Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jean-Luc Cappozzo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jean-Luc Cappozzo. Pokaż wszystkie posty

piątek, 17 czerwca 2022

Ayler Records’ fresh fruits: Didier Lasserre & Lila Bazooka!


Wydawnictwo Ayler Records, to nazwa, która miłośnikom free jazu i muzyki improwizowanej znana jest od lat. Inicjatywa edytorska o takiej właśnie nazwie zawiązana została na przełomie wieku w Szwecji, ale od roku 2009 jej siedzibą główną jest Paryż. Wraz ze zmianą miejsca zamieszkania zmieniła się oczywiście tożsamość podmiotowa wydawnictwa, pojawili się w nim inni artyści, ale stwierdzenie, że Francuzi weszli w buty Skandynawów wydaje się sporym uproszczeniem. Zarówno bowiem szwedzki Ayler, jak i jego francuska młodsza wersja od zawsze lubiły choćby muzyków amerykańskich.

Trybuna przyznaje, iż w ostatnich latach rzadziej sięgała po dokonania labelu, ale prawda jest także taka, iż kierunek artystyczny wydawnictwa dość szybko odkleił się od idiomu free jazz & free impro, który na tych łamach definitywnie preferujemy. Nic wszakże nie powinno trwać wiecznie, wracamy do nagrań Ayler Records i pochylamy się nad dwoma absolutnymi świeżynkami. Choć teza sprzed kilku chwil zdaje się być wciąż prawdziwa - na nowych płytach znajdujemy wiele ciekawych dźwięków, koncepcji dramaturgicznych, tudzież innych szalonych pomysłów, ale free jazzu i swobodnej improwizacji jakby najmniej.

Pierwsza z omawianych dziś płyt, to autorski projekt doskonałego drummera Didiera Lasserre’a, którego znamy choćby z nagrań, w trakcie których towarzyszył naszemu ulubionemu francuskiemu kontrabasiście Benjaminowi Dubocowi. Muzyk dobrał sobie siedmioro partnerów, skomponował cały materiał i ubrał go w dalece ponadgatunkowe szaty. Emocji dostarczył nam co niemiara, jakkolwiek także dużo kameralnej, a nawet post-barokowej zadumy. Muzyczny melting pot, z pewnością nie dla każdego, ale z ogromnie dużym znakiem jakości.

Druga nowość, to dzieło dwóch (incydentalnie trzech) Pań, które zabierają nas w podróż odrobinę piosenkową (ale z bassoonem w roli głównej!). Opowieść ciekawie skonstruowana, tajemnicza, chwilami świetnie nadającą się na filmowy soundtrack. Nam najbardziej taka ścieżka dźwiękowa pasowałaby do … kolejnego sezonu serialu wszechczasów, czyli lynchowego Twin Peaks! Dużo smakowitych skojarzeń, także z właśnie co zmarłą Julee Cruise, niesie nade wszystko niekłamaną przyjemność z odsłuchu.

So, welcome to the new life of Ayler Records!

 


Silence was pleased

Dzieło Lasserre’a składa się z siedmiu utworów, pogrupowanych w trzy podczęści – Światło (trzy pierwsze), Dzień (dwie kolejne) oraz Noc (dwie ostatnie). Cały strumień dźwiękowy albumu zdaje się być sklejony w jeden ciąg przyczynowo-skutkowy, a napotykane okazjonalnie momenty ciszy stanowią raczej element gry, nie zaś pauzy pomiędzy poszczególnymi utworami. Sam początek Światła, to elektroakustyczna cisza, która ścieli się sprzężeniami i szumami. Po chwili dramaturgicznego bezwładu, do pracy przestępuje trąbka, a zaraz potem klarnet. Muzycy formują swoje frazy w gęsty, niemal freejazzowy flow. Ich dialog szybko przyjmuje formę krótkotrwałych westchnień, które świetnie ze sobą korelują, po czym obumiera w kolejnym paśmie szumów. Teraz do gry wchodzą perkusyjne talerze oraz inside piano. Ten duet ma swoją kulminację, całkiem głośną, po czym gaśnie w strunowej poświacie tła. Pierwsza opowieść wydaje się mocno zaplanowana, ale imponuje brzmieniem, dramaturgicznym rozmachem … i mrokiem niedopowiedzeń. Drugi utwór prowadzi wiolonczela i czyni to w zasadzie jedynie w towarzystwie czerstwej ciszy, brzmiąc przy tym pięknym, post-barokowym tembrem. Po chwili dołącza do niej wokalistka, ale dzieje się to już … w traku trzecim. Kobiecemu głosowi altowemu towarzyszyć zaczyna minimalistycznie piano, które potrafi zaakcentować swoją obecność drobną dawką hałasu. 

W blask Dnia wprowadza nas ponownie wiolonczela, która rezonuje z piskliwą elektroakustyką, a po chwili z agresywnymi frazami piana i mocą pogłosu. Narracja zyskuje na abstrakcyjności, stara się uciekać od zaplanowanej kameralistyki w bezmiar swobodnej improwizacji. W połowie utworu pojawia się perkusja, a flow nabiera pewnej rytmiczności. Duet piana i tejże perkusji kreśli nam kilka niemal free jazowych, rozbudowanych pętli. Po chwili do zabawy podłączają się inne instrumenty, a całość narracji osiąga ekspresyjny szczyt. Gaśnie przy westchnieniach klarnetu i wiolonczeli. Przy okazji opowieść płynnie przechodzi do części piątej, którą na swych ramionach dźwigać będzie drummer. Po talerzach, po suchych tomach, kreuje on open-jazzowe solo i ewidentnie czeka na chętnego do tanga, chwilami sięgając nawet do granic ciszy.

Wejście w strefę Nocy także nie potrzebuje tu jakiejkolwiek pauzy. Tym, który podłącza się pod perkusyjne ekscesy jest trębacz. Zmysłowe, wysoko zawieszone duo donikąd się nie spieszy. Po kilku pętlach narracyjnych trębacza zastępuje pianistka i jej minimalistyczny mrok. Na jej zaproszenie reagują nade wszystko klarnet i wiolonczela, a opowieść przybiera barwy dość swobodnej kameralistyki. Na final utworu na scenie pozostaje jedynie pianistka, a po niej, tylko kłęby natarczywego szumu. Końcowy utwór poprzedza coś, co moglibyśmy nazwać ciszą pomiędzy utworami. Na wejściu pracuje elektroakustyczna przestrzeń - szumy, szmery i dźwięki akustyczne, których źródła nie jesteśmy w stanie precyzyjnie wskazać. Tym najaktywniejszym wydaje się być teraz klarnecista. Wszelkie jednak próby budowania narracji giną w narastającym szumie. Ostatnią, która nie daje za wygraną jest pianistka. Znów szyje abstrakcyjnym, minimalistycznym ściegiem, a gdy znajduje wsparcie w odgłosach percussion, można odnieść wrażenie, że duch współczesnego AMM jest także na scenie. Po niedługiej chwili zaczyna bić dzwon, śpiewa wokalistka, znaki życia dają ciepła trąbka, brudna wiolonczela i śpiewny klarnet. Zakończenie płynie wprost z nakazów kompozytora, ale zdaje się być wyjątkowo zmysłowe.

 


Arashiyama

Kolejna płyta także składa się z trzech podczęści. Najpierw mamy Intro, potem - od drugiego do szóstego utworu - Podróż, a ostatnie pięć części, to Wspomnienia z Podróży. Album otwiera samotny bassoon, który zaczyna kameralnym tembrem i dość matowym brzmieniem, a kończy w nastroju silnie rozimprowizowanym. Uprzedźmy wypadki - w trakcie rzeczonej Podróży będzie nam dostarczał takich improwizowanych akcentów dość dużo, z kolei we Wspomnieniach … raczej przejmie na siebie rolę budowania rytmu i kreowania sfery basowej dla bardziej ustrukturyzowanych narracji.

Druga opowieść zaczyna się od brzmienia masywnego dęciaka, którego narracja systematycznie otaczana jest powłoką dość dynamicznej, ambientowej elektroniki, a także kolejnymi ścieżkami dętymi, budowanymi jednak w nieco wyższym rejestrze. Flow przypomina samo multiplikującą się ścieżkę dźwiękową, coraz silnej zanurzającą się w ambiencie i repetycji. Dodatkowym elementem łagodzenia strumienia fonii i budowania piosenkowej narracji jest zmysłowy, kobiecy wokal. W kolejnej opowieści pojawia się recytacja z off-u, a głos wokalistki wydaje się być przepuszczony przez wokoder. W czwartej części na wejściu dostajemy garść dźwięków otoczenia, przypominających zgiełk stacji kolejowej. Bassoon przemyca teraz do narracji nieco post-jazzowych fraz, brzmiąc przy tym dość siarczyście. Elektronika robi swoje, innymi słowy – znów najpierw łagodzi obyczaje, a potem gęstnieję i sieje niepokój mroczną aurą. Piąta historia ciekawie się piętrzy, pod koniec przyjmuje formę zbiorowego krzyku, stanowiąc przy okazji chyba najbardziej efektowny fragment całej plyty. Finałowa część Podróży znów pod dyktando dęciaka, który nabiera intrygującej intensywności, po czym ściele się do snu w kolejnych warstwach ambientu.

W części Wspomnieniowej pojawiają się japońskie organy ustne, które w dwóch utworach w zasadzie przejmują rolę budowania warstwy melodyjnej. Bassoon albo milczy, albo bierze na siebie ciężar kreowania rytmu i warstwy basowej, dając przestrzeń pozostałym dźwiękom do swobodnego hasania po scenie. Czasami pachnie tu rockowym koncertem, czasami zgrabną piosenką, w tle jednak zawsze liczyć możemy na ciekawe, ambientowe spiętrzenia. W części dziewiątej szczególnie imponujące jest tempo, w jakim bassoon podaje rytm. Ostatnie dwa utwory nieco gubią jakość. Przedostatni, to w zasadzie solowa ekspozycja mouth organ, z kolei finałowy utwór zdaje się być dość przesłodzony, ale też budzi urokliwe skojarzania z … Julee Cruise.

 

Didier Lasserre Silence was pleased (CD, 2022). Nagrane w Confort Moderne, Poitiers, Francja, maj 2021: Benjamin Bondonneau – klarnet, Christine Wodrascka – fortepian, Jean-Luc Cappozzo - trąbka, flugelhorn, Laurent Cerciat - głos (alt), Gaël Mevel – wiolonczela, Denis Cointe - live ‘tinnitus’ sounds, Loïc Lachaize – koncepcja dźwiękowej maszynerii i nagrywania oraz Didier Lasserre – perkusja, barokowe tympani, dzwon, kompozycja i aranżacja. W nagraniu wykorzystano słowa Johna Miltona (1608–1674) z dzieła Paradise Lost, Book IV. Siedem utworów, 52:54.

Lila Bazooka Arashiyama (CD, 2022). Nagrane w Lamaguère, Francja, luty 2021: Sophie Bernado - bassoon, głos i elektronika, teksty, Céline Grangey - sound design, elektronika oraz Ko Ishikawa - mouth organ (sho) w utworach 7 i 10. Jedenaście utworów, 59:14.

 


wtorek, 10 maja 2022

Benjamin Duboc’ Ensemble Icosikaihenagone! The Musical and Choreographic Fiction!


Dwudziestoosobowy zespół o nazwie własnej nieprzetłumaczalnej na jakikolwiek język świata, dyrygent i kompozytor w jednej osobie, troje aktorów i duża scena teatralna. A na niej tom drugi opowieści pod tytułem Fikcja muzyczna i choreograficzna - Kreacja na Wielką Orkiestrę i Korpus Aktorski.

