Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lucija Gregov. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lucija Gregov. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 17 października 2023

Hydra Ensemble & Águas!


Portugalski improwizator, kompozytor, basista i kontrabasista Gonçalo Almeida, to prawdziwy człowiek renesansu! Prowadzi niezliczoną liczbę projektów muzycznych, grywa solo, świetnie sprawdza się w niemal każdych okolicznościach gatunkowych. Nie ma sensu na tych łamach wymieniać więcej szczegółów, wszak Almeida gości tu przy okazji każdej swojej nowej płyty.

Dziś spotykamy go z powodu świeżej produkcji kwartetu Hydra Ensemble. To jeden z kilku kameralnych pomysłów Portugalczyka na improwizację, który łączy akustyczne instrumenty strunowe (kontrabas i dwie wiolonczele - Lucija Gregov i Nina Hitz) i realizowaną na żywo elektronikę Rutgera Zuydervelta, którego miłośnicy dźwięków syntetycznych doskonale znają od nazwą własną Machienfabrik.

Nowa płyta Hydry jest nagraniem w pełni koncertowym, które z jednej strony pokazuje kunszt wykonawczy muzyków, z drugiej unaocznia fakt, iż kreatywny elektronik nie potrzebuje zacisza studia nagraniowego, by świetnie wykonać swoją robotę.



Sytuacja sceniczna jest tu następująca – po lewej stronie wiolonczela, w środku kontrabas, po prawej druga wiolonczela, a wszędzie wokół chmura mniej lub bardziej słyszalnej elektroniki. Pierwsze trzy części koncertu zdają się być wielką wspinaczką na efektownie uformowaną ekspozycję skalną. Emocje rosną tu z każdym metrem błyskotliwej podróży, która wieńczy dzieło wraz z otwarciem części czwartej. Kolejne epizody koncertu wskazują wiele możliwych dróg rozwoju improwizacji, ale także trwonią czas na dramaturgiczne rozterki i elektroakustyczne didaskalia. Jeśli w trakcie trzech pierwszych, jakże wspaniałych części elektronika pracuje w tle i błyskotliwie zdobi punkty kulminacyjne, o tyle potem często wychodzi na czoło pochodu niezdecydowanych improwizatorów i tyczy szlak narracji dużą ilością powtórzeń, tudzież na poły rytmicznych zdobień.

Na starcie koncertu towarzyszy nam ambientowe tło pozostające w niemal idealnej symbiozie z długimi, smyczkowymi frazami strunowymi. Całość przypomina lekko wzburzone fale oceanu. Narracja pulsuje, nabiera pewnej śpiewności i nie stroni od dekonstrukcji post-barokowych ekspozycji strunowych. W centrum wydarzeń pozostaje tu kontrabas, który zmiennymi metodami frazowania zdaje się wytyczać kolejne odcinki tej post-kameralnej przygody. Druga część koncertu, to właśnie przejście Almeidy z trybu smyczkowego na tryb pizzicato. W tym samych czasie obie wiolonczelistki rytmicznie piłują struny swoich instrumentów, a elektronika dorzuca do improwizacji garść drobnych, elektroakustycznych usterek. W tej fazie koncertu narracja szczególnie mocno przybiera na intensywności. Po osiągnieciu pierwszego szczytu improwizacja wpada w efektowną huśtawkę nastrojów, zwłaszcza, gdy kontrabasista powraca do smyczka i zaczyna systematycznie spychać strumienie dźwiękowe w coraz niższe rejony. Start trzeciego traku na dysku wyznacza tu kolejna zmiana trybu pracy kontrabasisty. Tym razem Almeida uderza w struny i buduje perkusyjną narrację. Wiolonczele rzewnie śpiewają niemal jednym głosem, a elektronika także szuka bardziej melodyjnych środków wyrazu. Emocje rosną tu szybko, a narracja zyskuje rockowe stygmaty.

