Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Colin McKenzie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Colin McKenzie. Pokaż wszystkie posty

środa, 8 grudnia 2021

Trevor Watts’ Amalgam & The Yorkshire Suite!


Z małej monografii formacji Amalgam *):

Wreszcie finałowa edycja Amalgam. Listopadowa (‘79) brytyjska trasa koncertowa i drobny incydent studyjny. No i zapowiadana na wstępie niespodzianka personalna. Oto bowiem na kilka dżdżystych, jesiennych tygodni gitarzystą Amalgam zostaje Keith Rowe! Od ponad dekady stały członek improwizującego kolektywu AMM, innowator i eksperymentator gitary, plądrofonik i swoiste enfante terrible muzyki niekomponowanej. I tu – w kolektywie Amalgam - gra na gitarze w jak najbardziej konwencjonalny sposób, innymi słowy trzyma ją normalnie w dłoniach i sprawnie palcuje po gryfie.

Historia muzyki improwizowanej, choćby była najprecyzyjniej spisywana i weryfikowana przez żyjących jeszcze ojców założycieli, wciąż wymaga uzupełnień i korekt. Całkiem niedawno na tych łamach dywagowaliśmy na temat dokładnej daty pewnego nagrania grupy Detail z roku 1990, dziś cofamy się w czasie o kolejną dekadę i zastanawiamy się, kiedy powstało pewne nagranie formacji Amalgam. Ten zacny free jazzowy, potem wręcz jazz-rockowy band Trevora Wattsa funkcjonował artystycznie ponad dziesięć lat, a jego ostatnie aktywności opisane zostały w cytowanym wyżej tekście. Drobna wszakże korekta tegoż opracowania – Keith Rowe grywał z formacją Amalgam wcześniej niż w listopadzie 1979 roku, a precyzyjnym będąc, także na początku tegoż roku, w lutym. Wtedy to właśnie powstało nagranie The Yorkshire Suite! Zauważmy na wstępie, iż fantastycznie uzupełnia ono dyskografię Amalgam i dodatkowo niesie ze sobą pewien personalny smaczek. Oto w nagraniu tym uczestniczył sam John Stevens, który co prawda maczał palce w powstaniu grupy jeszcze w latach 60., ale potem opuścił skład i grywał jazz-rocka pod szyldem Away. Ale dość tych historycznych egzegez! Przed nami pierwsza publikacja nagrania Yorkshire Suite w kwintecie na dwie perkusje. Godzina rozkoszy nie tylko dla psychofanów Trevora Wattsa i Johna Stevensa!

Wedle słów samego Wattsa, na początku 1979 roku do tria Amalgam (saksofon, bas, perkusja) doproszony został gitarzysta Rowe, by wnieść do zespołu nieco więcej fermentującej improwizacji, tudzież pewien element zaskoczenia i nieprzewidywalności. Londyński meeting, któremu dziś poświęcamy naszą uwagę, to zapewne ich pierwsze spotkanie. Trevor przygotował na tę okoliczność specjalną kompozycję, muzycy ją zagrali, a w ramach tzw. dogrywki, postanowili jeszcze swobodnie poimprowizować w tym dość eksperymentalnym składzie. Efekt przerósł oczekiwania wszystkich, został zanotowany jako tzw. drugi take utworu głównego, a w wymiarze czasowym okazał się nawet dłuższy od podstawowego wykonania kompozycji. Pełna dokumentacja owego spotkania z Yorkshire jest teraz dostępna w formie plików elektronicznych na bandcampie wydawcy. Dodajmy, iż mimo, że została zremasterowana z nagrania kasetowego, brzmi doskonale (za wyjątkiem drobnego szumu) i aż dziw bierze, że na jej upublicznienie czekać musieliśmy ponad cztery dekady.

 


Take One. Pierwsze nasiono rytmu wiedzie wprost z gitary, która rysuje repetytywny szlak improwizowanej podróży. Basówka pracuje bardzo swobodnie i raz za razem intrygująco mąci szyk marszu, a dwie perkusje, idealnie wypełniające przestrzeń, budują w miarę symultaniczną narrację. Na czele orszaku straceńców sadowi się oczywiście saksofon altowy - rozśpiewany, od startu mający odpowiednią swobodę i potencjał, by wieść improwizowaną opowieść w rejony niedostępne dla zwykłych śmiertelników. Dęciak czerpiąc moc z rytmu gitary, dość szybko wskakuje na niemal ognisty poziom ekspozycji i sprawia, iż cała maszyna tańczy w słońcu, niczym zdrowa mantra, która nie potrzebuje dodatkowych stymulacji. Dopiero po upływie ósmej minuty muzycy serwują nam krótką prezentację tematu, ulotną wszakże, niczym ślad pędzla na wodzie. Po krótkiej chwili saksofon ucieka na powrót w improwizację, a reszta załogi szuka okazji do zmyślnych kreacji. Gitarowy pick-up delikatnie sprzęga się, sprawiając, iż opowieść pęcznieję, ale nie traci tempa. Owo kłębowisko myśli wsparte zostaje kornetem, którego dźwięków dostarcza najprawdopodobniej John Stevens. Prawdziwy krok ku szumiącej psychodelii, wywołany utratą dynamiki, następuje jednak dopiero po upływie pełnego kwadransa. Gitara jeszcze bardziej zagłębia się w sobie, saksofon faluje niczym wzburzony ocean. Z tego tygla swobody powstaje nowy wątek, co jest zdecydowanie zasługą porządkującego przestrzeń alcisty. Nim utwór dobije do swego końca, dostajemy jeszcze krótki epizod na dwie perkusje, po czym muzycy po raz ostatni dmą w ognisty róg, inspirowani kolejnym szczytowaniem saksofonisty.