Francuski kontrabasista Benjamin Duboc, to muzyk wyjątkowy, o czym świadczą jego rozliczne dokonania na niwie swobodnej improwizacji, free jazzu, a także, jak się właśnie okazuje, na polu kreatywnej, po części improwizowanej muzyki współczesnej. Muzyk, który w ostatnich latach niezbyt często ujawniał światu swoje nowe dokonania, powraca z płytą niezwykłą i wartą tysiąckrotnego eksplorowania. A dla tych, którzy nie znają lub nie pamiętają muzycznych aktywności 51-letniego artysty, szczególnie sprzed mniej więcej dekady (wtedy był bodaj najaktywniejszy na scenie free impro), na zakończenie dzisiejszej opowieści krótki zestaw linków do tekstów opisujących czerstwymi metaforami Pana Redaktora muzyczne dokonania Duboca.

A teraz, bez zbędnej zwłoki, przenosimy się na deski Teatru Miejskiego we francuskim Montreuil!

 


Bez trudu odnajdujemy się na widowni. Słyszymy szmer rozmów, odgłosy otoczenia, nerwową ciszę oczekiwania. Zaczynają głosy kobiece – najpierw jeden, potem drugi recytują tekst, a w tle pierwsze oddechy wydają instrumenty dęte. Po upływie trzeciej minuty rusza muzyka – orkiestra wypuszcza z siebie ledwie jeden duży strzęp dźwięku i słucha, jak długofalowo potrafi on wybrzmiewać, rozpływać się w przestrzeni obiektu teatralnego. Pojawia się kontrabasowy dron, któremu towarzyszą dęte ornamenty. Orkiestra buduje suspens na wdechu, pełna niepokoju, wręcz trwogi. Jeszcze tylko kilka bardziej intensywnych uderzeń w klawiaturę fortepianu i pierwszy akt spektaklu tonie w gęstej ciszy. Tym razem słyszymy odgłosy przyrody, zatopione w instrumentalnym bezruchu, dającym odpowiednią przestrzeń dla budowania nowego wątku. Ósma minuta, to moment, w którym rozbudowane instrumentarium zaczyna prowadzić ze sobą leniwe small talks. Po kolejnych dwóch minutach uderzenie w wielki kocioł zdaje się oznajmiać otwarcie kolejnego rytuału dźwiękowego. Szmery, nieme gesty, oddechy, minimalistyczne piano, akordeon, szeleszczące struny, błyszczące talerze – wszystko to buduje akustyczny przednówek niemal dark ambientowej ekspozycji. Tymczasem krótką, bardzo oszczędną w słowa opowieść proponuje nam piano. Kilka silniejszych uderzeń w czarne klawisze zdaje się tu wybudzać z snu całą orkiestrę, która zaczyna lepić kolektywnie dźwiękowe crescendo. W okolicach 14 minuty owa żmudna droga na szczyt przybiera dalece uroczą i jakże intensywną postać. Obfity strumień dźwięków rozlewa się tu bardzo szerokim korytem i jeszcze nabiera mocy, w połowie 18 minuty przypominając niemalże krzyk dzikiego zwierzęcia!

Opowieść opada teraz na samo dno i przeobraża się w suche, męsko-damskie dialogi. To postrzępione fragmenty rozmów z muzykami, tu lepione w strumień niemal surrealistycznej narracji. Po kilkudziesięciu sekundach spektakl płynnie wchodzi w nowe stadium. Muzycy serwują nam kilka wątków jednocześnie. Małe frazy strunowe, wokal, jazzująca trąbka, pomruki klarnetu basowego, garść dźwięków preparowanych z kilku źródeł – wszystko to tworzy plejadę zmysłowych incydentów fonicznych, które choć separatystycznie generowane, tworzą zwartą, nerwową strukturę. Narracja stabilizuje się serią powtórzeń i przechodzi do kolejnego etapu. W 25 minucie tym, który proponuje nowy kierunek jest kontrabasowy smyczek, ryjący głęboką bruzdę w ziemi. Na jego lepkiej powierzchni osiadają dęte, krótkie frazy i wokalne inkrustacje. Emocje znów rosną, a swoje trzy grosze dokładają tu, rozstawione na przeciwległych flankach, perkusjonalia, które niespodziewanie wygaszają basowy dron. Duetowa ekspozycja nie szczędzi nam dźwięków preparowanych. Tuż po niej dostajemy strzępi fonii ze strony elektroniki, być może także gitarowych przetworników, które przypominają fale radiowe, raz za razem wyłapujące tajemnicze dźwięki z kosmosu. I to właśnie ten moment otwiera zaskakujący melanż krótkich, ciętych fraz, które wydają się być dźwiękami granymi przez orkiestrę, ale także matowymi samplami wyszukanymi w przestrzeni radiowej - wątek jazzowego, kontrabasowego drive’u, śpiewanej piosenki, kameralnego smyczka do pary z fortepianem, jazzowej orkiestry dętej, wreszcie ciekawie wyeksponowanej trąbki i głosów recytujących półsłowa. Tanecznym krokiem skaczemy po radiowej skali, mieszamy wątki i systematycznie tracimy kontakt z rzeczywistością.

Na początku 34 minuty wrzask ludzkiego głosu (brzmiący jak tuba!) przenosi nas w inny wymiar spektaklu. Jakbyśmy umęczeni daleką podrożą wrócili na teatralną scenę. A tu orkiestra żyje i gra nam dynamiczny jazz na wiele głosów! W tle moszczą się post-elektroniczne zgrzyty, które tłamszą opowieść i odbierają jej życie tuż nad podłogą. Nowa plejada dźwięków tym razem płynie wprost z wielkiej tuby i watahy nerwowych strunowców. Wszystko lepi się tu w mgławy, leniwy dron, głównie basowy. Orkiestra znów zaczyna budować crescendo! Do gry wchodzi rozhuśtany saksofon i perkusjonalia, a potem inne narzędzia drewniane, blaszane i strunowe. Narracja wydaje się być w tym momencie wyjątkowa swobodna, wypuszczona z ryzów dyrygenckiej dyscypliny. Przez moment flow prowadzą samotne perkusjonalia. Tuż przed upływem 40 minuty opowieść znów startuje z samego dna ciszy. Bas mruczy, dęte oddychają, głosy szepczą i szemrają, klawisze piana złowrogo stukają po wystudzonych młoteczkach. Nagle na scenie pojawia się rozochocona gitara, która buduje meta psychodeliczną narrację, sieje spustoszenie prądem zmiennym i wzbudza odgłosy całej orkiestry. Tak, to definitywnie ostatnia już prosta tej niebywałej historii. Tutti Grande! Finał, falujący niczym wzburzony ocean, grany jest na dużym wydechu! Urywa się nagle, za pociągnięciem producenckiego skalpela, wprost w ciszę … oczekiwania, dokładnie taką samą, jaką znamy z pierwszych sekund tego nagrania. Piękny nawias dramaturgiczny po kilkudziesięciu sekundach ostatecznie topi nas w bezwzględnej ciszy.

 

Ensemble Icosikaihenagone Volumes II - Fiction Musicale et Chorégraphique - Création pour Grand Orchestre et Corps Actants (Dark Tree Records, CD 2022). Benjamin Duboc (kompozytor i dyrygent), Émilie Aridon-Kociołek (fortepian i głos), Sébastien Beliah (kontrabas i głos), Claire Bergerault (wokal i akordeon), Christiane Bopp (puzon i głos), Patricia Bosshard (skrzypce), Cyprien Busolini (altówka), Jean-Luc Cappozzo (trąbka i głos), Guylaine Cosseron (wokal), Jean Daufresne (tuba), Amélie Grould (instrumenty perkusyjne), Franz Hautzinger (trąbka), Sylvain Kassap (klarnet i klawisze), Dorian Marcel (kontrabas), Jean-Sébastien Mariage (gitara elektryczna), Gaël Mevel (wiolonczela i głos), Mathias Naon (skrzypce), Alexis Persigan (puzon i głos), Jean-Luc Petit (klarnet kontrabasowy i sopranino), Diemo Schwarz (elektronika i głos), Thierry Waziniak (perkusja) oraz aktorzy na scenie: Valérie Blanchon, Valérie Fontaine i Giuseppe Molino. Ponadto w nagraniu wykorzystano teksty autorstwa Benoîta Spinga i Benjamina Duboca oraz fragmenty wywiadów z muzykami. Nagrano w Théâtre Municipal Berthelot - Jean Guerrin, Montreuil, Francja, w dniach 25-30 października 2021 roku. Jeden trak: 44 minuty i 52 sekundy.

 

Linki przydatne w eksploracji innych dokonań Benjamina Duboca:

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2017/06/benjamin-duboc-powiesc-wielowatkowa-z.html

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2017/05/risser-duboc-perraud-all-about-eve-and.html

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2017/03/desprez-duboc-loutelier-sonecznik-z.html

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2016/07/daunik-lazro-francuski-acznik.html

 


środa, 17 stycznia 2018

Chaosophy! Stoffner! Schindler! Shepherds of Cats! Camões! Jacobson! Dead Neanderthals! – Kolejna garść świeżaków wymierzonych prosto w twarze nudziarzy odgrzewających stare kotlety!


Nowy Rok wystartował z kopyta! Już mamy okazję słuchać płyt, które w dacie wydania mają wpisany rok 2018! Za moment jedna z nich!

Stary rok wszakże nie odpuszcza, zatem jeszcze czas jakiś będziemy sięgać po nagrania datowane na 2017. Tuż po pierwszej tegorocznej świeżynce, kilka płyt, które dotarły do redakcji w ostatnich dniach grudnia lub pierwszych stycznia. Będzie też nowość wydana w ostatni dzień roku!

I znów przed nami sporo nowych nazwisk, muzyków ambitnych i chętnych przenosić góry, niezmanierowanych złą sławą improwizatorów, gotowych na każde artystyczne ryzyko! Będzie – co oczywiste - muzyka iberyjska, nie zabraknie akcentów polskich, szwajcarskich, niemieckich, włoskich, francuskich i holenderskich. Zapraszam do lektury, a zaraz potem do odsłuchu.




Chaosophy  Who are these people and what do they believe in? (Discordian Records/ Liquen Records, 2018)

Na początek naszej zbiorówki, przykład imponującego tempa edytorskiego. Rejestracja studyjna z początku grudnia ub.r., udostępniona światu już 5 stycznia. I to nie tylko w wersji elektronicznej, albowiem produkcja Discordian ma też wersję CD (dzięki drugiemu wydawcy; patrz: wyżej).

Hiszpańska Walencja, trzech muzyków, którzy przejęli bardzo efektowną nazwę Chaosophy: El Pricto – saksofon altowy i piano elektryczne, Josep Lluis Galiana – saksofon tenorowy i sopranowy oraz Avelino Saavedra - perkusja i … coyote call. Płyta zwie się prowokacyjnie Who are these people and what do they believe in?, składa się z pięciu utworów, które trwają 44 minuty. Muzycy dość swobodnie improwizują, a opis wydawnictwa nie sugeruje, iżby pracowali na wcześniej przygotowanym scenariuszu.

Błyskotliwa batalia na wyostrzone saksofony (Galiana po lewej, Pricto po prawej) i dynamiczny drumming w estetyce Elvina Jonesa. Free jazz pełną gębą, a nawet pełnymi tubami! Rodzaj Filozofii Chaosu? To jednak nie zawody, a raczej wielowątkowa pyskówka. Tembr altu jest bardzo zabrudzony, tenor zaś brzmi czyściej, przez co zdaje się być bardziej spolegliwy w tej bystrej improwizacji. Ognisty taniec, pełen mikro wybuchów w trakcie. Drugi fragment, niczym cisza po burzy, przynosi sonorystyczne wyciszenie, wypełnione plastrami zadumy, które lepią ujścia każdej z tub. Perkusista jest równie wyrafinowany akustycznie i dobrze buduje relacje z saksofonistami. W trzecim odcinku do gry wchodzi electric piano i aura nagrania przyjmuje walory fussion jazzu. Gęsta, dynamiczna ekspozycja, tłusta i do tupania nogą, albo kciukiem po blacie stołu. Free fussion, oczywiście! Gdy Pricto wybija się przed szereg, jego solowe pasaże pachną kwaśnym Return to Forever. Brawo! Kolejny utwór snuje się, jak oniryczna ballada dla tych, którzy boją się inaczej. Intro piana zwinnie komentuje drummer, który przyoblekł się w szaty hippisa. Po niedługiej chwili w rękach Pricto ponownie ląduje alt. Dialog z sopranem jest odrobinę imitacyjny, potem przeradza się w somnabuliczny taniec w wysokich rejestrach. Perkusja ponownie zachęca dęciaki do bardziej energicznych zachowań i czyni to wyjątkowo skutecznie. Ostatni odcinek zaczyna się w dość umiarkowanym tempie. Silna ekspozycja tenoru, z wyrafinowanym, nieco psychodelicznym komentarzem piana, do którego – w międzyczasie - powrócił Pricto. Dynamika samego już finału dobrze reasumuje wartość całego nagrania. Sznyt eklektyzmu wpisany w kod DNA discordiańskiego wydawcy, i tu znajduje swoje odbicie! Świetna płyta!