Tuż potem startuje anonsowana już część czwarta - minimalistyczne wytłumienie i przejście w drugą fazę koncertu, niemniej urokliwą brzmieniowo, ale naznaczoną dramaturgicznymi rozdrożami. Improwizacja lepi się teraz z drobnych uderzeń smyczków, oddechów, strunowych westchnień i chmury post-elektronicznych szumów i szmerów. W bukiecie fonii słyszymy coś na kształt wibrafonu, nie brakuje dźwięków preparowanych ze wszystkich dostępnych na scenie źródeł. Emocje falują, generowane przez fonie rwane, szarpane, doposażone sporą ilością elektronicznych repetycji. Kontrabasista przechodzi z arco na pizzicato i odwrotnie nad wyraz często. Z jednej strony dostajemy się w wir post-barokowych emocji, z drugiej dostrzegamy na scenie pewien elektroakustyczny rozgardiasz. Emocje nie ustają, ale zdaje się, że mocno tęsknimy za linearnością pierwszej części koncertu. W części szóstej odnotowujemy jeszcze solową ekspozycję wiolonczeli na prawej flance. Start ostatniej części wyznacza pizzicato kontrabasu i kolejna porcja żałobnych pieśni obu wiolonczelistek. Pożegnalna faza koncertu prowadzona jest w dość leniwym tempie, bez specjalnych wzlotów i upadków.

 

Hydra Ensemble Águas (Cylinder Recordings, CD 2023). Gonçalo Almeida – kontrabas, Lucija Gregov – wiolonczela, Nina Hitz – wiolonczela oraz Rutger Zuydervelt – elektronika. Nagranie koncertowe, 31 stycznia 2022, Pletterij, Haarlem, Holandia. Jeden strumień dźwiękowy podzielony na siedem części, 46 minut.



piątek, 2 września 2022

Dirk Serries and A New Wave of Jazz: two trios, quartet and two duos!


Belgijski label A New Wave Of Jazz funkcjonuje artystycznie od roku 2014 i ugruntował już sobie markę nie tylko na europejskiej scenie muzyki improwizowanej. Ironiczna nazwa, kreatywny szef i nieustające morze pomysłów na tworzenie dobrych, muzycznych koincydencji, to recepta na sukces przedsięwzięcia kierowanego przez gitarzystę Dirka Serriesa.

Sięgamy dziś po cztery czerwcowe premiery labelu, wszystkie wydane na CD, które przynoszą nam wiele udanych dźwięków, choć niczym nie zaskakują. Jak zwykle odnajdujemy na nich w pełni swobodną improwizację, na ogół akustyczne brzmienia i całe rzesze znajomym muzyków, widniejące na takich samych szarych okładkach, tworzonych od początku wedle jednej layoutu i zawsze doposażonych w liner notes autorstwa Guya Petersa.

Na nowych albumach (od numeru katalogowego 049 do 052) odnajdujemy nade wszystko dokonania artystyczne szefa wydawnictwa. Pośród nich dwa akustyczne tria – jedno w pełni strunowe, z kolejną gitarą i kontrabasem, drugie z dwoma instrumentami dętymi, wreszcie duet z perkusistą Onno Govaertem (podwójny, albowiem w szranki impro batalii z rzeczonym drummerem rusza także pianistka Martina Verhoeven). Zestaw nowości uzupełnia elektroakustyczny kwartet Gonçalo Almeidy, który w katalogu dość hermetycznych, tak stylistycznie, jak i personalnie, nagrań labelu stanowi definitywnie świeży element. 



 

049: Today And All Tomorrows by Serries/ Thompson/ Verhoeven

9 sierpnia 2019, Sunny Side Inc. Studio, Anderlecht; Dirk Serries – gitara akustyczna, Daniel Thompson – gitara akustyczna oraz Martina Verhoeven – kontrabas. Sześć improwizacji, 44:13

Akustyczne gitary posadowione na przeciwległych flankach i kontrabas na samym środku, doposażony w smyczek, to sytuacja przestrzenna improwizacji. Początek improwizacji, to gra na małe pola - bystre pytania i równie efektowne odpowiedzi. Kameralny zaduch nie przeszkadza budować tu pewnej leniwej dynamiki, ale zdaje się wypełniać też studio grubymi plastrami ciszy. W drugiej opowieści pojawiają się pierwsze preparowane dźwięki. Stonowane zgrzyty i martwe oddechy. Prym wiedzie tu smyczek, który w początkowej fazie szuka dna, zaś w końcowej rwie trio do delikatnego lotu wznoszącego. Kolejna narracja wydaje się bardziej skupiona, minimalistyczna, budowana mikro elementami post-perkusjonalnymi i subtelnymi riffami. Kontrabas przypomina tu leniwego byka, obie gitary kwilące ze strachu owieczki. Całość zostaje bardzo efektownie zgaszona suchym smyczkiem.

