofonowe przedechy i trąbka, która brzmi niczym lamentujący głos kobiecy. Wszystko w tej improwizacji dobrze się zazębia - narracja bystrze skacze od zmysłowego chamber po ekspresję free jazzu. Dynamikę dostarcza tu na ogół pianista, ekspresję saksofonistka, a trębacz robi swoje, stojąc na stronie i zawadiacko zaczepiając przechodniów. W momentach, gdy opowieść staje się bardziej kameralna, dostajemy także drobną porcję preparowanych dźwięków. Finał pierwszej improwizacji jest dynamiczny, nie bez fajerwerków.

Na początku drugiej opowieści pojawia się flet i klarnet. Najpierw sekwencja drobnych preparacji, syczących fraz i gołe struny piana. Szczególnie dobrze dzieje się na osi flet-klarnet. Narracja pnie się na swój szczyt, po czym leniwie przygasa dając okazję dysponentom dętych instrumentów na powrót do saksofonu i trąbki. Tym razem droga nie wiedzie na szczyt, ale broczy w meandrach rzewnych pieśni post-żałobnych. Muzycy nabierają jednak mocy, czasami nawet wzajemnie na siebie pokrzykują. Mimo rosnącej ekspresji nie gubią jednak głęboko zaszytej w sercach melancholii i pewnego rodzaju dramaturgicznej zadumy. Wraz z upływem czasu improwizacja staje się coraz bardziej nerwowa, a dźwięki coraz krótsze, bardziej urywane. Pod koniec trąbka znów mówi ludzkim głosem i zabiera trio na ostatnie wzniesienie. Finał koncertu, to kilkuminutowe encore grane klawiszami piana, trąbką i saksofonem. Takie zmyślne post-jazzy-chamber, rodzaj artystycznego podsumowania, nie bez klasycyzujących fraz fortepianu. Narracja znów wybiera się na wzniesienie, ale droga doń wydaje się dość wyboista.

 


DWBH  Don’t Worry Be Happy (Intrication, CD 2021)

Pod wyżej wskazaną nazwą własną odnajdujemy świetnie nam znanego trębaczka austriackiego Franza Hautzingera, jego życiową partnerkę, francuską wokalistkę i klarnecistkę Isabelle Duthoit oraz dwóch francuskich muzyków, których spotykamy po raz pierwszy, ale … dziś nie ostatni - Pascala Brecheta na gitarze elektrycznej oraz Thierry’ego Waziniaka na perkusji i instrumentach perkusyjnych. Dodajmy, iż dwaj ostatni są tu także wydawcami, w ramach nowego labelu z muzyką improwizowaną. Zamieszczona na albumie dalece swobodna improwizacja podzielona została na siedem części z tytułami i trwa łącznie 62 minuty (miejsce i czas akcji nieznane).

Płyta o jakże wesołym tytule zaczyna się z wysokiego C, wbija w fotel i naprawdę dużo obiecuje w zakresie tak zwanego ciągu dalszego! Od pierwszego dźwięku kolektywna, zwarta, gęsta narracja – trębackie preparacje, drobiazgi na gitarowych przetwornikach, bystry, lekko zawieszony drumming i głos, przypominający świergot upalonego wróbla, który po czasie zdaje się zlewać z klarnetowymi frazami, także dbającymi o poziom brzmieniowej dyfuzji. Muzycy kreują dynamikę ekspozycji, a także stymulują nasze emocje w stopniu ponadnormatywnym. Ekspresja sięga chwilami freejazzowego wzniesienia, a głos, który zdaje się mieć tu sto twarzy, w każdej chwili zdolny jest zaskoczyć i dodatkowo ubarwić tę krwistą improwizację.

Kwartet bystrych improwizatorów niestety nie jest w stanie utrzymać tak wysokiego poziomu intensywności do końca płyty. Każda z kolejnych sześciu improwizacji pełna jest intrygujących, chwilami naprawdę udanych dźwięków, ale też każda z nich wydaje się być delikatnie przegadana i po prostu zbyt długa. Dobrze nam znana teoria, iż swobodna improwizacja winna trwać nie więcej niż 40 minut, i tu znajduje swój jakże praktyczny wymiar. Niemniej warto podkreślić, iż bardzo nam się podoba to, co wyczynia Duthoit ze swym głosem (choćby część trzecia) i zadziornym klarnetem (część czwarta), walory Hautzingera są nam powszechnie znane, z kolei Waziniak dobrze dba o dramaturgię, często trzyma narrację w trybie suspended, nigdy nie proponuje nazbyt wielu dźwięków. Wreszcie Brechet, gitarzysta silnie siedzący w jazzie i fussion, być może w kilku momentach mógłby bardziej poskramiać swoją kreatywność. Reasumując – gdyby płyta zakończyła się tuż po czwartej, prawie 16-minutowej improwizacji, chwilami skrzącej się pikantnym, elektroakustycznym posmakiem, nikt by nam tym nie stracił.