Florian Stoffner/ Paul Lovens/ Rudi Mahall ‎ Mein Freund Der Baum (Wide Ear Records, 2017)‎

Jakże frapujące spotkanie trzech pokoleń europejskich improwizatorów! Weteran sceny, perkusista zacny i wielbiony, Paul Lovens na małym drumsecie, Rudi Mahall na klarnecie basowym, no i najmłodszy w tym gronie, szwajcarski gitarzysta Florian Stoffner. Płyta‎ Mein Freund Der Baum konsumuje w sobie dwa koncerty tria z kwietnia 2016 roku. Łącznie godzina zegarowa muzyki, cztery części. Panowie zagrają – cytuję za okładką płyty - Composed Free Improvisations.

Zürich. Od startu gitara Floriana (z prądem!) zacina bardzo baileyowsko, palce muzyka ślizgają się po strunach, robią pętle i stawiają zasieki, wchodzą w krótkie utarczki słowne z klarnetem basowym. Lovens, wiadomo, mistrzowsko czyni swoją powinność. To improwizator, który lubi ochłapy rytmu i energii rocka, wpychać pomiędzy szprychy dalece swobodnej improwizacji. Klarnet Mahalla – też bez zaskoczenia – preferuje mikro melodie, sprytne, taneczne synkopy, modulowane kipiącym z każdej części ciała muzyka dobrym humorem. Narracja upstrzona jest krótkimi eskalacjami, które oddzielają wielominutowe, spokojne, acz niepozbawione elementów konfrontacji, przebiegi improwizacji. Stoffner, najbardziej aktywny na scenie, wciąż szuka na gryfie gitary nowych rozwiązań, bez ustanku stara się zaskakiwać starszych partnerów rozwiązaniem dramaturgicznym, techniką artykulacji, czy szalonym pomysłem w stylu a może jednak zagram w ten sposób. Eksploduje pomysłami na molekularne incydenty wyzwolonej improwizacji (recenzent nie potrafi odnaleźć w tych wyczynach wątku composed). Każdy z muzyków snuje jakby swoją odrębną opowieść, jakkolwiek ilość punktów stycznych i interakcji zadowolić może najbardziej wybrednego słuchacza. Muzycy są stale aktywni, ciągle proponują nowe rozwiązania, a ilość ekspozycji solowych przyjmuje na stałe wartość zerową.

Lisbon. Pięć dni później. Początek dynamiczny, wręcz skoczny (ach, ten Rudi!). Gitarowe zawijasy Floriana, jego podstępna nadpobudliwość, potrafią jednak hamować temperament Ojca i Dziadka. Ciekawy pasus – Rudi i Paul grają call & responce, podczas gdy Florian wypełnia cały środek narracji separatywną, wielowątkową powieścią kryminalną! Świetnie się to czyta! Jego niebywałe pomysły narracyjne, przedziwne figury stylistyczne są solą tej improwizacji. Tak, zdecydowanie Derek Bailey może już odpoczywać w spokoju! Uczeń jest nad wyraz pojętny i wyjątkowo kreatywny! W 12 minucie muzycy ekstatycznie schodzą w obszar ciszy. Modulowana gitara snuje się po ścianach i onirycznie wyje do księżyca. Klarnet śpiewa swoje piosenki, lubi dąć w wysoki rejestr. Drumset czyni cuda na talerzach. Wyklucie się z tego pata narracyjnego błyskotliwej eskalacji, to jeden z najlepszych momentów tej dalece wartościowej płyty. Introdukcja ostatniego odcinka pachnie hymnicznym Aylerem. Mistrzowski komentarz gitary! 7 minuta, to przykład perfekcyjnej kooperacji wewnątrz trzyosobowego ciała muzycznego. Wszystko tu do siebie pasuje, aż miło! Tuż potem największy galop na płycie, który tradycyjnie urywa się po kilkudziesięciu sekundach. Na finał oniryczne interludium, po którym muzykom pozostaje już ostatni szczyt do pokonania!




Udo Schindler/ Korhan Erel/ Sebastiano Tramontana  Sound Energy Transformation. 10 bagatelles for electronic & winds (FMR Records, 2017)

Dziesięć opowiastek na elektronikę i instrumenty dęte. To jedna z wielu ubiegłorocznych premier płytowych Udo Schindlera, niemieckiego klarnecisty, saksofonisty, kompozytora i … architekta. Jego muzyczne przygody często koncentrują się na konfrontowaniu żywych instrumentów dętych i elektroniki, skąpanych często w gęstym, elektroakustycznym sosie. Nie wszystkie pozycje, póki co, zryły beret Pana Redaktora, ale jedna – ta najnowsza - warta jest z pewnością prezentacji, być może, jako asumpt do bardziej pogłębionych eksploracji.

Jesteśmy na koncercie w Monachium (Ars Musica, Stemmerhof). Końcówka lipca 2017, a na scenie: Udo Schindler – klarnety, saksofon sopranowy i euphonium, Korhan Erel – komputer i tzw. controllers oraz Sebastiano Tramontana – puzon. Ilość odcinków muzycznych jest już nam znana, a całość potrwa 48 minut z sekundami.

Transformacja energii dźwięku, to kolejny element składowy tytułu płyty, który może być dla nas drogowskazem. Dwa dęciaki, wspierane elektroniką, elektroakustyką, rękoma, które leczą (to a propos controllers). Dziesięć miniatur free improve, z pewnością delikatnie stymulowanych scenariuszami przedprodukcyjnymi (szczegółów jednak nie znamy), które wiodą nas za uszy, szczęśliwie jednak nie na zatracenie. Urywane frazy, klejone elektrowstrząsami Erela, a w opozycji do nich, zwinne, nieco dłuższe pasaże ciekawie brzmiących, żywych instrumentów. Dobra elektronika, która stanowi pomost dla klarnetu i puzonu, rodzaj pasa transmisyjnego dla skutecznej komunikacji. Posadowiona w środku przestrzeni fonicznej koncertu, kreuje niebanalne obrazy. Nie ucieka w schematy rytmiczne, nie jest nachalna, nie ma cech przywódczych. Puzon zaś głównie śpiewa, a klarnet basowy raczej stawia krwawe stemple, ale i on nie jest pozbawiony drobin melodii. Być może w zachowaniu trójki muzyków chcielibyśmy dostrzec więcej emocji, bardziej spontanicznych zachowań, mniej zaś kalkulacji i zadęcia, charakterystycznego dla muzyki współczesnej. Czy te epizody dźwiękowe można nazwać elektroakustyczną kameralistyką? Recenzent nie znajduje dopowiedzi. W każdym razie, zejścia w akustyczną sonorystykę bardzo dobrze robi tej wykalkulowanej momentami improwizacji. W trzecim odcinku narracja potrafi nabrać walorów tanecznych, czego nie spodziewalibyśmy się przed momentem. A wewnętrzny rytm wcale nie jest dyktowany przez elektronikę. W czwartym nasze uszy słyszą dźwięki strunowe i perkusjonalne, co być może jest skutkiem działań Erela. W piątym puzon brzmi jak baryton, a może to jedynie zmutowany sopran. Niespodzianek nie brakuje, a wraz z upływem czasu, rośnie także przyjemność z odsłuchu. Muzycy poruszają się jakby swobodniej, są rozgrzani i gotowi na podejmowanie większego ryzyka. W siódmym napotykamy na rodzaj quasi sonorystycznej ballady, ciekawie zdobionej okruszkami elektroniki. W ósmym burczenie i gadulstwo puzonu, w kooperacji ze świetnymi komentarzami sopranu, budzą uśmiech i radość po obu stronach sceny. W dziewiątym Erel brzmi jak piano, a w finale, który jest uroczym slow bluesem, gra na nieistniejącym zestawie afrykańskich bębnów. Doprawdy, jest tu na czym zawiesić ucho. Być może jedynie tytuł płyty brzmi nieco zbyt groźnie.




Ayako Ogawa & Shepherds of Cats & Vj Pietrushka  Ayako Ogawa & Shepherds of Cats & Vj Pietrushka (Fanfare, 2017)

Z polsko-brytyjską formacją Pasterzy Kotów zetknęliśmy w ubiegłym roku dwukrotnie, omawiając ich produkcje dla manchesterskiego Tombed Visions. Dziś pochylamy się nad inną ich ubiegłoroczną produkcją, wydaną w ramach własnej inicjatywy artystycznej Fanfare. Tradycyjnie już wydawnictwo SoC nie ma tytułu, ma zaś rozbudowany aparat wykonawczy. A zatem: Ayako Ogawa – glos i fortepian, Darek Błaszczak - gongi, misy tybetańskie, różne obiekty ceramiczne oraz przedmioty życia codziennego, Adam Webster – wiolonczela i głos, Aleksander Olszewski - różne bębny etniczne i piszczałki, Jan Fanfare -gitara. Sesja miała miejsce w Ośrodku Postaw Twórczych we Wrocławiu, 29 i 30 kwietnia 2016. Przed nami 50 minut sporych emocji, podanych w sześciu odcinkach!

Shepherds of Cats to przykład muzycznej anarchii w najczystszym wcieleniu! Postrockowy sznyt wrośnięty w tę muzykę, konstytuuje zachowania muzyków. Pulsuje rytm, który zdaje się być zaszyty w rdzeniu kręgowym dość swobodnie prowadzonych improwizacji. Instrumenty strunowe, przedmioty nieprawdopodobne, niebanalny etno-sztafaż, prąd i energia. Kocia zwinność (a jakże!), umiejętność budowania napięcia, snucia niepokoju, pełnego wokalnych ornamentów, ponadgatunkowa, artystyczna bezczelność – wszystko to wpisane jest w DNA formacji. Nie brakuje transu, zdrowej psychodelii, kwaśnych rozwiązań dramaturgicznych. Szczypta elektroakustyki, field recordings i tego, co pod ręką. Gitara, która plecie separatywne mantry, stoi na straży ładu i porządku tego kreatywnego chaosu, niczym kurator szaleństw uprawionych przez pozostałych muzyków. Wrzący tygiel emocji i nadprodukcja wyłącznie konstruktywnych pomysłów na rozwój poszczególnych opowieści. W składzie nie ma instrumentu odpowiedzialnego za niskie częstotliwości, ale mimo to, ziemia aż drży w posadach. Bębny pulsują, a gitara rysuje synkopy na hartowanym szkle. Muzycy nie mają jakichkolwiek hamulców, a dźwięki płyną wartkimi strumieniami, nie napotykając na rafy, czy przeszkody nie do pokonania. W czwartym odcinku dopada ich obsesyjny rytm, który zdaje się decydować o wszystkim. Gitarzysta, stale przyczajony na prawej flance, opowiada swoje i ma duże grono słuchaczy. Nagle inwazja piana wywraca ten pociąg do góry nogami i tworzy niebywały dysonans akustyczny. Niczym wejście smoka! A na koniec dostajemy kocie wokalizy. W piątym fragmencie pachnie oniryzmem na dwa kilometry. Pikantnie i złowieszczo. Narracja rozkwita jak łąka wiosenną porą, pełna koniczynek w fazie wzrostu. Ale narasta, jak diabelska burza. Gitara obsesyjnie repetuje, zwiastując finał płyty, w trakcie którego muzycy doskonale bawią się stertą happy toys, odnalezionych na dnie kufra! Piękna podróż dobiega kresu!