Na starcie czwartej opowieści tłumione emocje zdają się przelewać zamkniętymi dyszami. Gitary popiskują, smyczek jęczy z wysiłku. Ciche dźwięki i statutowy minimalizm w połowie improwizacji tracą nagle rację bytu. Muzycy łapią wiatr w żagle i zaczynają budować uroczą gęstwinę tłustych dźwięków. Początek następnego epizodu znów jest bolesny - ukradkowe frazy cedzone przez zaciśnięte zęby, strzępy melodii na lewej gitarze. Narracja systematycznie jednak pęcznieje i lepi się wokół mozolnie konstruowanego pizzicato kontrabasu. Opowieść kipi od emocji, które raz zdają się być uwalniane, innym razem tłamszone do samej podłogi. Finałowe zejście w ciszę jest doprawdy mistrzowskie! Ostatnia improwizacja, to stemple kontrabasu i gitarowe minimalizmy. Brudny barok dużego strunowca szuka tu przyjaciela w post-rockowych westchnieniach obu gitar. Balladowy posmak i źdźbła melodii pomiędzy suchymi strunami nie przeszkadzają muzykom wykreować małego spiętrzenia, po którym smyczek może już gasić płomień improwizacji.

 


050: Translucence by Rennie/ Roberts/ Serries

12 stycznia 2020, Sunny Side Inc. Studio, Anderlecht; Tullis Rennie – puzon, Cath Roberts – saksofon barytonowy oraz Dirk Serries – gitara akustyczna. Cztery improwizacje, 45:19

W kolejnym trio sytuacja sceniczna jest następująca: puzon stacjonuje po lewej, saksofon po prawej stronie, a środkową oś narracji kontroluje gitara. Owo narracyjne centrum i prawa flanka zaczynają na raz, z posmakiem free jazzu, z kolei puzon najpierw bierze kilka głębszych oddechów, a dopiero po chwili rzuca garść niebanalnych fraz. Narracja kołysze się na wietrze, bywa nerwowa, ale i leniwa. Tym, który sieje intrygi jest tu nade wszystko gitarzysta, z kolei dęciaki wolą rozmowy na stronie i cięte komentarze. Część narracji sprawia wrażenie nieco zaplanowanej, całość płynie jednak dość swobodnie, z daleka od kameralnej zadumy, raczej z tendencjami do poszukiwania jazzowych emocji. Każdy z muzyków raz za razem puszcza tu oko i zasiewa dramaturgiczny niepokój ciekawą zagrywką. W drugiej improwizacji pojawiają się dźwięki preparowane, między innymi dzięki akcjom smyczka na gryfie gitary. Trochę śpiewu przez łzy, trochę końskiego parskania i kilka dobrych pytań skonsumowanych jeszcze bystrzejszymi odpowiedziami.

Początek trzeciej opowieści wydaje się niespodziewanie dynamiczny, dyktowany tempem puzonu i saksofonu. Gitara wchodzi w post-jazzowe narracje, ale improwizacja po kilku pętlach jakby traciła lwi pazur. Kilka zakrętów, tudzież zaskakujących rozdroży, z których udaje się wyjść na prostą dzięki, jak zawsze skutecznej, metodzie call & responce. Przy okazji odnotowujemy kolejne intrygujące fraz ze strony puzonu. Finałowa improwizacja syci się pewną melodyką, budowana jest małymi riffami i dętymi zaśpiewami. Najpierw kilka krótkich uderzeń, potem więcej przeciągłych westchnień. Każdy z artystów szuka tu nowych rozwiązań, co dobrze robi całej ekspozycji. Nie brakuje mrocznych zakamarków i dobrze postawionych pytań o kierunek dalszej drogi. Końcowe przebudzenie smakuje post-jazzem, niepozbawione jest także szczypty nostalgii.