 


Duo Libertaire  Hint Of Monk (Intrication, CD 2021)

Dwóch Francuzów z poprzednio omawianej płyty zostaje z nami. Thierry Waziniak (perkusja, instrumenty perkusyjne) oraz Pascal Brechet (gitara) zapraszają tym razem na bardzo swobodne … reinterpretacje utworów Theloniusa Monka. Jedenaście części, 45 minut z sekundami, miejsce i czas nagrania ponownie nieznane.

Frywolna, jazzowa gitara, która zna doskonale historię gatunku i równie swobodna perkusja, podobnie jak na poprzedniej płycie, dobrze dbająca o dramaturgię spektaklu, często bazująca na intrygującym suspensie. Muzycy płyną strumieniem monkowskich melodii, udanie je cytując lub sugerując dalece luźne z nimi skojarzenia. Bystrze łapią dynamikę i przewrotną melodykę tak charakterystyczną dla kompozycji amerykańskiego pianisty. Budują opowieść, która mogłaby być świetnym soundtrackiem do filmów noire lub starej, francuskiej Nowej Fali. Ich interpretacje Monka zdają się być pokrętnie abstrakcyjne, jak i definitywnie proste niemal w tej samej frazie. Kreują narrację, którą z całą pewnością zaliczyć winniśmy do jazzowego chill-outu, niepozbawioną jednak nerwu improwizacji, wszak to ona jest głównym narzędziem pracy obu Francuzów.

W trzecim utworze proponują swoją autorską impresję, która wydaje się być kolejnym monkowskim evergreenem. Ciekawie brzmią w piątej odsłonie, gdy talerze zaczynają rezonować, a gitara śpiewa swobodnymi flażoletami. W interpretacji jednej z najlepszych melodii Monka Trinkle Tinkle artyści stosują przewrotne metrum i świadomie uciekają od oryginalnej konstrukcji rytmicznej. W końcowych piosenkach gitarzysta koncentruje się na eksponowaniu tematu (czego na ogół nie czynił w pierwszej części płyty), perkusista zaś swawoli na całego. Ot, taki taniec wyzwolonych bikiniarzy!

 


I/O: Carlos Santos & Ulrich Mitzlaff  Studies on Colour Field Modulation (Creative Sources, CD 2021)

Czas na obiecaną Portugalię! Studio w podlizbońskim Algés - Orquestra de Câmara Portuguesa (OCP), wrzesień ubiegłego roku, a w nim dwóch muzyków: Carlos Santos – elektronika i obiekty oraz Ulrich Mitzlaff – violonczello (połączenie skrzypiec i wiolonczeli) i obiekty. Panowie improwizują w dwóch częściach, a całość trwa niewiele ponad 35 minut.

Swoją jakże błyskotliwą przygodę elektroakustyczną muzycy rozpoczynają w mgławicy szumów i szmerów. Opowieść z jednej strony pachnie niemal field recordingiem, z drugiej zaś jest zapewne efektem działań elektroniki i być może live processingu. Po niedługiej chwili domyślamy się, iż część dźwięków dociera do nas wprost z gryfu strunowca. Pojawiają się akcenty percussion i dźwięki smyczka, który ociera się o struny. Tworząca tło elektroniczna poświata zdaje się brzmieć w tym momencie nad wyraz akustycznie. Miztlaff raz za razem wrzuca do strumienia narracji nowe elementy, a praca Santosa sprawia, iż słyszymy dwa, a nawet trzy wątki narracji generowane przez instrument strunowy, pozostające na różnym etapie elektroakustycznego rozwoju. Z czasem rośnie też ilość drobnych, pure elektronicznych dźwięków. Artyści bardzo udanie zarządzają tu dramaturgią. Ich opowieść wspina się na drobne wzniesienia, czasami pogrąża się w melancholijnych dolinach, ale nigdy nie nudzi. Opowieść budują zarówno drobne, szarpane frazy pizzicato, jak i długie, barwne drony multiplikowanego arco, brzmiące niczym chłodny ambient. Na koniec mamy jeszcze samplowane ludzkie glosy i post-barokowe frazy strunowca, płynące w onirycznej aurze elektroniki.