João Camões/ Jean-Luc Cappozzo/ Jean-Marc Foussat  Autres Paysages (Clean Feed, 2017)

Nie pierwsze dziś spotkanie żywych instrumentów z progresywną, współczesną elektroniką. Mieszanka młodości z doświadczeniem, a bodaj ten najbardziej obyty w świecie muzyki improwizowanej pracować będzie na kablach! A zatem poznajmy muzyków w kolejności, w jakiej zostali oni wymienieni na okładce płyty: João Camões – altówka i obój, Jean-Luc Cappozzo – trąbka, flugelhorn i flet (harmoniczny) oraz Jean-Marc Foussat – elektronika, przedmioty różne i głos. Dysk Autres Paysages, który dostarcza znany edytor portugalski, trwa 54 minuty i składa się z trzech improwizacji, zarejestrowanych w trakcie dwóch studyjnych okoliczności, we Francji, w roku 2015 i 2016.

Multiplikujące się stado dzikich ptaków tapla się w nawałnicy rytmu, opuszczanej na muzyków wprost z nieboskłonu. Wielowymiarowe środowisko elektroakustyczne drży i wibruje. O tak, na kablach Jean-Marca można wyczarować każdą rzeczywistość. Tuż obok, nie zawsze w środku tego tygla czarów fonicznych, zagnieździły się dwa żywe instrumenty – trąbka i altówka. Niemniej narracja jest zwarta, dość płynna, kolektywna, z odrobiną przestrzeni na akustyczne fanaberie Cappozzo i Camõesa. Rodzaj współczesnej kameralistyki, upstrzonej elektroniką, która nie lubi tracić niczego z pola widzenia. Z czasem poziom jej inwazyjności szczęśliwie maleje, dzięki czemu recenzent ma o czym pisać. E-music komentuje, buduje most pomiędzy trąbką, a altówką, czasami sprawia też wrażenie parasola ochronnego. Oczywiście na końcu języka piszącego te słowa, zawiesza się kilka pytań retorycznych o tzw. wartość dodaną, jaką wnoszą do tej improwizacji manipulacje na kablach. Muzycy, jakkolwiek, nie generują na tym etapie występu nadmiaru energii kinetycznej, raczej dawkują nam emocje. Być może całej narracji przydałby się kontakt z nożycami producenckimi. Z drugiej jednak strony, każde takie działanie pozbawiałoby nas kilku naprawdę frapujących dźwięków, zwłaszcza tych, za które odpowiedzialny jest portugalski altowiolinista. Mimo wszakże kilku wyżej zasygnalizowanych ambiwalencji, recenzent musi przyznać, że finał pierwszego utworu jest bardziej niż ekscytujący. Napięcie rośnie, muzycy napinają muskuły, wyobraźnia buzuje. Trąbka osiąga stan wrzenia, viola rysuje dynamiczne pasaże, a e-music sieje grozę, godną każdego odcinka nowej serii Twin Peaks. A samo wybrzmiewanie jest traumatycznie błyskotliwe! Na starcie drugiego odcinka znów spod kabli wysnuwają się złowieszcze klimaty, tu odrobinę oniryczne, smukłe i strzeliste. Pląsy żywych kreślą linię zycia, która może się za moment urwać w pół zdania. Nadmiar tych ostatnich na przedzie narracji mobilizuje Foussata do większej aktywności, co nie sprzyja jakości improwizacji w tym akurat momencie. Wszakże 15 minuta i garść udanych imitacji trąbki i altówki ratuje smak estetyczny tego fragmentu. Ostatni utwór płyty wnosi trochę nowych dźwięków, zarówno tych syntetycznych, jak i akustycznych. Słyszmy … szczekające psy, które zwiastują dobrą, zwinną eskalację (co służy przecież każdej improwizacji), a na finał dźwięki oboju i fletu, trochę na zasadzie dramaturgicznej przekory, choć na wysokim artystycznie poziomie. Ostatni dźwięk dopada wszystkich w atmosferze wzajemnego zrozumienia.




Il Sogno  Birthday (Gotta Let It Out, 2017)

Moonbow  When The Sleeping Fish Turn Red And The Skies Start To Sing In C Major I Will Follow You Till The End (ILK Music, 2016)

Przed nami krótka wizyta w Kopenhadze. Tam właśnie rezyduje polski kontrabasista Tomo Jacobson (przy okazji, syn Marcina, znanego w dawnych czasach animatora kultury muzycznej w kraju nad Wisłą!). Najpierw trio, potem septet, każdorazowo z tym właśnie muzykiem w roli wiodącej.

Trio zwie się Il Sogno. Obok kontrabasisty tworzą je: Oliver Laumann na perkusji i Emanuele Maniscalco na fortepianie. Płyta Urodziny dostępna jest na winylu i trwa 35 minut, przynosząc dziesięć utworów (rejestracja studyjna z Brescii, wrzesień 2015r.). Trzy odcinki powstały na pięciolinii (dwa autorstwa Toma, jeden Ennio Morricone), pozostałe zaś są stosunkowo swobodnymi improwizacjami.

Każdy dźwięk płynie tu melodycznym korytem. Minimalistyczna pracy pianisty i kontrabas w stanie ciągłego, nerwowego ruchu, udanie wspierany przez perkusistę. Trochę, jak ilustracja do filmu w stylistyce noir. Już jako druga w zestawie, piosenka Morricone, którą zna chyba każdy, piękna, do wielokrotnego nucenia. Następujące potem improwizacji są zgrabne, precyzyjnie ułożone w głowach muzyków, wykoncypowane do drugiego miejsca po przecinku i dalece… swobodne. Dużo w nich ciszy, nieśpieszności, ale także tajemniczości, wielokropków i niedopowiedzeń, zdań i myśli urywanych w pół słowa. Narracja jest wartka, nasączona melodiami. Trio jest strukturalnie niezwykle demokratyczne, poziom synergii wysoki, a kooperacja nienaganna. Najbardziej wszak kreatywnym muzykiem zdaje się tu być właśnie Tomo. Miesza narracje, zmienia techniki gry, robi szum wokół siebie. Pianista woli pozycję wyczekującą, bez potu na rękach. Drummer najlepiej zaś czuje się w roli niebanalnego akompaniatora. Reasumując – bez rewolucji, dla samej przyjemności słuchania.




Moonbow, czyli septet grający kompozycje Tomo i płyta z roku 2016, o być może najdłuższym tytule w historii nowoczesnej Europy: When The Sleeping Fish Turn Red And The Skies Start To Sing In C Major I Will Follow You Till The End. Ten winyl składa się z sześciu utworów, trwa 38 minut i tyleż sekund. Nim przejdziemy do jego omówienia, lista płac: Danielle Dahl i Maciej Kądziela – saksofony altowe, Mads Egetoft  - saksofon tenorowy, Kresten Osgood – perkusja, Anton Jansson – gitara elektryczna, Lucas Leidinger – fortepian (grand piano), Tomo Jacobson – kontrabas. Nagranie studyjne z Kopenhagi (data nieznana redakcji).

Start tego bardzo ciekawego wydawnictwa upływa nam przy niebanalnym intro gitarzysty. Trochę zadziorów, szczypta kwasu i możemy zacząć dynamiczną ekspozycję pierwszego tematu na płycie. Jest zwinny, ma silnie zarysowaną linię niskich częstotliwości (walking Tomo na ostro!). Dęciaki skwierczą melodycznie, są kolorowe i wesołe. Piano wchodzi tuż potem i jest kompatybilne ze współpartnerami. Tylko gitara wciąż miesza, nieustannie staje okoniem i zdaje się być tu elementem… najbardziej kreatywnym. Improwizacje tuż potem zdecydowanie na temat, nieprzegadane i celne artystycznie. Prawdziwy jazz, Man! Tematy i melodie skomponowane przez Jacobsona smakują komedowskim polotem i rysunkiem dramaturgicznym. Zdecydowanie dają się śpiewać i tupać nogami (no i ta iskrząca gitara, rodzaj fermentu, dysonansu akustycznego, niczym wisienka na torcie!). Narracja jest gęsta, dzieje się naprawdę wiele, a każda indywidualna improwizacja czyni radość w uszach słuchacza. W trzeciej piosence dopadają nas rzewne, molowe zaśpiewy saksofonów, które płoną słowiańskim temperamentem, choć nasi są tu w mniejszości. Nawet jeśli temat kompozycji podany jest precyzyjnie, a ramy czasowe ekspozycji solowych wyznaczone co do sekundy, muzyka potrafi lubieżnie rozwarstwić się i uciec w kolektywne, i dojmująco urocze improwizacje, posadowione dramaturgicznie wyjątkowo daleko od zadanego tematu. W czwartym dzieje się podobnie. Melodia jakby się mutowała, gęstniała jak ciepły budyń. Upalone lonty śmiało prowadzą muzyków na free jazzowe pole całkowitej swobody wyboru. I tak dzieje się w istocie! W piątym i szóstym odcinku duch Alberta Aylera płonie i oświetla drogę do finału płyty. Gitara – w międzyczasie - znów stawia krwawe stemple: psychodelia w służbie noise! Brawo! A słowiańskie dusze saksofonów czynią swą powinność i zwiastują uroczyste zakończenie.




Dead Neanderthals  Organ Donor (bandcamp selfreleased, 2017)

W jego oczach widać było panikę. Co by się stało, gdyby dowiedzieli się, że jeszcze nie umarł? Co by się stało, gdyby dowiedzieli się, że nie był nawet człowiekiem?

Ten cytat z bandcampowej strony formacji Dead Neanderthals nie mógł nie paść w tej recenzji, zwłaszcza, że przed nami 15 minutowa petarda muzyczna o jakże kojącym tytule Dawca Narządów!

Otto Kokke – saksofon i syntezator oraz René Aquarius – perkusja. Napisane i nagrane w grudniu 2017 roku, wydane ostatniego jego dnia. Kursywa użyta przed momentem zdaje się być konieczna, albowiem fakty są następujące: Nie da się pisać o tej muzyce, trzeba jej koniecznie doświadczyć! Play loud and stay crazy! Dron saksofonu, wspieranego wulgarnym syntezatorem vs. obsesyjny, perkusyjny beat metal! To nasze środowisko foniczne. Doom-rockowy walec z improwizacją zaszytą w procesie permanentnego, acz powolnego narastania wielodźwięku generowanego przez Kokke. Niczym nalot dywanowy! Lotni, kryj się! To być może nie jest to do końca wytłumaczalne, ale owo muzycznie przeżycie zdaje się być esencjonalnie doskonałe. W 8 minucie saksofonista jakby włączał nowy dopalacz w swoim megadronie. Ta pieśń potępionych, to rodzaj hipnotycznej mantry, która nie musi przynieść oczyszczenia. A syntezator mocy działa (wyraźnie słyszalny od 11 minuty). Dron, który zagryza dron! Finałowa ściana dźwięku oznaczać może tylko jedno – play it again! Tak – przycisk repeat śmiało służyć może do wielokrotnego użytku.



piątek, 7 lipca 2017

Grimal! Ceccaldi! Duboc! Lazro! Cappozzo! Lasserre! – letnia ofensywa ajlerowska! Trois Couleurs Regle Encore! *)


Wielka francuska ofensywa na polu muzyki improwizowanej trwa w najlepsze! Dziś czas na kolejne dwa smakowite krążki znad Sekwany, oczywiście poczynione w składzie… trzyosobowym!