Take Two. Drugie podejście do kompozycji, zgodnie z zapowiedzią, wiedzie dalece improwizowanymi ścieżkami. Szum z gitarowego pieca, drobne, urywane frazy obu perkusji, łagodny, przepraszający tembr saksofonu – cała plejada jakże leniwych dźwięków. Z czasem tempo zdaje się rosnąć, ale sam proces jest wyjątkowo powolny. Wszystkie dźwięki płyną tu wyjątkowo szerokim korytem - swoboda, naturalna precyzja, dalece medytacyjna nieśpieszność. Saksofon śpiewa, reszta idzie wraz z nim, ale każdy dokłada tu indywidualną cegiełkę. Choćby świetny moment na gryfie gitary, pełen preparowanych dźwięków, zaraz potem równie doskonały dialog tejże gitary z saksofonem. Wszyscy zaliczają tu drobne wzniesienie, z którego dość szybką schodzą. Dopiero po 11 minucie saksofon wespół z gitarą sugerują sięgnięcie po melodyjny temat. Z tej chwili narracyjnego ładu dość szybko wyrywa się dęciak i za jego przyczyną kwintetowa opowieść dość szybko wchodzi w stadium ognistej i dynamicznej akcji. Muzycy wyjątkowo efektownie ogrywają tu temat, czyniąc to zarówno na dużej dynamice, jak i przy okazji incydentalnych spowolnień. Po ostatnim z nich następuje faza swobodnej improwizacji, tu wzbogacona kornetem. Po 23 minucie saksofon i bas zaczynają rysować nowy rytm, ale reszta instrumentów pozostaje w stanie permanentnej improwizacji. Po kolejnych dwóch minutach wydaje się, że utwór zmierza ku końcowi – dużo przestrzeni, tłumionych fraz, gitarowe preparacje i oddechy kornetu. W głowach muzyków kłębi się jednak na tyle dużo pomysłów, iż opowieść wspina się jeszcze na drobne wzniesienie, po czym gaśnie niczym łuna polarna.

 

Trevor Watts’ Amalgam The Yorkshire Suite (Hi4Head Records, DL 2021). Trevor Watts – saksofon altowy i sopranowy, kompozycja, Keith Rowe – gitara preparowana, Colin McKenzie – gitara basowa, Liam Genockey i John Stevens – perkusje. Nagrane 21 lutego 1979 roku w Londynie. Kompozycja Yorkshire Suite w dwóch podejściach, łącznie 56 minut i 25 sekund.

 

Pełny tekst dostępny jest pod poniższym adresem:

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2016/03/trevor-watts-amalgam-spontaniczne.html

 

 

wtorek, 16 lutego 2021

Trevor Watts! A World View!


Niniejsza recenzja powstała na potrzeby portalu jazzarium.pl i tamże została, w formie artykułu, opublikowana w ubiegłym tygodniu.

 

Zawsze rozumiałem słowo Moiré w prosty sposób. Oznaczało, że dwa lub więcej pomysłów może tworzyć trzeci i tak dalej, w tym przypadku w uchu lub w oku patrzącego. To, co widzisz/ słyszysz, jest tym, co widzisz i słyszysz. Oparłem pisanie muzyki na zazębiających się pomysłach (..) muzykę tę często nazywano minimalistyczną. Ale nigdy o tym tak nie myślałem. Rytm zawsze był bardzo ważny, a rytm ze swej natury jest w pewnym sensie moiré, czyli prosty i można go nazwać minimalistycznym. Zatem najważniejsze dla mnie wpływy czerpałem z tradycyjnej muzyki afrykańskiej, z samych jej korzeni.

Trevor Watts – legenda muzyki improwizowanej, zarówno bardzo swobodnej, jak i silnie osadzonej w jazzowych korzeniach – jest aktywnym muzykiem od połowy lat 60. ubiegłego stulecia. W roku ubiegłym Fundacja Słuchaj zaprezentowała światu pięciopłytowy box artysty, zrealizowany z okazji delikatnie spóźnionych obchodów 80. rocznicy jego urodzin. Zawarta tam muzyka wydaje się być szczególnie cenna, albowiem prezentuje dokonania artysty na polu muzyki nieco oddalonej od gatunkowych konotacji, z których znamy Wattsa najlepiej.