Druga improwizacja w swej początkowej fazie wydaje się być nad wyraz filigranowa. Kreują ją smyczek, który delikatnie pociera o struny i być może także o pudło rezonansowe oraz niemal imitacyjne dźwięki elektroniki. Całość przypomina spacer po zamglonym lesie, tuż przed świtem. Po pewnym czasie frazom strunowca udaje się wydostać na powierzchnię elektronicznej narracji. Uroczo piłowane struny zaczynają swoją pieśń pożegnalną. Oto mroczna post-elektronika dobywana wprost z pajęczastego strunowca, który zdaje się mieć nieskończoną ilość macek. Na finał rzeczona elektronika lepi się w intrygujący dron, a violoncello kreśli smugi cienia.

 


Il Sogno  Graduation (Gotta Let It Out and Auand Records, CD/2LP 2021)

Na standardowej płycie kompaktowej, wedle osiągnięć współczesnej techniki, mieści się mniej więcej 79 minut i 57 sekund muzyki. Trio Il Sogno zdaje się, że pomieściło na swojej nowej płycie niemal dokładnie tyle dźwięków. W każdym razie mamy na niej piętnaście impro kompozycji utrzymanych w duchu łagodnej psychodelii i całkiem bystrego fussion jazzu. Poznajmy muzyków: Emanuele Maniscalco – wurlitzer, syntezator, Tomo Jacobson – kontrabas oraz Oliver Laumann – perkusja, instrumenty perkusyjne. Nagranie z października 2019 roku, zarejestrowane we włoskiej Brescii i jej Teatrze Wielkim.

Graduation jest po prawdzie nagraniem niebywale długim, ale wiele wskazuje na to, iż przyjęta przez muzyków koncepcja stylistyczna broni się tu od pierwszego dźwięku do owej osiemdziesiątej minuty. W każdym razie pomyślunku i kreatywności nikomu nie brakowało w trakcie tej żmudnej, chwilami wyczerpującej podróży. Już początek kreśli nam ramy wydarzenia – kontrabasowy smyczek, który po introdukcji zamienia się w żywe, srebrzyste pizzicato, cały arsenał środków pianisty, który niemal od startu rysuje tu linię melodyczną, często kreując dwa, a nawet trzy wątki narracyjne, wreszcie perkusja, która robi to, co do niej należy, czyli dba o właściwy kierunek podróży. Muzycy pośród tysiąca pomysłów i melodii, jakie przewijają się przez całe nagranie, raz za razem wrzucają do tygla narracji pałkę dynamitu, siejąc niepokój, szyjąc improwizacje dalece nerwowym ściegiem. Śmiało uciekają wtedy w psychodelię, tudzież frazy pełne tajemniczości, stawiające dramaturgiczne znaki zapytania. Tak dzieje się choćby w utworze drugim i zwłaszcza piątym, który jest długą, ponad dziesięciominutową, poszarpaną i jakże stylową, niemal stuprocentową improwizacją. Dużo kreatywnej nerwowości odnajdujemy także w utworze czternastym.

Il Sogno lubi też zaskakiwać niemal biesiadną melodyką, nie boi się struktur rytmicznych idealnie nadających się do tańca i śpiewania. W takiej estetyce pozostaje trzecia piosenka, a zwłaszcza niemal wodewilowe zakończenie, lekkie jak puch pod spódnicą korpulentnej baletnicy. Wszakże chlebem powszednim tej edycji tria jest fussion jazz. W tej stylistyce utrzymana jest większość kompozycji, w tych ramach świetnie pracują wszelkie klawiatury, jakich używa pianista, a sekcja kontrabasu i bystrej perkusji płynie strumieniem pełnym wyłącznie udanych fraz. Tu za przykłady mogą posłużyć kompozycje numer cztery, sześć, siedem, czy dziewięć. Podoba nam się także kompozycja dziesiąta, która smakuje dark ambientem. Z kolei jedenastka świetnie zmieściłaby się na soundtracku do serialu wszechczasów, czyli lynchowego Twin Peaks.