Nie zabraknie naszego tegorocznego faworyta w każdej kategorii, Benjamina Duboca, znajdzie się także miejsce dla ulubieńca redakcji Daunika Lazro! Wydawnictwo – tym razem - zwie się… Ayler Records. Znamy je oczywiście doskonale, ale być może nie wszyscy pamiętamy, iż założony w Szwecji label, od 2009 roku rezyduje już zdecydowanie we Francji (co zresztą widać doskonale po bieżącym katalogu).

Dwie frapujące ekspozycje dźwiękowe, wobec których emocje recenzenta są jednak dwubiegunowe. Jeśli pierwsza z płyt pozostawiła piszącego te słowa w horyzontalnej pozycji konstruktywnego zachwytu, o tyle druga obudziła w nim duszę nieco sarkastycznego komentatora, który zwykł na ogół głosić prymat improwizacji nad kompozycją. Bywa jednak, iż tego rodzaju recenzenckie ambiwalencje są skutkiem nadmiernych oczekiwań wobec muzyków i ich projekcji dźwiękowych. Być może akurat tu mamy do czynienia z takim zjawiskiem.




Czas i miejsce zdarzenia: 24-26 maja 2015r., Ackenbush, Malakoff, Francja.

Ludzie i przedmioty: Alexandra Grimal - saksofon sopranowy i tenorowy, głos, Benjamin Duboc – kontrabas, głos, Valentin Ceccaldi – wiolonczela.

Co gramy: muzyka improwizowana (all music by the musicians); z pewnością jednak na etapie przedprodukcyjnym muzycy ustalili wiele istotnych szczegółów, co do tego, jak będzie przebiegał proces improwizacji. Ważnym elementem tego przedsięwzięcia artystycznego jest tekst poetycki Giuseppe Penone Respirer L’ombre, który został wykorzystany, co prawda bez zgody autora, ale za to niezwykle spontanicznie i z głęboką admiracją dla jego wartości.

Efekt finalny: siedem fragmentów z tytułami, łącznie trwających 58 minut, wydanych w czerwcu br. przez Ayler Records, pod tytułem Bambú. Podmiotem wykonawczym są muzycy, wymienieni z imienia i nazwiska w kolejności, jak dwa akapity wyżej.

Przebieg wydarzeń/ wrażenia subiektywne:

Toucher. Dotknąć. Szokująco intensywne, wyjące smyki na dwóch masywnych strunowcach, stanowią niezbędne tło dla zmysłowej melorecytacji tekstu poetyckiego w wykonaniu Alexandry. Tajemnicze intro wyposażone w gigantyczny ładunek emocji (ach, ten tembr języka francuskiego!).

Densite. Gęstość. Saksofon sopranowy startuje w bardzo wysokim rejestrze (może to nawet sopranino). Duboc i jego kontrabas dudnią z oddali i nie mają dobrych intencji. Tulą się do eksplodującego saksofonu, jak szarańcza u progu zbyt gorącego lata. Wiolonczela też iskrzy przeładowaniami elektromagnetycznymi. Hałasuje, grzmi, zrywa struny. Ognisty lot ku krzepiącemu zatraceniu. Gardłowe jęki Grimal łączą się w jeden akustyczny miot z kapitulującymi septymami jej dęciaka. Jednocześnie gra i krzyczy! Kontrabas w komentarzu brzmi, jak dziewiętnastowieczna maszyna tkacka, repetując kolosalnym soundem.

Image. Obraz. Gojenie ran po krwawej eskalacji. Otrzepywanie potu, kurzu i czegoś tam jeszcze. Strunowce jadą dołem, niczym dwa zapomniane instrumenty z epoki muzyki dawnej. Ich brzmienie smakuje ciszą, trochę w oczekiwaniu na gniew piekielny. Alexandra czeka. Potem szepcze. Oddycha bezgłośnie. Ślini się w myślach. Recytuje słowa głosem niewinnie skrzywdzonej. Odmienia image przez wszystkie nieistniejące przypadki języka francuskiego. Wiolonczela złowrogo jej wtóruje (zdaje się nawet przeklinać). Kontrabas burczy minimalistycznie (piękne!). Niespodziewany intruz akustyczny, to saksofon tenorowy, który delikatnie, nieingerująco sonoryzuje na boku. Imitacyjnie wkleja się w pasaże obu strunowców. Duboc zaczyna rozszarpywać struny, jego partnerzy postanawiają podkręcić potencjometry. Kameralistyka bezpowrotnie potępionych, która jest tak brutalnie piękna, iż tylko językiem francuskim możnaby to skutecznie zwerbalizować. Z kajetu rozdygotanego recenzenta: ponadgatunkowa perła – intensywna, szczera, bezkompromisowa…

Ombre. Cień. Zaczyna Duboc, molowym, indywidualnym pasażem. Grimal szeleści wargami. Ceccaldi dmie, drży i rezonuje. Śpiew, który jęczy, śpiew, który krwawi – bez otwierania ust. Egzotyczna miniatura.

Empreinte. Odcisk (palca). Najdłuższa historia tej opowieści ewokuje wiolonczelą, która płynie w wysokim rejestrze. Kontrabas traktowany jest smykiem. Kobieta śpiewa głosem dawnym, strojnym, nieco gotyckim. Chorał piekielny. Trzy ciała rzeczywiste muzyków łączą się w trójcę, ale wcale nie świętą. Wiolonczela dodatkowo kręci się wokół własnej osi. Duboc przechodzi na akordy, by po ułamku sekundy wrócić do smyczka. Gada znad gryfu tekst, który nie da się przetłumaczyć na jakikolwiek język świata. Instrument Ceccaldiego wyje, skrobie, eskaluje. Grimal powraca z kolejną wykręconą wokalizą. Ta narracja wręcz cierpi i to trochę na średniowieczny sposób. Ten religijny spektakl, pozbawiony ideologii, brzmi jak dawny rytuał ciszy i dźwięku. Z minuty na minutę intensywność dźwięku każdego instrumentu (i głosu!) rośnie. Alexandra przypomina młodszą siostrę Lisy Gerard. Szczypta szorstkiej sonorystyki na upalonych strunach zdaje się być niezbędnym dysonansem akustycznym. Powraca saksofon sopranowy, muzyka na moment łagodnieje, jak baranek (może to nawet jednorożec!). Na dokładkę głos ucieka bardzo wysoko i znów eksplozywnie zlewa się w narastającym brzmieniem saksofonu. Strunowce ruszają do galopu! Saksofon nie pozostaje w tyle. Eskalacja smakuje pełnowartościowym free jazzem. Kontrabas i wiolonczela, niczym rozpalone gitary. Finał jak rockowe unplugged!

Adherence a la terre. Przywiązanie do ziemi. Recytacja poetycka (jakże piękny jest język francuski!). Wiolonczela skowycze, kontrabas dramatycznie szeleści. Na moment saksofon tenorowy zostaje zupełnie sam i nie wie, co z sobą począć. W sukurs przychodzą mu agresywne i natarczywe strunowce.

Respirer. Oddychać. Perkusyjny wtręt wiolonczeli (biedne struny!). Wokół panuje jakaś nieokreślona meta otchłań bez cech charakterystycznych. Coś drży, szumi, słuchać tajemnicze kroki. Wokaliza z wysokiego pułapu, niepokojąca i na pewno nieboska. Uroda muzyki krzyczy, dudni, skowycze, tętni i lśni. Na finał bezwarunkowy strunowce plotą soczyste drony. Ostatnie dźwięki są złowrogie, kalekie, napastliwe i bezczelnie prawdziwe. Z kajetu recenzenta: brak wpisów (kajet wypadł mu z rąk).




Czas i miejsce zdarzenia: 17-19 czerwca 2016r., Cappozzone, Luzillé, Francja

Ludzie i przedmioty: Daunik Lazro – saksofon barytonowy i tenorowy, Jean-Luc Cappozzo – trąbka i flugelhorn, Didier Lasserre – perkusja.

Co gramy: połowę płyty stanowi trzyczęściowa swobodna improwizacja Garden. Pozostałe pięć utworów, to kompozycje Duke’a Ellingtona (dwie), Johna Coltrane’a, Alberta Aylera i Jean-Luca Cappozzo.

Efekt finalny: osiem fragmentów z tytułami, łącznie 55 minut, wydanych w czerwcu br. przez Ayler Records pod tytułem Garden(s). Podmiotem wykonawczym są muzycy, wymienieni z imienia i nazwiska w kolejności, jak dwa akapity wyżej.

Przebieg wydarzeń/ wrażenia subiektywne:

Sophisticated Lady na start? Duże wyzwanie dla wielbiciela całkowicie wyzwolonej improwizacji. Na szczęście szorstki tembr barytonu Lazro kompensuje zbytnią śpiewność tego zacnego evergreena. Saksofoniście w trudnym znoju improwizowania do Ellingtona pomaga czujny perkusista. Trębacz milczy. Ciekawy smak upalonej dyszy dęciaka na wybrzmieniu. Drugi. Czas na pięciolinię trębacza – brzmi nieco hejnałowo. Znów wsparcie Lasserre’a jest koniecznie. Melodia kapie z palców muzyka, a recenzent czeka na big entry saksofonisty. Po paru chwilach wyczekiwania, sonorystycznie rozgrzany Lazro wchodzi do gry i krwistą solową ekspozycją znacząco podnosi wartość tej części płyty, przy okazji uwypuklając odmienne, w tym wypadku, charakterystyki trębackiego interlokutora (z kajetu złośliwego recenzenta – tylko zawieszonej narracji Joe McPhee tu brakuje!). Daunik co chwilę zmienia tembr swego instrumentu (albo zwinnie podmienia saksofony w trakcie jednego interwału improwizacji). Trzeci. Wreszcie startujemy bez pięciolinii – fragment pierwszy Ogrodów. Baryton siarczyście burczy, niestety trąbka nie jest w stanie zaimponować mu niczym oryginalnym. Perkusista bije w dzwon, być może jest tuż po lekturze klasyka Hemingwaya. Współczesna kameralistyka, odrobinę bez ognia i temperamentu. Lasserre szczęśliwie ciągle miesza w narracji, dokłada do ognia, podszczypuje dramaturgicznie starszych kolegów. Efektem jego wytrwałych działań są próby dynamizacji improwizacji, szczypta iskier spod bębna basowego. Improwizacja w kolektywie nie do końca się zazębia, dlatego ucieczka całej trójki w sonoryzm zdaje się być zdecydowanie najlepszym rozwiązaniem. Czwarty. Ballada wczesnego Coltrane’a – tenor Lazro nawet piękny, zwinnie podaje temat, znany od czasu epoki kamienia łupanego. Drummer swinguje, a jakże! Trębacz najpierw przysłuchuje się, a potem przejmuje ster i kręci zwinną solówkę na swoim delikatnie (wreszcie!) rozgrzanym blaszaku. W roli komentatora Lasserre, który skromnym drummingiem doprowadza Lament Cioci Loni do finałowego wybrzmienia. Piąty, czyli ogrodowe igraszki, odsłona druga, najkrótsza. Delikatnie dronowa, sonorystyczna narracja (znów jakość oddechu jest udziałem najstarszego z muzyków). Szósty, czyli Duchy Aylera. Tenor brzmi jak alt, hymnicznie i dostojnie, wszak to klasyk króla free jazzu. Trąbka w roli papugi, perkusja – jazzowego zwierza. Być może ta ekspozycja nic nowego do naszej wiedzy o Aylerze nie wnosi, ale w drugiej części, po dedynamizacji, dostarcza sporo smaczków, głównie ze strony barytonu, który ratuje ten pasus nadmiarem plusów. Siódmy, czyli Ogrodów odsłona finałowa. Na początek duet trąbki i perkusji. Takie tam pogawędki o pogodzie, nie mniej Cappozzo wreszcie grzeje krew w żyłach recenzenta i tym, jak gra, i tym co gra! I zwinny flow, i ciekawa sonorystyka. Lazro wkręca się w najlepszy fragment płyty (improwizacja uber alles!) dopiero po kilku minutach. Chytrze przejmuje inicjatywę, dominuje i dręczy kolegów wyśmienitą palcówką po śliskich dyszach. Dzieje się! Lasserre niespodziewanie - na talerzach - zgłasza zdanie odrębne i nakazuje kolektywną i pełnowymiarową wymianę zdań, bez akcentów melodyjno-rytmicznych. Muzycy szukają nowych płaszczyzn porozumienia i są w tym wyjątkowo skuteczni. Zwalniają tempo, łapią oniryczny klimat i brną ku finałowi w skupieniu. Być może wybrzmiewają odrobinę za długo. Ósmy, czyli finał i kolejny gniot Ellingtona (Hop Head). Solo Lasserre’a wprost na jazzowe festiwale, ale wytrawne i kompetentne. Szczypta tematu spod tenorowego i wirująca trąbka, pachnąca lekko sfilcowanym swingiem. Koniec.