A historia artystycznej drogi Trevora jest następująca: po zbudowaniu wspólnie z Johnem Stevensem, Paulem Rutherfordem i całą czeredą innych wspaniałych muzyków idiomu muzyki swobodnie improwizowanej pod szyldem Spontaneous Music Ensemble, po prowadzeniu przez ponad dekadę jazzowej formacji Amalgam, muzyk w okolicach 1980 roku skierował swoje zainteresowania ku muzyce definitywnie zakorzenionej w afrykańskich rytmach. Nazwał owo przedsięwzięcie Moiré Music, a jak je rozumiał, Czytelnicy dowiedzieli się z preambuły tej recenzji. Więcej okoliczności owego zwrotu stylistycznego Wattsa można poznać czytając rozbudowane liner notes, napisane przez niego samego i dołączone do wydawnictwa.

Upubliczniony kilka tygodni temu box nazywa się jakże stosownie A World View i zawiera muzykę osadzoną właśnie w takiej stylistyce. Kto nie zna tego fragmentu dorobku saksofonisty, ma ogromne szanse zakochać się po raz pierwszy, kto zna już inne dokonania Moiré Music, może doskonale pogłębić swoją wiedzę w tym zakresie, albowiem zaprezentowane na pięciu dyskach nagrania są premierowe, od razu śmiało sytuują się pośród najbardziej wartościowych nagrań tej stylistyki, a dodatkowo są świetnie wyprodukowane pod względem brzmieniowym, co nie było regułą przy poprzednich edycjach tej muzycznej przygoda Trevora. Nie pozostaje nam zatem nic innego, jak poznać wartość pięciu dysków boxu.

 


Trevor Watts’ Moiré Music Group - The Empty Bottle

W ramach wielkiego otwarcia boxu Watts zaprasza na koncert do słynnego chicagowskiego klubu The Empty Bottle. Pięcioosobowa grupa z udziałem latynoskich i afrykańskich perkusjonalii proponuje osiem kompozycji Trevora, które ponad dwie dekady temu rozgrzały do czerwoności publiczność zgromadzoną na koncercie. Trwał on blisko 72 minuty.

Oto prawdziwie ekumeniczna muzyka, która łączy w sobie afrykańskie rytmy (kreowane przez trzech muzyków), folkowy posmak śpiewu, prawdziwie rockową strukturę utworów, budowaną świetną gitarą basową, która zdaje się być tu nie tylko drogowskazem, ale i głównym ośrodkiem dowodzenia, wreszcie chwilami niemal free jazzowy saksofon, który choć podaje temat i melodyjnie podśpiewuje, jako jedyny ma prawo do niemal permanentnej improwizacji. Rytm, melodia, taniec i wspomniana improwizacja, to cztery składniki mocy Moiré Music, nie tylko tej edycji. A jeśli w tym kalejdoskopie barw i zdrowych emocji szukać magicznego, piątego elementu, to niech będzie nią bezpretensjonalność i radość płynąca z całego przekazu muzycznego.

Nagranie koncertowe z Chicago na ogół stawia na dość dynamiczne tempa, ale nie stroni też od kojących zszargane nerwy ballad z afrykańskimi śpiewami (utwór trzeci i ósmy). Z kolei w piątym utworze prawdziwy popis daje gitara basowa, która prowadzi jazzowo-funkowy groove godny Jaco Pastoriusa. Wreszcie warto zatrzymać się przy kompozycji numer sześć, najdłuższej na płycie, zbudowanej na fantastycznym brzmieniu polirytmicznych bębnów. A we wszystkich tych momentach, tak czy inaczej, króluje saksofon Wattsa - czasami jest to masywny, jazzowy alt, innym razem śpiewny i lekki jak pawie pióro, niemal folkowy sopran.

 

Enjambre Acustico Urukungolo

W podróż o dalece innych atrybutach, niż ta chicagowska, zaprasza nas Trevor na dysku numer dwa. Jesteśmy w Meksyku (choć momentami także w Londynie), a w roli głównej strunowy instrument afrykański urukungolo. Nad tym stworem o tysiącu twarzy i tyluż brzmieniach zapanować będzie próbował Gibran Cervantes. Obok w/w i saksofonisty na nagraniu słyszymy także wieloletniego współpracownika Wattsa, perkusjonalistę Jamie’ego Harrisa. Trio o nazwie własnej (przywołanej w tytule akapitu) wykonuje głównie kompozycje Meksykanina. Łącznie z jedną autorstwa Trevora, mamy tu dziewięć utworów i blisko 70 minut muzyki.

Urukungolo rzeczywiście brzmi na tej płycie niemal w każdym utworze inaczej. Jest oczywiście instrumentem typowo rytmicznym, często przypomina bas, ale feeria jego barw zdaje się nie mieć końca. Cała płyta jest niezwykle spokojna, czasami wręcz medytacyjna. Początkowo urukungolo brzmi jak harfa. Potem przeistacza się w delikatnie brzmiącą, akustyczną gitarę basową. Saksofon śpiewa wraz z nią, a całość opowieści kołysze się na wietrze, w wielkiej, otwartej przestrzeni prażącej się w słońcu. Raz za razem ów sielankowy nastrój dynamizuje perkusjonalista (pierwszy raz wpada w lekki trans już w utworze drugim). W kolejnej części nasz strunowiec przypomina dźwięki strun fortepianu, a przez większą część opowieści zdaje się decydować niemal o każdej frazie. W czwartej kompozycji trochę do wiwatu daje naładowany emocjonalnie saksofon altowy. W szóstej urukungolo brzmi, jak prawdziwa gitara basowa, która rządzi i dzieli na scenie. W siódmej opowieści z kolei królują afrykańskie bongosy, a strunowiec stawia tylko małe, ale jakże istotne dramaturgicznie stemple niskich częstotliwości. I tu znów muzyka zmysłowo wpada w trans i niesie nas na cudowne manowce nierzeczywistości. Tę efektowną brzmieniowo płytę kończy skromna ballada. Urukungolo rysuje melodyjny temat, a saksofon śpiewa ostatnie dźwięki na dobranoc.