 


051: Vistas by Hydra Ensemble

16 kwietnia 2021, Worm; Gonçalo Almeida – kontrabas, Lucija Gregov – wiolonczela, Nina Hitz – wiolonczela oraz Rutger Zuydervelt – elektronika. Pięć improwizacji, 49:42

Swobodna kameralistyka uwikłana w kable współczesnej elektroniki, to idea tej Hydry. Jej drugi album wydaje się być bardzo sprytnie zaprojektowany. Oto bowiem to, co najlepsze, najbardziej frapujące i ekscytujące dostajemy na początku i na końcu nagrania. To, co pomieszczone jest pomiędzy utworami otwarcia i zamknięcia także zdaje się być nad wyraz interesujące, ale chwilami można odnieść wrażenie, jakby muzycy traktowali te fragmenty jako pole do eksperymentów i poszukiwania nowych środków wyrazu.

Pierwszą improwizację buduje dudnienie kontrabasu, szeleszcząca mgła elektroniki i długie, posuwiste frazy obu wiolonczeli. Najpierw artyści serwują nam dużo matowego smutku, potem niemałą porcję emocji nasączonych jakimś stymulującym wywarem roślinnym. Kolejna opowieść bazuje na frazach pizzicato, początkowo głównie ze strony kontrabsu, potem także wiolonczeli. Znów dużo dobrego niesie nam warstwa elektroniczna, która chwilami przypomina live processing. Improwizacja kończy się tu strugami smyczkowych pląsów mniejszych strunowców. W trzeciej części nie brakuje stylowych drobiazgów. Narracja przypomina pajęczynę filigranowych fraz, pomiędzy którymi intrygująco przemykają elektroniczne strugi zaskakujących fonii. W drugiej fazie improwizacji dzieje się już naprawdę dużo, co jest efektem świetnej roboty każdego z muzyków. Czwarta opowieść płynie wyjątkowo nisko przy powierzchni ziemi. Dronowe, post-barokowe ekspozycje kontrabsu najpierw szukają zwady, potem oddają pole minimalistycznym inicjatywom elektroniki i obu wiolonczeli. Finał pnie się ku górze kolektywnymi strugami pizzicato. Anonsowana już wcześniej, ostatnia improwizacja stawia na emocje i całkiem wyszukaną dynamikę. Smutny, molowy początek zwinnie przekształca się w narrację sycącą się energią własną fraz pizzicato i gęstymi plamami elektroniki. Nerwowa, dobrze ugaszona porcja smakowitości. 



052: Twofold by Onno Govaert + Verhoeven/ Serries

18 października 2021, Sunny Side Inc. Studio, Anderlecht; Onno Govaert – perkusja, Martina Verhoeven – fortepian (dysk 1) oraz Dirk Serries – amplifikowana gitara akustyczna (dysk 2). Trzy improwizacje - 45:38 (1), jedna improwizacja - 42:11 (2)

Jeśli duet perkusji i fortepianu zaliczyć moglibyśmy do post-kameralistyki, która zwinnie łapie bakcyla free jazzu, to duet tejże perkusji z gitarą akustyczną (całkiem silnie amplifikowaną) najudaniej byłoby pomieścić w szufladzie nerwowego post-rocka, który równie chętnie wpada w sidła free jazzu, jak toczy boje na skraju avant-rockowej improwizacji. Jedno wszakże nie ulega wątpliwości – podwójny album prezentuje wyjątkowo smakowite oblicze Onno Govaerta, drummera, którego nagrania śledzimy od ponad dekady, a którego artystyczny rozwój zdaje się nie mieć granic.