Z kajetu dość złośliwego recenzenta: płyta ma dwa oblicza. Blisko półgodzinna swobodna improwizacja w trzech odcinkach, mimo drobnych ambiwalencji, broni się bez zastrzeżeń. Dogrywka (? – płyta powstała w trakcie trzy dni) ze standardami ma walor pytania retorycznego.



*) franc. Trzy kolory wciąż rządzą!

sobota, 28 stycznia 2017

Joëlle Léandre – kobiece robótki ręczne, wersja długodystansowa


Uprawianie muzyki improwizowanej jest dość skomplikowanym przedsięwzięciem. Przynajmniej z artystycznego punktu widzenia. Słuchanie – w sumie także, zwłaszcza, gdy weźmie się pod uwagę reakcję nieprzystosowanego akustycznie otoczenia w postaci rodziny, kota lub sąsiadów (to jest w ogóle muzyka????).

Jeszcze bardziej karkołomnym przedsięwzięciem zdaje się zaś wydawanie tej muzyki, jej upublicznianie, wprowadzanie do powszechnego obiegu na różnorakich nośnikach dźwięku. Jak niejednokrotnie i istotnie ironicznie na tych łamach wspominaliśmy, każdy koncert, czy rejestracja studyjna z muzyką improwizowaną jest już powodem, by wydać nową płytę. Równie homeryckie problemy pojawiają się na etapie edycji samego nagrania. Czy zarejestrowany zestaw dźwięków z muzyką improwizowaną należy traktować jako samoistne dzieło sztuki wypuszczone z rąk świadomego artysty i ze wszelkimi niedoskonałościami, tak akustycznymi, jak i dramaturgicznymi, wydawać tylko i wyłącznie w całości? Czy też mamy moralne prawo, by je ciąć, sklejać i wydawać tylko te fragmenty, które z dowolnego punktu widzenia uznamy za najbardziej wartościowe?

I ostatni już dziś poruszany problem. Czy istnieje w muzyce improwizowanej nadpodaż muzyki? Czy przesyt i nadmiar są takim samym udziałem muzyków, wydawców i słuchaczy, jak niedosyt i niedobór?

Bodaj dekadę temu, na zacnym i nieodżałowanym portalu jazzowym Diapazon.pl, miałem czelność popełnić tekst istotnie krytykujący zarówno pewnego muzyka, jak i jego wydawców, którzy zalewają skromny rynek muzyki improwizowanej kolejnymi nowymi wydawnictwami z jego personaliami. Rzecz dotyczyła wtedy Kena Vandermarka. Być może część z Was zgodzi się ze mną, iż historia pokazała, że miałem dużo racji. Rynek jest przesycony jego muzyką, a on sam w pewnym stopniu wypalił się artystycznie.

Dziś zderzam się emocjonalnie ze wszystkimi wyżej wymienionymi dylematami, gdy przed oczyma stawiam sobie ośmiopłytowe wydawnictwo Joëlle Léandre …A Woman’s Work, wydane przez krakowskie Not Two Records na okoliczność 40-lecia pracy artystycznej tej wybitnej francuskiej kontrabasistki.




Uspokoję potencjalnych nabywców tego dość drogiego wydawnictwa. Muzyka zawarta na ośmiu dyskach jest wyśmienita i godna prezentacji w każdych warunkach. Pytanie jest jednak jedno i to zasadnicze – czy należało wydać je wszystkie razem, w tym samym momencie dramatycznej historii ludzkości, wypełniając przy okazji wszystkie sprawne odtwarzacze CD w tej części galaktyki płytami z muzyką Joëlle?

Zapewne idea powstania tego wydawnictwa związana jest z kilkudniową rezydencją Leandre w Krakowie, w trakcie Jesieni Jazzowej roku 2015. Wtedy to zarejestrowano intrygujące koncerty w kwartecie i w kilku duetach, które dziś odnajdziemy na dyskach 7 i 8 wielopaku. Być może w zderzeniu z rocznicą, o której już wspomniałem, do tychże koncertów doczepiono… sześć kolejnych, nie zawsze już tak nowych, jakkolwiek zawsze premierowych. Powstał duży box, z którym teraz przyjdzie się nam zmierzyć. Omówmy wszystkie nagrania, płyta po płycie.



Pierwszy dysk: Les Diaboliques (Moskwa, 2015r., sześć fragmentów, 54 minuty).

Feminizm w kontrkulturowej walce z patriarchalnym oglądem rzeczywistości, czyli trzy starsze Panie *) w kolektywnej, moralnie wyuzdanej, szalonej i pełnokrwistej improwizacji na fortepian (Irene Schweizer), głos (Maggie Nicols – czasami piszemy Nichols, bo rzeczona dama jest Szkotką, co generuje rozliczne niuanse w zakresie pisowni jej nazwiska) i kontrabas, także głos ludzki (Joëlle Leandre). Wydawnictwa płytowe Diabełków, to zamierzchła epoka (jeszcze przed rokiem 2000), zatem ten moskiewski koncert śmiało możemy zapisać na plus boxu, jak i asumpt do rozbudowy dorobku artystycznego starszych Pań. Brawura, autoironia i eklektyzm wpisane są w strukturę tego emancypacyjnego free improv. Joëlle – niewątpliwie mistrzyni ceremonii - gra pięknie i zdecydowanie lubieżnie. Irene jest wstrzemięźliwa, oszczędna, non-barokowa i lubi cytaty z popularnych melodii, które my także ubóstwiamy. Maggie precyzyjnie mierzy siły na zamiary, albowiem wie, że w pewnym wieku człowiekowi dane są ograniczenia w zakresie artykułowania dźwięków. Szczędzi nam zatem atrakcji fonicznych w wysokich rejestrach. Fragmenty solowe i chwile genialnej, improwizacyjnej koegzystencji we trójkę. Te drugie swoje apogeum osiągają we fragmencie czwartym, gdy w zwarciu, jakkolwiek nieśpiesznie, starsze Panie prowadzą nas onirycznym trójgłosem nad uroczą przepaść, która bynajmniej nie stanowi kresu ich artystycznych możliwości. Potem wszyscy … robimy ogromny krok do przodu! Doskonały koncert!


Drugi Dysk: Duet z Matem Manerim (Paryż, 2011, sześć fragmentów, 41 minut).

Konstruktywnie, kolektywnie, wręcz… kognitywnie. Czułe i intelektualnie dotkliwe zwarcie dwóch nastroszonych złotymi piórkami strunowców (kontrabas vs. skrzypce). Bitwa akustyczna toczona jest na warunkach dyktowanych przez większy z instrumentów. Jednolita, zwarta narracja bez specjalnych zwrotów dramaturgicznych. Udanie udrożnia nasze narządy słuchu, intensywnie masując wystawione na hałas membrany uszne, czystym i bezpretensjonalnym brzmieniem. Wokalne mruczando Leandre w piątym fragmencie dodaje smaczku temu, już i tak dość pikantnemu nagraniu.


Trzeci Dysk: Duet z Lauren Newton (Besancon, 2016, osiem fragmentów, 47 minut).

Wzajemne przekomarzania się dwóch artystek w oparach gęstniejącej groteski. Dialogi, monologi, głosy separatywne i zaśpiewy. Swobodna improwizacja na głos ludzki, poruszający się w wielu stylistykach, łagodny i drapieżny jednocześnie, pozostający w silnie konfrontacyjnym zwarciu z miękkim i melodyjnym kontrabasem, traktowanym, rzecz jasna, smykiem nie mającym końca, ani początku. Nastrój odrobinę kameralistyczny, szczególnie w momentach, gdy Lauren szuka biletu na koncert operowy. Narracja jest nieprzegadana, chwilami tłusta i brawurowa (zwłaszcza, gdy Leandre jest przy głosie!). Na finał anegdota by english, nie do końca uzasadniona dramaturgiczne (wypełniacz?). Ich duet wydany przez Not Two kilka lat temu (Conversations), zdał mi się bardziej pasjonujący.


Czwarty dysk: Duet z Jean-Luc Cappozzo (Besancon, 2015, siedem fragmentów, 44 minuty).

Niezwykle skupiona i wyważona narracja na trąbkę i kontrabas. Surowe, mroczne (noir?) klimaty, oszczędna ornamentyka. Permanentne rozrywanie strun kontrabasu, tym upiornym smykiem, który niczym wygłodniały samiec, czeka u progu nocy na swoją kolejną ofiarę. Cappozzo zwinny jak kot, nie ustaje w zalotach i szuka zwady. Jest cierpliwy, dzięki czemu na sam finał dana mu będzie nagroda. Jego minimalistyczna i czujna sonorystycznie melodyka, pięknie puentuje szorstkość i nieobliczalność tego duetowego spotkania.





Piąty Dysk: Duet z Fredem Frithem (Montreuil, 2016, trzy fragmenty, 40 minut).

Dysonans non-akustyczny, czyli starcie kontrabasu z gitarą elektryczną. Wbrew oczekiwaniom, to akustyczny instrument robi tu więcej hałasu i co rusz ma sprawkę do interlokutora. Frith jest spokojny, czuły i nie szuka problemów. Jego sprzężenia, zgrzyty i szarpanki generowane są z dużą rozwagą, dbałością o brzmienie całości i na ogół skutecznie odnajdują kontekst dramaturgiczny. Leandre nie byłaby sobą, gdyby głosem nie wspierała swoich akustycznych pyskówek. Okazuje się, że i ona potrafi grać na gitarze elektrycznej, mimo, iż w dłoniach … ciągle dzierży jurny kontrabas i ostry, jak brzytwa smyczek. Z oczywistych względów na tym koncercie dominują niskie częstotliwości. Stanowi to poważny atut nagrania.


Szósty Dysk: Solo (Paryż, 2005, pięć fragmentów, 46 minut).

Szamańskie zaśpiewy, stosunkowo zdyscyplinowany kontrabas (choć bez ustanku zmieniają się techniki artykulacyjne Joëlle), przekomarzania i szyderstwa z języka francuskiego (podobnie, jak na jej warszawskim koncercie ostatniej jesieni). Jest szczypta agresji, jest melodia i delikatnie smętne, kameralistyczne zadęcie (bywa piękne na całkiem barokowy sposób). Ferria brzmień, stylistyk, min i wokalnych anegdot. Cała Joëlle!