 

Trevor Watts’ Moiré Music Drum Orchestra - Radio Lugano Broadcast

Powracamy do klimatów koncertu chicagowskiego. Tym razem jesteśmy we włoskim Lugano, cztery lata wcześniej. Grupa rozbudowana została do sześciu muzyków, a w jej nazwie pojawiło się określenie Drum Orchestra. Poza bazą instrumentalną poznaną na nagraniu z The Empty Bottle (saksofon, bas, perkusja) mamy aż trzech afrykańskich perkusjonalistów, który dużo śpiewają, a jeden z nich gra także na mbirze. Pośród dziewięciu kompozycji znalazł się jeden utwór tradycyjny oraz jeden skomponowany przez perkusjonalistę. Całość trwa prawie 85 minut (ostatnia część koncertu znajduje się już na dysku numer cztery).

Koncert z Lugano definitywnie przenosi nas już w samo serce Afryki. Brzmienie nabiera korzenności, jest bardziej surowe, chwilami nawet szorstkie. Szczególnie efektowne są otwarcia niemal wszystkich kompozycji, w których nie brakuje elementów prawdziwie swobodnej improwizacji. Duża rola przypada tu wokalistom, którzy wchodzą w dynamiczne dialogi z rozhuśtanym saksofonem. W wielu momentach dominuje obsesyjny niemal rytm, a narracja potrafi popadać w prawdziwe galopady. Są piękne, polifoniczne wokale (choćby start trzeciej części, śpiewany a capella). Jak zwykle bas dominuje i o wielu sprawach decyduje, ale zestaw trzech perkusjonalistów i drummer potrafią sporo namieszać w tym tyglu emocji, rytmów i śpiewu.

W drugiej części koncertu Orchestra sięga po więcej elementów jazzowych. Rola percussions zdaje się schodzić na dalszy plan, a lejce narracji przechodzą do rąk saksofonisty i perkusisty, wspieranego funkowym basem. W utworze siódmym robi się na tyle słodko i spokojnie, iż mamy wrażenie, że za moment usłyszymy aksamitny głos Stinga. Cały jednak koncert kończy się bardzo efektownym nagraniem, w trakcie którego africa roots wracają z pełną mocą, wspierane wyjątkowo masywnym brzmieniem gitary basowej (ale by to usłyszeć, trzeba zmienić dysk na czwórkę).

 

Trevor Watts & Jamie Harris

Gdy na początku dysku czwartego zakończymy odsłuch poprzedniego koncertu, od utworu numer dwa zaczyna się pierwszy z duetów, zawarty w niniejszym boxie. Do Trevora, tradycyjnie wyposażonego w saksofon altowy i sopranowy (ale także perkusjonalia), dołącza poznany na dysku drugim, perkusjonalista, Jamie Harris (będzie także używał głosu). Panowie grają kompozycje Wattsa (tu, w duecie w wielu momentach opierające się głównie na improwizacji), które powstały w latach 2004-2006, uzupełnione o jeden, bardzo świeży utwór z roku 2019 (przy okazji najdłuższy). Dysk czwarty trwa 64 i pół minuty, z czego część duetowa – 53 minuty.

Zestaw nagrań duetowych Jamie’ego i Trevora powstał w różnym czasie i wielu miejscach, ale zdaje się być najbardziej jednorodną stylistycznie i emocjonalnie płytą w boxie. Harris lubi tu dynamiczne wycieczki, często występuje w roli stymulatora kreatywności saksofonisty, nie stroni od pogłosu, dba także o narracyjne szczegóły. Trevor w tak wątłym towarzystwie ma mnóstwo miejsca dla swoich saksofonów i w pełni z tego korzysta. Choćby w piątej części dysku, wpada niemal w obsesyjny rytm improwizacji, wykrzykuje i tryska pomysłami na prawo i lewo. Na przeciwnym biegunie dynamiki sytuuje się utwór numer dziewięć (to właśnie nagranie z roku 2019!) – dużo w nim pogłosu, relaksacyjnej wręcz medytacji. Z czasem tempo nieznacznie wzrasta, a Trevor gra być może swoje najlepsze minuty w całym boxie! Także niebywale urokliwa jest część ostatnia. Harris plecie tu zmysłowe wokalizy w tle, ale na samym froncie dyktuje niezłe tempo. Sopran Trevora wpada w prawdziwą kipiel i doskonale podsumowuje ten duetowy epizod. Brawo!