Improwizacja pierwszego duetu podzielona została na trzy części o nieco zmiennej dramaturgii. Początek zdaje się być nerwowy, a każdy z muzyków niecierpliwy. Narracja, wyzwolona z wszelkich uwarunkowań gatunkowych, ma tu pokrętną dynamikę i buduje emocje w sposób dalece niepowtarzalny. Od free jazzowej furii po post-kameralne subtelności. Te drugie atrybuty zdają się kreować szczególnie dobitnie drugą część. Dużo akcji minimalistycznych, pracy fortepianowego wnętrza i rezonujących talerzy. Zmysłowy chill-out szybko sięga tu free jazzowego nieba, choć każdy ruch muzyków wydaje się być ulotny i nieoczywisty. W podobnej atmosferze toczy się trzecia odsłona tego duetu. Małe porcje preparowanych fraz powstające blisko ciszy i znów zagadkowy rytm, ledwie sugerowany, jakby w zawieszeniu, wokół którego toczy się improwizacja. Zakończenie albumu z jednej strony jest dość dynamiczne, z drugiej nasączone mrokiem i tajemniczością. Sam finisz zaś doprawdy fenomenalny - potężne pokłady energii kinetycznej stają się tu szelestem fortepianowych młoteczków.

Kolejny duet podany zostaje na dysku w jednym traku, choć ewidentnie składa się z czterech epizodów, które trwają po około dziesięć minut. Początek, to bijąca stopa na bębnie basowym i gitara, która rozsiewa meta rockowe zarazki. Chropowata, czerstwa narracja, po pokonaniu kilku zawiłych wiraży efektownie piętrzy się i skrzy free jazzowymi emocjami. Jeśli Onno stawia tu na dynamikę, to Dirk często zwalnia i sięga po dźwięki preparowane. Muzycy jednocześnie stymulują i temperują wzajemne reakcje. Każdy z owych podepizodów wydaje się mieć dość zbliżoną dramaturgię. Celem każdorazowo jest pewne spiętrzenie, metody zaś dojścia do niego subtelnie się od siebie różnią. W trzeciej i czwartej fazie improwizacji gitara frazuje niekiedy dość basowo, a w jej brzmieniu doszukać się możemy fraz godnych pedal steel guitar. Narracja na ogół toczy się kolektywnie, a fragmenty solowe traktować możemy jako incydenty. Ciekawy jest sam finał. Muzycy zdają się tu dawać upust swoim rockowym, by nie rzec punkowym temperamentom. Jest głośno i naprawdę czupurnie.



 

środa, 5 maja 2021

Hydra Ensemble and Voltas!


Jednym z wiecznie powracających tematów redakcyjnych dyskusji jest rola brzmień elektronicznych w żmudnym procesie swobodnej improwizacji. Na łamach Trybuny raz za razem dochodzi do małych wojen żywych i syntetycznych dźwięków, a recenzenckie emocje często kierują się ku deprecjonowaniu muzyki elektronicznej w kontekście improwizujących, w pełni akustycznych instrumentów. W naszej ultra subiektywnej ocenie elektronika, z racji swych nieograniczonych możliwości kreowania brzmień i struktur narracyjnych, często wiedzie prym w improwizacji, a sami artyści zdają się mieć dużo większe problemy z temperowaniem swoich namiętności niż operatorzy żywych instrumentów.

Dziś chcielibyśmy zaprosić do odczytu i odsłuchu płyty, która wydaje się idealnie godzić żywe, akustyczne dźwięki z intrygującą poświatą elektroniki. Tak właśnie, poświatą – do takiej roli sprowadzamy elektronikę, taka syntetyka podoba nam się najbardziej w zetknięciu z żywymi dźwiękami. Owa nieco złośliwa uwaga nie dotyczy jednak muzyki elektronicznej samej w sobie. Jeśli tylko ona rządzi sceną, nasza percepcja zjawiska jest zupełnie inna. Ale nie o tym dzisiejsza epistoła.

Zapraszamy do starego obiektu sakralnego w Rotterdamie, gdzie latem ubiegłego roku muzykowali artyści wyposażeni w trzy instrumenty akustyczne i jeden zestaw urządzeń, który dla uproszczenia nazwali electronics. Prawdziwie ekumeniczne towarzystwo – Portugalczyk Gonçalo Almeida na kontrabasie, Szwajcarka Nina Hitz i Chorwatka Lucija Gregov na wiolonczelach oraz Holender Rutger Zuydervelt (szerzej znany światu jako Machinefabriek) zatopiony w kablach. Artyści przygotowali dla nas sześć improwizacji, które trwają łącznie 45 minut z sekundami. Wydawcą płyty CD jest słoweński label Inexhaustible Editions (premiera miała miejsce w marcu br.).