Siódmy Dysk: Kwartet z Agusti Fernendezem, Evanem Parkerem i Zlatko Kauciciem (Kraków, 2015, trzy fragmenty, 46 minut).
Ósmy Dysk: Duety z w/w muzykami z Kwartetu (Kraków, 2015, cztery fragmenty, 49 minut)

Docieramy, upoceni i umorusani dźwiękami, do kluczowych w tym gigantycznym zestawie dysków nr 7 i 8 – czyli dokumentacji rezydencyjnych koncertów Leandre, jakie miały miejsce jesienią 2015r. w Krakowie. Na początek dwa obszerne fragmenty w kwartecie  - Evan Parker (saksofon tenorowy), Agusti Fernandez (fortepian), Zlatko Kaucić (perkusja i perkusjonalia) i Joëlle Leandre (kontrabas, głos – tym razem, stosunkowo rzadko w użyciu). Przez ponad 32 minuty muzycy grają urocze i jakże kompetentne free improv o istotnie jazzowych konotacjach, jakkolwiek absolutnie niczym nas nie zaskakują (zwłaszcza tenor Parkera). Pierwszy fragment jest w sumie zwartą galopadą i nieustającą eskalacją emocji, przez co – choć dramaturgicznie smakowity – nie może nie zostać skwitowany drobną ambiwalencją. Kaucić – ewidentnie wybitny improwizator  - nie koniecznie dobrze się odnajduje w nagraniach wysoce dynamicznych, co jest raczej skutkiem jego skromnego drum kitu, któremu trudno generować niskie dźwięki (zwykliśmy przy innych okazjach zwać jego instrumentarium jako ground-drums) niż problemów natury artystycznej. Jak pięknie potrafi wieść tenże sam kwartet w spokojniej narracji, gdy dbałość o akustyczny szczegół jest ważna, pokazuje drugi z fragmentów. Leandre i Fernandez fechtują tu tak dobrze, że efekty ich działań nie wymagają specjalnego komentarza. Co ciekawe – trzeci fragment na płycie kwartetowej jest … duetem Leandre i Parkera (miód, malina!).

Dysk ostatni wypełniają już wyłącznie duety. Dwa (pierwszy i trzeci) są spotkaniem kontrabasistki z Kauciciem (ferria barw, ulotnych mikroarcydzieł akustycznych – tak a propos wyobraźni improwizatorskiej tego drugiego). Równie konkretny i artystycznie dobitny jest duet z Fernandezem (co ciekawe, fortepianowe preparacje Hiszpana są tak silnie osadzone w estetyce perkusyjnej, że momentami trudno odróżnić je od tych, które generuje Kaucić – występujący tuż przed tym duetem i tuż po nim). Finał dysku, jak i całego wielopaku, jest udziałem Leandre i Parkera. Ostatnie siedem minut mija spokojnie, w pięknych akustycznie okolicznościach krakowskiej Alchemii i udanie puentuje kilkudniową rezydencję Jubilatki.


Coming Through! – by zacytować tytuł jednego z najlepszych dzieł literackich D.H. Lawrence’a. Tak, zdecydowanie przetrwaliśmy!!!

Pakujemy grzecznie osiem zielonych kopert do zmyślnego pudełka (w międzyczasie czytając rozbudowany dwugłos hymnów pochwalnych na temat Jubilatki), odkładamy owo pudełko na półkę i kwitujemy całą dzisiejszą opowieść dalece retorycznym pytaniem: kiedy – po tej ponad sześciogodzinnej dawce nagrań Joëlle Leandre  – znów sięgnę po ten box lub jakiekolwiek inne nagranie kontrabasistki?


*) nieprawdą jest, że Kobiety nie lubią, jak wypomina im się ich wiek.




poniedziałek, 15 sierpnia 2016

Gratkowski, Konvoj Ensemble, Santos Silva, Leandre, MMM Quartet, Sonic Communion, The Sync, Trzaska, Ochs, KTHXBYE, Made To Break, West Hill Blast Quartet – Rok 2016 w natarciu, czyli zbiorówki letniej odsłona pierwsza


Trybuna niniejszym obwieszcza swój triumfalny powrót z kolejnych niebywałych wakacji, w jeszcze bardziej niż onegdaj, niebywałej Portugalii. Wakacje, poza tradycyjnie zimnym oceanem i gigantyczną ilością piachu na ekstremalnie rozwichrzonych plażach zachodniego wybrzeża, przyniosły także istotne akcenty muzyczne. Co oczywiste, to one interesują nas w tym miejscu najbardziej – a zatem frapujące spotkanie ze wschodzącą gwiazdą europejskiego free improv, Katalończykiem i lizbończykiem w jednej osobie – Albertem Cirerą, które niebawem zaskutkuje większym materiałem o nim właśnie, a także obecność na dwóch koncertach lizbońskiego festiwalu Jazz Em Agosto (Tim Berne, Theo Ceccaldi), o czym także doniosę w stosownym dramaturgicznie momencie.

Teraz wszakże czas na comiesięczną zbiorówkę świeżych recenzji z jeszcze świeższych wydawnictw płytowych. Mamy do zebrania cały lipiec i pół sierpnia, a że znów trafia się nam długi weekend, to tym chętniej zajmiemy się malowaniem na zielono (high!), żółto (middle!) i czerwono (low!) dwunastu płyt datowanych na rok 2016 (incydentalnie także 2015), jakie trafiły pod mą strzechę przez sześć wakacyjnych tygodni (niektóre chwilę wcześniej).


Achim Kaufmann/ Frank Gratkowski/ Wilbert De Joode  Oblengths  (Leo Records, 2016)

Ten krążek awizowałem już kilka tygodni temu, gdy blisko siedemnaście tysięcy znaków (ze spacjami) poświęciłem na zgrzebne omówienie istotniejszych dokonań artystycznych niemieckiego saksofonisty i klarnecisty Franka Gratkowskiego.




Wspólnie z Achimem Kaufmannem (piano) i Wilbertem De Joode (kontrabas) tworzy on od prawie piętnastu lat working band, który właśnie ujawnił światu piąte fonograficzne świadectwo wyjątkowości swojej muzycznej propozycji. Trio będące kolejnym światowym dowodem na fiasko koncepcji Dereka Baileya, iżby wartościową improwizacją była jedynie ta, tworzona przez muzyków, którzy spotykają się ze sobą po raz pierwszy. Niezwykle plastyczna, kolektywna improwizacji trzech facetów, którzy wspólnie w życiu zrobili już wszystko i jedyne, czym mogą się wzajemnie zaskoczyć, to szalony kolor t-shirta na porannej próbie dźwięku. Godzina uczty dla naszych uszu, podzielona na pięć ładnie zatytułowanych części. Fragmentom utarczek dźwiękowych na pograniczu ciszy, popełnianych z wrażliwością godną proustowskiej narracji, towarzyszą epizody dynamicznych, instrumentalnych kontrataków, czynionych na adekwatnym poziomie głośności. Te drugie pozostają w mniejszości, wszakże w akceptowalnej dla Waszego recenzenta proporcji.

Oblengths to zgrabna, uporządkowana dramaturgicznie opowieść, wydana przez Leo Feigina i interesująco opisana (w liner notes) przez Kevina Whiteheada, z ciekawą metaforą … tenisową. Wolna improwizacja czasami przypomina grę w tenisa bez siatki, warto zatem, by miała choćby drobny stelaż pomysłu na muzykowanie, a także bogaty asortyment środków dla jego realizacji. Tu doświadczamy tego bezapelacyjnie, a całość konceptu bazuje przede wszystkim na idealnej kooperacji i gigantycznym poziomie porozumienia pomiędzy trójką przyjaciół. Rekomendacja jest zatem oczywista – high!!!


Konvoj Ensemble  Mira (Konvoj Records, 2016)

Konvoj Records, to skandynawska inicjatywa fonograficznego dokumentowania spotkań kolektywnej improwizacji, w gronie bliższych lub dalszych przyjaciół. Nie dalej jak trzy lata temu, miały miejsce narodziny oficyny, a jej początek stanowił krążek powołanego ad hoc Konvoj Ensemble z ficzersowym udziałem Evana Parkera na saksofonach  i Stena Sandella na fortepianie (grand piano), w wymiarze edytorskim wydany pod tytułem Colors Of: . Skład grupy uzupełnili wówczas  – na saksofonach Lotte Anker i Ola Paulsson (wbrew pozorom – mężczyzna!), na klarnetach Liudas Mockunas, na perkusji Anders Udderskog i wreszcie Jakob Riis, odpowiedzialny za elektronikę i procesowanie w czasie rzeczywistym, również producent nagrania, być może także naczelny ojciec tego dziecięcia swobodnej improwizacji. Nagrania zarejestrowano w Malmoe z udziałem publiczności.




Dziś, po onych trzech latach, KE powraca w niezmienionym składzie (Parker i Sandell już na pełnych prawach członkowskich), w rejestracji studyjnej Mira, składającej się z siedmiu części określonych jako Movement, usystematyzowanych w pięć oddzielnych fragmentów muzycznych, każde z dodatkowym podtytułem.  Dokładna lektura rozbudowanych tytułów wskazuje jednoznacznie, iż muzyka swobodnie improwizowana przez septet w okolicznościach studyjnych, została pierwotnie ustrukturyzowana i rozpisana na role, a szaleńcze zapędy zdolnych i kompetentnych improwizatorów biegły po z góry naznaczonych trajektoriach.

Jeśli debiut KE był spontanicznym incydentem koncertowym, to jego następczyni jawi się już jako produkt dalece bardziej przemyślany i nieco mniej spontaniczny, co wcale nie oznacza, iż mniej ciekawy. Jest wręcz odwrotnie. Wiele fragmentów – zwłaszcza w wykonaniu kwartetu dęciaków – jest dalece smakowitych, pełnych uważnych i szczerych, sonorystycznych dyskusji w podgrupach. Elektronika i real time processing stanowią tu raczej elektroakustyczny ornament, a gra pianisty i perkusisty udanie podkreśla istotne zwroty dramaturgiczne.

Mirę malujemy rzecz jasna na zielono (high!), a Konvoj Ensemble zapisujemy w naszych kajetach, jako przykład dalece interesującej, europejskiej muzyki improwizowanej.


Susana Santos Silva/ Lotte Anker/ Sten Sandell/ Torbjörn Zetterberg/ Jon Fält  Life And Other Transient Storms (Clean Feed Records, 2016)

Zdecydowanie pozostajemy w Skandynawii, a dokładnie - teleportujemy się do nieodległej Finlandii. Na zaproszenie Tampere Jazz Happening, portugalska trębaczka Susana Santos Silva skrzyknęła dalece frapujący kwintet z udziałem znanych z poprzedniej opowieści Anker (sax) i Sandella (piano), swojego życiowego partnera Zetterberga (bas) i mniej mi znanego Falta (perkusja). Rejestracja koncertowa na potrzeby radia lokalnego sfinalizowała się w trakcie blisko 50 minut dość swobodnej improwizacji w różnych tempach, o rozbudowanych charakterystykach brzmieniowych.




Muzyka, niczym opowieść o pogmatwanym życiu codziennym i stałej asymilacji faktu bezwzględnej zmienności wszystkiego wokół nas, toczy się zwinnie po tygrysiemu i drąży skalę niewrażliwości, bez przerw na zbędne doładowania wyczerpujących się akumulatorów, gdyż świat stać na naprawdę wiele, jeśli tylko sobie ten fakt wspólnie uświadomimy.

Choć Panny (Panie?) są tu w mniejszości, muzyka ma podskórnie kobiecy wymiar, co oczywiście wcale nie znaczny, że jest delikatna i przegadana. Wręcz przeciwnie. Konkret free improv, bez cienia wątpliwości zielone, po żabiemu, high! Przy okazji – być może – najlepsza dotąd rejestracja w stosunkowo już bogatym życiu artystycznym Susany Santos Silvy.


Joëlle Léandre 10  Can You Hear Me? (Ayler Records, 2016)

MMM Quartet  Oakland/Lisboa (Rogue Art Records, 2015)

Czas najwyższy na dwie stosunkowo nowe propozycje muzyki improwizowanej z udziałem francuskiej kontrabasistki Joëlle Léandre. Te dwie pozycje są ze mną już od wiosny i nieco się przeleżały w odtwarzaczach. Po prawdzie planowałem większy materiał o Leandre, ale ponieważ się doń nie zabrałem, przy okazji tej zbiorówki kilka refleksji i wrażeń ogólnych o muzyce na nich zawartej.