 

Marc Hewins & Trevor Watts

Czas na finał boxu i dość świeże nagranie z roku 2014. Kolejny smakowity duet - Marc Hewins na gitarze elektrycznej, harmonicznej, także 12-strunowej oraz elektronice, Trevor Watts na saksofonie altowym i sopranowym. Panowie zagrają cztery długie improwizacje (całkiem swobodne!), które na płycie nazwali kompozycjami, ale chyba jedynie z rozpędu i troski o prawa autorskie. Całość trwa 51 minut.

Nagranie Marca i Trevora, wydane poza boxem ze skomponowaną Moiré Music, z pewnością trafiłoby na półki sklepowe i pod pióra recenzentów pod szyldem muzyki improwizowanej, kto wie, może nawet freely improvised music. Zaczyna ją opowieść, której tło buduje, płynąca bardzo szerokim strumieniem, niemal chilloutowa gitara, która choć lekka i zwiewna, zdaje się nieść w sobie dalekowschodni niepokój o dzień powszedni. Saksofon płynie tu swoją mantrą, donikąd się nie śpieszy, śpiewa medytacyjne historie o dużym ładunku abstrakcji. W kolejnej części gitara zanurza się w akustyczny ambient, a brzmieniem przypomną harfę. Saksofon wpada w delikatny trans, zdaje się być bardziej swawolny i skory do zadziornych fraz, do których dociera na końcu kilkunastominutowej opowieści. Część trzecia wpada w oniryczne klimaty, mimo, iż Marc sięga po gitarę elektryczną i zanurza ją w poświacie elektroniki. Na tej bazie sopran zaczyna swoja długą i konsekwentną medytację, aż po chwalący wszystko wokół potok saksofonowego śpiewu. Ostatnia część schodzi w otchłań mroku. Gitara buduje ambient i rezonuje, saksofon nie daje się jednak zwieść i robi swoje. W połowie improwizacji udaje mu się wyrwać gitarę z letargu i skłonić do niemal bluesowego frazowania. Samo zakończenie stawia już na ekspresję i zdaje się być całkiem dynamiczne na tle całej, jakże spokojnej opowieści.

 

Po pełne dane w zakresie credits odsyłamy dokładnie tutaj:

https://sluchaj.bandcamp.com/album/a-world-view



poniedziałek, 15 maja 2017

Trevor Watts – Closer To You, Amalgam!


Ze wszechmiar wyjątkowy angielski saksofonista - Trevor Watts - ma na Trybunie stałe krzesełko i z pewnością nie wymaga wprowadzającej introdukcji. Jego epokowa rola, choćby w dziele Spontaneous Music Ensemble, została przeanalizowana i szczegółowo omówiona na wielu płaszczyznach, wzajemnie krzyżujących się opowieści, które skutecznie zalewały te łamy w trakcie ostatnich kilkunastu miesięcy.

Amalgam, to formacja Trevora, która funkcjonowała w wymiarze artystycznym od końca lat 60. do końca 70. ubiegłego stulecia. Jej historia, w kilku żołnierskich słowach, została omówiona dokładnie w w tym miejscu! 

Jeśli zatem wiemy o niej wszystko lub prawie wszystko, warto skutecznie pochylić się teraz nad pierwszą CD-edycją wydawnictwa Closer To You, które jest dla nas dostępne od niewielu dni (Hi4Head Records, 2017).




Jest maj roku 1978, jesteśmy w domostwie Windycrotf, położonym na wzgórzu, z widokiem na Hastings. Amalgam epizodycznie funkcjonuje wówczas jako trio. Grającemu na saksofonie altowym i sopranowym Trevorowi Wattsowi, towarzyszą jego stali współpracownicy – Colin McKenzie na gitarze basowej i Liam Genockey na perkusji. Muzycy rejestrują ponad godzinny materiał, który w wyniku selekcji, okrojony do winylowych rozmiarów, trafia w postaci czterech utworów na LP Closer To You (Ogun, 1979). Po latach, zapewne na dnie jednej z szuflad, Trevor odnajduje odrzucony wówczas materiał (kolejnych pięć fragmentów) i wraz z tym już znanymi, trafia on dziś na pierwszą kompaktową edycję tego nagrania. Prześledźmy zatem srebrny krążek CD, którego dźwiękowa zawartość towarzyszyć nam będzie przez 63 minuty.