 


Zakręty otwiera epicka, ponad 15-minutowa improwizacja, której dramaturgia rodzi się leniwie, w niemal minimalistycznej estetyce. Zaczyna kontrabasista, który dotyka struny smyczkiem lub delikatnie je szarpie. Po czym czeka, aż dźwięki ładnie wybrzmią. Po kilku chwilach na prawej flance coś zaczyna drżeć i wydawać pierwsze oznaki życia. Podobnie rzecz ma się na drugiej flance. Wiolonczelistki stawiają pierwsze kroki z dużą rozwagą – ich instrumenty skrzypią, dygoczą ze strachu, rysują małe drony, które lepią się z dużym dronem kontrabasu. Każdy z muzyków produkuje tu mikro preparacje, w początkowa rola elektroniki sprowadza się do wzmacniania strumienia dźwiękowego trzech strunowców. W połowie utworu czeka nas zmiana. Przez moment pozostajemy zatopieni w mgle ambientu. Wiolonczele schodzą do krypty i zaczynają pojękiwać. Kontrabas powraca z akcentami percussion. Zaczyna się nowa opowieść, odrobinę bardziej dynamiczna. Strings swobodnie tańczą, stojąc po kolana w gęstniejącym ambiencie. Syntetyka wybudza się z letargu i nerwowo skwierczy, zwiastując finał tego niebywałego kwadransa post-kameralnych emocji.

Kolejne cztery improwizacje są znacznie krótsze – trwają od trzech do sześciu minut. Druga zaczyna się od zmysłowego współistnienia obu sfer improwizacji – trzy swobodne smyczki i elektronika, która wstaje z kolan i przez moment hałasuje. W ramach reakcji obronnej strunowce wypuszczają się w cudowny, post-barokowy flow, którego jakość podkreśla minimalistyczne pizzicato kontrabasu. Kolejna opowieść budowana jest na dysonansie – elektronika skwierczy i pulsuje, struny oddychają i kreują małe, dronowe ekspozycje. Dramaturgia rośnie, choć dźwięków wcale nie przybywa. Piękne, nerwowe chamber z preparowanymi dźwiękami i zmysłową poświatą syntetyki. Część czwarta zmienia klimat. Wszystkie strunowce podrygują lekkimi, stylowymi ruchami, kreowanymi techniką pizzicato. Elektronika też stawia na drobne, rwane frazy. Całość narracji zdaje się unosić w powietrzu, a dźwięki strun rezonować delikatnie syntetycznym echem. Kolejna opowieść stawia na długie, efektownie brzmiące potoki dźwiękowe, posadowione nisko, niemal przy podłodze – uroczy post-barok z elektroniką, czającą się za rogiem.

Skąpani w cudownościach świetnie skonstruowanej, kameralnej elektroakustyki być może nie jesteśmy dobrze przygotowani na finał Zakrętów. Niemal 10-minutowa improwizacja, w trakcie której elektronika zaczyna pokazywać swoje nieco bardziej demoniczne oblicze. Narrację otwiera pizzicato kontrabasu, które napotyka na syntetyczne zasieki wielowątkowej, niemal stojącej w miejscu e-muzy. Wiolonczele zdają się być pełne niepokoju i egzystencjalnych wątpliwości – delikatnie, smutnie cmokają i pojękują. Oto opowieść, którą moglibyśmy nazwać electro chamber with jazz taste (ten ostatni atrybut z racji trybu pracy kontrabasu). Wszyscy aktorzy tej części widowiska szczęśliwie wchodzą we wzajemne interakcje, a sama syntetyka nie ma ambicji zdominowania sceny. Emocje jednak rosną, a dźwięki z kabli nie odpuszczają. Ostatnie frazy brzmią wyjątkowo zmysłowo. Po peaku elektroniki płyta umiera w poświacie czerstwego ambientu i rozleniwionych podrygów kontrabasu.