Dziesiątka, to ansamble Leandre egzystujący już czas jakiś, a poruszający się bardziej po obrzeżach muzyki współczesnej niż dryfujący po oceanie muzyki free. Muzyka jest w dużym stopniu zaaranżowana, a fragmenty improwizowane stanowią raczej interludium, wetknięte pomiędzy zestawy nut zapisanych na pulpitach muzyków. W składzie cztery dęciaki (m.in. Cappozzo), rozbudowana sekcja smyczkowa (m.in. bracia Ceccaldi) i takaż sekcja rytmiczna (z gitarą elektryczną!). W wielu momentach Can You Hear Me? naprawdę frapuje moje narządy słuchu, wszakże proporcje kompozycja/ improwizacja (przewaga tych pierwszych) powodują, iż całość oceniam na middle z lekką podpórką ze strony high.




Inny wymiar ma muzyka kwartetu MMM (to druga już edycja tego składu). Rzeklibyśmy, że Panią Leandre wspomagają tu tuzy … awangardy w dosłownym znaczeniu tego nic nieznaczącego pojęcia. Fred Frith (elektryczna gitara) dobiegł tu ze strony rockowej, Alvin Curran (piano, syntezatory, sampling etc.) ze strony muzyki współczesnej, zaś Urs Leimgruber (saxes) z niewyczerpywalnych zasobów europejskiego free improvisation. Płyta nagrana na lizbońskim Jazz Em Agosto dwa lata temu, składa się z pięciu opowieści o tytułach przywołujących rejony/terytoria/dzielnice Oakland i Lizbony. Zatem, być może warto  - tuż po wakacjach w okolicach tej drugiej - podywagować nad wyższością Alfamy nad Bairo Alto, ale ja sam chyba nie zdałbym się na jednoznaczny osąd. Podobnie jest z muzyką kwartetu MMM. Intryguje, wciąga skutecznie do zabawy w intelektualne łamigłówki. Chwilami zachwyca, by zaraz potem zadziwić w niekoniecznie pozytywnym sensie. Z przekory, z zamiłowania do rzeczy nieoczywistych, daję MMM kolor zielony (high!), ale … żeby nie było, że nie ostrzegałem.


Jean-Luc Cappozzo/ Douglas R. Ewart/ Joëlle Léandre/ Bernard Santacruz/ Michael Zerang  Sonic Communion (The Bridge Sessions, 2015)

The Sync (Sylvaine Hélary, Fred Lonberg-Holm, Eve Risser, Mike Reed)  The Sync (The Bridge Sessions, 2016)

Pozostańmy jeszcze na kilka chwil przy Leandre, tudzież także przy Cappozzo. Przed nami dwa dalece interesujące krążki nowego wydawnictwa The Bridge Sessions. Most w tytule odrobinę metaforyczny, ale istotnie trafny, gdyż ta francuska (?) inicjatywa koncentruje się – jak domniemuję z tychże dwóch incydentów – na łączeniu estetyki francuskiego free improv z jego amerykańską odpowiedniczką.




Pierwszy z dysków to ciekawe spotkanie rzeczonych Joëlle Leandre (kontrabas) i Jean-Luca Cappozzo (trąbka, flugelhorn) z kumplami zza wielkiej wody, Michaelem Zerangiem (perkusja), Bernardem Santacruz (kontrabas) i ewidentnie tu kluczowym Douglasem R. Ewartem (dęciaki, obiekty brzmieniowe). Chcąc nie chcąc, z takiej układanki powstał nam absolutnie intrygujący kwintet na dwa dęciaki, dwa kontrabasy i zmyślny zestaw perkusyjny. Przez niespełna godzinę Panowie i Pani snują nam czerstwą, ale jakże konkretną opowieść, chwilami metaforyczną, o wielokulturowych punktach odniesienia. Mentalnie dominują tu wszakże Amerykanie, a zwłaszcza plemienny estetycznie Ewart, który drobnymi preparacjami oraz oryginalnym instrumentarium dmuchanym, wprawia całą machinerię w delikatny trans i nie pozwala, by nastrój zadumy i pokrętnej ciekawości, cóż przyniesie kolejna chwila muzykowania, opuścił choćby na moment, zarówno muzyków, jak i słuchaczy. Bardzo trafny tytuł wydawnictwa, zatem High bez zbędnej dyskusji.




Formacja The Sync, to szósty katalogowy numer mostowego labelu. Tym razem zderza się w nim kobiecy, całkiem francuski temperament flecistki (Sylwia, także amplifikacje i głos) i pianistki (Ewa, także preparacje) z żelazną, iście amerykańską konsekwencją i odpowiedzialnością za czyny, wiolonczelisty (Fryderyk, także amplifikacje) i perkusisty (Michał). Trzy wytrawne dania o różnym poziomie intensywności procesu improwizacji i głośności dobywanej z instrumentów. Osobiście wolę, jak para na parę, kwilą na pograniczu ciszy (fantastyczny początek) niż zatracają się w galopadzie sprzężeń i nadmiernych amplifikacji (tak w okolicach połowy drugiego fragmentu), ale całość kupuję bez krzty głębszej zadumy, bo to świetna muzyka jest i tyle dyskusji w tym temacie! High!

Sesje Mostowe do uważnego śledzenia, od dziś do odwołania.


Mikołaj Trzaska  Delta Tree (Kilogram Records, 2016)

Lubiony muzyk krajowy Waszego recenzenta, Trzaska po ojcu, z imienia Mikołaj, wstąpił w tym roku w stan błogosławionej 50-i  i zapewne nie tylko z tej okazji zaprezentował światu, w wydaniu krajowym i zagranicznym, swą pierwszą solową płytę. Rzecz stała się możliwa dzięki jego uroczemu wydawnictwu Kilogram Records, a i także, zapobiegliwości i trosce koleżanki małżonki Oli.

Delta Tree przynosi szesnaście miniatur na trzy ulubione dęciaki Mikołaja, czyli alt (10 incydentów), baryton (jeden) i klarnet basowy (pięć).




Kilka wieków temu, pisząc kolejną recenzję płyty Lestera Bowie w pozycji na kolanach, lojalnie ostrzegałem, iż poziom mojego entuzjazmu dla dokonań muzyka jest tak duży, iż generuje ryzyko całkowitej utraty obiektywizmu.

Gdy myślę o Mikołaju i jego muzyce, winienem wydać z siebie ostrzeżenie o podobnym charakterze. Na Delcie podoba mi się wszystko, rajcuje każdy dźwięk, intryguje każda nuta nostalgii i zadumy tryskająca z rur Mikołaja, zniewala oczywista uroda tej muzyki.

Bardzo zatem na zielono i mocno w kierunku high! I do następnych urodzin, Mikołaj!!!


Jones Jones (Larry Ochs, Mark Dresser, Vladimir Tarasov)  The Moscow Improvisations (Not Two Records, 2016)

Moskiewskie spotkanie na szczycie, podsumowujące niewątpliwe katastrofy wywołane przez lata zimnowojenne. Odznaczeni za męstwo i waleczność na polu boju, synowie wuja Sama – Ochs, wspaniały saksofonowy artylerzysta i Dresser, kompetentny saper, kontrabasista kontra Tarasov, postsowiecki werblista, obwieszony medalami za czyny swoje i niekiedy cudze.




W blichtrze wielkogabarytowej stolicy mocarstwa, cała trójka jakieś siedem lat temu popełnia koncert, który dziś trafia do nas dzięki operatywności polskiego labelu z Krakowa. Niechże zatem my, niczym zimnowojenna ofiara, zaczerpnijmy choć drobne przyjemności z kaprysów historii.

Nowak, Nowak, to propozycja, która zapewne znajdzie wielu orędowników i plenipotentów, ale ja osobiście delikatnie pomarudzę, gdyż od muzyków tego kalibru (myślę zwłaszcza o przybyszach z zachodniej półkuli) oczekiwałbym więcej. Tarasov w roli gospodarza stara się być uprzejmy i często zaprasza gości do intensywniejszej gry, jednak jego drumming odbieram w wielu momentach jako mało stymulujący. Ochs zdaje się być nieco speszony moskiewskim przesytem gościnności, Dresser zaś niby szuka zaczepki, ale w sumie sprawia wrażenie faceta, który przyszedł się tu najeść, a potem zdążyć na ostatnie metro. Zatem, tylko poprawnie, tylko middle, no może w trakcie trzeciego fragmentu, w pobliżu mogłoby się delikatnie zazielenić (…high).


KTHXBYE  Details (Raw Tonk Records, 2016)

Uwaga! Tajny szyfrogram na stronie Trybuny! Cóż może kryć się za tajemniczym KTHXBYE???

Szczegóły (Details) są następujące: na saksofonie Colin Webster, na gitarze elektrycznej Stian Larsen, zaś na perkusji Brage Tromoenen. Trójka młodych facetów bliżej nieokreślonej proweniencji (gitarzysta ma skośne oczy!), z dużym zapałem postanowiła pohałasować. Rzecz dzieje się w Londynie, co może sugerować anglosaski rodowód tenorzysty, choć z wyglądu raczej przypomina jurnego Skandynawa. Służby wywiadowcze Trybuny ustaliły jedynie, iż jest on londyńskim rezydentem. Innych Szczegółów brak.




Całość rejestracji ma długość winylową, zatem śmiało mogę zachęcić was do zmarnowania tych drobnych 40 minut na odsłuch pomysłu na muzykę w wykonaniu KTHXBYE. Nie jest on ani szczególnie odkrywczy, ani nie spowoduje specjalnego mrowienia w okolicach kręgosłupa, ale w sumie, czemu nie… Podobają mi się urywane frazy tenoru, perkusista ciekawie obrabia rytmicznie materiał kolegów. Może jedynie gitarzysta pozostaje jeszcze na etapie rockowego szarpidruta, choć z niewątpliwym zacięciem do hałasowania. Jakkolwiek cała przyszłość przed nim. Niech będzie middle z lekką podpórką high!


Made To Break  Before The Code: Live (Audiographic Records, 2016)

Niespełna dwa lata temu miałem okazję być na swoim ostatnim koncercie Kena Vandermarka. Rzecz działa się w poznańskim Dragonie, w ramach epigonalnego festiwalu Nowy Wiek Awangardy.

Kena widziałem na żywo jakieś trzy tysiące razy. W ubiegłej dekadzie napisałem około siedemnastu tysięcy entuzjastycznych recenzji jego płyt (wszystkie dostępne w archiwach Trybuny!). Ale dwa lata temu powiedziałem: basta!




Made To Break to koncepcja Vandermarka połączenia drive’owego grania na saksofonie, przy wtórze basu elektrycznego i dynamicznej perkusji, z… analogową, kablową elektroniką.

Domyślacie się, że koncert tejże koncepcji dwa lata temu kompletnie mi się nie podobał. Teraz jakiś szaleniec postawił ten słaby koncert nudnej i wtórnej formacji … wydać na płycie.

Nie zaskoczę was krwistym low, nieprawdaż?


West Hill Blast Quartet  Live At Brighton Alternative Jazz Festival 2015 (Foolproof Projects, 2016)

W sumie tytuł formacji mówi nam wszystko o tej muzyce. A słowo blast zdaje się być w tym miejscu bardziej kluczowe niż… personalizujący całość kwartet. Ale fakt, bezdyskusjnie  to właśnie czterech ludzi odpowiada za pół godziny freejazzowego hałasu, poczynionego w ubiegłym roku w Brighton, przy wtórze oklasków garstki szaleńców, a zamieszczonego na krążku wydawcy o intrygującej nazwie Foolproof Project.




Panowie i Pani zabrali ze sobą na ów gig trzy tony instrumentów (tak przynajmniej wynika z opisu płyty). Nie wiem wszakże, ile z nich ostatecznie użyli. Nie wiem…. bo prawie nic na tej płycie nie słychać. Kasetowa, monofoniczna jakość nagrania odbiera mi jakiekolwiek chęci, by coś Wam o West Hill Blast Quartet opowiedzieć.

Pozostańmy zatem przy tym braku informacji i zakreślmy sążniste low!