De Dublin Ting. Ostry, dynamiczny początek, który jasno wytycza ramy tej ekspozycji. Śpiewny, grany na pełnym oddechu, altowy pasaż, generowany na tle rockowej, jazz-rockowej sekcji rytmicznej. Temat uszyty z melodii, podany w klimacie wszechogarniającej harmonii, z jasno zarysowanym kręgosłupem rytmicznym. Narracja skupiona na improwizującym saksofoniście. South Of Nowhere (With Quiet Beginnings). Jak trafnie sugeruje sam tytuł, wstęp tej kompozycji jest dalece spokojny i dynamicznie nieśpieszny. Trevor śpiewa jak zwykle pięknie, a tu także, w dość wysokim rejestrze. W połowie utworu, basista wprowadza rubaszną figurę rytmiczną, którą podejmują pozostałe instrumenty, zatem ruszyć możemy w czeluść zupełnie osobnej kompozycji. Dynamiczny, rockowy drive sekcji (prawdziwa maszyna śmierci! jakże kompetentni muzycy!) wiedzie na swym zwinnym stelażu, płynne, ostre, ale pozbawione kantów, saksofonowe frazy, które ekspresyjnie eskalowane przez Wattsa, przybierają formę prawdziwej, nieskalanej mantry. Keep Right. Analiza melodyki kompozycji Trevora stanowić może klucz do zrozumienia muzycznej koncepcji Amalgam. Prosta zawiłość free jazzowej improwizacji. Zgrabny temat, zatem instrumenty do rąk i tylko las wycinać! Nieskomplikowanie, piękno, zawadiacka taneczność. Dear Roland. Kluczowa, blisko 20 minutowa opowieść (co istotne, ta, jak i dwie inne, również dłuższe wypowiedzi muzyczne na tej płycie, autorsko podpisywane są przez wszystkich muzyków). Rozbudowana, skupiona introdukcja. Brak gitary elektrycznej, na tej akurat płycie Amalgam, być może ma kluczowe znaczenia dla percepcji muzyki. McKenzie nie jest już tylko fundamentem rytmicznym Zespołu, ale przejmuje także na siebie rolę kreatora sytuacji melodycznej, odpowiedzialnego także za budowanie stałego, wielokolorowego backgroundu dla saksofonowych erupcji Trevora. Ma przestrzeń, ma czas, ma też dużą swobodę, co wykorzystuje prawdziwie po mistrzowsku. Kochany Roland toczy się nieśpiesznie, saksofon Wattsa buduje narrację na sporym pogłosie, jest diabelski, szamański, bardzo pierwotny w swoim brzmieniu (flażolety basisty pięknie mu w tym pomagają). Jakby rytuał nawoływania do seksualnej inicjacji, w sytuacji, w której z góry wiadomo, że ostrożność nie zostanie zachowana. Oniryczny, transowy skowyt po 10 minucie nagrania, wyznacza jakość tej wyjątkowej kompozycji. Znów Colin zmienia strategię rytmiczną i rozpoczyna tę opowieść, jakby od nowa. Saksofon płynie tuż pod nieboskłonem (intensywność i szczerość wypowiedzi Trevora przypomina najlepsze momenty debiutanckiej Prayer For Piece), basówka kreśli uroczą figurę rytmiczną i też śpiewa. Perkusja jest plemienna i grzeszy na każdym kroku. Te dwadzieścia minut stanowi zapowiedź muzyki, jaką grał będzie Trevor w kolejnej dekadzie, w przeróżnych reinkarnacjach koncepcji Moire. Smakuje azjatycką mikrotonalnością i afrykańskim oddechem cyrkulacyjnym.




Mad. Jesteśmy już w części bonusowej płyty. Dynamiczny drive tego fragmentu zrywa nam z głowy posmak transcendencji, jakiej doświadczaliśmy w poprzednim utworze. Drobne przypomnienie płyty o takim samym tytule, nagranej w kwartecie z kwaśnym keyboardem. Perkusista ma swoje pięć minut. Rock In! Seaside Blues. Nie po raz pierwszy na tej płycie, tytuł utworu nie pozostawia złudzeń, co do zawartości piosenki. Ballada bluesowa, w trakcie której Watts śpiewa ta rzewnie, wręcz szkliście, jakby … stworzony był do bluesa! Albert Like. Kolejny prosty, bardzo komunikatywny temat. Melodia, drapieżny alt, sumienne brzmienie gitary basowej (z kajetu recenzenta: bonusy mają dalece subdoskonałą jakość dźwięku, jakby nie były objęte pierwotnym masteringiem i dziś dostajemy je trochę na surowo). Bottle Alley. Dłuższy utwór, zatem kompozycja wspólna. Tu znów muzyka jest bardziej złożona, intrygująco rozwarstwiona i dramaturgicznie poszarpana. Spokojna, klimatyczna narracja, brzmi uroczo, niczym dogrywka do kluczowego Dear Roland. Przy okazja trafia się nam smakowite solo McKenziego. W końcowych sekundach do pionu stawia nas dziki krzyk altu na tle rozgrzanej, niebanalnej sekcji. Latino Flo. Na sam już koniec tej kompaktowej reedycji plus, dostajemy krwisty, funkowy numer. Do śpiewania i tupania nogą!



wtorek, 22 marca 2016

Trevor Watts’ Amalgam – spontaniczne odreagowanie


Powiedzieć o Trevorze Wattsie, że jest niezwykle ważną postacią europejskiego free improv/ free jazz, to jakby nic nie powiedzieć.

Przez kilka długich lat 77-letni dziś Anglik współtworzył historię wyjątkowej formacji muzyki swobodnie improwizowanej Spontaneous Music Ensemble, będąc bez cienia wątpliwości drugim po bogu (po Johnie Stevensie, dodajmy dla porządku).

W ostatnich natomiast latach, incydentalnie dołączał do New Orchestry Barry’ego Guya, czego mieszkańcy kraju nad Wisłą mogli dwukrotnie doświadczyć podczas Krakowskiej Jesieni Jazzowej w latach 2010 i 2012. Przy okazji pokazał wówczas nielicznym niedowiarkom, jakie jest jego miejsce w szeregu gigantów muzyki improwizowanej.

W oderwaniu od wyżej wywołanych incydentów w życiu artystycznym Trevora, przez ponad dekadę, wiele lat temu, za siódmą górą, za siódmą rzeką, funkcjonował absolutnie interesujący ansambl pod dźwięczną nazwą Amalgam. Moc sprawcza, twórcza i egzystencjalna rzeczonej formacji zdecydowanie przypisana być winna bohaterowi tej opowieści.

A zaczyna się ona z ekstremalnie wysokiego C, potem trochę artystycznie pobłądzi, by zakończyć swój żywot wydawnictwem dość wyjątkowym, przynajmniej w ujęciu czysto personalnym. Ze statystycznego punktu widzenia zauważmy, iż historia ta ma dokładnie dziesięć przystanków i poniżej wszystkie one, opatrzone drobnym komentarzem, zostaną Czytelnikom Trybuny zaprezentowane.


Prayer For Peace (Transatlantic Records, 1969)

Mimo, iż przy okazji redakcji monografii Spontaneous Music Ensemble przewertowałem niejedno źródło wiedzy o okresie powstawania formacji, nie jestem w stanie dziś podać jakiegoś szczególnego powodu, dla którego Trevor Watts i John Stevens - w trzy lata po debiucie na krążku Challenge - postanowili spotkać się w jednym z londyńskich studiów nagraniowych i zarejestrować w trakcie dwuipółgodzinnego meetingu trzy genialne kompozycje tego pierwszego. Przejmująca, wręcz modlitewna Tales Of Sadness, piękna i miłośnie żarliwa Judy’s Smile (prawdziwa oda do małżonki Judy, na krążku zagrana aż trzykrotnie), wreszcie pompatyczna i równie piorunująca emocjonalnie pieśń tytułowa (w tej ostatniej na basie Jeffa Clyne’a zastępuje Barry Guy). Jedna z najlepszych i z pewnością najszczerszych free jazzowych płyt wszechczasów. Sekcja gra, jakby świat miał się za chwilę skończyć, a alt Wattsa tak prawdziwe i wstrząsająco być może nie zagra już nigdy potem. Wyjątkowa płyta, do poziomu której, Amalgam jako formacja nigdy potem już się nie zbliży.




Play Blackwell & Higgins (A Records, 1973)

Nie wiedzieć do końca dlaczego, pod szyldem Amalgam, Watts i Stevens nie wydawali nagrań przez kolejne cztery lata. W międzyczasie w ramach macierzystej SME nagrali pół tuzina genialnych płyt, a w latach 1972-73 jako duet eksperymentowali na głębokim morzu ultraintuitywnych improwizacji. Niewykluczone, że wtedy właśnie, emocjonalnie umęczeni i muzycznie zdewastowani formułą na wskroś wyzwolonej improwizacji, muzycy postanowili delikatnie odpocząć i zagrać coś nieskromnie banalnego, z jazzowego – rzecz jasna – punktu widzenia (o tej motywacji pisze zresztą Watts w liner notes). Zagrali kilka koncertów (znów w trio - na basie naprzemiennie Ron Herman i Jeff Clyne) w całkowicie bebopowym wydaniu (oczywiście bierzemy poprawki na improwizacje Wattsa absolutnie na poziomie free) i wydali to na płycie, której tytuł mówi wszystko. Pod kompozycjami popisał się tym razem Stevens (wszak inspiracja idzie wprost od tuzów jazzowej perkusji). Ostra, równoległa jazda dynamicznych bębnów i nietuzinkowego altu, a w tle mocny drive kontrabasu (polecam słuchawki, bo dźwięk tego ostatniego nie jest nadmiernie słyszalny). Ciekawa propozycja, choć estetycznie odległa o lata świetlne od Prayer



Innovation (Tangent Records, 1975)

Po kolejnych kilkunastu miesiącach (w międzyczasie SME popełnia swoje opus magnum rejestrując Quintessense), w studiu w Oxfordshire dochodzi do całkiem niespodziewanego spotkania … w sekstecie. Duet naszych bohaterów wspierają dwa basy (w tym jeden elektryczny), piano i konga. Nazwiska (choćby Kent Carter, czy Keith Tippett) sugerowałyby, iż to co usłyszymy w głośnikach będzie cokolwiek doskonałe, ale tu niestety spotyka nas przykra niespodzianka. Cztery kompozycje Stevensa, jedna Wattsa, ale na płycie wieje nudą i całkowitym brakiem pomysłu na muzykę. Co gorsza, użyte bez uzasadnienia konga narzucają jednolity rytm w każdym utworze i pozostali muzycy nie mają doprawdy dokąd uciekać. Z całego Innovation (tytuł brzmi jak przekleństwo) warte odnotowania jest jedynie to, że był to ostatni występ Stevensa na płycie grupy Amalgam.




Another Time (Vinyl Records, 1976); Samanna (Vinyl Records, 1977); Mad (Syntohn, 1977); Deep (Vinyl Records, 1978)

Tym razem za nami ponad dwa lata milczenia formacji. W tym okresie SME przekształca się w kwartet instrumentów smyczkowych (już bez Wattsa), a Stevens powołuje do życia inicjatywę Away, która w składzie elektrycznym zaczyna zabawę w charakterny fussion/jazz-rock (na pierwszej płycie odnajdujemy jeszcze Wattsa; o reedycji tych nagrań pisałem w ostatnim poście dotyczącym Johna). Gdy Amalgam wraca do studia nagraniowego latem 1976r. jest już zupełnie nową formacją, podobnie jak Away, eksplorującą paradygmat jazzu elektrycznego. Obok Wattsa stałym członkiem zespołu zostaje niezwykle kompetentny drummer Liam Genocky, a istotnymi instrumentami – gitara elektryczna (głównie Dave Cole) i gitara basowa (głównie Colin McKenzie). Przez kolejne półtora roku wydają aż cztery płyty. Każda z nich jest trochę inna, każda ma swoją specyfikę instrumentalną, wszakże wszystkie zawierają świetne, ekspresyjne kompozycje Wattsa i jego niebywale śpiewne improwizacje. Samanna to dwie gitary basowe, Mad zamiast gitary – elektryczne piano, zaś Deep – wyjątkowo – akustyczny kontrabas (Harry Miller!).




Closer To You (Ogun, 1979)

Po prawdzie ta płyta, to ostatnie wydawnictwo Amalgam, ale zarejestrowana została rok wcześniej (1978), niż niżej omawiane pozycje. Tylko jako trio - Watts-McKenzie-Genocky - pod tytułem wykonawczym Trevor Watts’ Amalgam. Brak gitary rekompensuje bardzo melodyczne podejście do struktury dźwięku gitarzysty basowego, a i czasoprzestrzeń dla saksofonowych popisów Wattsa rośnie w tempie geometrycznym (szczególnie pięknie jego alt łka w długiej, spokojnej kompozycji Dear Roland, zajmującej całą drugą stronę winyla). Niespełna trzy kwadranse precyzyjnego electro-jazzu. Pięknie się tego słucha!


Wipe Out (Impetus Records, 1979); Over The Rainbow (Arc, 1979)

Wreszcie finałowa edycja Amalgam. Listopadowa (‘79) brytyjska trasa koncertowa i drobny incydent studyjny. No i zapowiadana na wstępie niespodzianka personalna. Oto bowiem na kilka dżdżystych, jesiennych tygodni gitarzystą Amalgam zostaje Keith Rowe! Od ponad dekady stały członek improwizującego kolektywu AMM, innowator i eksperymentator gitary, plądrofonik i swoiste enfante terrible muzyki niekomponowanej. I tu – w kolektywie Amalgam - gra na gitarze w jak najbardziej konwencjonalny sposób, innymi słowy trzyma ją normalnie w dłoniach i sprawnie palcuje po gryfie. Co więcej, zdarzają się momenty, gdy gra na niej w iście heavymetalowy sposób (choćby tytułowy numer Wipe Out). Trasa koncertowa została uwieczniona aż na czterech winylach i przynosi niebywałą porcję … hałasu. Z dwóch powodów – po pierwsze panowie naprawdę ostro grają, po drugie, niestety, jakość dźwięku jest prawdziwie garażowa (mój monofoniczny kaseciak w tamtej epoce też tak rejestrował muzykę). Watts punkrockowy? Czemu nie…. Pokaźną dawkę nagrań koncertowych uzupełnia studyjna rejestracja. Jaka jest jej zawartość mogę jedynie pofantazjować, albowiem Over The Raibow, jako jedyny z tego zestawu, niestety nie stoi na mojej półce.



Wszystkie tytuły Amalgam, z wyłączeniem Closer To You, doczekały się reedycji CD, dzięki operatywności Trevora Taylora i jego zasłużonego FMR Records (seria Legacy). Dodatkowo Prayer For Peace została także reedytowana, w limitowanym nakładzie na czarnym krążku, przez litewski NoBusiness Records. ‎

Mimo, że w połowie lat 70. ubiegłego stulecia Watts i Stevens rozpoczęli zabawę w konstruktywne fussion, nie zaprzestali bynajmniej grać akustycznego free jazzu. Co więcej, przez prawie dwa lata chętnie pogrywali w trio z Barry Guyem (pod trojgiem nazwisk, choć te Stevensa zawsze na pierwszym miejscu) i pozostawili po sobie aż trzy wydawnictwa płytowe – No Fear  (Spotlite, 1978), Application Interaction And... (Spotlite, 1979), wreszcie uzupełnienie tej pierwszej, czyli Mining The Seam – The Rest Of The Spotlite Sessions (Hi 4 Had, 2004). Z muzycznego punktu widzenia szczególnie polecam No Fear, jednocześnie przestrzegając przed drugą z w/w płyt, z uwagi na kiepską jakość dźwięku (chyba znów ten marny kaseciak…).